Opowieść Arthura Gordona Pyma z Nantucket - Edgar Allan Allan-Poe

Kup ebooka

25.00 zł
20.75 zł (21,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Edgar Allan Poe

 

 

 

Edgar Allan Poe urodził się 19 I 1809 w Bostonie, zmarł 7 X 1849 w Baltimore, amerykański pisarz i krytyk literacki; romantyk.

Osierocony w wieku 2 lat (co z pewnością miało wpływ na jego psychikę) i wychowany przez rodzinę kupca J. Allana (stąd drugie imię), odbył kilkuletnią służbę w armii i krótkotrwałe studia na University of Virginia w Charlottesville oraz w Akademii Wojskowej Stanów Zjednoczonych w West Point. W 1835 poślubił swą niespełna 13-letnią kuzynkę, która zmarła wkrótce na gruźlicę. Na jego biografię w ostatnim okresie złożyły się też problemy z alkoholem, nieudana próba samobójstwa, wreszcie śmierć w tajemniczych okolicznościach 7 X 1849 w Baltimore.

Karierę literacką rozpoczął od poezji; uprawiał lirykę posępnych wyznań i refleksji, przepojoną mrocznymi obrazami cierpienia i nieszczęśliwej miłości, wprowadzał do niej elementy fantastyczne; spośród licznych wierszy Edgara Allana Poego do najsłynniejszych należą Kruk (1845) i Ulalume (1847). Jego poezja miała charakter prekursorski wobec symbolizmu, którego przedstawiciele (głównie Ch. Baudelaire) stali się odkrywcami i naśladowcami Poego.

Jako prozaik, zwłaszcza autor krótkich opowiadań, zapoczątkował mroczną romantyczną prozę gotycką z wyraźnymi elementami fantastyki, horroru i groteski; często pojawiały się w nich obsesyjnie powtarzane tematy: śmierci, niesamowitych wizji i snów, Najbardziej znane z licznych utworów tego gatunku to: Ligeja 1837, Zagłada domu Usherów 1839, Studnia i wahadło 1843. W Polsce nowele te cieszą się niesłabnąca popularnością, Edgar Allan Poe był również twórcą prozy detektywistycznej, w której stworzył postać detektywa posługującego się w swojej pracy dedukcją, kładąc tym podwaliny pod współczesną powieść; do najlepszych opowiadań zalicza się: Zabójstwo przy rue Morgue, Złoty żuk, Tajemnica Marii Rog?t oraz Skradziony list.

Poe przyczynił się również do rozwoju amerykańskiej krytyki literackiej; był wnikliwym teoretykiem literatury, postulował ocenę formalnych cech dzieła, a nie jego kontekstu moralnego czy filozoficznego. Zajmował się ponadto, czerpiąc z tego zresztą w pewnych okresach znaczne dochody, redagowaniem magazynów, głównie literackich, m.in. "Southern Literary Messenger", "Sunday Times", "Broadway Journal", bezlitośnie niszcząc reputację współczesnych mu pisarzy.

 

Rozdział I

Wstępny

 

Dzięki przypadkowi, który należy uznać za niesłychanie szczęśliwy, jesteśmy oto w stanie przedstawić naszym czytelnikom opowieść, opatrzoną podanym wyżej tytułem, mającą nadzwyczaj zdumiewający charakter i bez wątpienia niezmiernie ciekawą. Zamieszczony na dalszych stronicach "Dziennik" jest nie tylko sprawozdaniem z pierwszej294 zakończonej powodzeniem próby przekroczenia gigantycznych zapór tworzonych przez ów ogromny łańcuch gór295, jaki rozciąga się od Morza Polarnego na północy do Przesmyku Darien296 na południu, na całym swym przebiegu stanowiąc skalisty i zwieńczony śniegiem szaniec, ale również, co jest znacznie bardziej ważne, zawiera szczegóły wyprawy odbytej poza tymi szczytami, poprzez olbrzymie przestrzenie ziem, o których w dzisiejszych czasach nadal sądzi się, że nikt jeszcze po nich nie podróżował i uważa się je za nieznane, a na każdej mapie kraju, do jakiej zdołaliśmy dotrzeć, oznaczone są one jako obszary niezbadane. Ponadto jest to jedyna niezbadana jeszcze kraina, jaka leży w granicach kontynentu Ameryki Północnej. Z tego właśnie powodu przyjaciele zdobędą się bez trudu na wybaczenie nam odrobiny namaszczenia, z jakim usilnie namawiamy do powszechnego zainteresowania się przedkładanym tutaj "Dziennikiem". Sami takoż przekonaliśmy się, po starannym jego przestudiowaniu, że budzi on takie natężenie i taki rodzaj ciekawości, jakiego nie wzbudziła dotychczas żadna podobna tej relacja. Nie sądzimy również, aby nasze powiązania z czasopismami, które wybraliśmy jako kanał przekazu, przez jaki ma on być po raz pierwszy ujawniony, wywarły większy, aniżeli dość skromny wpływ na wzbudzenie zainteresowania nim. Jesteśmy pewni, że wszyscy nasi czytelnicy podzielą żywione przez nas przekonanie, iż opisane w niniejszym "Dzienniku" przygody są nadzwyczaj ciekawe i ważne. Szczególny charakter dżentelmena, który był przywódcą i duszą wyprawy, a takoż jej kronikarzem, sprawił iż wszystko, co pisał, przesycał wielką dawką romantycznego zapału, jakże odmiennego od oziębłego i nieporuszającego nastroju, który przenika większość sprawozdań tego rodzaju. Pan James E. Rodman, od którego otrzymaliśmy rękopis, jest dobrze znany wielu czytelnikom tego "Magazynu"297; podziela także w pewnym stopniu ów temperament, jaki naznaczył goryczą wcześniejszą część żywota jego dziadka, pana Juliusa Rodmana, twórcy niniejszej opowieści. Mamy tu na myśli dziedziczną hipochondrię298. To właśnie owa choroba, bardziej niż cokolwiek innego, skłoniła go do podjęcia próby przeprowadzenia opisanej poniżej szczegółowo niezwykłej wyprawy. Zamiary oddawania się łowom i zastawianiu pułapek na zwierzynę, o których sam pan Rodman wspomina na początku swojego "Dziennika", nie były niczym więcej, na ile możemy się domyślać, jak tylko wymówkami, którymi przekonywał swój własny rozum do podjęcia owej próby, jakże śmiałej i nowej. Nie może budzić najmniejszej wątpliwości, jak uważamy (a nasi czytelnicy będą uważali tak samo, jak my), że jego jedyną pobudką było pragnienie odnalezienia pośród pustkowi tego spokoju, którego szczególne usposobienie jego duszy nie dopuszczało, aby cieszył się nim pomiędzy ludźmi. Udał się na pustynię jakby szedł do przyjaciela. Wyłącznie poprzez takie postrzeganie tego przypadku liczne punkty jego sprawozdania jesteśmy w stanie godzić z naszymi pospolitymi wyobrażeniami na temat ludzkich działań.

Chociaż uznaliśmy za stosowne pominięcie tych dwóch stron rękopisu, na których pan R. pisał trochę o swoim życiu sprzed wyruszenia w górę Missouri299, to być może warto podać tutaj, że pochodził on z Anglii, gdzie jego krewni cieszyli się wielkim poważaniem, w której odebrał dobre wykształcenie i skąd w roku 1784 (miał wówczas około osiemnastu lat) wraz z ojcem i dwiema młodszymi siostrami wyemigrował do tego kraju. Rodzina zamieszkała najpierw w Nowym Jorku; lecz potem wyjechała do Kentucky300 i osiedliła się, żyjąc niemal jak pustelnicy, na brzegach Missisipi301, niedaleko miejsca, w którym obecnie nad tą rzeką leży Mills Point302. Tam to starszy pan Rodman zmarł jesienią 1790 roku; następnej zaś zimy w odstępie kilku tygodni ospa zabrała do grobu obie jego córki. Niedługo potem (na wiosnę 1791 roku) pan Julius Rodman, syn, wyruszył na wyprawę, stanowiącą temat następnych stronic. Po powrocie z niej w roku 1794, jak zostanie podane poniżej, na swe miejsce życia wybrał okolice Abingdon303 w Wirginii304, gdzie się ożenił, miał troje dzieci, i gdzie mieszka obecnie większość jego potomków.

Pan James Rodman poinformował nas, że jego dziadek w czasie licznych trudności, z jakimi spotykał się na trasie swojej wyprawy, prowadził jedynie szkic dziennika; zaś dostarczony nam rękopis został przezeń szczegółowo sporządzony z tego pamiętnika dopiero wiele lat po jego napisaniu, kiedy to wędrowca do podjęcia tego zadania przez usilne nalegania namówił m.305 Andre Michau306, botanik oraz autor dzieł307 Flora Boreali-Americana i Histoire des Ch?nes d'Amerique. Jak należy pamiętać, m. Michau złożył ofertę308 swoich usług panu Jeffersonowi309, kiedy ów mąż stanu po raz pierwszy zastanawiał się nad wysłaniem ekspedycji mającej przebyć Góry Skaliste310. Zabrał się do przygotowywania wyprawy, a nawet udał się podczas niej aż do Kentucky, kiedy to został odwołany rozkazem francuskiego ambasadora311, urzędującego wówczas w Filadelfii312, wzywającym go do zarzucenia tego projektu i dalszego prowadzenia w innych miejscach badań botanicznych, do których został zatrudniony przez swój rząd. Rozważane przedsięwzięcie przejęli następnie messieurs313 Lewis314 i Clark315, którzy pomyślnie je przeprowadzili.

Ukończony rękopis nigdy jednak nie dotarł do p. Michau, choć został sporządzony w tym celu, aby się z nim zapoznał; jak zawsze przypuszczano, miał zgubić go po drodze młody człowiek, którego obarczono zadaniem dostarczenia tych papierów do tymczasowej siedziby m. Michau w pobliżu Monticello316. Nie podjęto niemal żadnej próby odzyskania dokumentów; szczególny charakter pana Rodmana sprawiał, że takie poszukiwania niewiele go interesowały. Choć bowiem może się to wydawać dziwne, to na podstawie tego, co nam o nim mówiono, naprawdę wątpimy, aby sam podjąłby kiedykolwiek najmniejsze nawet kroki zmierzające do ogłoszenia publicznie wyników swojej ogromnie nadzwyczajnej podróży; sądzimy, że jedynym jego celem podczas poprawiania swego oryginalnego "Dziennika" była chęć wyświadczenia przysługi m. Michau. Nawet projekt pana Jeffersona przeprowadzenia wyprawy badawczej, który to zamiar w czasach jego ogłoszenia wywoływał niemal powszechne zainteresowanie i był uważany za całkowitą nowość, bohatera naszej opowieści skłonił do wygłoszenia tylko kilku ogólnych uwag, przeznaczonych do członków jego rodziny. Swą własną wyprawę nigdy nie uczynił tematem prowadzonych rozmów; wydawał się raczej go unikać. Umarł przed powrotem Lewisa i Clarka; a "Dziennik", który miał zostać przekazany w ręce posłańca, aby ten dostarczył go m. Michau, jakieś trzy miesiące temu znaleziono w tajnej szufladzie biurka będącego własnością p. Juliusa R. Nie dowiedzieliśmy się, kto go tam umieścił - wszyscy krewni pana R. oczyszczali go z podejrzeń, że to on dokonał ukrycia; wszelako bez żadnego zamiaru uwłaczania pamięci tego dżentelmena, czy też pana Jamesa Rodmana (w stosunku do którego czujemy się szczególnie zobowiązani), nie jesteśmy w stanie oprzeć się przekonaniu, iż domysł, według którego narrator w jakiś sposób odebrał pakiet posłańcowi i ukrył go w miejscu, w którym został odnaleziony, jest wysoce trafny i ani trochę nie jest sprzeczny z charakterem przepojonym chorobliwą nadwrażliwością, która wyróżniała ową osobę.

Nie pragnęliśmy w żadnej mierze zmieniać sposobu prowadzenia narracji przez pana Rodmana, dlatego też pozwalaliśmy sobie na bardzo niewielką swobodę w postępowaniu z rękopisem, a owe nieliczne przypadki dotyczyły jedynie dokonywania skrótów. Trudno w istocie byłoby dokonywać ulepszania stylu - jest prosty i bardzo skuteczny; świadczy o głębokości zachwytu, z jakim podróżnik rozkoszował się majestatycznymi nowymi przeżyciami, które spotykały go dzień po dniu. Istnieje pewien rodzaj rozczulenia przesycający jego sprawozdanie, nawet w opisach najcięższych trudności i niebezpieczeństw, który pozwala nam od razu rozpoznać całą osobliwość usposobienia tego człowieka. Przepełniała go gorąca miłość do przyrody; być może uwielbiał ją mocniej w jej ponurych i dzikich postaciach, niż wówczas, gdy objawiała się w swojej łagodności i radości. Poprzez tamte ogromne i często straszne dzicze wędrował z wyraźnie widocznym zachwytem w sercu, którego zazdrościmy mu podczas czytania. Był naprawdę właściwym człowiekiem do odbywania podróży pośród wszystkich tych majestatycznych pustkowi, które niewątpliwie jakże ogromnie lubił opisywać. Jego duch był stworzony do postrzegania; jego prawdziwą zdolnością było odczuwanie. Dlatego też na jego rękopis patrzymy jak na pełen bogactw skarb - na swój sposób rzeczywiście niezrównany - w istocie żaden inny nigdy mu nie dorównał.

To, iż opisane w tej opowieści wydarzenia pozostawały dotychczas utracone317; że nawet fakt przekroczenia Gór Skalistych przez pana Rodmana przed wyprawą Lewisa i Clarka nie został nigdy ogłoszony publicznie, ani że nie ma o nim najmniejszej wzmianki w pracach kogokolwiek piszącego o geografii amerykańskiej (albowiem z całą pewnością nigdy nie zostało to wspomniane, na ile byliśmy w stanie stwierdzić), należy uznać za wielce zdumiewające, a nawet za niezmiernie dziwne. Jedyne napomknienie o tej wyprawie, o jakim zdołaliśmy się dowiedzieć, znajduje się podobno w nieopublikowanym liście m. Michau, znajdującym się w posiadaniu pana W. Wyatta z Charlottesville318 w stanie Wirginia. Napisano tam o niej w sposób przygodny, na marginesie, jako o "cudownie przeprowadzonym gigantyczny zamyśle". Jeżeli nawet pojawiła się jakaś inna wzmianka o tej podróży, to jest nam ona całkowicie nieznana.

Zanim przejdziemy do własnego sprawozdania pana Rodmana, nie od rzeczy będzie przyjrzenie się temu, co osiągnęli inni, dokonując odkryć w północno-zachodniej części naszego kontynentu. Jeżeli czytelnik umieści przed sobą mapę Ameryki Północnej, łatwiej mu będzie podążać za podawanymi przez nas spostrzeżeniami.

Zobaczy na niej, że kontynent ten rozciąga się od Oceanu Arktycznego, czyli od mniej więcej 70 równoleżnika szerokości geograficznej północnej, aż do 9; i od 56 południka na zachód od Greenwich aż do 168. Całość olbrzymiego przestworu tego terytorium cywilizowany człowiek w większym bądź mniejszym stopniu już przemierzył; a nawet bardzo wielką jego część na stałe zasiedlił. Pozostaje wszakże niezmiernie szeroka połać terenu, którą na wszystkich naszych mapach oznacza się nadal jako niezbadaną319, i którą po dziś dzień ciągle jest za taką uważana. Połać320 tę od południa wyznacza 60 równoleżnik, Ocean Arktyczny od północy, Góry Skaliste na zachodzie oraz posiadłości Rosji321 na wschodzie322. To jednak p. Rodmanowi przypada zaszczyt przemierzenia w wielu kierunkach tego szczególnie dzikiego regionu; najciekawsze zaś szczegóły ogłaszanej teraz opowieści dotyczą jego przygód i dokonywanych tam odkryć.

 

Najwcześniejszymi być może podróżami o większym znaczeniu, jakich w Ameryce Północnej dokonali biali ludzie, były wyprawy w roku 1698323 Hennepina324 i jego przyjaciół325 - ale ponieważ swoje badania prowadził głównie na południu, nie czujemy się zobowiązani do szerszego ich omówienia.

Pan Irving326 w swojej Astorii327 wspomina o przedsięwzięciu kapitana Jonathana Carvera328 jako pierwszej dokonanej kiedykolwiek próbie przecięcia całego kontynentu od Oceanu Atlantyckiego do Spokojnego; okazuje się wszakże, że w tej sprawie się pomylił, ponieważ w jednym z dzienników329 sir Alexandra Mackenziego330 możemy przeczytać o dwóch różnych wyprawach331, które wyruszyły pieszo mając ten właśnie cel, zapoczątkowanych przez Kompanię Zatoki Hudsona332, jednej w roku 1758, a drugiej jeszcze wcześniej, w 1749; obie wszakże zapewne zakończyły się całkowitym niepowodzeniem, gdyż nie zachowały się żadne sprawozdania z owych ekspedycji. To w roku 1763, wkrótce po przejęciu333 Kanad334 przez Wielką Brytanię, kapitan Carver przedsięwziął swą podróż. Podjął on zamiar przebycia całego tego kraju, między czterdziestym trzecim a czterdziestym szóstym stopniem szerokości geograficznej północnej, aż do wybrzeży Pacyfiku. Jego celem było rozpoznanie rozmiarów kontynentu w jego najszerszej części i wskazanie, na zachodnim wybrzeżu, jakiegoś miejsca, w którym rząd mógłby założyć placówkę mającą ułatwiać odkrycie przejścia północno-zachodniego335, czyli połączenia wodnego między zatoką Hudsona336 a Oceanem Spokojnym. Carver przypuszczał, że Columbia337, nazywana wówczas Oregonem338, uchodziła do morza gdzieś w cieśninie Annian339; liczył, że właśnie tam zdoła założyć ową placówkę. Sądził również, że osada powstała w tamtej okolicy ustanowi nowe źródła handlu i otworzy bardziej bezpośrednie połączenie z Chinami i posiadłościami brytyjskimi w Indiach Wschodnich340 aniżeli stary szlak, który zapewniał Przylądek Dobrej Nadziei341. Jego próba przekroczenia gór spaliła jednakże na panewce342.

Z upływem czasu następną ważną wyprawą odbytą w północnej części Ameryki była ta przeprowadzona przez Samuela Hearne'a343, który w celu odkrycia kopalni miedzi w roku 1769, 1770, 1771 i 1772 z Prince of Wales Fort344, nad zatoką Hudsona, wyruszał na północny zachód, docierając aż do brzegów Oceanu Arktycznego345.

Należy następnie odnotować drugą próbę wyprawy pieszo kapitana Carvera, dokonaną w roku 1774, w której dołączył do niego Richard Whitworth346, członek Parlamentu i człowiek zamożny. Owe przedsięwzięcie wspominamy jedynie ze względu na wielką skalę, na jaką zostało zaplanowane; w rzeczywistości bowiem nie zostało ono nigdy przeprowadzone. Dżentelmeni ci zamierzali zabrać ze sobą pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu ludzi, rzemieślników i marynarzy, aby wraz z nimi wyruszyć w górę nurtu jednego z odgałęzień Missouri, odszukać w górach źródła Oregonu i spłynąć tą rzeką do jej przypuszczalnego ujścia, w pobliżu cieśniny Annian. Miał zostać tam zbudowany fort, a także statki w celu prowadzenia dalszych odkryć. Przedsięwzięcie to udaremnił wybuch rewolucji amerykańskiej347.348

Już od roku 1775 kanadyjscy misjonarze zajmowali się handlem futrami na północ i zachód do brzegów rzeki Saskatchawine349 na 53 stopniu szerokości geograficznej północnej i 102 długości geograficznej zachodniej; a na początku 1776 roku p. Joseph Frobisher350 wyprawił się w tym kierunku, docierając aż do 55 stopnia N. i 103 stopnia W351.352

W roku 1778 p. Peter Pond353 z czterema canoe dopłynął do rzeki Elk354, około trzydziestu mil na południe od jej połączenia z Lake of the Hills355.356

Należy teraz koniecznie wspomnieć o innej jeszcze próbie, nieudanej na samym jej początku, pokonania najszerszej części kontynentu od oceanu do oceanu. O samym podjęciu tej próby powszechnie niemal nic nie wiadomo, wspomniał357 o niej tylko pan Jefferson, a i to w sposób wyłącznie pobieżny. Pan J. przekazał, że Ledyard358 zgłosił się do niego w Paryżu, pragnąc gorąco dokonania jakiegoś nowego przedsięwzięcia, po zakończeniu pomyślnie podróży z kapitanem Cookiem359; oraz że on (pan J.) zaproponował mu, aby dotarł lądem na Kamczatkę360, przeprawił się na jakimś rosyjskim statku do Nootka Sound361, udał się na południe do szerokości geograficznej Missouri, a następnie, po pokonaniu owego kraju, spłynął w dół tej rzeki do Stanów Zjednoczonych. - Ledyard przyjął ową propozycję pod warunkiem wszakże uzyskania zgody rządu rosyjskiego. P. Jefferson zdołał ją uzyskać, zaś podróżnik, wyruszywszy z Paryża, przybył do Sankt Petersburgu wówczas, jak cesarzowa362 opuściła już to miejsce, aby spędzić zimę w Moskwie. Ponieważ stan finansowy nie pozwalał mu na niekonieczny pobyt w St. P., wyruszył on ponownie w drogę z paszportem uzyskanym od jednego z ministrów, lecz w odległości dwustu mil od Kamczatki został aresztowany przez oficera cesarzowej, która zmieniła zdanie i teraz zabroniła Ledyardowi dalszego podróżowania. Został on wsadzony do zamkniętego powozu, który jechał pędem dzień i noc, nie zatrzymując się, aż dotarł do Polski, gdzie wysadzono go i uwolniono. P. Jefferson, pisząc o przedsięwzięciu Ledyarda, błędnie nazwał je "pierwszą próbą zbadania zachodniej części naszego północnego kontynentu".

Następnym dokonanym w owym czasie przedsięwzięciem było nadzwyczajne osiągniecie sir Alexandra Mackenziego, rozpoczęte w roku 1789. Wyruszył on z Montrealu363, popłynął rzekę Utawas364, jeziorem Nipissing365, jeziorem Huron366, wzdłuż północnego brzegu Jeziora Górnego367, przez tak zwany Grand Portage368, stamtąd posuwał się wzdłuż rzeki Rain369, Lake of the Woods370, jeziora Bonnet371, górnej części Dog-Head Lake372, południowego wybrzeża jeziora Winnipeg373, przez Cedar Lake374 i poza ujściem Saskatchawine do jeziora Sturgeon375; potem znowu przenoską do Missinipi376 i poprzez jeziora Black Bear377, Primo's378 i Buffalo379 do pasma wysokich gór380 biegnących z północnego wschodu na południowy zachód - następnie rzeką Elk popłynął do Lake of the Hills - stamtąd rzeką Niewolniczą381 do Jeziora Niewolniczego382 - wokół północnego brzegu tego ostatniego do rzeki Mackenzie383, a wreszcie w dół jej nurtu aż do Morza Polarnego - była to ogromna podróż, podczas której zetknął się on z niezliczonymi niebezpieczeństwami i najcięższego rodzaju trudnościami. Podczas spływania w dół całego nurtu rzeki Mackenzie, aż do jej ujścia, Mackenzie posuwał się wzdłuż podnóża wschodnich zboczy Gór Skalistych, ale nigdy nie przekroczył owych zapór. Kiedy wszakże wiosną roku 1793384 wyruszył z Montrealu i podążając trasą swojej pierwszej podróży aż do ujścia rzeki Unjigah385 lub Peace River386, skręcił na zachód, w górę tego nurtu, przedostał się przez góry na 56 stopniu szerokości geograficznej, następnie zaś podążał na południe, dopóki nie natrafił na rzekę, którą nazwał Salmon387 (obecnie Frazera388), i posuwając się nią dotarł wreszcie do Pacyfiku mniej więcej na 40 równoleżniku389 N. L390.

 

Pamiętna wyprawa kapitanów Lewisa i Clarka miała miejsce w latach 1804-1806. W roku 1803 zbliżał się koniec ważności ustawy o zakładaniu placówek handlujących z plemionami indiańskimi, i 18 stycznia pan Jefferson w poufnym posłaniu zalecił Kongresowi pewne jej przekształcenia (z rozszerzeniem jej zakresu na Indian znad Missouri). W celu utorowania drogi jej przyjęcia, zaproponowano wysłania grupy ludzi, którzy podążą Missouri aż do źródła tej rzeki, przekroczą Góry Skaliste i najlepszą drogą wodną, jaka okaże się możliwa, spłyną stamtąd do Oceanu Spokojnego391. Zamysł ten został w całej pełni przeprowadzony; kapitan Lewis zbadał (ale nie "odkrył" jako pierwszy, jak podaje pan Irving) górny bieg rzeki Columbia i wzdłuż jej nurtu podążał aż do ujścia. Dolny bieg Columbii już w roku 1793 odwiedził Mackenzie392.

Z wyprawą badawczą Lewisa i Clarka w górę Missouri zbiegła się podróż w górę Missisipi majora Zebulona M. Pike'a393, któremu udało mu się wyśledzić bieg tej rzeki do jej źródła w jeziorze Itasca394. Po powrocie z tej podróży z rozkazu rządu wyruszył z Missisipi na zachód, w latach 1805, 1806 i 1807, do górnego biegu Arkansas395 (za Górami Skalistymi na 40 stopniu szerokości geograficznej północnej) podążając wzdłuż rzek Osage396 i Kanzas397 oraz do źródła Platte398.

W roku 1810 pan David Thompson399, partner North West Fur Company400, z liczną grupą wyruszył z Montrealu w zamiarze przecięcia kontynentu aż do Oceanu Spokojnego. Pierwsza część trasy była ta sama, co Mackenziego w roku 1793. Celem wyprawy było uprzedzenie wykonania zamiaru pana Johna Jacoba Astora401 - a mianowicie założenia placówki handlowej w pobliżu ujścia Columbii. Większość towarzyszy Thompsona opuściła go po wschodniej stronie gór; ale w końcu udało mu się przekroczyć ich łańcuch, mając zaledwie ośmiu zwolenników, natrafił z nimi na północną odnogę Columbii i spłynął tą rzeką z punktu znacznie bliżej jej źródła niż jakikolwiek biały człowiek dokonał tego wcześniej.

W 1811 roku przeprowadzono z powodzeniem zdumiewające przedsięwzięcie402 pana Astora - w każdym razie w tej jego części, która dotyczyła podróży przez cały kraj. Ponieważ pan Irving sprawił już, że wszyscy jego czytelnicy poznali dobrze szczegóły owej podróży, wystarczy, że wspomnimy o niej tylko pokrótce. O zamyśle wyprawy dopiero co mówiliśmy. Trasa grupy (pod dowództwem pana Wilsona Price'a Hunta403) wiodła z Montrealu, w górę Utawas, przez jezioro Nipissing oraz ciąg małych jezior i rzek, do Michilimackinac404, inaczej Mackinaw405 - stamtąd przez Green Bay406, rzeki Fox407 i Wisconsin408 do Prairie du Chien409 - następnie w dół Missisipi do St. Louis410 - dalej w górę Missouri, do wioski Indian Arickara411, leżącej między 46 a 47 równoleżnikiem szerokości geograficznej północnej oraz tysiąc czterysta trzydzieści mil od ujścia rzeki - stamtąd zaś, po skręceniu na południowy zachód i przebyciu pustyni, jak też pokonaniu gór w pobliżu miejsca, w którym znajdują się główne źródła rzek Platte i Yellowstone412, a potem wzdłuż południowego odgałęzienia413 Columbii do morza. Powracające z tej ekspedycji dwie małe grupy dokonały najbardziej wypełnionych niebezpieczeństwami i wydarzeniami podróży przez całe państwo.

Kolejne ważne w kolejności są podróże majora Stephena H. Longa414. Dżentelmen ten w roku 1823 wyprawił się do źródeł rzeki St. Peter's415, do jeziora Winnipeg, do Lake of the Woods i w inne miejsca. O odbytych niedawno podróżach kapitana Bonneville'a416 i innych właściwie nie trzeba wspominać, ponieważ nadal tkwią one w powszechnej pamięci. Przygody kapitana B. zostały dobrze opisane417 przez pana Irvinga. W roku 1832 wyruszył z Fort Osage418, przebył Góry Skaliste i przez niemal trzy lata przebywał w krainach poza nimi. W granicach Stanów Zjednoczonych jest bardzo mało terenów, których by w ostatnich latach nie przemierzył czy to jakiś przedstawiciel nauki, czy to jakiś awanturnik. Jednakże na rozległych i wyzbytych obecności człowieka obszarach, które leżą na północ od naszego terytorium i na zachód od rzeki Mackenzie, nigdy, o ile wiadomo, nie stanęła stopa żadnego cywilizowanego człowieka, z wyjątkiem pana Rodmana i jego bardzo małej grupy. W sprawie zaś rozstrzygnięcia, kto dokonał pierwszego przejścia przez Góry Skaliste, okaże się, na podstawie tego, co już powiedzieliśmy, że zaszczyt przeprowadzenia tego przedsięwzięcia nie powinien nigdy przypaść Lewisowi i Clarke'owi, ponieważ zdołał to uczynić Mackenzie w rok 1793; zaś w istocie to pan Rodman był pierwszym, który pokonał te gigantyczne zapory; przekraczając je zaiste w 1792 roku. Dlatego też nie bez zasadnego powodu zwracamy uwagę opinii publicznej na niezwykłą opowieść, która zostanie poniżej przedstawiona419.

 

 

 

 

294 Pierwszej - kursywą Edgar Allan Poe zaznaczał w oryginale słowa rzadkie, wymyślone przez siebie lub te, na które chciał zwrócić szczególną uwagę.

295 Łańcuch gór - Kordyliery, ogromny łańcuch górski ciągnący się przez całą zachodnią część Ameryki Północnej, długości około 8000 i szerokości około 1700 kilometrów, z najwyższym szczytem Denali (McKinley) o wysokości 6194 metrów; ciągnie się od wybrzeży Oceanu Arktycznego, przez Kanadę, Stany Zjednoczone, Meksyk, Amerykę Środkową, składa się z wielu pasm, największą jego częścią stanowią Góry Skaliste.

296 Przesmyk Darien - przesmyk w najbardziej południowej części Panamy, do granicy z Kolumbią, pomiędzy Oceanem Spokojnym i Zatoką Meksykańską, szerokości około 80 km, pokryty mokradłami i dżunglą, przez co jest nieprzebyty, nie biegną przez niego żadne drogi, zamieszkany wyłącznie przez plemiona Indian.

297 Magazyn - "Dziennik Juliusa Rodmana" ukazywał się na łamach "Burton's Gentleman's Magazine and American Monthly Review", wydawanego w Filadelfii amerykańskiego miesięcznika literackiego, zamieszczającego utwory prozą, poezję i eseje, poświęcone głównie tematyce sportowej; ukazywał się w latach 1837-1940, jednym z jego redaktorów od roku 1839 był Edgar Allan Poe, który zamieścił w nim niektóre ze swoich utworów, w tym "Dziennik" w numerach od styczniowego do lipcowego 1840 roku; nie został wydrukowany w całości, gdyż w lipcu 1840 roku właściciel czasopisma, William Evans Burton, zwolnił Poego i przestał zamieszczać jego prace; w grudniu tegoż roku Burton sprzedał miesięcznik, który został połączony z innym.

298 Hipochondria - zaburzenie psychiczne, przeświadczenie o cierpieniu na jakąś chorobę, nadmierne skupianie się na swoim zdrowiu, doszukiwaniu się oznak niedomagań, dawniej też rodzaj melancholii, depresji, męski odpowiednik kobiecej histerii, jak w tym przypadku, za lekarstwo na ten stan uważano aktywność na wolnym powietrzu.

299 Missouri - wielka rzeka w środkowej części Stanów Zjednoczonych, długości 3767 km, o źródłach w Górach Skalistych, w stanie Montana, płynie mniej więcej na południowy wschód, na północ od miasta Saint Louis łączy się z Missisipi.

300 Kentucky - stan w środkowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, na południe od rzeki Ohio i wschód od Missisipi, w roku 1792 wydzielony z Wirginii jako 15 stan USA, ze stolicą w Frankforcie.

301 Missisipi - wielka rzeka w środkowej części Stanów Zjednoczonych, długości 3730 km, o źródłach w jeziorze Itasca, w stanie Minnesota, płynie mniej więcej na południe, wpada deltą do Zatoki Meksykańskiej.

302 Mills Point - mała osada w zachodnio-południowej części stanu Kentucky, na lewym brzegu Missisipi, u ujścia Obion Creek, założona w roku 1819 przez Jamesa Millsa, w 1837 jej nazwę zmienioną na Hickman, obecnie ma około 2,1 tys. mieszkańców.

303 Abingdon - małe miasto w zachodnio-południowej części stanu Wirginia, założone w latach 1765-1770, w roku 1774 powstał tam Black's Fort dla obrony przed Indianami, nazwa Abingdon od 1778, obecnie ma około 8 tys. mieszkańców.

304 Wirginia - stan we wschodniej części Stanów Zjednoczonych, pomiędzy Appalachami i Atlantykiem, od roku 1607 kolonia Wirginia, jedno z pierwszych miejsc osadnictwa przybyszy z Wielkiej Brytanii, jedna z pierwszych trzynastu kolonii, które utworzyły Stany Zjednoczone, ze stolicą w Richmond.

305 M. - skrót od monsieur, po francusku pan, stosowany na przemian przez Poego ze zwykłym angielskim skrótem Mr., od mister, również pan, oddawanym w przekładzie przez p.

306 Andre Michau (1746-1802) - częściej jego nazwisko występuje w postaci Michaux i Michaud, francuski botanik i podróżnik, w roku 1782 wysłany przez władze francuskie na wyprawę badawczą do Persji, w 1785 do Ameryki Północnej, wrócił do Francji w 1796, od 1800 prowadził badania na Madagaskarze, gdzie zmarł.

307 Książki - Flora Boreali-Americana: sistens caracteres plantarum quas in America septentrionali collegitet detexit (Flora Ameryki Północnej) ukazała się w roku 1803 w Paryżu, a Histoire des Chenes d'Amerique (Dzieje dębów Ameryki) w Paryżu w 1801.

308 Oferta - po rewolucji francuskiej Michaux przestał być opłacany i poprzez Amerykańskie Towarzystwo Filozoficzne zaproponował odbycie wyprawy naukowej na zachód, na początku roku 1793 Thomas Jefferson zwrócił się do niego z ofertą takiej wyprawy, zanim jednak Michau na nią wyruszył, zaangażował się w plany posła Francji w Ameryce Edmonda-Charlesa Geneta zorganizowania walk przeciwko Anglii i Hiszpanii na terenie Luizjany, niepopierane przez Jeffersona.

309 Thomas Jefferson (1743-1826) - amerykański polityk, prawnik, architekt, trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1801-1809, jeden z autorów Deklaracji Niepodległości i Konstytucji USA, gubernator Wirginii, ambasador we Francji, w latach 1789-1793 sekretarz stanu, od 1796 wiceprezydent.

310 Góry Skaliste - system pasm górskich w zachodniej części Stanów Zjednoczonych, wschodnia część Kordyliery, o najwyższym szczycie Mount Elbert (4401 m. n.p.m.), długości 3000 km i szerokości od 110 do 480 km, jako pierwszy pokonał je w roku 1793 Alexander Mackenzie, którego książka z roku 1801 Voyages from Montreal, on the River St. Laurence, Through the Continent of North America, to the Frozen and Pacific Oceans: in the Years 1789 and 1793 była jednym ze źródeł E. A. Poego.

311 Ambasador - Edmond-Charles Gen?t (1763-1834), francuski dyplomata, w latach 1793-1794 ambasador w Stanach Zjednoczonych, odwołany na prośbę Jerzego Waszyngtona wskutek tzw. afery Geneta, pozostał w USA; Genet namawiał Michau nie do prowadzenia badań botanicznych, ale do organizowania w Kentucky milicji walczącej z Hiszpanami.

312 Filadelfia - miasto w północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, największe w stanie Pensylwania, port nad Oceanem Atlantyckim, założone w roku 1701, szybko się rozwijało, w XVIII wieku największe miasto w koloniach angielskich w Ameryce Północnej, do roku 1799 pierwsza stolica Stanów Zjednoczonych, obecnie ma około 1,6 miliona mieszkańców.

313 Messieurs (fr.) - panowie.

314 Meriwether Lewis (1774-1809) - amerykański odkrywca, żołnierz i polityk, od roku 1795 walczył w armii Stanów Zjednoczonych, od 1801 sekretarz prezydenta Jeffersona, w latach 1803-1806 dowódca wyprawy, która przez Góry Skaliste dotarła do wybrzeży Oceanu Spokojnego, od 1807 gubernator Luizjany.

315 William Clark (1770-1838) - u E. A. Poego Clarke, amerykański odkrywca i żołnierz, w latach 1795-1798 oficer w armii Stanów Zjednoczonych, poznał wtedy Meriwethera Lewisa, który zaproponował mu udział w wyprawie do wybrzeży Oceanu Spokojnego, w roku 1807 mianowany generałem, w 1813 gubernatorem Missouri, od 1820 superintendent do spraw Indian.

316 Monticello - miejscowość w zachodniej części Stanów Zjednoczonych, w środkowej stanu Wirginia, plantacja Thomasa Jeffersona, którą odziedziczył po ojcu w roku 1789, zbudował na niej wspaniały dwór, swoją siedzibę, został tam pochowany, obecnie muzeum prowadzone przez Fundację Thomasa Jeffersona, na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

317 Utracone - Poe użył tu słowa perdus, formy liczby mnogiej francuskiego perdu, stracony, zgubiony.

318 Charlottesville - miasto w środkowej części stanu Wirginia w USA, 5 km od Monticello, założone w roku 1762, obecnie ma 47 tys. mieszkańców.

319 Niezbadaną - na mapach z początku XIX wieku Terytorium Jukonu nie było białą plamą oznaczaną jako obszar niezbadany, choć rzeczywiście niewiele o nim wiedziano.

320 Połać - obszar ten pokrywa się w przybliżeniu z Terytorium Jukonu, północno-zachodnią częścią Kanady, sąsiadującą z Alaską, jako pierwszy Europejczyk dotarł tam w roku 1576 Martin Frobisher, później traperzy pracujący dla Kompanii Zatoki Hudsona i Kompanii Północno-Zachodniej, pierwszy obszar ten zbadał Alexander Mackenzie w 1789, jego granicę południową, na 60 równoleżniku i zachodnią, na 141 południku, wyznaczono w roku 1825.

321 Posiadłości Rosji - chodzi o Alaskę, odkrytą przez Hiszpanów w roku 1640, od XVIII wieku badaną i zasiedlaną przez Rosjan, w roku 1867 kupioną przez Stany Zjednoczone.

322 Wschodzie - pomyłka Poego, powinno być na zachodzie, od tej strony granica Terytorium Jukonu biegnie mniej więcej działem wodnym pomiędzy dorzeczami rzek Jukon i Mackenzie, podobnie Góry Skaliste są granicą wschodnią, a nie zachodnią.

323 1698 - w roku tym ukazało się w Londynie angielskie tłumaczenie (A New Discovery of a Vast Country in America) książki Louisa Hennepina Nouvelle découverte d'un tr?s grand pays situé dans l'Amérique entre le Nouveau-Mexique et la mer glacjale oraz w Utrechcie jego następna książka, Nouveau voyage d'un pays plus grand que l'Europe, opisywane tam podróże odbyły się wcześniej.

324 Louis Hennepin (1626-1704) - francuski zakonnik (franciszkanin), misjonarz i podróżnik, w roku 1675 wysłany jako misjonarz do Quebecu, uczestniczył w wyprawach odkrywczych René-Roberta de La Salle w rejonie Wielkich Jezior, odłączył się od niego, miał spłynąć Missouri do Luizjany, co jest poddawane w wątpliwość; do Europy wrócił w 1681.

325 Przyjaciół - pierwsze podróże Hennepin odbywał z René-Robertem de La Salle i Zénobe'em Membre'em, a następne z Michelem Accaultem i Antoine Auguelem.

326 Washington Irving (1783-1859) - amerykański pisarz, historyk i dyplomata, autor opowiadań i biografii, m.in. Jerzego Waszyngtona, pierwszy znany szerzej literat amerykański, ambasador USA w Hiszpanii.

327 Astoria - pełen tytuł to Astoria: Or, Enterprise Beyond the Rocky Mountains (Astoria, czyli wyprawa poza Góry Skaliste), wydana w roku 1836 w Filadelfii książka Washingtona Irvinga o wyprawie do ujścia rzeki Columbia, przeprowadzonej w latach 1810-1813 z inicjatywy nowojorskiego kupca Johna Jacoba Astora; książka ta odniosła duże powodzenie i była jednym z głównych źródeł Poego; wzmianka o wyprawie Carvera znajduje się w rozdziale 3, str. 19.

328 Jonathan Carver (1710-1780) - amerykański wojskowy, odkrywca i pisarz, kapitan milicji w Massachusetts, od roku 1763 prowadził badania terenów nad Missisippi, zdobytych przez Anglię po wojnie z Francją, od 1766 na zlecenie rządu bryjskiego usiłował bezskutecznie odnaleźć szlak wiodący na wybrzeże Oceanu Spokojnego, w roku 1778 ukazała się jego książka "Travels through the Interior Parts of North America in the Years 1766, 1767 and 1768", London 1778.

329 Dziennik - Voyages from Montreal, on the River St. Laurence, Through the Continent of North America, to the Frozen and Pacific Oceans: in the Years 1789 and 1793, London 1801.

330 Alexander Mackenzie (ok. 1764-1820) - szkocki podróżnik i odkrywca, z rodziną w roku 1774 wyemigrował do Ameryki, od 1778 pracował w Montrealu w jednej ze spółek handlującej futrami, North West Company, która w roku 1789 wysłała go w wyprawę na zachód, jako pierwszy spłynął rzeką Mackenzie, nazwaną od niego, do Oceanu Arktycznego, w latach 1792-1793 poprowadził wyprawę, która jako pierwsza dotarła do Pacyfiku, nobilitowany po powrocie, stąd tytuł sir, w roku 1812 wrócił do Szkocji.

331 Wyprawy - wspomniane w Voyages... Mackenziego na str. 5, lecz bez podania dat, które Poe prawdopodobnie wymyślił i opisane jako zainicjowane przez nieokreślone spółki handlowe ("trading commanders").

332 Kompania Zatoki Hudsona (Hudson's Bay Company, u Poego błędnie: Hudson Bay Fur Company) - korporacja handlowa założona w roku 1670 jako spółka handlująca futrami zwierząt, jej statut zatwierdzony przez króla Anglii Karola II dawał spółce monopol na handel na całym terytorium kanadyjskich posiadłości Wielkiej Brytanii, od roku 1821 zajmowała się także wydobywaniem surowców mineralnych, jej znaczenie upadło po roku 1870, działa nadal.

333 Przejęcie - w wyniku pokoju paryskiego z 10 lutego 1763 roku, jaki zakończył wojnę siedmioletnią (1756-1763), która przyniosła zwycięstwo Wielkiej Brytanii i Prus nad Francją i jej sojusznikami, Wielka Brytania przejęła Nową Francję (posiadłości francuskie w Kanadzie), a Luizjanę podzieliła między siebie i Hiszpanię.

334 Kanad - liczba mnoga odnosi się do prowincji Kanada Górna (Quebec) i Kanada Dolna (Ontario), utworzonych w roku 1791, połączonych w 1841 w jedną Prowincję Kanada.

335 Przejście północno-zachodnie - szlak morski łączący Ocean Atlantycki ze Spokojnym na północ od Ameryki Północnej, mający skrócić drogę między Europą a Azją, poszukiwany od końca XV wieku, zwłaszcza od początku XIX stulecia, jako pierwszy przejście to pokonał w latach 1903-1906 Roald Amundsen.

336 Zatoka Hudsona - wielka (o powierzchni 819 tys. km2), zatoka w południowej części Oceanu Arktycznego, w północno-wschodniej Kanadzie, odkryta w roku 1609 przez Anglika Henry'ego Hudsona.

337 Columbia - rzeka w zachodniej części Ameryki Północnej, długości 1953 km, wypływa z jeziora Columbia w Górach Skalistych w kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska, płynie głównie na południowy zachód, przez stan Waszyngton w Stanach Zjednoczonych, w dolnych odcinku stanowi granicę między stanami Waszyngton i Oregon, z ujściem do Oceanu Spokojnego.

338 Oregon - według jednej z teorii pierwsza nazwa rzeki Columbia, nadana przez jej hiszpańskich odkrywców, zapisana po raz pierwszy w roku 1598 w postaci Orejón (hiszp. Ucho, w znaczeniu "brzeg, skraj, wybrzeże"), zmienionej na Oregon.

339 Annian - częściej Anián, cieśnina między lądami Ameryki Północnej i Azji, domniemywana od XVI wieku, pojawiła się po raz pierwszy na mapie w roku 1562, wskazywana na wysokości Kalifornii, miała się łączyć z Zatoką Hudsona, okazała się cieśniną Beringa, odkrytą w roku 1728.

340 Indie Wschodnie - stosowana dawniej nazwa Półwyspu Indyjskiego w Azji, dla odróżnienia od Indii Zachodnich, jak określano pierwsze ziemie odkrywane przez Hiszpanów po drugiej stronie Atlantyku wskutek błędnego przekonania Krzysztofa Kolumba, że dotarł do Indii od zachodu.

341 Przylądek Dobrej Nadziei - przylądek położony na południowym krańcu Afryki, odkryty w 1486 roku przez portugalskiego żeglarza Bartolomeo Diaza, który nazwał go Przylądkiem Burz; nazwa została zmieniona, kiedy Vasco da Gama odkrył w 1498 roku drogę do Indii wiodącą dokoła Afryki.

342 Cały ten akapit jest niemal dosłownym cytatem z Astorii... W. Irvinga, s. 19-20.

343 Samuel Hearne (1745-1792) - angielski odkrywca i przyrodnik, od roku 1766 pracował dla Kompanii Zatoki Hudsona, w roku 1769 został wysłany przez gubernatora Kanady Mosesa Nortona na poszukiwania złóż miedzi, o których donosili Indianie, w 1771 jako pierwszy Europejczyk dotarł lądem do Oceanu Arktycznego w pobliżu ujścia rzeki Coppermine.

344 Prince of Wales Fort - drewniana warownia na zachodnim wybrzeżu Zatoki Hudsona, nad rzeką Churchill, zbudowana w roku 1717 przez Hudson Bay Company; od 1731 budowano warownię kamienną, nie została nigdy ukończona, zdobyta bez walki przez Francuzów w roku 1782, pozostała do dzisiaj częściową ruiną.

345 Cały ten akapit jest niemal dosłownym cytatem z samego początku pierwszego dziennika A. Mackenziego, s. 6.

346 Richard Whitworth (ok. 1734-1811) - angielski polityk, członek Izby Gmin w latach 1768-1780, w roku 1773 otrzymał list od Jonathana Carvera z prośbą o przyznanie funduszy na poszukiwania przejścia północno-zachodniego i inne przedsięwzięcia, w 1774 uzyskał dla niego subwencję rządową, sam nie wziął udziału w wyprawie Carvera.

347 Rewolucja amerykańska - wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych toczona w latach 1765-1783 między trzynastoma koloniami angielskimi w Ameryce Północnej a Wielką Brytanią, zakończona zwycięstwem kolonii i ustanowieniem Stanów Zjednoczonych.

348 Cały ten akapit jest niemal dosłownym cytatem z Astorii... W. Irvinga, s. 20.

349 Saskatchawine - obecna pisownia Saskatchewan, duża rzeka w środkowej Kanadzie, powstała z połączenia rzek Saskatchewan Północny i Saskatchewan Południowy, długości 547 km, uchodzi do jeziora Winnipeg.

350 Joseph Frobisher (1748-1810) - Anglik, od roku 1769 w Kanadzie, dorobił się wielkiego majątku na handlu futrami, członek parlamentu Dolnej Kanady, założyciel North West Company, w roku 1775 i 1776 odbył wyprawy w obecnej prowincji Saskatchewan w Kanadzie.

351 N i W to stosowane w geografii skróty nazw kierunków, północy (z angielskiego North) i zachodu (z angielskiego West).

352 Cały ten akapit jest niemal dosłownym cytatem z samego początku pierwszego dziennika Voyages... A. Mackenziego, s. 4 i 8, przy czym nie ma w nim daty 1775, w roku tym to Joseph Frobisher odbył swą wyprawę.

353 Peter Pond (1749 lub 1750-1807) - u Poego błędnie: Bond, amerykański żołnierz, kupiec futrami, odkrywca, założyciel North West Company, od roku 1777 odbywał podróże handlowe po Kanadzie, sporządzał mapy, zwłaszcza okolic jeziora Athabaska.

354 Elk - użyta przez Alexandra Mackenziego nazwa rzeki Athabaska w północnej części prowincji Alberta w Kanadzie, długości 1231 km, o źródłach w Górach Skalistych, płynie na północ, uchodzi do jeziora Athabaska.

355 Lake of the Hills - używana przez A. Mackenziego nazwa wielkiego jeziora Athabaska w północno-wschodniej części prowincji Alberta i północno-zachodniej części prowincji Saskatchewan, o powierzchni 7850 km2, długości 283 km.

356 Cały ten akapit jest skrótem cytatu z początku pierwszego dziennika Voyages... A. Mackenziego, s. 9, gdzie podano czterdzieści mil, a nie trzydzieści, jako odległość od Lake of the Hills.

357 Wspomniał - w Life of Captain Lewis, s. XVII-XVIII, wstępie Thomasa Jeffersona do książki Nicholasa Biddle, History of the Expedition Under the Command of Captains Lewis and Clark, Filadelfia 1814, z którego Poe zaczerpnął ten akapit.

358 John Ledyard (1751-1789) - amerykański odkrywca i awanturnik, jako marynarz wziął udział w trzeciej wyprawie Jamesa Cooka, w roku 1784 w Paryżu szukał wsparcia dla swych planów prowadzenia handlu z Chinami, zyskał wsparcie Jeffersona, który zaproponował mu wspomnianą wyprawę, w 1787 w podróży przez Rosję do Irkucka, przezimował tam, w 1788 aresztowany na rozkaz Katarzyny II, deportowany, udał się do Afryki z zamiarem podróżowania po niej, przypadkowo otruł się witriolem i zmarł w Kairze.

359 James Cook (1728-1779) - słynny podróżnik i odkrywca angielski; kierował trzema wyprawami dookoła świata; w latach 1768-71 zbadał Wyspy Towarzystwa, odkrył cieśninę między wyspami Nowej Zelandii (Cieśnina Cooka), wschodnie brzegi Australii, przepłynął Cieśninę Torresa; w latach 1772-75 odkrył Hawaje, dotarł do brzegów Alaski i na Morze Czukockie; został zabity przez krajowców na Hawajach.

360 Kamczatka - w Poego Kamschatka, wielki półwysep w północno-wschodniej Syberii, długości 1200 km i powierzchni ok. 370 tys. km2, między morzami Ochockim i Beringa, z ponad 160 wulkanami.

361 Nootka Sound - cieśnina pomiędzy wyspami Vancouver i Nootka w południowo-zachodniej części prowincji Kolumbia Brytyjska Kanady, miejsce handlu futrami, będące w końcu XVIII wieku miejscem sporów Hiszpanów, Rosjan i Anglików.

362 Cesarzowa - Katarzyna II Wielka (1729-1796), cesarzowa Rosji od roku 1762.

363 Montreal - miasto w południowo-wschodniej Kanadzie, w prowincji Quebec, największe w niej, nad Rzeką Świętego Wawrzyńca, założone w roku 1642, w 1760 zdobyte przez Anglików, ma około 1,7 miliona mieszkańców; Mackenzie w swą podróż wyruszył nie z Montrealu, ale z Fortu Chipewyan nad jeziorem Athabaska, do którego przybył w roku 1788.

364 Utawas - dawna nazwa rzeki Ottawa w południowo-wschodniej Kanadzie, największego lewego dopływu rzeki Świętego Wawrzyńca, uchodzącego do niej tuż na południe od Montrealu, o długości 1271 km, źródłach na północ od jeziora Huron, głównego szlaku komunikacyjnego w XVIII wieku w Kanadzie.

365 Nipissing - jezioro w południowo-wschodniej części prowincji Ontario w Kanadzie, pomiędzy rzeką Ottawa a jeziorem Huron, długości 65 km i powierzchni 873 km2.

366 Huron - wielkie jezioro w północnej części Ameryki Północnej, na granicy Stanów Zjednoczonych i Kanady, drugie pod względem wielkości spośród Wielkich Jezior i środkowe z nich, o długości 332 km, szerokości 295 km i powierzchni 59 600 km2.

367 Jezioro Górne - wielkie jezioro w północnej części Ameryki Północnej, na granicy Stanów Zjednoczonych i Kanady, na północny zachód od jeziora Huron, pierwsze pod względem wielkości spośród Wielkich Jezior, drugie na całym świecie, o długości 563 km, szerokości 227 km i powierzchni 82 100 km2.

368 Grand Portage - północna część stanu Minnesota przytykająca do granicy z Kanadą, na zachód od Jeziora Górnego, obecnie tereny rezerwatu Grand Portage Indian Chippewa; nazwana tak (Wielka Przenoska), gdyż w tym miejscu wielkiego szlaku od Wielkich Jezior na północ, do jezior Winnipeg i Athabaska, konieczne było przenoszenie łodzi lądem.

369 Rain - obecnie Rainy, rzeka stanowiąca granicę Stanów Zjednoczonych i Kanady (prowincji Ottawa i stanu Minnesota), długości 220 km, wypływa z jeziora Rainy, płynie głównie na północny zachód, uchodzi do Lake of the Woods.

370 Lake of the Woods - jezioro na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady (prowincji Winnipeg i Ottawa oraz stanu Minnesota), o długości 109 km, szerokości 95 km i powierzchni 4350 km2, jest na nim ponad 14 tysięcy wysp i wysepek.

371 Bonnet - obecnie Lac du Bonnet, właściwie rozszerzenie rzeki Winnipeg w południowo-wschodniej części prowincji Winnipeg w Kanadzie, o długości 15 km.

372 Dog-Head - dawna nazwa południowej części jeziora Winnipeg.

373 Winnipeg - wielkie jezioro w południowej części prowincji Winnipeg w Kanadzie, o długości 416 km, szerokości 100 km i powierzchni 24 514 km2, wpływa do niego wiele rzek, a wypływa tylko jedna, Nelson.

374 Cedar Lake - jezioro w zachodniej części prowincji Winnipeg w Kanadzie, leżące na północny zachód od jeziora Winnipeg, oddzielone od niego tamą Grand Rapids, o powierzchni 1353 km2, wpływa do niego rzeka Saskatchewan.

375 Sturgeon - małe jezioro w środkowej części prowincji Saskatchewan w Kanadzie, 350 km na zachód od Cedar Lake, właściwie rozszerzenie rzeki Sturgeon, lewego dopływu rzeki Saskatchewan.

376 Missinipi - użyta przez Mackenziego nazwa dużej rzeki Churchill w południowej Kanadzie, długości 1609 km, wypływającej z jeziora Churchill w prowincji Saskatchewan, uchodzi do zatoki Hudsona w prowincji Manitoba.

377 Black Bear - nazwa ta występuje na mapie wyprawy Mackenziego, oznaczone nią jezioro odpowiada obecnemu jezioru Lac Île-a-la-Crosse, w środkowej części prowincji Saskatchewan, o powierzchni 391 km2.

378 Primo's - nazwa ta w postaci Primros występuje na mapie wyprawy Mackenziego, oznaczono nią małe jezioro pomiędzy jeziorami Black Bear i Buffalo, może chodzić o rozszerzenie rzeki Beaver.

379 Buffalo - dawna (do roku 1931) nazwa jeziora Peter Pond w środkowo-zachodniej części prowincji Saskatchewan w Kanadzie, o powierzchni 552 km2.

380 Góry - nie ma takich na trasie A. Mackenziego, może chodzić o wzgórza o maksymalnej wysokości 643 metrów tworzące wododział między dorzeczami rzeki Churchill i Athabaska.

381 Rzeka Niewolnicza (Slave River) - rzeka w południowo-zachodniej Kanadzie, długości 434 km, powstaje z połączenia rzek Rivi?re des Roches i Peace w północno-zachodniej Albercie, płynie głównie na północ i wpływa do Wielkiego Jeziora Niewolniczego.

382 Wielkie Jezioro Niewolnicze (Great Slave Lake) - ogromne jezioro w południowej części Terytoriów Północno-Zachodnich w Kanadzie, o powierzchni 27 200 km2, długości 469 i szerokości 203 km, najgłębsze w Ameryce Północnej (do 614 m głębokości).

383 Mackenzie - wielka rzeka w północno-zachodniej Kanadzie, długości 1738 km, wypływa z Wielkiego Jeziora Niewolniczego, płynie głównie na północny zachód i wpada do Morza Beauforta.

384 1793 - w swą drugą wyprawę A. Mackenzie wyruszył w październiku roku 1792, a nie wiosną 1793, a ponadto jak podczas pierwszej jego punktem wyjścia był Fort Chepewyan, a nie Montreal.

385 Unjigah - nadana przez A. Mackenziego nazwa Peace River, w języku Indian Daneeza mieszkających nad nią oznacza to "Wielka Rzeka".

386 Peace River - rzeka w północnej części prowincji Alberta w Kanadzie, długości 1923 km, o źródłach w Górach Skalistych, płynie mniej więcej na południe, uchodzi do cieśniny Strait of Georgia Oceanu Spokojnego na granicy Kanady i Stanów Zjednoczonych.

387 Salmon - Mackenzie nigdzie w swoim dzienniku nie nazwał tak rzeki Fraser, nazwę Salmon nosi jeden z małych dopływów tej rzeki, dawniej Little Salmon, zaś Big Salmon to dawna nazwa rzeki McGregor, innego dopływu Frazer.

388 Rzeka Frazera - obecna nazwa Fraser, rzeka w południowej części prowincji Kolumbia Brytyjska w Kanadzie, długości 1375 km, powstaje z połączenia rzek Finlay i Parsnip, płynie na północny wschód, łączy się z rzeką Athabaska, tworząc Rzekę Niewolniczą.

389 40 równoleżnik - Mackenzie po przebyciu Gór Skalistych rzeczywiście dotarł do rzeki Frazer, ale ostrzeżony przez Indian, że nie zdoła nią spłynąć, wyruszył rzekami West Road i Bella Coola, docierając do Pacyfiku na 52 stopniu szerokości geograficznej, a nie 40.

390 N. L. - użyty przez E. A. Poego skrót oznacza North Latitude (północna szerokość geograficzna).

391 Ostatnie dwa zdania są niemal dosłownym cytatem z Life of Captain Lewis T. Jeffersona, s. XVIII.

392 Mackenzie - Alexander Mackenzie w roku 1793 nie dotarł do Columbii, tę błędną wiadomość podał John Pinkerton w książce Modern Geography, London 1817, którą mógł znać E. A. Poe.

393 Zebulon M. Pike (1779-1813) - amerykański wojskowy i odkrywca, wysłany w roku 1805 z zadaniem odkrycia źródeł Missisipi; w 1806 odkrycia źródeł rzek Arkansas i Red, został zatrzymany przez Hiszpanów i odesłany, w 1813 mianowany na generała, zginął wkrótce potem podczas walk z Brytyjczykami.

394 Itasca - małe (o powierzchni 4,7 km2) jezioro lodowcowe w północnej części stanu Minnesota, uważane za źródło Missisipi, Pike w istocie nie dotarł tam, ale do większego jeziora Leech, leżącego około 60 km dalej.

395 Arkansas - duża rzeka w południowej części Stanów Zjednoczonych, prawy dopływ Missisipi, długości 2364 km, o źródłach w Górach Skalistych, w stanie Kolorado, do roku 1821 stanowiła granicę między USA a Meksykiem.

396 Osage - rzeka w środkowej części stanu Missouri, prawy dopływ Missisipi, długości 444 km, powstaje z połączenia rzek Marais des Cygnes i Little Osage, płynie głównie na wschód.

397 Kanzas - obecna pisownia Kansas, rzeka w południowej części stanu Missouri, prawy dopływ Missouri, długości 238 km, powstaje z połączenia rzek Republican i Smoky Hill, płynie głównie na wschód na północ od Osage.

398 Platte - duża rzeka w środkowej części stanu Nebraska, prawy dopływ Missouri, długości 707 km, powstaje z połączenia rzek North Platte i South Platte, płynie głównie na wschód na północ od Kansas.

399 David Thompson (1770-1857) - kanadyjski kupiec, geodeta i kartograf, podczas wielu podróż przemierzył prawie 100 tys. kilometrów, sporządzając mapy prawie 5 milionów km2 terenów Ameryki Północnej, głównie Kanady, od roku 1784 pracownik Hudson Bay Company, od 1797 North West Company, od 1804 jej partner (udziałowiec i współwłaściciel).

400 North West Fur Company - właściwie North West Company, kanadyjska spółka zajmująca się handlem skórkami zwierząt i futrami, założona w roku 1779 przez grupę kupców z Montrealu, urządzała wyprawy badawcze, działała głównie w zachodniej Kanadzie, skutecznie rywalizowała z Hudson Bay Company, dochodziło nawet do walk ich pracowników, co skłoniło rząd brytyjski do połączenia obu kompanii, do czego doszło w roku 1821.

401 John Jacob Astor (1763-1848) - amerykański przedsiębiorca i kupiec pochodzenia niemieckiego, pierwszy multimilioner w historii USA, dorobił się ogromnego majątku na handlu futrami, szmuglowaniu opium do Chin i obrocie nieruchomościami, do Stanów Zjednoczonych przybył w roku 1783, sfinansował wyprawę w latach 1810-1812 mającą założyć pierwszą osadę amerykańską na wybrzeżu Oceanu Spokojnego.

402 Przedsięwzięcie - założenie osady i placówki handlowej na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, Fortu Astoria na ujściowym odcinku Columbii, dokonane w maju 1811 roku; sukces okazał się nietrwały, w roku 1812 wybuchła wojna między Wielką Brytanią i USA i Astor zmuszony był porzucić Fort Astoria, zajęty przez Brytyjczyków.

403 Wilson Price Hunt (1783-1842) - amerykański pionier i podróżnik, pracownik Astora, który uczynił go dowódcą wyprawy na wybrzeża Oceanu Spokojnego, wyruszył w roku 1810 z Montrealu, po dotarciu do Fort Astoria odbywał rejsy handlowe na Alaskę i do Chin, wrócił do Stanów Zjednoczonych w roku 1816, kupił ziemię i został farmerem.

404 Michilimackinac - dawna nazwa wyspy Mackinac i cieśniny Mackinac pomiędzy jeziorami Huron i Michigan, początkowo także całej krainy u styku jezior Górne, Huron i Michigan, gdzie Francuzi około roku 1715 zbudowali Fort Michilimackinac, przejęty przez Anglików po wojnie siedmioletniej, ważną placówkę handlową.

405 Mackinaw - wariant nazwy Mackinac (Michilimackinac).

406 Green Bay - zatoka w północno-zachodniej części jeziora Michigan, długości 193 km i powierzchni 4210 km2.

407 Fox - mała rzeka w zachodniej części stanu Wisconsin, długości 320 km, uchodzi do południowego krańca zatoki Green Bay.

408 Wisconsin - rzeka w zachodniej części stanu Wisconsin, długości 692 km, lewy dopływ Missisipi, w środkowym biegu zbliża się na zaledwie 4 km do rzeki Fox.

409 Prairie du Chien - osada w południowej części stanu Wisconsin, na lewym brzegu Missisipi, 5 km na północ od ujścia rzeki Wisconsin, założona w roku 1685 jako francuska placówka handlowa, ważny ośrodek handlu futerkami, w 1783 przejęta przez Brytyjczyków, w 1812 przez Amerykanów, wznieśli tam Fort Shelby i Fort Crawford, obecnie ma około 6 tys. mieszkańców.

410 St. Louis - miasto w zachodniej części stanu Missouri, na lewym brzegu Missouri przy zbiegu tej rzeki z Missisipi, założone w roku 1764 przez francuskich handlarzy futerkami, w 1803 sprzedane Stanom Zjednoczonym, szybki rozwój jako główna brama osadnictwa amerykańskiego na zachodzie, obecnie ma 320 tys. mieszkańców, a cała metropolia 2,8 miliona.

411 Arickara - częściej Arikara, plemię Indian mówiących językiem z grupy kaddo, zamieszkiwało dawniej na terenach stanu Dakota Południowa, niemal wymarło podczas epidemii ospy w końcu XVIII wieku, toczyło walki z Amerykanami, wypierane na północ, obecnie pozostało ich około 800; wspomniana wioska znajdowała się w pobliżu miasta Pierre w Dakocie Południowej.

412 Yellowstone - rzeka w północnej części Stanów Zjednoczonych, długości 1114 km, lewy dopływ Missouri, źródła ma w górach Absaroka w północno-zachodniej części stanu Wyoming, płynie głównie na północny wschód przez stany Wyoming i Montana.

413 Odgałęzienie - chodzi o rzekę Snake, długości 1735 km, lewy dopływ Columbii, źródła ma w zachodniej części stanu Wyoming, bardzo blisko rzeki Yellowstone, płynie głównie na północny zachód przez stany Wyoming, Idaho i Washington.

414 Stephen Harrison Long (1784-1864) - amerykański odkrywca i wynalazca, od roku 1814 służył w armii jako saper, odbył kilka wypraw odkrywczych, w 1817 w górę Missisipi, w 1819 w górę Missouri, w 1820 w poszukiwaniu źródeł rzek Platte, Arkansas i Red, w 1823 na pogranicze z Kanadą, budował linie kolejowe, usprawniał lokomotywy parowe, od roku 1861 pułkownik.

415 St. Peter's - dawna nazwa rzeki Minnesota, lewego dopływu Missisipi, długości 534 km, o źródłach w północno-wschodniej części stanu Dakota Południowa, płynie głównie w południowej części stanu Minnesota, nazwana przez francuskich odkrywców rzeki St. Pierre, nazwa Minnesota od roku 1852.

416 Benjamin Louis Eulalie de Bonneville (1796-1878) - amerykański oficer, traper i odkrywca, urodzony we Francji, od roku 1803 przeniósł się z rodziną do Stanów Zjednoczonych, po ukończeniu akademii wojskowej West Point został oficerem, w latach 1831-1833 handlarz futerkami w Oregonie, badał te ziemie, w latach 1832-1835 na zlecenie Johna Astora odbył wyprawę przez Góry Skaliste do Wyoming i Idaho, po powrocie wrócił do służby wojskowej, walczył w wojnie secesyjnej, został mianowany generałem.

417 Opisane - w książce Washingtona Irvinga Adventures of Captain Bonneville (Przygody kapitana Bonneville'a) wydanej w roku 1837.

418 Fort Osage - warownia założona przez armię USA w roku 1808 jako jedna z trzech kontrolujących świeżo nabyte od Francji tereny Luizjany, na miejscu dzisiejszego miasta Sibley północno-zachodniej części stanu Missouri, na lewym brzegu Missouri, obecnie w metropolii Kansas City, porzucony w roku 1812, w latach 1815-1822 służył jako miejsce handlu z Indianami Osage, ponownie porzucony, w latach 1948-1961 zrekonstruowany jako pamiątka historyczna.

419 Rozdział ten został na końcu podpisany przez Red. G. M. (Eds. G. M.), choć autorem jest tu E. A. Poe.

Przedmowa

 

Po moim powrocie kilka miesięcy temu do Stanów Zjednoczonych, po ciągu nadzwyczajnych przygód przeżytych na morzach południowych i w innych miejscach, a sprawozdanie z których zawierają następne stronice, przypadek sprawił, iż w Richmond1 w Wirginii spotkałem się towarzysko z paroma dżentelmenami, którzy objawili głębokie zainteresowanie wszystkim, co dotyczyło obszarów, które odwiedziłem i nieustannie naciskali na mnie uważając, że ogłoszenie publicznie opowieści o nich jest moim obowiązkiem. Miałem wszakże kilka powodów, ażeby uchylać się przed tym, pewne były czysto prywatne, dotyczyły wyłącznie mojej osoby, żadnej innej, inne zaś nie wyłącznie takie. Jednym z powstrzymujących mnie względów było to, że ponieważ przez większość czasu mojej nieobecności nie spisywałem dziennika, obawiałem się, iż nie zdołam wyłącznie z pamięci sporządzić sprawozdanie na tyle szczegółowe i spójne, aby miało pozory owej prawdy, jaką w istocie zawiera, pomijając jedynie ową naturalną i nieuniknioną przesadę, do której wszyscy jesteśmy skłonni opowiadając o wydarzeniach posiadających ogromną moc pobudzania wyobraźni. Innym powodem było to, że wydarzenia, które miałbym zrelacjonować, posiadały tak wielce cudowny charakter, iż nie będąc w stanie wesprzeć ich niczym poza moimi zapewnieniami (nie licząc świadectwa jednej tylko innej osoby, a jest ona półkrwi Indianinem), mogłem jedynie żywić nadzieję na danie mi wiary tylko przez rodzinę i tych z przyjaciół, którzy przez całe życie przekonywali się o mojej prawdomówności. Było atoli prawdopodobne, że znaczna większość czytelników to, co bym im przedstawił, uznałaby jedynie za bezwstydne i pomysłowe bajania. Właśnie niewiara we moje umiejętności pisarskie była zatem jednym z głównych powodów odstręczających mnie od ulegnięcia namowom wspomnianych doradców.

Wśród owych dżentelmenów z Wirginii, którzy wyrażali największe zaciekawienie moją opowieścią, a zwłaszcza tą jej częścią, która dotyczyła Oceanu Antarktycznego, był pan Poe2, ostatnio redaktor "Southern Literary Messenger"3, miesięcznika literackiego wydawanego w Richmond przez pana Thomasa W. White'a4. Obok innych zachęcał mnie on gorąco do natychmiastowego sporządzenia pełnego sprawozdania z tego, co żem widział i co mnie spotkało oraz do zaufania przenikliwości i rozsądkowi czytelników. Nalegał również, niezmiernie przekonująco, że książka ta, pomimo napisania jej przez autora równie niezdarnego, co ja, powinna się ukazać, gdyż te właśnie jej niedostatki, jeśli w ogóle się zdarzą, powiększą jedynie szanse na uznanie jej za podającą prawdę.

Pomimo tych wywodów nie zdecydowałem się pójść za jego radą. Potem pan Poe zapytał (stwierdziwszy, że w tej sprawie jestem nieugięty), czy nie pozwolę mu na napisanie, własnymi jego słowami, sprawozdania z początkowych wydarzeń moich przygód, na podstawie faktów, jakie sam mu dostarczę, i na opublikowanie ich, pod przykrywką fikcji, w "Southern Messenger". Na to zgodziłem się nie dostrzegając przeciwskazań, zastrzegając jedynie, że moje prawdziwe nazwisko zostanie zachowanie. Dwie części tej rzekomo wymyślonej opowieści pojawiły się zatem w "Messengerze" w styczniu i lutym (w roku 1837), a dla zapewnienia uznania jej za fikcję literacką, w spisie treści czasopisma owe artykuły opatrzono nazwiskiem pana Poe.

 

Przyjęcie, z jakim spotkał się ten podstęp, skłonił mnie w końcu do zabrania się do stałej, rzetelnej pracy i wydania drukiem opisu tychże przygód; przekonałem się bowiem, iż pomimo aury bajkowości, którą tak zręcznie nadano owej części mojego sprawozdania, jaka ukazała się w "Messengerze" (bez zniekształcenia czy zmiany choćby jednego faktu), czytelnicy wcale nie byli skłonni przyjmować go za wymysł, a do pana P. wysłano kilka listów wyrażających z przekonaniem przeświadczenie wprost przeciwne. Doszedłem przeto do wniosku, że wydarzenia z mojej opowieści posiadały taki charakter, iż sprawiały wrażenie dostatecznie dostarczających dowody swej prawdziwości, a zatem nie powinienem się zbytnio obawiać uznania ich przez czytelników za niewiarygodne.

Po tym wprowadzeniu stanie się od razu jasne, jak wiele z dalszej treści wyszło spod mojego pióra; okaże się również, że żaden fakt nie został przekręcony na pierwszych kilku stronicach napisanych przez pana Poego. Nawet tym czytelnikom, którzy nie czytali "Messengera", nie jest konieczne zaznaczanie, gdzie kończy się część napisana przez niego, a zaczyna przeze mnie, różnice w stylu będą bez trudu dostrzegalne.

 

Nowy Jork, lipiec 1838 roku

A. G. PYM

 

 

 

 

1 Richmond - miasto we wschodniej części Stanów Zjednoczonych, założone w roku 1737, od 1780 stolica stanu Wirginia, podczas wojny secesyjnej stolica Konfederacji, ważny ośrodek urzędniczy, naukowy i turystyczny; ok. 230 tysięcy mieszkańców.

2 Edgar Allan Poe (1809-1849) - amerykański pisarz, poeta i redaktor, przedstawiciel romantyzmu, autor wielu wierszy i opowiadań z gatunku fantastyki i literatury grozy, także wydanej w roku 1838 jedynej powieści Przygody Artura Gordona Pyma, pracował głównie jako redaktor różnych czasopism literackich, w tym w latach 1835-1837 w "Southern Literary Messenger", gdzie publikował swe opowiadania i krytyki literackie, w tym fragmenty Przygód Artura Gordona Pyma.

3 Southern Literary Messenger - amerykański miesięcznik literacki założony w Richmond w roku 1834 przez Thomasa Willisa White'a, ukazywał się do 1864, następnie krótko w latach 1939-1945.

4 Thomas Willis White (1788-1843) - amerykański drukarz, dziennikarz i redaktor, zwolennik praw Południa, obrońca niewolnictwa, twórca i redaktor naczelny miesięcznika "Southern Literary Messenger".

Rozdział I

 

Nazywam się Arthur Gordon Pym. Mój ojciec był szanowanym kupcem zajmującym się handlem sprzętami żeglarskimi w Nantucket5, gdzie się urodziłem. Dziadek ze strony matki był adwokatem prowadzącym udaną praktykę. Szczęściło mu się we wszystkim, grał z wielkim powodzeniem na akcjach Edgarton New Bank6, jak się wcześniej nazywał. W ten i inne sposoby zdołał odłożyć znaczną sumę pieniędzy. Jak sądzę, darzył mnie większym uczuciem, niż kogokolwiek innego na świecie i spodziewałem się, że kiedy umrze, odziedziczę większą część jego majątku. Wysłał mnie, gdym miał sześć lat, do szkoły starego pana Rickettsa, dżentelmena mającego tylko jedną rękę i dziwaczne obyczaje - znają go dobrze niemal wszyscy odwiedzający New Bedford7. Byłem w jego szkole do szesnastego roku życia, a potem zmieniłem ją na akademię pana E. Ronalda na wzgórzu. Tam zaprzyjaźniłem się z synem pana Barnarda8, kapitana, żeglującego przeważnie na statkach Lloyda i Vredenburgha - także pan Barnard jest bardzo dobrze znany w New Bedford i na pewno miał wielu krewnych w Edgarton9. Jego syn miał na imię Augustus i był niemal dwa lata starszy ode mnie. Wziął z ojcem udział w wyprawie wielorybniczej na statku "John Donaldson" i ciągle opowiadał mi o swoich przygodach na południowym Pacyfiku. Często odwiedzałem go w domu, zostawałem tam przez cały dzień, a niekiedy i przez całą noc. Spaliśmy w jednym łóżku i przeważnie nie dawał mi zasnąć niemal do świtu, snując opowieści o tubylcach z wyspy Tinian10 i o innych miejscach, które odwiedził podczas tego rejsu. Nie mogłem się oprzeć zainteresowaniu jego słowami i stopniowo nabierałem wielkiej chęci na wypłynięcie na morze. Miałem łódź żaglową o nazwie "Ariel", wartą jakieś siedemdziesiąt pięć dolarów. Do połowy pokryta pokładem i posiadająca kabinę, była otaklowana jak slup11 - zapomniałem, jaką miała wyporność, lecz mogła bez większego ścisku pomieścić dziesięć osób. Na tej łodzi mieliśmy zwyczaj wypływania w najpaskudniejszą pogodę i kiedy teraz pomyślę o tych głupich wyczynach, nie mogę się nadziwić, że nadal żyję.

 

Niech opowieść o jednej z takich przygód posłuży za wstęp do dłuższej i ważniejszej relacji. Pewnego wieczora pan Barnard wyprawił przyjęcie i pod jego koniec byliśmy z Augustusem więcej niż trochę pijani. Jak zwykle w podobnych przypadkach wolałem, zamiast wrócić do domu, zostać i spać w łóżku przyjaciela. Ten zasnął, jak sądziłem, bardzo spokojnie (przyjęcie skończyło się prawie o pierwszej) i nie wypowiedziawszy choćby słowa na swój ulubiony temat. Minęło jakieś pół godziny odkąd się położyliśmy, właśnie zasypiałem, gdy Augustus nagle się wyprostował i klnąc złożył straszną przysięgę, że nawet dla Arthura Pyma i całego świata chrześcijańskiego nie będzie spał, kiedy tak cudnie wieje bryza z południowego zachodu. Nigdy w życiu nie byłem równie zdumiony; nie wiedziałem, co zamierza i uważałem, że od wypitego wina i mocnych trunków całkowicie stracił rozum. Mówił jednak dalej bardzo rozsądnie stwierdzając, iż wie, że uważam go za pijanego, lecz nigdy w życiu nie był bardziej trzeźwy. Ma tylko dosyć, dodał, leżenia jak pies w łóżku w tak piękną noc, jest zatem zdecydowany wstać, ubrać się i wyjść, aby zabawić się trochę na łodzi. Trudno mi powiedzieć, co mnie wtedy opętało, lecz ledwo te słowa padły z jego ust, kiedy poczułem dreszcz wielkiego podniecenia i radości, a także uznałem jego szalony pomysł za najwspanialszą i najrozsądniejszą rzecz na świecie. Dmuchała niemal wichura i było bardzo zimno - działo się to w końcu października. Pomimo tego wyskoczyłem z łóżka w rodzaju ekstazy i powiedziałem mu, że jestem równie odważny co on, że tak samo mam dość wylegiwania się w łóżku jak pies i że na zabawę czy swawolę jestem gotów nie mniej, niż każdy pierwszy lepszy Barnard z Nantucket.

Bez straty czasu nałożyliśmy ubrania i pospieszyliśmy do łodzi. Cumowała przy starym, zbutwiałym nabrzeżu obok składu drewna firmy Pankey & Co., niemal rozbijając swe burty o ledwo ociosane belki. Augustus wszedł do niej i wybrał wodę, która wypełniała ją niemal do połowy. Uczyniwszy to, wciągnęliśmy fok12 i grot13, chwyciliśmy wiatr i śmiało wypłynęliśmy na morze.

Wiatr, jak powiedziałem, dmuchał mocno z południowego zachodu. Noc była bardzo jasna i chłodna. Augustus złapał rumpel14, ja zaś stanąłem przy maszcie, na pokładzie nad kajutą. Popłynęliśmy bardzo szybko - żaden z nas nie wyrzekł słowa, odkąd odbiliśmy od nabrzeża. Teraz zapytałem, jaki kurs wybrał i o której według niego najprawdopodobniej wrócimy. Augustus gwizdał kilka minut, a potem powiedział opryskliwie: "Ja zamierzam żeglować po morzu - ty zaś, jeśli chcesz, możesz wracać do domu". Spojrzawszy na niego zauważyłem od razu, że pomimo udawanej nonszalancji był bardzo poruszony. Widziałem go wyraźnie w świetle księżyca - twarz miał bledszą od każdego marmuru, a ręce trzęsły mu się tak bardzo, że ledwo mógł trzymać rumpel. Pomyślałem, że coś działo się niedobrze i mocno mnie to przestraszyło. Niezbyt się wtedy znałem na prowadzeniu łodzi i byłem całkowicie zależny od umiejętności żeglarskich przyjaciela. Ponadto wiatr wzmógł się nagle, gdy wyszliśmy spod osłony brzegu - nadal jednak wstydziłem się zdradzać swego niepokoju i przez niemal pół godziny zachowywałem stanowczo milczenie. Dłużej jednak nie zdołałem wytrzymać i powiedziałem Augustusowi o konieczności powrotu. Jak poprzednio minęła niemal minuta, zanim odpowiedział czy choćby zwrócił uwagę na moje słowa. "Wkrótce - odparł wreszcie - mamy czas, wkrótce wrócimy do domu". Spodziewałem się podobnej odpowiedzi, lecz coś w tonie tych słów napełniło mnie nieopisanym lękiem. Ponownie przyjrzałem się bacznie przyjacielowi. Jego usta mocno posiniały, a kolana drżały tak gwałtownie, że wydawał się z trudem stać. "- Na miłość boską, Augustusie - zawołałem, teraz naprawdę przestraszony - co cię dręczy? Co się dzieje? Co zamierzasz uczynić? - Dzieje się ! - wymamrotał z największym wyobrażalnym zdumieniem, jednocześnie wypuszczając rumpel i padając na płask na dno łodzi - Dzieje, jak to, nic się nie... dzieje, wracamy do do... do... domu, nie wi-wi-widzisz?". W jednej chwili pojąłem prawdę. Skoczyłem ku niemu i go podniosłem. Był pijany - zalany w sztok - i nie był w stanie dłużej ani stać, ani mówić czy widzieć. Oczy miał całkowicie zaćmione, a kiedy w skrajnej rozpaczy puściłem go, padł niby kłoda w wodę na dnie łodzi, z której go podniosłem. Było jasne, że wieczorem wypił znacznie więcej, niż sądziłem, a jego zachowanie w łóżku było skutkiem skrajnego upojenia - stanu, który jak obłęd sprawia, że jego ofiary są często w stanie naśladować powierzchownie postępowanie kogoś w pełni władającego swoimi zmysłami. Chłód nocnego powietrza wywarł jednak skutki, jakie zwykle występują - energia umysłu zaczęła pod jego wpływem słabnąć, a zakłócone postrzeganie zagrożenia, jakie niewątpliwie posiadł wtedy, przyczyniło się do przyspieszenia katastrofy. Teraz całkowicie postradał przytomność i było wykluczone, aby przez wiele jeszcze godzin działo się z nim inaczej.

 

Trudno jest pojąć ogrom mojego lęku. Ulotniły się opary niedawno pochłoniętego wina, pozostawiając mnie dwakroć bardziej przestraszonym i niezdecydowanym. Wiedziałem również, że nie zdołam poprowadzić łodzi, a gwałtowny wiatr i silny odpływ pognają nas ku zagładzie. Za nami wyraźnie zbierało się na sztorm, a nie mieliśmy ani kompasu, ani zapasów żywności; było też jasne, że jeśli utrzymamy obecny kurs, przed świtem stracimy z oczu ląd. Myśli te, wraz z mnóstwem równie przerażających innych, przemykały mi przez głowę z oszałamiającą prędkością i przez pewien czas paraliżowały mnie, uniemożliwiając wszelkie działanie. Łódź pędziła na wodzie ze straszliwą szybkością - przy pełnym wietrze - bez zrefowanego15 i foka i grota - zanurzając całkowicie dziób w pianie. Dziw nad dziwy, że się nie ustawiła bokiem do fali - Augustus wypuścił rumpel, jak już powiedziałem, ja zaś byłem zbyt roztrzęsiony, aby pomyśleć o wzięciu go samemu. Całe wszakże szczęście, że łódź utrzymywała stały kurs, a ja stopniowo odzyskiwałem cząstkę jasności umysłu. Wiatr ciągle wzmagał się przerażająco, a gdy wznosiliśmy się z doliny fali, morze za nami załamywało się nad rufą, zalewając nas wodą. Ponadto tak całkowicie zdrętwiały mi wszystkie członki, że niemal niczego nie odczuwałem. Wreszcie z rozpaczy wziąłem się w garść i pospieszyłem do głównego żagla, aby go opuścić. Jak można się było spodziewać, uleciał przed dziób i nasiąknięty wodą, złamał maszt tuż nad pokładem. To właśnie ocaliło mnie przed natychmiastową zagładą. Jedynie pod fokiem16 płynąłem z wiatrem, będąc czasami zalewanym mocno przez burtę, lecz wyzwolony od groźby bliskiej śmierci. Chwyciłem ster i odetchnąłem z wielką ulgą przekonawszy się, że pozostała nam jeszcze szansa ujścia z życiem. Augustus ciągle leżał nieprzytomny na dnie łodzi, a ponieważ groziło mu szybkie zatonięcie (woda tam, gdzie padł, miała stopę17 głębokości), zdołałem jakoś częściowo go unieść i utrzymywałem w pozycji siedzącej po uwiązaniu w pasie liną, którą przymocowałem do knagi18 na pokładzie nad kajutą. Zająwszy się tak wszystkim, na ile tylko mogłem w stanie wyziębienia i zdenerwowania, polecałem się Bogu i nastawiałem umysł na zmierzenie się z wszystkim, co się wydarzy, z pełnym hartem mojego ducha.

Ledwo to postanowiłem, kiedy nagle głośny i długi wrzask czy ryk, jakby pochodzący z gardeł tysięcy demonów, przeszył całe powietrze wokół łodzi i nad nią. Nigdy, aż do końca życia, nie zapomnę niesłychanego cierpienia wywołanego odczutym wówczas lękiem. Włosy na głowie stanęły mi dęba - czułem krew krzepnącą mi w żyłach - serce niemal przestało mi bić, i nie podniósłszy choć raz oczu dla poznania źródła przestrachu, i nieprzytomny upadłem jak ścięty na ciało mojego nieruchomego towarzysza.

Ocknąłem się w kabinie dużego statku wielorybniczego ("Penguina"), płynącego do Nantucket. Kilka osób stało nade mną, a Augustus, bledszy niźli śmierć, gorliwie rozcierał mi ręce. Kiedy ujrzał, że otworzyłem oczy, zaczął wydawać okrzyki wdzięczności i radości, wywołujące na przemian śmiechy i łzy u obecnych, wyglądających na twardych osobników. Szybko wyjaśniła się tajemnica naszego pozostawania przy życiu. Wpadł na nas statek wielorybniczy, pod kątem niemal prostym do naszego kursu, płynący do Nantucket pod wszystkimi żaglami, jakie ośmielił się postawić. Na oku19 na dziobie stało kilku ludzi, lecz naszą łódź dostrzegli dopiero wtedy, gdy nie sposób już było uniknąć zderzenia - to ich krzyki ostrzegawcze tak strasznie mnie przeraziły. Jak mi powiedziano, ogromny statek natychmiast przetoczył się przez nas równie łatwo, co nasza łódka przemknęłaby przez piórko, bez najmniejszego choćby powstrzymania swego ruchu. Z naszego pokładu nie podniósł się żaden krzyk - usłyszano tylko zmieszany z rykiem wiatru i wody lekki zgrzyt, kiedy rozgniatany nędzny bark20 tarł przez chwilę o kil21 swego niszczyciela - lecz nic więcej. Uważając, że nasza łódź (która, jak należy pamiętać, była pozbawiona masztu) to był tylko kadłub jako bezużyteczny oddany na łaskę fal, kapitan (E. T. V. Block z New London22), chciał płynąć dalej, nie przejmując się dłużej tym wydarzeniem. Na szczęście dwaj obserwatorzy klęli się, że zauważyli kogoś przy naszym rumplu i uważali, że jest pewna możliwość uratowania tej osoby. Dyskusja trwała, aż Block się rozzłościł i po chwili powiedział, "że nie jest jego sprawą ciągłe uważanie na skorupki jajek, że statek nie może się zatrzymywać przy każdym takim głupstwie, a jeśli na kogoś tam wpadliśmy, to niczyja wina, że może on sobie utonąć albo pójść w diabły", i dalej podobnymi słowy. Wtedy to odezwał się Henderson, pierwszy oficer, słusznie oburzony, jak i cała załoga, ową mową świadczącą tak otwarcie o bezdusznym okrucieństwie. Nie miarkując słów, gdyż czuł poparcie ludzi, powiedział kapitanowi, iż uważa go za godnego szubienicy, i że nie wypełni jego rozkazu, choćby miał zostać za to powieszony w chwili, gdy postawi nogę na lądzie. Pobiegł na rufę, odepchnąwszy Blocka (który zbladł i nic nie odparł) na bok, i chwyciwszy za ster, wydał rozkaz pewnym głosem: Ostro na zawietrzną!23 Ludzie skoczyli na swe miejsca, i statek zręcznie zawrócił. Wszystko to zajęło prawie pięć minut i przyjmowano za niemal wykluczone, aby kogoś udało się uratować - jeśli w ogóle ktoś był na pokładzie łodzi. A jednak, jak czytelnik zauważył, zdołano ocalić Augustusa i mnie, a nasze wybawienie zawdzięczaliśmy dwom niemal niepojętym trafom szczęścia, przez mądrych i pobożnych przypisywanych szczególnym działaniom Opatrzności.

 

Gdy statek był jeszcze w łopocie24, oficer polecił spuścić szalupę i wskoczył do niej z tymi dwoma ludźmi, którzy, jak sądzę, zawołali, kiedy zobaczyli mnie przy sterze. Ledwo opuścili kilwater25 statku (księżyc nadal świecił jasno), ten wykonał długi i trudny zwrot na zawietrzną, a właśnie wtedy Henderson w tej samej chwili skoczył z miejsca wrzeszcząc do załogi łodzi, aby popłynąć wstecz. Nie był w stanie mówić nic więcej - powtarzał jedynie niecierpliwie, Wstecz! Wstecz! Ludzie popłynęli do tyłu najszybciej jak mogli, lecz statek zdążył się już obrócić i sporo oddalić, chociaż wszyscy na pokładzie z ogromnym wysiłkiem starali się zwinąć żagle. Pomimo związanego z tym niebezpieczeństwa, oficer złapał ławeczki26, kiedy tylko znalazły się w jego zasięgu. Kolejne wielkie szarpnięcie statku wynurzyło z wody jego sterburtę27 niemal po kil, a wtedy przyczyna niepokoju Hendersona stała się dostatecznie jasna. Ukazało się ciało człowieka w bardzo dziwny sposób przytwierdzone do gładkiego i lśniącego dna ("Penguin" był pokryty miedzianą blachą i miał miedziane okucia) i bijące w nie gwałtownie przy każdym ruchu kadłuba. Po kilku bezowocnych wysiłkach dokonywanych podczas przechyłów statku i pomimo wielkiego niebezpieczeństwa zatopienia szalupy, zostałem wreszcie wyzwolony z owego groźnego położenia i zabrany na pokład - tak się bowiem złożyło, że było to moje ciało. Okazało się, że jeden z drewnianych kołków obluzował się i przecisnął przez miedź; to on właśnie mnie zatrzymał, gdy przepływałem pod statkiem, w ten oto niezwykły sposób przytwierdzając mnie do jego dna. Czubek kołka przeszył kołnierz zielonej sukiennej kurtki, którą miałem ma sobie, i wbił się mi w kark, aby utknąć pomiędzy dwoma ścięgnami i tuż poniżej prawego ucha. Natychmiast zostałem położony na łóżku - chociaż zdawało się, że życie całkowicie mnie opuściło. Na pokładzie nie było lekarza. Kapitan zajął się mną wszakże z wielką troską - aby wyrazić skruchę, jak przypuszczam, w oczach załogi za swe okrutne postępowanie w poprzedniej części owej przygody.

W tym czasie Henderson odbił ponownie od statku, chociaż wiatr nabrał teraz niemal siły huraganu. Nie minęło wiele minut, zanim wpadł na szczątki naszej łodzi, a zaraz potem jeden z towarzyszących mu ludzi zaklął się, że dosłyszał dobiegające w przerwach pomiędzy rykami sztormu wołanie o pomoc. Zagrzało to śmiałego żeglarza do prowadzenia poszukiwań przez ponad pół godziny, chociaż kapitan Block ciągle wzywał ich sygnałami do powrotu i chociaż w każdej chwili w tak kruchej łodzi groziło im bliskie i śmiertelne niebezpieczeństwo. Rzeczywiście, nie sposób było pojąć, jak mała szalupa, którą zajmowali, mogła dłużej niż przez chwilę uniknąć zniszczenia. Zbudowano ją jednak w celu polowań na wieloryby i była wyposażona, jak mam powody od tej pory sądzić, w komory powietrzne, podobnie jak niektóre łodzie ratownicze używane przy wybrzeżach Walii.

Po daremnych poszukiwaniach przez wspomniany czas, marynarze zamierzali już wracać na statek. Ledwo podjęli tę decyzję, kiedy z ciemnego przedmiotu, który szybko przepłynął obok nich, dobiegł słaby krzyk. Dogonili go i przeszukali. Okazało się, że był to cały pokład nad kajutą "Ariela". Augustus miotał się obok, najwyraźniej w ostatnich rzutach agonii. Złapawszy go stwierdzili, że jest przywiązany liną do pływającego kawałka drewna. Liną tą, jak trzeba pamiętać, obwiązałem go w pasie i przymocowałem ją do knagi, aby utrzymać przyjaciela w pozycji podniesionej, a dzięki temu, jak się okazało, uratowałem mu życie. "Ariel" był lekkiej budowy i po zderzeniu rozpadł się oczywiście na kawałki, a wtedy pokład nad kabiną, jak należało się tego spodziewać, oderwał się pod naporem wody od reszty kadłuba i utrzymywał się (na pewno z innymi fragmentami) na powierzchni morza. Augustus unosił się wraz z nim i w ten oto sposób uniknął straszliwej śmierci.

Minęło więcej niż godzina od zabrania go na pokład "Penguina", zanim był w stanie cokolwiek pojmować albo uświadomić sobie charakter wypadku, jaki spotkał naszą łódź. Wreszcie go dostatecznie ocucono i mógł opowiadać obszernie o swych przeżyciach podczas pobytu w oceanie. Po pierwszym odzyskaniu odrobiny przytomności stwierdził, że jest pod wodą, wirując z niepojętą prędkością, z liną owijającą się trzema czy czterema ciasnymi pętlami na jego szyi. Po chwili poczuł, że jest gwałtownie ciągnięty w górę, a kiedy uderzył mocno głową o coś twardego, znowu utracił zmysły. Ocknąwszy się raz jeszcze pojmował już więcej, choć nadal był mocno oszołomiony i otumaniony. Wiedział teraz, że doszło do jakiegoś wypadku i że jest w wodzie, chociaż usta miał ponad jej powierzchnią, dzięki czemu niemal swobodnie oddychał. Być może pokład był wtedy szybko gnany wiatrem, wlekąc go za sobą, unoszącego się na plecach. Dopóki utrzymywał tę pozycję, było niemal niemożliwe, aby utonął. Wreszcie podmuch rzucił go w poprzek pokładu i zdołał się tak na nim utrzymywać, co jakiś czas wzywając pomocy. Tuż przed znalezieniem go przez pana Hendersona musiał z wyczerpania zwolnić uchwyt i wpadłszy do wody, uznał się za straconego. Przez całą tę walkę o życie zapomniał zupełnie o "Arielu", jak też o wszystkim, co dotyczyło przyczyn jego położenia. Całkowicie ogarnęło go nieokreślone bliżej uczucie przerażenia i rozpaczy. Kiedy wreszcie został wyciągnięty, przytomność opuściła go zupełnie, i jak już powiedziałem, minęła prawie godzina od wyciągnięcia na pokład "Penguina", zanim w pełni uświadomił sobie swoje położenie. Ja natomiast ze stanu bardzo blisko graniczącego ze śmiercią (i po wszelkich innych próbach ratunku czynionych nadaremnie przez trzy i pół godziny) zostałem przywrócony do życia dzięki usilnym rozcieraniem flanelowymi szmatami maczanymi w gorącym oleju - sposób ten doradził Augustus. Rana na moim karku, chociaż wyglądała paskudnie, tak naprawdę okazała się niegroźna i wkrótce nie pozostał po niej żaden ślad.

"Penguin" wszedł do portu około dziewiątej rano, po zmaganiu się z jedną z najgorszych nawałnic, jakie wystąpiły w okolicy Nantucket. Augustus i ja zdążyliśmy dotrzeć do pana Barnarda akurat na śniadanie, które na szczęście z powodu wieczornego przyjęcia trochę się spóźniło. Przypuszczam, że wszyscy przy stole byli sami zbyt zmęczeni, aby zauważyć nasze wyczerpanie - oczywiście spostrzegliby je, gdyby przyjrzeli się bliżej. Uczniowie potrafią jednak dokonywać cudów oszustwa i naprawdę wierzę, że żaden z naszych przyjaciół w Nantucket nie nabrał najmniejszych podejrzeń, iż rozgłaszana przez niektórych żeglarzy w mieście straszna opowieść o zatopieniu przez nich na morzu statku i śmierci w wodzie trzydziestu czy czterdziestu nieszczęśników, ma coś wspólnego z "Arielem", moim kolegą i ze mną. Obaj bardzo często rozmawialiśmy potem o tej sprawie - zawsze wszakże odczuwając dreszcze. Podczas jednej z naszych rozmów Augustus przyznał szczerze, że w całym życiu nigdy nie doświadczył równie potwornego poczucia przerażenia jak wówczas, kiedy na pokładzie naszej łódki uświadomił sobie stopień swego upicia i poczucia, jak ulega jego wpływowi.

 

 

 

 

5 Nantucket - małe (ma około 11 tys. mieszkańców) miasto w stanie Massachusetts ma wysepce tejże nazwy u północno-wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych, założone w roku 1659, port rybacki, w XIX wieku jeden z głównych ośrodków wielorybnictwa w USA, które przynosiło bogactwo miasta.

6 Edgarton New Bank - zapewne pomyłka zamiast Edgartown New Bank.

7 New Bedford - miasto w stanie Massachusetts w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, port nad zatoką Buzzards, założone w roku 1652, port rybacki, w XIX wieku jeden z głównych ośrodków wielorybnictwa w USA, obecnie port rybacki, ma około 95 tys. mieszkańców.

8 Barnard - z rodziny Barnard z New Bedford pochodziło na początku XIX wieku wielu żeglarzy, np. David, dowódca "Magnolii", Frederick, dowódca "Elizy", Joseph, dowódca "Phebe Ann", Thomas, dowódca "Fame".

9 Edgarton - obecnie Edgartown, miasto w stanie Massachusetts w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, port na wyspie Martha's Vineyard, założone w roku 1642, port rybacki, w XIX wieku jeden z głównych ośrodków wielorybnictwa w USA, ośrodek turystyczny z dobrze zachowanymi domkami, port jachtowy, ma około 4 tys. mieszkańców.

10 Tinian - wyspa w archipelagu Marianów Północnych w północno-zachodniej części Oceanu Spokojnego, zamieszkana przez lud Chamorro, w latach 1669-1898 należała do Hiszpanii, potem do Stanów Zjednoczonych, podczas II wojny światowej ważna baza amerykańskiego lotnictwa morskiego; stąd wystartowały samoloty, które zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki; o powierzchni 101 km2, ma około 3 tys. mieszkańców.

11 Slup - statek żaglowy posiadający jeden maszt - grotmaszt; podstawowe ożaglowanie slupa to grot oraz podnoszony na sztagu fok.

12 Fok - główny żagiel przedniego masztu lub przy jednym maszcie żagiel pomiędzy nim a dziobem łodzi.

13 Grot - największy żagiel grotmasztu lub główny żagiel łodzi jednomasztowych.

14 Rumpel - drążek przymocowany od góry do płetwy steru i pozwalający go skręcać, trzymany przez sternika.

15 Refowanie - zmniejszanie powierzchni żagla stosowane przy silniejszych wiatrach, w celu zmniejszenia siły działającej na żagiel, obniżenia środka ożaglowania i zmniejszenia przechyłu.

16 Pod fokiem - po złamaniu masztu przymocowany do niego fok nie mógłby się ostać.

17 Stopa - anglosaska miara długości, równa dwunastu calom, ma 30,48 cm.

18 Knaga - drewniana lub metalowa część osprzętu łodzi w kształcie rogów, służy do umocowywania różnych lin.

19 Oko - w gwarze żeglarskiej posterunek obserwacyjny na statku i marynarz pełniący tę służbę.

20 Bark - typ żaglowca mający co najmniej trzy maszty, z których ostatni ma ożaglowanie suche (skośne), najczęściej gaflowe, a pozostałe - rejowe, tu jako synonim żaglówki.

21 Kil (stępka) - długa belka biegnąca wzdłuż statku, na samym dnie kadłuba, na której opiera się jego konstrukcja, mocowane są do niej wręgi.

22 New London - miasto w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, w stanie Connecticut, port nad zatoką Long Island Sound, założone w roku 1646, na początku XIX wieku jeden z trzech największych amerykańskich ośrodków wielorybniczych, obecnie miasto portowe, zabytkowe i uczelniane, ma około 27 tys. mieszkańców.

23 Zawietrzna - strona statku, przeciwna do tej, na którą wieje wiatr (nawietrzna).

24 Łopot - takie ustawienie statku żaglowego z postawionymi żaglami, w którym znajduje się w linii wiatru, bez łapania go w żagle.

25 Kilwater - zawirowanie wody powstające za rufą, zazwyczaj z powodu poruszania się statku, układające się w widoczny ślad spienionej wody.

26 Ławeczki - dawniej na żaglowcach deski wywieszane na sznurach poza burty statku, których stawali marynarze rzucający sondy czy logi albo malujący burty.

27 Sterburta - prawa, patrząc w stronę dziobu, burta statku.

Rozdział II

 

 

W żadnej sprawie, gdy w grę wchodzą uprzedzenia, bez rozważania za czy przeciw, nie możemy z całkowitą pewnością wyciągać wniosków, choćbyśmy wychodzili od najprostszych danych. Można by sądzić, że taki wypadek, o którym właśnie opowiedziałem, powinien skutecznie stłumić kiełkującą we mnie miłość do morza. Wprost przeciwnie, nigdy nie doznałem gorętszej tęsknoty za dzikimi przygodami związanymi z życiem żeglarza, co w tygodniu, który upłynął od naszego cudownego ocalenia. Ten krótki okres okazał się dostatecznie długi, aby wymazać z mojej pamięci cienie i utrwalić w jasnym świetle wszystkie przyjemnie pociągające barwy, całą malowniczość niedawnego niebezpiecznego przeżycia. Moje rozmowy z Augustusem stawały się coraz częstsze i przesycone coraz większą ciekawością. Miał on zwyczaj snucia opowieści o oceanie (ponad połowa z nich, jak teraz podejrzewam, była czystym wymysłem) akurat w sposób, który odpowiadał mojemu entuzjastycznemu temperamentowi i trochę mrocznej, choć rozpalonej wyobraźni. Dziwne jest ponadto, że moje dążenia do zostania żeglarzem najmocniej pobudzał wtedy, gdy opowiadał o najbardziej okropnych chwilach cierpień i rozpaczy. Do jaśniejszej strony obrazu czułem mniejszy pociąg. Roiłem o rozbiciu się statku i głodzie, o śmierci lub niewoli u barbarzyńskich hord, o życiu pędzonym w żalu i łzach, na jakiejś przygnębiającej i samotnej rafie, pośród niedostępnego i nieznanego oceanu. Takie wizje czy pragnienia - gdyż przeszły w pragnienia - występują często, jak upewniłem się później, u całej licznej rasy ludzi melancholijnych - lecz w czasie, o którym mówię, uważałem je wyłącznie za prorocze przebłyski przeznaczenia, które, jak czułem, będę w stanie wprowadzić w życie. Augustus w pełni podzielał mój stan umysłu. Jest nawet prawdopodobne, że nasz bliski związek doprowadził do częściowego podzielenia się charakterami.

Jakieś osiemnaście miesięcy po katastrofie "Ariela" firma Lloyd i Vredenburgh (spółka powiązana w pewien sposób, jak sądzę, z Messieurs Enderby28 z Liverpoolu) zajęła się naprawą brygu29 "Grampus"30 i przystosowaniem go do wyprawy wielorybniczej. Była to stara łajba, ledwo nadająca się do pływania, gdy zaczęto robić przy niej co tylko możliwe. Trudno zgadnąć, dlaczego wybrano ją zamiast innych dobrych jednostek należących do tych samych właścicieli - lecz tak właśnie było. Pana Barnarda wyznaczono na dowódcę, a Augustus miał z nim wypłynąć. Kiedy bryg już kończono, przyjaciel często namawiał mnie do wykorzystania doskonałej okazji, jaką los teraz zsyłał i abym spełnił marzenia o podróży. Nie znajdował we mnie wcale niechętnego słuchacza, lecz sprawa nie była taka prosta do przeprowadzenia. Ojciec nie sprzeciwił się wprost, lecz matka wpadła w histerię na samą wzmiankę o mojej chęci, a przede wszystkim dziadek, po którym wiele się spodziewałem, zapowiedział, że nie da mi ani szylinga31, jeśli choćby napomknę mu choć słówko na ten temat. Trudności te nie zdołały jednak ostudzić moich pragnień, dolewały jedynie oliwy do ognia. Byłem zdecydowany wypłynąć nie zważając na żadne zagrożenia, i po zapoznaniu Augustusa z moimi chęciami, przystąpiliśmy do układania planu, jak można byłoby je spełnić. Przede wszystkim przestałem rozpowiadać moim bliskim o rejsie, a ponieważ ostentacyjnie zająłem się gorliwie nauką, uznali oni, że porzuciłem swe zamiary. Później często na moje ówczesne postępowanie spoglądałem z uczuciami niezadowolenia, jak też zdziwienia. Olbrzymią hipokryzję, z jaką dążyłem do spełnienia swojego planu - hipokryzję przez tak długi okres przepełniająca każde moje słowo czy działanie - mogłem odczuwać jako znośną dla siebie jedynie z powodu dzikich i palących oczekiwań, z jakimi dążyłem do spełnienia długo żywionych marzeń o podróży.

Przy wprowadzaniu w życie mojego podstępnego oszustwa byłem zmuszony większość przygotowań zostawiać Augustusowi, który znaczną część każdego dnia spędzał na pokładzie "Grampusa", wykonując w kabinie i w ładowni różne zlecenia ojca. Wieczorami spotykaliśmy się jednak na naradach i rozmowach o naszych nadziejach. Po upływie w ten sposób niemal miesiąca, bez wymyślenia żadnego planu, który według nas miałby szanse na powodzenie, Augustus powiedział mi wreszcie, że ustalił wszystko, co należało zrobić. Mam mieszkającego w New Bedford krewnego, pana Rossa, w którego domu zdarzało mi się spędzać niekiedy po dwa lub trzy tygodnie. Bryg miał wypłynąć w połowie czerwca (roku 1827) i uzgodniliśmy, że dzień czy dwa przed jego wyjściem w morze mój ojciec otrzyma jak zwykle liścik od pana Rossa zapraszający mnie do spędzenia dwóch tygodni z Robertem i Emmetem (jego synami). Augustus zobowiązał się do sporządzenia tej wiadomości i jej dostarczenia. Po rzekomym wyruszeniu do New Bedford, miałem zgłosić się u towarzysza, który przygotuje dla mnie kryjówkę na "Grampusie". Kryjówkę tę, jak mnie zapewniał, urządzi tak, aby była dostatecznie wygodnym schronieniem na wiele dni, podczas których nie wolno mi się będzie pokazywać. Kiedy bryg odpłynie tak daleko, że nie będzie już mowy o jego zawróceniu, zamieszkam otwarcie, jak twierdził, w pełnej wygód kabinie, zaś jego ojciec jedynie roześmieje się ze szczerego serca na wieść o tym żarcie. Na pewno napotkamy jakiś statek, na który będzie można przekazać list wyjaśniający moim rodzicom całą tę przygodę.

Nadeszła wreszcie połowa czerwca i dojrzała pora działania. List został napisany i doręczony, a w poniedziałek32 rano opuściłem dom udając się rzekomo na statek pocztowy do New Bedford. Poszedłem jednak prosto do Augustusa, czekającego na mnie na rogu ulicy. Według pierwotnego planu miałem ukrywać się aż do zmroku, a potem wślizgnąć się na bryg, lecz zdarzyła się sprzyjająca nam gęsta mgła i ustaliliśmy, że szkoda czasu na czekanie. Augustus poszedł pierwszy na nabrzeże, ja zaś podążałem za nim w pewnej odległości, otulony grubym płaszczem marynarskim, który przyniósł, tak iż trudno było mnie rozpoznać. Zaraz po skręceniu po raz drugi i minięciu studni pana Edmunda, któż to się pojawił, stojąc wprost przede mną i patrząc mi w oczy, jak nie stary pan Peterson, mój dziadek. "- No, na mą duszę, Gordonie" - powiedział po długim milczeniu - no, no, czyj jest ten brudny płaszcz, który nosisz? - Waszmość panie!" - odparłem, przyjmując, najlepiej jak mogłem, zgodnie z potrzebami chwili, postawę urażonego zdumienia i mówiąc najbardziej opryskliwie, jak potrafiłem. - Waszmość panie! Pomylił żeś się pan okropnie - po pierwsze, nie mam wcale na imię Gordon, a miarkuj se tyż lepiej, stary capie, nim mojom nowom kapotę przezwiesz brudnom". Z wielkim trudem zdołałem się powstrzymać przed wybuchem śmiechu ujrzawszy, jak stary dżentelmen przyjął tę zręczną przymówkę. Cofnął się dwa czy trzy kroki, najpierw zbladł, a potem mocno poczerwieniał, nałożył okulary, następnie zdjął je znowu i ruszył na mnie w ataku, z uniesionym parasolem. Zatrzymał się jednak zaraz w swym pędzie, jakby coś sobie nagle przypomniał, i wtedy, odwróciwszy się, pokuśtykał ulicą, trzęsąc się cały ze złości i mrucząc pod nosem: "Niemożliwe - nowe okulary - myślałem, że to Gordon - i t-ten nicpoń, żeglarski drągal".

 

Po tym, jak ledwo uniknąłem wpadki, szliśmy dalej z większą ostrożnością i do naszego celu dotarliśmy bezpiecznie. Na pokładzie byli tylko dwaj lub trzej członkowie załogi, lecz znajdowali się na dziobie, zajęci sprzątaniem w dziobówce33. Kapitan Barnard, jak dobrze wiedzieliśmy, załatwiał jakieś sprawy w biurze spółki Lloyd i Vredenburgh i miał pozostać tam do późnego wieczora, a zatem nie musieliśmy się go zbytnio obawiać. Augustus pierwszy przekroczył burtę statku, a po chwili ja za nim, niezauważony przez pracujących. Od razu poszliśmy do kabiny34 dla oficerów, w której nikogo nie zastaliśmy. Została wyposażona we wszelkie luksusy, co było czymś dość niezwykłym na statku wielorybniczym. Znajdowały się tam cztery wielce wspaniałe kajuty, z szerokimi i wygodnymi kojami35. Zauważyłem także ogromny piec oraz zdumiewająco grube i cenne dywany pokrywające podłogi w kabinie i kajutach. Powała była na wysokości pełnych siedmiu stóp i mówiąc krótko, wszystko okazało się bardziej przestronne i przyjemne, aniżeli oczekiwałem. Augustus nie dał mi jednak dużo czasu na przyglądanie się, wskazując na konieczność jak najszybszego ukrycia się. Poprowadził mnie do swojej kajuty, leżącej na sterburcie brygu, obok grodzi36. Gdy weszliśmy tam, zamknął i zaryglował drzwi. Pomyślałem, że nigdy nie widziałem pokoiku ładniejszego od tego, w którym się teraz znalazłem. Miał jakieś dziesięć stóp długości i tylko jedną koję, która, jak już powiedziałem, była szeroka i wygodna. W części kajuty najbliższej grodzi była przestrzeń o powierzchni czterech stóp kwadratowych, w której znajdował się stół, krzesło i wiszący regał, z półkami pełnymi książek, głównie o podróżach i wyprawach. Pokój ten miał wiele innych drobnych wygód, spośród których nie powinienem zapomnieć o rodzaju szafki czy spiżarki z lodem, w której Augustus pokazał mi mnóstwo smakołyków, zarówno do jedzenia, jak i do picia.

Potem kłykciami palców nacisnął pewne miejsce dywanu w narożniku przestrzeni, o której dopiero co wspomniałem, oznajmiając mi, że kawałek podłogi, o powierzchni około szesnastu cali kwadratowych, został tam zgrabnie wycięty i ponownie dopasowany. Kiedy popchnął ten kawałek, podniósł się on z jednej strony na tyle, aby Augustus mógł wsadzić pod niego palec. W ten sposób podźwignął klapę trapu37 (do której dywan był nadal przymocowany ćwiekami) i zobaczyłem, że prowadzi on do ładowni rufowej. Następnie fosforowaną zapałką zapalił świeczkę i umieściwszy ją w ślepej latarni38, opuścił się z nią przez otwór, dając znak, bym poszedł w ślad za nim. Uczyniłem tak, a wtedy przykrył właz klapą mającą od spodu wbity gwóźdź - dywan zajął oczywiście swe poprzednie miejsce na podłodze kabiny, skrywając wszelkie ślady otworu.

Świeczka dawała tak nikłe światło, że z najwyższym trudem pokonywałem drogę przez plątaninę belek, w której się znalazłem. Stopniowo jednak moje oczy przywykły do mroku i poruszałem się łatwiej, trzymając połę płaszcza przyjaciela. Ten doprowadził mnie wreszcie, po przeciskaniu się niezliczonymi krętymi i wąskimi przejściami, do obitej żelazem skrzyni, podobnej do używanej czasami do pakowania cennej ceramiki. Miała prawie cztery stopy wysokości i całe sześć długości, lecz była bardzo wąska. Na jej wierzchu leżały dwie duże puste baryłki po oleju, a na nich wielkie liczby słomianych mat, piętrzących się aż do podłogi kabiny. Wszędzie wokół, najciaśniej jak tylko można, poupychany był aż po sufit istny chaos sprzętów okrętowych niemal wszelkiego rodzaju, wraz z labiryntem rozmaitych skrzyni, koszy, beczek i bel, tak iż na prawdziwy cud zakrawało to, że w ogóle zdołaliśmy odnaleźć przejście do skrzyni. Dowiedziałem się później, że Augustus celowo tak umieścił rzeczy w tej ładowni, aby zapewnić mi pewne schronienie, mając przy tej pracy tylko jednego pomocnika, który nie wypłynął na brygu w rejs.

Towarzysz pokazał mi teraz, że jedną z bocznych ścianek skrzyni można łatwo otwierać. Przesunęła się w bok ukazując wnętrze, które ogromnie mnie ucieszyło. Materac z jednej z koi kabiny pokrywał całe dno, znajdowało się też tam niemal wszystko, co mogło zapewnić wygody, tak upchane w ciasnej przestrzeni, że w owej izdebce zostało dość miejsca, abym mógł albo siedzieć, albo leżeć wyciągnięty. Między innymi, było tam kilka książek, pióro, atrament i papier, trzy koce, duży dzban pełen wody, baryłka sucharów żeglarskich, trzy lub cztery ogromne kiełbasy bolońskie39, wielka szynka, zimny udziec pieczonego barana oraz pół tuzina butelek nalewek i likierów. Od razu usadowiłem się w moim małym apartamencie z zadowoleniem większym, jestem pewny, niż mógłby doświadczyć każdy król wchodzący do swego nowego pałacu. Augustus nauczył mnie teraz, jak mocować otwierany bok skrzyni, a potem, przysunąwszy świeczkę do pokładu, pokazał mi leżący wzdłuż niego kawałek cienkiego sznura. Jak powiedział, biegnie on od mojej kryjówki, wijąc się z konieczności między belkami, do gwoździa wbitego do pokładu nad ładownią, tuż pod klapą prowadzącą do jego kajuty. Dzięki temu sznurowi będę mógł znaleźć drogę wyjścia bez jego przewodnictwa, gdyby jakiś nieprzewidziany wypadek wymusił taką potrzebę. Potem odszedł, zostawiając mi latarnię, wraz z obfitym zapasem świeczek i zapałek, obiecując przy tym odwiedzać mnie tak często, jak tylko będzie mógł bez zwracania niczyjej uwagi. Było to siedemnastego czerwca40.

 

Przez trzy dni i noce (o ile mogłem się zorientować) pozostawałem w kryjówce, wcale jej niemal nie opuszczając, zrobiłem to tylko dwa razy, aby rozprostować nogi stojąc między dwiema pakami naprzeciw otworu skrzyni. Przez cały ten czas nie widziałem Augustusa, to jednak niezbyt mnie martwiło, gdyż wiedziałem, że bryg może w każdej chwili wypłynąć, a w zamieszaniu trudno było mu znaleźć sposobność do zejścia do mnie. Wreszcie usłyszałem, jak otwiera i zamyka się klapa, a potem ktoś zawołał przyciszonym głosem pytając, jak się mam i czy czegoś nie potrzebuję. "- Niczego - odparłem. - Całkiem dobrze sobie radzę; kiedy bryg wypłynie? - Podniesie kotwicę za niecałe pół godziny" - odpowiedział. "Przyszedłem cię o tym zawiadomić, a także z lęku, że martwisz się moją nieobecnością. Przez pewien czas nie będę mógł tu się pokazywać, może przez trzy lub cztery dni. Na pokładzie wszystko idzie dobrze. Kiedy odejdę i zamknę klapę, podkradnij się wzdłuż sznura do gwoździa, który go mocuje. Znajdziesz tam mój zegarek - może ci się przydać, gdyż nie dociera tu światło dnia, po którym rozpoznawałbyś upływ czasu. Pewnie nie wiesz, jak długo jesteś tu pogrzebany - tylko trzy dni - dziś mamy dwudziesty czerwca. Przyniósłbym sam zegarek do twojej skrzyni, lecz boję się, że będę komuś potrzebny". Rzekłszy to, odszedł.

Jakąś godzinę po jego odejściu poczułem wyraźnie ruch brygu i pogratulowałem sobie, że nareszcie rzeczywiście rozpocząłem rejs. Uradowany tą myślą, postanowiłem zachować w miarę możliwości spokój umysłu i zaczekać, aż będę mógł zamienić skrzynię na przestronniejsze, choć niewiele wygodniejsze, mieszkanie w kabinie. Moją pierwszą troską było zabranie zegarka. Zostawiwszy płonącą świeczkę, macałem drogę w mroku, podążając za sznurem wijącym się w niezliczonych zakrętach, po niektórych z nich, jak się przekonałem, pokonawszy sporą drogę znajdowałem się stopę czy dwie od poprzedniego miejsca. Wreszcie dotarłem do gwoździa i zdobywszy cel mojej wyprawy, wróciłem z nim bezpiecznie. Przejrzałem teraz książki, w które zostałem tak przezornie wyposażony i wybrałem opis wyprawy41 Lewisa42 i Clarke'a43 do ujścia Kolumbii44. Pochłonęła mnie na jakiś czas, a kiedy stałem się śpiący, wielce ostrożnie zgasiłem światło i szybko zapadłem w mocny sen.

Obudziwszy się, poczułem dziwne otumanienie umysłu i minęło trochę czasu, zanim zdołałem sobie przypomnieć o wszystkich okolicznościach mojego położenia. Stopniowo jednak każde zdarzenie powróciło mi w pamięci. Skrzesawszy światło, spojrzałem na zegarek, lecz ten stanął i nie mogłem w żaden sposób ustalić, jak długo spałem. Miałem mocne skurcze kończyn i musiałem im ulżyć, stając między skrzyniami. Odczułem wówczas niemal wilczy apetyt i pomyślałem o zimnej baraninie, napoczętej tuż przed pójściem spać i uznanej przeze mnie za doskonałą. Jakże się zdumiałem stwierdziwszy, że całkowicie zgniła! Wywołało to mój wielki niepokój, gdyż skojarzywszy to z doznawanym po przebudzeniu zamroczeniem umysłu, zacząłem podejrzewać, że musiałem spać niezwykle długo. Mogło mieć coś z tym wspólnego stęchłe powietrze, potrafiące przecież doprowadzić do bardzo poważnych skutków. Głowa bolała mnie ogromnie, zdawało mi się, że każdy oddech przychodzi mi z wielkim trudem, mówiąc krótko, pogrążyłem się w mnóstwie ponurych myśli. Niemniej nie śmiałem wywołać zamieszania poprzez otwarcie klapy czy też uczynienie czegoś innego i nakręciwszy zegarek, trzymałem się, na ile tylko byłem w tym stanie.

Przez całe następne nużące dwadzieścia cztery godziny nikt nie przyszedł do mnie z pomocą i nie mogłem się powstrzymywać przed oskarżaniem Augustusa o tak wielkie zaniedbywanie mnie. Głównie martwiło mnie to, że w dzbanie zostało tylko mniej więcej pół pinty45 wody, a odczuwałem silne pragnienie, gdyż po stracie baraniny zjadłem sporo kiełbasy bolońskiej. Byłem bardzo zdenerwowany i nie mogłem już dłużej skupiać się na książkach. Opanowała mnie też chęć spania, lecz drżałem na samą myśl o jej ulegnięciu, gdyż w ograniczonym powietrzu kryjówki mogły występować jakieś szkodliwe składniki, jak czad wydzielany przez płonący węgiel. Kołysanie się brygu mówiło mi jednocześnie, że jesteśmy na pełnym morzu, a niskie buczenie, dobiegające do moich uszu jakby z ogromnej odległości, wskazywało, że nie wieje zwykła bryza. Nie potrafiłem wyobrazić sobie przyczyny nieobecności Augustusa. Na pewno wypłynęliśmy już na tyle daleko, żeby pozwolił mi wyjść. Mógł zdarzyć mu się wypadek, lecz nie przychodził mi do głowy żaden, przez który miałby mnie dręczyć tak długim uwięzieniem, chyba że nagle zmarł albo wypadł za burtę, a po tej myśli straciłem wszelkie resztki cierpliwości. Być może powstrzymał nas niekorzystny wiatr i nadal znajdowaliśmy się w pobliżu Nantucket. Musiałem jednak porzucić ten pogląd, gdyż w takim przypadku bryg musiałby często zawracać, a byłem całkowicie pewien, na podstawie stałego pochylenia na bakburtę46, że cały czas płyniemy z niezmiennym wiatrem od sterburty. Ponadto gdybyśmy nadal przebywali w pobliżu wyspy, czemu Augustus nie miałby przyjść powiadomić mnie o tym? Zastanawiając się tak nad kłopotami wynikającymi z mojego samotnego i niewesołego położenia, postanowiłem odczekać kolejne dwadzieścia cztery godziny, a gdy nie doczekam się pomocy, pójdę do klapy i spróbuję albo porozmawiać z przyjacielem, albo przynajmniej zaczerpnąć przez otwór odrobinę świeżego powietrza, a z kajuty zabrać zapas wody. Pochłonięty tymi myślami, pomimo wszelkich wysiłków, aby temu zapobiec, zapadłem w stan głębokiego snu, czy raczej odrętwienia. Moje sny były najstraszliwszymi koszmarami. Opadły mnie obrazy pełne wszelkiego rodzaju nieszczęść i przerażeń. Jedną z tych okropności było zgniatanie mnie na śmierć wielkimi poduszkami przez demony o najbardziej upiornych i krwiożerczych kształtów. Ogromne węże trzymały mnie w uścisku, wpatrując się zachłannie w moją twarz straszliwie lśniącymi oczami. Potem rozciągały się przede mną pustynie, bezkresne, o żałosnym i przerażającym wyglądzie. Niezmiernie wysokie pnie drzew, szarych i bezlistnych, wznosiły się kolejno w nieskończoność, aż poza zasięg wzroku. Ich korzenie kryły się w rozległych grzęzawiskach, pod którymi posępna woda była dogłębnie czarna, nieruchoma, a jednocześnie straszna. Te dziwaczne drzewa zdawały się zaś posiadać ludzką żywotność i machając w różne strony swymi przypominającymi kości szkieletu ramionami, błagały milczące wody o litość, z przeszywających i budzącymi dreszcze oznakami najostrzejszej agonii i rozpaczy. Scena się zmieniła: stałem, nagi i samotny, na palących, piaszczystych równinach Sahary. U moich stóp leżał przycupnięty drapieżny lew tropików. Nagle jego dzikie ślepia otwarły się i spoczęły na mnie. Konwulsyjnym skokiem stanął na nogi i odsłonił swe straszliwe zębiska. Po chwili z jego czerwonego gardła wyrwał się ryk niby grzmot w niebiosach i od razu upadłem na ziemię. Zesztywniały od ataku przerażenia, w końcu częściowo się obudziłem. Mój sen nie był więc żadnym snem. Teraz przynajmniej byłem przy swoich zmysłach. Pazury jakiegoś ogromnego i prawdziwego potwora napierały mocno na mój brzuch - jego gorący oddech padał na moje ucho - a w mroku lśniły nade mną białe i upiorne kły.

Choćby życie tysiąca istot zależało od jednego ruchu mego ciała albo wypowiedzenia sylaby, nie mogłem ani drgnąć, ani przemówić. Bestia, czymkolwiek była, trwała w tej samej pozycji nie próbując posuwać się teraz do bezpośredniej przemocy, podczas gdy ja leżałem pod nią całkowicie bezsilny, i jak sądziłem, bliski śmierci. Czułem, jak szybko opuszczają mnie siły ciała i umysłu, jednym słowem, że umieram, i to umieram od samego przerażenia. Czułem zawroty głowy, było mi coraz gorzej, traciłem wzrok, niewyraźne stały się nawet płonące nade mną ślepia. Czyniąc ostatni mocny wysiłek, wydałem wreszcie słabe wołanie do Boga i pogodziłem się ze śmiercią. Dźwięk mego głosu jakby obudził uśpioną wściekłość zwierza. Wyciągnął się na całą długość nad moim ciałem, lecz jakże się zdumiałem, kiedy z długim i cichym kwileniem zaczął z wielkim zapałem oraz najdzikszymi objawami przywiązania i radości lizać moją twarz i ręce! Byłem zaskoczony, całkowicie pomieszany wskutek oszołomienia, lecz nie mogłem zapomnieć szczególnego skomlenia mojego nowofundlanda Tigera47 i jego dziwacznych, dobrze mi znanych pieszczot. To był on! Doznałem nagłego napływu krwi do skroni - zawrotnego i przenikającego wszystko poczucia wybawienia i powrotu do życia. Podniosłem się szybko z materaca, na którym leżałem, i objąwszy szyję mojego wiernego towarzysza i przyjaciela, na uwolnienie zaś z długiego uścisku moich piersi odpowiedziałem potopem pełnych uczuć łez.

 

Po opuszczeniu materaca moje myśli były jak poprzednio w stanie skrajnego otępienia i pomieszania. Długi czas nie byłem niemal w stanie ich pozbierać, lecz bardzo powoli wracały do mnie zdolności rozumowania i znowu przypomniałem sobie o kilku szczegółach mojego położenia. Na próżno usiłowałem pojąć obecność Tigera i po wysilonym snuciu tysięcy różnych domysłów na jego temat, musiałem się zadowolić uznaniem, że jest ze mną, aby dzielić moją ponurą samotność i swymi pieszczotami przynosić pociechę. Większość ludzi kocha swe psy, lecz moje uczucia dla Tigera były znacznie gorętsze niż przeciętne, a na pewno żadna istota bardziej na nie nigdy nie zasługiwała. Od siedmiu lat był moim nieodłącznym towarzyszem i po wielokroć dawał dowody wszystkich tych szlachetnych cech, za które cenimy zwierzęta. Gdy był szczeniakiem uratowałem go z łap złośliwego łobuziaka, prowadzącego go w Nantucket, ze sznurem wokół szyi, do wody, a dorosły pies spłacił ten dług, po jakichś trzech latach, ocalając mnie przed pałką ulicznego rabusia.

Chwyciwszy teraz zegarek stwierdziłem, po przyłożeniu go do ucha, że znowu stanął, lecz wcale mnie to nie zdziwiło, byłem bowiem przekonany, w owym szczególnym stanie umysłu, iż jak poprzednio spałem bardzo długo, jak wszakże długo, nie mogłem oczywiście ustalić. Paliła mnie gorączka, a pragnienie było niemal niemożliwe do zniesienia. Pomacałem w skrzyni w poszukiwaniu nędznej resztki wody, gdyż nie miałem światła, świeczka w latarni wypaliła się do końca, a pudełko zapałek nie nasuwało mi się pod rękę. Natrafiwszy na dzban przekonałem się jednak, że jest pusty - to na pewno Tiger skusił się na wypicie wody, podobnie jak na zjedzenia resztki baraniny, z której została tylko kość, starannie ogryziona i leżąca przy otworze skrzyni. Zepsutego mięsa nie żałowałem, lecz serce mi zamarło na myśl o wodzie. Byłem straszliwie osłabiony - tak bardzo, że dygotałem cały, jak w febrze, przy najmniejszym ruchu czy wysiłku. Na dobitkę moich nieszczęść bryg gwałtownie kołysał się podłużnie i poprzecznie, a baryłkom z olejem na mojej skrzyni groziło w każdej chwili spadnięcie, co zatarasowałoby jedyną drogę wejścia czy wyjścia. Ponadto cierpiałem straszliwie na chorobę morską. Okoliczności te skłoniły mnie do spróbowania dostania się, za wszelką cenę, do klapy i zyskania natychmiastowej ulgi, zanim przestanę być zdolny do zrobienia i tego. Postanowiwszy to, poszukałem znowu pudełka zapałek i świeczek. Te pierwsze znalazłem bez większego trudu, lecz na świeczki nie trafiłem tak szybko, jak się spodziewałem (gdyż pamiętałem doskonale, w jakim miejscu je zostawiłem), a zatem porzuciłem na razie poszukiwania i nakazawszy Tigerowi leżenie spokojnie, od razu ruszyłem w stronę klapy.

Podczas tej próby coraz bardziej odczuwałem swe wielkie osłabienie. Pełznąć mogłem tylko z najwyższym trudem, a bardzo często nogi uginały się nagle pode mną i wówczas padając prosto na twarz, kilka minut leżałem w stanie graniczącym z zamroczeniem. Pomimo tego posuwałem się naprzód powoli, pełen lęku, że w każdej chwili mogę zemdleć na tej wąskiej i krętej ścieżce pomiędzy stosami drewna, a w takim przypadku mogłem się spodziewać jedynie śmierci. Wreszcie, ruszywszy z całych sił, jakie mi pozostawały, uderzyłem mocno czołem o ostry narożnik obitej żelazem skrzyni. Wypadek ten oszołomił mnie na kilka chwil; potem zaś stwierdziłem, ku niemożliwej do wyrażenia rozpaczy, że szybkie gwałtowne szarpnięcie statku zrzuciło tę skrzynię na moją ścieżkę, skutecznie blokując drogę. Przy najwyższym wysiłku nie byłem w stanie przesunąć jej z miejsca choćby o cal48, gdyż zaklinowała się między sąsiednimi pakami i sprzętami okrętowymi. Pozostawało mi więc, przy takim stanie osłabienia, albo porzucić prowadzący sznur i poszukać nowego przejścia, albo wspiąć się na przeszkodę i podjąć wędrówkę po drugiej jej stronie. Pierwsze rozwiązanie wiązało się z tyloma trudnościami i niebezpieczeństwami, że myślałem o nim z drżeniem. Przy obecnym braku sił tak ciała, jak i umysłu, niewątpliwie zgubiłbym drogę, gdybym tylko tego spróbował, i zginąłbym nędznie w ponurym i odrażającym labiryncie ładowni. Przystąpiłem więc bez wahania do zebrania wszystkich pozostałych mi sił i hartu ducha, aby podjąć próbę, na ile tylko zdołam, wspięcia się na skrzynię.

Stanąwszy w tym celu prosto stwierdziłem, że jest to zadanie trudniejsze jeszcze, niż ze strachu ośmielałem się sądzić. Po obu stronach wąskiego przejścia wznosiła się istna ściana różnego ciężkiego drewna, które przy najmniejszej pomyłce z mojej strony mogło runąć mi na głowę, a gdyby nawet do tego nie doszło, upadła masa zdołałaby skutecznie zablokować drogę powrotną, tak jak drogę naprzód zamykała przeszkodę. Sama zaś skrzynia była długa i niewygodna, bez żadnego na niej oparcia dla nóg. Na próżno próbowałem, z wszystkich sił, sięgnąć jej wierzchu w nadziei, że uda mi się na nią wciągnąć. Choćbym nawet zdołał, moje siły na pewno okazałyby się całkowicie niedostateczne dla dostania się na górę, tak iż pod każdym względem lepiej, że tego nie uczyniłem. Wreszcie w rozpaczliwym wysiłku poruszenia skrzyni, poczułem mocne drgania jej ścianki tuż przy mnie. Z zapałem przytknąłem rękę do krawędzi desek i stwierdziłem, że jedna z nich, bardzo szeroka, jest luźna. Scyzorykiem, który na szczęście miałem przy sobie, zdołałem z wielkim trudem oderwać ją całkowicie i przecisnąć się przez otwór, odkrywając, ku mej niezmiernej radości, że po drugiej stronie nie ma żadnych desek - innymi słowy, brakowało wierzchu skrzyni, a przedostałem się przez jej dno. Odtąd nie napotkałem na żadne większe trudności w podążaniu za liną, aż wreszcie dotarłem do gwoździa. Z bijącym sercem wyprostowałem się i łagodnie pchnąłem klapę. Nie uniosła się tak szybko, jak oczekiwałem, i naparłem trochę mocniej, nadal obawiając się, że w kajucie Augustusa zamiast niego będzie ktoś inny. Drzwiczki ku memu zdumieniu pozostały jednak nieruchome i poczułem lekki niepokój, gdyż wiedziałem, że przedtem ich otwarcie nie wymagało żadnego wysiłku lub co najwyżej małego. Pchnąłem je mocno - pomimo tego się nie ruszyły: użyłem całej siły - nadal nie ustępowały: parłem z gniewem, wściekłością, rozpaczą - opierały się wszystkim moim wysiłkom i było jasne, z niewzruszoności oporu, że albo odkryto otwór pod dywanem i zabito klapę gwoździami, albo umieszczono na niej jakiś ogromny ciężar, o usunięciu którego nie mogłem nawet myśleć.

Czułem skrajne przerażenie i rozpacz. Na próżno próbowałem wyobrazić sobie przypuszczalną przyczynę takiego zamknięcia mnie jak w grobie. Nie zdołałem utworzyć powiązanego łańcucha myśli i zrezygnowany osunąłem się na podłogę, niezdolny oprzeć się najbardziej ponurym rozważaniom, w których straszliwa śmierć z pragnienia, głodu lub uduszenia i przedwczesnego pochówku czyhała na mnie jako bardzo bliskie zagrożenie. Wreszcie odzyskałem cząstkę trzeźwości umysłu. Wstałem i macając palcami szukałem szpar lub krawędzi otworu. Po znalezieniu, badałem je starannie sprawdzając, czy przepuszczają światło z kajuty, lecz żadnego nie dostrzegłem. Potem wpychałem w nie ostrze mojego scyzoryka, aż natrafiałem na jakąś twardą przeszkodę. Skrobiąc ją, stwierdziłem, że to lite żelazo, a z odczuwanego przy przesuwaniu ostrza szczególnego falowania rozpoznałem, że to łańcuch. Pozostawało mi jedynie powrócić do skrzyni, a tam albo ulec smutnemu przeznaczeniu, albo spróbować uspokoić umysł na tyle, aby ułożyć jakiś plan ucieczki. Natychmiast dokonałem takiej próby i po niezliczonych trudach zdołałem przebyć całą drogę. Gdy całkowicie wyczerpany opadłem na materac, Tiger wyciągnął się przy mnie na całą długość, i pieszczotami usiłował jakby pocieszać mnie w tarapatach i nakłaniać, abym dzielnie je znosił.

To dziwne zachowanie wreszcie zwróciło moją uwagę. Po lizaniu przez kilka minut mojej twarzy i rąk, nagle przestawał to robić i cicho skomlał. Wyciągnąwszy do niego rękę stwierdzałem, że niezmiennie leży na grzbiecie, z łapami uniesionymi w górę. Pozycja ta, tak często powtarzana, wydawała mi się dziwna i nie potrafiłem w żaden sposób jej wyjaśnić. Ponieważ pies jakby cierpiał, uznałem, że odniósł jakieś obrażenia i chwyciwszy jego łapy, zbadałem je po kolei, lecz nie odnalazłem żadnej rany. Potem pomyślałem, że jest głodny, i dałem mu spory kawał szynki, którą pochłonął chciwie, po czym kontynuował swe dziwaczne manewry. Teraz uznałem, że jak ja cierpi z pragnienia i miałem już przyjąć ten wniosek jako prawdziwy, gdy przyszło mi do głowy, że dotąd zbadałem tylko jego łapy, a rana mogła się znajdować na tułowiu lub głowie. Tę starannie pomacałem, lecz nie znalazłem żadnej. Kiedy jednak przesunąłem dłonią po grzbiecie, wyczułem lekkie nastroszenie sierści ciągnące się wzdłuż całego ciała. Dotykając je palcem znalazłem sznurek, a śledząc go stwierdziłem, że owija całe ciało psa. Po bliższym zbadaniu natrafiłem na mały skrawek sprawiający wrażenie papieru listowego, w ten sposób przymocowany szpagatem, że znajdował się tuż pod lewą łopatką zwierzęcia.

 

 

 

 

28 Messieurs Enderby - także Samuel Enderby and Sons i Enderby Brothers, firma założona około 1775 wieku w Londynie przez Samuela Enderby'ego, posiadała statki wielorybnicze, które dokonały kilku odkryć geograficznych w okolicach Antarktydy, np. w roku 1825 kapitan George Norris odkrył wyspę Bouveta, którą nazwał Liverpool; zbankrutowała w roku 1854.

29 Bryg - dwumasztowy żaglowiec z żaglami rejowymi.

30 Grampus (ang.) - orka, delfin, skrytoskrzel (rodzaj salamandry).

31 Szyling - jednostka monetarna Wielkiej Brytanii do roku 1971; stanowił 1/20 cześć funta szterlinga, a sam z kolei dzielił się na 12 pensów.

32 Poniedziałek - w czerwcu 1827 roku poniedziałki wypadły 4, 11, 18 i 25 dnia tego miesiąca.

33 Dziobówka - nadbudówka w przedniej części statku, wznosząca się ponad główny pokład.

34 Kabina - tu w znaczeniu zespołu pomieszczeń na statku, a nie jednego, znajdującego się pod pokładem.

35 Koja - łóżko na statku, umocowane na stałe, lub w przypadku koi piętrowych - składane, umieszczone we wspólnym pomieszczeniu załogi lub pasażerów.

36 Gródź - pionowa przegroda kadłuba statku dzieląca jego wnętrze na przedziały; wodoszczelne grodzie poprzeczne i wzdłużne wzmacniają szkielet kadłuba i zwiększają niezatapialność statku.

37 Trap - różnego rodzaju schodki na statku, prowadzące z jednego pokładu na drugi; także schodki lub kładka służące do schodzenia ze statku i wchodzenia na pokład.

38 Ślepa latarnia - latarnia rzucająca światło tylko w dół.

39 Kiełbasy bolońskie - podobne do mortadeli, robione z mięsa wieprzowego, popularne w świecie anglosaskim.

40 Siedemnasty czerwca - w roku 1827 w ten dzień przypadała niedziela, a nie poniedziałek.

41 Wyprawa - pierwsza dokonana przez mieszkańców Stanów Zjednoczonych, która dotarła do wybrzeża Pacyfiku; odbyta przez Meriwethera Lewisa i Williama Clarka, którzy na zlecenie rządu wyruszyli w roku 1803; w październiku 1805 osiągnęli ujście Kolumbii i bezpiecznie powrócili.

42 Meriwether Lewis (1774-1809) - amerykański wojskowy i podróżnik, kapitan armii, dowódca wyprawy do wybrzeża Pacyfiku, od roku 1808 gubernator Luizjany, zmarł tajemniczo.

43 William Clark (1770-1838) - u J. Verne'a: Clarke, amerykański wojskowy i podróżnik, porucznik armii, współdowódca wyprawy do wybrzeża Pacyfiku, od roku 1813 generał gubernator Missouri, od 1820 superintendent do spraw Indian.

44 Kolumbia - duża rzeka w zachodniej części Ameryki Północnej, długości 2000 km, wypływa z jeziora Kolumbia w kanadyjskich Górach Skalistych, płynie przez stan Waszyngton w USA, stanowi granicę między stanami Waszyngton i Oregon, uchodzi do Oceanu Spokojnego.

45 Pinta (półkwarta) - jednostka objętości lub pojemności stosowana głównie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii oraz Irlandii; pinta angielska ma 0,568 l, pinta amerykańska - 0,473 l.

46 Bakburta - lewa, patrząc w stronę dziobu, burta statku.

47 Tiger (ang.) - tygrys.

48 Cal - niemetryczna jednostka długości równa 1/12 stopy; w krajach anglosaskich cal (inch) wynosi 2,54 cm.

Rozdział III

 

Natychmiast przyszło mi do głowy, że kartka jest listem od Augustusa, któremu zdarzył się jakiś nieprzewidziany wypadek nie pozwalający na uwolnienie mnie przez niego z lochu, dlatego wymyślił ten sposób przekazania mi wiadomości o prawdziwym stanie rzeczy. Drżąc z niecierpliwości rozpocząłem od nowa poszukiwania zapałek fosforowych i świeczek. Pamiętałem niejasno, że tuż przed zaśnięciem odłożyłem je starannie, a zanim wybrałem się do klapy, wiedziałem dokładnie, w którym miejscu leżą. Teraz wszakże na próżno próbowałem przywołać te wspomnienia i całą godzinę prowadziłem bezowocne i denerwujące poszukiwania zaginionych przedmiotów, nie będąc na pewno nigdy w życiu w równie drażniącym stanie niepokoju i niecierpliwości. Wreszcie macając obok siebie, z głową przy balaście, blisko otworu skrzyni i poza nią, dostrzegłem nikły blask światła od strony kubryku49. Wielce zdumiony odważyłem się ruszyć w jego stronę, gdyż wydawało się odległe o zaledwie kilka stóp. Ledwo zacząłem to czynić, kiedy całkowicie straciłem z oczu ową poświatę, i zanim zdołałem dojrzeć ją ponownie, musiałem wrócić po omacku wzdłuż skrzyni, aż nie znalazłem się w dokładnie poprzedniej pozycji. Wówczas przesuwając ostrożnie głowę, stwierdziłem, że posuwając się powoli, z wielką uwagą, w kierunku przeciwnym, niż ten, w którym poszedłem pierwotnie, uda mi się zbliżyć do światła, ciągle je widząc. Wreszcie dotarłem do blasku (przecisnąwszy się przez niezliczone wąskie i kręte przejścia) i zobaczyłem, że pochodzi od kawałków moich zapałek leżących w przewróconej na bok pustej beczce. Zastanawiałem się, jak mogły tam się znaleźć, gdy trafiłem ręką na dwa czy trzy kawałki wosku ze świeczki, niewątpliwie przeżutej przez psa. Natychmiast doszedłem do wniosku, że Tiger zjadł cały mój zapas świec i uznałem, że nie mam żadnej nadziei na przeczytanie wiadomości Augustusa. Nikłe resztki wosku były tak pomieszane z innymi śmieciami w beczce, że na nic by mi się nie przydały i zostawiłem je tam. Fosforu, z którego została ledwo plamka czy dwie, zebrałem, ile tylko mogłem, i wróciłem z nim, po wielu trudach, do mojej skrzyni, w której pies przez cały czas pozostawał.

Nie wiedziałem, co robić dalej. W ładowni było tak ciemno, że nie mogłem zobaczyć własnej ręki, nawet trzymanej tuż przy twarzy. Biały skrawek papieru był ledwo dostrzegalny, i to nie wtedy, kiedy patrzyłem na niego prosto, jedynie zwracając doń skrajną część źrenicy, czyli patrząc lekko z ukosa był, jak stwierdziłem, w pewnym stopniu rozróżnialny. Można więc sobie wyobrazić mrok tego więzienia, a list od przyjaciela, jeśli rzeczywiście był od niego, zdawał się jedynie wpędzać mnie w dalsze kłopoty, niepotrzebnie podrażniając mój osłabiony już i udręczony umysł. Na próżno rozważałem w głowie mnóstwo bzdurnych sposobów uzyskania światła - dokładnie takich samych, na jakie jest w stanie wpaść człowiek ogarnięty wywołanym przez opium niespokojnym snem - każdy z takich pomysłów sprawia wówczas śpiącemu wrażenie na przemian bardzo dobrego i wielce niedorzecznego, zupełnie jakby rozsądek i zdolności wyobraźni przełączały się stale, kolejno uzyskując przewagę. Wreszcie przyszła mi do głowy myśl, która wyglądała na trafną i wywołała bardzo uzasadnione zdumienie, że nie wpadłem na nią wcześniej. Świstek papieru umieściłem na okładce książki i wziąwszy kawałki zapałek fosforowych, które zabrałem z beczki, położyłem je na kartce. Potem całość wnętrzem dłonią pocierałem szybko i nieustannie. Jasne światło pojawiło się natychmiast na całej powierzchni i gdyby był na niej jakiś napis, na pewno odczytałbym go bez najmniejszego trudu. Nie zawierała jednak ani jednej sylaby - cała była ponuro i rozczarowująco pusta; blask zgasł po kilku sekundach, a wraz nim zamarło we mnie serce.

 

Już wcześniej więcej niż raz stwierdziłem, że mój umysł od jakiegoś czasu znajdował się w stanie bardzo bliskim zidioceniu. Na pewno zdarzały się krótkie chwile pełnej jego sprawności, a niekiedy nawet energii, lecz były one rzadkie. Należy pamiętać, że przez niewątpliwie wiele dni oddychałem niemal trującym powietrzem zamkniętej ładowni statku wielorybniczego i że przez ten długi czas miałem bardzo szczupłe zapasy wody. Od czternastu czy piętnastu godzin nie miałem jej wcale - a równie długo też nie spałem. Słone zapasy żywności o bardzo ostrym smaku były moim głównym, a właściwie, po stracie baraniny, jedynym źródłem jedzenia, poza morskimi sucharami, a te były dla mnie niemal zupełnie nieprzydatne, jako zbyt wysuszone i twarde, abym zdołał je przełknął napuchniętym i podrażnionym gardłem. Miałem teraz wysoką gorączkę, byłem pod każdym względem ciężko chory. Tłumaczy to, dlaczego po mojej ostatniej przygodzie z fosforem minęło wiele żałosnych godzin zniechęcenia, zanim przyszło mi na myśl, że zbadałem tylko jedną stronę papieru. Nie spróbuję nawet opisać mojej wściekłości (gdyż czułem chyba bardziej złość, niż cokolwiek innego), kiedy uświadomiłem sobie w nagłym przebłysku straszliwe przeoczenie, jakie popełniłem. Sam ten błąd nie miałby znaczenia, gdyby ważnym nie uczyniło go moje szaleństwo i porywczość - rozczarowany bowiem, że nie znalazłem na urywku żadnych słów, w dziecięcej złości podarłem go na kawałki i wyrzuciłem, nie wiadomo gdzie.

Z najgorszej zgryzoty wyrwała mnie zmyślność Tigera. Znalazłszy po długich poszukiwaniach drobny skrawek kartki, przytknąłem go do nosa psa i jakoś zdołałem mu wytłumaczyć, że musi przynieść resztę. Ku memu zdumieniu (gdyż nie uczyłem go żadnych sztuczek, z których słynie ta rasa), zapewne od razu mnie zrozumiał i szperając kilka chwil, wkrótce znalazł inny spory kawałek listu. Po przyniesieniu go zaczekał chwilę i trąc nosem o moją dłoń, zdawał się czekać na pochwałę za to, co zrobił. Poklepałem go po głowie, a wtedy natychmiast odszedł. Teraz minęło kilka minut, zanim wrócił, lecz gdy to uczynił, przyniósł duży skrawek, który stanowił całą brakującą resztę - jak się okazało, podarłem papier jedynie na trzy części. Na szczęście bez trudu odnalazłem kilka pozostałych fragmentów fosforu - kierowałem się niewyraźnym blaskiem, jaki wydzielała nadal jedna czy dwie jego cząstki. Poprzednie kłopoty przekonały mnie o konieczności rozwagi i teraz zastanowiłem się, co powinienem robić. Było bardzo prawdopodobne - pomyślałem - że jakieś słowa zostały zapisane na tej stronie papieru, której nie obejrzałem - ale która to strona? Zestawienie tych kawałków razem nie dało mi żadnej wskazówki, lecz upewniło, że wyrazy (jeśli jakieś były), znajdowały się po jednej tylko stronie i były połączone w taki sposób, że tworzyły tekst. Rzeczą najwyższej wagi było ustalenie tego ponad wszelką wątpliwość, gdyż pozostały fosfor nie wystarczyłby na trzecią próbę, gdyby nie udała się ta, którą miałem teraz dokonać. Jak poprzednio położyłem papierek na książce, i przez kilka minut siedziałem rozważając starannie całą sprawę. Wreszcie pomyślałem, że istnieje pewne prawdopodobieństwo, iż zapisana strona ma na swojej powierzchni jakieś nierówności, które zdołam może wykryć delikatnym dotykiem. Postanowiłem sprawdzić to doświadczalnie i bardzo uważnie przesunąłem palcem po zwróconej ku mnie stronie papieru. Niczego jednak nie wyczułem i odwróciłem karteczkę, ponownie umieszczając ją na książce. Jeszcze raz ostrożnie przytknąłem palec wskazujący, gdy dostrzegłem bardzo słaby, lecz jednak wykrywalny poblask, który wtedy powstał. Wiedziałem, że musiały go spowodować bardzo drobne pozostałe cząsteczki fosforu, którym pokryłem papier podczas poprzedniej próby. A zatem druga, spodnia strona była tą, na której znajdował się napis, jeśli w ogóle jakiś był. Ponownie przewróciłem kawałek papieru i postąpiłem tak, jak poprzednio. Po potarciu fosforu jak przedtem pojawił się blask, lecz tym razem kilka linijek ręcznego, zamaszystego pisma, najwidoczniej sporządzonego czerwonym atramentem, stało się wyraźnie widoczne. Światło, choć dostatecznie jasne, było chwilowe. Mimo to, gdybym tylko zbytnio się nie podniecił, miałbym dość czasu do przeczytanie wszystkich trzech zdań, gdyż dostrzegłem, że jest ich tyle. Niecierpliwie pragnąc jednak odczytać wszystko na raz, zdołałem rozpoznać jedynie siedem ostatnich słów, które brzmiały - "krwią - twoje życie zależy od pozostawania w ukryciu".

Gdybym zdołał poznać całą treść listu, pojąć w pełni znaczenie ostrzeżenia, które przyjaciel próbował mi w ten sposób przekazać, to choćby owe ostrzeżenie dotyczyło nawet najstraszliwszej do wyrażenia katastrofy, nie byłoby ono w stanie, jestem całkowicie przekonany, wprawić mojego umysłu w choć odrobinę nieokreślonej zgrozy dręczącej mnie wówczas, wywołanej przez tak otrzymaną cząstkę przestrogi. Zaś "krew", owe słowo nad wszystkie inne słowa - tak w każdej epoce przesycone tajemnicą, cierpieniem i przerażeniem - wówczas sprawiające wrażenie po trzykroć bardziej przepełnionego znaczeniem, jakże przejmującego i ważnego (zwłaszcza odłączone, jak było wtedy, od wszelkich wyrazów poprzednich określających je czy też uściślających), swoimi niejasnymi sylabami docierało, pośród całkowitego mroku mego więzienia, do najgłębszych otchłani mojej duszy!

Augustus miał niewątpliwie zasadne powody, aby pragnąć mojego pozostawania w ukryciu, i snułem tysiące domysłów, co mogło się wydarzyć - nie mogłem jednak wymyśleć żadnego zadowalającego wyjaśnienia tajemnicy. Tuż po powrocie z ostatniej wyprawy do klapy, a zanim moją uwagę odciągnęło dziwne zachowanie Tigera, powziąłem postanowienie, że na wszelkie sposoby dam o sobie znać ludziom na pokładzie, a jeśli nie zdołam uczynić tego wprost, to spróbuję dostać się siłą na najniższy pokład. Połowiczna pewność, jaką odczuwałem, że w ostatecznej potrzebie zdołam osiągnąć któryś z tych celów, dawała mi odwagę (której inaczej bym nie miał) znoszenia złych stron mojego położenia. Kilka słów, jakie udało mi się odczytać, odcinało mnie jednak od tej resztki możliwości wybawienia, i wówczas, po raz pierwszy, odczułem całą nędzę mego losu. W paroksyzmie rozpaczy rzuciłem się znowu na materac, na którym, chyba przez dzień i noc przeleżałem jakby w otępieniu, przerywanym przez krótkie tylko chwile rozsądku i trzeźwości.

Wreszcie wstałem raz jeszcze i zająłem się rozmyślaniem o okropnych położeniu, w jakie popadłem. Było niemożliwe, abym następne dwadzieścia cztery godziny przeżył bez wody - dłużej już nie zdołałbym wytrzymać. Przez pierwszą część mego uwięzienia korzystałem swobodnie z trunków, w które wyposażył mnie Augustus, lecz jedynie zwiększały one gorączkę, w najmniejszym stopniu nie uśmierzając pragnienia. Teraz została mi z nich tylko ćwiartka pinty, a był to rodzaj mocnego likieru brzoskwiniowego, na myśl o którym wywracał się mój żołądek. Kiełbasy zostały zjedzone do końca, z szynki został jedynie mały kawałek skórki, a wszystkie suchary, poza drobnymi okruchami jednego, pożarł Tiger. Te moje strapienia zwiększało jeszcze poczucie, że mój ból głowy wzmagał się ciągle, podobnie jak rodzaj delirium, od pierwszego zaśnięcia ogarniający mnie mniej bądź bardziej mocno. Przez kilka ostatnich godzin tylko z najwyższym trudem mogłem oddychać, a teraz każda taka próba dokonywała się z bardzo przygnębiającymi i mocnymi skurczami klatki piersiowej. Istniało jednak jeszcze inne i zupełnie odmienne źródło niepokoju, którego zaiste dręczące mnie lęki były głównym powodem skłaniającym mnie do wyrwania się z odrętwienia na materacu. Wynikały one z zachowania psa.

Zmianę w jego postępowaniu zauważyłem najpierw, kiedy ostatnio na papierze rozcierałem fosfor. Kiedy to robiłem, trącił nosem moją rękę z lekkim warknięciem, lecz byłem wtedy zbyt poruszony, aby zwrócić na to uwagę. Wkrótce potem, należy pamiętać, rzuciłem się na materac i zapadłem w rodzaj letargu. Teraz uświadomiłem sobie dziwny syczący dźwięk blisko uszu i stwierdziłem, że pochodzi od Tigera, dyszącego i prychającego w stanie ogromnego podniecenia, a jego ślepia lśniły dziko w mroku. Przemówiłem do niego, na co odpowiedział cichym warczeniem i się uspokoił. Ponownie zapadłem w odrętwienie, z którego zostałem teraz obudzony w podobny sposób. Powtórzyło się to trzy czy cztery razy, aż wreszcie zachowanie psa napełniło mnie tak wielkim strachem, że się całkowicie przebudziłem. Leżał obok drzwi skrzyni, warcząc okropnie, chociaż czynił to półgłosem, i szczerząc zęby jakby w silnych konwulsjach. Nie wątpiłem jednak, że brak wody lub skąpość powietrza w ładowni wprawia go w szaleństwo i nie wiedziałem, co robić. Nie mogłem znieść myśli o zabiciu go, choć wydawało się to konieczne dla mego własnego bezpieczeństwa. Mogłem dokładnie widzieć jego oczy utkwione we mnie z wyrazem przeraźliwej wrogości, w każdej chwili oczekiwałem, że mnie zaatakuje. Wreszcie nie byłem w stanie dłużej znosić tej strasznej sytuacji i postanowiłem za wszelką cenę opuścić skrzynię oraz pozbyć się Tigera, jeśli zmusi mnie do tego jego opór. Aby wydostać się z niej, musiałem przejść nad nim, a już zdawał się przewidywać mój zamiar - podniósł się bowiem na przednie łapy (co poznałem po zmienionej pozycji jego oczu) i pokazał w całości swe białe, łatwo dostrzegalne kły. Wziąłem resztkę skórki szynki i butelkę z likierem, przycisnąłem je do siebie, wraz z dużym nożem kuchennym, jaki zostawił mi Augustus, a następnie owinąwszy się jak najściślej płaszczem, ruszyłem ku wyjściu ze skrzyni. Ledwo to uczyniłem, pies z głośnym warkotem rzucił się mi do gardła. Całą wagą swego ciała uderzył mnie w prawe ramię i odchyliłem się gwałtownie w lewo, zaś rozwścieczone zwierzę przeleciało nade mną. Opadłem na kolana, z głową zaplątaną w kocach, co uchroniło mnie od drugiego szaleńczego ataku, podczas którego poczułem ostre zęby zaciskające się silnie na wełnianej tkaninie otaczającej moją szyję - na szczęście nie zdołały przebić wszystkich jej fałd. Byłem teraz pod psem, a za kilka chwil mogłem znaleźć się całkowicie w jego mocy. Rozpacz dodała mi sił i śmiało wstałem, strząsając go z siebie całą mocą i ściągając koce z materaca. Rzuciłem je na niego, a zanim zdołał się wyswobodzić, wypadłem za drzwiczki i zamknąłem je odcinając pogoń. Podczas walki musiałem jednak upuścić kawałek skórki szynki i całe moje zapasy skurczyły się jedynie do gilla50 trunku. Ledwo o tym pomyślałem, poczułem, że padam ofiarą jednego z tych napadów przewrotności, jakiemu mogłoby w podobnych okolicznościach ulec zepsute dziecko podniósłszy butelkę do ust, opróżniłem ją do ostatniej kropli, potem zaś rzuciłem wściekle na podłogę.

 

Ledwo ucichło echo uderzenia, gdy usłyszałem moje nazwisko wypowiedziane żarliwym, choć stłumionym głosem, dochodzącym od strony kubryku. Było to tak niespodziewane, a uczucie wzbudzone we mnie tym wołaniem tak silne, że na próżno usiłowałem odpowiedzieć. Możliwości mowy opuściły mnie całkowicie i w agonii przerażenia, że przyjaciel uzna mnie za zmarłego i odejdzie nie próbując do mnie dotrzeć, stałem pomiędzy skrzyniami blisko drzwi kryjówki, drżąc konwulsyjnie, dysząc i próbując się odezwać. Choćby od jednej sylaby zależał los tysiąca światów, nie byłem w stanie jej wypowiedzieć. Usłyszałem teraz cichy odgłos ruchu odbywającego się pośród zapasów drewna gdzieś przede mną. Dźwięk ten stał się mniej wyraźny, a potem coraz bardziej cichł i cichł. Czy kiedykolwiek zapomnę, jakie były w tej chwili moje uczucia? Odchodził - mój przyjaciel, kolega, po którym miałem prawo spodziewać się tak wiele - odchodzi - porzuci mnie - opuści! Zostawi mnie, abym zginął nędznie, abym wyzionął ducha w najstraszliwszym i najohydniejszym z lochów - a uratowałoby mnie jedno słowo, jedna sylaba - lecz pomimo tego nie mogłem wypowiedzieć tej jednej sylaby! Cierpiałem, byłem pewny, ponad dziesięć tysięcy razy męki samej śmierci. W głowie mi się zakręciło i upadłem, śmiertelnie chory, tuż obok skrzyni!

Podczas upadku nóż kuchenny wysunął mi się zza paska spodni i z brzękiem spadł w podłogę. Nigdy żadna melodia, choćby najpiękniejsza, w moich uszach nie zabrzmiała bardziej słodko! Z największym niepokojem nasłuchiwałem chcąc rozpoznać, jak ten hałas zadziała na Augustusa - gdyż wiedziałem, że osobą wołającą mnie po imieniu mógł być tylko on. Kilka chwil panowała cisza. Wreszcie usłyszałem znowu słowo "Arthur!" powtórzone cichym głosem, z wielkim wahaniem. Odrodzone nadzieje wyzwoliły we mnie natychmiast możliwości mówienia i teraz krzyknąłem z całych sił, "- Augustusie! Och, Augustusie!". - Cii! Na miłość boską, bądź cicho! - powiedział drżącym z wzruszenia głosem. - Zaraz będę przy tobie, gdy tylko przejdę przez ładownię". Długo słyszałem, jak porusza się wśród zapasów drewna, a każda chwila zdawała mi się wiekiem. Wreszcie poczułem jego rękę na moim ramieniu, a jednocześnie przyłożył mi do ust butelkę z wodą. Tylko ci, którzy zostali nagle wyrwani z objęć grobu, lub doznali nieznośnej udręki pragnienia w okolicznościach równie groźnych co te, które otaczały mnie w suchym jak pieprz więzieniu, mogą mieć pojęcie o niewypowiedzianej uldze, jaką dał mi jeden długi łyk tej najgłębszej z wszystkich dostępnych przyjemności fizycznych.

 

Gdy w pewnej mierze zaspokoiłem pragnienie, Augustus wyjął z kieszeni trzy lub cztery ugotowane ziemniaki, które pochłonąłem z najwyższą żarłocznością. Przyniósł z sobą światło w ślepej latarni, a wdzięczne jej promienie dały mi niewiele mniejszą ulgę, aniżeli jedzenie i picie. Niecierpliwie chciałem jednak poznać przyczynę jego przedłużającej się nieobecności; on i zaczął opowiadać, co działo się na pokładzie podczas mojego uwięzienia pod nim.

 

 

 

 

49 Kubryk - zbiorowe pomieszczenie mieszkalne załogi na statku, mieszczące się zwykle w części dziobowej.

50 Gill - anglosaska miara objętości, jedna czwarta pinty, w Wielkiej Brytanii wynosi 142 mililitry, a w Stanach Zjednoczonych 112 mililitry.