Opowieść jednej nocy. Zamarznięta kraina - Monika Stolarska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1 - Ten, który pamięta

Zima przyszła tego roku szybciej niż zwykle, choć trwała tu i tak dłużej niż gdziekolwiek indziej. Mróz ścierał barwy świata, ale tej nocy wszystko znów nabrało blasku. Na rynku w dolinie tętniło życie. Światła lamp i girland odbijały się w śniegu jak w szkle. Powietrze pachniało cynamonem, pomarańczami i drewnem tlącym się w małych ulicznych paleniskach. Dzieci turlały się po zaspach, a dorośli śmiali się nad kubkami grzanego wina. Gdzieś przy fontannie, przystrojonej gałązkami świerku, starszy mężczyzna grał na skrzypcach. Dźwięk unosił się nad rynkiem, mieszając się z głosami ludzi, tworząc melodię, której nikt nie próbował zagłuszyć. Świat się śmiał. Z oddali wszystko wyglądało jak sen - miękki, barwny, nierealny.

Na wzgórzu, w cieniu ośnieżonych sosen, stał mężczyzna. Nie był stary - najwyżej trzydzieści pięć lat - ale w jego spojrzeniu kryło się coś, co sugerowało, że widział więcej, niż chciał. Jasne włosy, rozświetlone księżycowym blaskiem, opadały mu na czoło w nieładzie, który wydawał się zamierzony. Twarz o wyraźnych rysach przecinał lekki, starannie przystrzyżony zarost, który nie był wynikiem zmęczenia, lecz świadomego wyboru. Płaszcz, ciężki i wełniany, przypominał te noszone przez górskich przewodników - nie z elegancji, lecz z potrzeby. W dłoniach trzymał rękawice, a mimo mrozu nie zakładał ich, jakby chłód był mu bliższy niż ciepło. Patrzył w dół na dolinę: na gęsto rozwieszone lampki, które drżały jak świetliki, na ruch ludzi, na parę z ust unoszącą się w powietrzu. Patrzył tak, jak patrzy się na wspomnienie, które wraca po latach - znajome, ale niepewne, jakby rozmyte przez czas. Na jego twarzy nie było uśmiechu, ale też nie było bólu. Tylko cisza. Cisza człowieka, który już dawno przestał pytać "dlaczego". Wiatr musnął jego płaszcz, niosąc ze sobą muzykę i śmiech z dołu. Nathan stał długo, nie poruszając się. Nie wiedział, jak długo już tak patrzy. Może chwilę, może godzinę. Śnieg spadał powoli, osiadając na jego ramionach, wplątując się we włosy. Każdy płatek rozpuszczał się jak oddech. W końcu przymknął powieki, jakby chciał zatrzymać w sobie ten obraz - ludzi, którzy śmieją się, nie wiedząc, że kiedyś to miejsce zamarzło. Nie wiedzieli, że czas potrafi się zatrzymać. Śnieg sypał gęściej. Na placu zapalały się nowe lampki, muzyka nabierała rytmu. Nathan wciągnął głęboko zimne powietrze, czując jego smak - ostry, prawdziwy. I wtedy jego spojrzenie zatrzymało się na latarniach, z których powoli topniał lód. Na chwilę zmrużył oczy. Tak, to tutaj. Tu wszystko się zaczęło. Ludzie tańczyli w dolinie, a on milczał, stojąc na wzgórzu w świetle gwiazd. Noc gęstniała, a śnieg padał coraz mocniej, jakby chciał przykryć wszystko - drogi, wspomnienia, myśli. Świat uspokajał się powoli, aż została tylko cisza - głęboka, miękka, jak prawdziwy oddech zimy.

Nathan zamknął oczy tylko na chwilę. Nie wiedział, czy śni, czy naprawdę znów stał pośród bieli. W dolinie wciąż migotały lampki, jakby ktoś rozsypał garść iskier po mrozie. Światło wzywało go - cicho, nieuchwytnie, jak wspomnienie, które trzeba odnaleźć. On jednak nie mógł ulec urokowi widoku - świat na niego czekał.

Rozdział 8 - Płomienne wesele cieni

Światło w oknach migotało jak wezwanie. Z bliska widać było, że śnieg przy drzwiach był ubity - ktoś często tu wchodził i wychodził, jakby to miejsce nigdy nie zasypiało. Po obu stronach stały sanie z przywiązanymi skórami. Na ścianach zwisały wiązki suszonych ziół. Pod okapem krzyczały wróble, jakby i one przyszły się ogrzać. Z okien biło ciepło, zapach mięsa i dymu z jałowca, który mieszał się z wonią spalenizny i świeżego chleba. Na progu leżała latarnia - tliła się jeszcze resztką płomienia, jakby ktoś porzucił ją w pośpiechu. Nathan sięgnął po klamkę. Metal był ciepły, jakby drzwi oddychały. Pchnął je z impetem, aż wraz z nimi do wnętrza wpadł mocny powiew mroźnego wiatru. Kiedy weszli, uderzył ich gwar - śmiech, muzyka, trzask ognia i rozmowy. Wielka sala pełna była ludzi, a mimo to nikt nie zwrócił na nich uwagi. Dopiero po chwili, gdy podeszli bliżej, rozmowy zaczęły cichnąć - nie gwałtownie, lecz jakby ktoś powoli ściszał dźwięk w całym pomieszczeniu. Kilka głów odwróciło się w ich stronę. Najpierw niepewnie, potem z błyskiem rozpoznania, który Nathan widział w dolinie już zbyt wiele razy.

- Witajcie, chłopaki z mroźnej doliny! - rozległo się z głębi sali. Zza stołu pod oknem machał do nich mężczyzna w ciemnym kubraku. - Co was wymiotło z ciepłych domostw w tę zawieruchę?

Jonas parsknął śmiechem i pierwszy ruszył w stronę przyjaciela.

- Za to ciebie można znaleźć zawsze w tym samym miejscu! - uściskali się radośnie, a Eli i Mara równie pogodnie dołączyli do rozmowy.

- Nathan, przyjacielu, a ty nie przywitasz się ze starym ziomkiem? - mężczyzna rozłożył ramiona, czekając na uścisk zdezorientowanego Nathana. - Co tak patrzysz, jakbyś nie poznawał? Chyba aż tak się nie postarzałem? - zaśmiał się spod wąsa.

- Kai! - olśnienie przyszło nagle, nie wiadomo skąd. - Witaj, druhu!

Wkrótce siedzieli już przy stole, otoczeni znanymi twarzami. Eli rozmawiał z kimś, kogo Nathan pamiętał mgliście z dzieciństwa, Mara opowiadała o śnieżycy, a Lyra rozgrzewała dłonie nad glinianym kubkiem. Wszystko pachniało drewnem, winem i ogniem.

- Szliśmy na zamek - powiedziała kobieta w czerwonej chuście, siadając naprzeciwko Mary. - Ale zasypało nas po kolana. Dobrze, że tu dotarliście. Razem raźniej.

- My też tam zmierzamy - odparła Lyra. - Wydaje się, że wszyscy dziś w tę samą stronę.

- Tak to już z tą doliną i zamkiem - odezwał się starszy mężczyzna przy drzwiach. - Kiedy wzywają, nikt nie zostaje w miejscu.

Nathan skinął głową. Czuł, że te słowa są prawdziwe, choć nie wiedział dlaczego.

Ogień w palenisku zatańczył mocniej. Płomienie odbijały się w szybach i w oczach ludzi, tworząc dziwną grę świateł. Przez chwilę wydawało się, że cienie poruszają się inaczej niż ich właściciele - jakby tańczyły w rytmie własnej melodii. Arden spojrzała w okno. Za szybą widać było tylko śnieg i ciemność, ale w odbiciu... coś drgnęło. Ludzie przy stole śmiali się, a ich odbicia w szybie poruszały się wolniej, jakby śpiewały bezgłośnie. Mrugnęła - obraz wrócił do normy. "Zmęczenie" - szepnęła do siebie, wracając do stołu. Muzyk przy kominku zaczął grać coś żywszego. Najpierw jedna para, potem druga - ludzie poderwali się do tańca. Suknie wirowały w świetle ognia, buty uderzały o podłogę, powietrze wypełniło się śmiechem.

- No i zaczyna się! - zawołał Eli, chwytając Jonasa za ramię. - Chodź, zanim wszystkie panny porwą inni!

Nathan roześmiał się i pozwolił się wciągnąć w wir muzyki Mary. Światło odbijało się w jego oczach, a serce biło szybciej, jakby naprawdę wrócił do miejsca, które znał od zawsze. A jednak gdzieś w tle coś nie pasowało. Z kąta sali dobiegł cichy, przeciągły szept, jakby ktoś powtarzał jego imię. Odwrócił się, ale nikogo tam nie było. Tylko ogień w kominku trzaskał, rozrzucając iskry po sali jak złote cienie.

- Nathan? - zawołała Mara. - Coś się stało?

- Nie... - odpowiedział powoli. - Po prostu... miałem wrażenie, że już to przeżyłem.

- Bo przeżyłeś - zaśmiała się. - Tylko wtedy byliśmy młodsi, a wino mocniejsze!

Śmiech ponownie wypełnił salę. Tylko Nathan wciąż patrzył w płomienie. W ich tańcu widział coś więcej niż odbicia - widział twarze. Twarze, których imion nie potrafił sobie przypomnieć.

Spojrzał na Arden. Siedziała przy stole, rozmawiając z Lyrą, lecz co chwila zerkała w jego stronę. Ich wzrok spotkał się na krótką, niechcianą chwilę - i oboje zastygli. Nathan poczuł, że świat na moment zwolnił. Ludzie dalej tańczyli, śmiali się, śpiewali, ale on widział tylko jej oczy. Ciche, zielone, jakby wszystko rozumiały. Arden uniosła brew i uśmiechnęła się lekko, choć w jej spojrzeniu krył się cień. Odwróciła głowę, udając, że nie widzi, jak Mara przyciąga Nathana bliżej. Nie potrzebowała słów - jej mina mówiła wszystko. Zawód. Tęsknota. Zazdrość, której nie chciała czuć. Nathan puścił dłoń Mary.

- Coś się stało? - spytała Mara, zdezorientowana.

- Nie... - uśmiechnął się półgębkiem. - Zaraz wrócę.

Przeszedł przez tłum i stanął przed Arden.

- Co, już twoja przyjaciółka ci się znudziła? - zapytała chłodno, nie podnosząc wzroku.

- Nie wygłupiaj się - odparł łagodnie. - Chodź, pobawimy się. Ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- To dopiero głupie słowa - mruknęła, ale mrugnęła przy tym lekko, jakby chciała ukryć uśmiech. Nathan wyciągnął rękę.

- No chodź, pokaż im, że nie boimy się ognia - powiedział żartobliwie. Zanim zdążyła zaprotestować, pociągnął ją w wir tańca. Muzyka przyspieszyła, skrzypce zapiszczały, bęben uderzył mocniej. Śmiali się, mijając pary, obracając się wokół własnej osi, niemal wpadając na innych. Arden tańczyła lekko, z gracją, której sama po sobie się nie spodziewała. Jej włosy rozwiały się jak płomień, policzki zaróżowiły od ciepła, a śmiech wymykał się z ust mimo woli.

Nathan śledził każdy jej gest, każdy ruch dłoni, jakby próbował zapamiętać ją całą - na wypadek, gdyby zniknęła wraz z muzyką. Ich spojrzenia spotykały się raz po raz - krótkie, nieśmiałe... coraz dłuższe. Zapach powietrza mieszał się z rytmem serc. Świat zlał się w jedno. Zniknęły rozmowy, gwar, śmiech. Była tylko muzyka, ciepło, ich ciała zbliżające się coraz bliżej siebie. Arden zaśmiała się cicho, a jej głos wtapiał się w melodię. Nathan poczuł, jak drży mu kark, gdy pochyliła głowę, a jej włosy musnęły jego policzek. Ich ruchy zwolniły. Arden wtuliła się w niego, jej dłonie spoczęły na jego piersi. Czuła pod palcami puls jego serca - szybki, niespokojny. Objął ją ramieniem, przyciągnął do siebie - nie gwałtownie, tylko tak, jakby wreszcie znalazł coś, czego szukał od dawna. Światło ognia tańczyło w jej oczach. Świat zwolnił, muzyka odpłynęła gdzieś daleko, a oni poruszali się w rytmie, który nie należał już do nikogo poza nimi. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę i nic więcej nie istniało. Zaledwie kilka centymetrów dzieliło ich od siebie. Nathan czuł jej oddech na szyi, jej zapach - lekko słodki, ciepły, ludzki. A gdy muzyka niemal zupełnie ucichła, Arden oparła głowę o jego ramię. Nie dlatego, że była zmęczona. Dlatego, że w tej jednej chwili nic innego nie miało znaczenia. Ogień w kominku trzaskał, a cienie na ścianach tańczyły dokładnie tak, jak oni. Nathan poczuł, jak jej oddech dotyka jego warg. Jeszcze sekunda. Jeszcze pół. I wtedy zobaczył to. W tafli okna za jej plecami - cień. Nie odbicie. Nie złudzenie. Ktoś stał na zewnątrz. Wysoka sylwetka. Ciemny płaszcz. Nieruchoma postać z oczami, które błyszczały jak kawałki lodu. Nathan zamarł. Czar prysł. Arden uniosła głowę, szukając jego spojrzenia.

- Co się stało? - zapytała cicho, a w jej głosie zabrzmiał lęk. Nie odpowiedział od razu. Patrzył tylko w szybę. Cień poruszył się powoli, nieludzko płynnie - po czym rozpłynął się we mgle. Została tylko mętna plama, jak ślad oddechu, który ktoś zostawił na szkle.

- Nathan...? - szepnęła.

- Widziałem go - powiedział, jakby sam siebie nie słyszał. - Tego samego.

- Kogo?

- Nie wiem. Ale on nas obserwuje.

Arden obróciła się gwałtownie, ale za oknem była tylko ciemność i śnieg. Ogień z trzaskiem rozprysnął iskry, jakby chciał rozproszyć ciszę, która zapadła między nimi. Potem znów rozbrzmiała muzyka - głośniejsza, szybsza, jakby karczma próbowała zagłuszyć coś, czego nie chciała słyszeć. Nathan jednak wciąż patrzył w okno. Miał wrażenie, że tam, w odbiciu, widzi ich oboje - siebie i Arden - ale ich cienie tańczą w innym rytmie. Jakby ktoś inny kierował ich ruchem. Arden dotknęła jego dłoni.

- Nie puszczaj mnie - powiedział.

- Nie zamierzałam - odpowiedziała z lekkim zdumieniem. Nathan nie puścił jej dłoni. Nie dlatego, że się bał - tylko dlatego, że nagle poczuł, jak bardzo nie chce znowu zostać sam.

Muzyka wokół nich trwała, ale jakby coraz dalej. Śmiech ludzi rozmywał się, skrzypce grały już tylko w oddali, a płomienie w kominku przygasały w dziwnym rytmie. Czas płynął wolniej, jak w śnie, w którym wszystko dzieje się zbyt łagodnie, by mogło być prawdziwe. Nathan czuł, że ich ręce wciąż się stykają, ale coś w tej bliskości się rozpadło - jak szkło, które pęka, zanim jeszcze je usłyszysz. Byli obok siebie, a jednak każde z nich było już gdzie indziej. W oczach Arden migotało światło ognia, w jego - odbicie szyby.

Z każdą minutą biesiada cichła. Ludzie zwalniali ruchy, cienie ich ciał przesuwały się po ścianach coraz wolniej. Za oknami wirował śnieg, a Nathan miał wrażenie, że widzi w nim postaci - zamazane, ulotne, tańczące w rytmie, których nikt już nie słyszał. Nie wiedział, czy to gra światła, zmęczenie, czy echo tej samej melodii, którą śnił w dolinie. Ogień trzasnął w palenisku i rozrzucił iskry po sali. Na ułamek sekundy Nathanowi wydawało się, że tworzą twarze - jedną z nich znał. Lena. Znikła, nim zdążył nabrać tchu.

- Wszystko dobrze? - spytała Arden. Skinął głową, nie ufając własnemu głosowi.

Płomień w kominku zmniejszył się, a światło przyciemniało. Gospodarz wskazał im miejsce przy ścianie, gdzie rzucono kilka koców i stary śpiwór. Położyli się obok siebie, nie mówiąc nic. Arden odwróciła się w stronę Nathana, oparła głowę na jego ramieniu.

- Nie zasnę - wyszeptała.

- Nie musisz - odpowiedział. Zamknęła jednak oczy, coraz bardziej wtulając się w niego. Cisza gęstniała, a karczma powoli zapadała w sen razem z nimi. Nathan patrzył w sufit, a potem w okno. Tam, w ciemności, znów coś drgnęło - jak cień człowieka stojącego w śniegu. Płomień w kominku dogasał, a na szybie przez chwilę pojawił się oddech - nie ich. Ledwo widoczny, zbyt wysoki, by należał do kogoś z wnętrza. Nathan zamknął oczy. Nie dlatego, że nie chciał widzieć. Tylko dlatego, że bał się, iż jeśli spojrzy jeszcze raz - cień odpowie spojrzeniem. A jednak miał wrażenie, że tam, wśród płatków śniegu, coś wciąż czeka - cierpliwe, milczące, coraz bliżej.

Rozdział 9 - Ci, którzy pamiętają drogę

Świt wpełzał przez szyby nieśmiało, jakby bał się obudzić to wszystko, co noc schowała w kątach. Ogień w palenisku dogasał, zostawiając w popiele czerwone oko żaru. Gdzieś w głębi sali chrapał ktoś przykryty baranicą, przy drzwiach kołysała się niespiesznie latarnia, a od wejścia ciągnęło zimnym powietrzem, w którym pachniało wilgocią śniegu. Nathan otworzył oczy powoli. Najpierw zobaczył sufit - belki pociemniałe od dymu. Potem usłyszał czyjś przytłumiony szept, stuk łyżki o gliniany brzeg, zgrzyt łańcucha przy żurawiu kominka. Ciepło obok. Arden spała z policzkiem opartym o jego ramię, jedna dłoń zwinięta w pięść przy jego piersi, jakby nawet we śnie nie chciała puścić. Lyra, zawinięta w koc, siedziała już pod ścianą, notując coś na rogu starej kartki. Mara i Eli leżeli w nogach, jak dzieci po zbyt długim dniu zabawy - Mara z włosami w nieładzie na kołdrze, Eli z futrzanym czepcem zjechanym na oczy. Jonas chrapał najgłośniej; za każdym razem, gdy oddech ugrzązł mu w gardle, drgnął cały stół. Drzwi od zaplecza skrzypnęły. Wyszła przez nie gospodyni z tacą - chleb, masło, garnek czegoś parującego. Nathan uniósł się na łokciu. Światło, choć blade, od razu ukłuło go w oczy. Wtedy ich zobaczył. Siedzieli przy długim stole pod oknem - kobieta i mężczyzna. Nie pasowali do poranka, jakby pojawili się tu z innego czasu. Mężczyzna miał ciemne, lekko posiwiałe na skroniach włosy spięte w krótki kuc, twarz pogodną, ale nos zarysowany ostrą kreską, na której zatrzymało się parę dawnych mrozów. Kobieta wyglądała na nieco młodszą, ze szramą pod lewym okiem - cienką jak pęknięcie na lodzie. Oboje jedli wolno, jakby każdy kęs był ceremonią. I oboje... patrzyli na Nathana. Nie nachalnie, nie natarczywie. Po prostu tak, jak się patrzy na kogoś, kogo długo nie było.

- W końcu obudziłeś się - powiedział mężczyzna, odkładając łyżkę. - Wyglądałeś jak stwór z innej planety.

- Peter? Kira? - Nathan wymówił ich imiona z ulgą, jakby sprawdzał, czy wciąż należą do tego świata. Kira uśmiechnęła się półgębkiem, poprawiając szalik na ramionach.

- Jeszcze wczoraj byłeś blady jak ściana - rzuciła. - Myśleliśmy, że nie dotrwasz rana.

- A jednak - odparł, próbując się uśmiechnąć. - Widocznie ktoś pilnował ognia.

- Ja tylko dorzucałam drewna - odparła cicho. - Resztę zrobiło ciepło.

Gospodyni, przechodząc obok z dzbanem, zatrzymała się na moment. Zacisnęła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. W sali zrobiło się nagle zbyt cicho.

- Lepiej nie żartować z gorączki - mruknęła w końcu spod oka. - Od paru dni ludzie budzą się dziwni. Nie pamiętają, co śnili, a i oczy mają obce.

Nikt nie odpowiedział. Nawet ogień jakby przygasł na chwilę.

- Gorączka spada szybko, a potem nic - powiedziała Kira po chwili, zniżając głos. - Tyle że oczy zostają dziwne. Jakby człowiek wciąż patrzył na coś, co zostało daleko.

Zapadła krótka cisza. Nathan przełknął ciepły, maślany kęs i poczuł, jak żołądek przypomina mu o całej nocy. Odwrócił kubek, dopił resztę herbaty. Ogień w kominku prychnął i wysypał garść iskier. Za oknem śnieg zwisał z dachu jak gruba zasłona, ale wiatr ucichł - cisza miała teraz w sobie napięcie, jak lina przed przeciąganiem.

- Pójdziemy dziś dalej - powiedział w końcu Nathan i słowa zabrzmiały tak, jakby ktoś je w nim wcześniej zapisał. - Zanim śnieg znów się podniesie. Idziecie z nami?

Peter pokiwał głową.

- Nie ma sensu siedzieć dłużej. Śnieg tylko czeka, żeby nas przykryć.

- Jakby mu było mało - mruknął Eli i naciągnął czapkę głębiej na uszy.

Kira wstała, podwinęła rękawy i zaczęła wiązać pas. Każdy jej ruch był cichy, ale zdecydowany. Lyra zamknęła notes, stukając o blat piórem, a Mara, ziewając, poprawiła włosy i spojrzała na Nathana z przekornym półuśmiechem.

- A ty? Nadal chcesz prowadzić, czy dziś udajesz, że nie pamiętasz drogi?

- Droga pamięta nas - odparł, wstając. - Wystarczy iść.

Jonas roześmiał się krótko, z tą swoją chropowatą ironią.

- Jasne. A jak znów się zgubimy, to będziemy mówić, że to droga się pogubiła.

- Albo że zamek zmienił miejsce - dodała Mara, wkładając rękawice.

- Zamek nigdy nie zmienia miejsca - wtrąciła Kira spokojnie. - Tylko ci, co odchodzą, zapominają, jak się do niego wraca.

Przy tych słowach spojrzała na Nathana, jakby to do niego mówiła.

- Wychodzimy? - zapytała cicho.

- Tak. Im szybciej ruszymy, tym lepiej - odpowiedział Nathan, patrząc w kierunku okien, gdzie świt rozlewał się nieśmiało po szybach.

Drzwi skrzypnęły, a powietrze uderzyło w nich chłodem. Za progiem świat wyglądał inaczej niż wczoraj - śnieg był miękki i gęsty, a wszystko wydawało się odrobinę przesunięte, jakby noc przestawiła rzeczy na swoje miejsca. Gdy odeszli kilka kroków od karczmy, Nathan odwrócił się jeszcze, jakby coś go ciągnęło z powrotem. W oknie, tuż przy palenisku, zobaczył tę samą zamgloną plamę na szybie, którą widział w nocy. Teraz jednak ślad był wyraźniejszy - jakby ktoś przycisnął do szkła czoło i rękę. Nie, dwie ręce. Palce rozwarte, zziębnięte. Nim zdążył zawołać, gospodyni przeciągnęła od wewnątrz ścierką po szybie i wszystko znikło. Po chwili zajezdnia za nimi wyglądała już jak latarnia wśród mgły. Kiedy przeszli kolejnych kilkadziesiąt kroków, światło zgasło, jakby ktoś zgasił wspomnienie. Ścieżka prowadziła w dół, przez rzadki las, gdzie gałęzie uginały się pod ciężarem białego puchu. Niebo nie było jeszcze jasne - miało kolor popiołu, w którym ledwie tlił się błękit. Najpierw było łatwo. Śnieg, choć wysoki, był ubity w wąskim korytarzu zostawionym przez sanie i ciężkie buty. Kira szła pierwsza, wąska, szybka, jakby słyszała w śniegu słowa; Peter trzymał tempo Nathana. Mara i Arden - ramię w ramię - czasem wymieniały półzdania, czasem milczały. Eli z Jonasem zmieniali się w prowadzeniu sanek z ekwipunkiem. Lyra szła pośrodku i liczyła w myślach kroki do setek, żeby nie słyszeć własnego strachu. Na skraju brzeziny zaczęła się mgła. Nie taka, co wisi i czeka, tylko ta, która snuje się nisko przy ziemi i próbuje wejść do butów. Świat stępiał, krawędzie rzeczy stały się miękkie. Czasem wydawało się, że między dwiema brzozami stoi ktoś jeszcze - wysoki, cienki - ale to był tylko cień pnia, a może nie.

- Zatrzymajmy się na moment - poprosiła Arden. - Łapię oddech, jakby ktoś mi go zabierał.

- Mgła - Kira obejrzała się przez ramię. - Wchodzi w gardło. To minie za chwilę. Pij.

Arden wzięła łyk z manierki i rzeczywiście - ból w piersiach rozszedł się jak lód topniejący od środka. Kiedy ruszyli, Nathan zauważył, że Kira dotyka po drodze pni - czasem palcem, czasem wnętrzem dłoni, jakby czegoś słuchała.

- Co robisz? - zapytał wreszcie.

- Liczę - odpowiedziała. - Te drzewa rosną, jak chciał wiatr. Tu wiatr był zawsze z północy. Jeśli przestanie - znaczy, że zamek postanowił nas obejść.

- Zamek "postanowi"? - powtórzyła Lyra. - Co on, żyje?

- A ty nie czujesz, że wszystko tu żyje? - Kira nie odwróciła się, ale Nathan widział, że uśmiecha się półgębkiem. - Dolina (i to, co nad nią) oddycha jak człowiek, tylko wolniej. Rzeczywiście - kiedy weszli między sosny skręcone wiatrem, powietrze zaczęło rytmicznie uciszać się i gęstnieć, jakby ktoś oddychał przez zasłonę. Zatrzymali się przy głazie oblepionym lodem. Peter podał wszystkim po kawałku chleba.

- Pół godziny - zdecydował. - Potem dalej.

Nathan oparł się o pień i przymknął oczy. Nie spał, ale nic nie widział - był tylko dźwięk krwi w skroniach i trzask drobnego lodu w koronach, gdy słońce podpalało kryształki. I nagle - jak otwarta w środku książka - obraz. Nie jego, a jednak jego: ta sama droga, tylko bez śniegu. Ławeczka z wyżłobionego bala. Dziewczyna o jasnych włosach siedzi na oparciu i macha nogami, recytując coś z pamięci, a on, młodszy, z książką w dłoni, udaje, że nie słyszy, choć wie każde słowo - bo uczył się razem z nią.

- Nathan? - głos Petra przeciął obraz jak nóż. - Nie odlatuj teraz.

- Pamiętam ławkę - wyszeptał. - Bez śniegu.

- Dobrze - powiedział Peter. - Dobrze, że pamiętasz. Źle, jeżeli się wzruszasz. Idziemy.

Mgła zagęściła się tuż przed nimi. Płatki śniegu zaczęły wirować jak drobne światła, które ktoś wypuścił z dłoni. Gdy weszli na otwarty garb, wiatr uderzył ich jak fala. Nathan poczuł, jak dźwięk zwija mu się w uszach. Kira kazała wszystkim iść gęsiego, wbiła czekan w nawianą nawierzchnię i sprawdzała każdy krok. Raz, drugi, trzeci. W połowie trawersu głos Jonasa znikł w wietrze. Odwrócili się - stał, jakby go coś przytrzymało za nogi.

- Cienki lód! - krzyknęła Kira. - Nie ruszaj się, zaraz puści!

Peter położył się na śniegu, rozsunął ciężar, podpełzł do Jonasa i jednym ruchem przepchnął mu pętlę liny pod pachy.

- Na trzy - syknął. - Raz. Dwa. Trzy.

Jonas wyskoczył z miękkiego puchu, w którym lód rozpadł się w chrzęście jak tłuczone szkło. Wszyscy przez chwilę tylko szeptali przekleństwa, jak modlitwy. Nathan czuł, jak ręce mu drżą - nie ze strachu, z gniewu do samego siebie, że jego ciało pamięta, jak stawiać kroki, a jego głowa musi się tego uczyć na nowo.

- Dobrze - powiedział Peter po chwili zgryźliwym głosem, jakby wypluwał coś twardego. - To był sygnał. Idziemy wolniej.

- Zamek lubi sprawdzać - mruknął Eli, sapnąwszy.

- Zamek nie musi - Kira spojrzała w górę. - Droga to robi za niego.

Przeszli. Ostatni odcinek zawiał im wiatr drobnym lodem po twarzach tak, że łzy zamarzały w rzęsach, ale kiedy zeszli za załom skały, nagle ucichło. Jakby ktoś odciął ich od pogoni. Za wąwozem czekał las - gęsty, ciemny, z tych, które o zimie mówią szeptem.