1. Przyczajony odkurzacz, ukryty mop
Felix biegł po zielonej łące pełnej pachnących świeżością kwiatów
rumianku. Sadził długie susy, jakby ziemska grawitacja niespodziewanie
osłabła. Ale to nie była grawitacja, Felix testował właśnie ulepszone
buty na wysokich hopsasach. Zestaw dwóch sprężyn wybijał go wysoko i daleko, a siedmiometrowe buty niosły po zielonych pagórkach. Kolorowe
motyle podrywały się do lotu z kolorowych kwiatów, ptaszki zgodnie
świergoliły motyw muzyczny z ostatniego Bonda, a słońce uśmiechało się
ciepło i szeroko. Wietrzyk ani za chłodny, ani za ciepły, taki w sam
raz, rozwiewał włosy młodego wynalazcy. Tak wygląda szczęście, aż chce
się tak biec i biec bez końca. Po niebie leciał sennie klucz różowych
słoni, wyżej pełzały leniwie białe obłoczki... Słoni? Dopiero latające
słonie sprawiły, że euforia Felixa nieco osłabła. Zaczął dostrzegać, że
wokoło nie wszystko wygląda, jak powinno. Motyle były wielkości szpaków,
a rumianki kiwały się w rytm dobiegającej zewsząd muzyki. No i te
kangury. Skąd na polskiej łące niebieskie kangury z reniferowymi
porożami? Biegł jednak dalej, choć mniej beztrosko, coraz wolniej, z coraz większym trudem. Wietrzyk przeszedł w zimny świszczący wiatr.
Sprężyny zapadały się w ziemi. Teraz, zamiast pomagać, przeszkadzały.
Felix schylił się, by zdjąć prawy but, ale w miejscu sznurówek ujrzał
zamek kodowy z trzema pokrętłami ponumerowanymi na obwodzie od jednego
do dziesięciu. Spróbował pokręcić jednym z nich i stwierdził z przerażeniem, że to niemożliwe - w rzeczywistości pokrętła były
zazębionymi ze sobą trybami.
Świst narastał i nie był to wiatr. Felix odwrócił się. W jego stronę
pędziło pod górę kilkanaście kolcobotów, przypominających wykonane w całości ze stali samobieżne opony od ciężarówek. Wyrywając trawę,
podskakiwały na nierównościach. Nie miał jak uciekać, sprężyny tkwiły w ziemi. Butów nie można było zdjąć ani odkręcić stalowych podeszew,
trzymających sprężyny. Wygięty nienaturalnie Felix patrzył na zbliżające
się kolcoboty i nie mógł niczego zrobić. Były tuż-tuż. Przygotował się
na uderzenie, ale one ze świstem wysokoobrotowych silników minęły go i pomknęły ku szczytowi pagórka. Więc nie goniły go, lecz jedynie podążały
w tym samym kierunku. To znaczy... dokąd? Felix nie miał pojęcia, gdzie
idzie, ale wspinał się już po stromym zboczu. Sprężyny nieznanym
sposobem uwolniły się z ziemi, ale przy każdym kroku musiał je
wyszarpywać ze zwiędłej trawy.
Znów dźwięk z tyłu, jakby szum tysięcy małych skrzydełek. Chmara
przesłaniająca ciemniejące niebo sunęła w górę stoku. Owady kotłowały
się, tworząc zawirowania, ciemniejsze obszary. Felix rozpoznał mikroboty
i rzucił się na ziemię. Tak jak kolcoboty, minęły go, jedynie parę
wplątało się we włosy i łaskotały go teraz. Chmara zniknęła za szczytem.
Podniósł się. Jeszcze kawałek. Na nogach nie miał już sprężyn, tylko
zwykłe buty. Nie zwrócił na to uwagi. W kilku krokach dotarł na szczyt.
Tam w dole była Warszawa, ale inna, ciemna pod pochmurnym niebem.
Wieżowce skupiły się ciasno w szarą grupę, mniejsze szare bloki tłoczyły
się przy nich, a niskie domki przycupnęły ściana w ścianę przy blokach.
Wokoło mrocznej bryły miasta kołysały się wielkie drzewa. Błysk na
niebie, wysoko z lewej. Przez chmury przedzierała się jasność, zniżała
się, celowała w miasto. Ryk silników dobiegł z opóźnieniem, rakieta
wyłoniła się z chmur i pod płaskim kątem leciała wprost na Warszawę.
Dum! Felix otworzył oczy i czekał na wybuch. Wolno powracał do
rzeczywistości. Na szczęście, to tylko zły sen. Odetchnął z ulgą. Za
dużo się naczytał książek i naoglądał filmów w klimatach
katastroficznego science fiction. Rakiety kosmiczne spadające na miasta,
mikroskopijne roboty produkowane w chińskich fabrykach, orbitalne
spiski... Ziewnął. Za oknem było ciemno. Sięgnął do leżącego na stoliku
zegarka, ale zaspane oczy nie mogły odczytać godziny.
- Szósta trzynaście - wyjaśnił uprzejmie Golem Golem, stojący na swoim
zwykłym miejscu. - Do spotkania zostało około dwóch godzin i czterdziestu siedmiu minut.
- Spotkania...? - Felix ziewnął ponownie i usiadł na łóżku. Gdzieś w zaspanych komórkach mózgu kiełkował niepokój. Spotkanie, spotkanie...
Zapalił lampkę nocną i wzrok od razu padł na skrzynię ze sprzętem, którą
poprzedniego dnia zostawił na podłodze. I wtedy wspomnienia spadły na
niego jak lawina kamieni: impreza sylwestrowa u Gilberta, rakieta
odpalona w niewyjaśnionych okolicznościach, szalona ucieczka przez las,
helikoptery, tajni agenci, poszukiwania genialnego matematyka,
kolcoboty, mikroboty, wizyta u anachrona, potem w obserwatorium
astronomicznym... To było wczoraj. A dziś, ech... dziś miał z Netem i Niką
jechać do bazy kolcobotów, by podjąć ostatnią, rozpaczliwą próbę zmiany
trajektorii lotu rakiety. Jeśli się nie uda, rakieta spadnie gdzieś w Warszawie z siłą niszczącą dużej bomby lotniczej. Dum!
- O żeż ty... - Felix rozbudził się momentalnie. - To nie był sen!
- Nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć - odparł robot. - Twojego
mózgu nie widzę w sieci.
- Bardzo mnie to cieszy. - Felix wstał. I tak by już nie zasnął. -
Prawdę mówiąc, to jedyna rzecz, która mnie teraz cieszy.
Perspektywa przechytrzenia nieznanym sposobem czegoś nieznanego o nieznanych zamiarach i nieznanych możliwościach działała lepiej niż
kawa. Po cichu poszedł się umyć, zrobił sobie kanapkę i wrócił z nią do
piwnicy. Żuł w milczeniu, próbując zebrać myśli. Niewiadomych było
więcej niż wiadomych, a ryzyko pozostawało nieznane. Przełknął ostatni
kęs i spojrzał na skrzynię ze sprzętem. Ważyła z osiemdziesiąt kilo,
więc będzie musiał ją nieść Golem Golem. Jak w biały dzień przemycić
przez całe miasto dwustukilowego robota? Kolejna rzecz, o której nie
pomyślał w zamieszaniu poprzedniego dnia.
Podniósł wieko skrzyni. Wykrywacz metalu, łopata, worek brezentowy,
zmontowany zdalnie sterowany robot Składak, wojskowe racje żywnościowe,
na wypadek gdyby mieli spędzić tam cały dzień, oraz wiele innych,
niewątpliwie potrzebnych rzeczy. Tylko co tak naprawdę mogło być
przydatne w konfrontacji z nieznanym? Zatrzasnął skrzynię. To zupełnie
bez sensu! Równie dobrze można by tam dorzucić wiertarkę z kompletem
wierteł udarowych! Zatrzymał się i zastanowił. Wiertarka... Nie, to już
przesada. Zawartość całego warsztatu serwisowego czołgów by nie pomogła.
Tu trzeba pomysłu. Dum!
Felix zerknął na ścianę piwnicy. Gdzieś za nią, w ziemi, kręt wiercił
tunel - co jakiś czas aktywował się i używał dudnika.
Chłopak odpalił komputer i przez komunikator Net.com wywołał Neta.
Przyjaciel odebrał dopiero po chwili. W okienku pojawiła się jego
zaspana twarz, ze śladami odgniecionymi przez poduszkę. Włosy, sterczące
zwykle na wszystkie strony, miał przyklepane na prawo. Wyglądały, jakby
zastygły w silnym bocznym wietrze.
- Obudziłem? - zapytał Felix.
Net zamrugał nieprzytomnie, sięgnął po butelkę, pociągnął dwa łyki wody
i odparł:
- Skąd to przypuszczenie, staaary...?
- Próbowałem zebrać myśli i doszedłem do wniosku, że całe nasze
wcześniejsze przygotowania niczemu nie służyły. Jeśli jedziesz gdzieś,
gdziekolwiek, ale nie wiesz gdzie, to nie zabierasz ze sobą akwalungu,
rakiet śnieżnych ani spadochronu. Mam rację?
- Hę?
- Jeśli nie masz bladego pojęcia, gdzie się znajdziesz, to bierzesz
zestaw minimum. - Felix nie zwracał uwagi na rozkojarzenie przyjaciela.
- Maska do nurkowania nie przyda się na Antarktydzie. Będzie tylko
zbędnym ciężarem.
- Ale osso chozi...? - Net znów przysypiał.
- Nie wiem. - Felix wstał, przeszedł na koniec pokoju i wrócił przed
ekran. - Myślę na głos. Poniżej pięciu kilometrów nad poziomem morza
znajduje się pięćdziesiąt procent powietrza. Tarcie spadającej rakiety
będzie rosło w miarę obniżania orbity, ale zasadnicze hamowanie
rozpocznie się dopiero na wysokości około pięciu kilometrów. - Felix
zamyślił się. - Tak przynajmniej sądzę. Nie bardzo wiem, kogo zapytać.
- I co z tego wynika?
- To, że mamy więcej czasu. O kilka godzin więcej. Skoro nie mogliśmy
zmienić toru lotu rakiety wcześniej, teraz to niewiele da. Istotne będą
ostatnie minuty spadania.
- Ale wiesz to, czy przypuszczasz?
- Przypuszczam, że wiem. Teraz rakieta leci z prędkością około
dwudziestu tysięcy kilometrów na godzinę. Z taką prędkością trasę
Gdańsk-Warszawa pokonałbyś w jakąś minutę.
- Pociąg potrzebuje na to kilku godzin. I co?
- Jeśli wcześniej nie zmieniliśmy toru lotu rakiety, to teraz już się
nie da. Znaczy da się, ale dopiero w ostatnich kilkudziesięciu, może
kilkunastu minutach lotu. Mówię o ostatnim okrążeniu, o jego końcówce.
Teraz całe okrążenie to mniej niż półtorej godziny.
- Nadal nie rozumiem, do czego zmierzasz.
- Jakbym to wiedział, tobym już nie zmierzał, tylko tam był. Musimy
pogadać.
- Przecież gadamy...
- Nie tak! Osobiście. Umawialiśmy się na dziewiątą, żeby pojechać do
gniazda kolcobotów, ale nie ma po co tam jechać bez pomysłu.
- Trochę mi ulżyło, ale znając ciebie, nie na długo. Wcześniacka pora...
- Obudź się wreszcie!
Net się spoliczkował.
- Ała! - Spojrzał z wyrzutem na Felixa. - Nie rób tak więcej. -
Potargał włosy, szarpnął je w lewo i już wyglądał jak zwykle. Spojrzał w kamerkę. - Nie no, nie muszę tego robić na wizji... Będę, jak tylko się
wybędę. Dzwoń do Niki.
* * *
Niecałą godzinę później cała trójka siedziała już w pokoju Felixa, jeśli
warsztat w piwnicy można nazwać pokojem. Netowi zamykały się oczy, nie
rozbudził się jeszcze do końca. Loki Niki nie wyglądały na tak bujne jak
zwykle. Zapewne spieszyła się i nie zdążyła ich porządnie nakręcić.
- Bardzo się cieszę, że nie musimy tam jechać - mruknął sennie Net. -
Wyprawa była bez szans.
- Nie o to chodzi, że nie mielibyśmy szans - odparł Felix. - Mamy
przecież świeżo wykończonego Golema Golema.
- Tak czułby się Kolumb, gdyby w 1492 roku dostał świeżo wykończony
kajak kajak.
- Chodzi o to, żeby nie działać pochopnie. Znów przeoczyliśmy oczywistą
oczywistość. To nie przypadek, że rakieta ma spaść na Warszawę.
- Stąd wystartowała - przypomniała Nika.
- Podrzuć kamień z całej siły i zamknij oczy. Nikła szansa, że spadnie
ci na głowę. Prawdopodobieństwo, że rakieta spadnie w każdym miejscu,
nad którym przelatuje, jest takie samo. Przeoczyliśmy to!
Nika rozsznurowała buty i wyprostowała nogi.
- Co się tak krzywisz? - zauważył Net.
- Bolą mnie nogi. Ja rosnę, a buty nie.
- To załóż inne.
- Mam tylko te. Nieważne, mów dalej.
Felix przez chwilę wpatrywał się w jej buty, po czym kontynuował:
- Teraz jedynym sposobem zmiany toru lotu rakiety jest wydanie
odpowiedniego polecenia tkwiącemu na niej kolcobotowi. Żeby to zrobić,
musimy poznać i złamać kod, jakim się one porozumiewają...
- Szykuje się wykład. - Net usiadł wygodniej.
- Żadna technologia nie bierze się znikąd. - Felix chodził po pokoju tam
i z powrotem. - Jest następstwem poprzedniej, wynika z niej. Żeby
powstała telewizja, najpierw musiało być radio, przed radiem telefon, a przed nim telegraf. Historię można by tak cofać aż do odkrycia ognia.
- Pomiń te etapy i powiedz, co wymyśliłeś - poradził Net.
- Ja wciąż wymyślam.
- Przestań przynajmniej tak łazić w kółko.
- Chodzenie i mówienie wspomaga mi myślenie, że się tak wyrażę poetycko.
Coś mi chodzi po mózgu z tym następowaniem, narastaniem technologii...
- Programy komputerowe narastają, nie ewoluują - przytaknął Net. -
Wychodzi nowa wersja systemu operacyjnego, a błędy ma te same. Plus
nowe. Każda nowa wersja dowolnego programu jest cięższa. I co z tego?
- Ani kolcoboty, ani mikroboty nie wzięły się znikąd. Technologie, które
je stworzyły, są kontynuacją technologii, które znamy.
- A jeżeli twórca kolcobotów ma tajne, podziemne laboratorium?
- Dziś tak się nie da. Otworzysz maskę Forda1 i masz tam te same
elektroniczne klocki, co w BMW. Nawet najlepszych nie stać na to, żeby
biec obok peletonu. Rolls-Royce robi debeściarskie samochody na świecie,
ale od paru lat jest własnością BMW, który produkuje samochody
popularne. Czemu nie jest odwrotnie? Czemu firma robiąca najlepsze
samochody nie kupuje innych firm? - Felix spojrzał na nich znacząco. -
Bo ten, kto produkuje czegoś więcej, ma więcej pieniędzy na badania nad
doskonaleniem swoich technologii. I szybko wyprzedza resztę. To, co
robi, jest coraz lepsze. A gdzie się robi wszystkiego dużo?
- W Chinach - podsunęła Nika.
- Czuję się jak w szkole - przyznał Net. - A jest niedziela...
- Cicho, myślę... - Felix przytknął palec wskazujący do nosa, a kciuk do
brody i w ten sposób trzy razy przeszedł pokój. - Kluczem do powodzenia
jest więc sprzedaż własnej produkcji i kupowanie cudzej. Handel. Również
handel wiedzą. Sztab naukowców trzeba jakoś opłacić. Prawnicy, patenty,
zakupy potrzebnych technologii u innych, tajemnica handlowa... Na dłuższą
metę nie można utajnić badań nad zaawansowanymi technologiami. Są bardzo
kosztowne i tak powiązane z pracą innych laboratoriów, że każdy chcący
pracować tylko dla siebie musi splajtować. Nawet jeśli jest najbogatszym
człowiekiem świata. Nie da się wygrać z globalną ekonomią. Każde
rozwiązanie szybko staje się przestarzałe.
- Czyli że w kolcobotach jest na przykład... - Net zastanowił się -
procesor Intela albo AMD z laptopa, który można kupić w pierwszym
lepszym sklepie. - Felix skinął głową, a Net kontynuował - i jest tam
software wzięty... skądś. Jak tworzyłem program sterujący Golemem Golemem,
korzystałem z gotowych rozwiązań. Bez nich nie dałbym rady nawet zacząć.
- Więc metoda kodowania komunikatów kolcobotów też jest rozwinięciem...
czegoś, co już istnieje - wtrąciła Nika.
- Właśnie! - Felix odetchnął. - Musimy znaleźć to coś, a wtedy
rozkodowanie ich rozmów stanie się znacznie prostsze.
Dum!, rozległo się zza ściany. Przyjaciele aż podskoczyli.
- Jeszcze się nie rozładował? - zdziwił się Net.
- Włącza się i wyłącza przypadkowo. Tata przyniósł sterowanie i będzie
go dziś łapał.
- Pora roku nie najlepsza na prace w ogródku. Chyba musi użyć młota
pneumatycznego.
- Myślę, że chce się po prostu czymś zająć. - Felix wzruszył ramionami.
- A my zajmijmy się naszą sprawą. Pomyślmy, na czym może być wzorowany
kod transmisji kolcobotów.
- Może to jakiś przerobiony kod transmisji telewizji satelitarnej albo
sterowania satelitami?
- Jeśli mogę się wtrącić - odezwał się Manfred z Netowego laptopa. -
Pamiętacie program Amais, ten do analizy danych militarnych?
Rozmawiałem z nim na ten temat. Twierdził, że zebrał dostępne dane z całej sieci i transmisja z naszej rakiety najbardziej przypomina mu
sygnał programujący inteligentne kosiarki do trawy... z Chin.
- Więc to wojna z Chinami?! - wykrzyknął Net. - Zaatakowały nas Chiny?
Kosiarką? Bez sensu... - Zastanowił się i poprawił sam - raczej zrobił to
ktoś, kto im podebrał technologię transmisji.
- Po co kosiarka ma transmitować cokolwiek? - zastanowił się Felix.
- Do kompletu z kosiarką jest centralka - wyjaśnił Manfred. - Chodzi
o to, żeby łatwo ją zaprogramować. Głupio by było na przykład, gdyby
kosiarka wyruszyła do pracy podczas garden party lub w deszcz. Jak masz
większy ogród, możesz kupić kilka kosiarek i połączyć je z jedną
centralką. Zasięg nie może być mały, bo ogród też nie musi być mały. Nie
musi, ale może, a wtedy sygnały będą się nakładać.
- Więc muszą być kodowane, żeby kosiarka sąsiada nie odebrała sygnału z obcej centralki i zamiast trawnika nie ostrzygła komuś pudla - dokończył
Net. - Mają tak wybitną technologię?
- Nie mają wybitnej technologii, tylko najsłabiej jej pilnowali - odparł
Felix.
- Poszperam po sieci. To chwilę zajmie.
- Ale kosiarki do trawy...? Po co brać kod od producenta kosiarek?
- Może żeby było go trudniej rozgryźć? - podsunęła Nika. - Wszyscy będą
szukać raczej wśród programów wojskowych.
- Właśnie - zgodził się Net. - Coś bym przegryzł. Jeszcze nie jadłem
śniadania.
Ponieważ Nika również nie jadła, wszyscy weszli na górę. Net zabrał ze
sobą komputer z Manfredem, choć program i tak zajął się wyszukiwaniem w internecie informacji o producentach kosiarek.
Po kuchni kręciła się mama, zaspana, jeszcze w szlafroku. Tata kończył w pośpiechu kanapkę.
- Co na śniadanie? - zapytał Felix, gdy wymieniono już przywitania.
- Zaraz się pozbieram, to coś wymyślę - odparła mama, ale jej mina
zdradzała, że najchętniej wróciłaby do łóżka.
- Rozumiem... Zrobię jajecznicę. Chcesz?
- Nie. Położę się. Obudźcie mnie za dwie godziny.
Wyszła z kuchni i wdrapała się na piętro. Tata wytarł serwetką usta i zajął się przeglądaniem zawartości swojej torby.
- Będziesz łapał kręta? - zapytał Felix.
Tata zaprzeczył.
- Jadę do Instytutu.
- Mój tata też dziś tam siedzi - wtrącił Net. - Pojechał z rana.
- Wydział Informatyki wciąż pracuje nad złamaniem kodu. Podejrzewają, że
to pozwoli poznać dokładne miejsce upadku. W zasadzie tylko oni mają
jeszcze coś do roboty.
- To na jakim wydziale ty teraz jesteś? - zapytał Felix.
- Od pierwszego stycznia głównie na Wydziale Aeronautyki. Na nasze
działanie jest już za późno, ale i tak muszę jechać, mamy kontrolę z Ministerstwa Spraw Specjalnych.
- W niedzielę?
- To chyba jedyne ministerstwo, w którym nie używają zegarków ani
kalendarzy.
Przed domem zatrzymał się srebrny mikrobus. Tata narzucił kurtkę i pocałował syna. Reszcie pomachał.
- Zostawiam wam samochód - dodał. - Na wszelki wypadek.
Wyszedł.
- Kontrola? - zapytał w przestrzeń Felix.
- Rób lepiej tę jajecznicę - ponaglił Net. - Z pełnym brzuchem lepiej
się myśli.
Felix wyjął z lodówki jajka i zaczął rozgrzewać patelnię.
- Cała sztuka polega na tym, żeby nie rozwalić żółtek - wyjaśnił,
precyzyjnie wtłukując jajka na patelnię. - Wtedy najpierw zetnie się
białko i jajecznica będzie lepsza. Na koniec dobrze dodać jeszcze trochę
śmietany.
Wzięli talerze z gotową jajecznicą i przenieśli się do salonu, by
obejrzeć serwis informacyjny. Zasiedli na kanapie, a Felix włączył
telewizor.
Ilona Bogucka, ubrana w elegancki płaszcz, stała na chodniku przy
ruchliwej ulicy. Obok niej starszy pan trzymał w ramionach małego psa
rasy nieokreślonej i robił to, czego nie powinno się robić podczas
wywiadów, czyli patrzył prosto w obiektyw.
- Pan Maciej wyszedł z psem na ostatni spacer - dramatycznym głosem
powiedziała reporterka. - Zaraz wsiądzie w pociąg i pojedzie do kuzynki
z Koluszek, by przeczekać kataklizm.
- Mówiłem pani, że jadę do niej na wakacje, dopiero w lipcu -
zaprzeczył starszy pan.
Wyraz pyska psa potwierdzał, że on również nigdzie się nie wybiera.
Ilona opuściła na chwilę mikrofon i syknęła:
- Umawialiśmy się...
Mężczyzna spojrzał na nią i pokręcił głową.
- Nie uciekłem z Warszawy, gdy każdego dnia spadały na nią dziesiątki
takich bomb. Dlaczego miałbym uciekać teraz? Chodź, Lalur.
Postawił psa na chodniku i odszedł. Lalur z godnością podreptał za swym
panem. Niezrażona tym niepowodzeniem reporterka z uśmiechem odwróciła
się do kamery:
- Jak państwo widzą, część mieszkańców z przerażenia popadła w marazm.
Tymczasem rakieta może spaść gdziekolwiek i trafić kogokolwiek. I to
trafić na śmierć!
Na ulicy, tuż za nią, zatrzymała się śmieciarka. Z okna kabiny wychylił
się mężczyzna w granatowym kombinezonie i ryknął:
- Przestań siać panikę, babo! Dzień jak co dzień!
Przyjaciele przestali jeść i wybuchnęli śmiechem. W reżyserce ktoś
musiał się zorientować, co się dzieje, bo obraz przeskoczył do studia.
Prezenter wyszarpnął palec z nosa i spojrzał przerażony w kamerę.
- Mów coś... - rozległ się przyciszony szept z OFF-u.2
- Aaa... Yyy... Eee... - zaczął prezenter. - Ze środka ogarniętego paniką
miasta mówiła dla państwa Ilona Bogucka. Oglądają państwo "Niusy czy
Niuanse", wydanie specjalne "Nadciąga totalny kataklizm". Przypomnijmy
jeszcze raz, że prezydent miasta zaapelował do mieszkańców, by nie
ulegali panice.
Przebitka na chodnik w centrum. Kamerzysta starał się pokazywać
ogarnięte paniką miasto, ale gdziekolwiek wycelował kamerę, trafiał na
bynajmniej niespanikowanych ludzi: mamy z wózkami, pary na spacerach,
bawiące się dzieci.
Felix podszedł do okna i wyjrzał. Większość sąsiadów, którzy wczoraj
wieczorem pospiesznie pakowali samochody, wróciła do domów.
- Nie ma żadnej paniki - stwierdził. - Gdyby to było lato, podlewaliby
kwiatki.
Powrót do studia. Obok prezentera pojawił się szczupły, przygarbiony
mężczyzna po sześćdziesiątce. Prezenter przedstawił go:
- Profesor Dyndała jest wybitnym socjologiem. Witam pana. - Profesor
skinął głową. - Niech nam pan powie, skąd w ludziach to przerażenie.
Wydaje się, jakby miasto oszalało. Niewiele brakuje, by ludzie zaczęli
się tratować, uciekając pieszo.
Profesor sprawiał wrażenie zaskoczonego. Spojrzał w bok, gdzie zapewne
znajdował się monitor z podglądem z miasta, odchrząknął i odpowiedział:
- My, Polacy, nigdy nie byliśmy tchórzami. Byliśmy za to lekkomyślni.
Warszawa jest tak duża, że wystarczy chwila zastanowienia, by dojść do
wniosku, że uciekać nie warto.
Przebitka na korek na trasie wylotowej do Gdańska.
- Tam nie ma śniegu. - Nika wskazała ekran. - To pewnie zdjęcia z pierwszego dnia wakacji, kiedy wszyscy jadą na urlopy.
- Czyli uważa pan, że niewielka część mieszkańców zignorowała to
niewyobrażalne zagrożenie?
- Większość zignorowała. Musiałoby wydarzyć się coś, co wywołałoby
panikę. Widzę tu wielką rolę mediów, które powinny się powstrzymać przed
-
- A paniki wywoływać przecież nie chcemy - przerwał mu prezenter. -
Obejrzyjmy teraz symulację komputerową uderzenia. Osoby o słabych
nerwach proszone są o zamknięcie oczu na dziesięć sekund.
Animacja całkiem realistycznie przedstawiała scenę jak z filmu
Armageddon. Płonąca kula wielkości sali gimnastycznej spadała wprost
na miasto. W chwili wybuchu przyjaciele cofnęli się od ekranu.
- To wygląda jak wybuch nuklearny - mruknęła Nika.
- To wygląda jak chęć zwiększenia oglądalności - poprawił ją Felix. -
Zaraz pewnie będą reklamy.
Rzeczywiście. Animacja płynnie przeszła w reklamę plastrów
opatrunkowych, a po niej przeleciały trzy spoty środków przeciwbólowych.
Tymczasem przyjaciele skończyli jajecznicę.
- Chcecie to oglądać? - zapytał Net. - Wszystkiego możemy się dowiedzieć
z internetu.
- Zaczekaj chwilę - odparł Felix. - Reklamy już się kończą.
- Blok reklamowy za nami - powiedział z szerokim uśmiechem prezenter.
- Romuald Świeży, witam ponownie. Za chwilę dowiemy się, jakie miejsca
są najniebezpieczniejsze w chwili nieuchronnego uderzenia. Przedtem
jednak informacja handlowa.
Na ekranie pojawiła się kolejna reklama, tym razem gaśnicy. Aktorowi
udało się nią ugasić wielki pożar domu tak szybko i sprawnie, że ocalały
firanki, a na ścianach nie pojawiły się nawet osmalenia. Lektor
przeczytał:
- Program "Nadciąga totalny kataklizm" sponsoruje producent gaśnic
Krystyna Plus.
- To już przesada - skrzywił się Net.
- Chyba cały program jest po to, żeby ludzie ze strachu kupowali te
plastry i gaśnice - przyznała Nika.
- Wyłączmy to...
- Za chwilę wysłuchamy apelu ministra spraw specjalnych - powiedział
prezenter, więc przyjaciele skoncentrowali się. - Przedtem jednak
sprawdźmy, co się dzieje w ogarniętym paniką mieście. Ilono, słyszysz
nas?
- Tak, Romualdzie. Głośno i wyraźnie. - Tym razem reporterka stała na
tle krzaków, gdzie nikt nie mógł wejść w kadr i powiedzieć, co myśli. -
Przechadzając się po ogarniętym paniką mieście, przypadkowo natknęłam
się na spacerującego również profesora Nakoniecznego, eksperta w dziedzinie konstrukcjologii budowli.
- Konstrukcji budowlanych - poprawił ją ktoś spoza kadru.
Kamera przesunęła się w lewo, ukazując stojącego obok tęgiego mężczyznę.
Coś w jego wyglądzie sprawiało, że naprawdę wyglądał na eksperta w dziedzinie konstrukcji budowlanych.
- Jakoś tak - zgodziła się reporterka. - Według pana prognoz, jak
bardzo przerażające będą zniszczenia?
- Rakieta może zburzyć stary dom, jest jednak wątpliwe, by doprowadziła
do zawalenia się nowoczesnych konstrukcji z żelbetu. Zniszczone zostanie
najwyżej kilka kondygnacji.
- Jakie miejsce jest pana zdaniem najbezpieczniejsze, by przeczekać
nieuchronną katastrofę? Schron przeciwlotniczy?
- Własne mieszkanie - odparł z rozbrajającą szczerością ekspert. -
Nie ma bezpieczniejszych ani mniej bezpiecznych miejsc. Piwnice domów
nie są ani trochę lepsze od strychów czy przejść podziemnych. Upadek
rakiety to całkowita niewiadoma. Może się skończyć na fajerwerkach i zniszczeniu trawnika.
- Ile osób może zginąć?
- Liczymy na to, że nie zginie nikt.
- Ale jakby pan miał prognozować - naciskała reporterka.
- Co mam pani powiedzieć? - rozłożył ręce. - Trzy osoby?
Trzydzieści?
- Dziękuję bardzo. - Ilona odwróciła się do kamery. - Jak państwo
słyszeli, według ekspertów zginie od trzech do trzydziestu osób.
Ekspert chciał zaprotestować, ale na ekranie znów pojawił się widok ze
studia.
- Profesor Dyndała jest innego zdania.
Ekspert spojrzał na niego z takim wyrazem twarzy, jakby chciał
powiedzieć "Doprawdy?". Odchrząknął i wydukał:
- No, może trzysta...
Prezenter dyskretnie uniósł długopis i poruszył nim, jakby wskazywał
sufit.
- Aha... - Ekspert zrozumiał. - Raczej trzy tysiące.
- A gdzie najlepiej przeczekać nieuchronny kataklizm?
Tym razem gość nie wiedział, jaka odpowiedź będzie właściwa.
- Najlepiej przeczekać nieuchronny kataklizm przed telewizorem,
oglądając "Niusy czy Niuanse"! - oznajmił radośnie prezenter. - A teraz łączymy się z Ministerstwem Spraw Specjalnych, skąd wygłosi
przemówienie minister Jakub Rozner.
Na ekranie pojawił się minister spraw specjalnych. Przyjaciele
zapatrzyli się w telewizor. Po chwili zrozumieli, że to powtórka
materiału z wczoraj, który już widzieli.
- Postarajmy się jednak optymistycznie patrzeć w przyszłość -
wyszczerzył się znów prezenter. - A w studiu kolejny gość - redaktor
naczelny miesięcznika "Necropolitan".
- Witam państwa. - Ubrany w idealnie czarny garnitur mężczyzna skinął
głową. W klapę marynarki miał wpięty znaczek - malutką srebrną łopatkę.
- My patrzymy optymistycznie w przyszłość. Spodziewamy się
piętnastoprocentowego wzrostu sprzedaży.
- Ściemniają - westchnął Net.
- Nie wiedzą nic nowego - podsumował Felix i wyłączył telewizor.
Wrócili do kuchni.
- Drę się do was na cały regulator - przywitał ich od progu Manfred ze
stojącego na stole laptopa. - Już miałem dzwonić.
- Masz coś? - Net nachylił się nad ekranem.
- Znalazłem oryginalny software sterujący kosiarkami. Jest bardzo
skomplikowany. Zapewne to modyfikacja programu, który pierwotnie służył
do obsługi bardziej złożonej maszyny. Może bezzałogowej koparki.
Znalazłem też oznaczenie producenta. I uważajcie, to jakaś polska firma.
Zaraz sprawdzę. - Po chwili Manfred odezwał się już innym tonem - mówi
wam coś nazwa IBN?
- Instytut Badań Nadzwyczajnych?! - wykrzyknęli jednocześnie
przyjaciele.
- Wygląda na to, że chiński producent inteligentnych kosiarek do trawy
kupił ten kod do transmisji danych razem z programem od Instytutu. Więc
Instytut musi mieć algorytm, czyli zasadę, według której jest kodowana
treść transmisji. Jeżeli go poznamy, reszta będzie znacznie łatwiejsza.
Znając algorytm, rozkodujemy sygnał w godzinę, zamiast w rok.
- Najciemniej pod latarnią - przyznał Net.
- Może już wiedzą i dlatego ta kontrola - zastanowił się Felix. - Może w Ministerstwie myślą, że dane wyciekły z Instytutu.
- *Obecnie w powszechnym użyciu jest kilkanaście rodzajów kodów, ale
nawet najprostsze z nich są znacznie lepsze od tych stosowanych w niemieckiej Enigmie. Nad złamaniem szyfru Enigmy przez kilkanaście lat
głowili się najlepsi kryptolodzy. Udało się to Polakom.3
- Dziś ten szyfr pewnie zostałby złamany w kilka sekund - westchnął Net.
- Nasz problem jest znacznie poważniejszy.
- No, ale mamy przecież ten software kosiarki - przypomniała Nika.
- Transmisję koduje się za pomocą klucza i trzeba ten klucz mieć, żeby
ją rozkodować. Klucz to ciąg znaków... Nieważne. Nie mamy tego klucza, a kodowanie transmisji danych do kosiarek jest zaledwie podobne do
kodowania kolcobotów. Zapewne więc w kolcobotach jest nowsza wersja
software'u z kosiarek.
- To już coś - ocenił Net.
- To nie wystarczy. Jest mało prawdopodobne, byśmy znaleźli właściwy
klucz, ale jeśli znajdziemy właściwą wersję algorytmu, to już będziemy
do przodu.
- To jak z otwieraniem skomplikowanego zamka w drzwiach bez klucza.
Łatwiej to zrobić, gdy ma się identyczny zamek i można go rozkręcić i zbadać, jak jest zrobiony.
- No właśnie. Algorytm to instrukcja tworzenia kodu. I tworzenia
klucza. To jakbyśmy dostali w łapki dokładnie rozrysowany zamek.
- Problem jednak polega na tym, że ten algorytm siedzi sobie gdzieś w najlepiej zabezpieczonym serwerze, na najniższym poziomie Instytutu. -
Felix potarł brodę. - A dostać się tam można... Hm... Nie można. Chyba że
twój tata ma przyznany dostęp.
- Za krótko pracuje. - Net pokręcił głową. - Nie ma uprawnień. Wspominał
niedawno, że jest szefem zespołu, ale ma niższe prawa dostępu do danych
niż jego zastępca.
- Możemy mu powiedzieć, o co chodzi - wtrąciła Nika. - Znajdzie kogoś,
kto będzie miał uprawnienia.
- Wątpliwe, czy uwierzy. - Net skrzywił się na samą myśl o tłumaczeniu
wydarzeń ostatnich trzech tygodni. - I wątpliwe, czy jemu uwierzą.
- Pierwsze pytanie, jakie padnie, będzie brzmiało "Skąd wiesz?" -
powiedział Felix. - A na to pytanie nie będzie dobrej odpowiedzi.
- To ważna sprawa - nalegała Nika. - Zostało dziesięć godzin. Chyba
warto narazić się na trudne pytania.
Net westchnął, wyciągnął telefon i wybrał numer.
- Nie ma zasięgu - oznajmił z ulgą. - Albo jest pod ziemią, albo
włączyli znów te zagłuszacze telefonów.
- Zadzwoń do Instytutu - poradził Felix. - Przełączą cię na wewnętrzny.
Net wybrał nowy numer.
- Instytut Badań Nadzwyczajnych, inteligentna sekretarka numer
dwadzieścia osiem. W czym mogę pomóc?
- Dzień dobry. Net Bielecki, poproszę z Wydziałem Informatyki.
- Proszę wprowadzić kod autoryzacji.
- Yyy...
- Kod niepoprawny.
Zniesmaczony Net rozłączył się.
- Normalnie nie było problemów z dodzwonieniem się - zauważył Felix. -
Mają tam dziś niezły sajgon. Może to i lepiej... Nasi starzy mogliby
zostać wzięci za szpiegów. Jeżeli katastrofa będzie poważna, to
rozpocznie się poszukiwanie winnych. W połączeniu z naszymi poprzednimi
dokonaniami, mam na myśli regulację pieca Gilberta, wszyscy dziennikarze
i prokuratorzy rzuciliby się na nas. Na naszych starych, ściślej mówiąc.
A skoro twój tata i tak nie ma dostępu do najtajniejszych danych, to
niewiele by zmieniło.
- Możemy iść na policję - zaproponowała Nika. - Opowiemy o tych kodach,
o tym wszystkim, powinni nam uwierzyć.
- Panie oficerze - przedrzeźnił ją Net. - Widziałam UFO w kształcie
tapczanu.
- Masz lepszy pomysł?
Net uśmiechnął się złowróżbnie. Felix poznał ten uśmiech i zapytał:
- Chcesz się włamać do jednej z najlepiej strzeżonych sieci
komputerowych w Europie?
- Taki pomysł przed chwilą wpadł mi do głowy - przyznał beztroskim tonem
Net. - Jeżeli może to ocalić jeden z warszawskich trawników. A czemu
pytasz?
- Nie, nic. Spoko. Zaraz się obudzę i zadzwonię do ciebie, żeby zapytać,
czy masz jakiś pomysł.
- Używając twojego sposobu wyrażania się, mam zarys pomysłu. Problemem
jest to, że żeby nie wiadomo jak dobry był hacker, zdalnie nie wepnie
wyciągniętej wtyczki. To zabezpieczenie klasy zero. Trzeba tam fizycznie
wejść, żeby cokolwiek zrobić.
- Skąd wiesz?
- Przypuszczam. - Net uśmiechnął się szeroko. - Znów używając twojego -
- Ale jak niby chcesz to zrobić? Zacznij od próby kupienia kapusty w zieleniaku bez kolejki. Potem porozmawiamy o wejściu na najniższy poziom
Instytutu.
- Zaraz tam najniższy. - Net wzruszył ramionami. - Na najniższym mają
pewnie piwniczkę z winami.
- Poważnie pytam.
- Dla bezpieczeństwa albo serwer z najtajniejszymi danymi jest odpięty
od sieci, albo dane znajdują się na wyjmowanych nośnikach, które wkłada
się do czytnika tylko wtedy, kiedy są potrzebne. Widziałeś pierwszy
Mission: Impossible z Tomem Cruise'em?
- Nieśmiertelna wielka kratka wentylacyjna w suficie - przytaknął Felix.
- Nie liczyłbym na to. W tym samym filmie helikopter wleciał do
Eurotunelu, który ma cztery, może pięć metrów średnicy. To określa
poziom realizmu.
- Czepiasz się szczegółów. Chodzi o ideę.
- No, dawaj dalej.
- Dalej to jest nieokreślona mglistość pozaideowa. Trzeba wymyślić, jak
to zrobić.
- Poziom minus siedem - odezwał się nagle Manfred. - Serwery z supertajnymi danymi znajdują się w budynku B na poziomie minus siedem.
- My mieliśmy dostęp do poziomu minus trzy - przypomniał sobie Felix. -
I to w budynku A. Potrzebujemy kogoś, kto jest teraz w Instytucie i ma
nieograniczony dostęp. Hm. Chyba nawet sam dyrektor nie ma takich
uprawnień. Może szef Wydziału Informatycznego?
- Hubert Moller z Archowum - zastanowiła się Nika. - Tylko jego znamy,
ale on raczej nie ma uprawnień do niczego poza kustoszowaniem.
- Roznakin! - wykrzyknął Net. - RObot ZNAKujący i INformujący.
Pamiętacie? Ten żółty ze schizofreniczną drukarką. Wszędzie się kręcił.
Może on ma dostęp na poziom minus siedem?
- Chcesz poprosić o pomoc robota z rozdwojeniem osobowości? - zapytał
Felix. - Będzie z tego więcej kłopotu niż pożytku. On drukuje, co myśli,
pamiętasz? Głupio będzie wyglądało, jeśli potem wszędzie będą
ponalepiane taśmy z zapisem naszych działań.
- Znamy tylko jego i Konpopoza. Konpopoz to kawał nieżyczliwego chama.
Nie chciał nam pomagać, nawet jak byliśmy tuż obok. Odpada.
- I tak nie mam pojęcia, jak można by się z nimi porozumieć.
- To akurat da się załatwić - wtrącił się Manfred. - Wewnątrz
Instytutu elektrogitymacje działają jak komunikatory. Każda ma numer i można się za ich pomocą porozumiewać. Wszystkie roboty z programem AI na
pokładzie też mają takie numery. Wystarczy najniższe uprawnienie
dostępu, by dostać listę tych numerów.
- Ale my nie mamy nawet najniższych uprawnień - zauważył Net.
- Być może mamy... - Felix wstał. - Chodźcie.
Zeszli do piwnicy i przywitali się ze stojącym na swoim miejscu w rogu
Golemem Golemem. Felix otworzył szufladę i wygrzebał z niej
identyfikator z chipem, logo IBN i podpisem "Felix Polon" pod zdjęciem.
- Dostaliśmy to podczas ostatniej wizyty w Instytucie - powiedział. - Tu
jest numer. Może jeszcze aktualny.
- Ale wtedy będą wiedzieli, że to ty - zauważyła Nika.
- W razie czego powiem, że chciałem sprawdzić numer taty.
Net otworzył stronę Instytutu i kliknął "Kontakt". Wyświetliło się kilka
telefonów i adresów mailowych. Spojrzał na identyfikator Felixa. Pod
nazwiskiem był wydrukowany dziewięciocyfrowy numer. Na stronie brakowało
jednak miejsca, gdzie można by go wpisać.
- To by było za proste. - Net przyjrzał się identyfikatorowi. - Mam w domu czytnik kart chipowych... Nie, to zbyt ryzykowne.
Net, nie pytając o pozwolenie, usiadł na Felixowym superfotelu,
rozprostował palce jak pianista przed koncertem i zaczął klawiszować po
laptopie. Przyzwyczajeni do tego Felix i Nika nie starali się
czegokolwiek zrozumieć. Chwilę później Net opadł na oparcie i dumnie
wskazał ekran.
- Lista jest, ale nie ma jak się połączyć z tymi numerami.
- Jak to zrobiłeś? - zdziwiła się Nika. - Włamałeś się na stronę
Instytutu?
- Zaraz włamałeś... Inteligentnie ją przeszukałem. Ten dokument nie był
zakodowany, tylko niezlinkowany. To zaledwie część numerów, tych
jawnych. Proszę. - Wskazał jedną z pozycji. - Jest Roznakin. Teraz
potrzebujemy kogoś mądrego, kto będzie umiał ten numer użyć. Czyli mamy
numer telefonu, ale nie mamy aparatu, żeby z niego zadzwonić.
- Mam takiego kumpla - odezwał się Felix. - Zna się trochę na
komputerach. Napisał nawet program sztucznej inteligencji.
- Dzięki za mentalnego gumisia. - Net zamyślił się. - Mam pewien pomysł.
Jest tak banalnie prosty, że aż się boję. Tak szczerze mówiąc, to
Net.com jest wzorowany na innych komunikatorach, nie wymyśliłem go od
podstaw. Ma tylko lepsze zabezpieczenia, to już mój wkład. System
łączności wewnątrz Instytutu zapewne też wykorzystuje gotowe
rozwiązania. A pomysł wygląda mniej więcej tak, żeby się z nim połączyć
za pomocą Net.comu. Przynajmniej teoretycznie nie widzę przeszkód.
Znów zaczął klawiszować.
- Manfred, przydasz się.
- Czekam zwarty i gotowy.
- Znajdź adres odpowiedniego serwera Instytutu.
- Sądzisz, że z zewnątrz można się tam dostać? - zapytał Felix. - Tak po
prostu?
- Elektrogitymacja mojego starego działa w domu.
- Nie zastanawiałem się nad zasadą jej działania - przyznał Felix. -
Zapewne łączy się z siecią bezprzewodową albo GSM.
- Masz adres - powiedział Manfred. Na ekranie pojawiła się linijka
tekstu. - Protokół transmisji prawie ten sam co w Net.com.
- Łatwizna, rzekłbym. - Net wklepał adres i zalogował się numerem z identyfikatora. Udało się za pierwszym razem. Wpisał więc numer
Roznakina.
Po chwili na ekranie pojawił się tekst:
"Roznakin. Czym mogę służyć?".
- Naprawdę bułka z dżemem. - Net pokręcił z niedowierzaniem głową i napisał:
"Roznakin, witaj. Tu Felix, Net i Nika. Pamiętasz nas?".
Na ekranie migała tylko kreska kursora. Gdy przyjaciele stracili już
nadzieję na odpowiedź, robot dał jednak znak życia:
"Tak, pamiętam. Oprowadzałem Was po Instytucie... Wybaczcie, siadła mi
baza danych z datami, więc nie wiem, kiedy to było".
"Mniej więcej dwa miesiące temu" - odpisał Net. - "Zwiedzaliśmy Wydział
Maszyn Kroczących i Archowum. Co u Ciebie?".
"Mało mam ostatnio pracy. Nie wzywają mnie już do oznaczania".
- Nie wspominaj o drukarce - poprosiła Nika.
"A jak tam Twoja drukarka?" - napisał Net.
- Musiałeś...
"Dawno niczego nie wydrukowała. Mam tak mało pracy...".
"Nie ma nic do oznaczania?".
"Nie wzywają mnie już".
- Ma doła - stwierdził Net. - Pomyślcie, jak go podejść.
- Nie możemy po prostu go poprosić? - zapytała Nika.
- On wie, czego nie wolno mu robić. Ale program AI programuje się sam na
podstawie bodźców z otoczenia. A to znaczy, że można go przeprogramować
rozmową. Jeśli tylko się umie... OK, spróbujmy.
"Słyszałeś o rakiecie, która ma spaść na Warszawę?".
"Nie mam tu dostępu do świata zewnętrznego. Czasem tylko ściągnę sobie
aktualizację systemu".
"Dziś wieczorem na Warszawę spadnie rakieta. Mogą zginąć ludzie. I parę
automatów".
"Przykro mi z tego powodu".
"Próbujemy temu zapobiec. Potrzebujemy twojej pomocy".
- Co mu napisać? - zastanowił się Net.
- Napisz mu prawdę - odparła Nika.
- Napisz po prostu - dodał Felix - że na poziomie minus siedem jest coś,
co może zapobiec katastrofie.
Ze względu na miłość autora do motoryzacji i jego wrodzoną krnąbrność, w tej książce nazwy samochodów są i będą pisane wielką literą. [wróć]
Spoza kadru. [wróć]
Udało się to już w 1932 r., czyli na siedem lat przed wybuchem wojny. Prace Polaków, głównie Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego, bardzo pomogły podczas wojny przy łamaniu kodów nowszych wersji maszyn. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki