Osierocone światy. Tom 2 cyklu Ogień ludzkości - Michael Cobley


Reflow text when sidebars are open.
Dygocząc, Robert Horst naciągnął na głowę kaptur pikowanej kurtki, po czym szarpnięciem otworzył właz w kształcie litery D, stanowiący wyjście z Pokładu Rzemieślników. Skrzypnęły zawiasy i dmuchnęło śniegiem, gdy ostrożnie wysunął się na zewnątrz, gdzie dęła lodowata wichura, po czym zatrzasnął właz za sobą. Chodnik miał liche zadaszenie, ale z boku nic go nie osłaniało przed wirującymi podmuchami, które szorowały drobinkami lodu i śniegu o starożytny, pokryty wgnieceniami kadłub miasta Malgovastek. Robert ruszył szybkim krokiem wzdłuż odsłoniętego pomostu i wspiął się po żelaznych stopniach na okrągłą, zabudowaną platformę. Stadko patykonogich Hodralogów kupowało tu kręciświeczki od wychudzonej Henkayanki, która pomachała garścią towaru w stronę Roberta, gdy tylko znalazł się w jej polu widzenia.
Kiedy przyszedł tutaj po raz pierwszy, trzy tygodnie temu razem z Rosą i droidem o imieniu Reski Emantes, popełnił błąd, a mianowicie podszedł, żeby obejrzeć asortyment. Wtedy henkayańska handlarka błyskawicznie nawpychała mu kręciświeczek do rąk, kieszeni oraz pod częściowo rozpiętą kurtkę, po czym zażądała zapłaty. Na szczęście, Reski Emantes zainterweniował i uiścił należność w walucie wyglądającej jak kulki półprzezroczystego tworzywa, zawierające różną liczbę koralików z czegoś przypominającego mosiądz. Po tej przygodzie, ilekroć Robert tędy przechodził, postępował tak jak teraz, to znaczy trzymał się w bezpiecznej odległości, śpiesząc w kierunku następnych schodów, prowadzących w górę.
Wyżej znajdowała się podobna kolista komora o niskim dachu i metalowych żaluzjach, które nie przepuszczały śniegu, ale lodowaty wiatr i owszem. Wydychając obłoki pary, Robert podszedł do jednego z wyjść i wkroczył na pomost z poręczą, wystawiony na swobodne działanie żywiołów, wzdłuż którego pognał ile sił w nogach do obserwatorium, małego pudełkowatego budyneczku na kolumnach wznoszących się z pokładu położonego niżej.
Raz jeden udało mu się przyjść wcześniej, podczas gdy jego gomedrański kontakt, niejaki Ku-Baar, się spóźniał. A ponieważ w okolicy nie było nikogo innego, Robert miał swobodny dostęp do wszystkich nisz widokowych. Pośpiesznie wszedł po drewnianych schodach na najwyższą kładkę i skierował się prosto do niszy, która wychodziła na olbrzymie wiszące miasto Malgovastek. Wicher zawodził wokół obserwatorium, gdy Robert skierował ciężką lunetę na jego górne poziomy, Pokład Nadzorców i Pokład Właścicieli - te miana datowały się jeszcze z czasów założenia miasta, niemal dwa tysiąclecia wcześniej, jak twierdził Reski Emantes.
Nazwy takie najwyraźniej wyszły z powszechnego użycia, nie mając żadnego odniesienia do aktualnych układów władzy, to znaczy oligarchii skorumpowanych klanów i gildii. Spoglądając przez lunetę na Pokład Nadzorców, Robert widział świetlne kule oraz łańcuchy lampek zdobiące portyki, dobudówki i balkony pododawane do pierwotnych sekcji mieszkalnych przez kolejne głowy klanów. Pokład Właścicieli był urządzony z większą ostentacją - wznosiły się tam szklane wieże, wieżyczki oraz wielofasetowe, rozświetlone kopuły, będące świadectwem uprzywilejowania i zamożności, jak również bezlitosnej przemocy niezbędnej do zachowania jednego i drugiego. Śnieżna zawieja sprawiała, że wyżej wszystko niknęło w zamazanej szarości, lecz Robert mimo to był w stanie rozróżnić Górosiężne Cumy - pięć potężnych kabli, które wznosiły się przez ponad półtora kilometra śnieżnych burz i mroku i kończyły przy spodniej stronie kolosalnej skalnej półki, gdzie starożytni inżynierowie osadzili kotwice głęboko w kamieniu.
Malgovastek nie był jedynym miastem zwieszającym się z tego szelfu rozmiarów kontynentu; nie był to też jedyny szelf na dziwacznym poziomie hiperprzestrzeni znanym jako Zatoka Shylgandijska. Robert doskonale pamiętał ich przylot tutaj, kiedy to statek międzypoziomowy Konstruktu, Wiarygodna Odpowiedź, zanurkował w głąb przepastnej otchłani Zatoki, mijając sterczące ogromy skutych lodem skał, a także inne miasta, wiszące w mroku niczym oblepione śniegiem pęki skorodowanych kosztowności - jedne oświetlone lampami podobnymi do dogasających węgli, inne szaroczarne, sprawiające wrażenie martwych. Nawet teraz, wspominając te widoki, Robert odczuwał zawrót głowy i chwilowy bunt błędnika, kiedy myślał o nieskończonych głębiach, jakie rozciągały się bezpośrednio pod nim.
Przytrzymując się stojaka lunety, przypomniał sobie ostatnie słowa, jakie wypowiedział do niego Konstrukt, zanim statek międzypoziomowy opuścił Ogród Maszyn.
- Robercie Horst, pamiętaj, że bez względu na to, jak groteskowe i przerażające rzeczy przyjdzie ci zobaczyć, lokalne warunki na poszczególnych poziomach hiperprzestrzeni często bywają radykalnie zróżnicowane. Nie zapominaj, że podróżujesz przez trupy martwych wszechświatów, pozostałości ich pozostałości, pogrzebane popioły tego co wieczne. Nie ma potrzeby, żebyś się angażował w zgryzoty ocalałych, masz jedynie wypełnić swoje zadanie - odnaleźć drogę do Bożygłowa i rozmówić się z nim na tematy, które ci przedstawiłem.
Oczywiście, Robert dobrze wiedział, że Konstrukt jest czymś więcej niż tylko władcą Ogrodu Maszyn, że to starożytna mechaniczna świadomość, dawny sojusznik samych Przodków. Kiedy Konstrukt mówił o minionych wiekach, jego słowa niosły z sobą autentyzm bezpośredniego doświadczenia.
Kiedy Robert nachylił się, żeby ponownie spojrzeć przez lunetę, usłyszał kroki - ktoś wszedł do pomieszczenia poniżej, po czym szybko ruszył na górę. Chwilę później Horst już się odwracał, żeby powitać Ku-Baara, byłego kapitana podlegającego Mirapeshowi, nieżyjącemu zębojcu klanu Czerwonych Zadziorów. Ku-Baar był wysoki jak na Gomedranina i mniej szczeciniasty niż ci, których Robert miał wcześniej okazję spotykać w czasie swoich misji dyplomatycznych. Tutejsi Gomedranie wywodzili się jednak ze starszej, mniej drapieżnej gałęzi tego gatunku, której członkowie wyruszyli, by eksplorować górne poziomy hiperprzestrzeni. Przemawiał też dużo bardziej wyrafinowaną, pełną ekspresji wersją języka gomedrańskiego, a sposób bycia miał opanowany i dystyngowany.
- Pozdrawiam pana, kapitanie Ku-Baar.
- I ja pana również, poszukiwaczu Horście, lecz, niestety, jest to jedyne dobre słowo, jakie mogę panu dziś przekazać.
Robert poczuł się tak, jakby uszło z niego powietrze.
- A więc znowu się nie udało.
- Mistyk Oscylant Słonecznego Strumienia ponownie nie uznał za stosowne zareagować na moją próbę nawiązania kontaktu.
Robert skinął głową, zmęczony oczekiwaniem. Kiedy Konstrukt wysłał ich na tę misję, zostali poinformowani, że będą zmuszeni zwrócić się do serii pośredników. Z pierwszym sprawa okazała się zupełnie prosta - był to diler abstraktów mieszkający na Zilumerze, niszczejącym świecie podobnym do plastra miodu, znajdującym się na czterdziestym pierwszym poziomie hiperprzestrzeni. W zamian za przekazanie personaliów i lokalizacji następnego pośrednika zażądał jedynie ogromnej sumy, którą Reski Emantes zapłacił bez targów. Kiedy jednak przybyli do miasta Malgovastek na sześćdziesiątym piątym poziomie, poszukując bargalilskiego mistyka znanego jako Oscylant Słonecznego Strumienia, pojawiły się trudności. Odkryli, że Bargalil do niedawna korzystał z protekcji wodza klanu Czerwonych Zadziorów, Mirapesha, ten jednak na nieszczęście został ostatnio wepchnięty do bioniszczarki przez jednego ze swoich kuzynów. Podczas gdy jego krewni walczyli między sobą o władzę nad klanem, dotychczasowi oficerowie Mirapesha poszukiwali nowych posad, mistyk zaś zniknął z widoku, ukrywając się w zatłoczonych dolnych komorach miasta. Wytrwałe drążenie sprawy doprowadziło Roberta i pozostałych do warsztatu gier sieciowych, którego współwłaścicielem był Ku-Baar, a ten zgodził się im pomóc.
- Być może powinniśmy sprawdzić dolne komory - powiedział Robert. - Przypominam sobie, że wcześniej odradzał nam pan taki krok, kapitanie, lecz czasu mamy coraz mniej. Czy solidnie uzbrojona eskorta nie gwarantowałaby nam bezpieczeństwa tam na dole?
- Obawiam się, że nie, poszukiwaczu - odrzekł Ku-Baar. - W przypadku przybyszy z góry sama demonstracja siły prowokuje odwet. Proszę, niech pan pozwoli, żebym spróbował wykorzystać inne kanały; nie wyczerpałem jeszcze wszystkich możliwości. W dolnych komorach jest kilku handlarzy, z którymi może będę w stanie się skontaktować przez infostradę. Jeszcze dzisiaj roześlę wiadomości.
- Dziękuję, że zadaje pan sobie dla nas tyle trudu, i mam nadzieję, że rychło przyniesie to pozytywne skutki.
- Cieszę się, że mogę być pomocny. Proszę mi powiedzieć, poszukiwaczu, gdzie są teraz pańska urocza córka oraz tamta zabawna maszyna służebna?
- Zostawiłem ich w pobliżu wejścia na Huśtadrom; wyrazili chęć zwiedzenia tamtejszych straganów.
- Tych wzdłuż najwyższego balkonu? - zapytał Ku-Baar, przekrzywiając głowę.
- Zgadza się.
Mina Gomedranina wyrażała ulgę.
- Huśtadrom jest zawsze dosyć niebezpiecznym miejscem, ale w huśtadni, takie jak dzisiejszy, odbywają się tam walki na arenie z udziałem zarówno organików, jak i maszyn, a każdy, kto zabłąka się na najniższy poziom widowni, automatycznie staje się zawodnikiem i może zostać wyzwany przez dowolną osobę czy też istotę.
- Jestem pewien, że moi towarzysze zachowają wszelkie konieczne środki ostrożności - odrzekł Horst, po czym umilkł na moment, żeby badawczo przyjrzeć się przez lunetę jednej z Górosiężnych Cum. - Kapitanie, mam pytanie i mam nadzieję, że nie uzna go pan za obraźliwe. Brzmi następująco: jak często miasta ulegają awarii i spadają?
- Pańskie pytanie istotnie dotyczy zagadnienia, które dla wielu Malgovastian stanowi tabu, choć dla mnie nie. Mogę panu powiedzieć, że o takich nieszczęściach dowiadujemy się mniej więcej raz na kilka lat, czy to z pogłosek przekazywanych przez aerokupców, czy z pierwszej ręki od uciekinierów, czy też - zdecydowanie rzadziej - mając okazję to zobaczyć na własne oczy. Mnie samemu zdarzyło się ujrzeć taki widok, gdy byłem jeszcze szczenięciem noża. Pamiętam, że stałem na zewnątrz, na jednym ze sprężynowych chodników - było to między dzwonami, więc musiało być późno - i wpatrywałem się w kurtyny burzy śnieżnej, patrząc, jak pędzą i skręcają się w mroczne leje, a potem znów rozkręcają. Potem coś kazało mi unieść wzrok, może jakiś odgłos lub zmiana w powietrzu, a gdy spojrzałem w górę, zobaczyłem jasnoszary obiekt, nie większy niż fasolka ishi, który zbliżał się do nas, opadając ku Malgovastekowi. Chwile mijały, obiekt stawał się coraz większy i ciemniejszy, aż mogłem już poznać, że minie nasze miasto, zamiast w nie uderzyć. Rósł w oczach, nabierając szczegółów - widziałem linie i zakręty pokładów, zabudowań mieszkalnych i wież. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że w górze za nim łopoczą wielkie czerwone i złote sztandary, a potem dotarło do mnie, że spadające miasto płonie. Pamiętam, jak obserwowałem jego lot mniej niż pół mili dalej, przy czym łopoczące cumy ciągnęły się za nim wraz z ogonem dymu, a kurtyny śniegu falowały i wirowały w prądzie powietrza. Od tamtej pory przez cały czas mam świadomość, na jak cienkiej nitce wisi życie nas wszystkich. - Gomedranin uśmiechnął się szeroko. - Byłem lękliwym szczenięciem, które wyrosło na pełnego niepokoju dorosłego. Lecz dla tych, którzy marnują czas, mija on aż nazbyt szybko, poszukiwaczu Horście; muszę powrócić do mojego warsztatu, by dalej rozpytywać się na infostradzie za naszym zaginionym Bargalilem.
Wymienili ukłony, po czym Ku-Baar opuścił obserwatorium, Robert zaś odczekał minutę czy dwie, po czym wrócił po własnych śladach na Pokład Rzemieślników i zamknął za sobą właz w kształcie litery D, odcinając się od lodowatej wichury. Wewnątrz było zimno i panował półmrok. Ten poziom miasta Malgovastek składał się z sześciu głównych poziomów oraz niezliczonych odnowionych i przebudowanych podsekcji, silosów i komór. Oświetlenie, składające się głównie z biokul oraz pasków na baterie, rozmieszczono chaotycznie, powietrze zaś było stęchłe i cuchnące. Ruchliwy ciąg schodów prowadził w górę, do łukowatego pasażu z wejściami prowadzącymi na najwyższy balkon Huśtadromu. Wokół kręciło się trochę miejscowych, głównie Keklirów - dwunożnych stworów o krótkich, silnych kończynach oraz obliczach zdominowanych przez szeroki, zwężający się na końcu ryj z dwoma otworami gębowymi. Widać było też Gomedran, kilku Hodralogów oraz pojedynczych Pozu.
Przepchnąwszy się przez ciężkie zasłony, Robert wkroczył w ogłuszającą kakofonię Huśtadromu - przytłaczający ryk, który wzbierał rytmicznie wraz z donośnym metalicznym łomotem dobiegającym z dołu, z najniższego poziomu stadionu. Najwyższy balkon miał kształt litery U utworzonej z lóż; niżej znajdowały się rzędy zwykłych ławek i profilowanych foteli, a dalej stłoczone cienie, wśród których świeciły lampy stołów do gry oraz bursztynowe jarzeniówki kiosków i straganów ustawionych wzdłuż tylnej ściany. Pchany ciekawością Robert ostrożnie przesunął się na przód balkonu i, mrużąc oczy, popatrzył w dół, przez zwieszające się warstwy siatki. Wielki mech na płozach przytrzymywał patykowatego droida jednym segmentowanym łapskiem, drugim zaś walił w jego opancerzony tułów. Jaskrawe reflektory oświetlały dwóch walczących, podczas gdy publiczność skandowała i wyła. Akurat w chwili, gdy pancerz pokonanego rozpękł się, siejąc iskrami, Robert poczuł na ramieniu czyjś dotyk i usłyszał głos.
- Tato!
To była Rosa, jego córka, czy też jej ekwiwalent. Zanim przybył na Dariena jako specjalny ambasador Ziemiosfery, żona wysłała mu projektor z holosymem ich nieżyjącej córki. Kiedy jednak intrygi, śmiertelne zagrożenie oraz przypadkowe spotkania pchnęły go w głąb hiperprzestrzeni, do dziwnej cytadeli zwanej Ogrodem Maszyn, stało się coś, czego nigdy nie byłby zdolny przewidzieć. Jego córka została przywrócona do życia w oparciu o dane holosymu, jako imitacja istoty ludzkiej, a ciało samego Horsta odmłodzono o całe dekady. Jednakże Konstrukt, SI władająca Ogrodem Maszyn, usunął też Harry'ego, implantowaną SI Roberta, następnie zaś wyposażył ją w imperatywy samodzielności i wypuścił w głąb hipernetu, wszechobecnej międzygwiezdnej infosieci. Zdumiony i pełen wdzięczności za nowe życie Rosy, Horst zgodził się pomóc Konstruktowi nawiązać kontakt z Bożygłowem, i stąd właśnie wynikła konieczność spotkania się z pośrednikiem znanym jako Oscylant Słonecznego Strumienia.
- Gdzie jest Reski Emantes? - zapytał głośno, przekrzykując wrzask tłumu. - Byłbym skłonny zakładać, że go zainteresuje ten spektakl.
- Mówi, że gdyby chciał popatrzeć, jak pozbawione inteligencji obiekty robią dużo łomotu, mógłby pójść i obserwować przez pół godziny, jak automatyczna kuźnia wytwarza sztućce.
Robert skinął głową.
- To zrozumiałe.
Zdążyli już się oddalić od ciżby widzów i hazardzistów; szli teraz nieśpiesznie wzdłuż rzędu straganów, od których od czasu do czasu nadpływały smakowite zapachy. Potem Rosa zatrzymała Roberta, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Nie pałasz gwałtowną chęcią podzielenia się wieściami, więc zakładam, że staruszek Ku-Baar nie zgłosił żadnych postępów.
- Nic się nie zmieniło, kochanie, o naszym tajemniczym mistyku ani widu, ani słychu, choć Ku-Baar zaklina się, że nie pytał jeszcze we wszystkich miejscach, w których ma dojścia.
- Być może powinniśmy wynająć jeszcze kogoś z koterii Mirapesha, zakładając, że jacyś jej członkowie nadal żyją - odezwał się droid Reski Emantes, nadpływając z podwieszoną pod tułowiem siatką pełną pakunków. Przypominał odwróconą do góry nogami równoramienną piramidę, wąską i wydłużoną, liczącą mniej niż metr wysokości, mającą przy każdym wierzchołku sferoidalne ćwieki, a na górnej powierzchni małą trygonalną kopułkę. - Albo wynająć paru silnorękich i poszukać tego mistyka na własną rękę. Ostatecznie to Bargalil; wielki sześcionożny stwór z torsem jak beczka nie powinien móc się tak łatwo zapaść pod ziemię.
- Dolne komory to ryzykowny teren - odparł Robert. - Ku-Baar obiecał, że dołoży starań, aby przepytać resztę swoich kontaktów, więc damy mu jeszcze półtora dnia, a potem rozważymy, jakie mamy dalsze opcje. Tymczasem powiedz, jak tam zakupy?
- Ach tak - odrzekł Reski Emantes. - Znalazłem wędrownego Pozu sprzedającego urmicze jajka, a potem natrafiłem na pewne bulwy, które mogą odpowiadać twojemu ludzkiemu podniebieniu...
Przerwał mu kolejny chóralny ryk dobiegający ze stadionu, a potem rozległy się rytmiczne okrzyki i tupanie.
- Jeszcze jeden nieszczęsny bot przerobiony na złom? - spytał Robert.
- Gorzej, to atrakcja o nazwie Starcie Mocy - odrzekł droid. - Organizatorzy wybierają mecha z dolnego poziomu, który musi się zmierzyć z miejscowym opancerzonym zbirem, przypuszczalnie jakimś przerośniętym blachotłukiem z kopalni rodem, o inteligencji froterki. Nieszczęsna ofiara powinna się pojawić na monitorach...
- Tak, oto i on... - Rosa urwała i wskazała palcem na ekran ścienny kilka metrów dalej. - Reski, to jesteś ty... To znaczy, najpierw to był inny droid, przez sekundę, a potem obraz przełączył się na ciebie!
Ekran ścienny pokazał ich oboje, stojących obok Reskiego Emantesa i gapiących się w bok, podczas gdy otaczający ich tłum rechotał i pohukiwał. Robert odwrócił się i spojrzał w miejsce, gdzie musiała się znajdować ukryta kamera, ale nie dostrzegł niczego wśród ciemnej faktury sufitu.
- Masz rację, właśnie odtworzyłem nagranie z powrotem! - rzekł Reski Emantes. - Muszę iść do sędziów...
Jednakże gdy ruszyli w stronę wyjścia, odkryli, że rozochoceni widzowie zaczynają się tłoczyć wokół nich. Potem motłoch się rozstąpił i dwaj Keklirowie w czerwonych uniformach obsługi podbiegli do Reskiego, by zarzucić na niego lśniącą pętlę.
- To nie jest w najmniejszym stopniu zabawne - powiedział droid. - Precz z łapami, idio-idio-idio-idididididi...
Pętla prędko utworzyła ciasny okrąg i zamigotało pulsujące błękitne pole, sprawiając, że Reski Emantes znieruchomiał. Zanim Robert zdążył zareagować, jeden z Keklirów wyciągnął broń krótką o owalnej lufie i zagestykulował nią ostrzegawczo, a jego towarzysz przyciągnął spętanego droida do przedniej krawędzi balkonu i przerzucił go przez siatkę. Ryk publiczności przypominał huk gromu.
Robert i Rosa podbiegli na skraj balkonu akurat w chwili, gdy bezwładny droid wylądował na arenie i odbił się, amortyzowany przez błękitne pole. Podbiegł do niego kolejny Keklir, przymocował mały obiekt do pancerza Reskiego, po czym prędko wskoczył do otwartego włazu na skraju areny, który zatrzasnął się za nim. Chwilę później w górze, na czymś w rodzaju ambony z kopułką żebrowany kaptur złożył się i wsunął w ścianę, odsłaniając lśniącego, złocistego owadopodobnego stwora o trzech żuwaczkach, wystających odnóżach i trzech parach czarnych wielofasetkowych oczu rozmieszczonych wzdłuż wąskiej głowy, która skojarzyła się Robertowi z końską czaszką.
Potem złocisty mistrz ceremonii wyciągnął jedno kolczaste przednie odnóże i wskazał szybującego, niereagującego na bodźce Reskiego. Wzmocniona nagłośnieniem szorstka sylaba przecięła zgiełk tłumu, a sekundę później błękitne pole krępujące zgasło, przywracając droidowi swobodę ruchów.
- To bezprawie! - wykrzyknął Reski. - Jak śmiecie...
Owadopodobny mistrz ceremonii zagłuszył go na moment swą zgrzytliwą mową, nagłośnioną do grzmotu, po czym arenę wypełnił inny, znajomy głos: "...przypuszczalnie jakimś przerośniętym blachotłukiem z kopalni rodem, o inteligencji froterki...".
Smugi reflektorów omiotły zatłoczone poziomy widowni. W miarę jak do publiczności docierały tłumaczenia słów Reskiego, rozbrzmiewało coraz więcej gniewnych okrzyków. Wśród narastającej furii tłumu złocisty owadorobot wzniósł lśniące przednie odnóża.
- Do wyznaczonego rywala: zakazane jest korzystanie z broni miotającej pociski oraz energetycznej, jak również pola antykognitywne. Zamocowany inhibitor egzekwuje zakaz. Co rzecze wyznaczony rywal?
Zgiełk ścichł na moment i Robert miał nadzieję, że Reski Emantes odpowie w słowach zachowujących przynajmniej pozory uprzejmości. Nadzieja ta okazała się próżna.
- Twoje chamy potłukły moje urmicze jajka, ty chrząszczowaty pajacu!...
Mistrz ceremonii skinął jednym odnóżem ze swojej ambony. Bezpośrednio pod nim rozwarły się łukowate metalowe drzwi i z otworu wylazł wielki ciemnozielony pająkowaty mech. Jego tors był spłaszczoną sferoidą mierzącą jakieś pięć metrów średnicy, o czterech segmentowanych, opancerzonych nogach rozmieszczonych wokół centralnej linii symetrii. Na jego poobijanym pancerzu, pełnym wgnieceń i zadrapań - śladów licznych stoczonych walk - rozmieszczone były wielofasetkowe sensory.
Nagle Reski Emantes bez ostrzeżenia rzucił się na wielkiego mecha, uchylając się przed ciosem odnóża i zderzając się z nasadą innego w miejscu, gdzie opancerzony staw wyłaniał się spomiędzy płyt tułowia. Zabrzmiał donośny szczęk metalu i poleciały iskry, Reski zaś odbił się z impetem i pokoziołkował po arenie. Wielki mech odwrócił się i skoczył za nim.
- Cóż to za machina? - wymruczał Robert.
- Jakiś dron dokowy, tato - odrzekła nieoczekiwanie Rosa. - Składacz średnich rozmiarów, być może pozycjoner. - Odwzajemniła jego spojrzenie. - Dużo się nauczyłam z archiwów Konstruktu, zanim opuściliśmy jego siedzibę.
Interesujące, pomyślał Robert, a kiedy znowu popatrzył na toczącą się w dole walkę, jego pełen czułości uśmiech nieco przybladł.
Wyglądało na to, że Reski Emantes zbiera manto. Jego wąski tors w kształcie piramidy został wgięty, a dwa z narożnych ćwieków już odpadły. Wielki mech przygwoździł go do podłoża efektorem zaciskowym, podczas gdy ze wszystkich stron napływały falami pełne aprobaty ryki tłumu.
- Reski nie wytrzyma już długo - powiedział Robert. - Powinniśmy zejść na dół i zaprotestować...
- Nie martw się, tato, tylko patrz.
Sekundę później Reski jakimś cudem zdołał wysunąć kawałek szerokiej górnej części swojego torsu spod zacisku. Zanim wielki mech zdążył zmienić pozycję efektora, Reski Emantes wypchnął się w górę, uwolnił z uchwytu i wyprysnął na swobodę, lecąc cokolwiek chwiejnie. Robert sądził, że droid zamierza się teraz trzymać w bezpiecznej odległości, lecz on zamiast tego zanurkował ponownie ku oponentowi... i został trzepnięty innym z tych opancerzonych, lecz zwinnych segmentowanych odnóży, które wystrzeliło w górę, żeby go pacnąć niczym muchę.
Zamiast jednak polecieć, wirując, Reski przylgnął do niższej partii opancerzonej nogi, przytrzymując się cienkimi ekstensorami kablowymi. Wielki mech próbował go strząsnąć, ale droid trzymał się mocno i krok za krokiem wspiął się aż do segmentowanego stawu ramiennego. Robert zdążył zobaczyć, jak Reski ciasno owija swoje ekstensory kablowe wokół górnego końca nogi przeciwnika. Droid mocno szarpnął, raz, potem drugi, i noga odpadła.
Wielka maszyna szybko przesunęła jedną z pozostałych nóg do przodu, żeby zachować równowagę, ale Reski już przeskoczył do następnego stawu ramiennego. Chwilę później druga noga również odpadła i mech z hukiem zwalił się na arenę. Z pogardliwą łatwością unikając dwóch ocalałych odnóży, Reski przypadł do niego, żeby zakończyć sprawę. Tłum wypełniający Huśtadrom gapił się w osłupiałym milczeniu, jak ostatnia z ciężkich nóg z głośnym brzękiem ląduje na kadłubie wielkiego mecha.
- Ty kalkulatorze - powiedział Reski Emantes do swojego przeciwnika.
Stojący na swojej ambonie złoty owadopodobny sapient uniósł jedno kanciaste odnóże i wskazał jego kolczastym czubkiem na droida Konstruktu.
- W pojedynku Starcie Mocy... wygrał rywal! - Inhibitor natychmiast odczepił się od kadłuba Reskiego i spadł na arenę.
Wywołało to chór syków, klekotu, pohukiwania oraz nader nieżyczliwych (i nieprawdopodobnych) spostrzeżeń co do pochodzenia Reskiego Emantesa, jak również surrealistycznych sugestii, co należy mu zrobić za pomocą różnych zasilanych energią narzędzi.
- Dziękuję wam, dziękuję, moi najdrożsi fani - powiedział Reski, wznosząc się powoli w stronę najwyższego balkonu. - Wasze nieskładne, pełne nienawiści pomruki mówią więcej, niż dałoby się kiedykolwiek ująć w słowach.
W dole porządkowi odciągali części rozkawałkowanego mecha.
Robert i Rosa cofnęli się, gdy droid Konstruktu zbliżył się do siatki balkonu i przeleciał nad nią. Gdy odchodzili, tłum zgromadzony w lożach oraz przy stołach gapił się na nich spode łba, z nieskrywaną wrogością, więc Robert uznał, że nagrodzenie droida oklaskami mogłoby być nierozsądne.
- Nie wyglądasz najgorzej - powiedziała Rosa.
Z bliska Robert mógł dokładnie obejrzeć uszkodzenia, jakich doznał droid - kolekcję paskudnie wyglądających wgnieceń, zadrapań, dziur i pęknięć, jak również wgięcie w dwóch trzecich wysokości zwężającego się ku dołowi karapaksu. Brakowało też wszystkich czterech narożnych ćwieków.
- Wyglądasz okropnie - stwierdził.
- Pozory potrafią mylić, Robercie Horst - odrzekł droid. - Czynności naprawcze już zostały podjęte, a znacznie przyśpieszą, gdy tylko moje wewnętrzne układy wytwórcze wyprodukują nowe mikromolboty na miejsce tych, których użyłem, żeby się rozprawić z nogami tego kretyna.
Robert zagapił się na niego.
- To znaczy... że oszukiwałeś?
- Słyszałeś listę zakazanych taktyk - odrzekł Reski Emantes. - Nie wspomnieli ani słowem o mikromolekularnych narzędziobotach.
- Rozsądek chyba nakazywałby nam teraz wrócić na statek - powiedziała Rosa. - Nadal nie wiemy, dlaczego obraz wyzwanego rywala przełączył się z tamtego innego droida na ciebie.
- To może być po prostu kwestia czepiania się obcego i nic więcej - odparł droid. - Ale zanim pójdziemy, chcę kupić więcej urmiczych jajek...
Właśnie wtedy Robert poczuł stuknięcie w łokieć. Odwróciwszy się, ujrzał, że stoi za nim Gomedranin Ku-Baar.
- Kapitanie Ku-Baar, cóż to za miła niespodzianka spotkać pana tutaj. Czy widział pan ostatnie starcie?
- Oczywiście, poszukiwaczu Horście. - Gomedranin uprzejmie skinął głową droidowi Konstruktu. - Gratuluję panu zwycięstwa, poszukiwaczu Reski; to godne uwagi wydarzenie, które, jak podejrzewam, może być powiązane z przyczyną mojej obecności tutaj.
- Jakaż to przyczyna? - spytał Robert, czując dreszczyk antycypacji.
- Przed chwilą skontaktował się ze mną mistyk znany jako Oscylant Słonecznego Strumienia, bezpośrednio, przez połączenie głosowe. - Gomedranin zmierzył spojrzeniem ich pełne wyczekiwania twarze. - Zgodził się z wami spotkać.
Robert i Rosa wymienili uśmiechy.
- Gdzie i kiedy, kapitanie? - spytał Robert.
- Jutro, w porze, gdy zaczyna brzmieć Jasny Dzwon, na waszym statku. Powiedział, że wszyscy macie go oczekiwać na mostku, inaczej wasza misja dobiegnie końca.
Jako że po raz pierwszy napisałem środkową część trylogii (Shadowgod zasadniczo się nie liczy, bo Shadowmasque podejmuje całą historię trzysta lat później), odczuwam niejakie obawy. Mam jednak nadzieję, że książka robi to, co powinna robić, a jeśli tak jest, to przede wszystkim dzięki wyćwiczonej percepcji zespołu redaktorskiego z Orbitu, a zwłaszcza ich głównej sile napędowej, Belli, której taktowny upór oraz pouczający wgląd mobilizowały mnie do myślenia i ponownego przemyśliwania nad tym, jak powinny się rozkładać akcenty w tej historii. Podziękowania należą się również Dave'owi W., którego sokolooki, prowadzony z żelazną konsekwencją nadzór nieodmiennie każe mi przykładać wagę do Szczegółów (w których, jak mi powiadają, tkwi diabeł).
Radosnym machnięciem sombrero pozdrawiam Johna Parkera i Johna Berlyna, moich agentów w Zeno, Joshuę Bilmesa, pracowników agencji Thomas Schluck, mojego niemieckiego wydawcę Heyne i wydawcę francuskiego, Bragelonne. Donośnym Dia Duit - Gary'ego Gibsona na Tajwanie, Stewarta Robinsona w Musselburgh, Iana McDonalda w Belfaście, Erika Browna, Iana Salesa, Jacka Deightona, Neila Williamsona, Keitha Brooke'a, Debbie Miller, wszystkich GSFWCowców, członków Edinburgh Writers Group, Iana Whatesa, Pete'a Crowthera, Trevora Denyera i niestrudzonego Charliego Strossa. Pozdrowieni zostają również Cuddles i wszyscy szkoccy konwentowicze. Posyłam jeszcze salut w stronę Graeme'a Fleminga, mistrza progmetalu z Południowych Domen (a.k.a. Paisley), jak również uchylam kapelusza przed Ronnie'em i Katie, Spencerem i Adrianem, i absolutnie wszystkimi fanami metalu w Glasgow oraz gdzie indziej.
Niewyczerpane podziękowania należą się, oczywiście, Susan, która nadzwyczaj cierpliwie znosiła moje myślenie o niebieskich migdałach i roztargnienie w czasie, gdy ta książka dojrzewała i rodziła się strona po stronie.
Ścieżki dźwiękowej dla tej konkretnej literackiej podróży dostarczyli: Rammstein, Megadeth (ich nowa płyta wymiata, daję wam słowo), wspaniały Pallas, Gazpacho, Wobbler, Black Water Rising, genialny Red Flag, Gandhi's Gunn, Heaven & Hell, IQ, dawno już nieistniejący Mudshark, Sensational Alex Harvey Band, Porcupine Tree, Eternal Elysium, Younger Brother i Glass Hammer. Teraz muzyka staje się już tylko coraz lepsza i lepsza. Venceremos!
Ludzie - dwunożne ssaki; dwoje oczu, śladowe owłosienie, ograniczona czułość słuchu i wzroku; średni wzrost 1,7 m
Sendrukanie - dwunożne humanoidy; dwoje oczu, niemal nieowłosione ciało; średni wzrost 2,8 m
Bargalile - sześcionożni, owłosienie na 20% powierzchni ciała; średni wzrost 2 m
Henkayanie - dwunożni, cztery ręce, muskularny tors; średni wzrost 2,1 m
Kiskashińczycy - dwunożni, ptasio-gadzi, z ogonem; szorstka, grudkowata skóra; średni wzrost 1,8 m
Makhori - płazy o ośmiu odnóżach i licznych mackach, duże oczy; średnia długość ciała 1,5 m
Achorga - insektoidy; tworzą roje, prowadzą agresywną ekspansję terytorialną, tylko Królowe i wyspecjalizowane trutnie wykazują inteligencję; średni wzrost 1,2 m
Uvovo - nieduże, dwunożne humanoidy; owłosienie na 70% powierzchni ciała, dwoje oczu, doskonały słuch; średni wzrost 1,3 m
Gomedranie - dwunożni, postawa pionowa, pokryci futrem, o nieco psim/wilczym wyglądzie; średni wzrost 1,4 m
Vusarkowie - pseudoinsektoidy; dziesięcionożni, oczy złożone; średni wzrost - 1 m, gdy poruszają się na większości odnóży, lub 2,1 m, gdy stają na tylnych odnóżach
Vothowie - dwunożne ssaki; długie przedramiona, owłosienie na 75% powierzchni ciała, często używają implantów cyborgizujących, chętnie noszą odzież skrywającą całe ciało; średni wzrost 1,4 m
Piraseryjczycy - trójnożna rozumna rasa, która pierwotnie żyła w środowisku wodnym; mają zwężający się tułów z odrzuconą do tyłu głową okoloną małymi mackami; średni wzrost 1,6 m
Rougowie - smukłe dwunogi o chudych kończynach, przypuszczalnie bezwłosi, zazwyczaj ciasno owinięci od stóp do głów paskami grubej i sztywnej tkaniny; średni wzrost 1,9 m
Naszburowie - solidnie opancerzone gadopodobne dwunogi; chitynowa skorupa tworzy kaptur nad głową; agresywnie targujący się kupcy; średni wzrost 1,5 m
Hodralogowie - ptakopodobne rozumne istoty występujące pospolicie na niektórych poziomach hiperprzestrzeni; wątła budowa ciała; średni wzrost 0,8 m
Keklirowie - niskie, muskularne dwunogi występujące na większości górnych poziomów hiperprzestrzeni; mają szerokie, zwężające się ryje o dwóch otworach gębowych; średni wzrost 1 m
Pozu - przysadzista, brązowoskóra rasa pochodząca ze świata o dużej grawitacji; ponure usposobienie; wysoko wykwalifikowani w dziedzinie biotechnologii roślin; średni wzrost 0,7 m
Światlejsi - niegdysiejsi Sendrukanie, których osobiste SI zyskały pełną kontrolę nad ich ciałami w wyniku wymazania pierwotnej osobowości, zazwyczaj w następstwie wyroku sądowego, lecz niekiedy wskutek dobrowolnej decyzji o likwidacji własnego umysłu.
Instytut Darieński: Projekt Odzysku Danych Hyperion
Lokalizacja klastru - Główny substrat hardmem (Kopie zapasowe trzeciego rzędu)
Transza - 31
Status deszyfrowania - 24. cykl, odzyskano 3 pliki wideo
Plik 3 - Implant wariant 6 (niemy); test wartości bojowej [obiekt zidentyfikowany jako Andriej Wyszkow]
Zgodność - Niezmodyfikowane nagranie na żywo
Pierwotna data i godzina - 30 października 2127, 18:23:14
Wprowadzenie - dr Jelena Dobrunow
Posłowie - dr James Kelvin
>>>>>> <<<<<<
Narrator I: Wydarzenia, do których doszło po awaryjnym lądowaniu Hyperiona 150 lat temu, odcisnęły głębokie piętno na rozwoju naszej kolonii. Drastycznie niski poziom technologiczny, na jakim zmuszeni byli egzystować jej założyciele w kolejnych dekadach, oznaczał, że wspomnienia tej ponurej walki o przetrwanie istnieją jedynie w formie spisanych relacji oraz nielicznych rycin. Również tradycja ustna w formie opowieści przekazywanych sobie nawzajem przez członków Pierwszych Rodzin przyczyniła się do tego, że w pamięci kolejnych pokoleń zapisały się imiona kapitana Olssona, Keri McAllister oraz Andrieja Wyszkowa. Wszyscy znamy historię Mapy Wyszkowa.
Jednakże niedawno poczynione odkrycia w dziedzinie odszyfrowywania danych nareszcie pozwoliły badaczom z Instytutu wydobyć spójne zapisy z węzłów pamięci Hyperiona. Znalazły się wśród nich trzy pliki wideo nagrane przez SI statku i pokazujące coraz skuteczniejsze metody zmuszania więźniów do posłuszeństwa. Kolonistom wybudzonym z kriosnu wszczepiała ona urządzenia tak zaprojektowane, by wywoływać ból i w ten sposób przymuszać ofiary do atakowania załogi statku, która zamieszkała w obozowisku kilka mil dalej.
Pierwszy plik wideo, zatytułowany "Test tolerancji biojednostki", pokazuje jednego z wybudzonych kolonistów płci męskiej, przypiętego paskami do leżanki, który poddawany jest coraz silniejszym bodźcom bólowym, aż w końcu następuje śmierć. Drugi, "Test polowy, implant v. 3.0" pokazuje kolonistkę, otrzymującą polecenie, żeby opuścić Hyperiona i przydźwigać z powrotem nieprzytomnego członka załogi, który został ranny w czasie podjętej przez część załogi próby dostania się do wnętrza statku. Ból, a ściślej mówiąc, wspomnienie bólu, wystarczy, by zmusić kolonistkę do posłuszeństwa, nawet wówczas, gdy członek załogi odzyskuje przytomność i bezskutecznie próbuje uciec. Te dwa nagrania pokazują straszne, budzące grozę i smutek sceny tortur oraz łamania woli, w związku z czym zarząd Instytutu podjął decyzję o nadaniu im statusu "ograniczony dostęp".
Jednakże w trzecim pliku wideo występuje Andriej Wyszkow, którego tragiheroiczna historia jest dziś powszechnie znana, a nagranie pokazuje wydarzenia w takiej formie, w jakiej się rozegrały. Rada Instytutu jest zdania, że jego wartość historyczna ma większą wagę niż osobiste cierpienie Wyszkowa i, za zgodą rodziny tego ostatniego, udostępniła je publicznie osobom powyżej osiemnastego roku życia.
Liczymy, że z czasem uda nam się złamać zabezpieczenia rdzenia systemu operacyjnego maszyno-umysłu, gdzie pliki są obwarowane najbardziej skomplikowanymi szyframi, i dzięki temu odkryć, jakie imperatywy czy też dyrektywy zwróciły SI przeciwko ludziom, których miała ona chronić. Tymczasem studenci oraz inni widzowie powinni z uwagą oglądać poniższe nagranie i nigdy nie zapominać o tym, jakiego rodzaju niewola miała czekać nas wszystkich. - J. D.
Jest noc i wśród zarośli przemieszczają się ciemne kształty, ledwo widoczne w mroku. Słychać szum deszczu, bębnienie kropel o liście poszycia, świst wiatru wysoko w górze oraz czyjś oddech. Sądząc po tym, jak chwieje się obraz, kamera umieszczona jest na czyimś torsie - na klatce piersiowej lub ramieniu. Potem perspektywa raptownie przełącza się na widok z wysoka - patrzymy w dół, teraz drzewa i krzaki są dosyć wyraźnie widoczne w wyblakłej szarobłękitnej palecie: obraz został sztucznie rozjaśniony i wykontrastowany. Przez las przemieszcza się jaśniejąca ciepłem ludzka postać. Kamera przez chwilę śledzi tego kogoś, po czym robi odjazd i kieruje obiektyw w dal, ponad wierzchołkami drzew - tam, gdzie z bladego morza liści wystaje skaliste wzniesienie, ciemnoniebieski kształt obramowany widmowymi krzakami. Następuje zbliżenie na ślady cieplne dwóch wartowników na wzniesieniu - poruszające się niespokojnie, jaskrawo świecące sylwetki.
- Podejdź do punktu A i umocuj pierwszy ładunek - mówi SI. - Potwierdź.
Obraz przełącza się na twarz mężczyzny, widzianą z jego prawego ramienia. To Andriej Wyszkow; jego oczy skrywa noktowizor. Mężczyzna otwiera usta, jakby zamierzając potwierdzić, lecz nie wydaje głosu i tylko krzywi twarz w wyrazie frustracji. Obraz zmienia się; widzimy go teraz od lewej. Kiwa głową i znów rusza, wyszukując drogę między drzewami. Widziany przez kamerę padający deszcz przypomina cienkie czarne nitki. Kilka minut później Wyszkow dociera do strzeżonego przez wartowników wzniesienia i, pozostając pod osłoną lasu, kieruje się w lewo. Obiektyw szybującej kamery śledzi go, gdy mężczyzna wyszukuje niewidoczną z góry trasę umożliwiającą dojście do podnóża pionowego skalnego urwiska, gdzie mocuje urządzenie wielkości pięści. Potem wycofuje się pod osłonę drzew.
- Podejdź do punktu B i umocuj drugi ładunek.
Skinienie głową.
Drugi ładunek zostaje umieszczony po lewej stronie kamienistego garbu, pod rozległym nawisem. Trzeci ląduje bardzo blisko miejsca, gdzie słabo widoczna dróżka wiodąca w dół od posterunku warty schodzi serią naturalnie wyrzeźbionych stopni w skale. Ścieżyna wiedzie wzdłuż nieregularnego grzbietu na zarośnięte krzakami wzgórze, gdzie trzech uzbrojonych mężczyzn pilnuje wejścia do jaskini. Czwarty i ostatni ładunek musi zostać umieszczony na zboczu powyżej tego miejsca i jego podłożenie nastręcza najwięcej trudności, nawet pomimo deszczu, który zagłusza drobne odgłosy. Kiedy już urządzenie zostało częściowo zagrzebane w ziemi, Wyszkow zaczyna wracać po własnych śladach, skradając się po ciemku w dół.
- Dobrze się sprawiłeś - stwierdza SI. - Zostaniesz nagrodzony.
Wyszkow nie reaguje w żaden widoczny sposób, idąc pod osłoną ociekających wodą zarośli, schodząc cicho, by skryć się wśród gęstych drzew poniżej jaskini.
- Uaktywniłem zegary ładunków - mówi SI, gdy mężczyzna przykuca pod osłoną rozłożystego krzewu i spogląda w górę zbocza. - Za trzydzieści sekund zostanie zdetonowany ładunek numer jeden, a trzy sekundy później ładunek numer dwa. Po dalszych pięciu sekundach trzej wartownicy przemieszczą się do punktu obserwacyjnego, inni zaś wybiegną z jaskini. Wówczas eksplodują ładunki trzy i cztery, a jeśli wrogie elementy zostaną unieszkodliwione lub wyeliminowane, wtedy ruszysz naprzód, żeby zająć jaskinię...
Z niedużej odległości dobiega głuchy huk. Wyszkow spogląda w lewo, a obraz przeskakuje na widok z jego lewego ramienia. Mężczyzna uśmiecha się ponuro. Kiedy wstaje, wybucha drugi ładunek.
- Wróć do poprzedniej pozycji. Ujawnisz się wrogim elementom.
Wyszkow szarpnięciem ściąga gogle i patrzy w bok, na kamerę zamocowaną na ramieniu, mierzy ją przeszywającym spojrzeniem ciemnych oczu. Potrząsa głową i unosi lewą rękę, w której trzyma jeszcze jeden ładunek w kształcie półkuli. Szybki ruch ramieniem i ten ostatni kreśli łuk w powietrzu, by zniknąć w głębi mrocznej, mokrej puszczy.
- Zakłóciłeś przebieg misji. Zostaniesz ukarany. Wróć na statek...
Kolejna eksplozja, błysk w rejonie skalistego grzbietu, a równocześnie drugi w puszczy, który wyrzuca w powietrze płonące liście. Ale nic od strony wejścia do jaskini, z której wyłaniają się ludzie z pochodniami. Wyszkow widzi ich i zaczyna się wspinać na wzgórze. Przeszedłszy trzy kroki, zgina się wpół w paroksyzmie cierpienia, osuwa się na kolana, by ostatecznie lec na boku. Kamera na ramieniu ukazuje jego twarz, zniekształconą grymasem bólu; usta są otwarte jak do krzyku, lecz nie wydobywa się z nich żaden dźwięk, tylko świsty wciąganego powietrza i rozdygotane wydechy.
- Zastosuj się do instrukcji. Wróć na statek albo zostaniesz odcięty.
Krzywiąc się i walcząc z bólem, Wyszkow kręci głową, po czym zaczyna powoli pełznąć w górę trawiastego zbocza. Obraz przełącza się na kamerę zdalnie sterowanego drona, który teraz unosi się w powietrzu na skraju lasu, kierując obiektyw w dół, na rozciągniętą na ziemi świecącą sylwetkę. Na skraju kadru widać jaskrawobłękitne wykwity wysokiej temperatury spowodowanej eksplozjami, słychać też ludzkie głosy, w tym czyjeś rozpaczliwe wołanie o pomoc. Gdy unosząca się w powietrzu kamera robi zbliżenie na Wyszkowa, na ekranie pojawia się celownik i czerwony trójkąt nasuwa się na potylicę mężczyzny, po czym nieruchomieje. Sekundę później obraz gwałtownie przeskakuje w bok, jakby wskutek odrzutu. Gdy kamera wraca w to samo miejsce, Wyszkow leży bez ruchu.
Koniec pliku wideo.
Narrator II: Dzięki zapiskom Olssona oraz pozostałych wiemy, że wkrótce po awaryjnym lądowaniu Hyperiona SI dowodząca zaczęła wypełniać niektóre pokłady gazem usypiającym. Co więcej, w tygodniach poprzedzających lądowanie pewna liczba mniej istotnych systemów statku zaczęła wykazywać nieprawidłowości w działaniu lub uległa awarii. Później zaś, jak pokazuje plik wideo, SI wykorzystywała implanty umieszczane w układzie nerwowym, by kontrolować wybudzonych kolonistów, prowadząc walkę z tymi, którzy uciekli do lasu.
W moim odczuciu te zachowania nie wyglądają na mistrzowski, przemyślany w każdym szczególe plan szatańsko inteligentnej maszyny, pragnącej zniewolić wszystkich ludzi obecnych na pokładzie Hyperiona. Po co przedwcześnie zdradzać w poprzedzających tygodniach, że coś jest nie w porządku? Po co zagazowywać tylko niektóre partie statku, a nie całość - właściwie, dlaczego nie uśpić gazem całej załogi, nim statek wszedł na orbitę wokół Dariena? I po co wdrażać program wymuszonej cyborgizacji, jeśli logiczniej byłoby wykorzystać warsztaty Hyperiona, by stworzyć legiony droidów bojowych przystosowanych do walki z powietrza lub naziemnej? Co więcej, czemu zabezpieczenia na pokładzie statku były tak słabe, że Wyszkow zdołał zabrać na misję ładunek bez zapalnika? A przede wszystkim, jakim cudem Wyszkowowi udało się niepostrzeżenie wytatuować na własnej klatce piersiowej mapę słabych punktów statku?
Prawda jest taka, że te zachowania bardziej przypominają serię niepowiązanych reakcji oraz obszarów ślepoty, będących wytworem dysfunkcyjnego programowania, aniżeli złowrogi plan wdrożony przez nieznaną sprawczość. SI, które miały dowodzić Hyperionem oraz dwoma pozostałymi statkami, stanowiły owoc najnowszych badań tamtych czasów. W mrocznych dniach Wojny z Rojem brakowało zasobów i maksymalnie przyśpieszano procedury, częstokroć wybierając drogę na skróty. Jest bardzo prawdopodobne, że nie wychwycono w porę usterek w algorytmach opieki i ochrony, co dało w efekcie straszliwe skutki, które naznaczyły pierwsze dekady istnienia kolonii niedożywieniem, chorobami i rozpaczą.
Radykalnie wyhamowały także nasz rozwój naukowy. Pamięć zbiorowa dotycząca walki ze zbuntowaną SI statku oraz niewolnikami zmuszonymi przez nią do posłuszeństwa pozostaje tak silnie skażona antropomorfizmem i demonizacją, że badania nad SI są i pozostają zakazane. W związku z powyższym zalecam, aby wszyscy widzowie postrzegali niniejsze nagranie nie jako ilustrację celowej strategii demonicznej istoty, lecz jako uwidocznienie skutków wadliwego programowania i nic więcej. - J. K.
>>>>>> <<<<<<
Lohig, który niestrudzenie ciągnął ich wózek, był dziwnym insektoidalnym stworzeniem mającym jakieś dwa metry dziesięć długości, o karapaksie miedzianej barwy, ozdobionym błękitnymi rombami i gwiazdami. Z początku Greg i Kao Czi bali się, że stworzenie może ucierpieć wskutek ich niefachowej opieki, lecz instrukcje hodowcy lohig, jak go nie zagłodzić ani nie zrobić mu krzywdy, okazały się bezcenne. Co więcej, Kao Czi nabrał sympatii do stwora - karmił go pękami młodych liści i przemawiał do niego cicho po mandaryńsku, a nawet nadał mu imię, T'ien Kou, co znaczyło "Niebiański Pies". Greg czuł pokusę, by ochrzcić zwierza "Rover", ale się powstrzymał.
Od trzech dni podążali szlakiem do Belskirnir, obozu traperskiego leżącego w głębi puszczy Arawn, ogromnego, gęsto zalesionego obszaru rozciągającego się na północ i wschód od gór Kentigern, liczącego ponad tysiąc sześćset kilometrów kwadratowych. Przez ostatnie półtora dnia wędrowali przez zarośnięte bujną roślinnością polany i wilgotne dolinki pod niekończącym się baldachimem splecionych gałęzi, gdzie gnieździli się niezliczeni latający, skaczący oraz pełzający przedstawiciele darieńskiej fauny. Teraz jednak zapadał wieczór, a oni prowadzili lohig wzdłuż wąwozu usianego omszałymi głazami, zaczynając pomału się rozglądać za odpowiednim miejscem na spędzenie nocy.
- Chyba jesteśmy już niedaleko Belskirnir - powiedział Greg - ale nie dotrzemy tam przed zapadnięciem zmroku. - Wskazał wznoszące się kawałek dalej wielkie drzewo, którego pień okręcał się wokół wielkiego głazu, a niższe gałęzie tworzyły coś w rodzaju naturalnego schronienia. - To byłoby dobre miejsce na rozłożenie obozu. Co sądzisz?
Kao Czi spojrzał we wskazanym kierunku, mrużąc oczy.
- Niewątpliwie byłoby tam wygodnie, Gregory, ale jest jeszcze dużo światła; czy nie powinniśmy podążać dalej, aby mieć jutro dobry czas?
Greg wzruszył ramionami i właśnie miał odpowiedzieć, kiedy od strony gęstego lasu bez ostrzeżenia padły strzały. Zaterkotała broń automatyczna, z wózka poleciały drzazgi, z okolicznych krzaków posypały się listki i drobne gałązki. Greg w panice zanurkował w bok, pośpiesznie skrył się za olbrzymim, przechylonym głazem, na oślep szukając własnej broni, trzydziestki piątki, której Rory z wytrwałym uporem nauczył go używać. Odpowiedział ogniem, oddając kilka strzałów bez celowania, nim uświadomił sobie, że nie wie, gdzie jest Kao Czi - czy skrył się w zaroślach po drugiej stronie, czy też uciekł ścieżką. Greg właśnie miał go zawołać po imieniu głośnym szeptem, kiedy z lewej i prawej strony rozległy się okrzyki oraz odgłosy biegnących stóp.
Gdy łowcy zwolnili, a w wąwozie zapadła złowroga cisza, ogarnął go strach. Sekundy mijały bez jakiegokolwiek znaku od Kao Cziego. Gregowi udało się natomiast przez mgnienie dostrzec jednego ze ścigających, krzepkiego, brodatego typa wyglądającego jak człowiek lasu, o twardych jak kamień oczach w cieniu sfatygowanego myśliwskiego kapelusza. Przekonany, że ci, których nie widzi, muszą się znajdować jeszcze bliżej, uznał, że pora wziąć nogi za pas.
Za przechylonym głazem kępy splątanego poszycia skrywały grzbiecik prowadzący na większy grzbiet, za którym znajdowało się opadające prawie pionowo urwisko, zapamiętane przez Grega z wcześniejszej wędrówki wzdłuż szlaku. Na czworakach podpełzł do jego krawędzi i wyjrzał za nią, na strome, pokryte warstwą liści zbocze; gdzieniegdzie dostrzegał sterczące pojedyncze krzaki i kamienie. Niżej znajdował się szeroki, gęsto zalesiony jar prowadzący na południe, z powrotem w kierunku, z którego on i Kao Czi przybyli dwa dni wcześniej. Greg przycupnął na wystającym z ziemi głazie, niepewny, co powinien teraz zrobić, spoglądając na liściaste wierzchołki drzew. Te stawały się coraz ciemniejsze, w miarę jak słońce zbliżało się do horyzontu. Potem po jego prawej rozległ się okrzyk - jeden z bandytów stał na grzbiecie jakieś sto metrów dalej, nawołując pozostałych. Równocześnie podniósł broń i wycelował.
Strach wziął górę i Greg zanurkował do przodu, turlając się kawałek w dół zbocza, po czym zerwał się z powrotem na nogi i zaczął zbiegać długimi krokami. Gdy znalazł się już prawie w cieniu drzew, poślizgnął się na błotnistym odcinku. Jego stopy straciły oparcie, przed oczami mignęły mu rozsypane kamienie w dole i zamachał rozpaczliwie rękoma - szczęśliwie udało mu się chwycić gałązek sporego krzaka, dzięki czemu nie runął w dół. Plecy i bok miał przemoczone od rosy i usmarowane błotem, ale ponieważ ścigający już nadbiegali z góry, zignorował to i wbiegł między drzewa.
Przez następne dziesięć lub więcej godzin Greg na przemian lawirował i krył się, wspinał się i pełzał, skradał się i leżał plackiem. Był to dziwny, przerywany pościg, który trwał przez cały wieczór i noc. W darieńskich lasach nigdy nie zapadała zupełna ciemność - korzenie ulby, pospolity gatunek pasożytniczych bulw, emanowały łagodną żółtawozieloną poświatą, a pancerzyki chrząszczy ineka jarzyły się łagodnym błękitem. Jedne i drugie wypełniały polany Dariena przedziwną, widmową jasnością, której towarzyszyła pełna spokoju cisza, jakby cała puszcza wstrzymywała oddech. Dziś jednak widoczne tu i ówdzie plamy światła w połączeniu z adrenaliną sprawiały, że uciekającemu Gregowi atmosfera ta wydawała się niesamowita, z lekka złowroga.
Świt, gdy wreszcie nastał, był zimny i mglisty; pierwsze przebłyski dziennego światła powoli rozlewały się w poszyciu. Greg podźwignął się z wąskiej przełęczy, gdzie odpoczywał, i mrużąc oczy, wyjrzał zza zasłony pnącza zwanego czarnoliściem. Za jarem zatoczył łuk, podążając parowami i strumykami kryjącymi ślady stóp, aż dotarł z powrotem w pobliże szlaku, którym wcześniej podążali z Kao Czim. Z przełęczy mógł ogarnąć wzrokiem gęsto zalesiony teren opadający w stronę ścieżki. Po lewej ręce Grega było południe, a jakieś półtora kilometra dalej znajdowało się miejsce, gdzie wpadli w zasadzkę. Na północy drzewa nieco się przerzedzały, a poznaczona koleinami ścieżka wiła się między nimi, docierając do wzgórza, gdzie zakręcała, po czym znikała z pola widzenia. Gdzieś tam, wśród tych niskich zalesionych wzniesień, leżał Belskirnir, gdzie Greg miał się spotkać z łącznikiem wysłanym przez Aleksandra Waszutkina, ostatniego żyjącego członka rady ministrów Sundstroma, który wciąż jeszcze wytrwale działał w Trondzie...
Z każdą minutą przybywało dziennego światła, a od strony okapu lasu oraz z gałęzi bezpośrednio nad głową Grega dobiegły pojedyncze głosy mieszkańców puszczy: piski, gwizdy i ochrypłe skrzeczenie, jakby stworzenia z radością witały perłową jasność będącą znakiem, że już wkrótce jaskrawe światło słońca przegoni mgły. Mrużąc oczy, Greg wodził wzrokiem od drzewa do drzewa i badał odległe zakątki lasu, sprawdzał, czy nic nie porusza się w poszyciu. Minęło już parę godzin, odkąd ostatni raz widział jednego ze ścigających, chudego brodacza ze strzelbą, który wyłonił się z matecznika na północy i przez chwilę skradał się wzdłuż ścieżki, po czym skierował się na południe i zniknął.
Greg skinął głową, zdecydowawszy, że nadszedł czas, by ruszyć na poszukiwanie Kao Cziego.
Opuścił przełęcz i przycupnął na moment w pobliskiej kępie krzewów perłojagodowych, wytyczając w myślach trasę wzdłuż zalesionego zbocza. Potem popełzł naprzód, kierując się w stronę najbliższego drzewa. Już tylko cztery kroki dzieliły go od pnia, gdy nagle ktoś pochwycił go od tyłu i zepchnął na ziemię. Przerażony Greg gwałtownie zaczerpnął tchu i zaczął się szamotać, bezskutecznie usiłując zrzucić z pleców tego kogoś. Jedną ręką rozpaczliwie próbował sięgnąć po ukryty pod warstwami odzieży pistolet, tkwiący w wewnętrznej kieszeni. Wśród tych wysiłków niewiele brakowało, by nie dosłyszał, jak napastnik ochryple powtarza jego imię.
- Greg... Greg! To ja, Aleksiej!...
Gdy nagle usłyszał i rozpoznał ten głos, przestał się szarpać, a ciężar przygniatający mu plecy zelżał. Oddychając ciężko, Greg uniósł się na łokciach, a na trawę obok niego opadł uśmiechnięty od ucha do ucha Aleksiej Firmanow. Był chudym, ciemnowłosym Rosjaninem o wystających kościach policzkowych i wąskim podbródku, aktualnie ubranym w zieloną maskującą pelerynę narzuconą na strój myśliwski - ciemnoszare moro.
- Co ty tu... do cholery... robisz? - spytał Greg.
- Obstawili czujkami cały szlak do Belskirnir, przyjacielu - odparł Aleksiej. - Dorwaliby cię ot tak.
- Rozumiem - odparł Greg, zerkając do tyłu, na rozbrzmiewające głosami leśnych stworzeń zbocze. - Masz jakiś pomysł, kim oni są?
- Zbiry i nattjegerzy ze Wschodnich Miast, jak się zdaje. Tuż po tym, jak ty opuścił Taloway, z Wysokiego Lochiel przyleciał pocztowy szpilkodziób z wiadomością, że lokalny sługus Brolturan wynajmuje twardzieli na wyprawę w głąb dziczy. Później tego dnia jeden z wartowników Chela rozstawionych wysoko na skałach zobaczył mały sterowiec lecący od strony Kryształowego Potoku, dosyć daleko, w kierunku tych wzgórz. Mniej niż pół godziny później był już znowu w powietrzu i leciał z powrotem ku wybrzeżu. Rory i Chel założyli, że należy się spodziewać najgorszego...
- I oto jesteś.
- Nikołaj też tu jest - odparł Aleksiej. - Ruszył za tymi, którzy powlekli Kao Cziego w las. Nawiasem mówiąc, on bezpieczny.
Greg westchnął z ulgą.
- Dzięki Bogu.
- Lub komukolwiek, kto tam na górze siedzi za sterami, da? W każdym razie porywaczy było tylko dwóch, dla Nikołaja żaden problem. Ale my mamy mnóstwo problemów, które gdzieś tam siedzą i na nas czekają, więc musimy ruszyć trasą widokową.
- Jak widokową? - spytał Greg. - Masz na myśli, że powinniśmy się cofnąć, okrążając wzgórza?
- Myślę, że nam potrzeba pójść na wprost przez nie. - Aleksiej uśmiechnął się szeroko. - Trasa nie taka zła, a będzie szybciej.
Greg zmarszczył brwi. Wzgórza na południu były co prawda stosunkowo niskie, ale za to strome i urwiste. Wspinaczka na tamtym terenie będzie trudna i ryzykowna.
- W porządku, aye - powiedział. - Ale będziemy musieli uważać na nożycogony; wystarczy, że jeden z tych małych drani cię dziabnie, a nigdy już nie zagrasz na bałałajce.
Ostrożnie, chyłkiem przekradli się z powrotem przez las, pod górę, a potem sporo ponad godzinę zajęła im wspinaczka na skalisty szczyt wzgórza. Do tego czasu słońce zdążyło już wzejść i obaj byli spoceni, kiedy zatrzymali się, żeby odpocząć na nagrzanej skalnej półce wychodzącej na północ. Aleksiej wyciągnął małą poobijaną lunetę w drewnianej oprawie i zaczął przepatrywać las, który pozostawili za sobą. Po kilku chwilach wydał pełen satysfakcji pomruk i odwrócił się, żeby popatrzeć na północ. Greg siedział w cieple słońca, rozmyślając o swojej matce i braciach, ulokowanych teraz bezpiecznie w górskim obozie na południe od Wschodnich Miast. Jego matka z gniewem przyjęła odesłanie jej daleko od źródeł zagrożenia, choć wiedziała, że to racjonalne posunięcie. Jego bracia, Ian i Ned, również nie byli uszczęśliwieni tą decyzją, lecz z rezygnacją ją zaakceptowali - Ian zamierzał skrzyknąć kompanię byłych żołnierzy Ochotniczego Korpusu Dariena, Ned zaś wiedział, że będzie stale potrzebny jako lekarz.
Mimo to, chciałbym, żebyście wszyscy byli ze mną, pomyślał, wpatrując się w ciemną płaszczyznę gęstej puszczy Arawn. Ale wiemy, co się dzieje, kiedy wsadzi się wszystkie jajka do jednego koszyka...
Aleksiej podał mu lunetę i Greg ją uniósł, żeby przyjrzeć się okolicy. Puszcza była jednolitym oceanem soczystej zieleni, który rozciągał się przed nimi, sięgając w dal, zakrywając wszystkie obniżenia i wzniesienia terenu, aż po Barykady Utgardu - dwieście mil imponujących pionowych klifów, ledwo widocznych jako ciemnoszara linia na horyzoncie. Jeszcze dalej, za nimi, niknęły w liliowej mgiełce szczyty potężnego łańcucha górskiego.
Spoglądając na morze drzew, Greg nagle uświadomił sobie, że w cieniu ich liści dałoby się ukryć całe armie - bataliony, regimenty, legiony, hordy. Byłyby zupełnie niewidoczne z powietrza - ich ruchy stanowiłyby zagadkę, taktyka pozostawałaby tajna, a strategia niemożliwa do odcyfrowania.
Teraz potrzebujemy tylko armii, pomyślał.
Aleksiej wskazał znajdujący się bliżej charakterystyczny element rzeźby terenu - wzgórze o płaskim wierzchołku, wystające z lasu parę mil na północ, należące do większej grupy wzgórz.
- Tam widać Kapelusz Osipa; to pod nim leży Belskirnir. Nikołaj powiedział, że mamy się z nim spotkać nad wodospadem blisko wschodniego zbocza. - Popatrzył na Grega. - Gotów do drogi?
- Cóż, niewiele dzisiaj spałem i nic nie jadłem, ale mamy trochę mało opcji do wyboru, więc... aye, chodźmy.
Aleksiej zaśmiał się i po przyjacielsku szturchnął go pięścią w ramię.
- Poradzisz sobie; Rory mówi, że ty twardy, a ja mu wierzę.
- Muszę z nim zamienić słówko, jak już wrócimy - odparł Greg, złażąc śpiesznie w ślad za towarzyszem po przeciwległym zboczu urwistego wzgórza.
Kiedy zbliżyli się do granicy lasu, stadko fowików sfrunęło, żeby przyjrzeć im się z bliska. Lądowały ciężko na cienkich górnych gałęziach, po czym zwinnie zbiegały na czworakach po pniu. Fowiki przypominały ziemskie latające wiewiórki, ale ich przednie łapki były przystosowane do prawdziwego lotu, a nie tylko szybowania, łebki zaś, uszy i pyszczki miały wyraźnie koci wygląd. Aleksiej wygrzebał z sakwy u pasa trochę sucharów i wyciągnął w ich stronę rękę z kilkoma kawałeczkami. Jedno ze zwierzątek śmiało zlazło w dół po gałęzi, wlepiając maleńkie, paciorkowate oczka w zdobycz, chwyciło ją ząbkami, po czym śmignęło w górę, by skryć się wśród liści i cieni.
Greg wybuchnął śmiechem.
- Jeśli są w stanie pożywić się tym świństwem, to chyba ewoluują szybciej niż my!
Nie wszyscy mieszkańcy puszczy byli równie nieszkodliwi. Podczas męczącej dwugodzinnej wędrówki przez coraz bardziej podmokły las napotkali wiszące na drzewie gniazdo os pieprzowych, które ominęli szerokim łukiem; więcej niż raz musieli też pośpiesznie przechodzić obok żółtych wstrętnic splujek - wyłupiastookich jaszczurek, które potrafiły pluć jadem mogącym zabić człowieka. Kiedy wreszcie przeprawili się przez potok i wyszli na suchy, wznoszący się teren, Greg czuł się spięty, niespokojny i marzył o powrocie do wysoko położonych dolin Kentigernów.
- Lepiej, żeby ta gra okazała się warta świeczki - mruknął, przechodząc w ślad za Aleksiejem przez pień zwalonego drzewa. - Kiedy już dotrzemy na miejsce, oby człowiek Waszutkina miał ze sobą, nie wiem, fiolkę pyłu gadulstwa, przygotowanego specjalnie dla Kurosa, albo plany tego kompleksu, który budują w Porcie Gagarina, albo... nie wiem, coś.
Aleksiej wyglądał na zaintrygowanego.
- Nie wiesz, jaki jest cel tego spotkania?
- Nie mam pojęcia, Waszutkin powiedział tylko, że jest tak ważne, że muszę się koniecznie zjawić osobiście.
- Aha! Już wiem, pewnie planuje ci urządzić z zaskoczenia przyjęcie urodzinowe!
Greg uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Dobre, ale urodziny mam dopiero za cztery miesiące.
Dotarłszy na grzbiet wzniesienia, raptem usłyszeli szum, głośniejszy niż szelest lekkiego wiatru poruszającego liśćmi. Teren przed nimi wznosił się w formie wielkich skalistych stopni - omszałych schodów dla olbrzyma. W górze gęsty okap puszczy Arawn rozciągał się jednolitą płaszczyzną we wszystkie strony. Aleksiej ominął łukiem stromą skarpę, wskazując rozpruwający bluszcz, zwieszający się z jej wierzchołka. Przedarłszy się przez splątane krzaki, wyszli na kamienisty brzeg strumienia, kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym ten przelewał się przez krawędź urwiska i spadał wodospadem w stronę rozciągającej się niżej puszczy. Potem dwie postacie wyłoniły się z zarośli po drugiej stronie i kilka minut później Greg już ściskał rękę uśmiechniętego Kao Cziego, podczas gdy Nikołaj Firmanow relacjonował przebieg wydarzeń.
- Co za duraki z tych dwóch - powiedział. - Część tych gości potrafi się poruszać po lesie, ale to były na bank chłopaczki z wybrzeża. A Kao Czi? To ci dopiero cicha woda.
- Miałem... szczęście - odrzekł Kao Czi. - Jednego tak walnąłem głową, że stracił przytomność - pokazał na migi, jak - uwolniłem się, zabrałem jego strzelbę i walnąłem drugiego, potem pomyślałem, że ruszę ci na pomoc, więc zabrałem ich broń i noże, potem związałem tych kwai, a potem... zjawił się Nikołaj i poszliśmy szpiegować.
Nikołaj, starszy, lecz niższy z dwójki braci Firmanow, uśmiechnął się i poklepał Chińczyka po ramieniu.
- Ten tu nie boi się byle czego, może iść na wojnę. Nu, tak ja mu powiedział, że mój brat ruszył po ciebie i że mamy się później spotkać przy wodospadzie, ale po drodze tutaj my podeszli nocą do głównej bramy Belskirnir. - Pokręcił głową. - Niedobrze, Greg: pilnują jej na okrągło, całą dobę. Jedyny inny sposób, żeby się dostać do środka, to wejść przez któreś z prywatnych drzwi van Kriegera.
Ojciec Petera van Kriegera był jednym z założycieli Belskirnir, a jego syn zachował tam wysoką pozycję i stopniowo zwiększył zakres swojej władzy, spłacając potomków dwóch pozostałych założycieli. Rory powiedział wcześniej Gregowi, że van Krieger to obecnie podstarzały już jegomość w typie pirata i że, nie mając dzieci, powierzył zarządzanie obozem swoim podwładnym.
- Czy to może być problem? - spytał Greg.
Nikołaj z niejakim rozbawieniem wzruszył ramionami.
- Charakterni już wcześniej prowadzili z nim interesy; powinno być w porządku.
- Powinno? - powtórzył Greg.
- Będzie w porządku - zapewnił go Nikołaj. - Van Krieger nigdy nie zajmuje stron w konfliktach i pilnuje swoich ludzi.
Greg nadal miał wątpliwości, ale kiedy po dwugodzinnym przedzieraniu się przez puszczę dotarli na zarośnięty krzakami szczyt Kapelusza Osipa, obecni tam trzej strażnicy powitali ich w sposób potwierdzający słowa Nikołaja. Wszyscy byli odziani w podobne, dość przypadkowe zestawienia maskującej odzieży myśliwskiej, skóry oraz grubej jutowej tkaniny i uzbrojeni w dość stare ładowane odtylcowo strzelby z rozmaitymi modyfikacjami. Najstarszy z nich, łysy mężczyzna z tatuażami na skórze głowy, powitał Firmanowów z sardoniczną poufałością, a wysłuchawszy zwięzłych napomknień Nikołaja o kłopotach z bandytami w lesie, otwarł drzwi prowadzące w głąb wzgórza i dał przybyszom znak, żeby szli za nim.
Droga prowadziła przez labirynt korytarzy, krużganków i bocznych tuneli. Greg nigdy wcześniej nie był w Belskirnir i z początku starał się zapamiętać trasę, którą szli, ale szybko dał za wygraną, gdy stało się jasne, że ich przewodnik specjalnie tak wybiera zakręty, by stracili orientację. Niektóre odcinki zimnych korytarzy były oświetlone łojówkami, a wkrótce Greg usłyszał śpiewy. Kilka chwil później wyszli na wyciętą w skale półkę ponad rozległą kawerną, rozbrzmiewającą zgiełkiem głosów i dźwięków, bo rozstawione poniżej stołki i stoły były zajęte przez setki mężczyzn i kobiet - cała jaskinia zasadniczo funkcjonowała jako jedna wielka karczma. Następnym, co zauważył, był ciepły zaduch potu, dymu z odurzających ziół, skwaśniałego piwa oraz gorących potraw, który sprawił, że zaburczało mu w brzuchu. Potem spostrzegł rozmieszczone wzdłuż ścian stragany. Część z nich oferowała różne szykowane na poczekaniu grillowane, gotowane lub smażone obozowe dania.
- Muszę coś zjeść - oznajmił Aleksiejowi. - Bo zaraz zacznę z głodu obgryzać paznokcie u nóg!
Aleksiej kiwnął głową.
- Oczywiście, jasne. To gdzie mamy się spotkać z tym gościem?
- W jakimś miejscu o nazwie Szalupa.
- Ach tak, to tam.
Greg powędrował wzrokiem za wyciągniętą dłonią Rosjanina i ujrzał długą galeryjkę na przeciwległej ścianie, gdzie tłoczyła się rozbawiona ciżba, która śpiewała - jak się wydawało - kilka różnych piosenek jednocześnie. Nikołaj kiwnął głową i powtórzył to ich przewodnikowi. Ten życzył im powodzenia, po czym zostawił ich samych.
W ścianach kawerny widniały liczne nisze, z których część zawierała małe sklepiki lub miejsca do spania, z innych zaś wystawały dziwne chatynki o krzywych ścianach. Gdy zbliżyli się do Szalupy, tłum wewnątrz zaczął stosunkowo zgodnym chórem śpiewać nową piosenkę, a Greg z zaskoczeniem odkrył, że rozpoznaje melodię - to był Kowal Regin. Teo nucił dla niego ten utwór, kiedy pan i pani Cameron zabierali synka z wizytą do domku wuja w Nowym Kelso. Wspomnienie tych odwiedzin powróciło do Grega, gdy tak słuchał, jak jeden głos śpiewa każdą kolejną zwrotkę, a reszta obecnych na cały głos wyrykuje refren. Piosenka opowiadała historię o Reginie, kowalu i płatnerzu, który pomógł bohaterowi Zygfrydowi zabić smoka Fafnira, ale później planował zamordować Zygfryda; odkrywszy to, bohater rozprawił się z Reginem w sposób tyleż bezpośredni, co ostateczny.
Galeryjka była tak zatłoczona, że dało się tam znaleźć jedynie miejsca stojące. Bracia Firmanow podeszli do baru, a Greg i Kao Czi zatrzymali się z tyłu; ten drugi owinął twarz kraciastym szalikiem tak, że widać mu było tylko oczy, a daszek czapki naciągnął nisko na czoło. Greg tymczasem wodził spojrzeniem po otaczającej ich ciżbie, ukradkiem studiując twarze, próbując wypatrzyć kogoś, kto mógł być łącznikiem od Waszutkina. Kowal Regin prawie dobiegł już końca i dziesiątki Darieńczyków, tak mężczyzn, jak i kobiet, wywrzaskiwały refren - prym wiódł barczysty czarnowłosy mężczyzna w obcisłym skórzanym kaftanie z krótkimi rękawami, waląc do rytmu kuflem w stół. Aleksiej pojawił się ponownie, niosąc dwie miski apetycznie przyprawionego mięsa z warzywami, które Greg i Kao Czi przyjęli z wdzięcznością i zaczęli łapczywie pochłaniać ich zawartość.
- To jak wygląda ten wysłannik?
Greg wzruszył ramionami.
- Z wiadomości wynikało, że łącznik oraz jego ochroniarz będą tutaj dziś i jutro od wschodu słońca do północy. - Zamilkł, by przeżuć kolejny kęs. - A zatem... szukamy przynajmniej dwóch osób. Poza tym, zupełnie nic nie wiem na ich temat.
Nikołaj zmarszczył na moment brwi, po czym się uśmiechnął.
- Już wiem: po prostu czekamy i patrzymy, kto zostanie po tym, jak większość gości się rozejdzie, i wtedy idziemy się przywitać.
- Myślę, że sprawa jest prostsza - odrzekł Greg, wpatrując się w coś, co przykuło jego uwagę. Goście siedzący przy głównym stole już przestali śpiewać, a krzepki czarnowłosy mężczyzna rozmawiał z siwą kobietą w myśliwskim stroju. W czasie gdy rozmawiali, popatrzyła ona przez całą szerokość zatłoczonego pomieszczenia prosto na Grega, a wtedy jej barczysty towarzysz również się odwrócił, ukazując twarz Waszutkinowego łącznika.
Był to sam Waszutkin.
- Czy to... - zaczął Aleksiej.
- Aye.
- Ha. Ja ledwo go poznał bez wąsów.
Potem obok Waszutkina i jego towarzyszki pojawił się Nikołaj. Zamienił z nimi kilka słów, a potem popatrzył w górę na Grega oraz Aleksieja i uczynił gest w stronę wyjścia. Skinęli głowami i skierowali się ku drzwiom, przy czym Greg pośpiesznie przełknął resztę posiłku, a chwilę później wyszedł również Waszutkin, posłał im pełen napięcia uśmiech i bez słowa dał znak, żeby podążyli za nim. Kilka minut później już schodzili krętymi, byle jak wyciosanymi w skale schodkami do długiego, niskiego pomieszczenia magazynowego, gdzie pod ścianami stały rzędy beczek oraz skrzynek i paliło się kilka oliwnych lamp. Wysoki mężczyzna z kucykiem, ubrany w długi płaszcz, wstał od zbitego byle jak stołu na krzyżakach i wymamrotał coś Waszutkinowi do ucha, po czym uścisnął rękę Rosjanina i skierował się do wyjścia.
- To był Trask - powiedział cicho Aleksiej. - Zastępca Van Kriegera, kawał drania. Proszę, jaki pomocny. Ciekawe, ile mu płacą.
Były minister podszedł do stołu i usiadł, a kobieta w myśliwskim stroju stanęła za nim, mierząc resztę obecnych kamiennym wzrokiem. Szczupły zakapturzony mężczyzna wysunął się zza sterty skrzynek i usiadł na krześle dalej z tyłu; jego twarz niknęła w cieniu. Greg zmarszczył brwi i miał właśnie zapytać Aleksieja o tego przybysza, kiedy Waszutkin przerwał milczenie.
- Panie Cameron - powiedział, wstając i wyciągając dłoń. - To dla mnie zaszczyt móc się nareszcie z panem spotkać, chociaż wolałbym, żeby to spotkanie odbywało się gdzieś, gdzie jest więcej miejsca.
- Ja również jestem zaszczycony, panie Waszutkin - odparł Greg, ściskając rękę Rosjanina i siadając naprzeciw niego. - Jestem wielkim fanem pańskich przemówień radiowych. Są nadzwyczaj, hm, energiczne.
Waszutkin uśmiechnął się pod nosem.
- Wygłosiłem na antenie tylko kilka, nim Rada Trondu zażądała, żebym przestał, bo obrażają uczucia czyjejś żony. Cieszę się, że się panu podobały.
- Nie mnie jednemu; wiem z godnych zaufania źródeł, że w miastach grupy zbuntowanej młodzieży spotykają się potajemnie i oprócz tego, że piją i palą, recytują też transkrypty pańskich przemówień. Podobno szczególnie lubiane są fragmenty, gdzie porównuje pan prezydenta Kirklanda do rozmaitych gatunków błotnych robaków.
Po śmierci prezydenta Sundstroma oraz jego ministrów Zgromadzenie Darieńskie wybrało Kirklanda, lidera partii Konsolidacjonistów, na prezydenta rządu jedności narodowej. Jednakże od czasu objęcia urzędu Kirkland w coraz większym stopniu podporządkowywał się Brolturanom, którzy narzucili kolonii własne środki bezpieczeństwa.
- Świetnie, świetnie! To pokazuje, jak dalece lud pogardza tym gadem, i jestem pewien, że Kirkland doskonale o tym wie. - Waszutkin pokręcił głową. - Zanim to wszystko się zaczęło, nie był taki zły, ale to jeden z tych ludzi, których dusza nie jest w stanie się oprzeć korupcji, więc został przez nią przeżarty. - Zerknął przez ramię do tyłu. - Czy jesteśmy bezpieczni?
Kobieta nachyliła się i przemówiła z norweskim akcentem.
- On mówi, że w suficie znajdowała się pojedyncza pluskwa, ale już została unieszkodliwiona.
Zdawało się, że rosyjski polityk nieco się odprężył po tych słowach. Potem spojrzał na Grega i uśmiechnął się, widząc jego nieskrywaną ciekawość.
- Moi towarzysze są nieco... niezwykli, da? Do tej tajemnicy przejdziemy później; teraz porozmawiajmy o ruchu oporu.
Greg rozpiął swe grube okrycie, czując, że raptownie robi mu się ciepło.
- No cóż, jak na razie skupiamy nasze wysiłki na zbieraniu informacji - powiedział. - Zabezpieczamy też kanały przerzutu oraz zaufane domy i staramy się zachowywać zasady konspiracji. Jak dotąd pomagaliśmy ludziom wydostawać się z większości miasteczek w głębi lądu oraz z niektórych dzielnic na obrzeżach Hammergardu, ale liczymy, że uda się nam rozszerzyć tę działalność, może nawet uderzyć na jedno z ich więzień.
- Rozumiem, czemu pragniecie to robić, przyjacielu, szczerze rozumiem. Ale ponura prawda jest taka, że będziecie musieli ograniczyć tę działalność, zamiast ją intensyfikować.
Skonsternowany Greg odchylił się na krześle.
- A to dlaczego?
- Z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli ludzie będą uciekać w góry i do lasu, zmaleje liczba dysydentów utrudniających życie okupantowi. Po drugie, część tych uciekinierów zabiera ze sobą rodziny i krewnych, co też odpowiada Brolturanom, bo zajmowanie się cywilami wyczerpuje wasze zasoby, osłabia waszą wartość bojową i zmniejsza waszą elastyczność.
- Nie możemy odmawiać pomocy ludziom, którzy byli szykanowani przez Brolturan - odparł spokojnie Greg. - Jeśli ktoś padł ofiarą represji, zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby mu pomóc zbiec w bezpieczne miejsce. To się nie zmieni.
- Oczywiście, rozumiem pańskie postępowanie, panie Cameron, i postępowałbym tak samo, tyle że ja pojmuję realia konfliktu, brutalne realia, podczas gdy pańskie metody po prostu ułatwiają tym śmierdzącym innoświatowcom okupację. Konieczne będą zmiany, jeśli mamy współpracować.
Greg wbił w niego spojrzenie, czując, że wcześniejsza konsternacja przemienia się w irytację i niechęć. W myślach niemal słyszał swoją potencjalną odpowiedź: "Aye, panie Waszutkin, teraz, gdy pan o tym mówi, dostrzegam te realia, więc co pan powie na następujący plan: zamiast pomagać ludziom w ucieczce, rozdamy im karabiny i środki wybuchowe, wie pan, dzieciakom i babciom też, razem z listami celów, z którymi mają się rozprawić. A dla tych, którzy popadli w głęboką rozpacz, zawsze istnieje opcja samobójczych zamachów bombowych - idealny sposób, żeby podkopać morale okupanta. Co pan na to?".
Jednakże sarkazm, który zakiełkował w jego umyśle, tam też pozostał. Sytuacja była zbyt poważna, by porzucać pozory grzeczności, choćby i wymuszonej. Wziął głęboki wdech i nachylił się, splatając dłonie na blacie stołu.
- Czy mógłby mi pan wyjaśnić, co pan rozumie przez "współpracę"?
Waszutkin rozłożył ręce.
- Niestety, nadużyłem gościnności mieszkańców Trondu; ludzie z miasta, okoliczni plantatorzy oraz hodowcy bydła coraz ostrzej naciskają na radę ze względu na embargo narzucone przez marionetkowy rząd Kirklanda. W ciągu najbliższych kilku dni rada złamie się i zgodzi spełnić żądania Hammergardu, po czym rozkaże mnie i moim zwolennikom wynosić się w cholerę z ich miasta, ale chcę uprzedzić ich ruch i wynieść się wcześniej. Na szczęście, wy już macie główną bazę operacyjną, to całe Tayowal, więc możemy połączyć nasze siły, zjednoczyć umiejętności i zacząć wreszcie coś planować na serio, a?
Uśmiech Waszutkina był szeroki, entuzjastyczny i Greg miał ochotę zaśmiać mu się w twarz, ale tylko lekko uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Panie Waszutkin...
- Proszę, mów mi Aleksandr.
- Aleksandrze, musi pan zrozumieć, że Tayowal nie jest osadą Ludzi, tylko miejscem, gdzie Uvovo odprawiają swoje ceremonie. Zaoferowali je nam w charakterze schronienia, a my pomagaliśmy i pomagamy Uvovo uciekać przed brolturańskimi łapankami, wysyłając ich do kryjówek na południu oraz sprowadzając ich do Tayowal. Tak naprawdę nie jestem formalnym przywódcą społeczności Ludzi i nie ośmieliłbym się zacząć wydawać rozkazów... - Mimo że to ja organizuję żywność dla kucharzy, pomyślał, ustalam kolejność wart, rozsądzam spory, aye, właściwie nic nie robię! - Gdyby tu był mój wuj, Teo Karlsson, na pewno oddalibyśmy dowodzenie jemu, ale wygląda na to, że Charakterni wybrali mnie na jego zastępcę, czy też może na swoją maskotkę, jeszcze tego do końca nie rozgryzłem.
Stojący z boku Nikołaj Firmanow opierał się z uśmiechem o ścianę, z rękami w kieszeniach, nic nie mówiąc.
- Zdaje się, że odbiera pan to jako problem, ale gdybym zaoferował jednoznaczne, silne przywództwo, może to nie byłoby postrzegane jako problem w tych czasach, co? - Waszutkin zmarszczył brwi. - Nieformalne układy są przeszkodą w czynieniu planów, ale możemy sobie z tym poradzić, urządzając dużą naradę przy stole, kiedy już wszyscy zbierzemy się razem.
- Przykro mi, Aleksandrze, ale bez zaproszenia wystosowanego przez Słuchaczy Uvovo nie powinieneś przybywać do Tayowal. Zapytam ich, czy ty i twoi ludzie możecie do nas dołączyć, ale jest mało prawdopodobne, by się zgodzili. A gdybyście mimo wszystko przybyli i rozłożyli obóz, oni po prostu zwiną manatki i znikną w puszczy, zostawiając nas z ręką w nocniku, bo otrzymujemy od nich osiemdziesiąt procent naszego prowiantu, a także pomoc w różnych innych formach. - Greg postanowił pominąć fakt, że Słuchacze przyznali mu honorowy tytuł Uczonego i traktują go jak rzecznika Ludzi.
Waszutkin z namysłem zmierzył go wzrokiem.
- Widzę, że w dużym stopniu polegacie teraz na nich.
- To ich świat - odparł Greg. - Którym postanowili się podzielić z nami.
- Rozumiem. Przepraszam, jeśli sprawiałem wcześniej wrażenie... niecierpliwego.
- Nie szkodzi, Aleksandrze. Słuchaj, starożytni Uvovo skonstruowali na tym terenie całkiem sporą liczbę siedlisk, kryjówek wydrążonych w ziemi lub w zboczach wzgórz i gór. Jedno mieści się w jaskiniach Barykad Utgardu na północ od puszczy, niedaleko Belskirnir, i ma stosunkowo dużą powierzchnię. Jestem pewien, że Słuchacze nie mieliby nic przeciwko temu, byś je zajął razem ze swoimi ludźmi.
Waszutkin sprawiał wrażenie udobruchanego.
- Dziękuję ci, Gregory, za twoje rady i za szczerość; spróbuję zdobyć więcej informacji na temat tych jaskiń. Niemniej, nadal muszę cię prosić o przemyślenie waszych strategii. Sytuacja już wkrótce zmieni się na gorsze i musimy być na to przygotowani.
- Przygotowani na co? - spytał Greg. - Czy Brolturanie zamierzają tu ściągnąć więcej wojska? Czy też sprowadzi je Hegemonia?
- W pewnym sensie tak, panie Cameron - odparł ktoś inny.
Greg uniósł wzrok. To przemówił zakapturzony mężczyzna. Waszutkin zaśmiał się i, nie odwracając głowy, skinął zapraszająco.
- Gregory, chciałbym ci przedstawić mojego bardzo dobrego przyjaciela. To jest Baltazar Silveira, który przybył tutaj aż z Ziemi, żeby się z nami dzisiaj rozmówić.
Na poły zaskoczony, na poły zaintrygowany, Greg wstał i wyciągnął rękę, żeby uścisnąć dłoń nieznajomego. Silveira był szczupłej budowy, miał wąską twarz, ostrzyżone na jeża czarne włosy i ciemne, nieco smętne oczy. Jego uśmiech był nieznaczny, ale uścisk dłoni mocny. Greg zadał sobie pytanie, czy mężczyzna jest z okrętu Ziemiosfery, Heraklesa.
- Panie Cameron, bardzo się cieszę, mogąc poznać pana oraz pańskich towarzyszy - powiedział Silveira po noranglicku z akcentem, którego Greg nie potrafił umiejscowić. - Przede wszystkim proszę mieć świadomość, że moja obecność na waszym świecie musi pozostać tajemnicą z tego prostego powodu, że jestem tajnym agentem wywiadu Ziemiosfery. Gdyby armia brolturańska lub Hegemonia zorientowały się, że przebywam na Darienie, byłoby to nadzwyczaj niezręczne dla moich szefów, którzy zmusiliby mnie do opuszczenia planety. A gdyby dowiedziały się o mnie inne siły, na przykład Wspólnota Imisil, w efekcie wynikłyby komplikacje, które również nie przyniosłyby niczego dobrego.
- Ma pan nasze słowo, panie Silveira - odrzekł Greg, którego spokojny ton maskował narastające podniecenie. - Poza naszą czwórką nie będzie żadnych rozmów na temat pańskiej osoby oraz pańskich zamiarów. - Popatrzył na Firmanowów i Kao Cziego, którego twarz nadal skrywały czapka i szalik, a ci potaknęli. - Zatem powiada pan, że Brolturanie zamierzają sprowadzić posiłki. No cóż, po miesiącu skarg i awantur ze strony Rosjan, Skandynawów i Szkotów ani trochę mnie to nie dziwi. Kogo konkretnie zamierzają tu ściągnąć? Regiment artystów teatralnych i cyrkowych? Batalion mistrzów kuchni, żeby napichcili brolturańskich specjałów i w ten sposób ułagodzili nasze marudne charaktery? Czy po prostu więcej wojska?
Rozbawienie Waszutkina było ewidentne, choć tłumione. Silveira uśmiechnął się lodowato.
- Cywilizacja brolturańska stanowi co prawda odrębny odłam w stosunku do Hegemonii Sendrukańskiej - powiedział - ale pod względem militarnym powinna być uważana za prawą rękę Hegemonii. Daje im to dostęp do potężnej gamy najnowocześniejszego sprzętu wojskowego, lecz istnieje kilka rodzajów broni, którą ich patroni zachowują do swojego wyłącznego użytku, jak na przykład Namul-Ashaph. Po sendrukańsku znaczy to, w dosłownym tłumaczeniu, "umysł, który wytwarza"; my opisalibyśmy to urządzenie jako autofabrykę zawiadywaną przez SI, mobilną jednostkę wykorzystującą nanoboty, zdolną wyprodukować od czterech do ośmiu mechów bojowych dziennie, w zależności od ich konfiguracji. My w wywiadzie nazywamy ją w skrócie "tektor"...
- Krótka nazwa, duży kłopot - powiedział Waszutkin do Grega. - Dlatego właśnie musimy być przygotowani.
- Istotnie - rzekł Silveira. - Częścią mojego zadania jest poinformowanie was, czego powinniście się spodziewać i jak się bronić przed taktykami mechów Hegemonii, budując fortyfikacje i pułapki.
Greg słuchał go z narastającym niepokojem i strachem. Tayowal składało się głównie z komór wydrążonych w zboczach nieckowatego zagłębienia na wyżynie na północ od Kentigernów; w razie ataku byłoby trudne do obrony, nie oferowałoby też osłony w przypadku bombardowania. Potem przypomniał sobie, że jego przyjaciel Chel, Widzący Uvovo, przebywa teraz w górach wraz z vothijskim pilotem Yashem oraz droidem Konstruktu, Gorolem Dziewięć, i sprawdzają różne ruiny pozostałe po starożytnych budowlach Uvovo pod kątem ich obronności. Wspomniał o tym Silveirze, który skinął głową.
- Elementy naturalnej rzeźby terenu to najlepsze twierdze - powiedział. - Z poprawką na to, że kompleksy tuneli mogą zadziałać na niekorzyść obrońców.
- Kiedy zatem powinniśmy się spodziewać przybycia tej fabryki śmierci?
- Ma zostać przywieziona na pokładzie frachtowca Hegemonii w ciągu najbliższych paru dni - odrzekł Silveira. - Niestety, nie dysponuję dokładniejszymi informacjami.
Greg uśmiechnął się cierpko.
- Musi mi pan wybaczyć, jeśli to, co powiem, zabrzmi ciutkę kwaśno i marudnie, ale wobec faktu, że lada dzień będziemy musieli się zmierzyć z tą sztuczną inteligencją, która ma nas zniszczyć, czy nie rozsądniej byłoby, gdyby pana szefowie przysłali tutaj, oprócz pańskiej szanownej osoby, także skrzyneczkę czy dwie najnowocześniejszej broni, żeby choć trochę wyrównać szanse?
- Większość typów broni strzelającej strumieniami cząstek pozostawia unikatowe ślady energetyczne - odparł Silveira. - Gdyby Brolturanie wykryli na Darienie obecność takiego sprzętu, natychmiast zorientowaliby się, że Ziemiosfera wspiera bunt miejscowych przeciwko ich władzy, a kiedy dowiedziałaby się o tym Hegemonia, konsekwencje byłyby opłakane. Organizowana jest broń przeciwpancerna wyprodukowana poza Ziemiosferą, ale zanim zdołamy ją tu przerzucić, konflikt będzie już trwał.
- Musimy więc poradzić sobie, dysponując kilkoma strzelbami myśliwskimi na krzyż i bronią krótką. To chce pan powiedzieć?
- Tak naprawdę wasza sytuacja mogłaby być gorsza - odrzekł Silveira. - Tektor, któremu będziecie musieli stawić czoło, to jednostka klasy B; tektory klasy A są dwukrotnie większe i mogą produkować co najmniej dwanaście mechów dziennie. Jest taki świat, który kiedyś nazywał się Karagal, daleko na skraju szlaków Hegemonii wiodących ku obrzeżom galaktyki. Po trwających całe stulecie protestach przeciwko obciążeniom wynikającym z bycia kolonią, jego mieszkańcy podjęli solidarną rebelię, sądząc, że to udowodni, iż zasługują na autonomię. Hegemonia w odpowiedzi wysłała tam czterdzieści tektorów klasy A i po miesiącu na planecie nie ostał się nikt żywy, populacja licząca półtora miliarda została starta z powierzchni ziemi. Bo tektory klasy A są w stanie budować nie tylko całą gamę mechów, ale także tektory klasy B.
Greg wymienił spojrzenia z Waszutkinem, który sardonicznie uniósł brew.
- To - powiedział Greg - nie brzmi zbyt pocieszająco.
- Ale wam tutaj, na Darienie, nie grozi nic podobnego - ciągnął agent. - Brolturanie dokładają starań, żeby konsekwentnie budować obraz siebie jako życzliwych nadzorców, którzy pilnują bezpieczeństwa w kolonii Ludzi, podczas gdy jej mieszkańcy spokojnie sobie żyją, wdzięczni za ochronę. Tego rodzaju propaganda płynie strumieniem przez podprzestrzenne kanały informacyjne niemalże od dnia, gdy Sundstrom zginął w zamachu, a odkrycie prawdy na temat brolturańskiej okupacji stanowi drugą połowę mojego zadania.
- Zbieranie informacji - powiedział Greg, myśląc o Kao Czim.
- Zgadza się. Jest kilka pytań, na które nie znamy odpowiedzi, i polecono mi naświetlić te sprawy; pan Waszutkin był tak uprzejmy, że udzielił mi pewnych informacji na temat kapitana Barboura, tego pilota, który zestrzelił dwa brolturańskie myśliwce, lecąc promem Ziemiosfery.
- Wie pan o tym? - spytał Greg.
Silveira skinął głową.
- Oczywiście. Barbour stał się na Ziemi nieformalnym bohaterem podziemia, a powszechnie wysławianą postacią w koloniach Vox Humana. Znał go pan?
- Nie, ale mój wuj znajdował się razem z nim na pokładzie tego promu.
Waszutkin nachylił się, nagle ożywiony.
- Czarny Teo, tak? Major Karlsson, prawa ręka Wiktora Ingrama! - Zagwizdał cicho. - On też zginął?
- Nie jesteśmy pewni - odparł Greg, próbując zignorować uczucie pustki w klatce piersiowej. - Stacja Pilipoint doniosła, że zanim prom podjął walkę z brolturańskimi myśliwcami, wystrzelono z niego kapsułę ratunkową. Może wuj Teo był na jej pokładzie, nie wiem.
- A co z księżycem Nieviestą? - spytał Silveira. - Jak sądzicie, co się dzieje tam w górze?
Tam w górze. Na przestrzeni ostatnich kilku tygodni Gregowi w dużym stopniu udawało się unikać ponurych rozmyślań na temat tego, jaki los spotkał najbliższe mu osoby. Od Catriony i wuja Teo nie było żadnych wieści, to wszystko, i nie zamierzał pozwalać, by w jego myślach na serio zakorzeniły się przypuszczenia, że postradali życie.
- Brolturanie zlikwidowali wszelkie możliwości skomunikowania się z Nieviestą, więc nie mieliśmy jak nawiązać bezpośredniego kontaktu z przebywającymi tam ludźmi - odrzekł. - Po kolonii krąży mnóstwo pogłosek, Aleksandr zapewne powtórzył panu część z nich, ale bez niezależnego źródła pozostają wyłącznie pogłoskami.
Silveira skinął głową.
- A co z ambasadorem Ziemiosfery, Robertem Horstem? Nasze hieny dziennikarstwa politycznego bez ustanku generują fale spekulacji, odkąd rzekomo zniknął tego samego dnia, w którym wysłannik Hegemonii oskarżył go o zorganizowanie zamachu na Reskothyra, pierwszego brolturańskiego ambasadora. Pan Waszutkin mówi, że nie byłby zaskoczony, gdyby się okazało, że Horst rzeczywiście stał za tym mordem - a co pan o tym sądzi?
Greg przeczesał palcami włosy i pomasował bolący kark. Pytanie brzmi raczej, co powinienem powiedzieć, pomyślał. Och, trudno, lepiej zaserwować pół prawdy niż same kłamstwa!
- Horst nie miał z tym zamachem nic wspólnego - odparł. - Widziałem nagranie z kamery, stanowiące dowód, że za zamordowanie ambasadora odpowiadają komandosi Ezgara, a oni przyjmują rozkazy tylko od wysłannika Hegemonii, Utavessa Kurosa. Natomiast gdy chodzi o to, gdzie Horst teraz przebywa, no cóż, to jest zagadka. - Westchnął. - To, co za chwilę panom opowiem, zabrzmi niewiarygodnie, ale proszę mnie cierpliwie wysłuchać. Mój wuj, Teo Karlsson, wiedział, że brolturańscy żołnierze nadlatują, żeby aresztować ambasadora Horsta, który przebywał wtedy przy Wodogrzmotach Gangradur. Zabrał ambasadora zeplinem na Ramię Olbrzyma, gdzie w tamtym czasie pracowałem...
Greg zrelacjonował, jak schronili się w podziemnej komorze pod wzniesieniem, podczas gdy brolturańskie wojsko przeczesywało teren. Ani słowem nie wspomniał o krzywstudni ani o jej prawdziwej funkcji. Zamiast tego powiedział, że ich obecność uruchomiła starożytny zautomatyzowany transporter materii, który przypadkowo porwał ambasadora... dokądś, nie wiadomo gdzie.
Silveira zmarszczył czoło, a Waszutkin, który początkowo się uśmiechał, teraz odchylił się na krześle, uważnie obserwując Grega.
- Nie przypominam sobie doniesień o takich odkryciach na Ramieniu Olbrzyma - powiedział.
- Odkryliśmy tę komorę dosłownie tuż przed nadejściem kryzysu - odrzekł Greg. - Zdaję sobie sprawę, że macie tylko moje słowo, że to wszystko prawda... no, moje oraz moich towarzyszy. - Wskazał braci Firmanow.
Waszutkin wyprostował się na krześle i wbił spojrzenie w Nikołaja.
- Czy to prawda? To właśnie widzieliście?
Nikołaj zachował spokój.
- Tak, proszę pana. Wszystko odbyło się tak, jak to opisał pan Cameron.
- Dokładnie tak, jak to opisał - dodał Aleksiej.
Greg się uśmiechnął.
- Co więcej, przypuszczalnie właśnie to starożytne urządzenie jest przyczyną, dla której Hegemonia interesuje się Darienem. Jak sądzicie, czemu wykopali potężny tunel sięgający do wnętrza Ramienia Olbrzyma?
Teraz Silveira miał niepewną minę, jakby nie był do końca przekonany.
- Do tej pory nikomu nie udało się sprawić, by technologia transportu materii funkcjonowała w sposób przewidywalny, ale twierdzi pan, że to urządzenie istnieje i działa.
- Nie wiadomo, czy ambasador Horst przeżył ten proces - dodał Greg.
Silveira zmarszczył brwi, kierując wzrok na jakiś punkt poza ramieniem Grega.
- A pana trzeci towarzysz, ten, który nie powiedział dotąd ani słowa?
Greg się uśmiechnął; to było pytanie, na które czekał.
- Ma mnóstwo do powiedzenia, panie Silveira, ale czy może pan mi wpierw udzielić pewnej informacji? Czy pańscy zwierzchnicy byliby gotowi nam zaoferować bezpośrednie wsparcie, w zależności od tego, co będzie zawierał pański raport?
- Istnieje taka możliwość - odrzekł ostrożnie Silveira.
- Na przykład, gdyby odkrył pan coś piorunująco ważnego?
- Na pewno musiałoby to być coś o naprawdę ogromnym znaczeniu.
Greg odwrócił głowę i gestem przywołał Kao Cziego.
- Pokaż się, przyjacielu, i powiedz tym panom, kim jesteś.
Ujrzał zaskoczenie na twarzach pozostałych, gdy Kao Czi ściągnął czapkę i szalik, po czym grzecznie ukłonił się najpierw Waszutkinowi, a potem Silveirze.
- Dzień dobry panom. Nazywam się Kao Czi, syn Kao Hsiena. Przybyłem na ten piękny świat z układu gwiezdnego położonego w sąsiedztwie najdalszych granic Hegemonii, aczkolwiek moja rodzina żyła wcześniej na planecie zwanej Pyre. Mój praprapradziadek urodził się tam, lecz jego rodzice pochodzili z Chin, z Ziemi, i przybyli na Pyre statkiem o nazwie Tenebrosa...
Gdy Kao Czi zaczął relacjonować tragiczną historię Pyre, Waszutkin był w widoczny sposób poruszony, Silveira zaś wyglądał, jakby trafił go piorun.
Gdyby tylko udało się nam go przeciągnąć na naszą stronę, pomyślał Greg. Może rewelacje na temat Pyre wystarczą, jeśli będą współgrały z jego motywami? Moglibyśmy podjąć walkę z Brolturanami oraz tą mechanoidalną fabryką, ale bez pomocy z zewnątrz jesteśmy skazani na klęskę. A jeśli przegramy, Darieńczycy skończą jako niewolnicy sendrukańskich panów, jako jeszcze jeden posłuszny trybik w potężnej machinie Hegemonii. Nie możemy na to pozwolić.
Potem przypomniał sobie własne krótkotrwałe, lecz straszliwe zniewolenie przez nanopył Hegemonii, i wstrząsnął nim dreszcz.
Nie pozwolę, by to się powtórzyło.
Tkwił w niewoli bólu. Dryfując w przestrzeni na obrzeżach odległego układu, był więźniem zużytych komponentów swego cyberciała, a zarazem nie mógł zignorować obowiązku, który go wzywał. Jego wierność była żelaznym przymusem zrodzonym w najwcześniejszych chwilach maszynowego życia, z tamtego pierwszego założenia, z zasad i celu konwergencji. Uszkodzone zakończenia nerwowe we wszystkich organach jego osoby śpiewały pieśń męki, którą z upływem dni, a potem tygodni podsystem autonaprawczy zdołał nieco stłumić, choć jeszcze nie na tyle, żeby zmniejszyć ogień wściekłości Rycerza na przeszłych i przyszłych wrogów, jak również na osłabione, odmawiające posłuszeństwa części jego własnego ciała.
Była w tym wszystkim jakaś ponura ironia.
<Metale i stopy podlegają korozji, a węzły energetyczne słabną, lecz źródła mej lojalności pozostają silne, stanowiąc niezbity dowód jej wartości>
Odlot z Yndyeri Tetro, z tamtego grobowca głęboko na dnie wód, przebiegł triumfalnie. Fala mocy wygenerowana przez napęd reakcyjny przetoczyła się ekstatycznym rykiem przez zmysły Rycerza, gdy, doprowadzając morską wodę do wrzenia, wzbił się w niebo na kolumnie energii plazmowej. Wzmocnione struktury wewnętrzne wytrzymały, naprawione płyty pancerza pozwoliły zachować szczelność karapaksu, a zaimprowizowane igiełki sensoryczne zadowalająco wypełniły swoje zadanie. Nawet wejście w hiperprzestrzeń poszło gładko; błyskawiczna seria rezonujących pól idealnie wwierciła się przez podprzestrzeń w hiperprzestrzeń, wciągając następnie Rycerza Legionu za sobą. Podsystem makronaprowadzania przyjął kurs zgodny z koordynatami podanymi przez jednego z Potomków i wszystko przebiegało prawidłowo aż do chwili, gdy dziesięć godzin później systemy Rycerza zaczęły ostrzegać o wadliwym funkcjonowaniu sprzężeń mocy w rdzeniu hipernapędu. Zanim zdążył zainicjować przymusowe wyłączenie silników, receptory w jego splocie nerwowym zarejestrowały straszliwą kaskadę awarii podsystemów, a zaledwie sekundy później znalazł się z powrotem w normalnej przestrzeni, dryfując bez zasilania, przeszywany bólem.
Jego nieliczne ocalałe zdalniaki naprawcze natychmiast pomknęły do uszkodzonych obszarów, zaczynając od tych, które ucierpiały najbardziej. A ponieważ awaria unieczynniła również jego skromny zestaw czujników zewnętrznych, poza jedną jedyną soczewką na powierzchni karapaksu, był w zasadzie ślepy i głuchy. Zamknięta w klatce własnego ciała, jego świadomość pobiegła krętą ścieżką w głąb, eksplorując zapomniane peryferie pamięci, ogromne kampanie przeciwko Przodkom, zapalające dziesiątki supernowych, niszczycielskie fronty rozpościerające się na przestrzeni tuzinów lat świetlnych i pozostawiające za sobą dymiące szczątki spustoszonych światów. A także śmiałe akty destrukcji, jakich Legion dokonał na sojusznikach Przodków w rozczłonkowanych głębinach hiperprzestrzeni.
W ciągu całej swej długiej, pełnej chwały historii Legion Awatarów wyzwał i pokonał wielu wrogów, zarówno walczących honorowo, jak i zdradzieckich. Najszlachetniejszym z nich wszystkich był ostatni przeciwnik w umierającym wszechświecie, z którego uciekli w poprzedniej epoce. Przedstawiciele gatunku o nazwie Izalla sprawowali tak całkowitą i głęboką kontrolę nad organicznym życiem, że nigdy nie potrzebowali nieorganicznych mechanizmów. Po eonach ekspansji od galaktyki do galaktyki Izalla napotkali Legion Awatarów, którego imperium stanowiło z kolei ucieleśnienie zasad konwergencji, połączenia ciała i metalu, maszyny i umysłu.
Legion nigdy nie zetknął się z takim wrogiem jak Izalla, lecz Izalla wcześniej zetknęli się z rasą maszyn i rozbili ją w puch. I przez jakiś czas zdawało się, że to doświadczenie pomaga im w walce z Legionem. Jednakże Legion twardo trzymał się swych odwiecznych zasad: dysponowali zarówno potęgą maszyn, jak i intuicyjną łatwością adaptacji właściwą organicznym mózgom, i wkrótce szale konfliktu przechyliły się na ich korzyść. Po kilku stuleciach gorzkiej, bezlitosnej wojny Izalla uświadomili sobie, że czeka ich rychłe i całkowite unicestwienie, niepowstrzymane, nieuniknione. Nie widząc żadnej nadziei na przetrwanie, ich przywódcy zainicjowali serię czarnych pęknięć kontinuum, które spustoszyły ich wszechświat i pochłonęły całe galaktyki.
Wspomnienia Rycerza Legionu datowały się z tego właśnie okresu, kiedy to tysiące skonwergowanych cywilizacji już uległy zagładzie, a Legion Awatarów zbierał armadę armad, przygotowując się na chwilę, gdy będą zmuszeni uciec do innego wszechświata. Jak wszystkie jego najważniejsze dane, te zapisy pamięciowe przechowywane były w jego najbezpieczniejszych, najlepiej osłoniętych graniach biokrystalicznych, a przeglądając ich denotatory, dostrzegł coś podpiętego pod najstarsze wspomnienia, markery sekwencji z linkami prowadzącymi wstecz do klastrów danych... w jego organicznej korze mózgowej. Zawahał się, zaniepokojony - stara, ukrwiona kora była wprawdzie ośrodkiem jego świadomości, lecz biokrystaliczna augmentacja lepiej wspierała transcendentny poziom jaźni, pozwalała myślom i działaniom funkcjonować bez porównania szybciej, niż umożliwiały to organiczne synapsy nerwowe. Zatem dawno temu przekopiował wszystkie istotne dane na biokryształ, a w organicznej pamięci przechowywał tylko zapasowe wersje niezbędnych schematorów...
Jedno z tych starych wspomnień oznakowane było obrazami jego cyberciała po konwergencji, powędrował więc śladem tego markera sekwencji do jednego konkretnego, wysoce skompresowanego multiklastra w kortykalnej przestrzeni danych. Zawahał się, po czym wpuścił jego zawartość do swej świadomości...
Ruch... poruszał się, lecz nie dzięki użyciu napędów czy odrzutowych silników manewrowych... miał kończyny, długie, sztywne... cztery? Sześć? ...zakończone chwytnymi, miękkimi palcami... posuwał się, szedł, skradał się przez amfiladę zamglonych pomieszczeń o wysokich sklepieniach... ze ścian wyrastały rośliny, a wśród nich poruszały się maleńkie światełka... inne stworzenie o długich kończynach, podobne do niego, wyłoniło się z sąsiedniego pomieszczenia i podeszło blisko... smukłe macki zakończone wrażliwymi wypustkami sięgnęły w górę, by dotknąć jego skóry, pogładzić ją. Zostań, powiedziała, kochamy cię, potrzebujemy cię tu z nami, nie odchodź, by połączyć się z tym co zimne... do pomieszczenia weszli inni, powtarzając tę samą pieśń, lecz strząsnął z siebie ich natrętny dotyk... co oni mogli wiedzieć na temat konwergencji, na temat cudów, które na niego czekały? W pośpiechu pognał do wyjścia, podczas gdy oni wołali za nim, pełni smutku, wołali go po imieniu...
Gwałtownie oderwał się od strumienia pamięci, gdy jego myśli zamarły w panice. Dlaczego to wspomnienie ostało się nienaruszone? W kortykalnej przestrzeni danych były i inne, cała sekwencja zapisów oznaczona tagami korespondującymi z tamtym starym zbiorem linków w biokrysztale - czy one także zawierały wspomnienia sprzed jego transformacji? Ewidentnie zmagazynował je w organicznej korze mózgowej wkrótce po konwergencji ze swą nową, cybernetyczną jaźnią, ale zadbał przy tym o połączenie ich odnośnikami z rejestrami wspomnień stworzonymi już w biokrysztale, odnośnikami, które stawały się widoczne jedynie w następstwie poważnych awarii zasilania. Czy jego młodsza jaźń uznała za stosowne uczynić te wspomnienia swego dawnego życia dostępnymi w razie zbliżającej się śmierci?
<Nie jestem martwy! Przetrwałem otchłań tysiącleci, przeżyłem, choć w tym czasie niezliczone cywilizacje zdążyły powstać i upaść! Nie potrzebuję...>
Jednakże poczuł zarazem ciekawość, pragnienie, potrzebę odkrycia, co mogą pokazać te starożytne wspomnienia, bogactwo doświadczenia i istnienia, surową materię niewspomaganego cybernetycznie organicznego życia.
<Nie jestem martwy, lecz tamto stare życie owszem. Pamięć tylko ujawniłaby słabość ciała, niedoskonałą naturę tego, co nie zostało poddane konwergencji>
Tylko spojrzeć, tylko zobaczyć, jak wyglądało tamto życie, to byłoby tak łatwe, potrzebowałby tylko połączyć się z organiczną korą mózgową i pozwolić, by poniósł go nurt wspomnień... Jego zadumę przerwał alert - powiadomienie od automatycznych zdalniaków naprawczych, że jeden z zewnętrznych czujników już znowu funkcjonuje i że w minimalnym stopniu odzyskał kontrolę nad dwoma spośród odrzutowych silników manewrowych.
<Moja metalowa powłoka jest zimna, a bezlitosna, nieprzejednana próżnia otacza mnie ze wszystkich stron. Mój stary szkielet ze stopów gnie się i pęka, moje fleksarowe żyły ulegają degradacji i zwężeniu, moja sieć nerwowa płonie bólem spowodowanym uszkodzeniami. Ale nie jestem martwy! Konwergencja to siła, konwergencja to jedyna droga. Wszystko inne jest słabością>
Podjąwszy decyzję, dokonał jedynego możliwego wyboru i wymazał zalinkowane wspomnienia z organicznej kory. Gdy wytrącające go z równowagi obrazy zostały usunięte z aktywnej świadomości, skupił swoją uwagę na strumieniu danych, który płynął teraz z jedynego aktywnego czujnika zewnętrznego. Zgodnie z ustaleniami schematora pozycyjnego, bazującymi na widocznych wokół gwiazdach, Rycerz znajdował się w pobliżu osamotnionego układu w jednym z bardziej pustych obszarów Solidarności Indroma. Skany ukazały cztery światy, w tym dwie małe pomniejsze planetoidy, jedną zewnętrzną planetę złożoną z gazu i lodowego jądra oraz drugą nadającą się do zamieszkania, posiadającą trzy nieduże księżyce, a profile emisyjne wszystkich trzech wskazywały na obecność rozległych instalacji. Na nadającym się do zamieszkania świecie żyły niewielkie populacje Bargalilów i rozciągały się olbrzymie połacie ziem uprawnych.
Najświeższa ocena stopnia uszkodzeń hipernapędu potwierdziła, że Rycerz nie dysponował wystarczającą ilością zasobów, by przeprowadzić naprawę - i istniało tylko jedno miejsce, gdzie mógł je znaleźć. Odpalił silniki manewrowe, przy czym schemator pilotażu przypomniał mu o ich dopuszczalnych parametrach operacyjnych, po czym wziął kurs na bargalilską planetę rolniczą. Istniało duże prawdopodobieństwo, że główny reakcyjny napęd plazmowy odzyska sprawność dopiero za kilka dni, więc dotarcie na jeden z tych księżyców tak czy owak zajmie większą część tygodnia. Mogło to oznaczać, że być może uda mu się dotrzeć na Dariena tylko po to, by odkryć, że krzywstudnia została zamknięta, już na wieczność więżąc Legion Awatarów w głębinach hiperprzestrzeni.
<A jednak nie jestem martwy i nie umrę! Jestem członkiem Legionu i nawet jeśli krzywstudnia zostanie zamknięta, będę podtrzymywał kredo konwergencji!>