Opowieści starych drzew Popioły na rozstajach - Agnieszka Osikowicz-Chwaja

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Śmierć nadchodziła przystrojona w tandetne szaty jarmarcznego widowiska. Mimo zamkniętych okien hałas z rynku docierał do pokoju na piętrze ratusza; podobnie jak strach i żądza krwi przesączające się przez szczeliny lepką, niewidoczną mgłą. Kapitan Asger Sidort nie potrafił oderwać wzroku od ludzi, związanych i przemocą usadzonych tyłem do ustawionych na prowizorycznym podwyższeniu drewnianych pali. Ręce mieli skrępowane za plecami, a szyje unieruchomione w metalowych obręczach przytwierdzonych do drągów, sterczących z podestu niczym martwe drzewa. Kolejne ofiary coraz żarłoczniejszego powstania. Spojrzeniem obejmował też podekscytowany zbliżającym się pokazem przemocy tłum, skupiony wokół podestu. Kapitan pokręcił głową, próbując rozluźnić napięte mięśnie karku i ramion. Na próżno - zbiły się w twarde sploty już chyba na stałe.

Znał wielu z tych ludzi, i z tych na otoczonym kordonem żołnierzy rebelianckiej armii podwyższeniu, i z tych niżej, podnieconych nadciągającą rzezią. Wśród pierwszych widział swoją rodzinę, daleką, bo bliskiej już nie miał, jakąś kuzynkę drugiego czy trzeciego stopnia, jej ojca lub wujka, kilku pociotków, których twarze kojarzył, nie bardzo pamiętając skąd. Widział tam też znajomych rodziny, przyjaciół ojca, jego interesantów lub przeciwników, zbyt słabych, by lata temu otwarcie okazywać swą wrogość; bo przecież tu, na północy, nie było nikogo potężniejszego od Eriga Sidorta. Kiedyś. 

Asger pamiętał ich jak przez gęstą mgłę, jednak był przekonany, że oni poznaliby go, odszczepieńca i zdrajcę, w mgnieniu oka. Odsunął się pół kroku od okna, niepotrzebnie, bo nikt z nich nie miał ochoty rozglądać się i zadzierać głowy. Siedzieli bokiem do ratusza, w dwóch rzędach, z metalowymi obręczami na szyjach.

Dwunastu mężczyzn, siedem kobiet i dwóch chłopców, których z jakiegoś powodu uznano za wystarczająco dorosłych. Jeszcze dziesięć dni temu stanowili urzędniczą oraz finansową elitę Bianki, portowego miasta położonego nad wiecznie zimnym Morzem Siwym. Dzisiaj mieli umrzeć, wśród wyzwisk, śmiechu oraz ciskanych w nich przedmiotów. Jeden z wyrzuconych z tłumu kamieni dosięgnął głowy skrępowanego chłopca, który wyprężył się i konwulsyjnie zadygotał w potrzasku. Siedząca obok niego kobieta, na pewno matka, zawyła przeraźliwie, jakby istotna była różnica, czy syn umrze teraz, czy za kwadrans. Jeden z żołnierzy wspiął się na podest, podszedł do niej, uciszył ciosem w brzuch. Tłum zareagował radosnym rechotem.

Asger objął wzrokiem hałaśliwą większość. Żołnierze w czarnych, szarych, jasnoniebieskich, z rzadka lazurowych wojskowych kurtkach, lub tylko w koszulach, bo przecież lato, chociaż nadchodziło tu późno, to jednak nadeszło. Zacisnął wargi i zmarszczył brwi, gdy w podekscytowanym tłumie ujrzał też swoich ludzi. Nie więcej niż dziesięcioro, jednak i tak traktował to jako osobistą porażkę i celnie wymierzony policzek. Muskat Tihani, Lena Oliana, Kris Mooren i kilku innych. Próbował przez chwilę się okłamywać: przyszli tu, nie wiedząc, co zastaną, bo co robić, będąc uwięzionym w podbitym - chociaż woleli używać określenia - odbitym, przestraszonym mieście? Szybko dał sobie spokój z usprawiedliwieniami: radosna gorączka w oczach podwładnych nie pozwalała się łudzić, podobnie jak wykrzykiwane przez nich przekleństwa i ciskane w kierunku skazańców kamienie. Przyszli, bo chcieli zobaczyć krew, upodlenie i śmierć pokonanych wrogów, a on nie powinien się temu ani dziwić, ani przeciwstawiać. W końcu wciąż trwała wojna.

Krwi nie będzie, oprócz tej od ciosów kamieniami i odłamkami cegieł. Duszenie jest bezkrwawe, lecz pozbawia godności. Wybałuszone oczy, charkot, wywalone języki, mimowolne wydalanie moczu i kału, może i wyraźna erekcja: to wszystko sprawi, że widzowie powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Śruba, przymocowana do pala na wysokości obręczy, wbijając się w ciało miała po dłuższej lub krótszej chwili duszenia przerwać rdzeń kręgowy i zakończyć życie skazańca, mogła więc wydawać się narzędziem łaski. Ale właśnie - chwili dłuższej lub krótszej. Wprawny kat, pobudzony wrzaskiem publiczności, potrafił przykręcać ją na tyle wolno, by stała się narzędziem wyrafinowanej wręcz tortury.

Asger dotknął dłonią szyi, bo nagle poczuł, że sam ma problemy z oddychaniem, i odwrócił się w stronę drzwi. Zasalutował wchodzącemu pułkownikowi Elifowi, uderzając pięścią w pierś. Mikel Elif spojrzał na niego spode łba.

- I po co się tam gapisz? - mruknął, chociaż Asger właśnie przestał się gapić.

Pułkownik stanął obok młodszego oficera, oparł dłonie na parapecie i zapatrzył się na rynek. Po chwili wahania Asger ponownie wyjrzał przez okno.

Od południowej pierzei rynku nadciągała wojskowo-religijna procesja. Na czele szli głosiciele Horeny: mężczyźni w prostych lnianych koszulach i spodniach, kobiety w długich białych sukniach, zapinanych wysoko pod szyją. Byli pewni siebie i głoszonej prawdy. Jeszcze kilka miesięcy temu nie rzucali się w oczy, przemykali dyskretnie, pojawiając się tylko tam, gdzie ich oczekiwano. Kręcili się wśród rebeliantów zawsze, tak samo jak kapłani każdego innego z licznych na nowo przypominanych sobie bogów. Wiosną, wraz ze zmianą na stanowisku naczelnego dowódcy, stali się odważniejsi i bardziej natrętni. Generał Lorik Manharin, najwierniejszy z wiernych wyznawców Horeny, zastąpił zmarłego na płuca Hortiga Kansina i objął dowództwo nad całą powstańczą armią. To dodało czcicielom ponurej bogini animuszu i pozbawiło ich subtelności.

Kapitan wśród białych postaci spostrzegł Naim Kyos, przypisaną jego kompanii głosicielkę, wysoką, potężnie zbudowaną kobietę, do której luźna i skromna suknia w ogóle nie pasowała. Skrzywił się. Trzecia kompania nie była wyjątkiem, bo tydzień temu, kilka dni po pojawieniu się w Biance generała Manharina wraz z najważniejszymi głosicielami, każdemu oddziałowi przydzielono kapłana lub kapłankę, których jak na ironię nazwano sługami. Kyos nie mówiła dużo, patrzyła spode łba i trzymała się raczej na uboczu, a co wieczór z niewzruszonym uporem odprawiała nabożeństwa dla nielicznych chętnych. Niby się nie narzucała, lecz sama jej obecność uwierała. Asger jej nie chciał, nie zaakceptował, nie miał nad nią żadnej władzy. Odpowiadała wyłącznie przed swoimi zwierzchnikami, wyżej postawionymi kapłanami, a przede wszystkim przed Najbliższym, Salem Dohalinem, łysawym mężczyzną kroczącym na czele dzisiejszej procesji, z dwoma wysokimi młodzieńcami bo bokach.

Wśród głosicieli panowała ścisła hierarcha, chociaż Asger miał czasem wrażenie, że tworzy się ją naprędce i nieco bez pomyślunku. Na czele stał Najbliższy, co miało oznaczać, że ze wszystkich ludzi najbliżej mu do Horeny. Po nim byli Pierwszy, Drugi, Trzeci, Czwarty i Piąty albo ich żeńskie odpowiedniki, oczywiście w kolejności do bogini. Taki brak inwencji pasował do nich idealnie. Głosicieli przydzielonych oddziałom wojskowym nazwano sługami, a tych, którzy sprawowali religijną władzę w odbijanych miastach - krzewicielami.

Lorik Manharin szedł za głosicielami, w towarzystwie odzianych na ciemnozielono oficerów piechoty. Był drobny i mimo wyprostowanej, wojskowej postawy, wyraźnie niższy od większości otaczających go ludzi. Nie sposób było go jednak nie zauważyć - jego włosy płonęły ogniem, bardziej jaskrawym nawet od marchewkowej czupryny zastępcy Asgera, porucznika Kerka Tora.

Na samym końcu szedł generał Bargul Noredana ze swymi przybocznymi, w mundurach w kolorze zamglonego nieba. Noredana jako jedyny patrzył w górę, prosto w okno kwatery pułkownika. Asger na chwilę przestał oddychać i z trudem zdusił chęć skrycia się w głębi pokoju.

- Pamiętasz, że on nie ma nad tobą władzy? - zapytał Elif.

"Formalnej władzy", powinien dodać. Uświadomił to kapitanowi wieczorem, tygodnie temu, jeszcze tego samego dnia, gdy Sidort wrócił z Eltingi, gdzie miał rekrutować żołnierzy w obozie jenieckim. Noredana wtargnął wówczas do kwatery pułkownika i śmiertelnie przeraził Asgera, który pojawił się w niej, by złożyć raport. Młodego oficera, sparaliżowanego ze strachu, musiał wyprowadzić sierżant Hadar. Elif zastał go później w jego namiocie, omdlałego z bólu, obok dogasającego paleniska, z wciąż rozżarzonym nożem w dłoni. W powietrzu unosił się jeszcze lekko wyczuwalny swąd spalenizny, a na obnażonym obojczyku kapitana błyszczała świeża rana, głębokie oparzenie, częściowo maskujące wypalone lata temu litery. Pułkownik poprzeklinał pod nosem na histerię i głupotę Asgera, przeniósł go na posłanie i z zadziwiającą delikatnością zajął się raną. Gdy kapitanowi wróciła przytomność, Elif wyjaśnił mu, że nowe oddziały, zebrane z przechodzących na stronę rebelii zwolenników regenta, mają własną hierarchię, niezależną od pierwotnego trzonu armii. Innymi słowy: generał Bargul Noredana nie mógł wydawać rozkazów kapitanowi Asgerowi Sidortowi.

Tak, Asger doskonale o tym pamiętał. Tylko co z tego, skoro każde spojrzenie Noredany, każdy jego uśmieszek, każde słowo sprawiały, że tracił zdolność oddychania, a świat wokół pokrywał się czarnym osadem.

- Niedługo wyjedzie - mówił dalej pułkownik. - Czekają na niego w stolicy. Wytrzymaj jeszcze trochę.

Głosiciele i oficerowie dotarli pod podwyższenie, przepuszczeni przez nagle ucichły tłum, i usiedli na krzesłach, ustawionych dla nich wcześniej w trzech rzędach. Kilka z nich pozostało pustych i Asger był niemal pewien, że na twarzy generała Manharina dostrzegł grymas niezadowolenia.

- Nie powinno tam pana być? - spytał Elifa.

Pułkownik oderwał dłonie od parapetu, skrzyżował ramiona na piersi.

- A ciebie?

Kapitan zerknął na niego zdziwiony.

- Przecież...

- Więc nie zadawaj głupich pytań i ciesz się, że masz wymówkę.

- Jestem tylko kapitanem.

- O interesującym nazwisku. Zapewniam cię, Sidort, że jeśli rozglądają się za którymś z brakujących oficerów, to nie za mną. Nie tylko za mną - poprawił się. - Krzesła może dla ciebie nie przewidzieli, ale eksponowane miejsce stojące na pewno. Nie moją reakcję chcieliby poobserwować. Znasz ich? - Wskazał podbródkiem skazańców.

- Niektórych kojarzę.

- No właśnie.

- Nie będzie miał pan kłopotów?

- Och, daj spokój. Myślisz, że mają czas i ochotę na rozliczanie jednego z pułkowników za nieobecność podczas kolejnej egzekucji? Jeszcze się napatrzę. Ty też.

Asger pomyślał, że i tak stoją przy oknie, nie wiadomo z jakiego powodu. I tak patrzą na upokorzonych skazańców, więc równie dobrze mogliby to robić z przewidzianych dla nich miejsc, tam, wśród podnieconej hałastry i jakoby sprawiedliwych sędziów. Pomyślał też, ze wzruszeniem, czym sam siebie zaskoczył, że nikt nie chroni jego skóry równie skutecznie co wiecznie zirytowany niesfornym podwładnym pułkownik. Nic jednak nie powiedział, bo, po pierwsze, nie wiedziałby co, a po drugie, na rynku zaczął przemawiać Lorik Manharin:

- Administracja i wojsko zdegenerowanej monarchii są w równym stopniu winne popełnianych na mieszkańcach Sahinry zbrodni. Członkowie elity finansowej, swoimi majątkami wspierający rządy zbrodniarzy, są takimi samymi kanaliami co wyrzynający sahinryjskie dzieci, kobiety i mężczyzn oprawcy, zwani żołnierzami regenta. Wszyscy zasługują na śmierć, ponieważ zło przeżarło ich dusze i nie ma dla nich powrotu. Musimy oczyścić nasz kraj, inaczej świeże rany Sahinry zaczną ponownie gnić i nasze ofiary pójdą na zmarnowanie. Niektórzy z was mogą wzdragać się na widok egzekucji przeprowadzanej na cywilach, jednak musicie zrozumieć: nie ma innego wyjścia.

Asger omiótł wzrokiem zgromadzony na placu tłum. Nie dostrzegł nikogo, kto sprawiałby wrażenie, że egzekucja cywili mogłaby mu albo jej przeszkadzać. Czekano na nią z niecierpliwością.

Manharin kontynuował:

- Zawsze, gdy okaże się to możliwe, nawet naszym wrogom okażemy łaskę. Wszystkim, których nie będziemy musieli wyeliminować. W przeciwieństwie do sługusów reżimu nie jesteśmy krwiożerczymi bestiami. Ludzie błądzą. Ludzie, którzy na własne życzenie pozbawili się boskich drogowskazów, błądzą po trzykroć. Naszym zadaniem, z pomocą Horeny, będzie wskazanie im właściwej drogi i wyplenienie zła z ich trzewi. Pokażemy im prawdę i pozwolimy na odkupienie win. Są jednak tacy, dla których jest za późno. Ich musimy zlikwidować, w samoobronie i dla dobra całego kraju. Są źródłem zarazy, jej katalizatorem oraz ścieżkami przepływu. Tym są właśnie ci - wskazał do tyłu, na podwyższenie - których dziś wyrwiemy z tkanki Sahinry! Weszli w nią głęboko i w swym zadufaniu uznali, że są nie do ruszenia. Dziś pokażemy im, jak bardzo się mylili. Pasożyty należy tępić z całą bezwzględnością, bo pasożyty mają jedno zadanie: tuczyć się, wysysając energię z żywiciela. Nie możemy tolerować zła, absolutnego, perfidnego, zdradliwego zła. Nie możemy ratować tych do cna samolubnych łotrów, zachłannych ciemiężycieli i okrutników, po trupach ludu Sahinry dążących do majątku i władzy. Bezwstydnych bezbożników, stawiających się ponad boskim prawem. Pasożyty! - wypluł ostatnie słowo z odrazą.

Pułkownik Elif sapnął i z niedowierzaniem pokręcił głową. Asgerowi zrobiło się zimno i przestał słuchać. Błądził wzrokiem po zgromadzonych na rynku ludziach. Wielu z nich nie interesowały słowa generała, chociaż od czasu do czasu niemal wszyscy nagradzali je krótkimi wybuchami zgiełku. Czekali na egzekucję, po to tu przyszli, nie po wzniosłą przemowę. Żołnierze, kapłani, wyparci na obrzeża placu obywatele Bianki, którzy utracili panowanie nad miastem na rzecz armii - czekali na cudzą śmierć.

Do Bianki dotarły dziesiątki tysięcy wojskowych i nie wszystkich udało się zakwaterować w mieście, mimo że właścicieli największych domów aresztowano, lub, w lepszych przypadkach, wyrzucono na bruk, a siedziby szkół, teatrów czy urzędów przeznaczono na koszary. Za murami Bianki zabieliło się morze namiotów. Trzecia kompania lekkiej jazdy pod dowództwem kapitana Sidorta tam właśnie rozłożyła się obozem i Asger zatęsknił za swoimi ludźmi, tymi, których do miasta nie przyciągnął spektakl na rynku.

- Evar Glomm, Arfada Baltram, Nin Baltram, Mo Diderik, Riana Lorik... - Manharin czytał z wyciągniętej z kieszeni kartki i na dźwięk wypowiadanych monotonnym głosem imion i nazwisk Asger ponownie zaczął słuchać. Znał Glommów, znał Baltramów, może nie wszystkich, bo to był rozrośnięty ród, kojarzył kilku Lorików. - Elion Finula, Lila Sidort...

Kapitan drgnął, Elif spojrzał na niego z niepokojem. Dlaczego Manharin właśnie w tym momencie zrobił przerwę, dlaczego pozwolił, by kilkadziesiąt osób miało czas, by rozejrzeć się wokół w poszukiwaniu nieobecnego na placu oficera? Dlaczego pozwolił na to, by szmer podekscytowanych głosów wybrzmiał pomiędzy kamienicami rynku?

- Yeta Gris, Miriet Gris, Nuka Gris, Erig Kresnuk...

- Znasz ją? Tę Lilę?

Asger pokręcił głową. Nawet nie chciało mu się zastanawiać, która z unieruchomionych kobiet miała z nim coś wspólnego. Musiała pochodzić z jakiejś bocznej linii, bo przecież Sidortowie, oprócz niego, już podobno nie istnieli.

Manharin przestał przemawiać, złożył kartkę, wsunął ją do kieszeni kurtki i usiadł. Trzech głosicieli Horeny weszło między skazańców, mamrocząc pod nosami słowa, których z daleka nie sposób było zrozumieć. Wśród skazańców trzech mężczyzn szarpnęło skrępowanymi nadgarstkami, jedna z kobiet obrzuciła kapłanów przekleństwami, chłopiec załkał. Kilku siedziało z zamkniętymi oczami, być może modląc się do swoich bogów. Evar Glomm, duży, łysy mężczyzna, którego Asger znał całkiem dobrze, błagał o danie szansy, obiecywał przekazać cały majątek na rzecz powstania. Wezmą go sobie i bez jego zgody. Szybko przestał, bo to od niego rozpoczęto egzekucję.

Jeden z dwóch katów, na co dzień żołnierz piechoty, teraz z katowskim znakiem - czerwoną opaską niedbale zawiązaną na przedramieniu, stanął za Glommem, z dużym, metalowym kluczem w dłoni, i na chwilę znieruchomiał, czekając na sygnał. Manharin machnął ręką, jakby odpędzał muchę, która usiadła mu na udzie, i kat nałożył klucz na nakrętkę śruby spinającej obręcz. Prymitywny, powolny sposób egzekucji, dający wreszcie znudzonym przemową widzom trochę rozrywki. Kat zakręcił kluczem, Glomm zacharczał, pułkownik Elif pociągnął Asgera za ramię.

- Wystarczy. Musimy porozmawiać.

Sidort usiadł w trochę zbyt wygodnym fotelu przed biurkiem zwierzchnika. Chłodna skóra ugięła się pod nim i cicho zatrzeszczała. Kapitan oparł się o zagłówek i poczuł, że powieki same mu się przymykają. Dziwne, dotąd nawet nie pomyślał, że jest zmęczony. Już prędzej znużony. Od tygodnia brał udział w najnudniejszym oblężeniu w historii Sahinry: ostatki zwolenników regenta skryły się w wybudowanej na wrzynającym się w Morze Siwe cyplu trzystuletniej twierdzy, której grube mury przez wieki chroniły Biankę, a potem całą Sahinrę przed atakami piratów.

Na morzu stały królewskie okręty, skutecznie odganiane od portu przez powstańczą artylerię. Początkowo flota trzymała się dzielnie, jednak to się szybko skończyło i rozsądek zaczął brać górę nad nieszczerą lojalnością. Po paru dniach część statków czmychnęła, szukając bezpieczniejszych przystani. Część tych bardziej śmiałych, których załogi próbowały wspomóc oblężonych, dosięgły artyleryjskie kule. Coraz głośniej szeptano, że chociaż wierność admirała Senero dla królewskiego rodu jest fanatyczna, to marynarzom i młodszym oficerom blisko do buntu. Oferowanym przez powstanie obietnicom życia i pieniędzy nie mogły się równać zapewnienia o dozgonnej wdzięczności regenta oraz następczyni tronu, których i tak coraz powszechniej uważano za skazańców tuż przed egzekucją.

Oblężeni desperacko wyczekiwali ratunku od strony lądu, nie do końca zdając sobie sprawę z sytuacji. Powstanie nabrało rozpędu i gnało przez Sahinrę jak piaskowa burza. Zgromadzone wiosną pod Dermund siły, czterysta mil na południe, w rozkwicie lata dotarły nad północne Morze Siwe. Po drodze do armii dołączały kolejne oddziały, rebelianckie, ale i takie, które dotąd służyły regentowi. Miasta poddawały się jedno po drugim, w geście dobrej woli wydając nadciągającemu wojsku dotychczasową administrację, a często proponując również okup za niedostateczne dotąd zaangażowanie. Burza nabrzmiewała świeżymi siłami, pochłaniała wszystko na swojej drodze, pozostawiając ślad w postaci nowych władz i trupów tych, którzy nie chcieli się dostosować. Rabowano pieniądze przeciwników, gwałcono i mordowano, chociaż dowództwo dbało, by największe zbrodnie dało się usprawiedliwić jako karę na wrogach. Powstaniu wciąż zależało na poparciu zwykłych ludzi. Trudno było nie wierzyć w rychłe zwycięstwo buntowników, a to wystarczyło, by stali się nie do zatrzymania.

Ludzie dołączali z różnych przyczyn, a te zmieniały się z biegiem czasu. Na początku najważniejsze były ideały. Potem pojawiło się przekonanie, że wybór tej strony po prostu się opłaci. Teraz dochodził strach, bo nawet neutralność mogła zostać źle odebrana.

Nowych żołnierzy i zwolenników przybywało każdego dnia, a Asger, walcząc z opadającymi powiekami, zastanawiał się teraz, czy wkrótce nie zaczną żałować nieuchronnego zwycięstwa.

Pułkownik podszedł do szafki o przeszklonych drzwiczkach i kontemplował jej zawartość. Urzędnik wyższego szczebla, w którego gabinecie kwaterę urządził sobie Mikel Elif, pozostawił imponującą kolekcję alkoholi. Po chwili namysłu Elif wyciągnął rękę i na chybił trafił złapał butelkę. Przyjrzał się jej, a potem nalał płynu o barwie lipowego miodu do dwóch szklanek. Jedną podał Asgerowi.

- Nie śpij - mruknął.

Kapitan posłusznie pociągnął łyk alkoholu. Morelowa wódka, poznał, zanim jego gardło zapłonęło. Zakaszlał i głośno wciągnął powietrze. Elif spojrzał na niego z politowaniem.

- Kto by pomyślał, że taki z ciebie abstynent? Pij powoli, a nie jak portowy menel.

Usiadł naprzeciw podwładnego, zapatrzył się na rozłożoną na biurku mapę. Asger też opuścił wzrok na papierowy plan i ujrzał budynki Bianki, schematycznie naszkicowane przed przesadnie wystylizowaną bryłą wcinającej się w morze twierdzy. A oprócz tego faliste linie oznaczające morze, sterczące z wody skały, szerokie plaże, sosnowe lasy poprzecinane drogami oraz rzekami, z rzadka upstrzonymi piegami miast i wsi. Północ Sahinry. Wyglądało na to, że Sidortowie przez stulecia byli panami i paniami dziczy, leżącej w najlepszym razie na obrzeżach cywilizacji. Nie tak to pamiętał, ale w ogóle mało co pamiętał z poprzedniego życia.

Z rynku dobiegło rozpaczliwe wołanie o łaskę, zagłuszone śmiechem i wyzwiskami. Pułkownik wstał, postąpił krok w stronę okna, ale zatrzymał się zaraz. Było zamknięte, a mimo to dźwięki wdzierały się do kwatery. Wrócił i usiadł ponownie.

- Pojedziesz do Roz Enker.

Asger wydął policzki.

- To ona jeszcze żyje?

- Żyje i będzie żyć wiecznie. Jak to bohaterka. Znasz ją?

- Pamiętam. Pojawiała się czasem w otoczeniu ojca, raz czy dwa byliśmy u niej.

- Co o niej myślisz?

Asger wzruszył ramionami.

- Miałem najwyżej czternaście lat, kiedy widziałem ją po raz ostatni. Może piętnaście. Była dla mnie stara, ponura i nudna. Nie tak wyobrażałem sobie legendę. Starałem się jej unikać, chociaż oczywiście ojciec mi na to nie pozwalał. - Pochylił się nad mapą, po chwili zastanowienia wbił palec nieco na zachód od Bianki, tam gdzie z lasu wyłaniała się plaża. - Tu gdzieś mieszkała.

- Teraz mieszka tu. - Elif pokazał punkt w samym środku zielonej leśnej plamy, ze skałą wyrastającą ze wzgórza, na szczycie którego niezgrabnie narysowano budynek. Asger popatrzył na dowódcę oczami wielkimi ze zdumienia. - Tak, Asger. Dwór Roz Enker spłonął, chyba przypadkowo, chociaż kto to tam wie, i postanowiła przenieść się do Skałki. Leśnej twierdzy Sidortów. Zapewne czuje się jej współwłaścicielką, bo ona i twój ojciec byli przecież kuzynami. Może nawet uważa, że robi wam przysługę. Wszystko zostaje w rodzinie, nawet jeśli Sidortom regent skonfiskował cały majątek, łącznie z tą posiadłością. Nie mam pojęcia, czy ją dzierżawi, czy dostała za dawne zasługi. Nie patrz tak na mnie. Odwiedzisz stare kąty. A Roz jest nam potrzebna. Ona i jej pomoc. Chcemy, by wsparła powstanie swoim nazwiskiem. Wciąż jest symbolem.

Kapitan ponownie sięgnął po wódkę. Tym razem ledwie umoczył usta, wysączył dosłownie kilka kropel, które rozprowadził na języku, przełknął ostrożnie. Po gardle rozlało się miłe ciepło, lecz już nie pożar. W ostrym smaku alkoholu wyczuł znacznie przyjemniejszą niż za pierwszą próbą słodkość moreli. Zza okna dobiegł rozbawiony harmider, a w jego tle charkot kolejnej ofiary.

- Po co nam Roz Enker, skoro i tak wygrywamy?

- Na przyszłość, gdy już wygramy. Będziemy potrzebować legitymizacji nowej władzy...

- Szable, noże, kule, gorliwi funkcjonariusze wywiadu, tortury, plutony egzekucyjne i banda fanatyków od Horeny nie wystarczą? - mruknął Asger.

- Byłoby dobrze, gdybyś wreszcie nauczył się, kiedy trzymać język za zębami - warknął pułkownik, niespodziewanie ostro. Kapitan przełknął ślinę. - Najwyraźniej nie. Uznano, że nie wystarczą. Mamy kilku bohaterów, martwych lub żywych. Ale Roz Enker jest wyjątkowa. Pochodzi z bogatej szlachty, ale nie znosi arystokracji, która od czasu do czasu rodzi pięknoduchów jak pewien ojciec albo wyszczekanych gówniarzy o oślim uporze i wyjątkowych zdolnościach do pakowania się w kłopoty jak jego syn. Roz twardo stąpa po ziemi, jest niezłomna i odważna. Żyje skromnie i nie zastanawia się, czy jej koszula na pewno ma czyste mankiety, a włosy nie wyrastają o pół paznokcia ponad wyznaczoną długość. Nowe władze mogą ją zaakceptować, potraktować jak jedną ze swoich.

- A mnie nigdy, tak? - zapytał Sidort, zanim zdążył się zastanowić. Poczerwieniał, zacisnął dłonie w pięści.

Elif milczał przez chwilę i to było gorsze od każdej odpowiedzi.

- Ty musisz szczególnie uważać. Tylko tyle. Albo aż tyle, bo przecież do kogo ja mówię!

Asger jednym haustem opróżnił szklankę.

- Ilu mam wziąć ludzi?

- Wszystkich.

- Wszystkich? Mam z nią rozmawiać czy zastraszać?

Pułkownik chwilę kontemplował pustą szklankę podwładnego.

Zdecydował, że jeszcze raz może ją napełnić, chociaż wódki nalał ledwie na dno.

- Znasz to miejsce, wiesz jak wygląda. Pałac... Dwór... Co to właściwie jest?

- Całe dziesięciolecia był ufortyfikowanym dworem. Matka uznała, że jest zbyt ponury jak na tak piękne miejsce, namówiła więc ojca... mojego ojca, swego męża, by go rozbroił. Kazał więc dobudować romantyczne wieżyczki, wymienić meble, zburzyć mur. Tego ostatniego nie zdążyli zrobić przed jej śmiercią, więc dwór wygląda jak dzieło architekta z podwójną osobowością. Może miała rację. Matka. - Zamyślił się. - Chyba nigdy tak naprawdę nie miał znaczenia strategicznego.

- Kiedyś miał. Dziesięciolecia temu. A okoliczne wzgórza nadal są dobrym punktem obserwacyjnym.

- Może. Tylko co tam obserwować?

Pułkownik znowu pochylił się nad mapą. Krótkim palcem stuknął w wąską, szarą wstążkę wijącą się przez las obok dawnego dworu Sidortów.

- Regenckie niedobitki włóczą się po całym kraju. Raczej nie stanowią większego zagrożenia, jednak mogą nam napsuć trochę krwi. Zapewne przynajmniej część z nich będzie próbowała przedostać się pod Biankę. Wątpliwe, by przemieszczali się głównymi drogami, bo to dla nich samobójstwo. Użyją traktów ukrytych wśród lasów, z dala od miast i naszych wojsk. Takich jak ten. Twoją główną misją będzie przekonanie Roz Enker do wsparcia powstania. A twoi ludzie mają w tym czasie obserwować drogę i nie pozwolić, by jakakolwiek banda niedobitków się nią przedarła. Jeśli się pojawią - zatrzymacie ich, chociaż podejrzewam, że czeka was po prostu długa, nudna wycieczka do lasu. Masz być skuteczny, Sidort. Nie znamy poglądów Enker. Nie wiemy, co tam zastaniesz. Nie opowiedziała się wyraźnie po żadnej stronie, jednak możemy przypuszczać, że nie jest wielką miłośniczką powstania. Kto wie, może nie jest także wielką miłośniczką Asgera Sidorta. Musisz mieć uzbrojonych ludzi za plecami i oczy dookoła głowy. Enker nie ma już znaczącej siły militarnej, to wiemy na pewno. Ale jednak trzyma przy sobie zbrojnych, są jej towarzyszami z dawnych lat. Nie lekceważ ich tylko dlatego, że jesteś od nich młodszy.

- A jeśli się nie zgodzi?

- Zatrzymasz ich w areszcie domowym, chociaż tego tak nie nazwiesz. Napiszesz raport i poczekasz na rozkazy. Dla wszystkich byłoby wygodniej, gdyby się zgodziła. Areszt to ostateczność. Może ci się uda, w końcu krew z krwi i nie woda, i tak dalej. Ale jeśli wolisz, to wyślę kogoś innego, a ty zostaniesz na miejscu. Codziennie będziesz mijał się z ludźmi Noredany i funkcjonariuszami wywiadu wewnętrznego. Chcesz?

Z rynku ponownie dobiegły podniesione głosy. Początkowo je zignorowali, jednak narastały i dało się w nich słyszeć jakiś nowy rodzaj histerii. Asger podszedł do okna.

- Jednego wariata od Horeny mniej - stwierdził.

Elif dołączył do młodszego oficera w samą porę, by zdążyć na ostatnie drgawki jednej z głosicielek. Chwilowo obok leżącej na ziemi kobiety zrobiło się pusto, widzieli więc, jak krew, wypływająca kaskadą z jej ust, barwi białą suknię. Znacznie węższymi strumieniami płynęła też z nosa i uszu kapłanki. Z wysokości okna kwatery patrzyli na nią jak na lekko niepokojący okaz zoologiczny, bez większych emocji.

- Która to już? - spytał Asger.

- Druga. W Biance druga, ale wśród głosicieli piechoty Manharina były podobno wcześniej trzy inne ofiary. Przynajmniej o tylu wiemy, bo tylu nie dało się ukryć. Sami kapłani, i to raczej nie szeregowi. Ta tutaj to Piąta. - Asger dopiero po chwili zrozumiał, że cyfra oznaczała miejsce w hierarchii, nie liczbę dotychczasowych ofiar. - A tak przy okazji, jak tam sługa twojej kompanii, co?

- Nie mam pojęcia. Nie rozmawiamy ze sobą. Sługa nie słucha kapitana.

- Rozumiem, że nie bierzesz udziału w sugerowanych cowieczornych modłach?

Asger zerknął na pułkownika, by sprawdzić, czy ten kpi. Nie był pewien.

- Nie zabraniam swoim ludziom, chociaż chętnie bym to zrobił. Okazuje się, że mam w oddziale kilku zwolenników tej ponurej baby, co mnie wystarczająco niepokoi. Mamroczą każdego wieczoru i zatruwają atmosferę. Nie tykają alkoholu i zgrzytają zębami, gdy jakaś dziewczyna podwinie rękawy albo rozepnie dwa guziki koszuli. A pan, pułkowniku, bierze udział w nabożeństwach? - odparował.

- Nie są obowiązkowe.

- Właśnie.

- Jeszcze nie są obowiązkowe.

Głosicielka przestała dygotać. Pojawili się mężczyźni z noszami, ułożono na nich ciało, kondukt białych postaci ruszył w stronę odchodzącej od rynku uliczki. Jeden z katów stał na podwyższeniu i drapał się za uchem, jakby nagle zapomniał, po co tam jest, drugi schodził już z podestu. Dwadzieścioro skazańców było martwych, tylko ostatnia kobieta dygotała i próbowała stłumić szloch przerażenia. Kapitan miał przeczucie, że to właśnie jest Lila Sidort, z jakiegoś powodu zostawiona na koniec. Patrzył na jej skołtunione, ciemne włosy i chude ramię widoczne spod rozdartego rękawa. Nie przypominała mu nikogo.

Kat ocknął się z odrętwienia. Podszedł do kobiety znużonym krokiem, jakby utrata zainteresowania publiczności pozbawiła go energii. Nałożył klucz na nakrętkę, przekręcił. Rozpaczliwy krzyk kobiety szybko przeszedł w charkot. Asger zamrugał i wbił wzrok w parapet.

Elif wrócił do biurka, nalał do szklanek jeszcze po odrobinie wódki. Sidort przełknął łyk i z zadowoleniem stwierdził, że już się przyzwyczaił do jej morelowego ognia.

- Ale to jednak niepokojące, te głosicielskie trupy - powiedział pułkownik.

- Jak dla mnie to może ich być znacznie więcej.

- Asger, nie spodziewałbym się po tobie niczego innego. - Od momentu pojawienia się wśród rebeliantów Bargula Noredany pułkownik częściej zwracał się do kapitana po imieniu, co u tego drugiego powodowało lekki niepokój. - Ale jak już przestaniesz pleść trzy po trzy, to pewnie przyznasz, że to trochę niepokojące.

Asger zastanowił się nad słowami zwierzchnika i nie, nie przyznał. Ugodowo jednak rzucił:

- Trakia... Moja sierżant twierdzi, że to wygląda na działanie beheru. Jeśli tak jest, to trudno będzie wykryć sprawcę, o ile nie zostanie złapany na gorącym uczynku, bo beher zabija po kilku dniach od zaaplikowania.

Elif uniósł brwi.

- I musi być wspomagany magią. Skąd twoja sierżant wie takie rzeczy?

Sidort powiedziałby, że każdy ma swoją historię i własne tajemnice, lecz może Trakia nie chciałaby, aby dyskutował o jej przeszłości. Wzruszył więc tylko ramionami i pokręcił głową.