Osobliwe skutki małżeństwa - Ewa Kiedio

Kup ebooka

22.50 zł

-
Proszę czekać

Jeden z odcinków serialu Ranczo zaczyna się sceną z udziałem pary bohaterów na dzień po ich ślubie. "Skończyło się" - szlocha ona. "Co?" - dopytuje mąż. "Wszystko! - słyszy w odpowiedzi. - Chodziliśmy ze sobą, zaręczyliśmy się, ślub był taki piękny jak w serialu. A teraz to już nic nie będzie tak jak w filmie. Będziemy chodzić do pracy, sprzątać, nic już romantycznego się nie zdarzy". Na jego zapewnienia, że teraz właśnie będą naprawdę razem i to będzie coś pięknego, wybucha: "Nie będzie pięknie. Ślub to jest najpiękniejsze, co się w miłości wydarza. Potem jest małżeństwo, a to tę romantyczną miłość zabija". Jak wynika z dalszej rozmowy, ową romantycznością są niespodzianki i porywy, które z nastaniem małżeństwa definitywnie się skończą.

Za fasadą przejaskrawień i serialowego humoru znajdujemy tu rozpowszechnione spojrzenie na miłość i małżeństwo. Pakujemy siebie i drugą osobę w celofan odświętnych spotkań, które ze względu na swoją rzadkość mogą być zawsze odpowiednio celebrowane - otwarte wręczeniem kwiatów, obstawione świecami, skropione perfumami, zaprawione winem. I to właśnie nazywamy wielkim uczuciem. Osobę, której poza takimi sytuacjami prawie nie znamy, czynimy swoim mężem lub żoną i po wielkim ślubnym "taaa-daam!" odkrywamy, że istnieje codzienność: bukiety są bardzo nieporęczne, a przede wszystkim drogie, w użycie trzeba wprowadzić światło elektryczne i zapłacić za nie rachunki, a wino nie dość, że robi trudne do sprania plamy, to w dodatku nie sprawdza się jako element każdego posiłku. Poza tym w końcu widzimy swojego małżonka w prawdziwym świetle, a nie tylko w mętnym półmroku świec. Nie da się ukryć - potwór! I oto mamy małżeństwo...

Przy takim ujęciu nic tylko pierzchać i szukać nowej osoby do opakowania w celofan. To oczywiście obraz malowany grubą kreską satyry. Rzecz w tym, żeby karykatura z kart książki czy ekranu telewizora nie wlała się do naszego życia. Sądzę, że dla uniknięcia tego kluczowe jest przepracowanie, tj. przemyślenie i doświadczenie na sobie, dwóch tematów: idealizowania ukochanej osoby oraz przeżywania codzienności, co bezpośrednio wiąże się z rozbijaniem wyidealizowanych wizji.

Mówienie o tym, że na pierwszym etapie związku postrzegamy kochanego człowieka jako znacznie wspanialszego, niż jest w rzeczywistości (a w każdym razie znacznie bliższego naszym wyobrażeniom o wspaniałości), to najoczywistsza z oczywistości. Mimo doskonałego rozpoznania tego mechanizmu potyka się o niego każdy, najmądrzejszy nawet zakochany - trwając zresztą w błogim przekonaniu, że dotyczy to całego ogółu ludzkości poza nim samym. Dla znajomych jest to oczywiście widok arcyzabawny... dopóki nie dojdzie do dramatycznego obrotu sytuacji.

Rekolekcje utraconych marzeń

Wspominając początki swojego związku z Fiodorem Dostojewskim, znacznie od niego młodsza Anna Dostojewska przyznaje: "Marzenie, by zostać towarzyszką jego życia, dzielić z nim trudy, pomagać, zapewnić mu szczęście, owładnęło mą wyobraźnią i Fiodor Michajłowicz stał się dla mnie wszystkim, bóstwem, przed którym, wydaje mi się, gotowa byłam klęczeć przez całe życie. Były to jednak idealne uczucia, marzenia, które mogły rozbić się w zetknięciu z surową rzeczywistością"1. Po ślubie zaczynają się kłopoty - młoda żona czuje się znieważana przez rodzinę męża, małżonkowie nie mają czasu tylko dla siebie, a na dodatek Anna Dostojewska ma wrażenie, że mąż, ten "wielki znawca serc ludzkich", nie dostrzega, jak jest jej ciężko, i że przestał ją kochać, bo "uświadomił sobie, jak jestem pusta, głupia, że nie nadaję się w ogóle na towarzyszkę jego życia"2.

Pojawia się też szybko tak standardowy element małżeństwa, jak kłótnie o drobiazgi, przeradzające się w poważny konflikt. Pod kwietniową datą Anna Dostojewska notuje: "Po drodze Fiedia zauważył, że jestem ubrana po zimowemu (biały filcowy kapelusz) i że mam brzydkie rękawiczki. Obraziłam się i powiedziałam, że jeśli uważa, iż jestem źle ubrana, to lepiej będzie, gdy nie będziemy chodzili razem. Powiedziawszy to, odwróciłam się i szybko poszłam w przeciwną stronę. Fiedia kilka razy zawołał za mną, chciał za mną pobiec, lecz rozmyślił się i poszedł swoją drogą"3. Scena ta dla postronnego obserwatora musiała wyglądać komicznie, niczym szkoleniowa ilustracja obiegowych sądów o charakterze kobiet i kłopotach, z jakimi przychodzi borykać się mężom. W awanturach biorących swój początek w drobiazgach nie o drobiazgi jednak chodzi. One stają się tylko punktem zapalnym, ujawniającym nabrzmiewający od dawna problem - skrywane zranienie. Dopóki przy rozwiązywaniu sporów będziemy się koncentrowali na pojedynczych sytuacjach, ich szczegółach, na samym białym filcowym kapeluszu, będzie tylko śmiesznie albo tylko strasznie (zależnie od punktu widzenia). Poważne podejście małżonków do siebie wymaga przeskoczenia kilka poziomów wyżej - czułego dotknięcia ropiejących owrzodzeń duszy, które doprowadziły do kuriozalnych reakcji.

To od filcowego kapelusza jednak i od brzydkich rękawiczek zaczynają się rekolekcje utraconych marzeń. Biorą swój początek w prozie życia, w zdarzeniach całkiem trywialnych, przyziemnych. To w nich ideał pęka na tysiąc kawałków, z których o ile obu stronom wystarczy samozaparcia, złożymy dopiero prawdziwy obraz kochanej osoby.

1 A. Dostojewska, Wspomnienia, przeł. i posłowiem opatrzył Z. Podgórzec, Warszawa 1974, s. 124.

2 Tamże, s. 125.

3 Tamże, s. 153.