Opowieść wigilijna naszych czasów - Paweł Nowak

-
Proszę czekać

Rozdział I

23 grudnia 2026

- Moi drodzy! Kolejny rok za nami.

- Stale ta sama śpiewka.

- Rok wielu wyzwań, ale też ogromnych sukcesów naszej firmy...

- Liczę na nagrodę w tym roku. Ten klient z początku września to był wspaniały deal dla naszej firmy. Zobaczysz, tym razem to ja zgarnę premię!

- Nie liczyłabym na to. Już dawno obsadzili tę rolę...

- Jak wiecie, przy okazji naszego wigilijnego spotkania jak co roku przychodzi czas na małe podsumowanie oraz wyróżnienie tych, którzy wybitnie przysłużyli się naszej organizacji.

Wigilia firmowa w Software House Family Holding nigdy nie miała zbyt wiele wspólnego z wigilią w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, nie wspominając już o religijnym aspekcie. Judyta w ogóle wątpiła, czy większość zebranych ma jakiekolwiek pojęcie o tym, czyje urodziny świętuje się dwudziestego piątego grudnia. Większość traktowała to spotkanie jako obowiązek - miły lub przykry, w zależności od tego, jak pracowali przez ostatnich dwanaście miesięcy. Ona sama należała raczej do tej pierwszej grupy. Wiedziała, że to był jej rok, zresztą podobnie jak poprzedni. I zamierzała ten trend utrzymać w kolejnych latach.

Będąc najmłodszą stażem pracownicą na stanowisku key account managera, w ciągu zaledwie trzyletniej kariery przejęła większość kluczowych klientów organizacji, a po drodze odebrała kilku wyjątkowo pożądanych starszym kolegom. Nie przysporzyło jej to sympatii, ale dało znacznie więcej - pieniądze, władzę i pewność siebie. Teraz już wiedziała, że wszystko, czego kiedyś nie mogła mieć, dziś jest w stanie zapewnić sobie samodzielnie.

Mogłoby się wydawać, że praca w męskiej branży będzie trudna. Ale nie dla kobiety takiej jak Judyta. Ona wiedziała, jak wykorzystać swoje atuty - zarówno spryt, intelekt, jak i... urodę.

No tak. To, co sprzyjało nawiązywaniu nowych kontaktów, po raz kolejny nie przysporzyło jej przyjaciół w firmie. Nie muszą mnie lubić. Wolę, kiedy się mnie boją albo obawiają tego, ilu klientów im odbiorę, myślała często. A Judyta niewątpliwie należała do pięknych kobiet. I zdecydowanie potrafiła wykorzystywać swoje atuty. Jej długie, kruczoczarne włosy sięgające do pasa lśniły naturalnym blaskiem, niczym tafla świeżo zamarzniętego jeziora w noc pełni księżyca. Jasna, wręcz perłowa cera dodawała jej szyku i elegancji, zaś niebieskie, niemal turkusowe oczy, najczęściej podkreślone czarną kreską, uwodziły jednym spojrzeniem. Judyta miała świadomość, że uroda jest jedną z jej najmocniejszych stron, dlatego wizyty u kosmetyczki, na siłowni i u fryzjera stanowiły dla niej nie tyle przyjemność, ile obowiązek na drodze do osiągnięcia wszystkiego, co sobie zamierzyła. Kiedyś nie dane jej było nawet marzyć o takim życiu. Dziś trudy wejścia do "wyższej klasy" rekompensowała sobie nienaganną figurą, wysokimi szpilkami od Manolo Blahnika i torebką marki Louis Vuitton. Tę torebkę, o której kiedyś mogła jedynie śnić, kupiła za pierwszą premię. Uważała ją za trofeum i chętnie się nią chwaliła.

- A zatem, skoro formalności mamy już za sobą... Nagrodę pracownika roku dwa tysiące dwadzieścia szóstego otrzymuje... Judyta Adamska!

W takim momencie w większości firm prawdopodobnie rozległyby się oklaski. W Software House Family Holding zapadła jednak głucha cisza. Nie żeby ogłoszenie zwyciężczyni kogoś zaskoczyło - Judyta zgarniała to wyróżnienie po raz trzeci z rzędu. Jednak tym razem w opinii większości po prostu na nie nie zasłużyła. Choć zdobyła najwięcej klientów, to przecież głównie w wyniku odebrania ich innym członkom zespołu, a nie dzięki pozyskaniu nowych transakcji.

Po kilku sekundach Judyta usłyszała dokładnie to, czego pragnęła: ciche pomruki i nerwową wymianę zdań. Spojrzała w stronę Krzysztofa i Cecylii stojących w kącie sali. Mężczyzna patrzył na nią, nie potrafiąc ukryć zdziwienia, ale również przerażenia... a może żalu? Kobieta - Judyta wiedziała to nawet bez podsłuchiwania - szeptała mu właśnie do ucha: "A nie mówiłam?!".

Judyta właśnie na coś takiego czekała. Z podniesioną głową odsunęła krzesło, wstała i stukając wysokimi obcasami, przeszła przez salę. Zmierzała po odbiór statuetki oraz nagrody w wysokości pięciokrotności swojej pensji.

- Gratuluję. W pełni na to zasłużyłaś - powiedział głośno szef, patrząc jej prosto w oczy.

Wiedziała doskonale, że spogląda na nią tak, jak przełożony nie powinien - wręcz pożerał ją wzrokiem. Czy jej to przeszkadzało? Ani trochę. Wprost przeciwnie, wiedziała, że wykorzysta to w odpowiedniej chwili.

- Bardzo dziękuję - odparła, ściskając jego spoconą dłoń.

- Zaczekaj chwilę - mruknął na tyle cicho, że usłyszała to tylko ona.

Judyta zmarszczyła brwi, bo nie wiedziała, czego się spodziewać. Oczekiwała nagrody, ale nie przypuszczała, że przyjdzie jej wygłaszać przemowę do ludzi, których w dużej mierze uważała za zbędnych i którym sama zaszła za skórę.

- Kochani - zaczął szef, obejmując pracownicę w pasie w taki sposób, że wielu mogłoby to uznać za bliskie #MeToo. Tym razem jednak Judyta uznała, że wyjątkowo opłaci jej się zachować tę uwagę dla siebie. - Skoro już jesteśmy wszyscy razem, najwyższy czas ogłosić jeszcze jedną wiadomość.

- Nie... - mruknęła Cecylia, mając teraz w oczach to samo przerażenie co Krzysiek.

- W związku z wybitnymi osiągnięciami Judyty na rzecz rozwoju naszej organizacji od dziś obejmuje ona stanowisko liderki zespołu key account oraz przechodzi do nowego biura. Tym samym dział sprzedaży zyskuje nowego przełożonego. Zostaje nim Judyta Adamska! - obwieścił triumfalnie.

- Co?!

- Co?!

- Co?!

To słowo potoczyło się niczym lawina po całej sali konferencyjnej, wypowiedziała je nawet sama Judyta.

- Co? Mówisz poważnie?

- Mam nadzieję, że się zgadzasz - odpowiedział szef z uśmiechem przywodzącym na myśl śliniącego się buldoga francuskiego, który skomle o kawałek szynki.

Jeśli przez jedną setną sekundy kobieta pomyślała, że nie powinna się zgodzić, że nie zasłużyła, to pomysł ten szybko wyparował jej z głowy. Czekała na tę chwilę i nie zamierzała rezygnować. Odwzajemniła uśmiech i spoglądając zalotnie spod rzęs, odpowiedziała:

- Oczywiście. Dziękuję za...

- Zaraz! - Z odległego końca sali dobiegł głos sprzeciwu.

Przez szefa - przypominającego aktualnie psa śliniącego się na widok Judyty - prawdopodobnie pozostałby niezauważony, gdyby Judyta sama nie spojrzała w stronę kolegi z zespołu... Cóż, teraz już podwładnego.

- To nie w porządku! - podniósł głos ku wyraźnemu zaskoczeniu zebranych.

- Co ty robisz?! - wydusiła Cecylia. - Zwariowałeś? Daj temu spokój!

- Nie! - Krzysztof szedł w zaparte. - Ona na to nie zasłużyła.

- Coś ci się nie podoba? - Judyta rzuciła ostro, dumnie krocząc ku oponentowi, czym zaskoczyła zebranych, którzy niczym kukiełki obracali głowy na zmianę w jej i w jego stronę.

- Dobrze wiesz, że nie zasłużyłaś na ten awans. Wszyscy to wiemy!

Mimo że pracownicy zgadzali się ze słowami kolegi i w pełni go popierali, nie mogli wyjść z podziwu dla jego odwagi. Równocześnie szokowała ich głupota, na jaką Krzysztof się odważył.

- Nie rób tego! - szepnęła gorączkowo Cecylia, on jednak był jak w amoku. Wyrwał rękę z jej uścisku i ruszył wprost ku Judycie, która wyraźnie czekała na tę konfrontację.

- Coś ci się nie podoba? - zapytała ponownie, gdy już stała twarzą w twarz z sabotażystą.

- Odebrałaś mi klientów! Klientów, nad którymi pracowałem parę lat! Mimo to zrealizowałem największy plan w tym roku...

- Świetnie, wykonałeś pracę, za którą dostałeś wynagrodzenie. Szukaj nowych klientów, być może w przyszłym roku też dostaniesz nagrodę.

- Ty nikogo nowego nie znalazłaś. Ja... ja potrzebuję tych pieniędzy. Wiesz o tym!

- To nie ministerstwo rodziny, gdzie omawia się programy społeczne, tylko biznes! - odpowiedziała, niezwykle pewna siebie. - Widać nie masz kompetencji, aby wyjść poza to, czym jesteś.

- Jak możesz, ty... ty...

- Jesteś pewien, że chcesz to powiedzieć?

- Ty wyrachowana suko!

Judyta dokładnie na to czekała. Cel, który sobie wyznaczyła, został osiągnięty szybciej, niż zakładała. Jej usta wykrzywiły się w grymasie satysfakcji, a źrenice zwęziły. Skoncentrowała wzrok na przeciwniku. Wiedziała, że Krzysiek ma rację, to on osiągnął najlepsze wyniki w tym roku. Wiedziała też, że te pieniądze przydadzą mu się znacznie bardziej niż jej. Ale pokusa zmiażdżenia tego robaka i - co by nie mówić - największego rywala w firmie okazała się znacznie silniejsza.

- Myślę, że powinniśmy porozmawiać w moim gabinecie.

- Ty nie masz gabinetu!

- Teraz już mam. I chcę cię tam widzieć za piętnaście minut.

Po tych słowach odwróciła się na pięcie, nie zważając ani na przerażonego Krzyśka, ani na wciąż śliniącego się szefa, ani na współpracowników, którzy z otwartymi ustami ustąpili jej drogi. Zza drzwi jeszcze długo dobiegał stukot jej szpilek.

- Wejść! - powiedziała, siedząc za swoim nowym, wyczyszczonym na wysoki połysk mahoniowym biurkiem.

Znała to miejsce bardzo dobrze. Choć dotychczas oficjalnie nie miała do niego prawa, przesiadywała tu nieraz, gdyż potulny szef już dawno się na to zgodził.

- Wiesz, prowadzę rozmowy dotyczące transakcji na znacznie wyższe kwoty niż pozostali. Wielu klientów nie chciałoby, żeby ktoś je podsłuchał, potrzebuję odpowiedniej przestrzeni - powiedziała mu któregoś razu.

- Absolutnie masz rację! - odpowiedział dokładnie tak, jak zakładała. - Możesz zająć dawne biuro Jurka. Czy potrzebujesz czegoś jeszcze? Wiesz, że możesz prosić o wszystko - dodał, wpatrując się w nią jak w obraz. Na jego czole pojawiły się krople potu.

Judyta uwielbiała się z nim tak drażnić. Z jednej strony ją obrzydzał, z drugiej wiedziała, że musi mieć go po swojej stronie.

- Właściwie... - zaczęła, obchodząc jego biurko. Położyła mu dłonie na ramionach. - Wiesz, planuję zakup nowego mieszkania, a ceny teraz tak szybują w górę... Zastanawiałam się, czy nie mógłbyś przydzielić mi kilku klientów Krzyśka... Wiesz, że jestem świetna w tym, co robię. Potrafię się nimi zająć...

- Masz całkowitą rację. Nikt nie zajmie się klientami tak dobrze jak ty.

- Cieszę się, że się rozumiemy - odpowiedziała, uśmiechając się zalotnie. Kiedy jednak chciała się odwrócić, przełożony chwycił ją za dłoń.

- Judyta...

- Tak?

- Wiesz, że jesteś mi bardzo bliska...

Poczuła się niezręcznie. Wiedziała, że jej zagrania balansują na granicy zwykłej, dobrej znajomości z szefem, ale nie raz przekonała się, że może tę jego słabość łatwo wykorzystać. Ten otyły facet był ostatnim mężczyzną, na którego zwróciłaby uwagę, jednak wyraźnie go potrzebowała i nie zamierzała z niego rezygnować.

- Masz żonę...

- Od dawna tylko na papierze. Moglibyśmy...

- Może kiedyś - przerwała mu, wyrywając dłoń.

Teraz, czekając na Krzyśka, przypomniała sobie tamtą rozmowę. Nie wiedziała, na jak długo wystarczą szefowi te przedłużające się umizgi ani kiedy przekroczy on granicę i zacznie oczekiwać o wiele więcej. Niemniej to, co dzięki niemu udało jej się uzyskać, uważała za warte tej gry.

Rozejrzała się po biurze, które chciała zająć od dawna - teraz należało już formalnie do niej. Wiedziała, że nowa pozycja w firmie zapewni jej nie tylko znacznie wyższe dochody, ale też sprawi, że nikt jej nie zagrozi... nikt z wyjątkiem Krzyśka.

Puk, puk.

- Wejdź - powiedziała, prostując się w fotelu i nie spuszczając wzroku z otwierających się drzwi.

Jeśli jednak spodziewała się, że Krzysztof opanuje emocje, czekało ją niemałe zaskoczenie.

- TO NIE JEST FAIR! - krzyknął od progu.

Podszedł niezwykle szybko i oparł obie dłonie na biurku.

Judyta nie dała się wyprowadzić z równowagi. Zaplotła dłonie na piersi i z uśmiechem zwycięzcy wpatrywała się w swojego oponenta.

- Czy ty się nie zapominasz?

- Judyta, wiesz dobrze, że zasłużyłem na tę nagrodę! Wiesz, że zarobiłem dla firmy więcej niż ty! Wiesz, że potrzebuję tych pieniędzy!

- Być może... zarobiłeś więcej. Ale wyraźnie nie znasz swojego miejsca w szeregu. A takie osoby nigdy nie osiągają sukcesu - odparła zgryźliwie.

Krzyśka zatkało. Żyłka na jego skroni zaczęła pulsować, a złość ustąpiła miejsca niedowierzaniu.

- Jak możesz być taką suką?! Po trupach dążysz do celu... Uczyłem cię tu wszystkiego, kibicowałem ci, a ty nie tylko pozbawiłaś mnie klientów, ale też premii, na którą tak liczyłem!

- Radzę ci się zamknąć i liczyć ze słowami. Nie zapominaj, że jestem teraz twoją przełożoną.

- Judyta... ja mam kredyt z ratą na prawie dziesięć tysięcy!

- Każdy ma jakiś kredyt.

- Ale nie każdy ma sparaliżowaną żonę i trójkę dzieci! - Krzysiek prawie się trząsł. Na jego twarzy pojawiły się krople potu, a w kącikach oczu zaszkliły łzy wściekłości.

Przez parę sekund - na pewno nie trwało to dłużej - gdzieś w okolicy serca Judyta poczuła maleńkie ukłucie mogące zmiękczyć bryłę lodu, którą zdołała tam wyhodować. Ta chwila trwała jednak stanowczo za krótko, by pokonać gorycz wypełniającą jej ciało.

- Nie obchodzą mnie twoje prywatne problemy, Krzysiek. To jest praca, a nie fundacja czy instytucja charytatywna.

- Jesteś złym człowiekiem! Jesteś wredną, złośliwą babą! - Krzysztofowi wyraźnie puściły hamulce. - Wszyscy widzą, jak flirtujesz z szefem! Wiedzą, że wszystko, co masz, załatwiłaś sobie...

- Ostrzegam cię!

- ...dupą!

- Jesteś zwolniony!

Zapadła cisza. Cisza, w której oboje dosłownie piorunowali się wzrokiem. Krzysiek wciąż ciężko dyszał, choć teraz po raz pierwszy w jego spojrzeniu pojawił się lęk. Lęk, który znów wywołał u Judyty uśmiech zwycięzcy, bo przecież... zawsze musiała wygrywać.

- Nie możesz mnie zwolnić... Nie masz praw...

- Już mam - przerwała mu. - I właśnie to zrobiłam.

- Jestem najlepszym handlowcem w firmie!

- Znajdziemy lepszych. Nie ma ludzi niezastąpionych.

- Ale... ja potrzebuję...

- Krzysztofie, powiedziałam już. Nie obchodzą mnie twoje prywatne sprawy. Każdy ma jakieś problemy. Obraziłeś swojego przełożonego, a twoje wyniki sprzedażowe nie przekraczają trzydziestu procent wzrostu w stosunku do zeszłego roku. Nie rozwijasz się. To są wystarczające powody do zakończenia naszej współpracy.

- Ale...

- Nie mam dla ciebie więcej czasu. Formalne wypowiedzenie otrzymasz po świętach. Skończyłam!

- Judyta, proszę! - powiedział łamiącym się głosem.

Kobieta spojrzała na rywala. Rywala, którego tak naprawdę od dawna chciała się pozbyć, a który teraz sam podał jej się jak na tacy. Nie zamierzała przepuścić takiej okazji. Znów wygrała.

- Zamknij, proszę, za sobą drzwi. A tymczasem wesołych świąt.

- Jesteś wreszcie!

- Wybacz! - powiedziała, siadając i całując w policzek swojego partnera.

Tomek pojawił się w życiu Judyty jakieś pół roku wcześniej. Właściwie nie planowała związku, nie miała na niego specjalnie czasu. Tomasz okazał się jednak wyjątkowo przydatnym elementem tej namiastki życia osobistego, która jej pozostała. Przystojny, uległy, opiekuńczy, świetny w łóżku... i totalnie zakochany w Judycie. W ciągu kilku miesięcy kobieta owinęła go sobie wokół palca do tego stopnia, że nie istniało nic, czego mógłby jej odmówić.

Poznali się późną wiosną na jednym z wyjazdowych szkoleń. On - syn właścicieli hotelu, spędzający samotnie majówkę, ona - uczestniczka wyjątkowo nudnego panelu. Wyraźnie potrzebowała rozrywki, a przystojny, wysoki brunet o zielonych oczach i nienagannej sylwetce, odpoczywający przy hotelowym basenie, stanowił wyjątkowo łakomy kąsek, którego nie omieszkała skosztować. To miał być tylko jednorazowy seks. Judycie brakowało czasu na związki, ale miała swoje potrzeby - choćby takie, by podtrzymać wysokie poczucie własnej atrakcyjności i świadomość, że jest pożądana. Problem polegał jednak na tym, że następnego dnia Tomek dosiadł się do niej przy śniadaniu i wyraźnie nie zamierzał zapominać o szaleństwie poprzedniej nocy. Przez kolejne trzy dni nie odstępował jej na krok i niewątpliwie dostarczał oczekiwanej rozrywki. Kłopot pojawił się pod koniec wyjazdu, kiedy oznajmił, że... chyba się zakochał.

Od tamtej pory ich relacja nie posunęła się drastycznie do przodu. Judyta lubiła spędzać z nim czas na własnych warunkach i w ramach narzuconych przez siebie granic. Życie z zadurzonym w niej po uszy Tomkiem niewątpliwie było prostsze na wielu płaszczyznach. Czy go kochała? Wiedziała, że nie. Było dobrze tak, jak jest. Ostatecznie uznała, że będzie wiedziała, kiedy zakończyć tę relację, a na razie nie zamierzała przestawać się bawić.

- Ślicznie wyglądasz.

- Wiem - odparła. - Co zamawiamy?

Siedzieli w jej ulubionej restauracji serwującej głównie owoce morza. Judyta kochała tę kuchnię. Uważała, że podkreśla ona jej status. Swego czasu mogła jedynie pomarzyć o bywaniu w takich miejscach, a teraz była nie tylko jej częstym, ale wręcz pożądanym gościem.

- Co jest? - spytała, odkładając kartę i patrząc na Tomka, którego wyraźnie pochłonęło coś innego.

- Mam coś dla ciebie - powiedział, podając Judycie małe pudełeczko obwiązane czerwoną wstążką.

- Coś dla mnie? - zdziwiła się. - Nie planowaliśmy wcześniejszych prezentów.

- Prezenty jeszcze będą. Otwórz!

Sięgnęła po prostokątne, szmaragdowe pudełeczko i rozwiązała tasiemkę. Kiedy uchyliła wieczko, wewnątrz błysnęła złota bransoletka ozdobiona maleńkimi kryształkami. Obok znajdowała się karteczka z napisem:

Cały twój

- Ładna - mruknęła. - Ale wiesz, że nie lubię złota. Dziękuję - dodała krótko. - Co zamawiamy? Jestem bardzo głodna.

- Nie podoba ci się? Możemy ją wymienić.

- Tomek, nie mam czasu na takie bzdury... Jest ładna, co jeszcze chcesz ode mnie usłyszeć? Mam dziś wieczorem jeszcze jedno spotkanie, więc się streszczaj. A na marginesie: kupiłeś te bilety?

- Jakie bilety?

- Misiu, wczoraj ci mówiłam. Sylwester, Malediwy. Mieliśmy tam polecieć.

- Kochanie, przecież wspominałem, że chciałbym spędzić sylwestra z Anią i Grześkiem. Mieliśmy we czwórkę jechać do Zakopanego.

- Kto jest dla ciebie ważniejszy: oni czy ja?! - warknęła.

- Dziubku, wiesz dobrze, że ty. Ale to moi najbliżsi przyjaciele. Naprawdę chciałbym choć raz spędzić ten czas z nimi.

- Rozumiem, że ja ci nie wystarczam.

- Co ty bredzisz?! - zaprzeczył stanowczo. - Kochanie, jesteś całym moim światem - powiedział, chwytając ją za dłoń, ale Judyta szybko ją wyrwała.

- Widać nie całym. Świetnie! Polecę sama.

- Nie pozwolę ci na to!

- No to kup te bilety! Nie mam ochoty spędzać sylwestra z twoim nudnym przyjacielem i tą kretynką, która nie potrafi sklecić dwóch zdań.

- Chyba przesadzasz. Od dawna starają się złapać z nami jakiś kontakt. To naprawdę wspaniali ludzie. Gdybyś tylko chciała...

- NIE! I już skończ. Kelner! - krzyknęła do chłopaka stojącego przy sąsiednim stoliku. - Zamierzasz do nas podejść czy mam wysłać ci specjalne zaproszenie?! - syknęła cierpko.

Zlękniony młodzian szybko się zreflektował i podbiegł, chcąc uniknąć kolejnej bury.

- Dla mnie będzie ośmiornica w białym winie i do tego sałatka z grillowanymi warzywami. Napijemy się też szampana. Chcesz, prawda? - Spojrzała na Tomka. - Mamy co świętować.

- Oczywiście - odpowiedział kelner, szybko zapisując zamówienie w notesie. - Muszę jednak państwa poinformować, że nasza restauracja bierze dziś udział w specjalnej świątecznej zbiórce, dlatego dziesięć procent z zamówienia...

- Nie, nie, żadnych zbiórek. Do cholery, czy wy się wszyscy uwzięliście z tym pomaganiem i cholernymi zbiórkami?! Nikomu nie pomożecie, rozdając pieniądze za darmo.

- Kotku, to na szczytny cel.

- Tak, tak... Ja wiem, jak to wygląda. Te wszystkie fundacje i szczytne cele... Nie interesuje nas to - mruknęła. - To wszystko - podsumowała, oddając kartę dań.

Kelnera zamurowało. Spojrzał po chwili na mężczyznę, który tylko mruknął:

- To dla mnie będzie to samo.

Chłopak odszedł szybkim krokiem, żeby uniknąć kolejnych nieprzyjemności.

- Ostra jesteś - powiedział Tomek do Judyty. - Ale kręci mnie to.

- Między innymi dlatego udało mi się tyle osiągnąć.

- To co świętujemy, skoro zamówiłaś szampana?

- Dostałam awans!

- Wow! Gratulacje, kochanie. Zasłużyłaś! Jesteś najlepsza. Koniecznie musisz opowiedzieć o tym moim rodzicom jutro przy kolacji!

Judyta zakrztusiła się łykiem wody. Kiedy jej oddech wrócił do normalnego rytmu, wydukała:

- Słucham?

- No, przy kolacji. Jutro jest Wigilia.

- Co to ma wspólnego z twoimi rodzicami?

- Wigilię spędzimy z nimi.

- Chyba żartujesz! - Judyta wyraźnie podniosła głos, zaniepokojona tak niespodziewaną propozycją.

Nienawidziła świąt i robiła wszystko, aby ich nie obchodzić. W tym roku miało być inaczej, bo w przeciwieństwie do niej Tomek je ubóstwiał - ubierał choinkę już drugiego grudnia i raczył partnerkę świątecznymi piosenkami. Znosiła to, ale nie brała pod uwagę, że będzie musiała udawać świątecznego elfa również przed jego rodzicami. A przede wszystkim tego, że zostanie zmuszona ich poznać.

- Kochanie, mówiłem ci o tym.

- Mówiłeś?! Kiedy?!

- Mówiłem ci, że spędzamy razem Wigilię i to będą święta na moich zasadach. Chcę, żebyś na nowo pokochała ten czas.

- Nie przypuszczałam, że oznacza to spędzanie świąt z całą twoją rodziną!

- Spokojnie. To raptem tylko kilka osób plus dzieciaki. Będzie wesoło...

- Co, do cholery?!

Teraz już Judyta była wyraźnie przerażona. Głównie perspektywą wyjścia poza swoją strefę komfortu, ale też poczuciem, że traci kontrolę nad całym "związkiem", który zbudowała z Tomaszem.

- Tomek, ja nie chcę! - W jej głosie dało się usłyszeć strach. Strach, którego się bała i którego nie chciała okazywać. Strach, o którym już zapomniała i który miał nigdy nie wrócić.

- Dziubku, przecież oni cię nie zjedzą. Mama jest tym zachwycona, bardzo chciała cię poznać. A tata to najcudowniejszy człowiek, jakiego znam. Zobaczysz, będzie wspaniale.

Judyta chwyciła torebkę, szybko wsadziła do niej telefon i prezent od Tomka, po czym zerwała się z krzesła.

- Hej! A ty dokąd? Przecież jeszcze nie przynieśli dań.

- Muszę lecieć - powiedziała szybko. - Mam coś do załatwienia.

- Nie możesz tak po prostu wyjść, mieliśmy jechać po prezenty.

- Poradzisz sobie. Spotkamy się jutro.

- Ale...

- Muszę iść - mruknęła, chwytając płaszcz.

Wybiegła z restauracji. Chciała uciec. Uciec jak najdalej od lęku, który - nie wiedzieć czemu - ją opanował. Od zderzenia z rzeczywistością, w której mogłaby zostać oceniona, okazać się niedoskonała czy niewłaściwa. Przecież to ona miała rozdawać karty. Tymczasem czuła, że wpada we własną pułapkę - kolejną, którą zastawiło na nią życie. A przecież nauczyła się już nad nim panować, przewidywać i uprzedzać los. Dlaczego tym razem zawiodła? Dlaczego zawiodła samą siebie?

Nad Warszawą od godziny panował już zmrok. Wiedziała, że nie może krążyć tak bez celu i w końcu będzie musiała wrócić do rozmowy z Tomkiem, nie uniknie tej konfrontacji. Potrzebowała jednak najpierw ochłonąć, przemyśleć to wszystko.

Ruszyła w stronę Pałacu Kultury i Nauki. Zewsząd słyszała zabieganych mieszkańców stolicy, głównie wychodzących z pobliskich Złotych Tarasów z ogromnymi torbami pełnymi świątecznych prezentów lub potykających się o własne nogi w biegu do metra.

- Przepraszam, czy zechciałaby pani wspomóc...

- Nie! Dajcie mi spokój! - krzyknęła do dziewczyny zmierzającej ku niej z metalową puszką. - Dajcie mi wszyscy święty spokój!

Chciało jej się płakać. Odnosiła wrażenie, że znalazła się w potrzasku, złapana w sytuację, której nie potrafiła pojąć. Po chwili z torebki dobiegł sygnał telefonu. Była pewna, że to Tomek dzwoni sprawdzić, czy wszystko w porządku, tymczasem na ekranie pojawiło się zdjęcie matki.

- Mamo! Czego chcesz?

- Kochanie, mogłabyś być dla mnie odrobinę milsza...

- Mamo, nie mam czasu. Co się stało?

- Kochanie, jutro jest Wigilia...

- Masz mnie za idiotkę?! Wiem, jaki jutro dzień. Co w związku z tym?

- Chciałam cię prosić...

- Nie, mamo! Nie przyjadę na święta - warknęła znacznie głośniej, niż zamierzała.

- Kochanie, nie byłaś w domu od lat. Proszę, to dla mnie bardzo, bardzo ważne!

- Mamo, my nie mamy domu! Nigdy go nie miałyśmy! I nie obchodzą mnie ani te, ani żadne inne święta. Nie zamierzam przyjeżdżać!

- Pomyślałam... - kontynuowała matka, jakby w ogóle nie usłyszała wcześniejszych słów córki. - Wiesz, nie czuję się najlepiej. Chciałabym...

- Mamo, znasz mnie. Nie zmienię zdania. Nie chcę tam być. Obiecałam sobie, że zrywam ze wszystkim, co łączyło mnie z tym miejscem.

- Kochanie, jestem twoją matką.

- I chwała ci za to. Nie mam czasu.

- Kochanie, proszę... Wiesz, że jestem sama...

- Na samotność się nie umiera. Pa!

Judyta czuła, że głowa zaraz jej pęknie. Nie zamierzała ustąpić i nie chciała dłużej słuchać matki. Wiedziała, że tamta sobie poradzi. Telefon od niej tylko pogłębił stan zagubienia i niepokoju. Wróciły dawne wspomnienia - te same, o których tak bardzo pragnęła zapomnieć. Obiecała sobie, że nigdy nie pozwoli, by ponownie zawładnęły jej życiem i zepchnęły ją z obranego kursu.

Potrzebowała drinka. Tak, to było coś, co pozwoliłoby jej opanować nerwy. Mocny shot - taki, który pozwoli jej zapomnieć i przywróci kontrolę nad poukładanym życiem. Tym, które sama sobie stworzyła i w które tylko ona miała prawo ingerować.

Ruszyła w stronę warszawskiej Patelni. Zbiegła po schodach, by jak najszybciej dotrzeć w okolice Żurawiej. Chciała dojść na Mokotowską, do ulubionego drink baru. Uznała, że tam odpocznie i pomyśli. Jakoś wywinie się z jutrzejszej Wigilii. Tomek nie może mnie do niczego zmusić. Zrobi to, o co go poproszę...

- Kurwa! - wrzasnęła, gdy zderzyła się z jakąś kobietą wybiegającą z metra. Telefon, który wypadł Judycie z dłoni, roztrzaskał się na betonowej płycie. - Nie masz oczu?! - krzyknęła jeszcze.

- Judyta?

Judyta spojrzała na nieznajomą. Kobieta była przeraźliwie chuda: zapadnięte policzki, podkrążone oczy i tłuste włosy spięte w wysoki kucyk. Wyglądała jak ktoś, kogo Judyta na pewno nie znała i zdecydowanie nie chciałaby znać - jedna z tutejszych bezdomnych albo ktoś żyjący na krawędzi. Jej ubrania wyglądały, jakby nie zmieniała ich od kilku dni, co sugerował również nieprzyjemny odór alkoholu. Judyta nienawidziła tego zapachu... Przywoływał wspomnienia. Kolejne wspomnienia, które tego dnia wróciły już po raz drugi.

- Skąd pani...

- Judyta, to ty, prawda? - zapytała ponownie kobieta.

- Chyba mnie pani z kimś myli - powiedziała szybko, odwracając głowę.

- Nie! - zaprotestowała tamta, ciągnąc ją za ramię i próbując spojrzeć jej prosto w oczy.

Judyta przyjrzała się uważnie twarzy kobiety. Pod opuchniętymi powiekami i sinymi cieniami dostrzegła duże, turkusowe oczy, niżej pełne usta, których kiedyś tak bardzo zazdrościła, oraz ciemny pieprzyk nad górną powieką... tak bardzo charakterystyczny...

- Hanka?! To... to naprawdę ty?!

Rozdział II

24 grudnia 2017

- Życzę ci, kochana, żebyś była skurwysyńsko bogata!

- Nie! - odpowiedziała Judyta, stukając kieliszkiem o kieliszek. - Żebyśmy MY były skurwysyńsko bogate!

- Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy na dobrej drodze! - odparła Hanka, wypijając zawartość lampki do dna. - To kiedy zaczynasz?

- Dopiero w połowie stycznia. Wtedy rusza program stażowy. Naprawdę nie wiem, jak udało ci się od razu dostać pełen etat, i to za takie pieniądze.

- Ech... - westchnęła Hanka, odgarniając pasma swoich błyszczących włosów. - Wrodzony wdzięk i urok! Ty też to masz, tylko nie umiesz tego wykorzystać - dodała, celując w koleżankę palcem.

Siedziały w barze studenckim, na ostatnim spotkaniu przed wyjazdem na świąteczną przerwę. Młode, piękne, świeżo po studiach - i to takich, które otwierały przed nimi ogromne możliwości. Stolica dawała im niezliczone możliwości, by rozwinęły skrzydła. Ambitne, pracowite i inteligentne. Pełne młodzieńczego zapału, jeszcze nieskażone warszawskim wyścigiem szczurów ani piętnem robienia kariery. Miały wszystko. Wszystko i nic. Cieszyły się małymi rzeczami - tymi, które pozwalają albo pozostać na obecnym poziomie, albo połknąć bakcyla "chcenia więcej".

- Nie mam twojej przebojowości, wiesz przecież, że jestem nieśmiała - dodała Judyta, spuszczając wzrok.

- Nauczysz się. Tylko pamiętaj: zawsze walcz o swoje. Żadnych skrupułów! Liczysz się tylko ty!

- Naprawdę życzę ci wielu sukcesów.

- Nie martw się o mnie. Jedziesz na święta do mamy?

- Nie. I nie chcę o tym rozmawiać. Sama wiesz, jak tam jest.

Hanka uśmiechnęła się blado, zerkając na zegarek na nadgarstku.

- Będę się zbierać. Mam pociąg za czterdzieści pięć minut.

- Jasne, rozumiem - powiedziała Judyta, wstając. - Zobaczymy się po świętach?

- Na pewno! - Hanka objęła ją i ucałowała w policzek. - Koniecznie musimy się niedługo znowu spotkać!

10 grudnia 2018

Puk, puk.

- Wejdź, Haniu.

- Szef mnie wzywał?

- Tak. Dziękuję, że jesteś.

Hanka nie była pewna, czy podziela radość ze spotkania dotyczącego oceny rocznej, na które została wezwana. Wiedziała, że to nienajlepszy czas na taką rozmowę, a tym bardziej na ocenę tego, co dalej z jej karierą - karierą, która przecież ledwo się rozpoczęła.

- Właśnie przeglądam twoje wyniki sprzedażowe z ostatniego półrocza - zaczął przełożony, zerkając na raport w swoim MacBooku. Nawet nie patrzył w stronę młodej pracownicy, która po raz pierwszy od podjęcia wymarzonej pracy czuła, że nie wszystko idzie zgodnie z jej planem.

Hanka robiła, co w jej mocy, ale brakowało jej tego, co w branży sprzedażowej okazało się kluczowe: doświadczenia i wyczucia klienta. Uważała, że sam spryt i urok osobisty wystarczą. Brakowało jej jednak cierpliwości, której oczekiwali kontrahenci, zanim zdecydowali się na współpracę. W efekcie, choć radziła sobie nieźle, wypadała znacznie gorzej niż pozostali młodzi specjaliści do spraw sprzedaży. Nie mogła jednak stracić tej pracy. Nie teraz, kiedy szansa na lepsze życie była na wyciągnięcie ręki.

- To był trudny kwartał - odpowiedziała cicho.

- Usiądź, proszę - powiedział szef, nadal na nią nie patrząc. - Tak... Natomiast średnia twoich wyników to nie jest problem tylko tego kwartału. Sama zobacz - dodał, obracając laptop w jej stronę. - Ostatnio plan sprzedażowy zrealizowałaś w sierpniu. Od września twoje wyniki spadają. Patrząc tylko na ostatnie dwa miesiące, sięgają zaledwie piętnastu procent normy.

Hania czuła, że pętla na jej szyi zaciska się coraz mocniej. Nie miała nic na swoją obronę. Od września rzeczywiście mniej skupiała się na pracy. Po początkowych dobrych wynikach jej zapał osłabł. Uznała, że przedłużenie kontraktu ma już w kieszeni i nic nie zdoła usunąć jej z firmy. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że się pomyliła.

Czuła, jak zaciśnięte na kolanach dłonie zaczynają się trząść, a powieka nad prawym okiem niebezpiecznie zadrżała. Pomiędzy piersiami - w głębokim dekolcie z trzema rozpiętymi guzikami - pojawiła się kropla potu. Kropla, którą przełożony najwyraźniej zauważył, bo zatrzymał wzrok w tamtych okolicach i unikał patrzenia dziewczynie w oczy.

Z jakiegoś powodu ją to podnieciło. Było to absolutnie irracjonalne w obliczu widma wyrzucenia z pracy, a jednak... Nie miała na sobie stanika, a jej sutki stwardniały, co również nie umknęło uwadze szefa, który - choć nadal trzymał dłoń na obudowie komputera - ewidentnie wpatrywał się w prześwitujący materiał białej bluzki.

Hanka spojrzała na człowieka, który przed nią siedział i miał decydować o jej dalszym losie. Z jakiegoś powodu ta władza nad jej życiem zaczęła ją wyraźnie ekscytować. Spojrzała na dłonie mężczyzny i wyraziste żyły na przedramionach sugerujące, że siłownia nie jest mu obca. Dlaczego wcześniej nie zwracała na to uwagi? Po raz pierwszy zastanowiła się, ile przełożony może mieć lat. Tymczasem szef był nie tylko przystojny, ale i niezwykle pociągający. Szerokie barki sprawiały, że marynarka leżała na nim jak uszyta na miarę, a węższe biodra zdradzały wysportowaną męską sylwetkę w kształcie litery V. Widziała go setki razy, ale dopiero teraz dostrzegła, że drobne zmarszczki dodają mu uroku i męskości. Idealnie przystrzyżony zarost przywodził na myśl arabskiego szejka, który decyduje o losie swoich kobiet. I choć Hanna nigdy nie przepadała za mężczyznami w okularach, w tym przypadku czarne oprawki dodawały mężczyźnie uroku, tym bardziej wydawał się cholernie inteligentnym facetem.

- Wracając do... - zaczął po dłuższej chwili, trącając długopis leżący na biurku. Przedmiot stoczył się i spadł na miękką wykładzinę. - Przepraszam na sekundę - powiedział, odsuwając krzesło.

Schylił się i sięgnął po zgubę. To był moment, który Hanka musiała wykorzystać. Dokładnie teraz, kiedy wiedziała, że rybka połknęła haczyk, mogła przejąć inicjatywę. Rozpięła kolejne dwa guziki bluzki. Gdy mężczyzna wyłonił się spod biurka, zmiana nie umknęła jego uwadze. Zaskoczony zatrzymał się w połowie ruchu, ale tym razem już nie wpatrywał się w dekolt, lecz prosto w oczy Hanki.

- Haniu... ja... ja nie mogę...

- Czego pan nie może? - zapytała, wstając z krzesła.

- Ja... ja mam żonę...

- Jest tutaj? - mruknęła, opierając dłonie o blat tak, że bluzka ukrywała już znacznie mniej, niż odsłaniała.

Szef głośno przełknął ślinę. Wiedział, że uległ i nic nie powstrzyma instynktu, który kazał mu pożądać tej kobiety, dotknąć jej, pocałować, rozebrać. Ale to Hanka rozdawała karty i nie zamierzała oddać wygranej. Ten mężczyzna był jej.

23 maja 2020

- Za kogo ty się, kurwa, uważasz?! - wrzasnął do niej Jarek. Usłyszał go chyba cały open space.

Pracownicy odrywali się od biurek, prostowali niczym surykatki wypatrujące zagrożenia. Spojrzenia kierowały się w stronę środka sali, gdzie dochodziło do kulminacji starcia.

- Nie ruszają mnie twoje krzyki - mruknęła Hanka. Stanęła przed mężczyzną i założyła ręce na piersi.

- Lepiej, żeby cię ruszały... Nie daruję ci tego! - kontynuował podniesionym tonem, nie zważając na gromadzący się tłum.

- Klientów należy pilnować. Najwidoczniej o tym zapomniałeś - rzuciła z triumfem.

- Ty...!

- Co tu się dzieje? - przerwał im wychodzący z gabinetu szef. Spojrzał najpierw na Jarka, potem na Hannę, a ona w jego oczach dostrzegła lęk. Wywołało to w niej kolejną falę satysfakcji. - Oboje do mojego gabinetu - oznajmił krótko.

Hanka ruszyła pierwsza - pewna siebie, z podniesioną głową, podczas gdy stukot jej obcasów niósł się głośno po przestrzeni biura. Za nią, lekko przygarbiony, człapał Jarek. Przechodząc obok szefa stojącego przy drzwiach gabinetu, dziewczyna przygryzła wargę i błyskawicznie musnęła dłonią jego krocze - tak, że tylko on mógł to dostrzec. Drgnął. Lubił jej zaczepki.

Gdy drzwi się zamknęły, Jarek przeszedł do ataku:

- Ona podjebała mi kontrakt w Dekada Banku! I to w momencie finalizacji umowy na prawie ćwierć miliona! Wykorzystała mój kilkudniowy urlop. Wykradła moją bazę i pod pretekstem zastępstwa nawiązała relację, nad którą pracowałem prawie pół roku!

Szef zmarszczył brwi i niechętnie przeniósł wzrok na Hankę.

- To prawda? - zapytał głosem zdradzającym niepokój.

- Zrobiłam tylko to, co do mnie należało - odpowiedziała, puszczając do niego oko. - W miłości i biznesie wszystkie chwyty są dozwolone - dodała, przenosząc spojrzenie na Jarka. - Skoro prywatne sprawy były dla ciebie ważniejsze niż klient za ćwierć miliona, to przykro mi. Dla mnie klient był ważniejszy. Dlatego to ja podpisałam umowę, a nie ty!

- Grasz nie fair i pożałujesz tego!

- Doprawdy?

- Maciek, słyszałeś ją?! Sama przyznała się do kradzieży klienta! To niezgodne z polityką naszej firmy, z kodeksem koleżeńskim, a nawet... z ludzką godnością! - wyrzucił z siebie Jarek, ponownie patrząc na dziewczynę.

Hanka jednak miała go gdzieś. Dyskretnie obserwowała szefa, na którego czole pojawiły się strużki potu. Widziała, że jego tętno przyspieszyło i czuje się wyraźnie nieswojo. Ona natomiast pozostawała spokojna - dziwnie spokojna, zważywszy na sytuację. Przedłużająca się cisza stawała się coraz bardziej niezręczna. W końcu głos zabrał Jarek:

- Maciek, powiedz coś!

- Haniu... nie powinnaś robić takich rzeczy. Rozumiem oczywiście, że troszczysz się o firmę i jej wyniki... że każdy pracuje najlepiej, jak potrafi. Ale stawiamy na współpracę, dobre relacje w zespole...

- Nie wierzę... - mruknął Jarek, patrząc to na przełożonego, to na współpracowniczkę. - Nie wierzę, kurwa!

- Nadal coś ci się nie podoba? - rzuciła Hanna, odwracając się w jego stronę.

- Kurwa, wy macie romans! Ty ją, kurwa, pieprzysz!

Jarek z niedowierzaniem wpatrywał się w nich oboje. Szef odwrócił wzrok od Hanki i spojrzał z przerażeniem na podwładnego. Ich tajemnica przestała być bezpieczna - tajemnica, która mogła kosztować go znacznie więcej niż strata pracownika.

- Chyba zapominasz, do kogo mówisz.

Jarek jednak już go nie słuchał. Żal i poczucie niesprawiedliwości wygrały z rozsądkiem, a fala nienawiści do dziewczyny obecnej w pomieszczeniu przekroczyła wszelkie granice.

- Nie wierzę w to, kurwa! Ty nie jesteś tylko suką. Ty jesteś zwykłą dziwką!

- Zwalniam cię! - wykrzyknął Maciek, stając w obronie Hanki.

- Słucham? - odparł Jarek, wybudziwszy się z transu.

- Zwalniam cię - powtórzył szef dziwnie spokojnym tonem, podczas gdy jego tętno wracało do normy. - Nie pozwolę na oskarżanie mnie ani na obrażanie moich pracowników. Nic nie daje ci prawa do takiego zachowania. Formalne wypowiedzenie otrzymasz jeszcze dziś, ze zwolnieniem z obowiązku świadczenia pracy.

- Ty chyba żartujesz - oznajmił Jarek, odrzucając wszelkie konwenanse. - Znamy się od trzynastu lat, a ty zwalniasz mnie dla jakiegoś szona, z którym zabawiasz się po godzinach?!

- Ostrzegam cię - warknął Maciek, wstając zza biurka. - Jeszcze jedno słowo, a pozwę cię za zniesławienie! Zachowasz trzymiesięczne wynagrodzenie, ale nie chcę cię tu dzisiaj widzieć. I masz ją przeprosić. - Wskazał palcem na Hankę.

Dziewczyny nie ruszały obraźliwe teksty współpracownika. Wręcz przeciwnie - liczyła na to, że mężczyzna da się ponieść emocjom. Maćka i ich relację traktowała jako jokera na wypadek właśnie takiej sytuacji. W ten sposób pozbyła się zawodowego rywala i umocniła swoją pozycję w oczach kochanka.

- Ty mówisz poważnie? - zapytał Jarek po raz pierwszy całkowicie spokojnym tonem. - Chcesz mnie wyrzucić? Mnie? Mnie, któremu tyle zawdzięczasz?!

- Śmiertelnie poważnie - powiedział cicho Maciek. - Chciałbym, abyś jeszcze dziś spakował swoje rzeczy.

- Ty... - rzucił Jarek przez zaciśnięte zęby, celując palcem w Hankę. - Pożałujesz tego! Przysięgam ci! Ja tego tak nie zostawię!

16 czerwca 2020

Dzyń! Dzyń!

- Zaraz! - krzyknęła Hanka, zmierzając w stronę drzwi wejściowych.

Pękała jej głowa. Wczorajsze połączenie dużej ilości alkoholu z wciągniętym na imprezie świństwem dało taki właśnie efekt. Nie pamiętała, jak, kiedy, a co gorsza - z kim wróciła do domu. To, że w nocy ktoś u niej był, zdążyła zauważyć: zbyt wiele śladów świadczyło o obecności innego mężczyzny w mieszkaniu. Mieszkaniu należącym do Maćka, choć ów mężczyzna na pewno nim nie był...

Dzyń! Dzyń!

Dzwonek nie przestawał jazgotać, wywołując u Hanki kolejną falę bólu. Zataczając się lekko, podeszła do drzwi i przekręciła zamek.

- Kurwa, pali się czy co? - mruknęła, otwierając.

Za drzwiami stała drobna kobieta w eleganckim kostiumie. Jej szpilki natomiast wyglądały na bardzo drogie - droższe niż jakiekolwiek, na jakie byłoby stać Hankę. Z jakiegoś powodu dziewczyna poczuła się przy nieznajomej gorsza, niemal jak śmieć. Patrząc na przybyłą i wyhaftowane na klapie jej marynarki logo Diora, Hania wiedziała, że w zestawieniu z tą kobietą nie ma żadnych szans. Przez chwilę zastanawiała się, z czego wynika to odczucie, bo na pewno nie z kaca. Po kilku sekundach zrozumiała, czym tamta ją przewyższała. Klasą. To było coś, czego Hanka nie mogła sobie kupić.

- A więc to jednak prawda... - powiedziała kobieta bardzo powoli, nie spuszczając z Hanny wzroku.

W jej spojrzeniu kryło się coś przerażającego. Niewątpliwie należała do pięknych, była zadbana i pełna blasku, ale w oczach... Ten wzrok zadawał ciosy z precyzją skalpela.

- Co jest prawdą? - zapytała Hanka.

- Ty jesteś tą kobietą... - odpowiedziała złowieszczym szeptem nieznajoma.

- Jaką kobietą? Kim ty jesteś, do cholery?! - Dziewczyna zdołała wykrzesać z siebie odrobinę odwagi. - Wynoś się z mojego mieszkania!

- Nie - odparła cicho kobieta. - To ty się wyniesiesz. Szybciej, niż ci się wydaje. Ty jesteś tą kobietą.

- Słuchaj, nie wiem, kim jesteś, ale jeśli zaraz stąd nie znikniesz... - urwała, kiedy nieznajoma wymierzyła jej siarczysty policzek.

Uderzenie było tak silne, że Hanka poczuła, że jak nic straciła co najmniej dwa zęby. Odruchowo złapała się za obolałe miejsce. Chciała odpowiedzieć podobnym atakiem, ale tamta okazała się szybsza - uderzyła słowami:

- Tą kobietą, która zniszczyła moje małżeństwo. Teraz ja zniszczę ciebie.

10 lipca 2020

- Ja cię kocham! - wykrzyknęła Hanka, ujmując twarz Maćka w dłonie.

On jednak ją odepchnął i odwrócił się w stronę okna.

- Przestań - mruknął. - To koniec. To nigdy nie powinno było się wydarzyć. To był zwykły błąd.

- Błąd?! A to, co do mnie czujesz?! - wyjęczała, próbując złapać mężczyznę za rękę. Znów ją odrzucił.

- Nic do ciebie nie czuję! - warknął. - Wiem o wszystkim. Wykorzystałaś mnie, mam na to dowody. Wiem, kto bywa w moim mieszkaniu! W mieszkaniu, które miało być dla nas! Czemu tak patrzysz?! Tak, to moje mieszkanie! A ty masz się z niego wynieść w ciągu tygodnia!

- Nie mam dokąd...

- Gówno mnie to obchodzi! Mogłaś mieć mnie, ale kierowała tobą chciwość. Świat jest mały, moja droga.

Hanka natychmiast pojęła, kto stoi za tym wszystkim. Od spotkania z żoną Maćka minął prawie miesiąc i choć początkowo przestraszyła się jej groźby, przez kolejne tygodnie nic się nie działo. Wiedziała przecież o tym, że Maciek ma żonę - nie ukrywał jej istnienia, choć zapewniał, że ich małżeństwo to tylko formalność. Hanna nie przypuszczała, że kobieta zrealizuje groźbę. Tymczasem na biurko Maćka trafiło kilkanaście dowodów na niewierność kochanki - a raczej dowodów na to, że traktowała go jak zabawkę służącą do realizacji marzeń o lepszym życiu. Obciążające maile niezgodne z polityką firmy, zdjęcia z imprez, na których widniała Hanka w intymnych pozycjach z innymi mężczyznami, a nawet wydruki rozmów i flirtów z portali randkowych.

- To przez twoją żonę, prawda? Ta suka chce zniszczyć wszystko, co jest między nami!

- Zamknij się! - krzyknął, odwracając się do niej. - Ty to zniszczyłaś! Mogłaś mieć wszystko, ale zawsze będziesz tylko zwykłą dziwką!

- Maćku... Przecież ty jej nie kochasz.

- Ciebie też nie. Dlatego się wyniesiesz. Wyniesiesz się z mojego mieszkania, z mojej firmy i z mojego życia!

23 grudnia 2026

Judyta i Hanka siedziały w jednej z obskurnych knajp pod rondem Dmowskiego. Z jakiegoś powodu Judyta nie chciała, by ktoś widział ją w towarzystwie dawnej koleżanki. Dlaczego? Ze wstydu? Bo nie wypadało? Nie potrafiła lub nie chciała odpowiedzieć sobie na to pytanie. Jednocześnie rozpaczliwie pragnęła się dowiedzieć, co się stało z dziewczyną, którą kiedyś uważała za najlepszą przyjaciółkę, z którą dzieliła marzenia i która była... taka jak ona.

- Hanka... - powiedziała, patrząc na nią po raz kolejny tego wieczoru. - Jak to wyszło, że stałaś się...

Hania ściskała w dłoniach kubek z zimową herbatą. Powoli wysiorbała to, co zostało na dnie, po czym spojrzała na swoją rozmówczynię smętnymi szarymi oczami.

- Że stałam się żebraczką?

- Nie chciałam tak tego nazwać...

- Wiem, ale to prawda. Jestem bezdomna, jestem narkomanką i żebram na ulicy. Można powiedzieć, że prawie nie żyję... A przynajmniej nie żyje dziewczyna, którą kiedyś znałaś. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Kiedy żona szefa dowiedziała się, że mam z nim romans i sypiam z innymi, straciłam pracę z dnia na dzień. Zwolniono mnie dyscyplinarnie pod byle pretekstem. Nie miałam środków, by walczyć w sądzie. Z dnia na dzień straciłam też mieszkanie. Przyjaciół nie miałam, więc nie było kogo poprosić o pomoc.

- Ale przecież... zarabiałaś! Dobrze zarabiałaś!

Hanka zaśmiała się kpiąco - po raz pierwszy od chwili, gdy się spotkały.

- Naprawdę nadal nie rozumiesz paradoksu pieniędzy? Im więcej zarabiasz, tym więcej wydajesz. A ja wydawałam. Dużo, bardzo dużo. Początkowo na przyjemności, potem na używki. Gdy problemów przybywało, potrzebowałam większych dawek. Alkoholu, narkotyków... czegokolwiek. A to kosztuje. Na początku nawet szukałam pracy, ale myślisz, że kobiecie dobijającej do trzydziestki, z zepsutą kartoteką i zwolnieniem dyscyplinarnym łatwo coś znaleźć? Każdą porażkę zapijałam, a potem brałam pożyczki, gdzie się dało. Długi rosły w zastraszającym tempie, a we mnie rosło poczucie klęski, niespełnionych ambicji i depresja... Jestem skończona, Judyta. Nie mam już nic! Czasem wolałabym po prostu umrzeć i mieć święty spokój, ale... nie potrafię. Jestem zbyt dużym tchórzem, by ze sobą skończyć. Więc żyję jak ten wrak człowieka, szwendając się to tu, to tam. Wczoraj spędziłam noc w parku... Jutro idę na Wigilię do przytułku przy kościele. Jestem porażką, symbolem zmarnowanego życia. Tym właśnie jest kobieta, którą spotkałaś dziś przy metrze - zakończyła, wpatrując się w pusty kubek.

Judyta chciała coś odpowiedzieć. Cokolwiek, co wypadałoby powiedzieć w takiej chwili, ale nie znajdowała właściwych słów. Nie wiedziała, jak się zachować, nie potrafiła nawet nazwać uczuć, które żywiła do dziewczyny siedzącej naprzeciwko. Chciała zaznać żalu, ale nie umiała współczuć. Od lat powtarzała, że każdy jest kowalem własnego losu i ponosi odpowiedzialność za to, co go spotyka. Nie mogła się jednak oszukiwać: uważała, że z Hanką łączy ją pewne podobieństwo. Miały wspólny mianownik. Nie potrafiła go nazwać i nie chciała dostrzegać, ale wiedziała, że on istnieje.

- Będę się zbierać - powiedziała Hanka, wstając. Sięgnęła po ciężki plecak, w którym, jak podejrzewała Judyta, znajdował się cały dobytek dziewczyny.

Judyta również się podniosła. Chciała coś dodać, czuła, że powinna, ale nie potrafiła się na to zdobyć. Ostatecznie to Hanka wyciągnęła do niej dłoń - dłoń, którą koleżanka niechętnie uścisnęła.

- To do zobaczenia - powiedziała z bladym uśmiechem Hanna. - Choć nie wiem, czy chciałabyś zobaczyć mnie jeszcze raz.

Judyta poczuła, że się czerwieni. Zrobiło jej się wstyd, a słowa same popłynęły z jej ust:

- Hanka, czy mogłabym... czy mogłabym coś dla ciebie zrobić?

Hania uśmiechnęła się znowu i po raz pierwszy Judyta dostrzegła w jej twarzy dawną znajomą. Cień przyjaciółki - blady i prawie nieuchwytny, ale jednak.

- Pomódl się za mnie - mruknęła. - O ile wierzysz w Boga... W końcu jutro Wigilia. I... nie powtarzaj moich błędów. Proszę! Nie powtarzaj zła, które ja wyrządziłam!

Judyta otworzyła szeroko oczy, nie puszczając dłoni Hanki, która nadal się uśmiechała. Nie chciała jej wypuścić. W głębi duszy pragnęła zrobić coś jeszcze, powiedzieć odpowiednie słowa, nie pozwolić jej odejść - jakby obecność przyjaciółki z przeszłości stanowiła dowód na to, że ona sama nie stała się jeszcze kimś takim jak Hania.

- Muszę iść... - mruknęła Hanka, wyrywając rękę.

Kiedy stała już przy drzwiach, Judyta postąpiła krok w jej stronę. Zadała pytanie, które dręczyło ją od dawna:

- Hanka, dlaczego? Dlaczego nie wróciłaś do domu? Czemu nie prosiłaś innych o pomoc? Dlaczego się poddałaś?

Hanka po raz ostatni uśmiechnęła się w ten charakterystyczny sposób. Chciała, by Judyta zapamiętała ją właśnie taką. Trzymając dłoń na klamce, rzekła cicho:

- Ze wstydu. Miałam wygrywać... a przegrałam.