ROZDZIAŁ JEDENASTY
Pani Parker Bowles zajęła się przycinaniem róż w ogrodzie. Na nic nie czekała. Karol wyjechał, Andrew nie było, Annabel nie miała czasu, żeby ją odwiedzić. Dzień był piękny i bezchmurny. Słońce przygrzewało. Camilla potrzebowała wysiłku, ciężkiej pracy, która nie angażuje myśli. Kwiaty dobrze zniosły zimę. Oglądała je zadowolona, wyobrażając sobie, jak rozkwitną i jak rozkosznie tu będzie w późne letnie popołudnia. Lubiła jadać w ogrodzie. Już wczesną wiosną siadywała na tarasie, popijając kawę, i patrzyła na drzewa i baraszkujące ptaki, wesołe i zaczepne, z obrączkami na małych zwinnych łapkach.
Andrew wyjechał przed dwoma dniami, nie informując jej, dokąd się wybiera. Domyśliła się, że nie zaprzątały go sprawy służbowe. Zabrał strój do jazdy konnej. Mijali się jak obcy ludzie, często bez słowa. Zdarzało się, że mąż przyjeżdżał na kilka dni, załatwiał interesy, wieczorami gdzieś znikał, w nocy kładł się na kanapie w gabinecie. Camilla nie protestowała. Bywało, że ktoś dzwonił do Andrew, ona zaś nie miała pojęcia, czy jest w domu, czy też już wyjechał. Służba wiedziała o nim więcej. Bolehyde Manor nie było jego domem. Pewnie w ogóle by tu nie zaglądał, gdyby nie dzieci. Camilla zastanawiała się czasem, co mąż do niej czuje. Obojętny uśmiech, kiedy ją spotykał na schodach, mówił w zasadzie sam za siebie. Nie irytowała go, po prostu jej nie zauważał. Rozumiała, że się dystansował od jej życia, ale nie był przecież bez winy. Od początku małżeństwa mieli kłopoty, i to z jego powodu. Nie robiła nic, żeby to zmienić, czuła jednak przygnębienie i smutek. Spychała niewygodne myśli, odsuwała od siebie, tyle że podświadomości nie dawało się oszukać. Niesmak rósł.
Pani Parker Bowles potrzebowała Annabel. Musiała się komuś zwierzyć. Tylko siostra rozumiała jej rozterki, nie szydziła i nie osądzała.
- Tata będzie na kolacji - oznajmił Tom. Stał na początku ogrodu, waląc kijem w pączkujące gałązki krzewu.
Camilla ze spokojem odebrała mu patyk.
- Nie sądzę, taty nie ma.
- Mówił, że przyjedzie - upierał się chłopak.
Pani Parker Bowles wróciła do przerwanej pracy. W głębi domu dzwonił telefon. Juana nie spieszyła się z odebraniem. Camilla nie wytrzymała; z furią zdjęła rękawice i cisnęła na ziemię.
- Juana! Na litość boską! - krzyknęła. Weszła do holu, dysząc z wściekłości. Podniosła słuchawkę. - Słucham! - rzuciła nieprzyjemnym tonem.
- Przeszkadzam?
Nogi się pod nią ugięły, serce podeszło jej do gardła. Karol.
- Skąd dzwonisz? - zapytała, byle coś powiedzieć.
- Bardziej cię interesuje skąd niż po co? - zakpił.
- Gdzie jesteś?
- Będę na wsi w przyszłym miesiącu.
- Rozumiem.
- Nie rozumiesz - rzekł gwałtownie. - Wygląda na to, że zmienimy dom. Nie zniosę tego, nie widzę sensu. Dałem polecenie...
- Po co mi to mówisz? - przerwała.
- Co mam zrobić? Odmówić Dianie? Wiesz, jak się zachowuje w Highgrove.
- Słusznie, sprzedaj Highgrove.
Zaległa cisza, po której głos Karola zabrzmiał bardziej stanowczo.
- Nie sprzedam posiadłości, nie złość się. Będę wpadał.
- Po co ci kolejna posiadłość? Możesz mieszkać w Londynie.
- Ona nie chce mieszkać w stolicy. Chce przestrzeni, ziemi, znajomych w sąsiedztwie. Jest takie miejsce niedaleko Spencerów.
Camilla nie chciała tego słuchać. Niech sprzedaje Highgrove, mogła się tego spodziewać. Diana zawsze stawiała na swoim. Miała za sobą opinię publiczną, rodziców Karola, jego strach i wyrzuty sumienia. Wymuszała wszystko wiecznym płaczem, atakami histerii. Sprawdzał się najgorszy z możliwych scenariuszy - przeciągała księcia na swoją stronę; powoli, z trudem, ale skutecznie. Triumfowała. Camilla nie przypuszczała, że nierozgarnięta nastolatka uniemożliwi jej spotkania z Karolem tak sprytnie i z takim wyrachowaniem. Nic dziwnego, że książę jej ulegał. Stawała na głowie, by sam siebie przeklinał. Potęgowała w nim wyrzuty sumienia. Tłumaczenie mu tego mijało się z celem. Wszystko się rozpadło.
- Jesteś tam? - zapytał. Camilla milczała. Słyszał, że pali papierosa. - Jesteś panią w Highgrove - zaczął miękko, ale mu przerwała.
- Przestań pieprzyć!
- Millu, proszę.
- Dobrze robisz. To chciałeś usłyszeć?
- Sama nie wierzysz w to, co mówisz.
- Przeciwnie, tu nie miałeś życia. Byłeś nieobecny, zestresowany, chory. Nie ma sensu, żebyś tu przyjeżdżał. Nie przyjeżdżaj.
- Wciąż o tobie myślę.
Camilla roześmiała się ironicznie.
- Powodzenia - ucięła. - Poinformuj mnie, gdzie ci wysłać kartkę świąteczną.
- Zaraz u ciebie będę. Za godzinę.
- Nie wygłupiaj się! - krzyknęła.
Chyba słyszał, że płacze. Rozkleiła się jak księżna Walii, niech to szlag!
- Wsiadam w helikopter...
- Nie! Słyszysz, co do ciebie mówię? Zajmij się swoimi sprawami. Dam sobie radę. - Rzuciła słuchawkę. Dopiero wtedy zauważyła Toma. Chłopiec patrzył na nią szeroko otwartymi oczyma.
- Tata nie przyjedzie? - domyślił się.
- Nie, kotku - szepnęła, jedną ręką gładząc go po głowie, drugą ocierając łzy. - Tatuś jest w Londynie.
- Obiecał mi...
- Źle zrozumiałeś. - Upór malca ją zirytował.
Bertha wzięła dziecko za rękę i odciągnęła od matki. W drzwiach pojawiła się Juana. Spojrzała na Camillę, nie kryjąc niechęci.
- Pan Andrew będzie dziś wieczorem. Tom ma rację. Rosjanie zestrzelili koreańskiego jumbo jeta.
Camilla wzruszyła ramionami. Cóż ją to mogło obchodzić? Karol skutecznie zepsuł jej humor. Przeoczyła moment, gdy się wahał między nią a żoną. Źle się czuła. Ubłagała siostrę, by zmieniła plany i spotkała się z nią. Annabel - przebywająca u przyjaciół w sąsiedztwie - nie była zadowolona, zgodziła się jednak, słysząc histerię w głosie Camilli.
Pani Parker Bowles wsiadła w samochód i nie zważając na przepisy drogowe, pomknęła w stronę Chippenham. Zaklęła na widok patrolu. Policjant zatrzymał ją i podszedł z uśmiechem. Zasalutował. Zniecierpliwiona wysłuchała pouczenia, jak jeździć bezpiecznie. Mężczyzna raz i drugi zerknął w jej dokumenty, upewniając się, że nie pomylił nazwiska i Camilla jest tą panią Parker Bowles, słynną w Wiltshire domniemaną kochanką księcia Walii. Zastanawiał się chwilę, jak ją potraktować, wreszcie machnął ręką i pozwolił jej odjechać.
- Cholera jasna - syknęła do Annabel na powitanie. - Nawet policja nie chce mnie ukarać!
- Znów jechałaś jak wariatka?
- Mam to gdzieś.
- Zabijesz kogoś.
Antoine, właściciel kawiarni, postawił przed Camillą filiżankę wybornego cappuccino. Zrobił to z takim wdziękiem, że choć miała chęć na małą czarną, powstrzymała się od złośliwego komentarza.
- Popielniczka, Antoine. Bez morałów - uprzedziła, odprowadzając mężczyznę złym wzrokiem.
- Co się stało? - Annabel wsparła głowę na rękach i patrzyła na Camillę z rozbawieniem.
- Dzwonił Karol z rewelacją, że sprzedaje Highgrove.
- Niemożliwe!
- Może nie sprzeda, przynajmniej na razie. Ale kupuje tej idiotce posiadłość na zachodzie. Księżna Walii nienawidzi Highgrove i nie zamierza tam mieszkać.
- To było do przewidzenia.
- Co ma przeciw Highgrove? - piekliła się Camilla. - Wszystkie prezenty ślubne tam zostały, pół ogrodu to pamiątki.
- Co ją to obchodzi? - Annabel mrugnęła porozumiewawczo. - Nie jest taka naiwna, za jaką ją uważałaś.
- Mści się! To jest wymierzone we mnie!
- Nawet jeśli tak, nic nie zrobisz - rzekła Annabel.
- Ma go, ma na własność. Czego jeszcze chce?
Siostra zerknęła na Camillę niemal ze współczuciem. Martwiła się jej stanem.
- Tego, czego pragną wszystkie żony: wyłączności - stwierdziła bezlitośnie. - Millu, opanuj się. Spójrz na to trzeźwym okiem. Czy to koniec świata? Sprzeda Highgrove i cóż z tego? Czy wasze relacje kiedykolwiek zależały od tej posiadłości?
- Zaczyna się niewinnie. - Camilla się rozpłakała. - Prośby, groźby, książę ulega, ona wygrywa. - Wyjęła z torebki dzwoniącą komórkę i zmieniła się na twarzy. Odebrała. Słuchała w milczeniu, rumieniąc się.
- Przyleciał - szepnęła. - Po rozmowie ze mną wsiadł w helikopter i jest w Highgrove. Czeka na mnie.
- Proszę, proszę - drwiła siostra. - Na pewno kupi nową rezydencję.
- Muszę jechać, wybacz, Annabel.
Siostra machnęła ręką, nie komentując. Camilla zachowywała się niepoważnie; pomieszała jej szyki. Annabel przyglądała się, jak pani Parker Bowles wycofuje auto na parkingu. Silnik zaryczał, gdy ruszyła na prostej.
Camilla nie spodziewała się takiego rozwoju sytuacji. Nie powinna była rzucać słuchawki. Zdawała sobie sprawę, że Karol ma plany i obowiązki, mimo to świadomie go sprowokowała. Nie wiedziała, czego się spodziewać: radosnego powitania czy karczemnej awantury. Kiedy wkroczyła do jego gabinetu, siedział z książką w dłoni. Rzucił jej przelotne spojrzenie i wrócił do lektury. Pani Parker Bowles przystanęła na progu.
- Sprzedałem posiadłość - rzekł obojętnie. - Nadarzyła się okazja.
Odłożył książkę i tym razem z uwagą przyjrzał się Camilli. Nie wierzyła, nie mógł tak po prostu sprzedać Highgrove, oddać w ręce obcych ludzi, wyrzec się miejsca, w którym byli szczęśliwi, które uwielbiał, gdzie spędzał najpiękniejsze i najspokojniejsze chwile, gdzie miał setki pamiątek i piękny ogród. Nie wierzyła, że to zrobił, bo jakaś... wredna i wyrachowana gówniara zagroziła mu kolejnym atakiem histerii.
Przyklęknęła przy Karolu. Wytrzymał jej spojrzenie. Nagle chwycił ją w objęcia, śmiejąc się na całe gardło.
- Uwierzyłaś! Dałaś się nabrać! - Przewrócił ją na dywan, ciesząc się jak dziecko z udanego żartu.
- Zabiję cię!!!
Chwycił ręce Camilli i przycisnął do dywanu. Nie mogła się uwolnić. Patrzył triumfująco, demonstrując siłę.
- Jak mogłaś uwierzyć, że będę w stanie sprzedać Highgrove? Kocham cię, idiotko.
- Kłamiesz.
- Kłamię - rzekł zduszonym głosem. Oddawała pocałunki, z trudem łapiąc oddech. - Ubóstwiam cię - szeptał - szaleję za tobą, szaleję za tym miejscem. Nigdy go nie sprzedam.
Po chwili ochłonął. Odsunął się od Camilli, wstał z dywanu i pomógł jej zrobić to samo. Zdała sobie sprawę, że nic się nie zmieniło. Książę zjawił się pod wpływem impulsu, lecz problemy podążały za nim lotem błyskawicy, nieznacznie je wyprzedzał. Nie powinni byli się spotykać. To potęgowało jego rozdarcie; czuł się winny i był rozgoryczony.
- Za łatwo nam przychodzi - mruknął, nie kończąc myśli.
- Wracasz na noc do Londynu? - zapytała bez złośliwości.
Zerknął na nią, jakby sprawdzał, czy żartuje. Miał stężałą, dziwnie szarą twarz.
- Nie wiem, jeszcze nie postanowiłem - rzucił oschle.
- Przejdźmy się, porozmawiamy - zaproponowała.
Stanął przed nią, ujął w dłonie głowę... czyją? Kim dla niego była? Jaką grę prowadziła, bo niejeden go ostrzegał, że jest sprytna?
- Skąd w tobie tyle cierpliwości, tyle ciepła?
- Kocham cię - szepnęła, zamykając oczy. - To się dzieje poza mną.
- Nie mów głupstw - żachnął się Karol.
Wyszli na przechadzkę. Z goryczą opowiadał o cierpieniu Diany. Wiatr rozwiewał poły jego kurtki.
- Wiem, że to rodzaj terroru, sposób na mnie, ale nie mogę... nie mam siły, to mnie zaczęło przerastać. Jestem chory, kiedy na nią patrzę. Te jej oczy zranionego psa. Wracam w nocy, padam z nóg po wystąpieniach, piszę następne. Diany to nie obchodzi, chce się bawić. Boże! - Zaśmiał się gorzko. - Nienawidzę głośnych klubów, plotek, idiotycznych rozmów o niczym. Po co mi to było? Nie powinienem był ulec. Nie miałaś racji, twierdząc, że to głupia mysz. Ona wszystko rozumie. Najgorsze, że wszystko wie. Kłamię każdego dnia, że to wytwory jej wyobraźni, upodlam się jak pierwszy lepszy. Nie mam siły.
- Porozmawiaj z nią. Szczera rozmowa...
- Nie rozumiesz, w jakim jest stanie - rzucił z gniewem. - Je, właściwie się obżera, napycha wszystkim, co jej wpadnie w ręce. Potem wymiotuje. To jest... obrzydliwe.
- Konsultowałeś się z lekarzami?
Usiedli na trawie. Karol skrył twarz w dłoniach. Poczuł chłód od ziemi.
- Diana nie ufa moim specjalistom. Doktor twierdzi, że to bulimia, że pod wpływem nerwów jej organizm wariuje. Chciałbym jej pomóc i nie mogę.
- Potrzebuje spokoju.
- Wiary, że nic jej nie zagraża.
- Jest twoją żoną. Co jej może grozić?
- Świadomość tego jej nie wystarcza - rzekł głucho. - Diana chce, bym poświęcił ciebie. - Książę zamilkł. Bał się reakcji Camilli. Nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy. - Gdybyś mogła mnie zrozumieć.
- I usunęła się?
Milczał. Oczy zaszły mu mgłą. Nigdy go nie widziała w takim stanie. Znów musiała decydować za dwoje i utulać w żalu.
- Coś wymyślę. Proszę tylko, żebyś nie dzwoniła... przez jakiś czas.
- Nie będę - powiedziała cicho, wstając.
Ruszył za nią. Miotał się pomiędzy dwiema kobietami swojego życia. To bolało, ale znał jedynie własne cierpienie. Nie zastanawiał się nad tym, co czuje Camilla. Nie musiał się martwić o swoją silną, przebojową Millę, Millę, która nie miała uczuć, serca, wrażliwości i nie chorowała na bulimię! Jakaż była głupia, wierząc, że ta piękna kobieta jest zbyt młoda, żeby znaleźć drogę do serca księcia; jak przekonana o swoich zdolnościach przewidywania, pewna swej pozycji! Znała smak porażki. Przeszła już w życiu przyspieszony kurs przegrywania. Nie czekało jej nic nowego.
- Zostaniesz? - spytał miękko.
- Andrew wraca.
Karol ukląkł przed nią w trawie. Zaśmiała się mimo woli. Lubił teatralne gesty. Rozejrzała się wokoło. Wiatr się wzmagał. Poklepała księcia po ramieniu.
- Musisz zostać, Millu, musisz - szeptał gorączkowo.
Nie udawał. Znała go. Nie mogła mu dokładać cierpień. Nie mogła oddać go tej idiotce. To nie było sprawiedliwe. Wierzyła, że wymyśli jakiś sposób, że ocali Karola, uchroni przed nieuniknionym, lecz nie potrafiła. Wszystko już się stało.
- Przenosimy się z Andrew do nowego domu.
- Boże - jęknął. - Nie dobijaj mnie, nie dzisiaj.
Szli w milczeniu. Celowo nie powiedziała księciu, dokąd się przenoszą. Czuła satysfakcję, że choć raz to ona ma dla niego złe wieści.
- Gdzie zamieszkacie? - spytał, gdy doszli do pałacu. Zatrzymał się przed Camillą, spojrzał smutno.
- Nie tylko ty masz plany...
- Pytam, gdzie się przenosicie! - wybuchnął. - Nie praw mi kazań, do cholery! Odpowiadaj na pytania!
*
Wróciła do domu nad ranem. Nie wiedziała, co myśleć o zamiarach Karola; przegrała czy przeciwnie, zjednała go cierpliwością i wyrozumiałością. Nienawidziła się za bezwolność, głupią wiarę, że powstrzymując wszelkie reakcje dla jego dobra, zyska więcej, niż otwarcie walcząc o pozycję u jego boku. Jeżeli miała szansę wygrać, teraz był najlepszy moment; teraz, gdy jej pragnął. Kolejne rozstanie nie wróżyło niczego dobrego. Poświęciła Karolowi wszystko. Nawet tego nie zauważył.
Wchodząc do domu, zbudziła Andrew. Usiadł, ziewając. Demonstracyjnie spojrzał na zegarek; dochodziła piąta.
Camilla miała ochotę wypłakać się na ramieniu męża. Andrew zaniepokoił jej wygląd. Coś w twarzy żony powstrzymywało go przed drwiną. Zrobiło mu się jej żal. Źle wybrała, powtarzał to setki razy. Wdepnęła w bagno. Wątpił w to, że jej samej ten romans sprawiał jeszcze przyjemność.
- Wiem, o czym myślisz - powiedziała z westchnieniem, bardziej zmęczona niż zmartwiona konsekwencjami. - Że złamałam dane ci słowo.
- A złamałaś? - Skrzywił się.
- Nie uwierzysz, jeśli ci powiem...
- Przestań się zastanawiać, w co uwierzę. Raz w życiu powiedz prawdę.
- Wszystko szlag trafił - szepnęła.
- Kiedyś musiało się rozpaść - stwierdził już bez gniewu. - Jak ci wiadomo, nic nie trwa wiecznie.
Camilla usiadła obok niego. Była strzępkiem nerwów, pożałowania godnym wrakiem kobiety. Poklepał ją po plecach.
- Tylko nie płacz - rzekł łagodnie.
- Nigdy nie płaczę.
- Nieprawda, płaczesz, moja pani... kiedy nikt nie widzi. Płaczesz, Millu. Wszyscy płaczą.
Pomyślała, że dawno jej tak nie nazywał. Zapomniała, że potrafi być czuły.
- Jest piękna - odezwała się po długiej ciszy.
- Wy, kobiety. - Parsknął śmiechem. - Tak, jest piękna. Teraz to zauważyłaś?
Oboje wiedzieli, o kim mowa. Imiona były zbędne.
- Zabronił mi do siebie dzwonić - wyznała.
- Rzeczywiście, niedobrze.
- Szuka nowej posiadłości. Ona nie chce tu przyjeżdżać.
- Fatalnie. I? - zapytał.
- I nic, rozstaliśmy się.
- Gdzie byłaś w takim razie?
- U przyjaciół Annabel.
Andrew spojrzał rozbawiony.
- Milla, Milla - mruknął, z niedowierzaniem kręcąc głową. - Jeśli obecna królowa nie wygna cię z kraju, przyszła zrobi to na pewno. A gdybym tak zadzwonił do Annabel? I zapytał?
- Widziałam się z nią!
Parker Bowles wstał, przeciągając się.
- A tak przy okazji, jakim cudem Karol tu jest? Wczoraj w radiu relacjonowano...
- Wziął helikopter.
- Helikopter? Co za zbytek. To dwie godziny samochodem. Wiesz, że Diana jest w ciąży? - Pokiwał głową, widząc minę Camilli. Nie wiedziała. Książę pan zapomniał jej powiedzieć, że wypadła z gry. Cóż za przygnębiający koniec marzeń o potędze. Pomyślał, że straszny dupek z Karola. Działał na dwa fronty. Okłamywał obie. - Przykro mi - rzucił.
Camilla położyła się na kanapie i zamknęła oczy. Wcale nie było mu przykro.