Preludium
Witaj! Ależ wejdź, wejdź! To dla mnie zaszczyt i bardzo się cieszę!
Pozwól, pomogę. Daj płaszcz, powieszę go tutaj (tędy do łazienki, tak
przy okazji). Usiądź sobie tu na kanapie, dobrze? Zobaczysz, czy
odpowiada ci taka odległość od kominka.
Co mogę zaproponować? Whisky? Rozsądek tak podpowiada, bo pogoda pod
psem. Przewidziałem, odgadłem twoje potrzeby... Blend? Malt? Macallan?
Dwunastoletnia? Osiemnastoletnia? Z wodą sodową, z lodem... jak lubisz?
Przyniosę coś do pogryzania, żebyś jakoś dotrwał do kolacji.
...Proszę! I szczęśliwego dwa tysiące szesnastego!
Moja żona Elena wróci około wpół do ósmej. I dołączy do nas Inez. Zgadza
się - akcent na drugiej sylabie. W czerwcu kończy siedemnaście lat, to
już ostatnie dziecko, które jeszcze jest z nami. Eliza, jej starsza
siostra, zrobiła sobie roczną przerwę przed pójściem na studia i spędza
ją w Londynie; to w końcu jej rodzinne miasto (bo tam się urodziła. Inez
zresztą też). W każdym razie tak się składa, że chciała nas właśnie
odwiedzić. Już wylądowała na JFK. Tak więc będzie nas pięcioro.
Jeszcze z Eleną nie doszliśmy do tego kolejnego etapu w życiu, ale on
majaczy już na horyzoncie. Mówię o Pustym Gnieździe... W przeciętnym życiu
jest co najwyżej kilka prawdziwych punktów zwrotnych i Puste Gniazdo to,
zdaje się, jeden z nich. I wyobraź sobie, nawet nie wiem, jak bardzo mam
się tym przejmować.
Niektórzy znajomi w naszym wieku popadali w głębokie załamanie nerwowe
już w kilka minut po odprowadzeniu wzrokiem ostatniego pisklęcia
znikającego w przestworzach. Mówiąc oględnie, oboje z żoną zapewne
poczujemy się jak ta para z Pnina, ludzie, którzy zostali zupełnie
sami w wielkim domu pełnym hulających przeciągów, w domu, który "wisiał
teraz na nich, jak - nie przymierzając - zwiotczała skóra i obwisłe
ubranie na głupcu, co z rozmysłem zrzucił jedną trzecią
wagi"1... To słowa Nabokova (jednego z moich bohaterów) z 1953
roku.
A skoro już mowa o Vladimirze Nabokovie - nie wiem, kto miałby większe
prawo do zmierzenia się z powieścią autobiograficzną. Jego życie nie
było "dziwniejsze od fikcji" (ten zwrot zresztą graniczy z bezsensem),
toczyło się za to nad wyraz burzliwie i z towarzyszeniem
geohistorycznego splendoru. Uciekł z Rosji bolszewickiej do stolicy
Republiki Weimarskiej, gdzie szukał azylu, ale ostatecznie musiał
uciekać z hitlerowskich Niemiec do Francji. Kiedy z kolei Francja wpadła
w łapy niemieckie, uciekł przed Wehrmachtem do Ameryki, gdzie też szukał
azylu (wówczas zresztą "azyl" było po części określeniem tego kraju) i właśnie tam nareszcie go znalazł. Tak, tak, Nabokov był wyjątkowo
rzadkim przypadkiem pisarza, z którym naprawdę działy się różne rzeczy.
Przy okazji ostrzegam, że zamierzam na tych stronach powiedzieć to i owo
na temat Hitlera i Stalina. Kiedy się urodziłem, w 1949 roku, Wąsik nie
żył już od czterech lat, natomiast Wąsacz (wciąż nazywany "wujkiem Joe"
na łamach naszego "Daily Mirror") miał przed sobą jeszcze cztery lata
życia. Napisałem dwie książki o Hitlerze i dwie o Stalinie, spędziłem
więc już osiem lat w ich towarzystwie. Uważam, że cokolwiek by człowiek
robił, nie ucieknie przed żadnym z nich.
* * *
Nie miałem tej - bez wątpienia fantastycznej - przyjemności poznać VN
osobiście, ale spędziłem jeden dzień z wdową po nim, Verą, złotoskórą
pięknością, Żydówką, dodam pewnie niepotrzebnie; poznałem też jego syna
Dmitri Vladimirowicha (cudowne dziecko, oryginał i postrzeleniec).
Smutek mój był podwójny, kiedy Dmitri zmarł bezpotomnie, kilka lat temu.
Był jedynym synem Nabokova - urodził się w Berlinie w 1934 roku, według
oficjalnych dokumentów jako Mischling, inaczej "kundel"... Podczas
lunchu w szwajcarskim Montreux Vera i Dmitri odnosili się do siebie z wielką czułością. Opowiem o nich więcej w rozdziale zatytułowanym
"Oktober". Przesłałem Verze fotografię mojego pierworodnego, a ona
odpowiedziała czarującym listem, który oczywiście gdzieś zapodziałem...
Tak ogólnie? Och, jestem beznadziejnie niesolidnym i pobłażliwym
rodzicem - co moje dzieci niejednokrotnie miały okazję mi wytykać.
- Jesteś bardzo dobrym ojcem, tatusiu - stwierdziła konfidencjonalnie
Eliza, gdy miała osiem albo dziewięć lat, w dniu, w którym oddano ją pod
moją wyłączną opiekę. - Mamusia też jest dobrą matką. Ale czasami bywa
trochę surowa.
Było oczywiste, co chce powiedzieć. Jestem niezdolny do ucieleśnienia
surowości, nie mówiąc już o egzekwowaniu czegokolwiek. Żeby to zrobić,
trzeba poczuć autentyczny gniew, a mnie się to prawie nigdy nie udaje.
Próbowałem być gniewnym rodzicielem, ale tylko raz i tylko przez sześć,
może siedem sekund. Nie w stosunku do moich córek, tylko wobec synów,
Nata i Gusa (mają teraz mniej więcej po trzydzieści lat). Któregoś dnia
- kiedy oni też mieli osiem albo dziewięć lat, do mojego gabinetu weszła
ich zrozpaczona matka, czyli moja pierwsza żona Julia, i powiedziała:
- Są nie do wytrzymania, jak nigdy. Próbowałam wszystkiego. Teraz ty tam
idź!
Teraz ty tam idź i okaż trochę męskiej furii, taka w rzeczy samej padła
sugestia.
Posłusznie więc wparowałem do ich pokoju.
- Co jest? O co chodzi, do jasnej cholery?
- O... - Nat marzycielsko uniósł brew - ...smak tatusiowego gniewu.
Była to sytuacja, w której posunąłem się najdalej, jeśli chodzi o gniew.
Problem polega na tym, że ja po prostu się na niego nie godzę. To znaczy
na gniew. Dobrze byłoby zrewidować i uaktualnić Siedem Grzechów
Głównych, ale na razie nie zapominajmy, że do tego klasycznego septetu
słusznie zaliczany jest Gniew. Gniew - cui bono? Ulitujcie się nad
gniewem; ulitujcie się nad tymi, z których on emanuje, a także nad tymi
z jego drugiego krańca. "Gniew" [ang. anger - dop. tł.]: ze
staronordyjskiego angre "drażnić", angr "smutek". Tak - smutek.
Gniew jest uczuciem niemal tak samo jawnie masochistycznym jak Zawiść.
Tak więc w domenie rodzicielstwa nie można mnie oskarżać o gniew, ale
gdyby tak wyliczać kolejne grzechy główne, to na pewno jestem winien
Lenistwa - moralnego lenistwa. Zwalanie na matkę większej części roboty...
Przestrzegałem przed tym Elenę, niemal błagalnie (ostatecznie miałem
pięćdziesiąt lat, kiedy urodziła się Inez). Powiedziałem: "Będę parens
emeritus" (czyli ktoś, kto przeszedł na emeryturę jako rodzic, ale
przysługuje mu taki honorowy tytuł). Tak więc zasadniczo gnuśny ze mnie
ojciec, ale przyjmuję ten zaszczyt, przyjmuję go skwapliwie i z wdzięcznością.
Trzy lata temu miałem wystąpienie w szkole mojej środkowej córki, w szkole Świętej Anny, tu na Brooklynie (do której chodzi też Inez). Eliza
miała wtedy piętnaście lat.
- To mogło być żenujące, tato - stwierdził Gus (syn numer dwa), kiedy
zabrałem się do opisywania sytuacji, a jego starszy brat Nat dodał:
- Zdecydowanie. Mnóstwo powodów do zażenowania.
- Zgoda - odparłem. - Ale wcale tak nie było. Eliza ani trochę nie
poczuła się zażenowana. Mogę tego dowieść. Posłuchajcie.
Szkoła urządziła aulę w sąsiadującej z nią świątyni - w prawdziwym
kościele (protestanckim) z mnóstwem witraży i polerowanego drewna.
Stałem przy kazalnicy, mając przed sobą wielki zbór złożony z soczystych
młodych twarzy (przypuszczam, że uczestnictwo było obowiązkowe dla
wszystkich dziewiątych klas); tchnęło od nich "subtelnym wyczekiwaniem"
(by zacytować tu słowa, jakimi Lawrence opisuje Gudrun i Ursulę na
pierwszych stronach Zakochanych kobiet)2, kiedy postukałem
w mikrofon, powitałem moje słuchaczki i przedstawiwszy się, zapytałem.
"Która z was chociaż raz pomyślała, że chce się zająć pisaniem?". Powiem
ci, że w niespełna minutę podniosło się nawet sporo rąk.
- No cóż, tak się składa, że wy w zasadzie wiecie, co to znaczy być
pisarzem - ciągnąłem. - Jesteście wszystkie nastolatkami. Czyli
osiągnęłyście ten wiek, w którym człowiek wspina się na nowy poziom
samoświadomości. Czy też nowy poziom skupienia. Jakbyście słyszały jakiś
głos, który jest niby waszym głosem, a jednak wcale tak nie brzmi. W każdym razie niezupełnie; nie takie zawsze byłyście, bo ten głos jest
teraz bardziej dobitny i spostrzegawczy, bardziej wnikliwy i zarazem
rozigrany, bardziej krytyczny (i samokrytyczny), a także bardziej
wyrozumiały i wielkoduszny. Ten ulepszony głos wam się podoba i żeby go
zachować, piszecie wiersze albo może pamiętnik, zaczynacie też robić
notatki. W błogiej samotności przetrawiacie swoje myśli i uczucia, a niekiedy też cudze myśli i uczucia. W samotności. Takie właśnie jest
życie pisarza. Ta ambicja rodzi się właśnie teraz, kiedy człowiek ma
mniej więcej piętnaście lat, i jeśli zostaje pisarzem, to jego życie tak
naprawdę wcale się nie zmienia. Ja wciąż to robię pół wieku później, od
rana do wieczora. Pisarze to podstarzałe nastolatki, którym się podoba,
że są podstarzałe; bardzo im się podoba ich domowy areszt... Wam świat
wydaje się dziwny: ten dorosły świat, któremu teraz z namysłem się
przyglądacie, z nieuniknionym lękiem, ale też z dość bezpiecznego
dystansu. Otello raczy Desdemonę opowieściami, które zdobywają jej serce
i sprawiają, że dorosły świat wydaje się jej "przedziwny", ale też "tak
wzruszający, tak dogłębnie smutny"3. Pisarz nie wychodzi z takiego założenia, nie posunąłby się do przodu w pisaniu. Nie zapominaj,
że osoba nastoletnia to wciąż dziecko, a dziecko patrzy na wszystko,
niczego nie zakładając z góry i nie podpierając się doświadczeniem.
Na zakończenie wspomniałem, że literatura głównie zajmuje się miłością i śmiercią. Nie rozwinąłem tej myśli. Co w wieku piętnastu lat wiesz o miłości, o erotycznej miłości? Co w tym wieku wiesz o śmierci? Wiesz, że
ona przydarza się myszoskoczkom i papużkom nierozłączkom; być może wiesz
już, że przydarza się krewnym w podeszłym wieku, na przykład rodzicom
rodziców. Ale jeszcze nie wiesz, że tobie też się przydarzy, i nie
będziesz tego wiedzieć jeszcze przez trzydzieści lat. A gdy minie
kolejne trzydzieści i ten naprawdę trudny problem dotknie cię osobiście,
wtedy już przyjdzie ci się zmierzyć z nim w sposób najtrudniejszy z trudnych...
- A skąd pewność - wtrącił w stosownym momencie Nat - że Eliza nie
poczuła się zażenowana?
- Właśnie, tato - dodał Gus. - I jak tego dowiedziesz?
- Bo kiedy nadeszła pora na zadawanie pytań, nie odezwała się pierwsza,
ale też nie ostatnia - odparłem. - Tak czy owak odezwała się, spójnie i rzeczowo... A więc nie wydziedziczyła mnie. Powiem wręcz z dumą, że
rościła sobie do mnie prawo. Zawłaszczyła mnie, stwierdzę z dumą, jak
swojaka.
Aha, i kiedy spytałem słuchaczki, ile z nich chociaż raz pomyślało, że
chce zająć się pisaniem, jak dużo podniosło ręce? Co najmniej dwie
trzecie. Budząc we mnie zupełnie dotąd obce podejrzenie, że potrzeba
pisania jest czymś niemal powszechnym. Bo tak być musi, prawda? Jak
inaczej człowiek pogodziłby się ze swym istnieniem na Ziemi?
* * *
Jesteś uważnym czytelnikiem i wciąż bardzo młodym. Już tylko to mogłoby
oznaczać, że też się zastanawiałeś, czy nie zostać pisarzem. A może już
nad czymś pracujesz? Delikatna kwestia, zasłużenie delikatna. Zwłaszcza
gdy chodzi o powieści, bo w nich ujawniasz, kim naprawdę jesteś. Żadna
inna forma pisania tego nie sprawi, żadne "wiersze zebrane", a już z pewnością nie autobiografia ani tak impresyjny zbiór wspomnień jak
Pamięci, przemów Nabokova. Jeśli czytałeś moje powieści, to wiesz już
o mnie absolutnie wszystko. Tak więc niniejsza książka jest jedynie
kolejną odsłoną, a szczegóły są często przydatne...
Mój ojciec, Kingsley, do delikatnych kwestii stosował wstępnie pewną
zgrabną formułę: "Gadaj o tym tak dużo, jak chcesz, albo tak mało, jak
chcesz". Wyjątkowo uprzejmie, no i... delikatnie. Może będziesz chciał
mówić o swoich sprawach, a może nie. Ale ta nieśmiałość jest
niepotrzebna. Powiedziałeś tym swoim wielce żałosnym tonem: "Nie chcę,
żeby to było o mnie". No więc ja też nie chcę, żeby to było o mnie - ale
takie jest moje zadanie.
W każdym razie dam ci kilka przydatnych wskazówek technicznych - na
przykład jak skomponować zdanie, które będzie przyjemne dla ucha
czytelnika. Tylko pamiętaj: porady, których będę ci może udzielał,
traktuj lekko. Wszelkie wskazówki związane z pisaniem należy traktować
bardzo lekko. Tego się od ciebie oczekuje. Pisarze muszą znajdować
własną drogę, by mówić własnym głosem.
Próbowałem już raz napisać tę książkę, dobre dziesięć lat temu. I poległem z kretesem. Zatytułowałem ją wtedy prowizorycznie i pretensjonalnie Życie (i z fałszywą skromnością dodałem podtytuł
Powieść). Był taki weekend w 2005 roku, w Urugwaju, kiedy uzbrojony
wewnętrznie zabrałem się do czytania całości, od pierwszego słowa do
ostatniego - a było tych słów mniej więcej sto tysięcy. I Życie
okazało się martwe.
Że zmarnowałem - nie da się ukryć - mniej więcej trzydzieści miesięcy
(trzydzieści miesięcy spędzonych na brodzeniu po jakimś błotnistym
cmentarzysku), to było jeszcze najmniejsze zło. Ja myślałem, że jestem
skończony. Naprawdę tak myślałem. Jakby szukając potwierdzenia - to
działo się w Urugwaju, w położonym na północy miasteczku José Ignacio,
blisko Maldonado, niedaleko granicy z Brazylią - poszedłem nad morze i zwyczajowo przysiadłem na kamieniu z notesem: fale południowego
Atlantyku uderzające o brzeg, głazy wielkości i kształtu drzemiących
dinozaurów, latarnia morska na tle dziecięcego błękitu nieba... I nie
spłodziłem ani sylaby. Ta sceneria niczego we mnie nie obudziła.
Myślałem, że jestem skończony.
Potwornie obce uczucie, rodzaj antynatchnienia. Kiedy wpada ci do głowy
pomysł na powieść, towarzyszy temu znajome, a przy tym zawsze
zaskakujące poczucie, że dostałeś zastrzyk energii; czujesz się
błogosławiony, wzmocniony i fantastycznie utwierdzony co do swojej
wartości. Tymczasem właśnie trwał odpływ. Jakby coś mi zostało odjęte;
jakby coś się oddalało - przyciskając dłoń do ust, mówiło adieu...
Naturalnie przyznałem się Elenie, że nastąpił zgon Życia: powieść.
Nikomu jednak nie zdradziłem, że jestem skończony. I zresztą wcale nie
byłem. Po prostu nie mogłem napisać Życia. No właśnie. Nigdy nie
zapomnę tego uczucia - uczucia gwałtownego wymywania się sensu. Pisarze
umierają dwa razy. Wtedy na plaży pomyślałem: Ach, oto i ona. Pierwsza
śmierć.
Za chwilę opowiem ci o pewnym perwersyjnym okresie umysłowym, przez
który przeszedłem na wczesnym etapie wieku średniego. Często się
zastanawiam, czy miał dużo wspólnego z nadirem czy też klimakterium
przeżytym na brzegu morza, z opętańczym nurem w odmęty wiary w siebie.
Chyba nie. Bo ta perwersyjność go wyprzedziła i ciągnęła się jeszcze
potem. Tak, te rzeczy długo, długo przychodzą i potem długo, długo
odchodzą.
* * *
Moje najstarsze dziecko, Bobbie. Poznałem ją, dopiero gdy skończyła
dziewiętnaście lat. Była już wtedy w Oksfordzie (studiowała historię).
- Tak, właśnie tak trzeba do tego podchodzić - powiedział mój kumpel
Salman (aha, przepraszam z góry za te poopuszczane nazwiska.
Przyzwyczaisz się. Musiałem. I zresztą to nie jest żadne opuszczanie.
Nie opuszczasz przecież nazwiska, kiedy w wieku pięciu lat mówisz na
kogoś "tato"). - Ich nie da się poznać, dopóki nie wyjadą do Oksfordu -
dodał.
Ładnie powiedziane, ale tak się tego nie robi, czego obaj byliśmy
świadomi. I często odczuwam żal, niekiedy nieprzyjemnie dojmujący, że
nie poznałem Bobbie, gdy była niemowlęciem, gdy raczkowała, gdy zaczęła
chodzić, gdy wyrosła na nastolatkę, gdy osiągała dojrzałość. Ale jest,
jak jest. Nie będzie tu wiele na jej temat: odegrała już swoją rolę w książce, którą napisałem po śmierci mojego ojca w 1995 roku, a teraz
dzieli ją ode mnie cały ocean...
Tak więc pomogłem wychować dwóch chłopców, pomogłem wychować dwie
dziewczynki. Znam się na chłopcach i znam się na dziewczynkach, mało
natomiast wiem o tym, jak to jest, gdy są z sobą przemieszani. W ostatnich latach Bobbie "sprezentowała" mi dwoje wnucząt: idealnego
chłopczyka i idealną dziewczynkę. Może więc jednak dowiem się czegoś -
za jednym zamachem, patrząc przez drugi koniec teleskopu.
Z drugiej strony sam dorastałem jako środkowe dziecko: miałem starszego
brata i młodszą siostrę. Nicolas jest starszy ode mnie o rok i dziesięć
dni (to mój irlandzki bliźniak4). Natomiast Myfanwy (wymawia
się Mywanłi), cztery lata ode mnie młodsza, zmarła w 2000 roku. Tamto
zdarzenie też długo przychodziło i długo odchodziło.
Słowo o moim nienaturalnym zainteresowaniu samobójstwem - o tym
przeciągającym się okresie, podczas którego nawiedzały mnie tak zwane
myśli samobójcze.
Oficjalnie zaczęło się to 12 września 2001 roku. Nie była to reakcja na
samobójcze zdarzenia z poprzedniego dnia (choć pewnie zrobiłem się nad
wyraz chłonny i podatny). Nie Usama Ibn Ladin mnie rzucił. Rzuciła mnie
była dziewczyna, niejaka Phoebe Phelps (która na pewno będzie się
domagała, by czym prędzej wpuścić ją do tego tekstu).
...Poeta Craig Raine powiedział o Eliasie Canettim (w związku z jego
najbardziej znaną książką Masa i władza), że myśli o ludzkich masach
"kłębią mu się w głowie jak oszalałe roje pszczół". (A tak przy okazji
wtrącę frapującą plotkę, że ponoć Canetti, Dichter noblista, był
kochankiem młodej Iris Murdoch - człowiek chcąc nie chcąc się
zastanawia, o czym też mogli rozmawiać przed zaśnięciem). Ja przez
Phoebe Phelps stale dostawałem kręćka - jakby wpuszczała mi pszczołę do
głowy. Albo i cały rój.
Nie uwierzysz, ale w przypadku mężczyzn ukończenie sześćdziesiątki
przynosi ogromną ulgę. Bo, po pierwsze, nareszcie nie jesteś już
mężczyzną po pięćdziesiątce. Na tle siedmiu dekad trzydziestka
konstytuuje księcia, pięćdziesiątka żebraka. Zakładałem, że po
sześćdziesiątce będzie w zasadzie tak jak po pięćdziesiątce, tylko o wiele, wiele gorzej, a tymczasem stwierdzam, że to przejście na wyższy
poziom jest nieoczekiwanie łagodne; właściwie to wyznam z zażenowaniem,
że szczęśliwszy byłem tylko w dzieciństwie. Owszem, trzeba się uporać z nieprzyjemną nową myślą, mianowicie: "Sześćdziesiąt... hmm. No nic z tego
dobrego nie będzie". Ale nawet ta myśl jest lepsza niż prawie wszystkie
myśli po pięćdziesiątce (czyli z epoki, do której będę jeszcze wracał. Z goryczą.).
Niedawno naszło mnie pytanie: "Jak ja się stąd wydostanę? No jak? Jakim
środkiem lokomocji?". Nie to, że mam aż taką ochotę odejść (nawet w samym szczycie myśli samobójczych ani przez chwilę nie miałem). Po
prostu czujesz, że wyjście się zbliża - bo cię ciągnie (by użyć
dostojnego wyrażenia pewnego amerykańskiego pisarza, którego poznamy tu
już wkrótce) w stronę "zakończenia własnej rzeczywistości".
A zbliża się z niedorzecznym pośpiechem. W istocie za każdym razem, gdy
otwierasz oczy i wstajesz z łóżka, czujesz się teraz jak jakiś tuman.
Zegar psychiczny (pisze się o tym) zdecydowanie przyspiesza... Jak już
przekroczyłem sześćdziesiątkę, dni moich urodzin zaczęły nastawać raz na
dwa lata, później raz na trzy lata. "Athlantic Monthly" stopniowo stawał
się dwutygodnikiem, a teraz jest tygodnikiem. Ostatnio również golę się
codziennie lub tak się czuję, jakbym się codziennie golił
(prawdopodobnie wcale tak nie jest). W "New York Timesie" felietony
Thomasa L. Friedmana pojawiały się kiedyś tylko w środy, ale teraz
Friedman pisze kolejny tekst raz na dobę (idąc za przykładem Gaila
Collinsa i Paula Krugmana), a w złe dni mam wrażenie, że zasiadam do
lektury tych autorów co czterdzieści pięć minut, przy niespiesznym
śniadaniu (owoce, płatki śniadaniowe, jajko na miękko).
Czujesz się jak przygłup i ofiara losu, bo jakimś sposobem jest tak,
jakbyś spiskował na rzecz własnego zgonu. Pewien poeta, który także
niebawem się tu pojawi, ujął to bardziej ponuro w Aubade (aubade -
wiersz albo utwór muzyczny na powitanie poranka):
Zanim brzegi zasłon blask rozpali,
Widzę tę, która zawsze tam jest tak naprawdę:
Niestrudzoną śmierć, teraz o cały dzień bliższą5.
Czas zaczął się upodabniać do uciekającego pociągu, który przemyka
niczym strzała przez kolejne stacje. Ale z kolei gdy wspinałem się na
drzewa, grałem w rugby i raz po raz bawiłem się z dziewczynami w klasy
na szkolnym boisku (tak nawiasem, wszystkie te trzy aktywności wydają mi
się teraz porażająco niebezpieczne) - uciekający pociąg wcale nie
poruszał się wolniej. Nabokov podaje nawet jego prędkość: 5000 uderzeń
serca na godzinę. Życie toczy się ku śmierci z prędkością 5000 us/h.
Zapewne wiesz, że taki podgatunek literatury istnieje - i zapewne nieraz
cię kusiło, by zainteresować się "życiopisaniem". Określenie obejmuje
wszystko, od Prousta po ogłoszenia osobiste, od Synów i kochanków po
reportaże z podróży, od Czy mój tyłek wygląda w tym grubo? po...
zamierzałem powiedzieć: po rubrykę astrologiczną Mistycznej Meg, ale
Mistyczna Meg zadała sobie przynajmniej ten trud, że wszystko zmyśliła.
W pewien sposób to wyzwanie mnie podnieca, ale kłopot z pisaniem o życiu
w wypadku powieściopisarza polega na tym, że życie posiada pewną cechę
czy też właściwość nie do końca sprzyjającą prozie. Jest bezkształtne,
nie zmierza do żadnego celu i nie skupia się na niczym. Nie jest też
spójne. Jest martwe pod względem artystycznym. Jest martwe.
To znaczy pod względem artystycznym. Bo oczywiście z punktu widzenia
przyziemnego realizmu i materializmu życie ma bystre oko, macha kitą i posiada to wszystko, co się o nim mówi. Ale ostatecznie się kończy,
podczas gdy sztuka trwa chociaż odrobinę dłużej.
Przejmujecie się Wielkim Pretendentem? Tym wodzirejem, który zajął
właśnie najdogodniejszą pozycję startową u republikanów? Republikanie
raz na kilka lat odczuwają potrzebę dowartościowania jakiegoś tłuka (być
może pamiętasz Hydraulika Joego?)6. Podoba im się, że ich
nowy czempion, geszefciarz dilujący befsztykami i podrabianymi
dyplomami, ma zero doświadczenia i kwalifikacji; jeżeli ów czempion
wygra, to zostanie przywódcą wolnego świata. Jeszcze do niedawna był to
co najwyżej stosunkowo niezły, niewybredny dowcipas. Obawiam się jednak,
że będziemy musieli zawiesić na nim zbolałe, zwilgotniałe oko nieco
dłużej.
Trumpa widziałem na żywo tylko raz, jakieś piętnaście lat temu; oboje z Eleną mieliśmy okazję bardzo dokładnie mu się przyjrzeć. Było to na
maleńkim lotnisku na Long Island. Szedł żółwim krokiem z samolotu do
samochodu (nie jego samolotu, tylko latającego wahadłowo na wyspę), a tuż za nim, w przyzwoitej odległości, podążały Miss USA i Miss Universe,
obie przepasane szarfami. Sprawiał wrażenie udręczonego i od dawna
cierpiącego; jego limuzyna czekała niedogodnie daleko, a równinny wiatr
urządzał sobie dzień na wyścigach w jego czuprynie.
* * *
Jak już mówiłem, wtedy w Urugwaju nie dałem rady napisać tej powieści,
ale chyba mogę napisać ją teraz - bo trzej odtwórcy głównych ról, trzej
pisarze (poeta, powieściopisarz i publicysta) już nie żyją. Poeta zmarł
w 1985 roku, powieściopisarz w 2005 roku, a publicysta w 2011 roku. Ten
ostatni był moim najserdeczniejszym i najstarszym przyjacielem, a także
rówieśnikiem. Niezależnie od tego, co ta śmierć ze mną zrobiła (a dużo
tego było), użyczyła mi tematu i oznaczała też, że Życie może sobie
zasłużyć na podtytuł. Było więcej miejsca do manewrowania, więcej
swobody, a proza to przecież swoboda. Życie było martwe. Życie jest
martwe - pod względem artystycznym. Inaczej niż Śmierć, która pod
względem artystycznym jest bardzo żywa.
Zaprowadzę cię do twojego pokoju. Czy raczej na twoje piętro. Ten dom
składał się kiedyś z oddzielnych mieszkań. Na każdym podeście są grube
drzwi z potężnym zamkiem i judaszem - oddzielają przestrzeń prywatną od
publicznej. My tutaj nazywamy twoje piętro Thugz Mansion7,
przez zet. Albo po prostu Thugz. Nazwa przyjęła się w czasach, gdy Nat i Gus wciąż jeszcze tu mieszkali. Jak chcesz, możesz ją zmienić, ale taki
właśnie widnieje napis pod dzwonkiem przy wejściu - Thugz. Dlatego w razie czego uprzedzaj gości.
Do stołu zasiądziemy za pół godziny, masz więc teraz chwilę, żeby się
odświeżyć, odpocząć, rozpakować albo po prostu zapoznać z otoczeniem.
Thugz składa się z sypialni, gabinetu, salonu i kuchni. Oraz dwóch
łazienek. Tak, dwóch. W Cambridge mieszkałem w domu z ośmioma
sypialniami i tylko jedną (ciasną) łazienką tuż nad kotłownią na
parterze. Ale to są przecież Stany Zjednoczone. Można by długo mówić o tym, jak tu jest w tym kraju, jak jest w Ameryce.
W zasadzie ten dom to babiniec: w porach posiłków dołączam do Eleny,
Elizy i Inez - często jest też z nimi Betty (teściowa) oraz Isabelita
(siostrzenica). Mój jedyny towarzysz i kumpel płci męskiej, mój jedyny
ziomal to Spats, który jest kotem.
A oto i on. Sam się przekonasz, że to porządny gość, choć mały. I wyjątkowo przystojny, zdaniem Eleny. Kiedy oskarżam ją o rozpieszczanie
Spatsa, odpowiada: "Jak jesteś przystojny, to cię rozpieszczają". Do
kwestii wyglądu jeszcze wrócimy: do tej ludzkiej sfery do głębi
tajemniczej i męczącej zarazem.
A oto nadchodzi... Zauważyłeś, jakie wyniosłe wydają się koty? Wyniosłe i samowystarczalne. Na tym polega główna różnica między psami i kotami.
Poza tym koty są milczące.
Ależ dziękuję ci bardzo, Spats!
Sprytnie zgrał to w czasie, nie uważasz? Tak, Spats, udało ci się. Nie
będzie za bardzo przeszkadzał. Jeśli zostaniesz tutaj, a my akurat
wyjedziemy i zacznie marudzić, że chce, by go wypuścić albo... pokażę ci,
gdzie trzymamy jego suchą karmę i puszki. Puszki o nazwie "Wymyślna
uczta". Pewnie spodoba ci się tak samo jak mnie, że sra w ogrodzie.
Spatsa niedługo już tu nie będzie. Przenosi się na emeryturę do
Hamptons, gdzie ma rodzinę. Elena też ma tam rodzinę - matkę, siostrę i (czasami) brata... Mam nadzieję, że nie uznasz pobytu tutaj za całkowicie
nieinspirujący. Będziemy odbywali nasze wspólne sesje i zawsze też
będziesz mile widziany przy stole, ale poza tym traktuj to miejsce
zgodnie z jego przeznaczeniem - jako blok mieszkalny, do którego masz
własne klucze.
Tak nawiasem, ta ostatnia wersja robocza będzie powstawała
nieprawdopodobnie długo - szacuję, że co najmniej dwa lata. Bo widzisz,
w odróżnieniu od wierszy, powieści można ulepszać nieograniczenie, a właściwie to nieskończenie. Nie da się ich kończyć; można jedynie
zostawić je za sobą... Tak więc na razie prawie każdego popołudnia przez
godzinę, może dwie będziemy odbywali "pogaduchy o książkach", by użyć tu
określenia Gore'a Vidala, dopóki nie przeniesiesz się do siebie. Wtedy
sam będziesz znikał na długo, ja też zresztą. Sporo możemy zrobić za
pośrednictwem poczty. Ale najpierw trzeba sprawdzić, jak nam idzie.
Ta książka opowiada o czyimś życiu, o moim życiu, dlatego nie będzie się
czytała jak powieść - bardziej jak zbiór powiązanych z sobą opowiastek z eseistycznymi dygresjami. Tak najbardziej to chciałbym, aby Opowieść
wtajemniczonego czytano z dyktowanych kaprysem doskoków, mnóstwo przy
tym omijając, by odkładano książkę i potem czytano powtórnie niektóre
miejsca - i oczywiście by robić sobie przerwy dla oddechu. Serce mi się
kraje, jak pomyślę o biednych specach, zawodowcach (redaktorach i recenzentach), którzy będą musieli przeczytać całość od deski do deski,
i to walcząc z czasem. Oczywiście sam też będę musiał to zrobić, jakoś w 2018 roku albo może w 2019 - sprawdzić po raz ostatni, zanim wcisnę
WYŚLIJ.
A na razie ciesz się Nowym Jorkiem. I jeszcze raz - witaj na Strong
Place!
Teraz napij się, a ja wezmę twoją torbę.
Żaden kłopot. Jest winda... Ależ nie chcę o niczym słyszeć - nie nada.
To dla mnie zaszczyt. Jesteś moim gościem. Jesteś moim czytelnikiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki