Rozdział 1. Duch Marleya
Rozdział 1
Duch Marleya
Zaczęło się od tego, że Marley umarł. To nie ulegało wątpliwości.
Świadectwo zgonu podpisali: ksiądz, urzędnik, grabarz i właściciel
zakładu pogrzebowego. Scrooge, wspólnik Marleya, także je podpisał, a jego nazwisko było cenione, cokolwiek by podpisał. Zwłaszcza na
giełdzie.
Stary Marley był martwy jak ćwiek w drzwiach; tak mówi znane angielskie
przysłowie.
Czy Scrooge wiedział o śmierci Marleya?
Oczywiście. Jakżeby mogło być inaczej? Scrooge i on byli wspólnikami
przez wiele lat. Scrooge był też jedynym spadkobiercą, zarządcą,
przyjacielem Marleya i jedynym człowiekiem, który szedł za jego trumną.
Przy tym Scrooge nie był zbytnio dotknięty tym wypadkiem, bo okazał się
doskonałym kupcem i obmyślił w dniu pogrzebu korzystny interes.
Scrooge nie kazał zamalować nazwiska starego Marleya na szyldzie swego
domu handlowego. Jeszcze po wielu latach można było czytać nad drzwiami
wejściowymi ich firmy: "Scrooge i Marley". Firma ta bowiem znana była
powszechnie. Czasami nowicjusze w sprawach handlowych zwracali się do
Scrooge'a Scrooge albo Marley, on zaś odpowiadał na obydwa nazwiska.
Było mu wyraźnie wszystko jedno.
Trzeba też przyznać, że Scrooge miał silną rękę, gdy szło o interes.
Chwytała ona, ściskała, ze skóry obdzierała swoją ofiarę, nie
wypuszczając jej aż po doszczętnym wyzyskaniu. Był to jednym słowem
chciwy i stary grzesznik. Twardy i ostry jak krzemień; zamknięty w sobie, milczący i samotny, jak ostryga. Zimno wewnętrzne mroziło jego
starcze rysy, wydłużyło nos, zmarszczyło policzki, uczyniło jego chód
sztywnym, zaczerwieniało oczy i zabarwiało na niebiesko usta. Gniewnie
brzmiał jego ostry głos. Szron pokrywał jego głowę, brwi i chudą brodę.
Wnosił ze sobą lodowatą temperaturę; zamrażał nią swe biuro podczas
upału i nie podwyższał jej ani o jeden stopień nawet podczas wigilii
Bożego Narodzenia.
Zmiany pogody nie miały wpływu na Scrooge'a. Żadne ciepło nie mogło go
ogrzać, żaden mróz bardziej oziębić. Niepogoda nie wiedziała, z której
strony go zaatakować, największy deszcz, śnieg, grad czy zawierucha
miały nad nim wyższość pod jednym tylko względem: one często okazywały
się szczodrymi, spadały na świat i ludzi hojnie, dla Scrooge'a zaś takie
pojęcia, jak szczodrość lub hojność w ogóle nie istniały.
Nie zdarzyło się, aby zatrzymał go ktoś na ulicy z uśmiechem przyjaznym
i powiedział: "Kochany Scrooge, jak się masz? Kiedy mnie odwiedzisz?".
Żebracy nie prosili go o jałmużnę, dzieci nie pytały o godzinę, żadna
kobieta ani mężczyzna nie pytali Scrooge'a o drogę. Nawet psy ślepców
musiały go znać, bo gdy nadchodził, wciągały swych właścicieli do domów
lub na podwórka, a potem machały ogonami, jakby chcąc powiedzieć: "Brak
oka jest lepszy od złego oka, mój niewidomy panie!".
Co to obchodziło Scrooge'a? On tego właśnie pragnął. Iść samotnie przez
życie, odpychać od siebie wszelką ludzką sympatię - to, zdawało się,
wybrał Scrooge za cel i tego się trzymał niewzruszenie. Odstręczanie od
siebie, przerażanie lodowatym chłodem spotykanych ludzi było dla niego
tym, czym jest słodka legumina dla małych łakomczuchów.
Pewnego razu - było to właśnie w wigilię Bożego Narodzenia - stary
Scrooge siedział w kantorze i pracował. Dzień był przejmująco mroźny.
Ludzie, chodząc po ulicach, chuchali w dłonie, bili rękoma o piersi i tupali dla rozgrzania. Zegary wybiły dopiero trzecią, a już było ciemno.
Przez cały dzień nie widziało się słońca. W oknach sąsiednich biur
migotały świece. Mgła wdzierała się do pomieszczeń, a była tak gęsta, że
trudno było dojrzeć domy na przeciwnej stronie wąskiej ulicy. Patrząc na
niskie mgły, można było sądzić, że natura, rozsiadłszy się gdzieś w pobliżu, odbywała jakieś złowrogie praktyki.
Drzwi pokoju były otwarte; Scrooge wolał mieć na oku swego pomocnika,
który siedział obok w małej izdebce i kopiował listy.
Na kominku w pobliżu Scrooge'a tlił się skromny ogień; w izdebce
pomocnika ledwie żarzył się jeden węgielek. Zziębnięty pracownik nie
mógł podsycać ognia, bo Scrooge trzymał skrzynię z węglem w swoim
pokoju. Ile razy pomocnik wszedł z łopatką, pryncypał groził mu, że będą
musieli się rozstać. Pomocnik owinął szyję białym szalikiem i usiłował
ogrzać się od świecy; nie posiadał dość bujnej wyobraźni, usiłowania
były więc bezskuteczne.
- Wesołych świąt, wuju! Niech cię Bóg ma w swej opiece! - odezwał się
sympatyczny głos.
Był to siostrzeniec Scrooge'a, który wszedł tak nagle, że Scrooge
dopiero wtedy zauważył jego obecność, kiedy ten do niego przemówił.
- Cóż znowu za głupstwa?! - mruknął Scrooge.
Siostrzeniec Scrooge'a rozgrzał się szybkim chodem i cały był
rozpromieniony; piękna twarz jaśniała, oczy błyszczały.
- Święta nazywasz głupstwem, wuju? - zawołał - Jestem pewny, że nie
myślisz tak!
- Przeciwnie, tak myślę - odrzekł Scrooge. - I mam rację. Wesołych
świąt! Jaki ty masz powód być wesołym? Ty, biedaku?
- Doskonale! - roześmiał się siostrzeniec. - A jaki ty masz powód, żeby
być ponurym, wuju? Ty, bogacz?
Scrooge, nie mając pod ręką odpowiedzi, powtórzył znowu:
- Głupstwo!
- Nie bądź taki kwaśny, wuju! - rzekł siostrzeniec.
- Czy mogę być inny - gderał wuj - kiedy zmuszony jestem żyć w świecie
głupców? Wesołych świąt!... Do licha z wesołymi świętami! Znać ich nie
chcę! Czymże są święta Bożego Narodzenia dla ciebie, jeśli nie terminem
płacenia rachunków, a zwykle wtedy jesteś bez grosza. Z każdym Bożym
Narodzeniem jesteś o rok starszy, ale nie bogatszy. W ten dzień po
sprawdzeniu ksiąg handlowych przekonujesz się, że po dwunastu miesiącach
galerniczej pracy nie masz odrobiny zysku... Gdybym był pracodawcą, to
każdy idiota, włóczący się z życzeniem "wesołych świąt", zostałby
ugotowany w jego świątecznej potrawie i pogrzebany z gałązką choinki
zatkniętą w serce. To byłoby rozsądne i słuszne!
- Wuju... - łagodnie mitygował go siostrzeniec.
- Siostrzeńcze! - przerwał wuj surowo. - Święć dzień Bożego Narodzenia
na swój sposób, a mnie pozwól obchodzić go po mojemu.
- Obchodzić! - powtórzył siostrzeniec. - Ależ ty go wcale nie
obchodzisz, wuju.
- Dajże mi już pokój, do licha! - sarknął Scrooge. - Zobaczymy, co ci
dobrego przyniosą tegoroczne święta. One ci zawsze wiele dobrego
przynoszą!
- Przyznaję, że wiele było sytuacji, z których mogłem wyciągnąć
korzyści, a jednak nie wykorzystałem ich - odparł siostrzeniec. - Między
innymi święta Bożego Narodzenia! Mimo to zawsze myślę o nich nie tylko
jako o czcigodnej pamiątce dla całego chrześcijańskiego świata, ale
także jak o chwilach bardzo upragnionych. Są to bowiem chwile dobre,
pokrzepiające, radosne. Zawsze oczekuję ich z serdecznym pożądaniem i obchodzę z radością. Są to w długim kalendarzu rocznym jedyne dnie, w których wszyscy, kobiety i mężczyźni, jakby na podstawie wspólnej ugody
otwierają swe często zaryglowane serca i myślą o biedniejszych bliźnich.
I dlatego, wuju, choć święta te nigdy nie wzbogaciły mnie ani o ziarnko
srebra czy złota, wierzę, że przyniosły mi niejedno dobro i jeszcze
przyniosą mi wiele radości. Dlatego też chwalę je.
Pomocnik Scrooge'a, ślęczący nad robotą w sąsiedniej izdebce, gorąco
przyklasnął tym słowom, spostrzegłszy atoli niewłaściwość swego
entuzjazmu, zaczął poprawiać ogień na swym kominku. W efekcie zgasił
ostatnią iskierkę.
- A to co znów za moda odrywania się od pracy i wtrącania się tam, gdzie
nie potrzeba? - zgromił go ostro Scrooge. - Odezwij się pan choć
słówkiem jeszcze, a upamiętnię ci dzień Bożego Narodzenia dymisją...
Jesteś nie lada mówcą - dodał, zwracając się do siostrzeńca. - Dziwi
mnie, dlaczego dotychczas nie zasiadasz w parlamencie.
- Nie gniewaj się, wuju! Przyjdź do nas jutro na obiad.
Scrooge odpowiedział z ironią, że z pewnością przyjdzie i że zaraz
zaczyna się szykować. Nic nie ma lepszego do roboty. Siostrzeniec
zrozumiał, że była to stanowcza odmowa. Zapytał więc łagodnie:
- Dlaczego odmawiasz, wuju?
- A dlaczego ożeniłeś się?
- Ponieważ pokochałem!
- Ponieważ pokochałeś! - powtórzył Scrooge, przedrzeźniając go w ten
sposób, jak gdyby miłość i małżeństwo były największym na świecie
głupstwem po Bożym Narodzeniu. - Bywajże mi zdrów, drogi siostrzeńcze!
- Lecz ty, wuju, nigdy nie odwiedziłeś mnie także przed ożenkiem.
Dlaczegóż więc podajesz to obecnie za powód odmowy?
- Bądź zdrów! - powtórzył Scrooge.
- Niczego od ciebie nie potrzebuję i o nic cię nie proszę, dlaczegóż
więc nie możemy być przyjaciółmi?
- Bądź zdrów! - mruknął Scrooge.
- Przykro mi bardzo, żeś taki twardy. Nigdy nie mieliśmy żadnego
konfliktu, do którego ja dałbym powód. Trudno! Uczyniłem propozycję ze
względu na Boże Narodzenie, a chociaż mi się nie udała, zachowam pogodne
i radosne usposobienie. Zatem wesołych świąt, wuju!
- Bądź zdrów! - znów powtórzył Scrooge.
- I pomyślności z Nowym Rokiem!
- Bądźże zdrów i odczep się ode mnie! - zamruczał groźnie Scrooge.
Siostrzeniec opuścił wuja. Przy drzwiach zatrzymał się, aby złożyć
życzenia pomocnikowi, który choć zmarznięty do kości - okazał się
cieplejszym od pryncypała, odpowiadając na życzenia uprzejmie i serdecznie.
- Macie drugiego idiotę! - mruczał Scrooge, słysząc wymianę życzeń. -
Mój pomocnik, obarczony rodziną i zarabiający piętnaście szylingów
tygodniowo na jej utrzymanie, mówi o "wesołych świętach"! Komuś tu chyba
potrzebny szpital wariatów!
Pomocnik, odprowadziwszy do drzwi siostrzeńca Scrooge'a, wpuścił jakichś
dwóch jegomościów. Byli to poważni obywatele, o przyjemnej
powierzchowności; zdjąwszy kapelusze, stanęli przy biurku Scrooge'a.
Trzymając w rękach portfele i papiery, skłonili się uprzejmie.
- Firma Scrooge i Marley, jeżeli się nie mylę? - zapytał jeden z nich,
zaglądając do swej listy. - Czy mam przyjemność mówić z panem
Scrooge'em, czy z panem Marleyem?
- Pan Marley umarł już siedem lat temu - odparł Scrooge.
- Nie wątpimy, że jego następca jest równie jak on hojny i szczodrobliwy
- powiedział gość, przedstawiając swoje pełnomocnictwo do zbierania
ofiar dla biednych.
Zaiste, Scrooge i Marley były to "dwie bliźniacze dusze". Słysząc
niemiły wyraz "szczodrobliwość", Scrooge zmarszczył brwi, potrząsnął
głową i zwrócił dokumenty.
- Z okazji tak wielkiej uroczystości, panie Scrooge - mówił ów jegomość,
nie zważając na to i ujmując pióro - ludzie zamożniejsi nie uchylają się
od wsparcia nędzarzy i wydziedziczonych, którzy teraz właśnie, podczas
silnych mrozów, narażeni są na wielkie cierpienia. Jest to zresztą
prostym obowiązkiem zamożnych, aby przychodzić z pomocą bliźnim,
pozbawionym jakichkolwiek środków do życia...
- Alboż to nie ma więzień? - przerwał mu Scrooge.
- Niestety, mamy ich bardzo wiele! - odparł jegomość, odkładając na bok
pióro.
- A przytułki, domy pracy i domy poprawcze, czy te instytucje przestały
istnieć? - zapytał znów Scrooge.
- I one, oczywiście, istnieją, chociaż należy pragnąć, żeby się stały
niepotrzebne.
- A zatem wszystkie te instytucje istnieją i są czynne? - badał gościa w dalszym ciągu Scrooge.
- Są czynne bez przerwy - brzmiała odpowiedź.
- Chwała Bogu! Pańskie żądanie i to, co pan na wstępie powiedział,
wzbudziło we mnie obawę, że coś wstrzymało ich użyteczną działalność.
Bardzo mnie cieszy, że tak nie jest.
- Ponieważ wiadomo powszechnie, że instytucje wspomniane, pomimo
usilnych zabiegów, nie są w stanie po chrześcijańsku zaspokoić potrzeb
ani duchowych, ani cielesnych wszystkich biedaków, przychodzimy im z pomocą, zbierając ofiary na dostarczenie chociaż najbiedniejszym jadła,
napojów i środków do ogrzania zlodowaciałych mieszkań. Wybieramy ten
czas, ponieważ w tak wielkie święta bieda najwięcej daje się we znaki;
zamożni zaś najwięcej się radują i używają sobie. Na jaką sumę mam pana
zapisać?
- Proszę mnie wcale nie zapisywać - odpowiedział Scrooge.
- Rozumiem. Życzy pan sobie pozostać ofiarodawcą bezimiennym?
- Życzę sobie, aby mnie zostawiono w spokoju - rzekł Scrooge. - Skoro
mnie panowie pytacie o moje zapatrywania, oto jest odpowiedź. Nie cieszę
się ani też nie używam sobie podczas świąt Bożego Narodzenia i nie stać
mnie na to, abym przyczyniał się do wesołości i używania próżniaków.
Wspieram instytucje, o których wspomniałem; niech tam więc udadzą się
ci, którym nie jest dobrze we własnych domach.
- Wielu nie może się tam dostać, a wielu wolałoby raczej umrzeć, niż tam
się znaleźć - zauważył jegomość.
- Skoro wielu wolałoby raczej umrzeć - odparł Scrooge - niechże to
uczynią i w ten sposób zmniejszą nadmiar ludności. Zresztą, proszę
wybaczyć, ja się na tych sprawach nie znam i w ogóle mało mnie one
obchodzą.
- Może się pan z nimi łatwo zapoznać, trzeba tylko trochę serca i dobrej
woli.
- Ani myślę, to nie mój interes. Wystarczy, jeżeli człowiek zna i rozumie własny interes i nie miesza się do cudzego. Mój pochłania mnie
całkowicie. Zatem mam honor pożegnać szanownych panów.
Mężczyźni, widząc, że nic nie wskórają, wzruszyli ramionami i wyszli.
Scrooge zaś zabrał się do pracy w znacznie lepszym niż zazwyczaj
usposobieniu.
Tymczasem mgła i ciemność zgęstniały; na ulicach ludzie biegli z zapalonymi latarniami przed ciągnącymi powozy końmi, aby szły po
właściwej drodze. Zabytkowa wieża kościoła, z której gotyckiego okna
ciekawie spoglądał stary uszkodzony dzwon, zniknęła. Dzwon wybijał teraz
godziny oraz kwadranse wśród mgły z tak silnymi drganiami, jak gdyby mu
zęby szczękały z zimna.
Mróz bowiem z każdą chwilą się wzmagał.
Na rogu głównej ulicy robotnicy naprawiający rury gazowe rozpalili
wielkie ognisko, wokół którego zebrała się gromadka obdartych mężczyzn i dzieci; grzali oni swe skostniałe ręce i mrużyli oczy, rozkoszując się
przyjemnym ciepłem. Ponieważ kranu wodociągowego nie zamknięto, przeto
wypływająca z niego woda krzepła, tworząc ponure kręgi lodu. Wystawy
sklepów zdobiły gałązki jodły. Lampy oświecały blade twarze
przechodniów. Składy drobiu i żywności urządziły tak wspaniałe wystawy,
że zdawało się, iż przyziemna myśl kupna, sprzedaży i targu nie ma z nimi nic wspólnego.
Lord Major, burmistrz Londynu, w swoim pałacu wydawał rozkazy
pięćdziesięciu kucharzom i piwnicznym, aby odpowiednio przystroili stół
świąteczny, jak na dom takiego dygnitarza przystało. Nawet skromny
krawiec, którego przed tygodniem skazano na pięć szylingów kary za
pijaństwo i awanturę na ulicy, dał żonie kilka szylingów: wyszła ona z wychudłym dzieckiem po sprawunki do miasta.
Mgła i mrok zwiększały się. Zimno przejmowało do kości.
Pewien młody właściciel chudego nosa pochylił się przy dziurce od klucza
do drzwi wejściowych kantoru Scrooge'a, aby przedstawiciela firmy
uraczyć świąteczną pieśnią; lecz zaledwie zdążył wyśpiewać pierwsze
wyrazy: "Niech Ci nic nie zamąci radości...", gdy Scrooge pochwycił
linię z tak groźnym ruchem, że biedak przerażony uciekł.
Wreszcie nadeszła godzina zamknięcia kantoru.
Scrooge z niechęcią opuścił swój stołek i w milczeniu dał znak
pomocnikowi, który natychmiast zgasił świecę i włożył kapelusz na głowę.
- Sądzę, że pan życzy sobie być wolny przez cały dzień jutrzejszy? -
zapytał Scrooge.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki