Czy znacie pana Rożka? Nie? To chyba niemożliwe. Albo po prostu jeszcze
nigdy tu nie zbłądziliście? Powiem wam, jak trafić.
Nasze osiedle leży na skraju miasta, pod samym lasem. Musicie przejechać
przez największy most i podążać dalej, wciąż prosto i prosto. Możecie
minąć wiadukt albo wysiąść i popatrzeć z góry na przejeżdżające pociągi.
Po jego drugiej stronie, tuż za torami kolejowymi, zaczyna się osiedle.
Poznacie je od razu.
Domy w mieście są tak ogromne, że słońce bawi się za nimi w chowanego, a na osiedlu to drzewa sięgają najwyżej. Miasto jest szare, osiedle zaś
zielone. W mieście łatwo się zgubić, osiedle to tylko kilkanaście
wąskich uliczek. Tam jest głośno, bo samochody, autobusy i tramwaje
terkocą i trąbią. Tu słychać śpiew ptaków, aut zobaczycie niewiele.
Prawie wszystkie spieszą się rano do pracy w mieście, a wracają dopiero
wieczorem bardzo zmęczone i senne. Dlatego na osiedlu możecie spacerować
nawet po jezdni. Oczywiście jeśli zachowacie ostrożność.
Z pewnością zauważycie, że samochody nie robią u nas takiego zamieszania
jak w mieście. Jadą cicho, wolno, jakby nie chciały opuścić wąskich
zielonych uliczek, lubiły rozglądać się na boki i oczekiwały, że ktoś je
zatrzyma.
Jeśli wpadniecie tu kiedyś, wybierzcie się na spacer. Gdy dotrzecie do
placyku zabaw, być może usłyszycie coś niespotykanego w mieście -
radosną melodię, która popłynie ulicą:
- Ta, ta, ta, ta, ta, ta, ta...
Tuż za nią, nieco ospale, będzie wolno sunąć żółta furgonetka z wymalowanym na budce ogromnym lodowym rożkiem.
Któż z was nie westchnie wtedy cicho:
- O, gdyby lody mogły być tak duże! Jadłoby się je i jadło aż do samej
kolacji!
Nim zdążycie policzyć do trzech, samochód się zatrzyma, a uśmiechnięty
kierowca w żółtym fartuchu spojrzy pytająco. Nie zastanawiajcie się
wtedy, czy macie ochotę na bananowe, czekoladowe, śmietankowe czy kiwi.
Bez względu na to, jakie lubicie najbardziej, musicie koniecznie
powiedzieć:
- Poproszę o smaku baśni!
Jeśli o tym zapomnicie, dostaniecie zwyczajnego rożka: słodkiego lub
kwaskowego, posypanego orzechami albo polanego czekoladą, a sprzedawca,
wydając wam resztę, powie po prostu: "Smacznego!".
Jeśli jednak poprosicie o lody o smaku baśni, nim się spostrzeżecie,
sprzedawca przestanie być zwyczajnym lodziarzem. Na jego głowie pojawi
się nagle czarny cylinder, na ramionach peleryna, a w oczach rozbłysną
gwiazdy. Bo pan Rożek najbardziej na świecie lubi sprzedawać baśnie.
Wycieczka pierwsza
Prawdopodobnie była to jakaś wiosenna sobota. Maciek lubił soboty, bo
jeśli tylko pogoda dopisywała, chodził z tatą na boisko. Miał co prawda
dopiero pięć lat, ale już świetnie strzelał gole i tacie rzadko kiedy
udawało się obronić karnego. Napawało to Maćka dumą.
Dlatego teraz tak się śpieszył, przełykał po dwa kęsy naraz. Chciał jak
najszybciej pobiec do sypialni i przypomnieć tacie, że świeci słońce,
jest sobota i nic nie stoi na przeszkodzie, aby zaraz pójść do parku na
ich ulubioną łączkę.
Zdziwił się bardzo, kiedy zobaczył, że tata właśnie kończy się golić!
- Co tam, smyku? - powiedział radośnie.
- Pakować nasze rzeczy? - zapytał Maciek.
Tata jednak pokręcił głową.
- Nie, jedziemy dziś razem z mamą na wycieczkę za miasto!
Maciek kochał mamę, ale sobotnie ranki najbardziej lubił spędzać sam na
sam z tatą. Dlatego nie potrafił ukryć rozczarowania.
- Ejże! - Tata od razu odgadł powód smutku syna. - Zobaczysz, będzie
przyjemnie! Spędzimy ze sobą trochę czasu i... Nie obiecuję, ale, kto wie,
może przeżyjemy jakąś przygodę?
- Jaką? - zapytał naburmuszony Maciek. Uwielbiał przygody, jednak
zupełnie nie kojarzyły mu się z obecnością mamy.
- Nie wiem, niczego nie obiecuję. Wszystko sprawdzimy razem, zgoda?
Maciek nie zdążył zapytać, co znaczy owo wszystko, bo do łazienki weszła
mama.
- Gotowi?
Ona jak zwykle była już gotowa.
- Dokąd właściwie jedziemy? - chciał wiedzieć Maciek, ale mama tylko
spojrzała na tatę, a on lekko pokręcił głową.
- Jedziemy obejrzeć osiedle - wyjaśnił, jakby to miało być coś niezwykle
ekscytującego.
Rozczarowany Maciek westchnął.
"Dobrze przynajmniej, że nie na zakupy!" - pomyślał, ponieważ zakupów
nie cierpiał nawet bardziej niż szpinaku.
Kiedy szli na parking, starał się zapomnieć o rozczarowaniu. Miał
nadzieję, że tata mu je zrekompensuje jakimś popołudniowym spacerem lub
meczem.
Podróż trwała dość długo. Minęli rzekę i domy zaczęły robić się coraz
niższe, jakby miasto rosło tylko w centrum. Potem Maciek zauważył
wiadukt. Jeden pociąg zagłębił się w jego wnętrzu, a drugi się z niego
wysunął. Kiedy zjechali z wiaduktu, tata skręcił w pierwszą wąską
uliczkę i zawołał radośnie:
- Jesteśmy na miejscu!
Wysiedli.
"Dziwnie tu - pomyślał Maciek. - Takie niskie domy... I puste ulice".
- Podoba ci się? - zapytał tata, a Maciek tylko przez grzeczność nie
zaprzeczył.
Co miało mu się tu podobać? Mama za to zachwycała się wszystkim.
- Słyszycie? Ptaki śpiewają! Czujecie zapach lasu? Zobaczcie, tam, w ogródku, kwitną tulipany!
- Po co tu przyjechaliśmy? - wyjęczał Maciek.
- Spójrz, synku, widzisz to miejsce? - zapytał tata jakoś tak poważnie.
Maciek popatrzył we wskazanym kierunku, ale niczego szczególnego nie
zauważył. Trochę trawy, jakieś drzewo, parę krzaków. Podniósł wzrok na
tatę, który jednym ramieniem przyciągnął go do siebie, a drugą ręką
obejmował mamę.
- Chcemy tu wybudować dom - powiedział uroczyście.
Maciek nie zrozumiał.
- Przecież mamy dom! W mieście. Nie chcę mieszkać na wsi! - krzyknął
rozpaczliwie. - Tam mam kolegów i boisko, i mój pokój! - Wyślizgnął się
z objęć taty i skrzyżował ręce na piersi. Odwrócił się od miejsca, na
które rodzice wciąż patrzyli prawie z czułością.
Niemal w tej samej chwili usłyszeli jakiś dziwny dźwięk:
"Tra, ta, ta, ta, ta, ta, ta...".
"Ktoś gra na trąbce?" - pomyślał Maciek.
Dźwięk znów zabrzmiał, ale chłopiec wciąż nie wiedział, jakie jest
źródło melodii. I chociaż zaraz potem spostrzegł żółtą furgonetkę z ogromnym wymalowanym lodowym rożkiem, nie chciało mu się wierzyć, że
właśnie z niej dobiega ta muzyka.
Rodzice również zauważyli samochód, który zatrzymał się nieopodal, i wysokiego, tęgiego pana w żółtym fartuchu.
- Dzień dobry! - Uśmiechnął się na powitanie. - Jestem pan Rożek, może
macie ochotę na lody?
Podobnej propozycji nie trzeba było Maćkowi dwa razy powtarzać. Spojrzał
błagalnie na mamę, a ona pokiwała głową. Podeszła do auta. Pan Rożek
właśnie otwierał drzwiczki do chłodni, na których wymalowano lody we
wszystkich smakach, jakie tylko moglibyście sobie wymarzyć.
- Coś się stało, kawalerze? - zagadnął Maćka pan Rożek. - Widzę, że nie
masz humoru.
Maciek milczał. Pan Rożek dobrze odgadł jego nastrój, a on nie chciał
kłamać.
- Proszę, oto twój lód. Ma smak baśni, jedyny, jaki może pokonać zły
nastrój. - Sprzedawca podał mu kolorowe opakowanie,
Maciek nigdy jeszcze nie próbował niczego o takim smaku. Odwinął powoli
papierek, ale nim zdążył dotknąć łakocia językiem, mężczyzna zamknął
drzwiczki i patrząc gdzieś w dal, powiedział:
- W twoim lodzie jest zamrożona baśń o Piotrusiu. Chcesz posłuchać?