Opowieści z Czarnego Archiwum - Agnieszka Gładzik

-
Proszę czekać

I. Bezimienna pani

Pomorze, okolice Szczecinka, zima roku 1630

Obudziło ją ujadanie psów. Znów tu byli, wcześniej, niż zapowiadali. Całe jej ciało ścisnęło się w bolesnym spazmie. Maruderzy z armii Wallensteina zalewali okolicę niczym szarańcza, łupiąc bezlitośnie miejscową ludność wymęczoną wcześniejszymi przemarszami wojsk i rekwizycjami. "Za wcześnie, za wcześnie" - powtarzała w myślach. Dali jej przecież tydzień na spełnienie ich żądań, dlaczego zatem pojawiali się przed czasem?

Po ostatnim rajdzie nakazała swoim chłopom przenieść się do osady położonej w głębi lasu, przeczekać. "Teraz już nie zdążą" - myślała gorączkowo. Chciała też rozpuścić służbę, ale nikt z jej ludzi nie wyściubił nosa z dworu. Nie wiedziała, czy kierowała nimi lojalność, czy może przeświadczenie, że nigdzie nie jest bezpiecznie, więc ucieczka nie ma sensu.

Szczekanie kundli przeszło w jazgot. Skoczyła na równe nogi. Po drodze owinęła się ciepłą chustą i wsunęła bose stopy w chodaki. Wybiegła na podwórze. Ani żywej duszy. Było jeszcze dosyć jasno i bez problemu rozpoznała stojącą przed nią postać. Wychudłe kończyny, nieogolone, zapadłe policzki i oczy jak tafla jeziora podczas bezgwiezdnej nocy.

- TY! - krzyknął na jej widok.

Zwabieni hałasem, na zewnątrz wybiegli Waldemar i Gideon, dwaj służący we dworze wojacy. Zatrzymali się w połowie kroku zdumieni nędznym obrazem swojego dawno niewidzianego pracodawcy. Ulryk von Wensee niegdyś należał do przystojnych, błyskotliwych mężów, a jego ród do pomorskiej elity. Cóż, wszystko ma swój koniec. Vanitas vanitatum et omnia vanitas.

- Ty! - warknął, podchodząc do niej.

Poczuła, jak jego żylaste dłonie zaciskają się wokół jej szyi. Bolało, ale był to dobrze znany ból, stary przyjaciel, z którym dzieliła intymną znajomość.

- Mości panie! - gdzieś w tle zadzwonił gromki głos Lothara, starszego wioski, który od kilku dni gościł we dworze, by doradzać swojej pani w sprawie przeniesienia chłopów do leśnej osady.

Na niewiele się to zdało. Puścił ją, ale tylko po to, by wymierzyć jej cios w policzek. Nadal miał siłę w ramionach, choć potrafił całymi dniami nic nie jeść i nie opuszczać swojej izby.

- Ta stara, bezpłodna kurwa chce mnie zrujnować! - wrzasnął. - Rozdaje jedzenie chłopom, PODDANYM! - Uderzył ją po raz drugi.

- W innym razie nasi ludzie będą głodować - wyjęczała. - My będziemy głodować.

- Milcz! - ryknął. - Wy! - Wskazał kościstym palcem na Waldemara i Gideona. - Dopilnujcie, żeby ani worek zboża więcej nie został wydany z naszych zapasów! A wy - zwrócił się do Lothara. - Ani mi się ważcie opuszczać wioskę! Wiem wszystko o waszej leśnej ucieczce! Jeśli któreś z was choćby pomyśli o porzuceniu swoich obowiązków względem MNIE, to wszystko powiem żołnierzom. I wydam im wasze żony, córki i kurwy razem z tą starą szmatą, choć najlepsze, co można z nią zrobić, to zastrzelić jak psa!

"On nas zabije" - myślała gorączkowo. Ulryk już dawno postradał rozum, teraz nie czas, żeby z nim pertraktować, wyjaśniać. Każda godzina była na wagę złota. Rozejrzała się po pozostałych mężczyznach. Zarówno Lothar, jak i obaj wojacy wyglądali na wystraszonych. "Nie mają siły mu się przeciwstawić" - dotarło do niej. Zrobią, co im każe, i przywiodą wszystkich do zguby. Poczuła coś zimnego w dłoni. Zacisnęła ją i odkryła, że ktoś włożył jej do ręki nóż.

- Człowiek pragnie się poświęcić sztuce, nauce, filozofii, ale nie, wiecznie ktoś coś musi chcieć! Jacy wy wszyscy jesteście nieudolni! - perorował nadal Ulryk, zataczając się po podwórzu. - A ty! - Pokazał na nią palcem. - Jesteś pośród nich najgorsza!

Poczuła kwaśny smak w ustach, jej ciało już automatycznie reagowało na nadchodzące zagrożenie. "Nie mogę, nie dam rady" - myślała w panice, zaciskając dłonie na rękojeści noża. Skuliła się w sobie, wyczekując nadchodzących ciosów. Wiedziała, gdzie spadną pierwsze, a gdzie ostatnie. Ulryk był metodyczny w wymierzaniu kary i nigdy nie odpuszczał. "Tym razem nie tylko ja ucierpię" - przemknęło jej przez głowę. "Moi chłopi, służba, oddani doradcy, wszyscy i wszystko zostanie zniszczone". Oczyma wyobraźni zobaczyła swojego szalonego męża stojącego oko w oko z kapitanem maruderów. Może niegdyś, gdy był w pełni sił fizycznych, zdołałby wywrzeć stosowne wrażenie. Odstraszyć pewną siebie postawą i determinacją. "On jest słaby" - uświadomiła sobie. "Słabszy ode mnie". Drgnęła, czując czyjś dotyk popychający do obrony.

Kiedy Ulryk ruszył na nią, była na to przygotowana. Wystarczył jeden płynny ruch, by upadł na ziemię, łapiąc się za szyję i krztusząc własną krwią. Patrzyła na jego zwijające się w konwulsjach ciało bez żadnych emocji.

Podniosła wzrok. Gideon, Waldemar i Lothar stali niczym zaklęci, niezdolni do ruchu.

- Jaśnie pani, niech pani już puści. - Z oszołomienia wybił ją łamiący się głos starej służącej.

Dopiero teraz dostrzegła, że jej dłoń wciąż pozostaje zaciśnięta na rękojeści noża. Cienka skóra palców opinała się na pobielałych knykciach.

- Puść - powtórzyła służąca, dotykając delikatnie jej dłoni.

Odrzuciła nóż. Spadł nieopodal ciała jej męża, wprost w powiększającą się kałużę krwi. Ona również osunęła się na kolana i ukryła twarz w dłoniach. Jej ciałem wstrząsały drgawki. Ileż to razy napadł na nią gwałtem, zniszczył i pognębił? Osiemnaście lat zlało się w jej pamięci w niekończącą się litanię przemocy i upokorzenia. To koniec, uwolniła się i zaraz poniesie za to karę. Trwała w bezruchu, czekając, aż któryś z mężczyzn ruszy, by pomścić zamordowanego pana. Nic takiego jednak się nie wydarzyło.

- No, długo będziemy tak stali? - zaczęła gderać stara służąca. - Zimno się robi, a ciała trzeba się pozbyć, żeby pytań nie wzbudzało.

Wstała z kolan i zauważyła, że cała jej spódnica przesiąkła krwią. Zerknęła na trupa, a potem na swoje sługi.

- Pomożecie mi? - zapytała.

Wszyscy trzej rzucili się do pomocy, jednak wystarczył sam Waldemar, by przenieść ciało Ulryka do dworu.

- Połóżcie go na ławie - poleciła stara służąca.

- A nie na łożu? - zdziwił się Gideon.

Służąca rzuciła mu zirytowane spojrzenie.

- Zafajda całe juchą i tyle tego będzie, potem wszystko do wymiany! - odparła. - Ławę można zmyć i po kłopocie.

Ulryk zatem został rozłożony na drewnianym blacie. Służąca poszła po wodę i szmaty. Małżonka nieboszczyka usiadła w kącie izby i zapadła się w sobie. W głowie odliczała czas do swojej niechybnej egzekucji.

*

Lada chwila spodziewała się odwiedzin żołnierskich rabusiów. Ciało Ulryka wciąż spoczywało na ławie, choć nieboszczyk został umyty i przebrany, zaś ślady jego brutalnej śmierci odpowiednio zakryte. Zabrakło jej czasu na uszykowanie miejsca pochówku. "Może przyjdzie mu spłonąć, jak jakiemuś wodzowi dzikiego plemienia" - pomyślała.

Stara służąca wrzuciła do ognia jej suknię i przyniosła nowe ubranie. Był to jeden ze strojów noszonych przez Ulryka.

- Stosownego przyodziewku dla damy waszej godności nie mamy, a i tak jest jaśnie pani teraz panem tego domostwa - wyjaśniła.

Przebrała się w męski strój bez zbędnego marudzenia. Niewątpliwie mniej krępował ruchy i lepiej nadawał się do jazdy konnej. Waldemar na jej widok aż podskoczył.

- Przez chwilę pomyślałem, że to jaki szlachetny pan... - wymamrotał, patrząc na nią niepewnie. - Albo pan Ulryk...

- A to nie Ulryk, tylko Ulrike. - Stara służąca parsknęła śmiechem.

"Ulrike" - powtórzyła w myślach pani von Wensee. "Pasuje mi". Obeszła cały majątek, żegnając się z każdym jego zakamarkiem. Robiła to bez żalu. To miejsce przez lata było jej więzieniem, a teraz wreszcie się od niego wyzwoli. W ten czy inny sposób. Nagle ulotniło się z niej ciężkie poczucie winy i obowiązku, jakie prześladowało ją przez cały ubiegły tydzień. Gdy była młodsza i służyła jako dama dworu na zamku w Darłowie, panicznie bała się zapomnienia i śmierci. Wydawało jej się, że powinna jakoś odznaczyć się w życiu, zapisać szlachetną kartę w dziejach odpowiedniego rodu. Nie rozumiała, że to nigdy nie było, nie jest i nie będzie jej przeznaczone. To czyny mężów wypełniały strony uczonych ksiąg, grube ściegi dynastycznych gobelinów, warstwy farb na portretach. Niewiasty były jedynie narzędziami w męskich rękach, wołami roboczymi utrzymującymi świat w znośnej harmonii. Dawniej uznawała to za straszną niesprawiedliwość, ale z biegiem czasu zmieniła zdanie. Życie w cieniu miało swoje zalety.

- Nadjeżdżają - ostrzegł ją Waldemar, gdy pojawiła się u progu głównego budynku dworu. - Jest ich dużo więcej niż ostatnio.

Skinęła głową.

- Chłopi? - zapytała.

- Wszyscy powinni już być w leśnej osadzie - odparł.

Stanęła obok starego wojaka i odwróciła się w stronę wjazdu na podwórze, gotowa, by przywitać najeźdźców. Jej duszę ogarnął dziwny spokój, zaczęła słyszeć dźwięki z otaczającego ją świata. W oddali śpiewały ptaki, wiatr hulał w nieszczelnych oknach. Zima pełną gębą.

Rżenie koni. Już tu są. Ponownie poczuła, jak wszystkie mięśnie napinają się w jej ciele, jakby męski strój, który miała na sobie, zmuszał je do tego. Jakież było jej zdziwienie, gdy dostrzegła szwedzką chorągiew, a obok niej pomorskiego gryfa. Nie dała po sobie poznać szalejących w środku emocji. Czekała cierpliwie wyprężona niczym struna.

- Ulryk von Wensee! - wykrzyknął oficer noszący barwy pomorskiego rodu książęcego. - Mam wiadomość od naszego jaśnie pana, księcia pomorskiego Bogusława XIV dla Ulryka von Wensee!

- Pan von Wensee podupadł na zdrowiu i nie jest zdolny do przyjęcia posłańca - odparła. - Wycieńczyły go ciągłe utarczki z wojskami cesarstwa i maruderami.

Posłaniec rzucił jej badawcze spojrzenie.

- Istotnie, doniesiono nam o pewnej bandzie grasującej w tych okolicach - powiedział. - To dezerterzy i bandyci, z którymi nasi nowi sojusznicy już się rozprawili. - Zerknął na swoich szwedzkich towarzyszy. - Książę polecił mi przekazać wiadomość do rąk własnych Ulryka von Wensee, zatem zaprowadźcie mnie doń.

Wymieniła spojrzenia z Waldemarem i Gideonem. Należało za wszelką cenę trzymać posłańca z dala od głównego budynku dworu.

- Obawiam się, że to niemożliwe - odparła, odchrząkując. - Mąż mój ciężką chorobą złożony. Może być, że zaraźliwą.

Posłaniec pozostawał nieugięty.

- Miła pani, moje obowiązki pozostają niezmienne - powtórzył.

Cóż, zatem nadeszła pora na wytoczenie ciężkich dział.

- Miły panie, a czyż zdrowie i dobre samopoczucie miłościwie nam panującego księcia nie jest dobrem nadrzędnym? Czy tak lekkomyślne narażenie go na utratę zdrowia zostanie odczytane jako oznaka wierności czy raczej bezmyślności? - mówiła ze swadą, lecz on zdawał się tym niewzruszony. - Nie wspominając już o tym, że rozmawiasz pan z dawną damą dworu naszej szlachetnej księżnej. Miłościwa pani z pewnością przypomina sobie małżonkę Ulryka von Wensee, z którą łączą ją ojczyste strony - kłamała jak z nut. Wątpiła, by księżna pamiętała nieśmiałą nastolatkę podążającą za nią niczym cień, niezdolną do wyrzeknięcia choćby słowa bez nieodłącznego rumieńca na twarzy.

- Martinie, dama słusznie prawi - do rozmowy, na co po cichu liczyła, włączył się szwedzki oficer wyraźnie zirytowany przedłużającą się wymianą zdań. - Ostatnie, czego nam potrzeba, to narażanie naszych wojsk na nieznaną chorobę. Z pewnością list możesz złożyć na ręce szlachetnej małżonki.

Posłaniec jeszcze przez moment mierzył ją spojrzeniem, jakby chciał określić, czy jest wystarczająco godna jego szacunku. "Cóż za impertynencja" - burknęła w myślach. "Jeszcze kilka lat temu takie zachowanie byłoby nie do pomyślenia!" Jej wewnętrzne wzburzenie coraz wyraźniej dawało o sobie znać na zewnątrz. Doskonale wiedziała, dlaczego otrzymuje takie, a nie inne traktowanie. Ruina majątku von Wensee była widoczna gołym okiem, a nieobecność Ulryka jedynie ją potęgowała, nie wspominając o niej samej w męskim odzieniu, zupełnie niestosownym do okoliczności. Jednakże szlachectwo opierało się również na stanie ducha, na wrodzonej i przyrodzonej wyższości. W każdej chwili mogła zaczerpnąć z tego zasobu.

- Dobrze, niech zatem tak będzie. - Posłaniec westchnął. Otworzył torbę i wyciągnął z niej zapieczętowany list. Przed wręczeniem go dodał: - Szlachetny pan Ulryk będzie musiał potwierdzić przed jego wysokością, że pieczęć nie została naruszona, nim on sam zapoznał się z treścią niniejszej wiadomości.

Skłoniła się uprzejmie.

- Ależ oczywiście, pozostaję posłuszną sługą i poddaną miłościwie panującego nam księcia. Jego słowo jest dla nas rozkazem - odparła.

List wylądował w jej dłoniach.

- Waldemarze, Gideonie, czy możecie wskazać panom oficerom, gdzie znajdują się beczki z gorzałką? - poprosiła swoich wojaków. - Nie mamy wiele do podzielenia się, ale ufam, że przyjmiecie panowie ten skromny gest naszej dobrej woli.

Po minach oficerów wniosła, że zaiste będzie to bardzo przychylnie odebrany prezent.

- Dziewczęta! - Klasnęła w dłonie. Służące pojawiły się w mgnieniu oka. - Woda i siano dla koni, migiem!

- Nie ma potrzeby - powstrzymał ją Szwed. - Stacjonujemy w Szczecinku, to mniej niż pół dnia drogi stąd. Niech się szlachetna pani nie kłopocze.

*

Odczuła prawdziwą ulgę, gdy żołnierze odjechali. Ich wizyta była nadzwyczaj krótka i przebiegła spokojnie. Zachowywali się karnie, nie plątali po majątku, nie zaczepiali służących i nade wszystko nie plądrowali. Miła odmiana po wojskach cesarskich.

- Niedobrze, że książę nasz wszedł w sojusz z Gustawem Adolfem. - Gideon pokręcił głową z dezaprobatą. - To tylko mocniej rozsierdzi cesarza i katolików.

- Pytanie, czy wszedł w sojusz, czy został doń zmuszony - odparła. - Tak czy inaczej, dla nas nie wróży to niczego dobrego, a na pewno coraz bardziej oddala pokój.

Usiedli w piątkę w wieży, w której Ulryk urządził bibliotekę. Ona i czworo jej zaufanych doradców: rzecz jasna Waldemar z Gideonem, Lothar oraz stara służąca. Rozejrzała się po wnętrzu. Książki wypełniały jedynie odrobinę jego przestrzeni, resztę zajmowały skrzynie z rozmaitymi papierami, kalendarzami, korespondencją i dziwnymi kartami, co do których była pewna, że ich obecność mogłaby ich pogrążyć w procesie o czary. Ponadto ściany ozdabiały trofea łowcze i broń, a także zebrane przez Ulryka pamiątki po okresie studiów. Były tam mapy, dziwne kryształy z zatopionymi żyjątkami, zwierzęce czaszki i szkielety, tajemnicze mikstury w słojach i szklanych wazach. Tak, przez ostatnie lata swojego życia jej małżonek żył bardziej w świecie swoich kuriozów niż w rzeczywistości.

- To nie jest teraz istotne. - Waldemar wyrwał ją z zamyślenia. - Mamy bardziej palące problemy do rozwiązania.

Miał zapewne na myśli treść listu dostarczonego przez książęcego posłańca. Pani von Wensee odczytała go na samym początku ich spotkania. Życzeniem księcia Bogusława było ujrzeć Ulryka jak najrychlej w swoim zamku.

- "Palące" to dobre określenie - zauważyła stara służąca, krzywiąc się w grymasie przypominającym uśmiech. - Tak też rekomenduję rozwiązać pierwszy z naszych problemów. Spalić.

Waldemar poruszył się na te słowa nerwowo. Obecność starej służącej w ich tajnej radzie była mu wyraźnie nie w smak.

- Ale przed... jak to... - zaczął się plątać - jak się wytłumaczymy?

- Nie będzie się z czego tłumaczyć, wszyscy skończymy pod katowskim toporem albo gorzej. - Gideon pokręcił głową z rezygnacją. - Jaśnie pani za morderstwo z zimną krwią, a my za zaniechanie albo pomocnictwo. W tej sytuacji najlepiej będzie, jeśli ustalimy wspólną wersję zdarzeń.

- Prawda wyjdzie na jaw - wtrącił się Lothar. - Zawsze wychodzi. W szczególności w takich sprawach.

- Ha! Tacy wielcy mężowie, a ich szerokie piersi skrywają zajęcze serca! - prychnęła służąca.

Zaczęła krążyć po pomieszczeniu niczym wiedźma, przystając przy każdym z mężczyzn. Wbijała w nich wzrok na tyle długo, że odwracali twarze z wyraźnym zawstydzeniem. Nieoczekiwanie zwróciła się w jej stronę.

- A wy co myślicie, jaśnie pani?

Zadumała się. Chciała odpowiedzieć, że weźmie na siebie winę, że nie muszą się martwić, że wszystko będzie dobrze, ale byłoby to kłamstwo. Nikt nie uwierzy mężobójczyni, a dookoła nich szalała wojna. Jeśli los zdmuchnie ze swej planszy i ją, i Ulryka, to ostatecznie ucierpią chłopi zasiewający pole wiosną. Nikt nie stanie w ich obronie, majątek popadnie w ruinę lub zostanie rozgrabiony przez chciwe ręce. Czy to była wystarczająca przeciwwaga do ogólnego znużenia życiem, jakie odczuwała?

- Mamy więcej niż jedno wyjście: przyznać się do winy i ponieść karę albo sprzedać księciu kłamstwo, uciec i zacząć od nowa gdzieś indziej, chyba że... - umysł podsunął jej kolejne, być może szalone, rozwiązanie - ...ja zostanę Ulrykiem - powiedziała to na głos, choć wydawało jej się, że jedynie pomyślała.

Zgromadzeni mężczyźni spojrzeli na nią osłupiali.

- Dlaczego by nie? - postanowiła kuć żelazo, póki gorące, kiedy dysponowała elementem zaskoczenia. - Od lat nikt nie widział mojego męża i po prawdzie większość ludzi by go nie rozpoznała. Jesteśmy podobnego wzrostu, a ja nigdy nie grzeszyłam niewieścim powabem... - zrobiła strategiczną przerwę, by sprawdzić, czy jej słowa trafiają na podatny grunt. Waldemar nieco skrzywił się na komentarz o niewieścim powabie, ale zasadniczo wszyscy zdawali się przyjmować argument swojej pani, zatem kontynuowała: - Lata pracy przy gospodarstwie wyrobiły mi mięśnie i jaką taką krzepę, zresztą pewne niedostatki tu i tam można nadrobić samym ubiorem. Przecież dziś ty sam, Waldemarze, pomyliłeś mnie z Ulrykiem - zwróciła się do starego wojaka.

- To czyste szaleństwo... - wyszeptał Waldemar. - Niewiasta podszywająca się pod szlachetnego męża popełnia okrutny występek nie tylko przeciw przyzwoitości, ale i przeciwko prawu.

- Wcale nie! - Stara służąca podniosła głos. - Żyjemy w szalonych czasach, a z księcia jest niemota. W takiej sytuacji ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć, a nie w to, co mają naprawdę przed oczami.

"Pewność siebie przenosi góry" - nie pamiętała, kto jej to powiedział. Przymknęła oczy, otworzyła je i spojrzała na swoich towarzyszy. Słowa służącej wywarły na nich wrażenie, potrzebowała jeszcze ostatniego, decydującego argumentu.

- Jeśli fortel się wyda, będziecie mogli z łatwością zrzucić całą winę na mnie - zauważyła. - Oskarżycie mnie o kuglarstwo, o czary, że was do tego przymusiłam, i ujdziecie z życiem i z honorem. Ostatecznie to ja wpędziłam nas w tarapaty i to ja powinnam ponieść tego konsekwencje.

- Oby do tego nie doszło, łaskawa pani - odezwał się Waldemar. Po jego niepewnym uśmiechu wiedziała, że wygrała.

A teraz pora przystąpić do maskarady.

*

Pozostała kwestia doczesnych szczątków mości pana von Wensee.

- Powinniśmy go pochować - zasugerował nieśmiało Lothar. - Choćby po cichu.

- Głupi pomysł - odparła stara służąca. - Kundli ci tyle, że zaraz rozkopią i rozwleką. A na głęboki grób nie mamy zwyczajnie czasu, wszak książę oczekuje nas w Szczecinie - przypomniała. - Poza tym - oblizała usta - jeśli podstęp jaśnie pani ma się udać, to po panie Ulryku nie może pozostać żaden ślad.

- Co zatem proponujesz? - zapytał Gideon niechętnie nastawiony do całego tego przedsięwzięcia. - Stos pogrzebowy będzie widoczny z daleka. Teoretycznie możemy obciążyć ciało i wrzucić do rzeki, ale i wówczas nie mamy pewności, że po jakimś czasie nie wypłynie.

- Zostawcie go mnie - oznajmiła nagle pani von Wensee. - Ja się nim zajmę.

Waldemar i Gideon wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, lecz nie ośmielili się protestować. Stara służąca wyglądała na ukontentowaną, Lothar zachował kamienną twarz.

- Przygotujcie się do wyjazdu - poleciła i łagodnym, choć stanowczym ruchem ręki dała znak, by zostawili ją samą.

*

Została sam na sam ze swoim zmarłym mężem. Rozwinęła płótno okrywające jego zwłoki. Ciało zaczęło sinieć i puchnąć. Przygotowała sobie grube rękawice, piłę, kilka noży, wiadro z wodą i małą stertę szmat. Przeszła pod drzwi sypialni Ulryka. Za jego życia nie wolno jej tam było wchodzić. Wyciągnęła klucz, który wcześniej przy nim znalazła, i przekręciła w zamku.

Uderzył ją potworny zaduch. Musiała zasłonić nos rękawem. Podniosła stojącą na ziemi lampę olejną, zapaliła ją i rozejrzała się po wnętrzu. Nawet tu od razu widać było ślady największej pasji Ulryka, jaką była alchemia. Z podstawowych mebli trzymał jedynie skromne, wąskie łóżko oraz wielki stół, na którym tłoczyły się rozmaite flakoniki, flaszeczki, butelki pośród zasuszonych ziół i dziwacznych ingrediencji zatopionych w gigantycznych słojach. Przysięgłaby, że w kilku z nich rozpoznała maleńkie móżdżki pływające w mętnym, żółtawym płynie.

Usiadła w mężowskim fotelu i rozłożyła ręce na podłokietnikach. Wiedziała, czego szuka, ale nie miała pojęcia, gdzie Ulryk to trzymał. Odkręcała zatem po kolei wszystkie buteleczki i przystawiała do nosa. Czasem zaskakiwał ją słodki, niemal perfumeryjny zapach, jednak najczęściej doznania były mocno nieprzyjemne. Wreszcie znalazła. Schowała niepozorne flakoniki do kieszeni, zamknęła za sobą drzwi i cofnęła się do izby, gdzie leżało ciało Ulryka.

Zgodnie z wcześniejszym poleceniem Waldemar i Gideon przytargali pustą beczkę. Westchnęła ciężko i przystąpiła do pracy. Założyła grube skórzane rękawice. Dla nikogo nie było tajemnicą, że kontakt z rozkładającym się ciałem był wysoce niebezpieczny dla żywych. Przewiązała się grubym fartuchem, by przynajmniej częściowo ochronić strój. Zastanawiała się, czy nie spróbować zdjąć z Ulryka ubrania, które przecież mogło się jeszcze przydać, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Nie miała czasu na bawienie się w wywabianie plam, do tego pewnie wszystko zdążyło już przesiąknąć trupim zapachem.

W ruch poszła piła i po długich zmaganiach prawe ramię odpadło z głośnym plasknięciem. Podniosła je z ziemi i wrzuciła do beczki. Tak samo postąpiła z lewym. Nogi przepołowiła. Tułów przedstawiał większy problem. W całości nie zmieściłby się do beczki, należało go podzielić. Rozejrzała się po dostępnych jej narzędziach i wybrała nóż do patroszenia. Wbiła go mało elegancko nieco poniżej linii obojczyków i rozcięła Ulryka aż po samo przyrodzenie. Pracowała metodycznie, usuwając kawałek po kawałku i układając je dokładnie w beczce. Wreszcie została sama głowa. Podniosła ją za uszy do góry. Po tylu latach małżeństwa powinna mieć mu coś do powiedzenia, jednak żadna wzniosła myśl jej nie nawiedziła. Jedynym, co w tym momencie czuła, była bezgraniczna ulga. Wrzuciła zakrwawiony czerep do beczki.

Teraz przyszła pora na trudniejszą część. Rozstawiła wyniesione z sypialni Ulryka buteleczki na ławie, na której uprzednio leżało ciało, i podrapała się po brodzie. Sztuka polegała na znalezieniu odpowiednich proporcji, wystarczająco mocnych, by z czasem rozpuścić ciało, ale nie naruszyć zbyt wcześnie beczki. Musiała sobie przypomnieć okres dworskiej edukacji pod okiem pewnej zasłużonej damy dworu. Kobiecina, słusznego już wieku, posiadała dziwnie dokładną i szczegółową wiedzę dotyczącą trucizn i rozmaitych alchemicznych roztworów, którą chętnie przekazała młodej podopiecznej.

Przygotowała odpowiedni roztwór i wlała do beczki, którą następnie zabiła gwoźdźmi. W ruch poszły szmaty. Po wyczyszczeniu podłogi rozpaliła w kominku. Na sam koniec zdjęła poplamiony fartuch i wrzuciła do ognia. Usiadła i obserwowała, jak materiał kurczy się w płomieniach i zamienia w popiół.

Nagle tuż obok niej pojawiła się stara służąca. W dłoniach trzymała miskę oraz brzytwę.

- Czas się ich pozbyć - powiedziała, dotykając kościstymi palcami rzadkich włosów swojej pani.

Szlachcianka skinęła głową. Niegdyś, nim wydano ją za mąż za Ulryka von Wensee, miała ładne, kręcone włosy. Nie była to jedyna rzecz, jaką przez niego straciła, ale tę stratę przeżyła wyjątkowo mocno. Wszak gęste pukle to duma każdej kobiety, nawet takiej, która jest nią jedynie z nazwy.

Stara służąca zabrała się do pracy. W ruch poszły nożyczki. Ostatnie pasma włosów wylądowały u stóp pani von Wensee. W przydymionym świetle trudno było określić ich kolor. Ulryk zakazał trzymania w domu luster i rozbił wszystkie, które przywiozła ze sobą. Od dawna nie wiedziała, jak wygląda. Przymknęła oczy, gdy służąca ostrzyła brzytwę o kamień, a następnie polerowała ją, pocierając o skórzany pas. Poczuła jedynie muśnięcie starczych dłoni rozprowadzających ziołową mieszankę na jej głowie, policzkach i brodzie.

- Pani ma trochę włosów na twarzy to się ich od razu pozbędziemy - szepnęła służąca, przykładając jej ostrze do szyi.

Dotyk zimnego metalu wywołał u niej dreszcze.

- Ciii... - uspokoiła ją służąca. - On już nie żyje. Już nigdy więcej nie wyrządzi wam krzywdy.

Opanowała nerwy. Służąca przejechała ostrzem po jej skórze wprawnym, zdecydowanym ruchem. Było to całkiem przyjemne odczucie. Powoli się uspokajała, jej oddech się wyrównywał, a serce zwolniło tempo.

- Już. - Służąca wytarła głowę i twarz swojej pani. - Przyniosłam stosowny strój. - Pokazała na leżące na krześle czarne spodnie, kaftan oraz małą kryzę. Pośród ubrań była również męska bielizna.

- Nie musi się pani wstydzić, kąpałam ją przecież jako dziecko! - prychnęła stara służąca, gdy pani von Wensee rzuciła jej wymowne spojrzenie. - Poza tym będziecie potrzebować pomocy z tym całym męskim przyodziewkiem.

Wzruszyła ramionami. To nie było tak, że wstydziła się własnego ciała, przez znakomitą większość czasu nie poświęcała mu nawet ułamka swoich myśli. Istniało, wykonywało powierzone mu zadania, nie chorowało szczególnie często. Ciało dobre jak każde inne, choć, jak kwaśno zauważył Ulryk podczas pierwszych dni małżeństwa, nieszczególnie kobiece.

Zrzuciła bieliznę i stanęła nago.

- Dobry będzie z was mężczyzna. - Stara służąca cmoknęła z uznaniem. - Ale te maleństwa - wskazała na sterczące nieśmiało piersi - trzeba będzie obwiązać. Niby nie powinno ich być widać spod ubrań, ale nigdy nie wiadomo, w jakiej sytuacji człowiek się znajdzie.

Przewróciła oczami. Raczej nie planowała nikogo uwodzić. Mimo to służąca obwiązała jej klatkę piersiową tak ciasno, że pani von Wensee aż syknęła z bólu.

- Poza tym budowę macie dobrą... - komentowała służąca, obchodząc ją dookoła i cmokając z zadowoleniem. - Urodziwy z was mąż... urodziwy. Tylko z rękami coś musimy zrobić... - Schwyciła ją za nadgarstki, przyglądając się jej spracowanym dłoniom. - Nie wyglądają, jakby wertowały uczone księgi. Przydadzą się rękawiczki.

*

Nazajutrz pokazała się swojej świcie jako Ulryk. Cała odziana na czarno, z białą kryzą odcinającą się od reszty - istotnie przywodziła na myśl uczonego albo kaznodzieję.

- Ojcze Niebieski, to się może udać! - zawołał Lothar, żegnając się na jej widok.

- Pan Ulryk nigdy tak dobrze nie wyglądał - zauważył Waldemar, wręczając swojej pani broń.

Sięgnęła po nią drżącymi dłońmi. Bandolet przewiesiła przez ramię, zaś szablę umocowała przy pasie.

Na podwórzu pojawił się Gideon w pełnym rynsztunku, prowadząc konie. Były to trzy ukochane klacze pani von Wensee, które ukryła w lesie, nieopodal opuszczonego dworku myśliwskiego, nim maruderzy i żołdacy od Wallensteina zdołali położyć na nich łapska.

- Podróż trochę potrwa, a w okolicach nadal grasują bandy. - Dołączył do nich Waldemar, uzbrojony od stóp do głów jak jego towarzysz. - Musimy czymś ich odstraszyć, dopóki nie zatrudnimy dodatkowej eskorty.

Spojrzała na niego zaskoczona. Czy to dobry pomysł, zważywszy na jej kondycję? Po chwili jednak musiała przyznać mu rację. To będzie pierwsza próba jej metamorfozy. Jeśli odegra rolę mężczyzny wystarczająco dobrze przed najemnikami, to jest szansa, że również książę i jego otoczenie dadzą się nabrać.

- W trójkę będzie nam się ciężko przebić do Szczecina - powiedziała na głos.

- W trójkę, pani? - zapytał od razu Lothar, unosząc brwi.

Odwróciła się do niego i położyła dłonie na jego ramionach.

- Lotharze, chcę, żebyś pod moją nieobecność zarządzał dworem - rzekła. - A po moim powrocie oficjalnie mianuję cię ekonomem.

Miała nadzieję, że nie będzie z nią dyskutował. Lothar był dobrym doradcą, ale żaden z niego wojak. Na szczęście i on to zrozumiał, gdyż skinął głową i odpowiedział:

- Pani jest zbyt łaskawa... Dołożę starań, by nie zawieść pokładanych we mnie oczekiwań.

Przeniosła wzrok na starą służącą.

- Będę strzec waszych sekretów - powiedziała. - Możecie spać spokojnie, Ulryku von Wensee.

Skinęła głową. Ona, Gideon i Waldemar wsiedli na konie. Dzień był brzydki, droga zapowiadała się nieprzyjemna i pełna niebezpieczeństw. Była prawie pewna, że już nigdy nie zobaczy dworu von Wensee. Ale czy to aż tak wielka strata? Wszak nigdy nie czuła się tu do końca w domu. Ruszyli, nie oglądając się za siebie. Czas nie działał na ich korzyść.

*

Szczecinek leżał niecały dzień drogi od ziem rodu von Wensee. W szczęśliwszych czasach bywała w nim regularnie, podobnie jak większość okolicznej szlachty. Miasto mogło być niewielkie, ale dało się w nim załatwić wiele spraw, zwłaszcza w książęcym sądzie zamkowym, gdzie różni pieniacze lubili wywlekać swoje rozmaite zatargi publicznie.

Przejechali przez most nad fosą i minęli palisadę.

- Jesteście pewni, że znajdziemy tu kogoś, kto się nada do naszej kompanii? - zapytał Gideon, rozglądając się po nędznych, opustoszałych uliczkach.

Szczecinek nie należał do bogatych miast, ale zeszłoroczna zaraza i ciężar utrzymywania wojsk jeszcze mocniej zubożyły jego mieszkańców.

- Tym bardziej kogoś znajdziemy - poprawił go Waldemar. - Im bardziej człowiek zdesperowany, tym na więcej się godzi. Sam powinieneś to po sobie wiedzieć.

Zerknęła na towarzyszy. Przysięgłaby, że dostrzegła nić porozumienia, jaka musiała się zawiązać między nimi.

- Możemy też złożyć wizytę księżnej wdowie, skoro już tu jesteśmy. - Gideon zmienił zarówno temat, jak i ton.

Syknęła w odpowiedzi.

- Księżna wdowa ma wystarczająco dużo problemów bez Ulryka von Wensee żebrzącego o pomoc u jej stóp - powiedziała. Nie wspominając o tym, że Jadwiga Brunszwicka mogłaby ją rozpoznać. Nie chciała ryzykować powodzenia wyprawy tak wcześnie.

- Osoby, jakich szukamy, nie kręcą się po książęcych dworach - rzekł Waldemar. - Nic nam po pięknisiach, gryzipiórkach, przydupasach i innych stworzeniach dworskich. Potrzebujemy... - Zakręcił dłonią, szukając odpowiedniego słowa.

- Szaleńców? - podsunął mu Gideon.

- Komponent szaleństwa bywa użyteczny, nie da się zaprzeczyć - przyznał Waldemar. - Potrzebujemy...

Musiał przerwać, gdyż z drzwi jednego z budynków, obok których przejeżdżali, wypadł młody mężczyzna z podgoloną głową. Szybko podniósł się na nogi, strząsając błoto ze swojego na modłę polską stroju, wyrzucił pięść do góry i zakrzyknął:

- Pożałujecie dnia, w którym wzgardziliście Janem z Podhorec!

W odpowiedzi usłyszał bardzo wymyślny stek przekleństw, szczególnie dotkliwych w stosunku do swojej matki i jej specyficznego sposobu prowadzenia się. Tego było już za wiele. Młody mężczyzna dobył szabli i z okrzykiem: "Pożałujesz swoich słów, ty psie!", zaczął szturmować drzwi.

Jego zapał wyraźnie ostygł, gdy z okna wyżej wylano na niego wiadro pomyj. Przetarł twarz niedbałym gestem i dopiero wtedy dostrzegł przypatrujących mu się Waldemara, Gideona i Ulryka von Wensee. Zawahał się, jakby kalkulował, czy pienić się dalej, czy może odpuścić. W końcu rozłożył dłonie i pokłonił się fałszywie.

- Mości dobrodzieje, tuszę, że ów niefortunny incydent nie przekreślił w waszych czcigodnych oczach imienia najlepszego z podhoreckich synów - rzekł miłym, acz lekko zaczepnym tonem.

Waldemar pochwycił wzrok swojej pani i delikatnie skinął głową.

- To zależy - powiedziała pani von Wensee. - Czy Jan z Podhorec zechce przyjąć nasze zaproszenie na skromny posiłek i wyjawić nam szczegóły swojej sytuacji?

Mężczyzna wciąż trzymał głowę nieco schyloną, lecz nie potrafił zamaskować lekkiego uśmieszku, jaki rozjaśnił jego twarz na wspomnienie o jedzeniu.

- Ależ z największą przyjemnością, szlachetny panie...

- ...von Wensee - przedstawiła się. - Ulryk von Wensee.

*

Jan z Podhorec jednym haustem opróżnił postawiony przed nim kufel piwa. Po nim drugi. A potem kolejny. Wytarł pianę z wąsa o rękaw kaftana i na moment jakby zapadł się w sobie. Wtedy jednak karczmarz postawił przed nim obiad, podły bo podły, ale ciepły i obfity.

- Rzecz jasna zazwyczaj jadam w dużo wykwintniejszych miejscach - rzucił.

- Nie śmiem w to wątpić - odparła pani von Wensee. Próbowała zachować poważną minę, choć uśmiech sam cisnął jej się na twarz. Młodzian ze wszystkich sił starał się wykazać nonszalancją i wykwintnymi manierami. A im usilniej się starał, tym gorzej mu to wychodziło. Tak jak teraz, gdy patrzył zauroczony na pełen talerz. Zgadywała, że już od dłuższego czasu nie jadł przyzwoitego obiadu.

- Możecie jeść, pan Ulryk się nie obrazi - zachęcił go Waldemar.

Siedzący obok niego Gideon chrząknął porozumiewawczo i powrócił do kontemplacji nad swoim kuflem z piwem. Piątym, jeśli pani von Wensee dobrze liczyła.

- Pan nie je? - dopytał Jan, zapewne wyłącznie dla formalności.

Potrząsnęła głową.

- Zachowuję wstrzemięźliwość w jedzeniu i piciu - odparła. - Jednak nie wymagam, by inni rezygnowali z uciech przez wzgląd na mnie.

Jan z Podhorec spojrzał na nią i z wolna skinął głową.

- Moi rodacy mogliby się od pana uczyć, panie von Wensee. Wielu z nich po burzliwej młodości swój rozwój ogranicza jedynie do wymiany portek na szersze - przyznał, wbijając wreszcie widelec w chudy kawałek mięsa. - Acz widać, żeś pan asceta albo uczony.

- Wolę walczyć na argumenty, niż wymieniać ciosy, to prawda. Co nie oznacza, że nie potrafię dotrzymać pola innym mężom, gdy zachodzi taka potrzeba - odparła pani von Wensee, mrużąc oczy. - Ale nie o mnie chciałem rozmawiać, a o was, Janie z Podhorec. Muszę przyznać, że jestem zaintrygowany. Podhorce to dalekie rubieże Rzeczypospolitej, czyż nie?

- E tam. - Jan przełknął łapczywie kolejny kęs. - Do krańca pięknej Rzeczypospolitej z Podhorec jeszcze hen, daleko! Choć z waszmości perspektywy wydaje się to koniec świata. - Młodzieniec nagle posmutniał i jakby nieco przygasł. - Piękne to tereny i wiele bym dał, by znów się tam znaleźć...

Tęsknota w jego oczach była autentyczna, co do tego pani von Wensee nie miała wątpliwości.

- Dlatego aż ciśnie się na usta pytanie, czego, młodzieńcze, szukasz w naszym kraju, jak widać na pierwszy rzut oka, złupionym i zgnębionym przez wojnę? - wtrącił się Gideon, odstawiając głośno kufel na stół. - Źle ci było pod matczyną spódnicą?

Jan z Podhorec poruszył gniewnie szczęką, ale chyba uznał wyższość Gideona, który był od niego większy i sprawiał wrażenie doświadczonego w bojach rycerza, bo jedynie machnął ręką.

"Nie jest całkiem głupi i zapalczywy" - odnotowała pani von Wensee.

- Właśnie dlatego tu jestem, ale wychodzi na to, że się spóźniłem - przyznał młodzieniec. - Chciałem się zaciągnąć do służby w cesarskim wojsku, a tu teraz wszędzie Szwedzi!

"Na służbę cesarską? Z głębi Rzeczypospolitej aż na Pomorze?" - pomyślała pani von Wensee. "Toż są dużo szybsze ścieżki". Młodzieniec wydawał się świadomy słabości swojej blagi, gdyż próbował ją wzmocnić, patrząc rozmówcy prosto w oczy.

- Ach, to w takim razie nie możemy ci pomóc. - Waldemar westchnął. - Wybieramy się właśnie do Szczecina i szukamy towarzyszy chętnych do wspólnej wyprawy. W takich czasach, jak wiadomo, w kupie siła, a i niezgorszy zarobek przy tym oferujemy. Ale skoro szukasz zaciągu do cesarskiego wojska, to Bóg z tobą i powodzenia w dalszej podróży. - Wstał i skinął na Gideona i panią von Wensee.

Nie oddalili się nawet na kilka kroków, gdy Jan z Podhorec zerwał się od stołu i powiedział głośno:

- Jeśli mnie przyjmiecie, to z chęcią udam się z wami do Szczecina... za stosowną opłatą.

*

- Mam nadzieję, że wiecie, co robicie - mruknął Gideon, gdy sylwetka Jana z Podhorec zniknęła za drzwiami zajazdu, w którym się zatrzymał. - Chłopak zdecydowanie ma coś do ukrycia, a tacy ludzie są niebezpieczni.

- Wszyscy ludzie są niebezpieczni - odparł Waldemar. - Tylko ujawniają swoją prawdziwą naturę w odmiennych okolicznościach.

Pani von Wensee się zamyśliła. Czy i ona zdradziła swoją prawdziwą naturę, mordując Ulryka, a następnie niszcząc jego ciało? Na samo wspomnienie o tym treść żołądka podchodziła jej do gardła. Musiała być potworem, skoro była to jedyna reakcja na tak okrutną przecież zbrodnię, jakiej się dopuściła. Serce i dusza pozostały niezmienione, wyłącznie ciało zdawało się pamiętać.

- Jestem gotowy - oznajmił Jan z Podhorec.

Gideon chrząknął z pogardą na widok lichego okrycia wierzchniego młodego Polaka i równie skromnego tobołka. Zasłużył tym sobie na ostrzegawcze spojrzenie swojej pani oraz Waldemara.

- Masz chociaż jakiegoś wierzchowca? - Gideon wydawał się niewzruszony.

Jan z Podhorec spłonął rumieńcem.

- Ależ oczywiście, że mam! Jakże to, na piechotę takiego szmatu drogi nie przeszedłem! - obruszył się.

- Znajdują się i tacy - mruknął Gideon.

- Gideonie! - Pani von Wensee poczuła się w obowiązku przywołać go do porządku. - Przypominam ci, że nasz młody towarzysz również znajduje się w mojej służbie i pod moją ochroną - wymówiła z wyraźnym naciskiem ostatnie słowo.

Gideon wymamrotał niezbyt szczere przeprosiny. On i Jan z Podhorec wymienili między sobą spojrzenia pełne wzajemnej niechęci. Pani von Wensee obiecała sobie mieć ich na oku.

- Ile osób jeszcze potrzebujemy, Waldemarze? - zwróciła się do swojego zaufanego doradcy.

- Minimum dwóch. - Stary wojak podkręcił wąsa. - Powinniśmy rozważyć spędzenie tutaj nocy i poszukanie ochotników nazajutrz z rana.

- Nikogo nie znajdziecie - wtrącił się Jan z Podhorec. - Wszyscy ochotnicy masowo przechodzą na stronę tego heretyka i szubrawcy, Gustawa Adolfa. - Na wspomnienie szwedzkiego króla młodzieniec splunął na podłogę. - Ponoć Szwedzi oferują dobry żołd i warunki.

- To dlaczego sam się nie zaciągnąłeś? - zapytał Gideon ze złośliwym uśmiechem.

Jan z Podhorec wytrzeszczył na niego oczy.

- Ja? Walczący dla protestanta? Nigdy! - Złapał się za serce. - Jam jest wierny naszej Matce, prawdziwemu Kościołowi rzymskiemu!

- Ale wiesz, że my również jesteśmy protestantami? - upewniła się pani von Wensee. - I że nasz książę przeszedł na stronę Gustawa Adolfa? Nie przeszkadza ci to?

Jan rozdziawił lekko usta, ale bardzo szybko się zreflektował i je zamknął. Waldemar miał rację, młodzieniec był zdesperowany.

- To nie jest tak, że walczę po waszej stronie, mości Ulryku von Wensee - odparł zmienionym, ugrzecznionym tonem. - Zgodziłem się wam towarzyszyć dla obopólnej korzyści. Po przyjeździe do Szczecina nasze drogi się rozejdą.

- Niech tak więc będzie. - Pani von Wensee skinęła głową. Sięgnęła do pasa po sakiewkę z pieniędzmi. Odliczyła kilka monet i wcisnęła mu w dłoń.

- Zaliczka - powiedziała. - Przygotuj się. Jutro wyruszamy.

*

Słowa Jana z Podhorec okazały się prorocze. Nie znaleźli ani jednego ochotnika zarówno w okolicznych, jak i dalszych wioskach. Kto jeszcze się ostał z mężczyzn w sile wieku, ten dołączał do Szwedów. Radzili sobie zatem w czwórkę, jak najlepiej potrafili. Nocą na zmianę nie spali, pilnując obozowiska, a za dnia starali się przemieszczać szybko i sprawnie. Nie obawiali się wojsk Gustawa Adolfa, ale woleli się z nimi nie spotkać. Sen z powiek spędzali im maruderzy i bandyci wykorzystujący wojenny chaos. Takie bandy były liczne i dobrze zorganizowane, podróżni nie mieli szans im się przeciwstawić. To wymuszało dokładne planowanie każdego postoju i noclegu. Bywało, że musieli rozbijać obóz w lesie. Do tej pory te wszystkie zabiegi uchroniły ich przed rabusiami, w zamian wystawiając na mróz i ogólne nieprzyjemności związane z podróżowaniem zimą.

Pewne rzeczy się jednak nie zmieniły: Gideon i Jan na wyprzódki docinali sobie i kłócili się, choć z mniejszą zajadłością niż z początku. Waldemar pozostawał ich głosem rozsądku. Pani von Wensee pilnowała każdego swojego ruchu i słowa. W głębi ducha cieszyła się, że musi odgrywać rolę Ulryka jedynie przed młodym Polakiem.

- Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi - oznajmił Waldemar, gdy zapytała go o ich obecne położenie. - Myślę, żeby zaraz rozbić obóz i odpocząć.

Tak też uczynili. Było dość wcześnie, Gideon i Jan poszli nazbierać drew na ognisko. Pani von Wensee szczękała zębami. Wiele by dała za ciepłą strawę i wygodne łóżko. Podróżowanie zimą bez możliwości noclegu w zaprzyjaźnionych dworach było mordęgą.

- Panie Ulryku! Panie Waldemarze! - W obozie pojawił się zziajany Jan. - Nieopodal nas... - Musiał zaczerpnąć tchu. Był cały czerwony na twarzy. - Nieopodal nas... opuszczony dworek. Może skorzystajmy, zamiast marznąć? - zaproponował z błyskiem nadziei w oku.

- A jaką masz pewność, że to nie pułapka? Że dworek faktycznie jest opustoszały? - Waldemar zmarszczył czoło.

- Pacholątko ma akurat rację. - Z lasu wyłonił się Gideon, równie jak reszta towarzystwa ogorzały od mrozu, choć znoszący surowe warunki z sobie właściwą nonszalancją. - Rozejrzałem się dokładnie po okolicy. Ani żywej duszy.

Waldemar pokręcił głową, krzyżując ramiona.

- Nie, nie. Wykluczone - obstawał przy swoim.

- Waldemarze, możemy nie mieć wyjścia - odparł łagodnie Gideon, pokazując głową na panią von Wensee. - Pan Ulryk źle znosi te warunki.

W rzeczy samej wystarczył rzut oka na panią von Wensee, by Waldemar się poddał.

*

- Dziwne, wygląda na nienaruszony - mruknęła pani von Wensee, gdy zakradli się w okolice dworku i od dłuższej chwili go obserwowali.

Waldemar zgodził się na sprawdzenie otoczenia, jednak nie pozwolił im ot tak wejść do opustoszałego budynku. "To pierwsze miejsce, w którym zorganizowałbym zasadzkę. Albo z którego uczyniłbym swoją zbójecką siedzibę" - wyjaśnił, ignorując ich zmęczone i przemarznięte oblicza.

- Pójdę pierwszy - oznajmił, wstając.

Nikt nie ośmielił się zaprotestować. Czekali zatem przyczajeni, obserwując, jak sylwetka Waldemara znika w ostatnich promieniach zimowego słońca.

Pani von Wensee nie wiedziała, ile czasu minęło, lecz jej kończyny zdążyły solidnie zdrętwieć. Sięgnęła za pazuchę i wydobyła bukłak z gorzałką. Pierwszy łyk palił ją w przełyk. Po chwili poczuła, jak do jej ciała powraca ciepło. Miała świadomość, jak złudne było to uczucie, i modliła się, by Waldemar pozwolił im dziś przenocować w opustoszałym dworku.

- Do diaska, idę za nim! - zirytował się Gideon.

- Ja z tobą! - Jan również od razu się podniósł.

- Pójdziemy wszyscy - zadecydowała pani von Wensee.

Przecięli drogę od krzaków do budynku pokracznym truchtem. Śnieg skrzypiał pod ich butami. Gnani perspektywą szybkiego schronienia, nie dostrzegli śladów biegnących dookoła dworku.

- Waldemarze! - zakrzyknął Gideon, gdy stanęli już na progu.

- W środku - odpowiedział znajomy głos. Brzmiał inaczej niż zazwyczaj, choć pani von Wensee nie potrafiła opisać natury tej przemiany. Coś między smutkiem a zmęczeniem.

Weszli przez główne drzwi do wnętrza dworku. Waldemar stał ledwie kilka kroków od nich i zdawał się ich nie widzieć. Pani von Wensee szybko zrozumiała dlaczego. Główną izbę wypełniały trupy. Nie było to pospolite morderstwo. Ktoś zadał sobie trud, by wyeksponować ciała w groteskowy sposób, rozstawiając je niczym lalki w scence rodzajowej. Przy stole musiał siedzieć szlachcic wraz z rodziną, tuż obok ustawiono służących, nabijając ich na metalowe pręty. U ich stóp leżały tace. Znajdujące się na nich owoce i przysmaki gniły. Ciała nosiły ślady tortur i ciężkich urazów, ale w pomieszczeniu nie znalazła się ani kropelka krwi.

Ową makabryczną scenę zaburzał jeden drobny szczegół: leżący na podłodze mężczyzna. Widocznie zachował resztki ducha, bo chrapał i gadał do siebie we śnie. Musiał być solidnie zamroczony gorzałką, bo czuć ją było na odległość, a sam jegomość zdawał się nie widzieć przybyszy ani otaczających go zmarłych. Waldemar kopnął pijaka. Mężczyzna zawył z bólu, skoczył na równe nogi i z godną podziwu zwinnością dobył zza pasa noża.

- Żywego mnie nie weźmiecie! - zakrzyknął, rzucając się na Waldemara.

Stary wojak był na to przygotowany i w ułamku sekundy napastnik ponownie leżał na podłodze z bandoletem wymierzonym w pierś.

- Gadaj, kim jesteś i co tutaj robisz? To twoje dzieło? - zapytał Waldemar.

Mężczyzna zasłonił ramionami twarz i zaczął głośno szlochać.

- Nie, nie, to nie ja! Błagam! To nie ja. Już nie żyli, przysięgam! - jęczał.

Wyglądał zaiste żałośnie, jednak jego stan nie wzbudził żadnej litości u Waldemara. Kopnął mężczyznę po raz drugi, jeszcze mocniej.

- Gadaj, kim jesteś!

- Czarnowron! - zawył nieszczęśnik. - Zowią mnie Czarnowron! Wszystko wam powiem, tylko oszczędź mnie, panie!

*

- Wypadałoby pochować ciała - stwierdził Waldemar.

Pani von Wensee rozejrzała się po twarzach pozostałych towarzyszy. Jan z Podhorec stał osłupiały i nie wyrzekł dotąd ani słowa. Zapewne pierwszy raz zetknął się z podobnym bestialstwem. Gideon wyglądał nieco lepiej, ale i tak trzymał się z daleka od zmarłych i przy pierwszej sposobności udał się sprawdzić pozostałe pomieszczenia. Związany w kącie Czarnowron jęczał cicho, działając wszystkim na nerwy.

- Nie dziś - odrzekła. - Możemy je co najwyżej przykryć, oddać im namiastkę godności - zasugerowała.

Stary wojak skinął w zamyśleniu głową. Coś go trapiło i owo zmartwienie wykraczało poza niepokój wywołany odkryciem nietypowej zbrodni. Gdyby pani von Wensee wierzyła w zjawiska nadprzyrodzone, to powiedziałaby, że niechybnie jakaś siła wyższa maczała w tym palce. Nie była jednak równie naiwna. Ludziom niepotrzebne były potwory, sami się chętnie w takowe przemieniali.

Powrócił Gideon. Wzdrygnął się łagodnie, widząc ponownie miejsce kaźni.

- Wygląda na to, że nic nie zginęło. Wszystkie pomieszczenia są nietknięte, z wyjątkiem piwniczki, skąd ktoś zabrał kilka butelek wina - poinformował ich, rzucając wymowne spojrzenia w stronę Czarnowrona. - Idę o zakład, że to on.

- Hmmm. - Waldemar nadal myślami przebywał daleko od nich.

- Sprawdziłem też inne budynki i pomieszczenia gospodarcze. Możemy się ulokować w stajniach albo w oborze. Zwierząt także nikt nie przepędził, ale są głodne i przestraszone - kontynuował Gideon.

- Tak, to dobry pomysł. - Waldemar nagle się ożywił. - Zabierz pana von Wensee i naszego młodego przyjaciela ze sobą i przygotujcie się do snu.

- A ty? - zapytała pani von Wensee.

- Ja zaczekam, aż nasz ptaszek wytrzeźwieje i zacznie sensownie odpowiadać na moje pytania - odparł.

Gideon poklepał go po ramieniu.

- No, tylko uważaj, żeby go za mocno nie przesłuchać. Nie brakuje nam trupów do grzebania.

*

Nie wypoczęli tamtej nocy. Zmieniali wartę co kilka godzin, jednak żadne z nich nie zmrużyło oka. Każdy szelest, każdy ruch zwierząt wzmagał ich czujność. Prześladowała ich myśl, że morderca bądź mordercy mogli powrócić w każdej chwili. Ale przynajmniej było ciepło.

O brzasku pani von Wensee zebrała się i cofnęła do dworku. Już na progu usłyszała czyjś głos. Przyspieszyła kroku. W głównej izbie zastała śpiącego na podłodze Waldemara. Przeniosła wzrok na krzesło, na którym nie tak dawno zostawili związanego Czarnowrona. Puste. Aż podskoczyła, gdy zobaczyła go schylonego nad ciałami. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że mężczyzna mamrocze słowa modlitwy.

- ...obyś znalazła ukojenie w ramionach Boga Ojca - szeptał, zamykając oczy najmłodszej ofierze, może dziesięcioletniej dziewczynce. Podniósł wzrok, popatrzył na panią von Wensee przez moment, po czym wrócił do swojego zajęcia. Ściągał kolejno ciała, delikatnie kładł na podłodze i modlił się.

Pani von Wensee przeszła się po pozostałych izbach, zbierając koce i narzuty. Przyniosła ich całe naręcze. Przykucnęła przy trupach i zaczęła je nakrywać. Miała też okazję przyjrzeć im się bliżej. Dostrzegła ślady jak przy upuszczaniu krwi w okolicach pachwin i szyi. Wstrzymała oddech. Te rany wyglądały inaczej niż typowe śmiertelne obrażenia.

- Zrobiłem rysunki - odezwał się do niej Czarnowron, podając oprawiony w skórę zeszycik.

Pani von Wensee otworzyła go na przypadkowej stronie. Trafiła na szkic nabitej na pręt służącej. Czarnowron dostrzegł to samo co ona: nacięcia na szyi i pachwinie. Te drugie odtworzył w powiększeniu, choć zapewne po to, by nie szkicować ofiary w nieprzyzwoitej pozycji.

- Będzie musiało wystarczyć jako materiał dowodowy - dodał.

Pani von Wensee zamknęła zeszycik i oddała go Czarnowronowi.

- Masz zatem sporą wiarę w to, że nie oddamy cię jako głównego podejrzanego w ręce władz - powiedziała, mierząc go wzrokiem.

Mężczyzna wytrzymał jej spojrzenie, po czym odwrócił się, wydając z siebie bolesny jęk.

- Aaach! Moja głowa! Do diaska, dlaczego zawsze przegrywam ze swoimi słabościami? W życiu by mnie tu nie było, gdyby nie słodka madera, uwodzicielskie porto, czarująca śliwowica... - mamrotał.

- Bo gorzałka uzależnia, a wy zdecydowanie nie macie silnej głowy? - podsunęła mu pani von Wensee na wpół rozbawiona jego narzekaniem.

Czarnowron zignorował tę uwagę. Masował sobie czoło, usiłując przepędzić ból.

- Mam glejt - oznajmił nagle głosem tak rześkim, że pani von Wensee aż się od niego odsunęła. - Na nic się nie zda wasza gorliwość, jestem tutaj na polecenie samego księcia!

- Co to za wrzawa? - Waldemar wybudził się ze snu. Gdy jego wzrok padł na puste krzesło, a potem na chodzącego wolno Czarnowrona, natychmiast się podniósł.

- Spokojnie, Waldemarze - powstrzymała go pani von Wensee. - Jedynie rozmawiamy. Czarnowronie - zwróciła się do mężczyzny. - Pokażcie mi ten wasz glejt.

Czarnowron cofnął się do swojego tobołka. Zaczął wyciągać z niego rozmaite przedmioty, aż trafił na zapieczętowany list. Pokazał go pani von Wensee. Przed oczami mignęła jej woskowa sylwetka pomorskiego gryfa.

- A! - Pomachał jej przed nosem. - Wy jesteście równie podejrzani co ja! Kim jesteście i co tu robicie?

Waldemar rzucił pani von Wensee spojrzenie mówiące: "Pozwól mi go zabić tu i teraz". Nagła zmiana tonu Czarnowrona była dość zaskakująca. "Ten człowiek jest pełen sprzeczności" - zauważyła. Wydawał się zarazem wykształcony i nieokrzesany. Postanowiła odpowiedzieć, chociażby po to, by sprawdzić jego reakcję.

- Jestem Ulryk von Wensee i podróżuję wraz z towarzyszami do Szczecina. Zostałem pilnie wezwany przez naszego pana, księcia Bogusława, w sprawie niecierpiącej zwłoki - wyjaśniła ze stoickim spokojem. - Zajechaliśmy tutaj w poszukiwaniu schronienia na noc.

Czarnowron przyglądał się pani von Wensee przez dłuższą chwilę. Z uwagą studiował jej twarz, sylwetkę, ubiór. Poczuła się naga, acz nie dała tego po sobie poznać. Żaden wart swego honoru mężczyzna nie uginał się pod ciężarem czyjegoś spojrzenia. Wreszcie Czarnowron z wahaniem pozwolił jej przyjrzeć się glejtowi z bliska. Pieczęć wyglądała na autentyczną. Zerknęła na Czarnowrona. Skinął głową. Pani von Wensee odpieczętowała list. Przeczytała go naprędce i podała Waldemarowi.

- Pff! - Na starym wojaku pismo nie zrobiło wrażenia. - Chyba im się osoby pomieszały.

- Możecie nie wierzyć, dobry człowieku, ale posiadam wszelkie możliwe atrybuty, by zwyciężyć w powierzonej mi misji! - Czarnowron się napuszył. - I mogę się wam wielce przysłużyć w drodze do Szczecina, ponieważ sam, ledwie kilka dni temu, przebyłem tę trasę. Ponadto w stolicy łatwiej mi będzie rozwiać wątpliwości i oczyścić imię, choć to ostatnie jest absolutnie niepotrzebne - zwrócił się bezpośrednio do pani von Wensee.

Sugestia Czarnowrona wydała jej się bezczelna, zawierała jednak pewne zalety. Przydałby im się ktoś, kto lepiej zna okolicę i wie, jak unikać grasujących bandytów i maruderów. Poza tym w kupie siła, nawet jeśli Czarnowron nie wyglądał na osobę szczególnie biegłą we władaniu bronią.

- W porządku, zważ jednak, że pierwszą rzeczą, jaką zrobię, gdy tylko dotrzemy do Szczecina, będzie oddanie cię strażom miejskim - powiedziała. - A do tego czasu wszyscy będziemy cię mieli na oku.

Czarnowron nawet nie mrugnął, gdy podawała swoje warunki. Zdawał się zadowolony z takiego obrotu sprawy.

- Ja również będę wam się bacznie przyglądał, Ulryku von Wensee - odparł.

*

Usiłowali wykopać groby. Bezskutecznie. Ziemia była tak zamarznięta, że cały ich wysiłek spełzł na niczym, a czas naglił. Pani von Wensee rozejrzała się po swoich towarzyszach. Na twarz Jana z Podhorec wróciły kolory. Jadący obok niego Gideon zostawił Polaka chwilowo w spokoju, przenosząc swoją uwagę na Czarnowrona.

Ich nowy towarzysz był zmuszony jechać obok Waldemara, który cały czas go obserwował. Czarnowron jednak zdawał się nic sobie z tego nie robić. Wręcz przeciwnie: gdy wsiadł na konia (szczęśliwie miał własnego), natychmiast odzyskał rezon i tryskał humorem.

- Janie, jak tylko dotrzemy do Szczecina, to będę szczęśliwy, mogąc pokazać ci nasze wspaniałe książęce miasto. Nie wiem, czy widziałeś kiedyś miejsce równie majestatyczne, tak ważny i rozpoznawalny w świecie port - perorował.

- Cóż, byłem swego czasu w Gdańsku - odparł Jan. - Chociaż chciałbym zobaczyć też inne wielkie miasta Europy. Szczególnie Wiedeń i Paryż, ale przyznam, że opowieści młodych paniczy o włoskich miastach są również wielce nęcące. Mości Czarnowronie, byłeś kiedyś we Włoszech?

Gideon nie stłumił nawet parsknięcia śmiechu na widok miny Czarnowrona.

- No, Czarnowronie, nie wstydź się. - Gideon miał używanie. - Z chęcią dowiemy się, gdzie rozwinąłeś swą imponującą sztukę retoryki, perswazji i kwiecistej mowy. Czy było to na jednym z szacownych, pradawnych, włoskich uniwersytetów? A może w Rzeszy albo w Paryżu? Albo bardziej egzotycznie: w Hiszpanii? Doprawdy ciekaw jestem twojej odpowiedzi.

Czarnowron odchrząknął, jednocześnie poprawiając się w siodle, jakby próbował uczynić się wyższym, niż był w rzeczywistości.

- W Gryfii... - podniósł nieznacznie głos. Wyraźnie stracił rezon. - Studiowałem w naszej rodzimej Gryfii.

- Och... - Gideon się zawahał, miał problem z wykorzystaniem tej informacji przeciwko Czarnowronowi.

- Jest to szacowna instytucja - zainterweniowała pani von Wensee, nie ze szczególnej sympatii do Czarnowrona, lecz by zachować harmonię wśród swych towarzyszy. - Nasi książęta, Janie z Podhorec, szczególnie umiłowali sobie naukę i mecenat sztuk. Uniwersytet w Gryfii jest wyrazem ich miłości do piękna umysłu kształtowanego przez naukę i kontemplację.

- Dobrzy władcy to ci, którzy doceniają wiedzę i mądrość - przytaknął Jan, poważniejąc.

Pani von Wensee odwróciła głowę. Napotkała spojrzenie Waldemara. Stary wojak skinął nieznacznie głową. Dobrze sobie poradziła, w sposób godny szlachcica ziemi pomorskiej. Była to również jej pierwsza tak poważna interwencja po wcieleniu się w rolę Ulryka. Musiała przyznać, że owa szarada stawała się coraz prostsza. Nie potrafiła się porozumieć ze swoim mężem za życia, lecz po jego śmierci wystawiała mu wspaniały pomnik, była lepszym mężczyzną, niż on kiedykolwiek miałby szansę się stać. A przynajmniej taki mogła obrać sobie cel, gdyby nie była tak przerażona. Gdyby nie czuła się tak pusta, wydrążona z życia, okradziona z pragnień.

"Na razie jednak żyję i moi towarzysze także" - pomyślała. Po chwili ciszy mężczyźni ponownie zaczęli się między sobą przekomarzać. Ich zaczepki i słowne potyczki uspokajały ją, wyciszały. Zapewniały namiastkę normalności w sytuacji, którą trudno było nazwać normalną. "Na razie to musi wystarczyć" - zadecydowała. "Na razie".