Ten zbiór dedykuję
moim Braciom i Siostrom - zwierzętom
i mojej Mamie
Dlaczego ta antologia?
Z bezradności.
Nie mogę pojąć, dlaczego człowiek tak dumny z tego, że od reszty natury odróżnia go świadomość dobra i zła, wciąż krzywdzi zwierzęta. Wiedział to od początku. Może zresztą właśnie wtedy stał się człowiekiem - kiedy to sobie uświadomił? Aby zagłuszyć sumienie, mówi o konieczności, maskuje winę obyczajem, kulturą, metafizycznymi wierzeniami. Ukrywa ją przed samym sobą i... między sobą. Związaliśmy się wspólnym sekretem jak mafia złoczyńców, a winę polukrowaliśmy zachwytami. To rozumiem. Sama temu uległam. Nie wszyscy jednak ulegli. Zawsze byli, i nadal są, tacy, którzy pisali traktaty i obrończe mowy, potępiali zło. A teraz tyle więcej wiemy o zwierzętach! O tym co czują, czego potrzebują, co im zawdzięczamy, i że nie musimy ich niewolić, żeby przeżyć.
Mówimy, że słowa mają moc stwarzania i przemieniania. Gdzie ich wpływ, dlaczego tak wolny?
Może trzeba obrazów i znaczeń rodzących się między słowami? Poezji. Jej nagromadzenia. Zlotu wierszy. One, tak jak muzyka, dotykają bezpośrednio ludzkiego serca. Przenikają, zapadają w pamięć, rozdzierają. Sprawiają, że płyną łzy lub rozchodzi się ciepło.
Z wielu wspaniałych wierszy, kierując się swoimi odczuciami, wybrałam niektóre. Celowo rozmaite. Wybór nie był łatwy i musiał być ograniczony. To wiersze polskich poetek i poetów napisane w XX i XXI wieku. Są wśród nich takie, które mnie po prostu zachwycają, oraz takie, które mówią wprost o tym jak jest. Jedne sprawiają, że czuję cudowną łączność z innymi zwierzętami, inne, że kulę się w sobie ze wstydu i zgrozy. Są takie, które dotykają tajemnicy, budzą z uśpienia, i takie, które wzniecają gniew. Wiele z tych wierszy podnosi na duchu, pozwala wierzyć w dobro. Te które rodzą gniew - mobilizują do sprzeciwu. Wszystkie przynoszą rodzaj poznania dostępny tylko przez serce. Miał je dla zwierząt autor ilustracji zamieszczonych w tym zbiorze, poeta - Cyprian Kamil Norwid.
Przeczytajcie sami. Czytajcie innym. Niech te wersy przybliżą świat prawdziwej przyjaźni między ludźmi i zwierzętami, świat bez przemocy.
Barbara Niedźwiedzka
WIERSZE
Bolesław LeśmianWół wiosnowaty
Pierwszy upał wiosenny, skrząc się po murawach
Ślepi szyby w chałupach i wodę we stawach.
Muchy ruchem celowym - a bez celu krążą.
W jeden powój miłosny dwie łątki się wiążą.
Świerszcz wzniósł nogę - na baczność, a drugą - w sen dłuży...
Gardziel kwiatu drobnego zachłysnął bąk duży -
Tylko wół, co tej wiosny czad chłonie morderczy, -
Jak rogata mogiła, w pustkowiu pól sterczy!
Źle mu! Przemęczył żebra, przepracował płuca!
Pole w ślepiach kołuje... Mrok do łba się rzuca...
Nigdy dotąd nie tracił ziemi pod kopytem...
Stracił teraz i runął!... Runął - całym bytem!
Za duży - dla litości, dla snu - zbyt brzuchaty...
A że zemdlał na wiosnę - zwie się Wiosnowaty.
Toć go znałem! Miał w pysku - woń mlecznej ciepłoty,
W której tchu źródłowieją ziół słodkie wypoty.
Lubił słuchać, jak woda, wargą ssana czujnie,
Na dno brzucha mu spada - dźwięcznie i niechlujnie...
Lubił wgniatać kurzliwie w piach, lśnistszy od złota,
Dreptające kopyta z przytwierdkami błota.
Nie wiem, jak się to działo - ale już o świcie
Wchodził z widnokręgami w obłędne współżycie...
Gdzie się zjawił - tam zawsze tkwił w snów bezokolu,
I bezdomniał w oborze - i daleczał w polu...
Oczami, co się martwią, choć światu nie przeczą,
Patrzył we mnie, jak w oddal - w mgłę ledwo człowieczą...
Wierzył w Boga, nie wiedząc, że to - Bóg... Na miedzy
Przystawał, by ciąg dalszy snuć owej niewiedzy.
A nie bratał się z ciałem, co marło w niedoli -
Żył sam w sobie - poza nim... A ono - niech boli...
I zadrwiły zeń nagle niegodziwe kości:
Nie zniósł wiosny - bez szczęścia, czaru - bez radości...
Poraziło go słońce. Przyśniły się zgony...
Skroń chylę i całuję łeb, snem pomącony,
Twardy, jak głaz, co cierpi z trudem - nie od razu...
Kocham upór męczeński - hej! - takiego głazu!...
A on leży i leży... Muchy grzbiet obsiadły.
Brzuchem w nicość się tłoczy, a wargi pobladły -
Jęzor z nich się w świat wywarł i na bok zwichnięty
Śmierć liże, niby cukier, dany dla przynęty...
Dzień przystanął opodal... Czas luzem się tuła...
Jar pobliski brzmi osą, jak pusta szkatuła.
Cisza stoi nad polem - żywa i gorąca,
Lecz nad tą ciszą, z istnień utkaną tysiąca,
Góruje tajemnicą drętwego mozołu
Cisza - wezbrana w ciele zemdlonego wołu.
Bolesław LeśmianKoń
Koniu krzywy, koniu siwy,
Ozdobiony łachem grzywy,
Kocham zawiew zmydlonych twym potem rzemieni
I oddech, juchą parnej dymiący zieleni.
Łeb kościaty, ale krewki,
Z wargą miękką, jak pierś dziewki,
Przewieś mi poprzez ramię w rzewną bezrobotę,
Bym twarzą prężnej szyi wyczuwał ciągotę.
Koniu smutny aż do śmierci
Z białą pręgą lejc na szerci,
Zaprzyjaźnij się ze mną, jak to czynisz z wołem,
Wejdź do mojej chałupy, siądź razem za stołem.
Dam ci wody z mego dzbana,
Dam ci cukru, dam ci siana,
Dam bryłę szczerej soli, gleń świeżego chleba
I przez okno otwarte przychylę ci nieba.
Nie sęp oczu brwi sitowiem,
Powiem tobie, wszystko powiem!
A gdy noc już nastanie, pozamykam dźwierze
I wspólnie odmówimy wieczorne pacierze.
Bolesław LeśmianZwierzyniec
Flamingo, różowiejąc, smukli się nad wodą
Skrzydlatego jedwabiu zaciszną urodą.
Sama dal tak w nim skupia swe znikliwe dzieje,
Że - czy leci, czy stoi - zawsze daleczeje.
Wielbłąd w słońcu zapłowiał stąd o kroków siedem
Jak sprzęt Boży, okryty poniszczonym pledem.
Świat, co szuka oparcia dla swego zamętu,
Korzysta z pogarbionej ciszy tego sprzętu.
Ślepie, z których się słońce nigdy dość nie wylśni,
Patrzą na mnie z plamiście rozwrzaskanej pilśni,
W której mrok się tygrysim gęstwi uścierwieniem -
Ten sam mrok, co w ogrodzie był tylko - brzóz cieniem...
Pies mój, kwiat oszczekując, łbem się tuli ku mnie -
By poistnieć w mym świecie trafnie i beztłumnie -
I oczami po prośbie w twarz mi się człowieczy,
A ja wchodzę - w Mgłę zwierząt i w Tuman wszechrzeczy.
Leopold StaffJaskółki
Jaskółki górne, w wolnym szybujące locie
Nad kominami, z których mknie dymów mgła siwa,
Gdy ja w pokoju siedzę jeszcze przy robocie,
A dusza mi się do was przez okno wyrywa!
O, wysokie wietrznice, poczekajcie chwilę.
Nim krąg słońca spopieli się w zachodu zgliszcze,
By odetchnąć głęboko, z okna się wychylę
I, wolny jak wy, z wami zagwiżdżę, poświszczę...