ROZDZIAŁ PIERWSZY
Do latryny razem z podmuchem lodowatego wiatru wtargnął wartownik.
- Panie, nadjeżdża jakiś wóz! - zameldował.
- Zamknij te parszywe odrzwia! Są przy nim jacyś ludzie?
- Niewielka kolumna.
- Żołnierze?
- Raczej nie - wartownik się skrzywił. - Chyba że ostatnio przestano uczyć kroku marszowego.
Dyżurny centurion podniósł głowę i spojrzał na niego ostro.
- Nie przypominam sobie, żołnierzu, żebym prosił o waszą opinię na temat metod szkolenia.
- Tak, panie! - Wartownik natychmiast przyjął postawę zasadniczą.
Lucjusz Korneliusz Macro dopiero co awansował, jeszcze kilka miesięcy temu był zwykłym optionem i nie zdążył w pełni przywyknąć do nowej szarży. Jego dawni koledzy też wciąż próbowali traktować go, jakby nadal był im równy rangą. Trudno okazywać szacunek osobie, z którą jeszcze niedawno chlało się na umór najtańsze wino. Macro miał szczęście, zorientował się jakiś czas przed mianowaniem, że starsi oficerowie stawiają go na pierwszym miejscu w kolejce do awansu, i zrobił wszystko co mógł, aby ukryć przed nimi podobne występki. Był bowiem, zwłaszcza na trzeźwo, doskonałym żołnierzem - a to właśnie liczyło się najbardziej przy awansie. Nigdy się nie zawahał, wykonując rozkazy. Dowódcy zawsze mogli liczyć na to, że nie cofnie się podczas walki i będzie do niej zagrzewał innych.
Macro zdał sobie nagle sprawę, że nadal nie spuścił wzroku z twarzy wartownika, a ten wije się niespokojnie pod jego badawczym spojrzeniem. Żołnierze nie lubili, kiedy milczący dowódcy patrzyli na nich w taki sposób.
Świeżo upieczeni oficerowie potrafią być nieobliczalnymi draniami, myślał tymczasem wystraszony strażnik, poczują pierwszy zapach władzy i albo nie wiedzą, co z nią począć, albo zaczynają się szarogęsić i wydawać idiotyczne komendy.
- Jakie wydacie rozkazy, panie?
- Rozkazy? - Macro zmarszczył na moment brwi. - Dobrze. Zaraz tam do was przyjdę. Wracajcie na bramę, żołnierzu.
- Tak, panie! - Wartownik zrobił w tył zwrot i pospieszył do drzwi.
Wychodząc, czuł na plecach wzrok pół tuzina obserwujących go bacznie centurionów. W obozie obowiązywała niepisana zasada mówiąca, że nikt, ale to nikt nie pozwoli swoim ludziom nachodzić się w latrynie. Macro użył gąbki na patyku, podciągnął spodnie i opuścił pomieszczenie, wcześniej jednak przeprosił zgromadzonych w nim kolegów za nietakt swojego podwładnego.
To była paskudna noc. Zimny północny wiatr niósł ze sobą płatki śniegu zwiewane z gęstych germańskich lasów. Jego porywy pokonywały koryto Renu i wznoszące się za nim fortyfikacje, aby wyć potem złowieszczo pomiędzy zabudowaniami koszar. Macro podejrzewał, że jego nowi koledzy uważają go za niegodnego piastowanej funkcji, dlatego postanowił, że uczyni wszystko, aby udowodnić im, jak bardzo się mylą. Na razie niewiele mu jednak z tego wyszło. Obowiązki administracyjne związane z dowodzeniem osiemdziesięcioma ludźmi okazały się prawdziwym koszmarem - a było tego sporo: przyznawanie racji żywnościowych, przydzielanie dyżurów w latrynach i wart, przeglądy broni, inspekcje w barakach, prowadzenie rejestru kar, zlecanie napraw broni, załatwianie paszy dla mułów, pilnowanie terminowego wypłacania żołdu, gromadzenie oszczędności, a nawet pobieranie składek pogrzebowych.
Do pomocy przy wypełnianiu wszystkich tych obowiązków miał jedynie skrybę centurii, zasuszonego, pomarszczonego staruszka imieniem Piso, którego od dawna podejrzewał o nieuczciwość, a już na pewno o skrajną niekompetencję. Niestety nie mógł mu niczego udowodnić, jako że sam był niepiśmienny. Wprawdzie rozróżniał poszczególne cyfry i litery, ale złożenie ich w słowa już go przerastało. Jako centurion powinien umieć czytać i pisać - legat zatwierdzając awans, zapewne był święcie przekonany, że jego podkomendny spełnia wszystkie warunki. Gdyby się wydało, że nowo mianowany centurion jest analfabetą, jak nie przymierzając pierwszy lepszy parobek z Kampanii, natychmiast zostałby zdegradowany. Macro wiedział o tym doskonale, dlatego robił co mógł, żeby cała papierkowa robota spadała na Piso, a sam udawał, że jest tak zapracowany, że nie ma do niej głowy. Obawiał się jednak, że skryba przejrzał go i zaczyna podejrzewać prawdę. Pokręcił głową, z trudem brnąc w kierunku głównej bramy. Owinął się szczelniej czerwonym płaszczem.
Noc była ciemna. Niebo zasnuła gruba warstwa wiszących nisko chmur, widomy znak, że nadchodzą kolejne śnieżyce. Z otaczającego go mroku Macro wychwytywał odgłosy codziennego życia fortecy, nieobce mu już od czternastu lat. Muły porykiwały w stajniach usytuowanych na końcu każdego baraku. Przez okna z wnętrz oświetlonych świecami i lampkami oliwnymi dobiegały głosy rozmawiających żołnierzy. W baraku, który właśnie mijał, ktoś wybuchnął głośnym śmiechem. Moment później do wrzawy dołączył inny, cichszy, bez wątpienia damski głos. Macro przystanął w pół kroku i zaczął nasłuchiwać. Ktoś przemycił kobietę do fortecy. Śmiech i towarzyszący mu szczebiot łamaną łaciną znów się powtórzył, tym razem jednak szybko ucichł - kobietę zapewne napomniał jej kompan. To było naruszenie regulaminu, tak poważne, że centurion natychmiast zawrócił w stronę baraku i położył rękę na zasuwie. Zawahał się jednak przed otwarciem drzwi. Mógł tam wparować, wyciągnąć winnych na plac apelowy, potem odesłać legionistę do aresztu, a kobietę wygnać za bramy obozu, ale to wymagałoby spisania raportu, czyli kolejnej pieprzonej papierkowej roboty.
Zaciskając zęby, Macro zdjął dłoń z zasuwy i wycofał się cichcem na trakt. Kobieta, jakby chcąc go dodatkowo upokorzyć, znów wybuchnęła piskliwym śmiechem. Rozejrzał się nerwowo, ale gdy ujrzał, że w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby być świadkiem jego porażki, podjął marsz w kierunku południowej bramy. Cholerny żołnierz powinien dostać zdrowy wycisk za taki wybryk. Gdyby zdarzyło się to komuś z centurii, którą dowodził Macro, tak by się to skończyło. Żadnej roboty papierkowej, tylko celnie wymierzony kop w jaja, który nauczyłby zakałę moresu. Sądząc po brzmieniu głosu, kobieta była jedną z miejscowych paskudnych bab, które nieustannie kręciły się pod fortyfikacjami. Macro pocieszył się myślą, że legionista i tak będzie miał za swoje, kiedy złapie od niej naprawdę paskudnego trypra.
Mimo iż na zewnątrz panowały nieprzeniknione ciemności, centurion nie miał większych problemów ze znalezieniem drogi. Wszystkie obozy i forty legionów budowano według tego samego schematu. W kilka chwil wydostał się na najszerszą z dróg, zwaną Via Praetoria, i ruszył nią ku południowej bramie - przez nią trakt wybiegał poza fortyfikacje. Strażnik, który wyciągnął go z latryny, stał przy schodach. Poprowadził Macro do wnętrza wartowni, a potem wąskimi schodami do pomieszczenia nad bramą, ogrzewanego i oświetlanego żarem z niewielkiego piecyka. Przy ogniu rozsiadło się czterech legionistów. Grali w kości, ale gdy dostrzegli głowę centuriona wynurzającą się z mrocznej klatki schodowej, natychmiast stanęli na baczność.
- Spokojnie - mruknął Macro. - Nie przeszkadzajcie sobie.
Drewniane odrzwia prowadzące na górny poziom fortyfikacji, pchnięte porywistym wiatrem, otworzyły się na całą szerokość, ledwie podniósł zasuwę. Piecyk rozżarzył się natychmiast, gdy świeże powietrze napłynęło do wnętrza wartowni, ale znów przygasł, kiedy centurion wyszedł na zewnątrz i zamknął za sobą drzwi. Na pomoście wiało jeszcze mocniej, poły płaszcza łopotały głośno za plecami Macro, jakby chciały się wyrwać spod klamry na lewym ramieniu. Mężczyzna wzdrygnął się z zimna, pochwycił końce czerwonego materiału i owinął się nim szczelnie.
- Gdzie?
Wartownik wyjrzał w ciemność przez jeden z otworów strzelniczych i wskazał włócznią na ledwie widoczne, chyboczące się światełko przymocowane do burty wozu powoli zmierzającego w stronę południowej bramy. Macro musiał zmrużyć oczy, patrząc pod wiatr, ale zdołał w końcu dostrzec surowe kształty wozu, a nawet sylwetki ludzi wlekących się za nim po trakcie. Na samym końcu kolumny kroczyli strażnicy, których zadaniem było ponaglanie maruderów. W sumie przybywały ze dwie setki chłopa.
- Czy mam wezwać resztę wartowników, panie? Centurion odwrócił się do strażnika.
- Co powiedziałeś?
- Pytałem, czy mam wezwać resztę wartowników, panie.
Macro popatrzył znużonym wzrokiem na Syrusa, który był jednym z najmłodszych legionistów w jego centurii. Chociaż znał już większość swoich podkomendnych z imienia, nadal niewiele wiedział o ich pochodzeniu i przeszłości.
- Od dawna służysz?
- Nie, panie. W grudniu będzie rok.
Niewiele można się nauczyć w tak krótkim czasie, pomyślał centurion. Człowiek na początku robi co może, aby w każdej sytuacji stosować się do regulaminu. Trzeba czasu, żeby nabrać większego wyczucia i osiągnąć kompromis pomiędzy sztywnymi procedurami a tym, co musi być w danej sytuacji zrobione.
- A po co chcesz wzywać tutaj resztę wartowników?
- Bo tego wymaga regulamin, panie. Jeśli do obozowiska zbliża się zorganizowana grupa niezidentyfikowanych ludzi, należy sprowadzić pełną obsadę bramy i pobliskich fortyfikacji.
Macro aż uniósł brew ze zdziwienia. Cytat był precyzyjny, zgadzał się co do słowa. Wyglądało na to, że Syrus podchodził do swojego szkolenia z pełną powagą.
- I co dalej?
- Nie rozumiem.
- Co się dzieje w następnej kolejności?
- Dyżurny centurion po osobistym dokonaniu oceny sytuacji decyduje, czy należy wszcząć alarm w całym obozie - wyrecytował beznamiętnym tonem Syrus i zaraz pospiesznie dodał: - panie.
- Świetnie. - Macro uśmiechnął się, a żołnierz odpowiedział tym samym. Centurion zwrócił wzrok w stronę nadciągającej kolumny. - A teraz powiedz mi, czy nadchodzący mogą nam w jakiś sposób zagrozić. Obawiasz się ich, żołnierzu? Naprawdę uważasz, że te dwie setki przemarzniętych ludzi rzucą się do szturmu na bramę, wejdą na mury i wyrżną wszystkich gołowąsów służących w Drugim Legionie? No sam powiedz.
Wartownik spojrzał na przełożonego, potem długo patrzył w stronę migającego światełka, aby w końcu przyznać pokornie:
- Nie sądzę.
- Nie sądzę, panie - poprawił go centurion, trącając przy tym chłopaka w ramię.
- Wybacz, panie.
- Powiedz mi, Syrusie, czy uczestniczyłeś w odprawie przed objęciem warty?
- Oczywiście, panie.
- A słuchałeś z uwagą, o czym na niej mówiono?
- Tak mi się wydaje, panie.
- Zatem powinieneś pamiętać moje słowa o tym, że spodziewamy się dzisiaj przybycia posiłków dla naszego garnizonu. Gdybyś wtedy słuchał, nie wyciągałbyś mnie z latryny i mógłbym się w końcu w spokoju wysrać.
Wartownik wyglądał na zakłopotanego, nie potrafił znieść zbolałej miny swojego przełożonego.
- Wybacz, panie. To już się nie powtórzy.
- Lepiej, żeby tak było, synu. W przeciwnym razie będziesz pełnił podwójne warty do końca roku. A teraz zasuwaj do pozostałych i przygotujcie bramę do otwarcia. Ja zajmę się sygnałami rozpoznawczymi.
Zawstydzony żołnierz zasalutował pospiesznie i pobiegł w stronę wartowni. Moment później Macro usłyszał wołania popędzających się strażników i dudnienie ich kroków na wąskich schodach prowadzących do bramy. Uśmiechnął się pod nosem. Chłopak był bystry i czuł się winny z powodu tej pomyłki. Wystarczająco winny, żeby nie popełnić jej w przyszłości. To dobrze, bardzo dobrze. Tak się tworzy żołnierzy, na których można polegać - nie ma bowiem kogoś takiego jak urodzony żołnierz, pomyślał centurion.
Kolejny poryw lodowatego wiatru sprawił, że Macro wycofał się do zacisza wartowni. Stanął tam w pobliżu piecyka i pozwolił sobie na westchnienie ulgi, gdy poczuł ciepło rozlewające się po całym ciele. Dopiero po dłuższej chwili otworzył klapkę w jednej z okiennic, by wyjrzeć w mrok. Konwój zdążył już się zbliżyć na tyle, że rozróżniał poszczególne detale jadącego na jego czele wozu, a nawet mógł przyjrzeć się dokładniej kolumnie maszerujących za nim ludzi. Banda marnych rekrutów, pomyślał, nie ma w nich za grosz ducha. Widać to było wyraźnie po sposobie, w jaki szli, a właściwie powłóczyli nogami. Nawet teraz, kiedy cel ich podróży był tak bliski. Nagle zaczęło padać. Naprawdę niespodziewanie. Wielkie krople uderzały w skórę, lecąc niemal poziomo wraz z przeszywającym wiatrem. Ale nawet to nie zmusiło maszerujących do przyspieszenia kroku, więc zniesmaczony Macro pokręcił tylko głową i przystąpił do formalnej części powitania. Otworzył całą okiennicę i wysunął głowę na zewnątrz, nabierając powietrza do płuc.
- Hej, wy tam w dole, zatrzymajcie się! - zawołał. - Kto idzie?!
Wóz zatrzymał się niespełna sto stóp od bramy, a powożący nim człowiek stanął na koźle, aby odpowiedzieć.
- Prowadzę wam uzupełnienia z Aventicum i eskortę, którą dowodzi Lucjusz Batiacus Bestia.
- Hasło? - Macro zadał kolejne pytanie, chociaż doskonale znał Bestię, starszego centuriona II Legionu, i było nie było, swojego przełożonego.
- Jeż! Czy mamy pozwolenie na wejście?
- Wchodźcie, przyjaciele.
Woźnica smagnięciem bata popędził woły, aby pociągnęły wóz w górę łagodnego zbocza prowadzącego do bramy, a Macro przeszedł do wykusza wychodzącego na jej wewnętrzną stronę. Wszyscy wartownicy stali stłoczeni pod wąskim okapem, chroniąc się przed deszczem.
- Otwierać bramę! - ryknął centurion.
Jeden z legionistów wyjął klin blokujący belkę, a pozostali szybko przenieśli ją na stojak. Wrota otworzyły się, wydając głośne skrzypnięcie, w momencie gdy wóz dojechał do szczytu wzniesienia i nie zatrzymując się, wtoczył na teren obozu. Macro obserwował z góry, jak po minięciu bramy woźnica skierował zaprzęg na bok. Bestia zeskoczył z kozła i zaczął popędzać przechodzących obok przemoczonych rekrutów.
- Jazda, sucze pomioty! Ruszać się! Żwawo! Im szybciej znajdziecie się za bramą, tym prędzej wysuszycie się i ogrzejecie.
Zdezorientowani mężczyźni, podążający za wozem przez niemal dwieście mil, zatrzymywali się albo zaczynali kręcić w kółko, ledwie minęli bramę. Większość z nich miała na sobie peleryny podróżne i niosła skromny dobytek w zrolowanych kocach przewieszonych przez ramię. Najbiedniejsi nie mieli nic, nawet płaszczy. Drżeli teraz na całym ciele, smagani mroźnym wiatrem i deszczem. Na samym końcu szła niewielka grupka zakutych w łańcuchy kryminalistów. Ci też woleli trafić do armii, niż pozostać w lochach.
Bestia natychmiast ruszył prosto w tłum, torując sobie drogę razami laski wyciętej z grubej winorośli.
- Nie stójcie jak stado owiec! Nie blokujcie drogi prawdziwym żołnierzom. Ustawcie się na skraju tego traktu, w szeregu, twarzą do mnie. Natychmiast!
Ostatni rekruci właśnie mijali bramę, dołączając od razu do nierównego szeregu formującego się naprzeciw wozu. Na końcu do fortecy wmaszerowali żołnierze z eskorty i zatrzymali się jednocześnie na komendę rzuconą przez Bestię. Centurion zamilkł, aby rekruci lepiej pojęli znaczenie tego, co robił na ich oczach Macro. A ten wydawał właśnie rozkaz zamknięcia bramy i powrotu wartowników na umocnienia. Dowódca eskorty stanął przed szeregiem, rozstawiając szeroko nogi i wspierając dłonie na biodrach.
- Ci żołnierze - powiedział, wskazując głową przez ramię - należą do Drugiego Legionu, czyli Augusty, najtwardszego w całej rzymskiej armii, o czym radzę nie zapominać. Nie ma takiego plemienia barbarzyńców, nawet oddalonego o wiele milliariów, które nie słyszałoby o nas i nie drżałoby przed nami z trwogi. Drugi Legion zabił więcej tych śmieci i zajął więcej ich ziem niż jakakolwiek inna jednostka. A osiągnęliśmy to tylko dlatego, że szkolimy wszystkich żołnierzy tak, aby byli najpodlejszymi, najwredniejszymi i najtwardszymi wojownikami cywilizowanego świata... Wy natomiast, przynajmniej na razie, jesteście miękkimi, bezwartościowymi worami gówna. Nawet nie ludźmi. Widzę przed sobą najprymitywniejsze formy życia, jakie kiedykolwiek śmiały nazywać się Rzymianami. Gardzę wami wszystkimi i każdym z osobna, wy popierdolone pokraki. I pozbędę się każdego, kto mi nie spasuje, aby pod orłem mojego ukochanego Drugiego Legionu służyli wyłącznie najlepsi z najlepszych. Obserwowałem was przez całą drogę z Aventicum i jedno mogę powiedzieć, moje panienki, nie jestem pod wrażeniem. Podpisaliście kontrakty i oddaliście się w moje ręce. Będę was szkolił, będę was krzywdził, wyprowadzę was na ludzi. Dopiero wtedy, jeśli w ogóle kiedykolwiek, uznam, że jesteście już gotowi, staniecie się pełnoprawnymi legionistami. A jeśli zobaczę, że któryś z was nie daje z siebie wszystkiego, wtedy dostanie tęgie baty... tym - wyciągnął przed siebie poskręcaną laskę z winorośli. - Zrozumieliście, gównozjady?
Z szeregu rekrutów dobiegł pomruk oznaczający potwierdzenie; niektórzy z nich byli tak wymęczeni, że nawet nie potrafili zmusić się do zdawkowego skinienia głową.
- Co to miało być? - wrzasnął rozeźlony Bestia. - Nie dosłyszałem was, kurwie pomioty!
Podszedł do szeregu i wyciągnął z niego za kołnierz peleryny podróżnej jednego z rekrutów. Dopiero w tej chwili Macro zauważył, że ten człowiek różni się ubiorem od pozostałych. Materiał i krój odzienia wskazywały, że nie należy ono do najtańszych - widać to było nawet pod tak wielką ilością pokrywającego je błota. Rekrut był też wyższy od pozostałych, ale za to szczuplejszy i jakby delikatniejszej budowy. Nadawał się idealnie na kozła ofiarnego.
- Co my tu u licha mamy? Dlaczego rekrut ma na sobie lepszą pelerynę niż ja sam? Ukradłeś ją, chłopcze?
- Nie - odparł młodzieniec spokojnie. - To dar od mojego przyjaciela.
Bestia walnął go w brzuch końcem laski. Chłopak zgiął się wpół, potem padł na kolana i tak pozostał, wspierając się na dłoniach zanurzonych w błocie. Bestia stanął nad nim, unosząc laskę do następnego uderzenia.
- Za każdym razem kiedy odezwiesz się do mnie, masz zakończyć zdanie słowem "panie"! Zrozumiano?
Macro widział, że chłopak rozpaczliwie usiłuje zaczerpnąć tchu, chcąc odpowiedzieć, ale Bestia nie zważając na to, zadał drugi cios, tym razem w plecy, po którym rekrut zawył.
- Pytałem, czy zrozumiałeś?
- Tak, paanie! - wydarł się chłopak.
- Głośniej!
- TAK, PANIE!
- Już lepiej. Zobaczmy, co ty tam jeszcze masz.
Centurion pochwycił koc rekruta i rozwinął go jednym ruchem. Wszystkie rzeczy chłopaka wpadły w błoto: trochę ubrań, niewielka flaszeczka, kilka kawałków chleba, dwa zwoje i oprawiony w skórę zestaw do pisania.
- A niech mnie... - Bestia zagapił się na ostatni z tych przedmiotów, a potem wolno przeniósł wzrok na twarz rekruta. - Co to jest?
- Mój zestaw do pisania, panie!
- Zestaw do pisania? Po co legioniście takie cuda?
- Obiecałem przyjaciołom w Rzymie, że będę do nich pisywał, panie.
- Przyjaciołom? - Centurion wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Dlaczego nie mamusi? Albo tatusiowi?
- On nie żyje, panie.
- A znasz chociaż jego nazwisko?
- Oczywiście, panie. Nazy...
- Milcz! - przerwał mu Bestia. - W dupie mam, kim on był! Tutaj wszyscy jesteście co najwyżej podrzutkami i bękartami! A jak ciebie zwą, kurwi pomiocie?
- Kwintus Licyniusz Katon... panie.
- Posłuchaj mnie, Katonie, uważnie, znam tylko dwa rodzaje piśmiennych legionistów: jedni nas szpiegują, a drudzy są tak popierdoleni i zapatrzeni w siebie, że wydaje im się, iż zostaną oficerami. Do której kategorii ty należysz?
Rekrut spojrzał na niego ze strachem.
- Do żadnej, panie.
- Zatem nie będziesz tego potrzebował. - Wystarczył jeden kopniak Bestii, by zestaw do pisania i oba zwoje poleciały w stronę kanału odwadniającego na środku traktu.
- Ostrożnie, panie!
- Coś ty powiedział? - Centurion obrócił się na pięcie z laską uniesioną do kolejnego uderzenia. - Coś ty do mnie powiedział?
- Poprosiłem, panie, abyś uważał. Jeden z tych zwojów jest prywatnym listem do waszego legata.
- Prywatny list do naszego legata! No...
Macro uśmiechnął się, widząc zdziwienie siwego centuriona. Bestii zdawało się pewnie, że słyszał już w życiu wszystko, każde tłumaczenie i każdą wymówkę, ale coś takiego zdarzyło mu się po raz pierwszy. Jakim cudem zwykły rekrut mógł mieć przy sobie prywatny list do samego legata? Zagadka nie z tej ziemi, nic więc dziwnego, że zbiła centuriona z tropu. Ale nie na długo - zaraz machnął laską w stronę zwojów.
- Śmigaj mi po nie, ale to już. Dopiero co przybyłeś do tego obozu, a już go zaśmiecasz! Pierdoleni rekruci - wymamrotał.
- Rzygać mi się chce na wasz widok. Nie słyszałeś, co powiedziałem? Pozbieraj to!
Gdy wysoki młodzieniec brodził w błocie, zbierając swoje rzeczy, Bestia wywarkiwał kolejne rozkazy, przydzielając grupy poborowych do poszczególnych żołnierzy z eskorty, aby ci odprowadzili ich do właściwych jednostek.
- Jazda mi stąd! ALE NIE TY! - wydarł się w końcu na chudzielca, który zdołał doczyścić swoje rzeczy i ponownie zawinąć je w koc. Chłopak zmierzał właśnie ku stojącym na deszczu pozostałym poborowym. - Wracaj tutaj! A wy na co czekacie?
Legioniści z eskorty zaczęli wydawać polecenia swoim tymczasowym podkomendnym. W czasie gdy poganiani przez nich przemoknięci rekruci dzielili się na grupki, Bestia wyciągnął rękę po zwój, który trzymał Katon. Starając się ochronić go przed kroplami deszczu, obejrzał uważnie wypisany na nim woskiem adres oraz pieczęcie, a potem zrobił to jeszcze raz. Gdy sprawdził wszystko dokładnie, rozważał przez dłuższą chwilę kolejne posunięcie. Jego wzrok przypadkiem omiótł umocnienia, na których wciąż stał uśmiechnięty centurion. To wystarczyło do podjęcia decyzji.
- Macro! Rusz dupę i zasuwaj na dół!
Chwilę później świeżo upieczony oficer stał na baczność przed Bestią, mrugając nerwowo, gdy kolejne krople deszczu skapywały mu z krawędzi hełmu prosto na oczy.
- Wygląda na prawdziwy. - Dowódca eskorty zamachał zwojem przed jego nosem. - Weźmiesz go i zaprowadzisz naszego młodego przyjaciela do budynku dowództwa.
- W tej chwili pełnię pieczę nad wartami.
- W takim razie zwalniam cię z tej służby aż do chwili powrotu. Ruszaj!
Suczy syn! zaklął w myślach Macro. Bestia nie miał pojęcia, czy list jest ważny albo prawdziwy, ale nie zamierzał ryzykować. Korespondencja legatów przybywała ostatnimi czasy naprawdę dziwnymi drogami, nawet ta z najwyższych kręgów władzy. Lepiej, żeby kto inny naraził się na opieprz, gdyby zwój okazał się kompletnie bezwartościowy.
- Tak, panie - odparł z goryczą centurion, przyjmując dokument.
- Tylko nie marudź mi tam, Macro. Już mi się marzy rozgrzane łoże.
Bestia odmaszerował w stronę wartowni i natychmiast wspiął się po schodach, zmierzając do ciepłego pomieszczenia strażników. Macro patrzył za nim przez chwilę, a potem przeniósł wzrok na młodego rekruta, przez którego będzie musiał odbyć długą wędrówkę do budynku kwatery głównej, i to w takim deszczu. Musiał przy tym zadrzeć głowę, przybysz przerastał go prawie o stopę. Spod kaptura peleryny wymykały się kosmyki gęstych czarnych włosów, przemoczonych teraz i pozlepianych. Czoło miał płaskie, wysokie, oczy przenikliwie brązowe, osadzone bardzo głęboko po obu stronach długiego wąskiego nosa. Chłopak zaciskał mocno usta, ale wargi wciąż lekko mu drżały. Jego rzeczy, mimo że mokre i ubłocone po tak długim marszu z bazy w Aventicum, wciąż wyglądały zadziwiająco dobrze. No i jeszcze ten zestaw do pisania, zwoje, list do legata... Ten rekrut nie był byle kim. Bez wątpienia wiedział, co to bogactwo, ale dlaczego w takim razie zaciągnął się do armii?
- Nazywasz się Katon, o ile dobrze pamiętam?
- Tak.
- Do mnie też musisz się zwracać per panie - poinformował go z uśmiechem na ustach centurion.
Katon wyprężył się niezdarnie, usiłując stanąć na baczność, czym wywołał atak śmiechu u oficera.
- Spocznij, chłopcze. Spocznij. Możesz odpocząć od paradowania, przynajmniej do świtu. Lepiej zajmijmy się dostarczeniem tego listu.
Macro popchnął lekko rekruta, kierując go w stronę środka obozu, tam gdzie w oddali majaczyły w ciemnościach ściany budynku dowództwa. Po drodze przyjrzał się dokładniej zwojowi i aż gwizdnął ze zdziwienia.
- Wiesz, chłopcze, co to za pieczęć?
- Tak, panie. Cesarska.
- Dlaczego ktoś z otoczenia imperatora miałby wykorzystywać zwykłego rekruta w roli posłańca?
- Nie mam pojęcia, panie - odparł Katon.
- Kto ci dał ten list?
- Sam imperator.
Macro wydał z siebie zdławiony okrzyk. Ten chłopak wiedział, jak zwrócić na siebie uwagę. Co u licha zamierzał cesarz, skoro zdecydował się powierzyć prywatny list jakiemuś pieprzonemu rekrutowi? Chyba że ten chłopak był kimś o wiele ważniejszym, niż się wydawało na pierwszy rzut oka. Macro uznał, że musi traktować go bardziej taktownie, jeśli chce się dowiedzieć czegoś więcej.
- Wybacz pytanie, ale co ty tu właściwie robisz?
- Co ja tu robię, panie? Wstępuję do legionu, panie.
- Ale dlaczego? - nie ustępował centurion.
- Ta sprawa ma związek z moim ojcem, panie. Zanim zginął, służył cesarzowi.
- Czym się zajmował? - Odpowiedź nie nadchodziła, więc Macro spojrzał na chłopaka, który szedł ze zwieszoną głową i zakłopotaniem wymalowanym na twarzy. - Słucham.
- Był niewolnikiem, panie... - Zawstydzenie płynące z takiego wyznania było rzeczą oczywistą nawet dla tak prostego, gruboskórnego człowieka jak centurion. - Zanim Tyberiusz go nie wyzwolił. Urodziłem się tuż przed tym faktem.
- Rozumiem. - Macro pokiwał głową, akt ten nie obejmował żyjących potomków. - Domyślam się jednak, że i ciebie wyzwolono wkrótce potem. Ojciec zdołał cię wykupić?
- Nie pozwolono mu, panie. Z jakichś względów Tyberiusz nie chciał się na to zgodzić. Ojciec zmarł kilka miesięcy temu. W swoim testamencie raz jeszcze błagał imperatora, aby mnie wyzwolono, choćby pod warunkiem, że do śmierci będę służył cesarstwu. Klaudiusz wyraził na to zgodę, nakazując mi jednocześnie wstąpienie do legionów, i tak trafiłem do was.
- No tak. Skórka za wyprawkę...
- Ja to widzę inaczej, panie. Jestem teraz wolnym człowiekiem. To lepsze niż życie niewolnika.
- Naprawdę tak uważasz? - Macro się uśmiechnął.
Jak dla niego ta zmiana wcale nie była na lepsze. Wygody pałacowego życia zastąpi żołnierski trud, nie wspominając już o ryzyku kalectwa albo śmierci w kolejnej potyczce. Słyszał też kiedyś o tym, że jedni z najpotężniejszych i najbogatszych ludzi w Rzymie wywodzili się z kasty niewolników i wyzwoleńców służących w imperialnej administracji.
- Tak czy inaczej - odparł Katon, nie kryjąc rozgoryczenia - w tej akurat sprawie nie pozostawiono mi żadnego wyboru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki