Opowieść Wigilijna - Charles Dickens

Kup ebooka

44.99 zł
37.34 zł (44,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ IBiedny, stary Scrooge

Kilka lat temu, w samą Wigilię, zmarł w Londynie niejaki Jacob Marley, współwłaściciel dobrze prosperującej kancelarii. Jego jedynym spadkobiercą był Ebenezer Scrooge. Nikt poza Ebenezerem nie uczestniczył w pogrzebie Jacoba, więc możecie się domyślać, że zmarły nie cieszył się powszechną sympatią.

Na drzwiach firmy, którą prowadzili obaj mężczyźni, przed śmiercią Marleya wisiał szyld z napisem: SCROOGE I MARLEY. Odejście Jacoba niczego pod tym względem nie zmieniło. Po pogrzebie nazwa została taka sama i przez kolejne lata, kiedy ktoś pojawiał się w kancelarii, zwracał się do Scrooge'a: "Drogi panie Scrooge" albo "Szanowny panie Marley", a Ebenezer bez protestu reagował na oba nazwiska.

Myślicie, że skoro Marley umarł, nie pojawi się już więcej w tej opowieści? Nic bardziej mylnego. Odegra w niej znaczącą rolę. Ale o tym później.

Tymczasem przyjrzyjmy się bliżej Ebenezerowi.

Jego oblicze zdobił - czy też raczej szpecił - spiczasty nos, zmarszczki wyraźnymi żłobieniami osadzały się na policzkach, a sine usta i zaczerwienione oczy nadawały mu wygląd groźny i... zimny. Tak, "zimny" to dobre słowo. Scrooge roztaczał wokół siebie chłód, który dosłownie mroził wszystko i wszystkich w pobliżu.

Jeśli znacie kogoś, kto nie odpowiada na powitania, chodzi z wiecznie skwaszoną miną, rzuca na prawo i lewo wściekłe spojrzenia oraz zamiast wdać się w pogawędkę z sąsiadem, mamrocze coś pod nosem - to łatwo sobie wyobrazicie, jakim typem człowieka był Ebenezer Scrooge.

Nie dość, że charakter miał - łagodnie mówiąc - nienajłatwiejszy, to w dodatku był straszliwym sknerą. Nikomu nie pomagał, nikogo nie wspierał. Nigdy nie poratował żadnego biedaka nawet najdrobniejszym datkiem. Ale na tym nie koniec.

W jego kancelarii wiecznie panował chłód, bo starzec żałował pieniędzy nawet na węgiel do kominka. I nie inaczej było w Wigilię,która właśnie nastała.

Tego dnia Scrooge siedział w kantorku i wytrwale coś przeliczał. Na dworze ścisnął mróz, a Londyn spowiła gęsta mgła. Mimo że miejskie zegary wybiły dopiero piętnastą, było już ciemno jak w nocy.

Drzwi kantorka pozostawały otwarte, bo Ebenezer chciał mieć na oku swojego pracownika - kancelistę kopiującego pisma w maluteńkim pomieszczeniu. Ogień w kominku Scrooge'a był niewielki, a u kancelisty ledwo się tlił, dlatego mężczyzna siedział otulony grubym kocem tuż przy świecy, próbując uszczknąć co nieco z jej ciepła.

Taki widok zastał siostrzeniec Ebenezera, Fred, kiedy raźnym krokiem wkroczył do kancelarii.

- Wesołych świąt, wujku! - powiedział.

Scrooge spojrzał na niego groźnie.

- Wesołych, powiadasz? A jaki niby masz powód do radości? Jesteś przecież biedny jak mysz kościelna!

- A jaki ty masz powód, wujku, żeby być taki ponury? - odparł z uśmiechem młodzieniec. - Przecież pieniędzy ci nie brakuje!

- Wesołych świąt... - powtórzył Scrooge. - A ja na to: "Precz ze świętami!". Czy to nie w święta właśnie mimo biedy musisz opłacić wszystkie rachunki? Gdyby to ode mnie zależało, każdy, kto wypowiada takie życzenia, lądowałby w gorącym budyniu, a potem: hyc, leciałby na własny pogrzeb!

- Ależ wujku... - zaprotestował Fred.

- Ja nie zabraniam ci robić w święta tego, na co masz ochotę, więc i ty nie mieszaj się do moich spraw. Pragnę obchodzić Boże Narodzenie po swojemu.

- Po swojemu? - zdziwił się młodzieniec. - Przecież ty wcale nie obchodzisz Bożego Narodzenia! A to idealny czas na przebaczanie, na spędzanie czasu z bliskimi, na otwarcie serca przed innymi ludźmi. Za to właśnie kocham święta.

Kancelista aż zaklaskał, usłyszawszy te słowa, ale Scrooge zaraz zgromił go spojrzeniem.

Fred ciągnął niezrażony:

- Zapraszamy cię, wujku, na kolację.

- Jestem zajęty - odparł na to Ebenezer. Milczał przez chwilę, po czym rzucił szorstko: - Do widzenia!

- To tylko kolacja... - usłyszał w odpowiedzi.

- Kolacja to kolacja, a do widzenia to... do widzenia!

- W takim razie jeszcze: szczęśliwego nowego roku, wujku! - dodał Fred.

Zgadniecie, co odpowiedział mu wujek? A jakże!

- Do widzenia!

Kiedy młody człowiek wyszedł mimo wszystko uśmiechnięty, jego miejsce zajęli dwaj dostojni dżentelmeni. W dłoniach trzymali notatki i portfele.

- "Scrooge i Marley" - odczytał z kartki jeden z jegomościów. - Mamy przyjemność z panem Scrooge'em czy z panem Marleyem?

- Pan Marley zmarł siedem lat temu - powiedział ponuro właściciel kancelarii.

- Ale z całą pewnością pan, panie Scrooge, jest równie hojny jak on!

I w tym gość się nie mylił. Hojność była czymś zupełnie obcym zarówno Marleyowi, jak i jego wspólnikowi.

Dżentelmen kontynuował:

- Święta, jak pan pewnie wie, to wyjątkowo trudny czas dla biedaków. Wielu mieszkańców naszego miasta jest pozbawionych jakichkolwiek wygód. Brakuje im jedzenia, wody, ciepłego schronienia...