Interludium
Kościane siedzisko było twarde i tak zimne, że powoli zamieniało mu
tyłek w kawał zmrożonego mięcha. W chacie panował ziąb, a prymitywne
palenisko, czarne i najwyraźniej od wielu dni martwe, tylko pogłębiało
poczucie chłodu. Północ. Ta cholerna Północ. Podobno już dawno powinna
zawitać tu wiosna, oczywiście według miejscowych standardów, czyli
wiatry powinny wiać mniej zaciekle, po oceanie pływać mniejsze kry, a plwocina na jego butach powinna zamarzać dłużej niż ledwie w kilkanaście
uderzeń serca.
Ale nie tym razem. Północ najwyraźniej oszalała.
Zgodnie z planem portal wyrzucił go po drugiej stronie Loharrów. Miały
tutaj znajdować się osady łowców fok i morsów, myśliwych polujących na
białe lisy i ptactwo polarne, harpunników czekających na stada
wielorybów. Cenne futra, mięso, olej i tran, bryły ambry znalezione na
brzegu lub wydobyte z trzewi morskich potworów... Północna strona
Loharrów dostarczała na rynki całego świata drogie i rzadkie towary.
Jednak łowcy fok, myśliwi i zabójcy wielorybów prawie nigdy nie spędzali
tutaj zimy. Obozowiska zaludniały się wiosną, gdy łodzie i statki
znajdowały drogę przez morze topniejące wokół gór, i pustoszały
jesienią, kiedy wyładowane po burty statki zabierały ludzi z powrotem na
południe. Zimą okoliczne wody zamarzały bowiem i żegluga po nich stawała
się niemożliwa.
Czasem jednak trzeba było zostać - jeśli sezon okazywał się tak udany,
że statki nie zdołały zabrać całej zdobyczy, ktoś musiał spędzić kilka
najgorszych miesięcy na kamienistym wybrzeżu, by powracający myśliwi nie
znaleźli zapasów rozgrabionych przez białe niedźwiedzie, lisy polarne
czy innych drapieżców: dwunogich i zbrojnych w żelazo. Ci, którzy
zdecydowali się zimować na Północy, gdzie w ciągu dnia słońce pojawiało
się na niebie ledwo na godzinę czy dwie, a i to nie zawsze, czekali na
początek kolejnego sezonu niczym na zbawienie.
Ale najwyraźniej w tym roku czekali na próżno.
Północne przesmyki nie zrzuciły jeszcze lodowej skorupy. A tam, gdzie
lód choć trochę popękał, pola kry były wielkie jak miasta. Wpłynięcie
statkami między rozdzielające je szczeliny groziło zmiażdżeniem kruchych
kadłubów niczym łupin orzecha. Okręty nie przypłynęły, zapasy się
skończyły, białe jak włosy Anday'yi lisie futro, za które na południu
można by się przez miesiąc objadać frykasami aż do bólu brzucha, tutaj
nie mogło zapełnić jednego żołądka.
Ironia losu.
Jego portal otworzył się pół mili od osady, którą stanowiło pięć
drewnianych chat postawionych z cennego na Północy drewna i kilkanaście
namiotów z wielorybich żeber obciągniętych skórą. Wielkie kotły, w których wytapiano sadło morskich olbrzymów, przykryto płachtami i zabezpieczono, setki stojaków, na których skrobano i konserwowano futra,
bodło niebo, bezczynnie oczekując na rozpoczęcie nowej pracy. Cisza i spokój.
A powinien przywitać go gwar, ruch i tyle gotowanego foczego mięsa, ile
zdołałby zjeść.
Poczuł to od razu, gdy przekroczył umowną granicę osady. Mrowienie w okolicach krzyża, drętwiejące opuszki palców, uczucie, że ktoś właśnie
patrzy na twoje plecy, naciągając cięciwę do ucha. Cierpienie, dawno
przebrzmiały krzyk, którego wspomnienie nadal tnie powietrze, ból i męka.
To były "dary" Bitewnej Pięści. Czuł Moc, tę krew w żyłach świata, czuł
zarówno aspekty, jak i dzikie, chaotyczne Źródła. A nawet ten
niezmierzony, niepojęty żadnym umysłem ocean poza nimi. Moc, aspektowana
czy nie, poddawała się emocjom, pozwalała im się kształtować, ugniatać i rzeźbić. I "używana" w ten sposób, zostawiała ślad na skórze
rzeczywistości.
Panował tu głód, a z tego głodu zrodziło się coś innego, mrocznego i paskudnego. Desperacja, gniew, nienawiść.
Zaatakowali go z trzech stron jednocześnie. Trzy owinięte w futra
postacie rzuciły się na złodzieja, dwie wybiegając zza najbliższej
chaty, trzecia wyskoczyła z namiotu za jego plecami. Żadnego powitania,
żadnych pytań, skąd jest i jakim cudem się tu znalazł; za to wszystko
musiały mu wystarczyć trzy szerokie harpuny wycelowane w pierś i plecy.
Ten atakujący z tyłu był pierwszy. Altsin nie patrzył na niego, nie
musiał, uchylił się tylko płynnie, miękkim ruchem przepuszczając
pchnięcia pod pachą. Złapał harpun tuż za grotem, złamał drzewce i wbił
zębate ostrze w gardło mężczyzny.
Nawet nie zerknął na upadającego trupa.
Dwójka pozostałych napastników wrzasnęła jednym głosem, jednym ruchem
uniosła broń i jednocześnie cisnęła w jego pierś. Patrzył spokojnie, jak
oba harpuny płyną ku niemu przez powietrze: drzewca lekko wibrowały,
groty, pokryte rdzą i krwawymi zaciekami, ciągnęły za sobą blade smugi.
Tą bronią mordowano, a duchy zabitych wciąż lepiły się do żelaza.
Zrobił krok w lewo, złapał nadlatujący harpun za środek drzewca, okręcił
się na pięcie i posłał go do właściciela. Ostrze pomknęło z powrotem z siłą większą, niż nadałby mu ją oblężniczy skorpion, uderzyło mężczyznę
w pierś i rzuciło nim o ścianę chaty. Był martwy, zanim grot przyszpilił
jego ciało do drewna.
Ostatni atakujący zamarł z dłonią na rękojeści na wpół wyciągniętego
noża. Altsin przeżył już coś takiego, dawno temu, gdy pewien rzeczny
półbóg próbował się dowiedzieć, z kim ma do czynienia. Wtedy czuł się,
jakby opętała go jakaś siła, teraz jednak było to dla niego tak
naturalne, jak kiedyś wkładanie ręki w niezawiązaną sakiewkę.
Dla zwykłego śmiertelnika musiał wyglądać na demona, który ma oczy
dookoła głowy, rusza się szybciej niż błyskawica i dysponuje siłą
dziesięciu ludzi.
Nóż powoli wrócił do pochwy, a ostatni napastnik odwrócił się i pognał
do chaty.
Altsin ruszył za nim.
A teraz, niespełna po godzinie, siedział w tej właśnie chacie i patrzył
w oczy związanego człowieka. Plwocina więźnia powoli zamarzała na bucie
złodzieja, leżący na kamiennej posadzce jeniec nie miał nawet dość sił,
by splunąć jak należy.
Nieważne.
Wszystko było nieważne w obecności tego, co kołysało się pod powałą,
prawie pośrodku chaty.
Altsin oderwał wzrok od spętanego mężczyzny i jeszcze raz omiótł
spojrzeniem wnętrze. Jedynie na blat stołu zmarnowano tu trochę drewna,
resztę mebli, taborety, ławy, nawet półki przy ścianach i ramy łóżek
zrobiono z wielorybich kości. Starannie obrobionych i dopasowanych.
Mistrzowska robota.
- Ty to zrobiłeś? - zagadnął w dialekcie nesbordzkich klanów.
Co do tego, że więzień był jednym z tych piratów, nikt nie mógł mieć
wątpliwości. To właśnie oni stanowili większość łowców futer i myśliwych
na tych ziemiach. Poza tym mężczyzna miał jasną skórę i włosy oraz
niebieskie oczy, a tatuaże z prymitywnych run, ozdabiające jego skronie,
pozwalały nawet określić przynależność do konkretnego plemienia i rodu.
Przepytywany, szarpnął się teraz tylko i jeszcze raz spróbował splunąć
na tego, który go uwięził. Więcej jednak w tym geście było przerażenia i desperacji niż buty.
Ta podróż nie tak miała wyglądać. Altsin miał tu spotkać statki i ludzi,
którzy - za odpowiednią opłatą - przewieźliby go wzdłuż wschodniego
krańca kontynentu tam, gdzie chciał się dostać. Otwieranie magicznych
portali było trudne, niewygodne i zostawiało ślad, po którym każdy
średnio uzdolniony czarownik mógł go odnaleźć. Poza tym jego ciało nadal
było ciałem śmiertelnika: owszem, mógł dysponować wspomnieniami
awenderi jednego z najpotężniejszych bogów w dziejach, magia mogła
płynąć w jego żyłach, ale użycie pełnej mocy Bitewnej Pięści wypaliłoby
go od środka w kilka kwadransów. Potwierdzała się prawda ze starych
wspomnień - bez wyznawców i bez wsparcia w gromadzie potencjalnych
naczyń, gotowych przyjąć jego ducha, gdy aktualne się "zużyje",
awenderi był i jednocześnie nie był potęgą. Jak miecz zrobiony z wulkanicznego szkła, ostrzejszy od stali, lecz gotów rozpaść się na
kawałki, gdy uderzy się nim ze zbyt wielką siłą. Oto najlepszy żart,
jaki świat mógł mu zrobić.
Ale potrafił teraz kilka rzeczy, które dla większości śmiertelników były
nieosiągalne. Wystarczyła chwila, by przyswoił sobie każdy język, którym
przy nim rozmawiano, był szybki, silny, bardzo odporny na zimno,
pragnienie i głód.
A także widywał duchy. Zwierząt, ludzi, i nie tylko.
- A ty? Czego chcesz? - mruknął.
Wstał i szybkim krokiem wyszedł z chaty, wiedziony przez niską, chudą
zjawę, która od jakiegoś czasu kręciła się przy związanym mężczyźnie.
Duch poprowadził go nieco poza osadę, gdzie w olbrzymiej, pamiętającej
zapewne wiele zim pryzmie ubitego na twardo śniegu wykuto wielką lodową
jaskinię.
Tutaj, oprócz skór i futer, które nie zmieściły się na statki,
znajdowała się reszta zeszłorocznej zdobyczy myśliwych. Wielkie jak
ćwiartki wołu kawały zmrożonego wielorybiego sadła. Wejście do jaskini
było otwarte, a liczne ślady zwierząt w środku świadczyły o tym, że
strażnicy zaniedbali swoje obowiązki.
Nie to było jednak najważniejsze.
Dwadzieścia kroków od tej przechowalni, w dziurze wygrzebanej w śniegu,
walały się szczątki kilku psów. Dokładnie sześciu. Sześć czaszek, setki
mniejszych kości. Duch wskazał na psy, na jaskinię wypełnioną sadłem, na
siebie. W tych gestach nie było oskarżenia, tylko bezradność i smutek.
I pytanie - dlaczego?
Altsin westchnął. Historia, którą miał przed oczyma, stała się nagle
prosta i nabrała głębi. Czarnej jak lodowe ślepia podmorskich bestii.
Ten lód wypełnił mu żyły, skrócił oddech, zamglił wzrok.
Wrócił do chaty. Usiadł na kościanym taborecie. Nie patrzył na
mężczyznę. Jeszcze nie.
- Kiedy miały przypłynąć statki?
Leżący nie odpowiedział. Skrzywił się tylko i zawarczał jak pies.
- Ze dwa miesiące temu, prawda? Tu wiosna przychodzi nieco wcześniej niż
na wschodnich terenach. Ale w tym roku nie przyszła. Statki nie
przypłynęły.
Jedyną odpowiedzią było milczenie.
- Zapasy skończyły się wam wiele dni temu, a człowiek to nie zwierzę,
nie da rady przetrwać, żując skóry i pijąc wielorybi tłuszcz.
Altsin poprawił się na taborecie i wreszcie spojrzał na więźnia. Para
jasnych jak poranne niebo oczu wwiercała się w niego palącym
spojrzeniem.
- Nie wiesz, co to głód - głos mężczyzny był śliski i lepki jak kawał
nadgnitego łoju. - Nie wiesz, co to wrehh.
Wrehh - głodowy szał, to określenie pochodziło z języka górskich
klanów mieszkających najdalej na północno-zachodnim wybrzeżu. Wrehh to
szał sprowadzony na człowieka przez samotność, brak światła słonecznego
i ciągłe zawodzenie północnych wiatrów. Ale przede wszystkim przez głód.
Potworny, odbierający rozum, zamieniający swoje ofiary w upiory żywiące
się ludzkim mięsem. Ogarnięta takim szałem matka przegryzała gardła
własnym dzieciom, chłepcząc gorącą krew, a ojciec ćwiartował ciała i ogryzał do czysta drobne kości. Gdy nie stało już ofiar, dzieci,
starców, innych dorosłych, rozkopywano świeże mogiły, a gdy i tego
brakło, odrąbywano sobie ręce i nogi, obcinano uszy i nosy.
Jedzono.
Informacje te nagle stały się częścią jego wiedzy, jakby sam od
urodzenia mieszkał w tych górach.
Ale wraz z nią przyszła i inna świadomość. Ludzie, których dopadł
głodowy szał, kończyli jako obciągnięte skórą szkielety, wyjące w niebo.
Ten mężczyzna był chudy, ale nie aż tak zagłodzony; szalony, lecz nie
obłąkany. Nie. Tu chodziło o coś innego.
- Dlaczego nie odeszliście stąd, gdy statki nie przypłynęły?
- Jak? Czym? Pieszo przez Loharry? Bez jedzenia? Bez...
- Saniami. Oni mieli psy. Sześć psów. Ludzie nie mogą się żywić samym
wielorybim sadłem, ale psy tak. Oni zresztą też by mogli. Prosili tylko
o pomoc.
Twarz mężczyzny zmieniła się w maskę furii.
- To nasze. Nasze! Mieliśmy pilnować! Nie oddawać! Nie dać! Nasze! Nie
ich!
Nie mówił już, tylko wyszczekiwał słowa, pryskając śliną na wszystkie
strony.
Altsin spojrzał mu w oczy, a wrzaski umilkły, jakby związanemu ktoś
zadzierzgnął na szyi wisielczą pętlę.
- Było ich dwóch. Jedyni ze szczepu, którzy mieli dość sił, by wyruszyć
po pomoc. Zabrali te psy, które jeszcze mogły ciągnąć sanie, i pojechali
na zachód, skąd co roku przychodziła wiosna. Dotarli aż tu. Mieliście
wszystko, by ich ocalić. Dość wielorybiego sadła, by nakarmić całą
wioskę. Nie chcieli waszych futer ani skór, mogli nawet zapłacić za ten
tłuszcz własnymi. A wy...
- Jakbyśmy oddali to tym zwierzętom, przychodziliby co roku. I byłoby
ich więcej i więcej. To nie ludzie. To bestie. Popatrz na nich. Popatrz.
Altsin po raz kolejny zerknął na to, co wisiało pod powałą. Dwa ciała,
prawie ludzkie, choć od ludzi niższe i szersze w barach, obdarte do
naga, jakby to miało ułatwić ich... obróbkę. Obaj aherowie zostali
fachowo wypatroszeni i częściowo oskórowani. Z ud i pośladków wycięto im
szerokie i długie pasy mięsa. Choć prawdę powiedziawszy, niewiele tego
mięsa na nich było. Ich twarze, z wielkimi wałami nadocznymi i kłami
wystającymi z dolnych szczęk, były zaskakująco spokojne jak na to, co
ich spotkało.
- Widzisz? Patrz. Nie ludzie. Ludzkiego mięsa bym nie tknął, przysięgam,
ale oni? Zwierzęta. Zwierzęta się zabija, a nie karmi własną krwawicą.
- Nagle zacząłeś mówić ładnymi, pełnymi zdaniami? Mieli psy, ofiarowali
je wam w zamian za ten tłuszcz. Mogliście zabrać sanie i zwierzęta i pojechać wzdłuż wybrzeża najpierw na zachód, potem na południe. Z dobrze
odkarmionymi psami w osiem, może dziesięć dni bylibyście wśród ludzi.
- A oni co? Oni co? Zabraliby część zdobyczy i poszli do swoich, a potem
co? Nie wróciliby po resztę? To nasze. Nasze! Nie tych zwierząt! Nie
ich!!!
- Więc uwięziliście tę dwójkę, zabiliście i zjedliście ich psy, ale były
chude, więc nie starczyły na długo. A potem to? - Wskazał na ciała.
- Sami umarli. Sami. Nasze noże nie odebrały im życia.
Altsin zgodził się, kiwając ze smutkiem głową.
- To prawda. Sami umarli. Wy tylko okradliście ich z futer, związaliście
i zostawiliście nagich na dworze. Więc umarli sami.
Wyszedł z chaty. Zimno. Daleko na wschodzie, gdzieś za Wielkim Grzbietem
Ansar Kirreh, czuł... coś. Dzieliły go od tego miejsca jeszcze setki
mil, więc wrażenie było takie, jakby kątem oka dostrzegał promień
księżyca wpadający przez szparę w okiennicach, ale... do licha, dawał
radę to wyczuć. Z takiej odległości! I stamtąd właśnie, z miejsca, o którego sprawdzenie prosił Oum promieniowała też na świat lodowa furia,
której odpryski nawet tutaj zmieniały pory roku.
Pani Lodu się wściekała.
Wrócił i przykląkł nad związanym mężczyzną. Ten wykręcił głowę i posłał
mu zaskakująco przytomne spojrzenie.
- Zabijesz mnie?
- Tak.
- Bo co? Bo zabiłem te zwierzęta? Bo nie chciałem im oddać co moje?
- Nie. Nie dlatego. Dlatego, że jeśli cię nie zabiję, nie będę mógł w nocy spać. Bo będzie mnie dręczyć poczucie, że nie zrobiłem wszystkiego
jak należy. Bo albo na świecie będzie trochę, ociupinkę sprawiedliwości,
albo niech ten świat trafia szlag.
- Sprawiedliwość? To jest sprawiedliwość?
Altsin spojrzał na niego z góry i uśmiechnął się samymi kącikami ust.
- Nie wymagaj ode mnie zbyt wiele. Uczyłem się jej, kradnąc i zabijając
w portowych zaułkach.
Przycisnął głowę mężczyzny do posadzki i szybkim ruchem nakreślił na
jego czole znak Złamanego Miecza. Moc popłynęła przez ciało więźnia
wielką, niepowstrzymaną strugą. Ten zaskomlał, czując, jak gorąco
wypełnia jego członki, jak ogień zaczyna buzować w żyłach. A w chwili,
gdy jego włosy zaskwierczały i zwęgliły się, a skóra zaczęła dymić -
zawył.
Moc wybuchła i ukształtowała się w portal o średnicy pięciu stóp, ciało
mężczyzny zaś rozpadło się w proch.
Altsin wszedł w przejście, wiedząc, że właśnie oszczędził sobie
przynajmniej dwustu mil drogi przez góry. Zamykające się magiczne wrota
rzygnęły ogniem na izbę, a drewniane ściany momentalnie zadymiły się i zapłonęły.
Przez kilka godzin ogień tańczył po całej opustoszałej osadzie.
Rozdział 1
Miasto omdlewało w uścisku gorąca. Całymi dniami słońce wyprażało ulice
z zaciekłością kowala rozgrzewającego w palenisku oporny kawał żelaza,
nocami zaś nagrzane kamienie i cegły oddawały ciepło, jakby drwiąc sobie
z modłów mieszkańców tęskniących do odrobiny chłodu. I choć zgodnie z kalendarzem, a także śledzonymi przez astrologów i magów obrotami gwiazd
na niebie, była dopiero połowa wiosny, upały ani myślały zelżeć.
Podobno szczęśliwi posiadacze piwnic przenosili do nich łóżka, bo tylko
kilkanaście stóp pod ziemią można było znaleźć odrobinę wytchnienia od
wszechobecnej spiekoty.
Niektórzy starcy gadali, że jak sięgają pamięcią, nie było tak gorącej
wiosny. Taka wiosna, mówili, taka wiosna zwiastuje niezadowolenie Matki,
wojny, zarazy, pożary, powodzie, głód i pomór bydła. Ciekawe czasy
nadchodzą, mamrotali, ciekawe.
Jednakże starców tych mało kto słuchał, bo dla nich każda pora roku była
najgorętsza albo najzimniejsza, albo najbardziej dżdżysta, i każda
zwiastowała jak nie koniec świata, to przynajmniej wyższe podatki czy
boleśniejsze zaparcia. Czasem starość spogląda na świat przez kawałek
szkiełka wydobyty z kupy łajna i nie ma sposobu, by temu zaradzić.
Tymczasem niezależnie od takiego gadania upał trzymał miasto w spoconej,
lepkiej i odbierającej siły garści.
W południe wszelki ruch na ulicach zamierał, pustoszały chodniki,
przekupnie zamykali stragany, ławeczki przed winiarniami prażyły się w słońcu, z niecierpliwością oczekując gości. Życie przenosiło się w pobliże fontann, studni i ujęć akweduktów, gdzie chlapano się, oblewano
wodą, a nawet próbowano pływać, bo dostanie się do którejś z miejskich
łaźni wymagało albo rezerwowania miejsca z kilkudniowym wyprzedzeniem,
albo kiesy pełnej złota.
Przybysz z odległych stron, przeniesiony nagle na te ulice jakąś
magiczną sztuczką, mógłby pomyśleć, że znalazł się w jednej z tych
legendarnych metropolii z Dalekiego Południa, gdzie słońce wyżej wspina
się na nieboskłon, wszyscy noszą jedwabie, bezcenne przyprawy zaścielają
ziemię, a śniadoskóre piękności przechadzają się w towarzystwie
niewolników kastratów. Nie uwierzyłby, że znajduje się w Meekhanie, tym
Meekhanie, Mieście Miast, Sercu Imperium, Kwiecie na Krzemiennej
Koronie, Pierwszym Słupie Milowym. No, chyba że straż miejska dorwałaby
go za włóczęgostwo i bezprawne użycie magii teleportacyjnej i przeklinając w najczystszym meekhu, pognała do lochu.
Co było mało prawdopodobne, bo w południe nawet strażników trudno
spotkać na ulicach. Zapewne szukali ochłody przy jakiejś fontannie.
Spocony mężczyzna, kuśtykający korytarzem cesarskiego pałacu, przekonał
się o tym na własnej skórze. Portal wyrzucił go na środku ulicy, po czym
- mlaszcząc i wydając sycząco-bulgoczące dźwięki - znikł. I pies z kulawą nogą nie zainteresował się tym wydarzeniem. Nie żeby magiczne
przejście otwierające się na ulicy było w stolicy czymś niezwykłym,
wszystkie ważniejsze gildie i stowarzyszenia magów miały tu swoje
przedstawicielstwa, no i rzecz jasna armia, służba dyplomatyczna, a nawet bogate cechy kupieckie chętnie korzystały z możliwości szybkiego
transportowania ludzi i wieści, ale właśnie z tego powodu podjęto
odpowiednie środki zaradcze.
Od z górą stu lat Tarcza loh-Hewlena działała bez zarzutu. Dziesiątki
potężnych amuletów - nasyconych Mocą aspektów zakłócających działanie
magicznych portali, takich jak Mroźny Całus, Psi Nos czy Cierń -
sprawiały, że w promieniu dwóch mil od centrum miasta żadna teleportacja
nie mogła się udać z dającym się przewidzieć marginesem bezpieczeństwa.
A dla magów próbujących otworzyć przejście bezpośrednio do któregoś z cesarskich pałaców jawiły się one ponoć jako bezdenna, lodowa głębia, w której nie dało się ustalić położenia żadnego korytarza czy komnaty.
W świecie, gdzie przeciętny czarodziej z odpowiednim aspektem potrafił
otworzyć portal, nie oszczędzano na bezpieczeństwie cesarza i dworu.
Niewielka była to pociecha dla wędrowca, którego portal wyrzucił dwie
mile od celu i który ostatnie pół godziny wlókł się rozgrzanymi niczym
wnętrze pieca ulicami, by po dotarciu do bramy w murze otaczającym
pałacowy ogród i po okazaniu Imperialnej Pieczęci musieć czekać, aż
jakiś kapitan służbista z gwardii potwierdzi, z kim ma do czynienia.
W tamtej chwili Gentrell-kan-Owar udusiłby drania gołymi rękami, choć z drugiej strony sam kazałby oficera powiesić, gdyby ten zaniedbał środki
ostrożności. Są zasady, które obowiązują każdego, a na dodatek Szczurza
Nora była odpowiedzialna za ustanowienie większości z nich.
Wreszcie pozwolono mu wejść do opustoszałego ogrodu i skierowano do
lewego skrzydła budynku. Zastanawiał się, dlaczego z trzech rezydencji
cesarza w Mieście wybrano właśnie tę. Nie pałac Kaliahe, główną siedzibę
rodu ber-Arlens, służącą jako centrum władzy od przeszło dwustu lat, ani
nie skrzącą się białym marmurem trzystupokojową aberrację
architektoniczną znaną jako Sonweria, otoczoną liczącym kilkaset akrów
ogrodem. Zamiast tego spotkanie miało się odbyć w Menaner, zwanym
oficjalnie, choć nieco na wyrost, Pałacem Menanerskim.
Budynek znajdował się w najstarszej części miasta, pamiętającej początki
Imperium. Zbudowano go zaraz po odbiciu tych ziem z rąk kultu Reagwyra,
gdy młode państwo, niemogące się jeszcze zdecydować: czy chce iść na
wojnę z resztą kontynentu, czy też zadowoli się tym, co już ma,
próbowało tylko umocnić swoje granice. Ta część metropolii nosiła nazwę
Krzemiennej Dzielnicy i nie była to nazwa nadana na wyrost. Tutejsze
uliczki były wąskie, kręte i łatwe do zabarykadowania, kamienice miały
potężne mury strzeżone przez ciężkie drzwi i wąskie okna, a strome dachy
pokryte szarym łupkiem gwarantowały, że rzucona na nie pochodnia spadnie
i skona w rynsztoku.
Menaner był sercem tej dzielnicy, starszym bratem każdej z kamienic,
wyrastającym ponad nie dwiema wieżami wznoszącymi się dumnie w niebo. To
były prawdziwe obronne stołpy z blankami i ukrytym za nimi chodnikiem
strzeleckim, skąd dało się prowadzić ostrzał na wszystkie strony. A trzysta jardów "ogrodu" dookoła, w którym nie rosło nic większego niż
mlecz, gwarantowało, że łucznicy nie będą się musieli kłopotać z wybieraniem celu.
Te trzysta jardów dało kan-Owarowi w kość równie mocno jak rozgrzany
bruk miasta. Za to gdy, po kolejnej kontroli, znalazł się wreszcie w środku, zaczął podejrzewać, dlaczego spotkanie wyznaczono właśnie tutaj.
Grube na trzy stopy mury kryły wnętrze chłodne niczym prastary
grobowiec. Gdy tylko znalazł się za drzwiami, milczący sługa podał mu
misę z perfumowaną wodą i płócienny ręcznik do otarcia, a gdy Szczur się
odświeżał, napełnił kielich winem o zapachu pomarańczy i postawił na
stoliku obok drzwi. A potem skłonił się nisko i powiedział głęboko
modulowanym, dźwięcznym głosem z akcentem charakterystycznym dla
centralnych prowincji:
- Spotkanie odbędzie się w Sali Paradnej. Proszę za mną.
Gentrell zerknął na niego, próbując wybadać, czy dostanie jeszcze jakąś
wskazówkę. Cesarską służbą zarządzał, i to żelazną ręką, Mawilo
Vanesares, zwany Brązowym Klucznikiem. Mawilo pochodził z jednej ze
wschodnich prowincji, a cesarz podobno osobiście ocalił mu życie w czasie Bitwy o Meekhan, zyskując w zamian jego całkowite i bezwzględne
oddanie. I to właśnie Vanesares zdecydował, że nikt, ani Nora, ani
Psiarnia, ani służba dyplomatyczna czy Rada Pierwszych, nie ma prawa
umieszczać na dworze żadnych agentów. Cesarska rodzina nie padnie ofiarą
wojenek i przepychanek o władzę, stwierdził, a ponieważ cesarz poparł
jego zdanie, było po dyskusji.
Vanesares nie miał rzecz jasna żadnego wpływu na to, ilu szpiegów
spróbują umieścić wewnątrz pałacu kapłani, magowie czy potężne cechy
kupieckie, ale jak Trzeci Szczur się orientował, niewielu się to
udawało. Tak zwana prywatna służba cesarza, czyli ludzie, którzy mogli
mieć bezpośredni kontakt z imperatorem, liczyła nie więcej niż trzysta
osób i każda z nich została osobiście wybrana przez Klucznika. Co do
reszty - tysięcy bezimiennych pałacowych popychadeł, stajennych,
ogrodników, palaczy, zamiataczy podłóg - to Nora od czasu do czasu
dostawała listę nazwisk z uprzejmą prośbą, by sprawdzić tych ludzi, i zawsze większość z nich okazywała się marionetkami sterowanymi spoza
pałacu. Niejeden agent o podwójnej lojalności narodził się w ten sposób,
więc między Brązowym Klucznikiem a Szczurzą Norą trwało coś w rodzaju
niepisanego, milczącego sojuszu. On pozwalał im przejmować niektórych z tych szpiegów, oni wspierali po cichu jego starania o to, by najbliższa
służba cesarza pozostała tylko służbą.
Ale Gentrell-kan-Owar wolałby mieć tu jednego ze swoich ludzi, bo
przynajmniej byłby cień szansy, że dostanie informacje, po co wezwano go
tak nagle, używając magii i odrywając od naprawdę ważnych spraw.
Ponkee-Laa zapłonęło ogniem religijnego fanatyzmu skierowanego przeciw
matriarchistom, a wszystko, co jest skierowane przeciw Wielkiej Matce,
jest też skierowane przeciw Meekhanowi. A choć Perła Wybrzeża nie
ozdabiała już imperialnej korony, to nadal przez jej port przechodziła
połowa handlu cesarstwa. Do tej pory tamtejsza Rada Miasta kierowała się
zdrowym rozsądkiem, wiedząc, że obie strony zyskują na takim zimnym,
pozbawionym resentymentów podejściu. Układ, choć nigdzie nie został
spisany, był prosty - księstwo Fiiland i rządzące nim w rzeczywistości
miasto nie będą czynić wstrętów meekhańskim kupcom, nie tylko ze strachu
przed Imperium, lecz także dlatego, że dwie trzecie złota zostającego w Ponkee-Laa pochodziło z handlu z Meekhanem. Z kolei cesarstwo,
zadowolone z takiej współpracy, nie wyśle armii, by odzyskała Utracone
Prowincje, jak nazywano teren Wolnych Księstw i samego Fiilandu.
Układ ten, pragmatyczny niczym małżeństwo z rozsądku, świetnie spisywał
się przez przeszło dwadzieścia ostatnich lat, a tu nagle, w kilka
zaledwie miesięcy, wszystko posypało się przez - jak wielu naiwnie
sądziło - demona religijnego fanatyzmu. A z fanatykami, zwłaszcza z Kultu Pana Bitew, nie da się rozmawiać rozsądnie.
Jednak szybkość, z jaką kapłani Reagwyra umocnili swoją władzę w Ponkee-Laa, wskazywała na to, że dostali wsparcie. Może było to złoto
płynące z wrogiego Meekhanowi państwa, może ingerencja jakichś potężnych
magów - choć wizja sojuszu między kapłanami a czarodziejami wydawała się
mało prawdopodobna - a może nawet dłoń Nieśmiertelnego, rozstawiającego
swoje pionki na planszy. Ta ostatnia możliwość wzbudziła w nim prawdziwą
grozę, więc osobiście uaktywnił wszystkich agentów, których Nora
umieściła wśród imperialnych kapłanów Świątyni Reagwyra. Ta część Kultu
Pana Bitew, która została wcielona do oficjalnego panteonu i podporządkowana Wielkiej Matce, miała znacznie łagodniejszą formę niż
jego pozostałości, znajdujące się poza Meekhanem, lecz i tak cały czas
tkwiła na specjalnej liście Szczurzej Nory. Niewielu Świątyniom Wywiad
Wewnętrzny poświęcał aż taką uwagę.
I nic.
Brakowało najmniejszego dowodu na to, by Reagwyr osobiście próbował
sterować swoimi kapłanami w Ponkee-Laa. Jego Królestwo pozostało krainą
odległą i zamkniętą, a nawet jeśli modły wiernych przekraczały jego
bramy, to odpowiedzi na nie były jak zwykle bardzo enigmatyczne. Gdyby
miało się okazać, że to jednak Pan Bitew stał za wydarzeniami w Ponkee-Laa, to elegancja i delikatność, z jaką to robił, zawstydziłaby
nawet takiego starego wyjadacza, jak Trzeci Szczur Imperium.
Nie cios bojowym toporem, lecz delikatne muśnięcie sztychem szabli,
pocałunek zatrutego sztyletu, garota pieszcząca gardło ciemną nocą.
To działanie było zupełnie niepodobne do Reagwyra.
A potem, nagle, z dnia na dzień, zamieszki wygasły. Jakby ktoś przykrył
kaganek szklanicą. Ostatnie raporty mówiły o rozbieraniu barykad i fali
represji, szykowanych przeciw co bardziej fanatycznym wyznawcom Pana
Bitew. Istniała szansa, że jeśli matriarchiści, a zwłaszcza kapłani
Wielkiej Matki, dobrze to rozegrają, uda im się zająć dominującą pozycję
wśród religii Ponkee-Laa. Nora zaczęła już nawet dyskretnie wspierać
tamtejszą hierarchię.
Stare powiedzenie mówiło - tam, gdzie są świątynie Pani, tam jest
Meekhan.
Wszystko zdawało się układać wprost świetnie, tylko nadal nie wiedzieli,
co tak naprawdę stało się w tym cholernym portowym mieście. A niewiedza
- dla Gentrella osobiście - była jak to swędzące miejsce między
łopatkami, w które trudno się podrapać. Doprowadzała go do szału.
Te myśli tłukły mu się po głowie, gdy sługa zaprowadził go pod zielone
drzwi, skłonił się grzecznie i bez słowa, nawet bez mrugnięcia okiem,
oddalił się. Sukinsyn.
Sala Paradna, zgodnie z nazwą, imponowała wielkością, choć niekoniecznie
wystrojem. Jeden stół z kilkoma krzesłami wokół i dwie niewielkie szafki
podpierające ściany stanowiły całe jej wyposażenie, lecz uwzględniając,
co leżało teraz na podłodze, nikt nie powinien się temu dziwić. W sumie
była to zwykła, choć duża komnata z rzędem okien na jednej ścianie i serią obrazów o tematyce militarnej na pozostałych. Bitwa pod Gonwer,
obrona brodu na Yiis, generał gep-Hewos spinający konia i wskazujący
mieczem lukę w szykach Czarnego Legionu Reagwyra. Genno Laskolnyk
prowadzący decydującą szarżę w ostatnim dniu Bitwy o Meekhan. Szczur
nadal uważał, że jakiś wróg generała musiał przekupić malarza, bo na
obrazie Laskolnyk miał minę, jakby cierpiał na ciężki przypadek
zatwardzenia.
W tej chwili jednak znacznie ważniejszy niż obrazy bohaterów Imperium
był mężczyzna siedzący na krześle naprzeciwko drzwi. Średniego wzrostu,
szpakowaty, w prostym stroju, jaki mógłby założyć wędrowny kupiec albo
małomiasteczkowy pisarz. Szare spodnie, żółta koszula, zielona kamizela.
Kregan-ber-Arlens, Imperator Meekhanu, Władca Tysiąca Dróg, Pan
Krzemiennej Korony, Pogromca Wschodniej Nawałnicy, i tak dalej, lubił
podkreślać, że ceremoniał i etykieta to zaledwie narzędzia, a nie cel
sam w sobie. A gdy trzeba, jak to określał, "brać się do roboty", należy
ograniczyć je do niezbędnego minimum. Tak jak teraz.
- Wasza Wysokość. - Gentrell-kan-Owar skłonił się nisko, przy okazji
zerkając uważniej na to, co leżało na posadzce.
- Szczurze. - Uśmiechowi cesarza towarzyszył gest nakazujący szpiegowi
wyprostowanie się. - Jak droga?
- Nie mogła być lepsza, Wasza Wysokość.
- To widać. A kolano?
Od czasu wydarzeń w zamku Lotis, gdy Trzeci Szczur starł się z odzianą w biel furią, prawe kolano Gentrella zachowywało się czasem jak część
ciała należąca do kogoś innego. Mimo iż uzdrowiciele Nory sporo się nad
nim napracowali, chrzęściło, skrzypiało, a po dłuższym wysiłku łupało
paskudnym, ciężkim bólem. Tak jak dziś. Ale mógł chodzić bez laski, a w pierwszych miesiącach po tamtej rzezi wcale nie było pewne, czy w ogóle
stanie na tej nodze.
- Doskonale, dziękuję.
Niedbałe skinięcie głową zakończyło tę wymianę uprzejmości. Imperator
wstał, podszedł do leżącej na podłodze płaskorzeźby i mrużąc oczy,
spojrzał na nią z zagadkowym wyrazem twarzy. Gentrell poświęcił kilka
uderzeń serca na przyjrzenie się władcy.
W takich okolicznościach, nieoficjalnie, bez armii dworaków plączących
się wokół, bez muru sztywnego protokołu, określającego kto jak blisko
cesarza może stanąć, jak nisko ma się ukłonić i ile czasu trzymać zgięty
kark, nie widział go od dobrych siedmiu... nie, ośmiu lat. Bogowie, ależ
się postarzał i nie chodziło o to, że wyglądał, jakby od wielu dni nie
dosypiał, ani o wory pod oczyma i usta zaciśnięte w wąską krechę. Lecz o oczy. To były oczy starego człowieka. Zmęczonego i zgorzkniałego. A przecież Kregan-ber-Arlens ledwo przekroczył pięćdziesiątkę.
Cesarz oderwał wzrok od posadzki i spojrzał na Szczura, a kan-Owar
szarpnął się, jakby wielki szerszeń właśnie użądlił go w kark. Nie
zgorzkniałego, uświadomił sobie, lecz takiego, który wie, że czekają go
ciężkie dni i noce, i nie zawaha się, wydając rozkazy odpowiednie na
takie właśnie parszywe czasy.
- Wiem, że moja twarz wygląda równie paskudnie jak to coś - stopa
imperatora szturchnęła rząd kamiennych płyt leżących na posadzce - ale
byłbym wdzięczny, gdybyś to im poświęcił teraz swoją uwagę. Wiesz, co to
jest?
- Szaleństwo Embrela.
Odpowiedź wymknęła się Gentrellowi, zanim uświadomił sobie, że nazwanie
prapraprapradziadka cesarza szaleńcem nie jest najmądrzejsze. Ale, do
cholery, nawet w oficjalnych kronikach Imperium używano czasem tej
nazwy.
Szaleństwo Embrela - wysoka na trzydzieści i długa na czterdzieści pięć
stóp, wykonana z marmuru oraz niezliczonej ilości kamieni szlachetnych i półszlachetnych, dokładna replika Imperium.
Odwzorowano na niej wszystko: góry, doliny, rzeki, jeziora, lasy, drogi
i najważniejsze miasta. Granice tworzył rząd stalowych mieczy i tarcz,
symbol wymowny, lecz niemal kiczowaty wobec bogactwa, którego strzegł.
Za nimi rzeki i jeziora wyłożono bowiem szmaragdami i szafirami, puszcze
porastały wysokie na cal, ręcznie robione drzewa o srebrnych pniach i koronach z okruchów jadeitu. Miniaturowe miasta dumnie wznosiły
wieżyczki o kopułach z rubinów i topazów, imperialne drogi - pasma
ametystów, agatów i granatów - przeskakiwały nad szmaragdowymi rzekami,
mostami z czystego złota. A pośrodku tego wszystkiego Meekhan, ten
Meekhan, Serce Imperium, Miasto Miast, lśnił pojedynczą wieżą zwieńczoną
stusiedemnastokaratowym brylantem zwanym Łzą Matki.
Powiadano, że koszt tej instalacji przekraczał trzyletnie wpływy do
imperialnego skarbca, i to w latach największej potęgi Imperium.
Powiadano również, że wiszące na ścianie w cesarskiej sali audiencyjnej
Szaleństwo Embrela robiło takie wrażenie na cudzoziemskich delegacjach,
że warte było więcej niż dziesięć pułków piechoty. Barbarzyńscy
emisariusze widząc ten ostentacyjny pokaz niewyobrażalnego dla nich
bogactwa i potęgi, zginali niżej karki i zaczynali traktować siedzącego
przed nimi władcę jak półboga. W cieniu płaskorzeźby rodziły się
traktaty wzmacniające jeszcze bardziej potęgę Imperium.
W czasie wojny z Se-kohlandczykami płaskorzeźba znikła ze ściany,
zastąpiona serią obrazów przedstawiających chwałę meekhańskiego oręża.
Oficjalnie oddano ją do czyszczenia i odnowienia. Nieliczni wiedzieli,
że Szaleństwo zostało odarte z całego splendoru, wykarczowano puszcze o drzewach ze srebrnych pni, po szmaragdowych rzekach pozostały tylko
płytkie szramy w marmurze, złote mosty przetopiono na monety, a rubiny,
ametysty, topazy i inne kamienie sprzedano. Za uzyskane w ten sposób
pieniądze wystawiono Pierwszą Konną, a zostało ich jeszcze dość, by
nająć, płacąc czystym kruszcem, tysiące barbarzyńców z Małych Stepów.
Podobno jedynie Łza Matki przetrwała, ukryta w bezpiecznym miejscu, i to
tylko dlatego, że nie znaleziono na nią kupca.
Ten uważany kiedyś za przejaw obłędu i pychy przodka Imperatora zbytek
stał się ostatnią nadzieją Imperium w czasach se-kohlandzkiej nawałnicy.
A były to czasy, gdy w skarbcu z posadzki zrywano marmurowe płyty, by i je sprzedać.
Teraz jednak Gentrell miał przed oczyma obraz Imperium ogołoconego z bogactwa. Kamienne płyty leżały bezwstydne w swojej nagości.
Czterdzieści dziewięć kawałków marmuru, ułożonych w odpowiedni sposób,
tworzyło obraz. Góry Krzemienne, Manelawy i Dovsy w centrum, Wielki i Mały Grzbiet Ansar Kirreh na północy, Góry Wrzasku i Anaary na południu.
Rysy w kamieniu po rzekach, dziury w miejscach miast, niezliczone dzioby
tam, gdzie kiedyś stały jadeitowo-srebrne lasy. I tylko rząd
zakurzonych, miejscami powykrzywianych i połamanych stalowych mieczy i tarcz na granicach pozostał na swoim miejscu.
Przed oczyma Szczura leżała alegoria chwiejącego się, zrujnowanego wojną
państwa.
- W rzeczywistości - głos cesarza dobiegł go jakby z daleka - nie jest
tak źle. Podatki spływają, kopalnie soli dają stały dochód, a wydobycie
żelaza na północy już pięć lat temu osiągnęło poziom sprzed wojny.
Fiilandczycy ani żaden z tych durniów z Wolnych Księstw nawet nie myślą
o robieniu jakichkolwiek problemów naszym kupcom spławiającym towary
Elharan. Wszystko jest w porządku, może poza Ponkee-Laa, rzecz jasna,
ale tam sprawy idą już ku lepszemu, prawda?
Gentrell oderwał wzrok od płaskorzeźby i napotkał kpiące spojrzenie.
- Czasem, gdy się zamyślisz, da się z twojej twarzy czytać jak z otwartej księgi, kan-Owar. Gdybym nie wiedział, że masz w głowie całą
bibliotekę, także z księgami, których nikomu nie pokazujesz, kazałbym
cię przenieść do innej służby. Albo powiesić.
Cesarz podszedł do kamiennych płyt i lekko kopnął najbliższą.
- Postanowiłem, że będzie tu leżeć, zanim jej nie odnowimy. To
najdokładniejsza i największa mapa Imperium, jaką mamy. Przyda się.
Szpieg zamrugał, wyławiając z ostatniego stwierdzenia najważniejszą
informację.
- Odnowimy, Wasza Wysokość?
Przez chwilę prawie słyszał tysiące, dziesiątki tysięcy cesarskich
orgów, złotą rzeką wpadających w bezdenną dziurę. Szaleństwo Kregana?
- Musimy. Sala tronowa bez tej ozdóbki świeci pustką. Ludzie zaczynają
się zastanawiać, jak bardzo jest z nami źle. Poza tym ostatnimi laty
nasi szkłomistrze i alchemicy wynaleźli setki sposobów barwienia szkła,
a pozłacany ołów też dobrze wygląda, dopóki ktoś nie zacznie go skrobać
nożem. Na szczęście, z tego co pamiętam, nikomu nie wolno podchodzić do
tronu z bronią, więc jest szansa, że przez wiele lat nikt się nie
zorientuje, że kantujemy. A Łza Matki wreszcie wróci na swoje miejsce.
Kolejny kopniak wyrównał lekko niedopasowaną płytę.
- Potrzebny nam dowód, że nic się nie zmieniło, Szczurze. Imperium
podniosło się już po najeździe koczowników, wychowaliśmy nowe pokolenie,
odbudowaliśmy twierdze, miasta i wsie, handel tętni w naszych żyłach, a armia ma niemal tylu żołnierzy co przed wojną. Bo potrzebujemy,
zwłaszcza tu, w stolicy, namacalnego dowodu, że najazd był tylko złym
snem, chwilową aberracją w nieprzerwanej dominacji Meekhanu nad resztą
cywilizowanego świata. I dlatego odnowimy Szaleństwo Embrela i powiesimy
je na poprzednim miejscu.
Cesarz podszedł do stołu i wziął do ręki długą na kilka stóp trzcinę, po
czym ruszył wzdłuż krawędzi płaskorzeźby. Minął Travahen, ruszył na
północ wzdłuż wgłębienia imitującego Morze Białe, gdzie kiedyś po falach
z szafirów pływały maleńkie stateczki o kadłubach wysadzanych perłami, i zatrzymał się przy północno-wschodniej krawędzi mapy. Przez chwilę
patrzył w milczeniu na wielką, niemal płaską połać kamienia
symbolizującą Wielkie Stepy, którą od ziem Imperium oddzielał rząd
powyginanych stalowych mieczy i tarcz wijący się wzdłuż głębokiej rysy w marmurze. Amertha, rzeka stanowiąca wschodnią granicę Meekhanu,
wyglądała wyjątkowo mizernie, jakby dla przypomnienia, że już raz
przepuściła w głąb kraju hordę barbarzyńców.
- Co u Wozaków?
Trzcina stuknęła obszar na wschód od Olekadów. Przytulona do północnej
krawędzi Wielkich Stepów Wyżyna Lytherańska wyglądała wyjątkowo mizernie
i niepozornie.
- Wasza Wysokość? Ja...
- Nie! - w głosie cesarza pojawiła się nowa nuta. Ostra, niebezpieczna i choć władca nie oderwał wzroku od leżącego na podłodze wyobrażenia
Imperium, Gentrell poczuł się, jakby smagnięto go batem. - Nie będziemy
się bawić w "nic o tym nie wiem, panie", "to wykracza poza moje
kompetencje" albo "tymi sprawami zajmują się inni ludzie w wywiadzie".
Jesteś Trzecim Szczurem w Norze. Powierzono ci najważniejsze sekrety
Imperium, w tym dowodzenie garnizonem w Lotis i opiekę nad tamtejszymi
więźniami. Straciliśmy tam Hanevelda, a Psiarnia nadal dostaje szału na
wspomnienie o śmierci Drugiego Ogara. Straciliśmy też kilkunastu
żołnierzy - świadków masakry w Glewwen-On, a jedyna osoba z wioski, z którą dało się jakoś komunikować, skończyła jako dziecko uwięzione w starszym o kilka lat ciele i nic nie pamięta. Urwał nam się trop
prowadzący do Małej Kany. A przypominam, że zgodnie z tym, co wiemy,
szuka jej połowa naszych bogów. Reszta zapewne też, choć udaje, że nie.
Kregan-ber-Arlens spojrzał w końcu na podwładnego, a Gentrellowi
przypomniało się pierwsze wrażenie, jakie odniósł, widząc cesarza. To
był wzrok kogoś, kto podjął już decyzję i wyda każdy, najbardziej nawet
parszywy rozkaz, by osiągnąć cel. Zdumiał się, ale nagle poczuł ulgę.
Pierwszy człowiek w Imperium kontynuował, patrząc na Szczura kamiennym
wzrokiem:
- I ktoś, na przykład kilku ludzi stojących niżej w hierarchii od
ciebie, mógłby twierdzić, że to twoja wina. Miałeś tę dziewczynę na
wyciągnięcie ręki i pozwoliłeś jej zniknąć. Znaleźliśmy rysunek, którego
użyła, by uciec. Przeniosła się do Ponkee-Laa, najważniejszego dla nas
portu na świecie, i cóż to? Nie minął rok, Perła Wybrzeża wrze,
matriarchiści i reagwyryści skaczą sobie do gardeł, a nasi kupcy
zaczynają ponosić straty. Co ty na to?
- Sytuacja już się poprawiła, Wasza Wysokość. Zamieszki zostały
stłumione, a tamtejsza Rada Miasta przywraca porządek.
- Zamieszki nie zostały stłumione, lecz z nieznanych przyczyn wygasły.
Kult Pana Bitew stracił impet, jakby coś podcięło mu skrzydła, a my nie
wiemy co za tym stało. Lub raczej - kto za tym stał.
Szczur zamrugał. O zamieszkach i nadchodzącej wojnie religijnej w Ponkee-Laa plotkowano od miesięcy. To była tajemnica ulic, zaułków,
cechów rzemieślniczych i gildii kupieckich. W Świątyni Mądrości i Łaski
Pani odprawiono nawet kilka nabożeństw błagalnych w intencji "naszych
braci w potrzebie". A kilkanaście dni temu, gdy do stolicy dotarła
wieść, że przywrócono porządek, całe miasto - zresztą nie tylko ono -
odetchnęło. Wojna religijna w Perle Wybrzeża oznaczałaby niewyobrażalne
straty dla gospodarki Imperium. Składy towarowe pełne rzeczy, których
nie opłacało się wysyłać za granicę inaczej niż rzeką i morzem,
zamknięte warsztaty, uszczuplone lub utracone fortuny. Rozważano nawet,
o czym wiedzieli nieliczni, uderzenie Armii Boshand wzdłuż rzeki w samo
serce Fiilandu. Gentrell należał do wtajemniczonych w te plany, bo jako
Trzeci Szczur sam był zaangażowany w przygotowanie raportów na temat
sytuacji w Wolnych Księstwach, które trzeba by było po drodze
podporządkować, oraz stanu liczebnego, morale i wyszkolenia
Boshandczyków. Sam również raportował Norze, że cztery regimenty piesze,
w tym dwa okrojone do dwóch pułków i chorągwi jazdy, to za mało, by
opanować tak rozległy teren. Ponkee-Laa od granicy Meekhanu dzieliło
ponad czterysta mil lotem ptaka, a przeszło pięćset wzdłuż rzeki - za
dużo, by w sumie niezbyt wielka Armia Boshand mogła zapewnić sobie
ciągłość dostaw, uzupełniać straty i nie dać się odciąć od metropolii.
Zwłaszcza teraz, gdy większość kawalerii przesunięto na granicę z Se-kohlandczykami.
Zaangażowanie Meekhanu w wielką wojnę na południowym zachodzie w chwili,
gdy Wschód nadal wrzał, przypominałoby sytuację, gdy ktoś jedną ręką
gasi pożar w kuchni, a drugą rzuca żagiew do sypialni.
Ale tajemnicą były informacje, że zamieszki nie zostały stłumione siłą,
tylko kult Pana Bitew stracił z nieznanej przyczyny swój impet, że jego
przywódca, ranny w tajemniczych okolicznościach, znikł, a większość
bojowników nagle rozeszła się do domów, co umożliwiło tej nieudolnej
klice rządzącej Ponkee-Laa opanowanie sytuacji w mieście.
- Tak. Masz rację. - Kregan-ber-Arlens oderwał od niego wzrok i ruszył
wzdłuż krawędzi płaskorzeźby. - Ktoś sypie. Ktoś zdradza najpilniej
strzeżone sekrety i trzeba tego kogoś jak najszybciej znaleźć i wyeliminować. Mam rację? Nie może być tak, że każdy, a zwłaszcza cesarz,
zna wszystkie wasze sprawki. W końcu to niedopuszczalne, by Szczurza
Nora nie mogła mieć kilku małych tajemnic, paru zatrutych ostrzy
ukrytych za pazuchą, jakiejś garoty gotowej do użytku w każdej chwili.
Nikt, nawet ja, nie powinien przecież ograniczać waszej władzy. A tym
właśnie są te wasze sekrety. Władzą. Czasem władzą absolutną. Prawda?
Spojrzenie cesarza znów uderzyło go niczym kamień wystrzelony z procy.
- Zastanawiasz się, po co raczę cię tym monologiem?
- Wasza...
- Krótko! Tak albo nie?
Trzeci Szczur Imperium potrzebował całego doświadczenia nabranego w ciągu ostatniego ćwierć wieku służby, wspartego całą siłą woli, by nie
przełknąć głośno śliny. Gardło miał suche, jakby przebiegł co najmniej
dziesięć mil.
- Tak, Wasza Wysokość.
- Bo znów się zapominacie. Wy i Psiarnia. Jak przed najazdem
koczowników. Pamiętasz? Skupialiście się na waszej wojence o władzę i wpływy i zapomnieliście, po co stworzono Szczury i Ogary. Nie obchodzi
mnie, że generał sol-Drym ma słabość do młodych oficerów, a Wielki
Mistrz Loslandzkiego Cechu Garbarzy przegrał trzydzieści tysięcy orgów w kości i podbiera pieniądze z kasy bractwa, póki Nora wykorzystuje te
informacje, by kierować poczynaniami tych ludzi dla dobra Imperium. Ale
w chwili, gdy szukamy dziewczyny zwanej Kanayoness Daera, tak, znam
nawet jej prawdziwe imię, a wy i Ogary wydzieracie sobie informacje o niej jak dzieci bijące się o zabawkę, podkładacie nogi, mylicie tropy, i to pomimo że dostaliście wyraźną informację, jak ważne jest jej
schwytanie... - Cesarz nabrał powietrza i powoli je wypuścił. - Nie będę
tego tolerował. A teraz jeszcze rozpętujecie mi w Imperium prywatną
wojenkę. Drugi Ogar zginął, Psiarnia zabiła za to kilku waszych agentów,
wy podłożyliście im kilka świń, usunęliście dwóch bardzo ważnych ludzi w Świątyni Laal i zniszczyliście siatkę szpiegów w Wolnych Księstwach. Oni
szykują kontrę, za którą pójdzie wasza odpowiedź, i cała zabawa będzie
trwać i trwać. Nie może tak być! To ostatnie ostrzeżenie, Szczurze. Dla
ciebie, dla Pierwszego i Drugiego, i dla Suki. Rozumiesz?
Gentrell przypomniał sobie śmierć Velgerisa Hanevelda - Drugiego Ogara
Imperium. Trzeci Szczur nadal sądził, że w gruncie rzeczy Haneveld
zasłużył na to, co go spotkało: przybył do zamku bez zaproszenia,
próbował zaszantażować Norę i odebrać jej ważnych, jedynych świadków
wydarzeń, które najpewniej były początkiem obecnego chaosu - czyli
pojawienia się Małej Kany w Imperium. A może w ogóle na świecie. A potem? Do tej pory próbował jakoś poukładać to sobie w głowie.
W zamku, przełamując najlepsze zapory imperialnych magów, pojawił się
odziany w biel zabójca, a zaraz za nim poszukiwana od lat Kanayoness.
Wszystko skończyło się walką w ciemnych korytarzach, śmiercią wielu
dzielnych ludzi i co najgorsze, zgonem Drugiego Ogara. Psiarnia do tej
pory nie dała się przekonać, że Nora nie miała z tym nic wspólnego.
Walka między Wywiadem Zewnętrznym - zwanym Ogarami, a Wewnętrznym -
Szczurami, tląca się od dekad, wybuchła po rzezi w zamku Lotis
gwałtownie i krwawo.
Sam czytał raporty o śmierci kilku podległych mu szpiegów, o zniknięciu
kilkunastu innych, o dziwnych pożarach, niedających się wyjaśnić
niepowodzeniach starannie zaplanowanych akcji, o masie najpewniej
fałszywych raportów zalewających Norę; o agentach, których lojalność
nagle przestawała być pewna. I sam wydawał rozkazy skutkujące
kontrakcjami. Czasem wymierzonymi na ślepo, ale zawsze brutalnymi, a niekiedy nawet, wbrew zwyczajom Nory - spektakularnymi. Przy czym w jego
prowincjach, na południowo-zachodnim krańcu Meekhanu, wojna między
wywiadami miała raczej spokojny przebieg. Słyszał plotki o starciu
między bojowymi drużynami Nory a watahą Psiarni, w którym wzięło udział
sześćdziesięciu zabójców i ośmiu magów. Połowa zginęła, a reszta ukryła
się nie wiadomo gdzie, najgorsze zaś było to, że nikt nie wiedział, jak
właściwie do tej walki doszło.
Niemniej cesarskie wyobrażenie, że wystarczy ostrzec i pogrozić palcem,
a konkurujące i zwalczające się od lat wywiady podadzą sobie dłonie,
było bardzo naiwne. By nie powiedzieć głupie.
Zauważył, że na twarzy Kregana-ber-Arlensa pojawia się uśmiech. Chłodny
i spokojny.
- Ty też, Szczurze? Eusewenia miała przynamniej wystarczająco taktu, by
nie zdradzać się miną. Choć w środku zapewne warczała jak prawdziwa
suka. Ale powtórzę ci to samo, co powiedziałem jej. Macie pół roku, nie
więcej, by wygasić waszą wojenkę. Nie żądam niemożliwego, wiem, że do
niektórych agentów nie dotrzecie od razu. Wyślijcie odpowiednie rozkazy,
powstrzymajcie gorące głowy, jeśli trzeba przenieście ludzi na drugi
kraniec Meekhanu lub pozbądźcie się ich w inny sposób. Jesteście za to
osobiście odpowiedzialni. Pierwsza piątka w Norze i Psiarni. Jeśli za
pół roku nic się nie zmieni, a zapewniam, że będę o tym wiedział,
przekonacie się, jak głębokie lochy mam pod tym zamkiem. Obiecuję.
Cesarz przeniósł wzrok na kamienne płyty.
A teraz zapytam jeszcze raz, Szczurze. Co u Wozaków?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki