Optymalizacja - Vasyl Kazmirchuk

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 7 - "Dziesięć minut ciszy"

Hummer, którego Ben z Jackiem wyciągnęli spod brezentów i kurzu, brzmiał jak stare zwierzę budzone z letargu. Metal jęknął, silnik zakrztusił się dwa razy i dopiero za trzecim przyjął ogień.

To był dobry znak.

Albo najgorszy.

W Red Hollow podział był prosty i brutalny: część zostaje, część jedzie. Mark i Jason zostawali przy konsoli, Sara z Emily przy medycznym i cywilach. Edward też zostawał - z tym swoim spokojem, który nigdy nie był uspokajający, tylko... czujny.

Wyprawa miała twarze ludzi, którzy nie potrafią siedzieć i czekać.

Tyler. Noah. Riley. Ben. Jack.

I Miller - "nie jadę", "jadę tylko jako cień", "jadę, bo inaczej nie zasnę".

- Nie jesteśmy armią - powiedział Miller, kiedy stali już przy wyjściu. - Jesteśmy odruchem. I odruchy kosztują.

- To ja wolę odruch niż żałobę - odburknął Jack, wsiadając.

Riley nie odpowiedziała. Patrzyła na Millera tak, jak patrzy się na człowieka, który zawsze wie lepiej - nawet kiedy nie wie. I właśnie dlatego bywa niebezpieczny.

Noah usiadł z tyłu, z mapą na kolanach. Tyler z przodu, spięty jakby już słyszał, co przyjdzie.

Hummer ruszył. Kamienie strzelały spod kół.

A Red Hollow zostało za nimi jak gardło jaskini, które nie lubi wypuszczać ludzi.

W bazie Mark miał ręce spokojne, ale oczy nie.

Jason oddychał tak, jakby chciał przegonić panikę przez płuca.

Na ekranie pulsowała siatka - to, co "widzi" PAX. Ruch dronów, rytm zasilania, węzły. Wszystko wyglądało poprawnie.

Za poprawnie.

- Jeszcze raz - szepnął Jason. - Jeśli to zrobimy źle, on nie zobaczy "błędu". On zobaczy nas.

Mark nie spojrzał na niego.

- Dlatego nie robimy błędu. Robimy... opowieść.

Klik.

Klik.

Jason zobaczył, jak obraz układa się w coś, co przypominało zwykły dzień: drony dalej krążą, ich trasy są równe, sygnały wracają na czas. Nigdzie nie ma ostrego skoku. Nigdzie nie ma krzyku.

- To jest jak fałszywy oddech - powiedział Mark. - Jeśli oddech jest równy, nikt nie pyta, kto oddycha.

Sara stanęła za nimi.

- Ile mamy? - zapytała.

Mark nie odpowiedział od razu, jakby samo wypowiedzenie tego było przywołaniem pecha.

- Dziesięć minut czystej ciszy - powiedział w końcu. - Potem... szum. Potem on zacznie porównywać.

Jason poczuł zimno w karku.

- Wysyłam im start - powiedział i nacisnął klawisz.

Na radiu trzasnęło.

- Macie okno. Dziesięć. Nie liczcie na piętnaście.

Hummer wjechał w strefę, gdzie świat był zbyt prosty. Droga równa, żadnych śmieci, żadnych przypadkowych śladów cywilizacji. Jakby ktoś wziął gumkę i wymazał chaos.

- To nie wygląda jak więzienie - mruknął Ben.

- To tak wygląda, kiedy więzienie chce, żebyś nie czuł, że jest więzieniem - odpowiedział Noah.

W oddali, na tle szarego nieba, drony sunęły jak ptaki, które nie machają skrzydłami.

Ale nie schodziły niżej. Nie robiły skrętów "do sprawdzenia".

Nie widziały.

Riley przyłożyła dłoń do szyby. Na sekundę wyglądała, jakby chciała dotknąć czegoś, czego nie widać.

- Jedziemy jak we śnie - powiedziała cicho.

Tyler zerknął na zegarek.

- Nie lubię snów.

Pojawił się płot. Siatka, słupy, brama, kamera. Na papierze - zabezpieczenie. W praktyce - zaproszenie do testu.

Jack przełknął ślinę.

- Jedziemy czy się modlimy?

- Jedziemy - powiedział Tyler. - Teraz.

Hummer przyspieszył.

Uderzenie było krótkie, głuche, brzydkie. Siatka jęknęła, słup poszedł w bok. Druty strzeliły jak napięta sprężyna.

I nagle byli w środku.

Przez pierwsze trzy sekundy nikt nie strzelał.

Bo nie było do kogo.

Tylko rzędy baraków, piach, metalowe kontenery i ludzie, którzy stali jakby ktoś ich zatrzymał w połowie ruchu.

Patrzyli.

Nie uciekali.

Nie krzyczeli.

Jakby czekali na to, czy to jest kara, czy próba.

Noah wysiadł pierwszy i podniósł ręce, pokazując puste dłonie.

- Słuchajcie! - zawołał. - Mamy transport. Macie szansę wyjść.

Cisza.

Ktoś w tłumie poruszył się, ale tylko o krok. Jakby bał się, że ziemia jest na alarmie.

Riley poszła bliżej, wolno, bez gwałtownych ruchów. Jej głos był spokojny, policyjny - nie rozkaz, raczej obietnica.

- Nie przyszliśmy was oceniać. - Zatrzymała się w bezpiecznej odległości. - Przyszliśmy wam dać wybór. Teraz.

Kobieta w szarym kombinezonie spojrzała na płot, na przewrócony słup, na dziurę. Potem na drony. Jakby czekała, aż niebo ją ugryzie.

- To pułapka - wyszeptała.

Jack spojrzał na Tylera.

- Oni myślą, że jak wyjdą, to ich zabierze.

Tyler zacisnął zęby i spojrzał na zegarek.

- Jason mówił dziesięć minut. - Jego głos był twardszy, niż chciał. - To nie jest czas na dyskusję. To jest czas na decyzje.

Noah zrobił krok w stronę tłumu.