Osadnicy - Jan Ślęzak

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Skąd oni w tej Galicji się wzięli...

W historii Prus czytamy, że miał miejsce fakt, iż przyjęli oni pod swój dach dwadzieścia tysięcy francuskich protestantów, którzy we Francji byli prześladowani z uwagi na wyznanie. Król Prus przyjął ich w ramach solidarności wyznaniowej. Różne były powody migracji, nie tylko religijne, ale również czysto gospodarcze.

Takim przypadkiem, ale na zupełnie innym podłożu, była akcja przesiedleńcza, która zapisała się w historii pod nazwą Kolonizacji Józefińskiej. Cesarz Józef II Habsburg doskonale znał dolę swoich poddanych na terenie Galicji, jako że miał zwyczaj podróżować po swoim państwie. Tamtejsi jego poddani byli to ludzie bardzo ubodzy i niejednokrotnie przymierali głodem. Ziemię uprawiali bardzo prymitywnymi metodami. Tenże cesarz Austro-Węgier, jako inicjator całej akcji, w porozumieniu z królem Prus zapoczątkował sprowadzanie rzemieślników do miast i rolników na tereny rolnicze Galicji a w naszym przypadku rozpatrujemy dokładnie teren Mielca, Baranowa i Kolbuszowej. Przybywali oni z własnej woli na bardzo korzystnych dla siebie warunkach. Mieli za zadanie podnieść poziom kultury rolnej oraz poziom rzemiosła w miastach. Galicja, bowiem była terenem bardzo zacofanym pod każdym względem, a przy tym bardzo ubogim, gdzie głód na tak zwanym przednówku następował, co roku był czymś normalnym. Najprawdopodobniej ci osadnicy przybywali z dwóch kierunków, czyli z północy, zatem z terenów Prus Wschodnich, oraz z kierunku zachodniego, czyli z terenów Śląska. Mieli prawo nawet zakładać swoje wsie i to robili, ale z czasem na tyle zasymilowali się rdzennymi mieszkańcami tych rejonów na tyle, że zaczęli się zaliczać do tutejszych i wchodzić z nimi w trwałe związki, wszelkie granice kulturowe oraz językowe zaczęły stopniowo zanikać.

Tak też, o tych, którzy przybyli z Prus, mówiono tutejszym językiem, że przybyli z Prusiech i tym sposobem nazywano ich Prusiami. Ci zaś, którzy przybyli z Austrii, a dokładnie ze Śląska, nazywano po prostu Szlązakami, potem Szlęzakami, Ślęzakami a dzisiaj przyjmują oni nawet nazwisko Slezak, jako że język angielski czy niemiecki nie ma znaków literowych ś lub ę. W różnych źródłach można jeszcze znaleźć takie nazwy, jak Szląsko, Szlesko, Шлеска, to nazwy słowiańskie. Ponadto nazwa górnołużycka Šleska oraz germańsko-niemiecka: Schlesien i niemiecko-śląska: Schläsing.

Na tutejszych terenach występowało wielu Szlęzaków jak i Prusiów, przy czym wielu z nich nie miało żadnych powiązań rodzinnych, jedynie nazwiska posiadali te same. Jest jeszcze jeden fakt, który potwierdza to rozumowanie. Już po drugiej wojnie światowej, kiedy wspomniane tereny Prus i Śląska znalazły się w granicach Polski, a władza PRL namawiała do zasiedlania nowych terenów, miało miejsce zjawisko, które potwierdziło, że wiedza o faktycznym pochodzeniu zarówno Prusiów jak i Szlęzaków była przekazywana między pokoleniami tych rodów, ale zapewne tylko ustnie, jako że na żadne ślady pisane nie udało się trafić...

To przypuszczenie potwierdza fakt, że zarówno jedni jak i drudzy postanowili wyruszyć do miejsc, o których wiedzieli od swoich przodków, że z tych ziem się wywodzą. No i Franciszek Pruś ruszył w stronę Prus, chociaż dokładnego miejsca nie znał i mapy nie posiadał. Ówczesny rząd informował go, że tam gotowe gospodarstwa czekają na niego i w pełni wyposażone. Nie powiedzieli mu tylko, że tamtędy przeszła Armia Czerwona i pozostawiła po sobie niejednokrotnie zgliszcza. Wrócił, zatem do domu przywożąc ze sobą jakieś drobne meble i zegar, który dzwonił, co pół godziny. Jego żona, czyli babcia zgłosiła veto i powiedziała, że nigdzie nie pojedzie, bo tutejszej rodziny nie zostawi, czemu dziadek się poddał i zupełnie zrezygnował z wyjazdu na tak zwane ziemie odzyskane, jedynie ten zegar przypominał o tym zamiarze. Ten zegar istnieje do dnia dzisiejszego, wisi w domu wnuczki Franciszka i działa nadal doskonale.

Podobną akcją propagandową i różnymi zachętami o podobnym charakterze spowity był kierunek zachodni, czyli nasz Śląsk i jego okolice. Najstarszy z rodu Szlęzaków, czyli drugi dziadek autora niniejszej książki, czyli Józef Szlęzak zaakceptował ten wyjazd. Skąd posiadał wiedzę o tamtych korzeniach nie sposób dzisiaj dojść. Zapewne była ona również przekazywana z ojca na syna, czyli dziadek Józef mógł ją otrzymać od swojego ojca pradziadka autora, czyli Kazimierza Szlęzaka i tak dalej idąc wgłąb historii...

Kiedy jeden dorosły człowiek, w pewnym momencie życia postanawia wrócić do miejsca, z którego wyrosły jego korzenie rodowe, możemy nazwać fanaberią. Kiedy jednak takich przypadków jest więcej i to w różnych miejscach świata, siłą rzeczy musimy nazwać zjawiskiem na podłożu socjologicznym a może genealogicznym. Zresztą jest to problem, który dotyczy nie tylko człowieka, bo na przykład łososie mają podobnie. Te ryby normalnie żyjące w morzach, kiedy dorosną, płyną z powrotem do miejsca gdzie się narodziły. Te ryby płyną tam, aby złożyć ikrę, czyli dać początek następnemu pokoleniu i tam same giną. Aby to rozwikłać trzeba by było przenieść się na pole naukowe, ale nie będzie to tematem naszych rozważań. Jedyna pewność, to fakty powyżej opisane i na tym pozostaniemy.

Jeszcze jedna okoliczność, to koniec wojny a w zasadzie wojen, bo zarówno pierwsza jak i druga wojna nastąpiły w niezbyt odległym czasie. To dopiero po tych wojnach a już ostatecznie po tej drugiej wojnie, nowe granice pozwoliły na ewentualne migracje do dawnych miejsc i migracje te nastąpiły w pierwszej chwili niemal lawinowo. Te miejsca okazały się znajdować w nowych granicach Polski, ponadto nowe władze Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wręcz namawiały do zasiedlania terenów zarówno Śląska jak i Prus Wschodnich. Ówczesna propaganda rządowa była bardzo silna, namawiano na zasiedlanie nowych ziem w sposób bardzo sugestywny oferując niemal wszystko darmo, bo na zasadzie dzierżawy. To określenie "darmo" usypiało dalsze pytania. Nad kosztami, czyli dzierżawą, podatkami nikt się zbytnio nie zastanawiał, bo niezbyt jasno o tym mówiono a ponadto chłop w rachunkach nigdy nie był mocarzem.

Kiedy dziadek Franek Pruś wrócił, wtedy postanowił wyjechać drugi dziadek Józef Szlęzak. On jednak wiedziony swoim węchem, skierował się w kierunku Śląska, lub jak wtedy mówiono, w kierunku Szląska. Również i w tym wypadku wybrało się razem kilka rodzin o tym samym nazwisku Szlęzak, chociaż wcale nie byli ze sobą spokrewnieni. Ci jechali już z mocnym postanowieniem pozostania, ponieważ wrócił stamtąd ten i ów i potwierdzał, że po wypędzonych Niemcach zostały gospodarstwa i domy gotowe do zasiedlenia, pełne mebli, różnego sprzętu a nawet ubrania i to modne.

Był jeszcze ostatni argument, ale bardzo ważny argument dotyczący korzeni rodów tych, którzy nosili nazwisko Szlęzak, było bowiem wiele rodzin o tym nazwisku, chociaż niektórzy nie mieli powiązań rodzinnych, niekiedy nawet się nie znali. Wszyscy oni mieli jakieś strzępy wiadomości o swoim pochodzeniu z tych stron, ale żadnych dowodów nie posiadali. Ksiąg parafialnych z tamtych czasów również nie było, zresztą po drugiej wojnie światowej trudno było cokolwiek znaleźć, bo podobno w parafii Szlęzaki/Ślęzaki w plebanię uderzyła bomba i księgi w przeważającej większości spłonęły.

Dopiero po ponad 160 latach, czyli po ponad pięciu pokoleniach sprawy te odżyły, kiedy okazało się, że Śląsk znowu znalazł się w granicach Polski i można tam jechać, władza jeszcze do tego zachęca i całe gospodarstwa rozdaje. Zatem coś drgnęło, coś jakby ożyło w grupie potomków dawnych osadników cesarza austriackiego. Mimo że wszyscy oni byli już tutejszymi, bo tu się urodzili, to jednak jakieś wieści przekazywane przez te pięć pokoleń, teraz ujrzały światło i powolutku zaczęły owocować. Zatem wielu wyruszyło.

Fotograf Zbigniew Mosoń, Jan Ślęzak Zdjęcia ze zbiorów własnych oraz Zbigniewa Mosonia

Dokumenty osadników udostępnił: Roman Strojny

Projektant okładki Jan Ślęzak

? Jan Ślęzak, 2024

? Zbigniew Mosoń, Jan Ślęzak Zdjęcia ze zbiorów własnych oraz Zbigniewa Mosonia, fotografie, 2024

? Jan Ślęzak, projekt okładki, 2024

Treścią książki jest historia grupy osadników, którzy tuż po wojnie wyjechali ze wschodnich terenów Polski, z rejonu Kolbuszowej, i postanowili osiedlić się na tzw. Ziemiach Odzyskanych w Górach Kaczawskich, w rejonie Jeleniej Góry. Wielu z nich jednak wróciło z powrotem do swych domostw, wielu tu zostało. O ich problemach opowiada ta książka. Ta książka jest ciągiem dalszym opowieści zawartej w "Pożegnaniu z Galicją". Obie książki to opowieść dotycząca tego samego rodu, ze strony ojca i matki.

ISBN 978-83-8384-294-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero