Opowieści pana Rożka - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Kup ebooka

19.90 zł
16.52 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czy zna­cie pana Rożka? Nie? To chyba nie­moż­liwe. Albo po pro­stu jesz­cze ni­gdy tu nie zbłą­dzi­li­ście? Powiem wam, jak tra­fić.

Nasze osie­dle leży na skraju mia­sta, pod samym lasem. Musi­cie prze­je­chać przez naj­więk­szy most i podą­żać dalej, wciąż pro­sto i pro­sto. Może­cie minąć wia­dukt albo wysiąść i popa­trzeć z góry na prze­jeż­dża­jące pociągi. Po jego dru­giej stro­nie, tuż za torami kole­jo­wymi, zaczyna się osie­dle.

Pozna­cie je od razu.

Domy w mie­ście są tak ogromne, że słońce bawi się za nimi w cho­wa­nego, a na osie­dlu to drzewa się­gają naj­wy­żej. Mia­sto jest szare, osie­dle zaś zie­lone. W mie­ście łatwo się zgu­bić, osie­dle to tylko kil­ka­na­ście wąskich uli­czek. Tam jest gło­śno, bo samo­chody, auto­busy i tram­waje ter­kocą i trą­bią. Tu sły­chać śpiew pta­ków, aut zoba­czy­cie nie­wiele. Pra­wie wszyst­kie spie­szą się rano do pracy w mie­ście, a wra­cają dopiero wie­czo­rem bar­dzo zmę­czone i senne. Dla­tego na osie­dlu może­cie spa­ce­ro­wać nawet po jezdni. Oczy­wi­ście jeśli zacho­wa­cie ostroż­ność.

Z pew­no­ścią zauwa­ży­cie, że samo­chody nie robią u nas takiego zamie­sza­nia jak w mie­ście. Jadą cicho, wolno, jakby nie chciały opu­ścić wąskich zie­lo­nych uli­czek, lubiły roz­glą­dać się na boki i ocze­ki­wały, że ktoś je zatrzyma.

Jeśli wpad­nie­cie tu kie­dyś, wybierz­cie się na spa­cer. Gdy dotrze­cie do pla­cyku zabaw, być może usły­szy­cie coś nie­spo­ty­ka­nego w mie­ście - rado­sną melo­dię, która popły­nie ulicą:

- Ta, ta, ta, ta, ta, ta, ta...

Tuż za nią, nieco ospale, będzie wolno sunąć żółta fur­go­netka z wyma­lo­wa­nym na budce ogrom­nym lodo­wym roż­kiem.

Któż z was nie wes­tchnie wtedy cicho:

- O, gdyby lody mogły być tak duże! Jadłoby się je i jadło aż do samej kola­cji!

Nim zdą­ży­cie poli­czyć do trzech, samo­chód się zatrzyma, a uśmiech­nięty kie­rowca w żół­tym far­tu­chu spoj­rzy pyta­jąco. Nie zasta­na­wiaj­cie się wtedy, czy macie ochotę na bana­nowe, cze­ko­la­dowe, śmie­tan­kowe czy kiwi. Bez względu na to, jakie lubi­cie naj­bar­dziej, musi­cie koniecz­nie powie­dzieć:

- Popro­szę o smaku baśni!

Jeśli o tym zapo­mni­cie, dosta­nie­cie zwy­czaj­nego rożka: słod­kiego lub kwa­sko­wego, posy­pa­nego orze­chami albo pola­nego cze­ko­ladą, a sprze­dawca, wyda­jąc wam resztę, powie po pro­stu: "Smacz­nego!".

Jeśli jed­nak popro­si­cie o lody o smaku baśni, nim się spo­strze­że­cie, sprze­dawca prze­sta­nie być zwy­czaj­nym lodzia­rzem. Na jego gło­wie pojawi się nagle czarny cylin­der, na ramio­nach pele­ryna, a w oczach roz­bły­sną gwiazdy. Bo pan Rożek naj­bar­dziej na świe­cie lubi sprze­da­wać baśnie.

Wycieczka pierwsza

Praw­do­po­dob­nie była to jakaś wio­senna sobota. Maciek lubił soboty, bo jeśli tylko pogoda dopi­sy­wała, cho­dził z tatą na boisko. Miał co prawda dopiero pięć lat, ale już świet­nie strze­lał gole i tacie rzadko kiedy uda­wało się obro­nić kar­nego. Napa­wało to Maćka dumą.

Dla­tego teraz tak się śpie­szył, prze­ły­kał po dwa kęsy naraz. Chciał jak naj­szyb­ciej pobiec do sypialni i przy­po­mnieć tacie, że świeci słońce, jest sobota i nic nie stoi na prze­szko­dzie, aby zaraz pójść do parku na ich ulu­bioną łączkę.

Zdzi­wił się bar­dzo, kiedy zoba­czył, że tata wła­śnie koń­czy się golić!

- Co tam, smyku? - powie­dział rado­śnie.

- Pako­wać nasze rze­czy? - zapy­tał Maciek.

Tata jed­nak pokrę­cił głową.

- Nie, jedziemy dziś razem z mamą na wycieczkę za mia­sto!

Maciek kochał mamę, ale sobot­nie ranki naj­bar­dziej lubił spę­dzać sam na sam z tatą. Dla­tego nie potra­fił ukryć roz­cza­ro­wa­nia.

- Ejże! - Tata od razu odgadł powód smutku syna. - Zoba­czysz, będzie przy­jem­nie! Spę­dzimy ze sobą tro­chę czasu i... Nie obie­cuję, ale, kto wie, może prze­ży­jemy jakąś przy­godę?

- Jaką? - zapy­tał nabur­mu­szony Maciek. Uwiel­biał przy­gody, jed­nak zupeł­nie nie koja­rzyły mu się z obec­no­ścią mamy.

- Nie wiem, niczego nie obie­cuję. Wszystko spraw­dzimy razem, zgoda?

Maciek nie zdą­żył zapy­tać, co zna­czy owo wszystko, bo do łazienki weszła mama.

- Gotowi?

Ona jak zwy­kle była już gotowa.

- Dokąd wła­ści­wie jedziemy? - chciał wie­dzieć Maciek, ale mama tylko spoj­rzała na tatę, a on lekko pokrę­cił głową.

- Jedziemy obej­rzeć osie­dle - wyja­śnił, jakby to miało być coś nie­zwy­kle eks­cy­tu­ją­cego.

Roz­cza­ro­wany Maciek wes­tchnął.

"Dobrze przy­naj­mniej, że nie na zakupy!" - pomy­ślał, ponie­waż zaku­pów nie cier­piał nawet bar­dziej niż szpi­naku.

Kiedy szli na par­king, sta­rał się zapo­mnieć o roz­cza­ro­wa­niu. Miał nadzieję, że tata mu je zre­kom­pen­suje jakimś popo­łu­dnio­wym spa­ce­rem lub meczem.

Podróż trwała dość długo. Minęli rzekę i domy zaczęły robić się coraz niż­sze, jakby mia­sto rosło tylko w cen­trum. Potem Maciek zauwa­żył wia­dukt. Jeden pociąg zagłę­bił się w jego wnę­trzu, a drugi się z niego wysu­nął. Kiedy zje­chali z wia­duktu, tata skrę­cił w pierw­szą wąską uliczkę i zawo­łał rado­śnie:

- Jeste­śmy na miej­scu!

Wysie­dli.

"Dziw­nie tu - pomy­ślał Maciek. - Takie niskie domy... I puste ulice".

- Podoba ci się? - zapy­tał tata, a Maciek tylko przez grzecz­ność nie zaprze­czył.

Co miało mu się tu podo­bać? Mama za to zachwy­cała się wszyst­kim.

- Sły­szy­cie? Ptaki śpie­wają! Czu­je­cie zapach lasu? Zobacz­cie, tam, w ogródku, kwitną tuli­pany!

- Po co tu przy­je­cha­li­śmy? - wyję­czał Maciek.

- Spójrz, synku, widzisz to miej­sce? - zapy­tał tata jakoś tak poważ­nie.

Maciek popa­trzył we wska­za­nym kie­runku, ale niczego szcze­gól­nego nie zauwa­żył. Tro­chę trawy, jakieś drzewo, parę krza­ków. Pod­niósł wzrok na tatę, który jed­nym ramie­niem przy­cią­gnął go do sie­bie, a drugą ręką obej­mo­wał mamę.

- Chcemy tu wybu­do­wać dom - powie­dział uro­czy­ście.

Maciek nie zro­zu­miał.

- Prze­cież mamy dom! W mie­ście. Nie chcę miesz­kać na wsi! - krzyk­nął roz­pacz­li­wie. - Tam mam kole­gów i boisko, i mój pokój! - Wyśli­zgnął się z objęć taty i skrzy­żo­wał ręce na piersi. Odwró­cił się od miej­sca, na które rodzice wciąż patrzyli pra­wie z czu­ło­ścią.

Nie­mal w tej samej chwili usły­szeli jakiś dziwny dźwięk:

"Tra, ta, ta, ta, ta, ta, ta...".

"Ktoś gra na trąbce?" - pomy­ślał Maciek.

Dźwięk znów zabrzmiał, ale chło­piec wciąż nie wie­dział, jakie jest źró­dło melo­dii. I cho­ciaż zaraz potem spo­strzegł żółtą fur­go­netkę z ogrom­nym wyma­lo­wa­nym lodo­wym roż­kiem, nie chciało mu się wie­rzyć, że wła­śnie z niej dobiega ta muzyka.

Rodzice rów­nież zauwa­żyli samo­chód, który zatrzy­mał się nie­opo­dal, i wyso­kiego, tęgiego pana w żół­tym far­tu­chu.

- Dzień dobry! - Uśmiech­nął się na powi­ta­nie. - Jestem pan Rożek, może macie ochotę na lody?

Podob­nej pro­po­zy­cji nie trzeba było Mać­kowi dwa razy powta­rzać. Spoj­rzał bła­gal­nie na mamę, a ona poki­wała głową. Pode­szła do auta. Pan Rożek wła­śnie otwie­rał drzwiczki do chłodni, na któ­rych wyma­lo­wano lody we wszyst­kich sma­kach, jakie tylko mogli­by­ście sobie wyma­rzyć.

- Coś się stało, kawa­le­rze? - zagad­nął Maćka pan Rożek. - Widzę, że nie masz humoru.

Maciek mil­czał. Pan Rożek dobrze odgadł jego nastrój, a on nie chciał kła­mać.

- Pro­szę, oto twój lód. Ma smak baśni, jedyny, jaki może poko­nać zły nastrój. - Sprze­dawca podał mu kolo­rowe opa­ko­wa­nie,

Maciek ni­gdy jesz­cze nie pró­bo­wał niczego o takim smaku. Odwi­nął powoli papie­rek, ale nim zdą­żył dotknąć łako­cia języ­kiem, męż­czy­zna zamknął drzwiczki i patrząc gdzieś w dal, powie­dział:

- W twoim lodzie jest zamro­żona baśń o Pio­tru­siu. Chcesz posłu­chać?