ROZDZIAŁ TRZECI
Strzelam z kłykci nerwowo, gdy Des prowadzi mnie korytarzami pałacu, trzymając mi dłoń na plecach. Nad naszymi głowami wznoszą się łukowe sklepienia wyłożone malowanymi kaflami, a świetliste glorie iskrzą się w kinkietach wzdłuż ścian.
Głowę Desa zdobi obecnie prosta obręcz z brązu, którą nosi w charakterze korony, a na ramieniu widać wojenne dystynkcje - trzy opaski świadczące o męstwie na polu walki. Podobnie jak ja, ma na sobie skórzaną odzież do treningów, a ja staram się nie gapić przesadnie, bo wygląda w niej doskonale.
Zamiast tego zerkam przez ramię na skrzydła Desa. Cały dzień ich nie chował. Właściwie to, odkąd uwolnił mnie z sali tronowej Karnona, niemal cały czas widać było jego skrzydła. Ponad tydzień temu Temper powiedziała mi, że elfy płci męskiej chętnie prezentują je w obecności partnerek.
Łapie mnie na tym, jak się w nie wpatruję i oczy mu lśnią.
Samo to spojrzenie inicjuje przeróżne niestosowne reakcje, więc muszę sobie przypomnieć, że ten typ zmusił moje tchórzliwe serce, by zmierzyło się dziś z aż dwoma wyzwaniami: treningiem, a teraz jeszcze tym.
Przed nami stoi grupka złożona z Malakiego oraz zespołu królewskich doradców i odzianych na czarno strażników. Czekają na nas pod niepozornymi drzwiami.
- Jak sytuacja? - pyta Des, gdy dołączamy do grupki.
- Ostatni z przywódców Fauny przysłał posłańca - odpowiada jeden z doradców. - Nie chce przekazać wiadomości nikomu poza tobą.
Sama wzmianka o fae Fauny mrozi mi krew w żyłach. Wiem, że nie fair jest oceniać całą grupę fae wyłącznie na podstawie poczynań ich wynaturzonego przywódcy, ale, prawdę mówiąc, nie tylko Karnon zadał mi cierpienie. Każdy fae Fauny, który zaciągał mnie do swojego króla albo z powrotem, każdy, który mijał moją celę, nie zatrzymując się, by pomóc, każdy, kto wspomagał szaleńca, ponosił winę.
- Dobrze - odzywa się stojący obok mnie Negocjator głosem jak zwykle jedwabistym - porozmawiajmy z posłańcem.
Zaczynam się cofać, bo naprawdę nie jestem w tej chwili gotowa na spotkanie z fae Fauny, ale stanowcza dłoń Desa na moich plecach mi na to nie pozwala.
Jeden z elfów przemyka do środka i anonsuje Desa, a potem - ku mojemu rosnącemu przerażeniu - ogłasza także mnie.
Nie jestem pewna, czy to celowe, ale skrzydła Desa rozpościerają się i otulają mnie, a potem składają się z powrotem.
Jest mi słabo, gdy wchodzimy we dwójkę do sali tronowej.
Gdyby nie pochłaniały mnie własne emocje, zapewne olśniłaby mnie sama sala. Łukowe sklepienie zaczarowano tak, by wyglądało jak nocne niebo. Komnatę oświetlają dwa olbrzymie żyrandole z brązu oraz liczne kinkiety, jaśniejące światłem. Jasne kamienne ściany są misternie żłobione, pokryte maleńkimi, kolorowymi kafelkami, dzięki którym sala wygląda jak ogromna mozaika.
W sali tronowej Desa tłoczą się obecnie dziesiątki elfów, stojących pod ścianami albo spoglądających z balkonu na górnym poziomie. Gdy tylko nas zauważają, urządzają owację, która jeszcze bardziej mnie stresuje. Gdy się denerwuję, unoszą się moje skrzydła, więc oddycham głęboko, by się uspokoić.
Tron Desa jest wykonany z kutego brązu i wyściełany ciemnobłękitnymi, aksamitnymi poduszkami. Obok niego ktoś ustawił mniejsze siedzisko z takich samych materiałów.
Z zaskoczeniem uświadamiam sobie, że to miejsce dla mnie.
Siadam machinalnie, a moje skrzydła wznoszą się łukowato nad oparciem.
Komnata jest diametralnie różna od sali tronowej Króla Fauny, a mimo to, gdy patrzę na tę rozległą przestrzeń, wracają niechciane wspomnienia. Nie mówiąc już nawet o tym, że tę wypełnia widownia.
Dopiero gdy Des i ja siadamy, aplauz milknie. Zapada cisza, a jeden z elfów z dworu staje przed tronem i składa głęboki pokłon.
Powtarza w gruncie rzeczy to, co już słyszeliśmy:
- Mój królu, poseł od Fauny pragnie się z tobą zobaczyć.
- Wprowadzić - odzywa się Des gromkim głosem.
Patrzę kątem oka na swojego partnera. Jeszcze w liceum fantazjowałam o przeróżnych żywotach, które wiedzie, kiedy nie ma go przy mnie, lecz czegoś takiego sobie nie wyobrażałam. Nawet gdy już wiedziałam, że jest królem, po prostu zbyt trudno było mi wyobrazić sobie szczwanego Negocjatora jako jakiegoś dobrotliwego władcę. Lecz w tej chwili ta rola pasuje do niego jak ulał.
Zalewa mnie osobliwe połączenie nabożnego podziwu i lęku. Zachwyca mnie, że po raz pierwszy w ciągu ośmiu długich lat zyskuję dostęp do świata Desa. W przeszłości błagałam go, by pokazał mi takie aspekty siebie.
Lecz zachwytowi towarzyszy strach. O swoim partnerze wiem na pewno tylko tyle, że jest to osoba złożona z sekretów. I chyba pierwszy raz ogarnia mnie niejaka obawa, co to właściwie są za tajemnice.
Łukowe podwójne wrota na przeciwległym krańcu sali stają otworem, odrywając moją uwagę od Desa. Słudzy wprowadzają do środka mężczyznę z lwią grzywą i ogonem.
Na sam widok fae Fauny ściskam podłokietniki. Jeden z moich klawiszy wyglądał podobnie, przez co mimo woli wracam myślami do więzienia w jaskini i wszystkich tamtejszych potworności.
Ciepła dłoń ujmuje moje palce. Kiedy zerkam na Negocjatora, świdruje on wzrokiem naszego gościa z nieprzejednaną miną, mimo że jednocześnie ściska mnie za rękę. Nie chciałabym, żeby patrzył na mnie z takim wyrazem twarzy.
Rozluźniam się odrobinę. Niezależnie od tego, co się tu wydarzy, Des nie pozwoli temu fae Fauny mnie tknąć. Mimo że dzieli nas dystans, czuję, jak od Negocjatora bije bezkompromisowe oddanie.
Fae Fauny maszeruje środkiem sali z dużą skórzaną sakwą. Des go chyba nie onieśmiela. Wręcz przeciwnie: elf buzuje tłumioną agresją i macha ogonem w tę i we w tę ze wzburzeniem.
- Królestwo Fauny przynosi wiadomość Królowi Nocy - obwieszcza. Nawet głos ma agresywny.
Przypuszczałabym, że to mnie przerazi. Wszystko inne, co się w tej chwili dzieje, napawa mnie strachem. Ale gdy widzę, jak ten fae Fauny idzie w kierunku Desa - w moim kierunku - pełen gniewu, a nie skruchy...
Paznokcie wyginają mi się z powrotem w szpony.
Czuję, jak wzbiera się we mnie żądza krwi, a syrena sączy posępne podszepty.
Przypomnij sobie, co tacy jak on nam zrobili. Co zrobili tym kobietom.
Zasługuje na śmierć.
Wystarczyłoby raz, szybko poderżnąć mu gardło...
Odpycham te myśli jak najdalej od siebie.
Fae Fauny staje na skraju przejścia między zgromadzonymi nieopodal podium, na którym siedzimy z Desem. Zamaszystym gestem ciska sakwę przed siebie na posadzkę. Ląduje ona z głuchym, mokrym dudnieniem i wytaczają się z niej cztery obcięte, zakrwawione głowy.
Prawie spadam z siedzenia.
- Cholera jasna! - Moje skrzydła się rozpościerają i niechcący powalam żołnierza, który stoi zbyt blisko.
Serio, co to za piekielnie porąbany świat?
Wszędzie dookoła poddani Desa wciągają powietrze z sykiem, wbijając oczy w obcięte głowy.
A zmarli... zmarli wyglądają, jakby nadal krzyczeli. Oczy mają okrągłe, a usta rozwarte.
Westchnienia przechodzą w okrzyki domagające się odwetu, a żołnierze sięgają po broń. Jestem dojmująco świadoma, że zebrani na sali są o włos od tego, by skasować tego typa od Fauny.
Nie zareagował wyłącznie Des, a to powinno głęboko mnie zmartwić. Patrzy na urżnięte głowy niemal z wyrazem znudzenia.
Unosi rękę i na sali zapada cisza. Rozpiera się na tronie i przenosi spojrzenie na fae Fauny, który patrzy wyzywająco przed siebie.
- Kto to? - pyta Des głosem, który odbija się echem od ścian.
- Ostatki dyplomatów Królestwa Nocy, którzy pozostawali na naszym terytorium - odpowiada lwio-ogoniasty emisariusz. - Nasz lud żąda sprawiedliwości za zabójstwo naszego króla, zniszczenie pałacu i śmierć wszystkich fae Fauny, którzy uwięzieni byli w gmachu, gdy ty go zburzyłeś.
Negocjator uśmiecha się na te słowa.
Jasny gwint, na miejscu tego posłańca zlałabym się właśnie w gacie.
- Jeżeli nam odmówisz, ocalali fae Fauny nie spoczną, dopóki doszczętnie nie uporamy się z każdym fae Nocy w naszym królestwie - mówi posłaniec.
Zgromadzeni syczą z niezadowoleniem, a po sali rozchodzi się fala - czegoś mroczniejszego i bardziej podstępnego niż noc.
- Jakiej sprawiedliwości żądacie? - pyta Des, pochylając się naprzód i wspierając brodę na pięści.
- Domagamy się, by Królestwo Nocy zapłaciło za budowę nowego pałacu i by obecny król abdykował.
No dobra, gość ma jaja ze stali, skoro wparował tutaj i prosto w oczy żąda od Króla Nocy, by ustąpił.
Chyba zdaje sobie sprawę, że nikt nie potraktuje jego postulatów poważnie?
Des wstaje. Na sali panuje cisza jak makiem zasiał. Schodzi po schodkach, a jego kroki dudnią echem po sali.
Czy przed chwilą wydawało mi się, że wygląda jak najprawdziwszy król?
Głęboko się myliłam.
Białe włosy sczesane z twarzy, czarna skórzana zbroja opinająca wyraziste muskuły, zwieńczone szponami skrzydła równiutko ułożone za plecami sprawiają, że wygląda jak jakiś mroczny książę piekieł.
Złowrogie kroki cichną dopiero, gdy Des przystaje pośród jatki. Trąca zakrwawiony łeb stopą.
Przez kilka sekund cała sala czeka, wstrzymując oddech, i słychać jedynie wilgotne mlaskanie martwego ciała, gdy obcięta głowa toczy się pod butem Negocjatora.
- Przedstawiasz sugestywną propozycję - odzywa się w końcu Des, nadal wpatrując się w pozostałości po swoich dyplomatach.
Posłaniec nie traci rezonu, jedynie jego ogon przestał chodzić tam i z powrotem. Nie umiem sobie wyobrazić, o czym w tej chwili myśli.
- Lecz będę zmuszony ją odrzucić.
Głos Desa przypomina łyk johnniego walkera po długim dniu. Jest tak gładki, że prawie nie czuć, jak pali.
Fae Fauny zaciska zęby.
- Przygotuj się w takim razie...
- Nie. - Od Desa bije potęga. Poseł błyskawicznie pada na kolana. - Przybywasz tu i kładziesz mi u stóp obcięte głowy moich dyplomatów - mówi Des. Od mocy jego słów falują mu lekko włosy. - A potem żądasz sprawiedliwości za szalonego króla, który porwał, torturował i uwięził żołnierki... kogoś, kto porwał, torturował i uwięził moją partnerkę.
Nagle wszystkie oczy kierują się na mnie. Skóra mnie świerzbi od tej powszechnej uwagi.
- W dodatku - ciągnie Des, patrząc z góry na elfa - grozisz, że pozabijasz moich poddanych, jeśli nie spełnię twoich żądań.
Wysłannik usiłuje coś powiedzieć, ale magia Desa sznuruje mu usta.
Negocjator zaczyna krążyć wokół fae Fauny.
- Czy ty w ogóle znasz moich poddanych? Władam potworami z twoich najdzikszych fantazji, stworami zrodzonymi z najgłębszych elfich lęków. I cieszę się ich poważaniem. - Des przystaje nad plecami mężczyzny i pochyla się, by szepnąć mu do ucha: - Wiesz, w jaki sposób zaskarbiłem sobie ich szacunek?
Posłaniec zerka na niego przez ramię. Nadal nie może się odezwać.
Serce bije mi coraz szybciej. Zaraz wydarzy się coś złego.
- Pozwalam im sycić się moimi wrogami.
Wysłannik wydaje się wstrząśnięty, ale nie wpada w popłoch.
Des staje prosto.
- Wprowadzić zmora.
Rozkaz wzbudza szmer lękliwych szeptów. Zgromadzone elfy poruszają się nerwowo.
Po chwili otwierają się boczne drzwi do sali tronowej.
Na początku nic się nie dzieje. Potem od drzwi po ścianie ślizga się cień. Elfy stojące najbliżej krzyczą i rozpierzchają się. Cień rośnie, zwiększa się coraz bardziej - rysuje się potężna, rogata sylwetka.
Niech mi niebo dopomoże, ale z samego konturu wygląda to jak zmutowany kuzyn Karnona.
Czekam, aż pojawi się potwór rzucający ten cień, lecz uzmysławiam sobie, że to właśnie on. To cień, nic więcej. Tyle, że im dłużej się w niego wpatruję, tym makabryczniejszy się wydaje. Nie ma wprawdzie fizycznej postaci, ale w głęboki, atawistyczny sposób budzi we mnie przerażenie.
Sunie po ścianie i traci kształt, zbierając się na podłodze. Stojący najbliżej praktycznie tratują się nawzajem, by się odsunąć, ale on nie zwraca na nich w ogóle uwagi. Pełznie za to w stronę posłańca.
Gdy zmor się zbliża, fae Fauny szamocze się, próbuje wstać, ale magiczne pęta, które narzucił na niego Desmond, trzymają go w miejscu.
Teraz posłaniec zdradza pierwsze oznaki paniki. Domyślam się, że niezależnie od tego, czym ten zmor jest, owiewa go zła sława.
Des odsuwa się od elfa.
- Zaraz, zaraz... - rzuca emisariusz, kiedy stwór się do niego zbliża. - Nie odchodź.
Na te słowa Desowi drgają wargi, choć oczy ma twarde jak nigdy.
Des okrutny. Des mroczny. Miga mi ulotna wizja bestii skrytej za mężczyzną.
Fae Fauny nadal usiłuje się poruszyć, ale można odnieść wrażenie, że dolna część jego nóg jest przyklejona do podłoża.
- Zawrę układ - mówi, nie spuszczając oczu z cienistej kreatury, która zmierza w jego stronę.
Zawrę układ.
Des tężeje, słysząc kuszące słowa, lecz ignoruje elfa.
Od posłańca dzieli stwora raptem metr.
- Proszę, co tylko chcesz!
Jak na elfa, któremu nie zabrakło odwagi, by grozić królowi fae na jego własnym dworze, szybko się złamał. Nie wiem, czego się spodziewał. Des nie podporządkowuje się woli innych. On jest siłą, która innych wykrzywia i miażdży. Widywałam to wiele razy w stosunku do jego klientów.
Negocjator zwraca się ku tronowi z nieprzejednaną miną. Patrzy mi w oczy i drga mu powieka. Może właśnie poczuł coś na kształt żalu. A potem wyraz ten znika i znów jest twardy jak kamień.
W tym mężczyźnie kryje się otchłań mroku, której ja jeszcze nie zgłębiłam.
Cień pokonuje ostatni odcinek do elfa Fauny i wpełza na jego stopy. Kostki posłańca nikną, następnie łydki.
I wtedy zaczyna się wrzask.
Des wchodzi po schodkach do tronu i siada obok mnie, podczas gdy zmor pochłania elfa.
Wbijam paznokcie w siedzenie, słuchając krzyków mężczyzny. Mam wszelkie powody, by napawać się chwilą sprawiedliwości, ale w tym momencie, gdy fae Fauny bardziej przypomina ofiarę niż złoczyńcę, nie potrafię.
Nie chcę tu siedzieć i na to patrzeć. To zbyt nieludzkie, zbyt fae, zbyt nikczemne. Nagle okazuje się, że to zbyt wiele.
Wstaję i pośród wrzasków i spojrzeń, opuszczam salę.
Nikt mnie nie powstrzymuje.