Opowieść wigilijna - Charles Dickens

Kup ebooka

31.99 zł
26.55 zł (31,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy Duch Marleya

Zaczęło się tak, że Marley umarł. Co do tego nie było najmniejszych wątpliwości. Akt zgonu został podpisany przez duchownego, urzędnika, grabarza i głównego żałobnika. Scrooge też złożył na nim swój podpis. A podpis ten miał swoją wartość na giełdzie - dla każdego dokumentu, na którym zechciał go umieścić. Stary Marley był martwy jak ćwiek.

Jedno miejcie na uwadze: nie twierdzę, żebym sam z siebie dysponował wiedzą na temat tego, cóż takiego w ćwieku wydaje się szczególnie martwe. Osobiście skłaniałbym się raczej ku temu, by to gwóźdź do trumny uznać za najsztywniejszy spośród artykułów w handlu żelazem. Lecz w porównaniu tym kryje się mądrość naszych przodków i moje pozbawione czci ręce nie zakłócą jego spokoju, bo jeszcze cały nasz kraj zacznie zmierzać ku ruinie. Pozwólcie mi zatem powtórzyć z niejakim naciskiem, że Marley był martwy jak ćwiek.

Czy Scrooge o tym wiedział? Oczywiście. Jakże mogłoby być inaczej? On i Marley byli partnerami od nie wiadomo ilu lat. Scrooge został jedynym wykonawcą jego testamentu, jego jedynym zarządcą, jedynym spadkobiercą, jedynym przyjacielem i jedynym żałobnikiem. Lecz również on nie był szczególnie przygnębiony tym smutnym zdarzeniem, choć jako wybitny człowiek interesu nawet w dniu pogrzebu wziął udział w ceremonii w sposób bez wątpienia okazyjny.

Wzmianka o pogrzebie Marleya prowadzi mnie z powrotem do punktu wyjścia. Nie było wątpliwości, że Marley zmarł.

By w pełni docenić cudowność tego, co zaraz wam opowiem, musicie to zrozumieć z całą należytą jasnością. Jeśli nie będziemy kompletnie przekonani, że ojciec Hamleta zmarł, zanim rozpoczęła się sztuka, nie dostrzeżemy nic wyjątkowego w tym, że owiewany wschodnim wiatrem, wybrał się wieczorem na przechadzkę po murach obronnych - nie byłoby w tym nic bardziej wyjątkowego niż w pojawieniu się dowolnego innego dżentelmena w średnim wieku po zmroku gdzieś, gdzie hulają wiatry - powiedzmy, na dziedzińcu przed katedrą Świętego Pawła - by dosłownie wystraszyć na śmierć słabego na rozumie syna.

Scrooge nigdy nie zamalował nazwiska starego Marleya. Po wielu latach nadal widniało nad drzwiami magazynu: Scrooge i Marley. Firma znana była pod nazwą Scrooge i Marley. Nowo przybyli czasem nazywali Scrooge'a Scrooge'em, a czasem Marleyem, on zaś reagował na oba te nazwiska. Nazwisko nie przedstawiało dla niego szczególnej różnicy.

Ach! Ależ był z niego skąpiec nawet pośród trudu i znoju, ależ była kutwa z tego Scrooge'a! Stary grzesznik, wyciskający soki, szarpiący mięso, chciwie chwytający, zdrapujący resztki, łapczywy, pożądliwy! Twardy i ostry jak krzemień, z którego żadne krzesiwo nigdy nie wydobyło dającego ciepło ognia; skryty, zamknięty w sobie i samotny jak ostryga. Zimno w jego wnętrzu skuło lodem jego starcze rysy twarzy, wyszczypało jego szpiczasty nos, pomarszczyło mu policzki, usztywniło jego kroki, zaczerwieniło oczy, zasiniło usta i przemawiało chytrze jego zachrypniętym głosem. Lodowa szadź pokrywała jego głowę i brwi, i szorstki podbródek. Wszędzie ciągnął się za nim ziąb - w kanikułę oszraniał biuro swoim własnym chłodem i nawet w Boże Narodzenie nie pozwalał mu ogrzać się ani o jeden stopień.

Zewnętrzne gorąco i zimno nie wywierały na Scrooge'a większego wpływu. Żadne ciepło go nie ogrzewało, żadna zimowa pogoda nie przejmowała chłodem. Żaden z wiejących wiatrów nie był mroźniejszy od niego, żadne śniegi nie padały na ziemię z większym skupieniem na celu, żaden rzęsisty deszcz nie pozostawał bardziej głuchy na zaklęcia. Niepogoda nie wiedziała, co z nim począć. Tylko w jednym aspekcie najbardziej ulewne deszcze, śniegi i grady, i słota zdobywały nad nim przewagę. Spadały na ziemię tak zacnie, jak Scrooge nigdy nie schodził z ceny.

Nikt nigdy nie zatrzymał go na ulicy, by z radosnym obliczem zapytać go: "Jak pan się miewa, drogi panie Scrooge? Kiedy zechce pan zaszczycić mnie wizytą?". Żaden żebrak nie błagał go o najmniejszy datek ani żadne dziecko nie pytało, która jest godzina, ani żaden mężczyzna i żadna kobieta przez całe jego życie ani razu nie poprosili Scrooge'a o wskazanie drogi do takiego a takiego miejsca. Nawet psy ślepców zdawały się znać jego reputację, a gdy dostrzegały, jak się zbliża, odciągały swoich właścicieli w stronę drzwi i podwórz, a potem machały ogonami, jakby chciały powiedzieć: "Ociemniały panie, lepiej wcale nie widzieć, niż łypać złym okiem!".

Lecz cóż to obchodziło Scrooge'a? To właśnie lubił: kluczyć po zatłoczonych ścieżkach życia, uprzedzając wszelkie ludzkie współczucie, by trzymało się od niego z daleka - to było dla Scrooge'a tym, co wtajemniczeni nazywają rodzynkami w cieście.

Tymczasem - ze wszystkich znakomitych dni w roku nastała właśnie Wigilia Bożego Narodzenia - stary Scrooge siedział zajęty liczeniem w swoim kantorku. Pogoda była zimna, mroźna i ponura - a do tego panowała mgła - i Scrooge słyszał, jak na podwórzu na zewnątrz ludzie dyszą ciężko, wchodząc i schodząc, i jak klepią się rękami w piersi i z impetem stąpają po kamieniach chodnika, żeby się ogrzać. Miejskie zegary wybiły dopiero co trzecią, ale zmrok niemal już zapadł. Lecz dzień od początku był ciemny - i w oknach sąsiednich biur rozbłyskiwały świece, niczym czerwonawe smugi w namacalnie brązowym powietrzu. Mgła wciskała się przez wszystkie szpary, szczeliny i dziurki od klucza, a do tego była tak gęsta, że choć podwórze należało do najwęższych w okolicy, domy po przeciwnej stronie wydawały się ledwie widmami budynków. Na widok opadającej brudnej chmury, zasłaniającej wszystko, można było niemal pomyśleć, że to sama Natura pomieszkiwała w sąsiedztwie i na ogromną skalę trudniła się browarnictwem.

Drzwi do kantoru Scrooge'a były otwarte, a to po to tylko, by ten mógł baczyć na swojego kancelistę, który po drugiej stronie kopiował listy w swojej maleńkiej celi, przypominającej kadź. W kominku Scrooge'a palił się bardzo skromny ogień, lecz płomień w kadzi jego pomocnika był tak maleńki, że bardziej przypominał jeden żarzący się węgielek. Kancelista jednak nie mógł go podsycić, bo Scrooge trzymał skrzynię na węgiel w swoim własnym gabinecie i gdyby jego pomocnik wszedł tam z szuflą, jego przełożony uznałby, że nadszedł czas, by każdy z nich poszedł własną drogą. Wobec czego kancelista przykrył się swoim białym pledem i próbował ogrzać przy świecy, w którym to przedsięwzięciu, jako mężczyzna pozbawiony bujnej wyobraźni, poniósł porażkę.

- Wesołych świąt, wujku! Niech Bóg ma cię w swojej opiece! - odezwał się radosny głos. Należał do Scrooge'owego siostrzeńca, który podszedł do wuja tak prędko, że ten dopiero teraz spostrzegł jego obecność.

- Phi! - odparł Scrooge. - Humbug!

Tak zgrzał się szybkim spacerem przez mgłę i lód, ten siostrzeniec Scrooge'a, że wydawał się jaśnieć - jego twarz była rumiana i przystojna, jego oczy błyszczały, a oddech dymił.

- Święta humbugiem? Ależ wuju! - obruszył się siostrzeniec. - Nie mówisz tego chyba poważnie?

- Jak najbardziej - rzekł Scrooge. - Wesołych świąt! Jakie masz prawo, by być wesoły? Jaki powód tej wesołości? Dość jesteś biedny.

- Nie bądź taki - odparł siostrzeniec radośnie. - A jakie ty masz prawo, by być tak ponury? Jaki powód masz do przygnębienia? Dość jesteś bogaty.

Scrooge, nie mając przygotowanej żadnej lepszej odpowiedzi, rzekł tylko: "Ha!", a potem dodał jeszcze: "Humbug!".

- Nie gniewaj się, wuju - poprosił siostrzeniec.

- Jak mam się nie gniewać - sprzeciwił się wuj - żyjąc na tym świecie pełnym głupców? Wesołych świąt! Precz ze świętami! Czymże są dla ciebie święta, jeśli nie czasem spłaty rachunków, choć nie masz pieniędzy, czasem, w którym jesteśmy o rok starsi, lecz nie bogatsi nawet o godzinę, czasem bilansu ksiąg rachunkowych, w których każda pozycja z okrągłych dwunastu miesięcy przemawia na naszą niekorzyść? Gdybym to ja tu rządził - ciągnął oburzony Scrooge - każdy idiota z nieustannym "wesołych świąt" na ustach byłby gotowany w swoim własnym puddingu i składany w grobie z sercem przebitym ostrokrzewowym kołkiem! Tak jak mu się należy!

- Ależ wuju! - zaprotestował siostrzeniec.

- Siotrzeńcze! - odparował surowo wuj. - Obchodź święta, jak masz na to ochotę, i pozwól mi obchodzić je po mojemu.

- Obchodzić? - powtórzył siostrzeniec Scrooge'a. - Ale ty nie obchodzisz ich wcale.

- Wobec tego zostaw mnie w spokoju - odparł Scrooge. - Bo co będziesz z nich miał? Co kiedykolwiek z nich miałeś?

- Pozwolę sobie jednak powiedzieć, że wiele z tego, co było dla mnie dobre, nie przyniosło mi zysku - zaprotestował siostrzeniec. - W tym święta. Jestem pewien, że zawsze myślałem o Bożym Narodzeniu, gdy już nadejdzie, jak o dobrym czasie - całkiem obok czci należnej jego świętemu imieniu i początkom, jeśli da się je w jakikolwiek sposób od reszty oddzielić. To dobry czas, czas przebaczenia, miłosierdzia i przyjemności, jedyny czas, jaki znam w kalendarzu, w którym mężczyźni oraz kobiety wydają się jak jeden mąż otwierać swoje zatwardziałe serca i uznawać tych z niższej niż oni klasy za współpasażerów na drodze do grobu, a nie zaś za obcą rasę stworzeń w dzielonej przypadkiem ziemskiej podróży do zupełnie innych miejsc przeznaczenia. I właśnie dlatego, choć najmniejszy okruszek srebra ani złota nigdy nie wpadł mi dzięki temu do kieszeni, wierzę, że Boże Narodzenie coś mi daje i będzie mi coś dawać - i niech Bóg mu błogosławi!

Kancelista w kadzi mimowolnie nagrodził go oklaskami. Natychmiast zdając sobie sprawę z niestosowności swojego zachowania, wetknął pogrzebacz w ogień, czym na zawsze zgasił ostatnie, letargicznie żarzące się węgielki.

- Piśnij choćby słówko - powiedział do niego Scrooge - i zatrzymasz swoje święta, lecz stracisz zatrudnienie! Jesteś znakomitym mówcą - dodał, zwracając się do siostrzeńca. - Dziw, że nie zrobiłeś kariery w parlamencie.

- Nie gniewaj się, wujku. Proszę! Przyjdź do nas jutro na kolację.

Scrooge powiedział, że chętnie się z nim zobaczy. W rzeczy samej - przywołał całe porównanie siostrzeńca i rzekł, że chętnie zobaczy się z nim u kresu jego ziemskiej podróży.

- Ale czemu? - wykrzyknął siostrzeniec Scrooge'a. - Czemu?!