Osobni - Katarzyna Franus

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nachy­le­nie było dokład­nie takie, jak trzeba - nie za strome, nie za pła­skie. Mógł wcze­pić się w pochy­łość i bez uśli­zgu maje­sta­tycz­nie kro­czyć w górę. Szybko zdo­by­wać wyso­kość i coraz szer­szy widok. A na szczy­cie, jak król, rozej­rzeć się z dumą po niżej poło­żo­nych wło­ściach. I poczuć się panem prze­stwo­rzy.

Słońce pod­no­siło się znad hory­zontu. Prze­strzeń kusiła, żeby się w nią wzbić i dać się jej ponieść. Ale jesz­cze nie teraz, jesz­cze chwila. Poranne świa­tło przy­jem­nie roz­grze­wało pod­łoże i ciało. Wystar­czyło zatrzy­mać się i zamknąć oczy, aby każdą komórką chło­nąć bło­gość.

Czarny kocur tylko cze­kał, aż gołąb straci czuj­ność. Przy­cza­jony po prze­ciw­nej stro­nie dwu­spa­do­wego dachu, cza­to­wał na wspi­na­ją­cego się ptaka, a dla niego pozo­sta­wał nie­wi­docz­nym. Rzu­cił się na sza­rego kapu­cyna, gdy ten wyło­nił się zza załomu dachu i z gra­cją zmie­rzał ku szczy­towi kale­nicy. W kotło­wa­ni­nie zawi­ro­wały pióra, lecz żaden dźwięk nie naru­szył spo­koju wsta­ją­cego dnia.

Pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca na­dal ocie­plały spa­dzi­ste dachy kamie­nic, skrzyły się na okien­nych szy­bach i śli­zgały po meta­lo­wych balu­stra­dach bal­ko­nów. Z jed­no­kie­run­ko­wych ulic Sta­rego Moko­towa dobie­gały odgłosy budzą­cego się mia­sta.

Białe pióro, wyrwane z pod­brzu­sza gołę­bia, przy­kle­iło się do okna apar­ta­mentu Mate­usza Nowic­kiego. Trwale przy­warło naelek­try­zo­wa­nym puchem do szyby, jak man­dat wło­żony za wycie­raczkę źle zapar­ko­wa­nego samo­chodu.

Zbyt małe, żeby rzu­cić cień na śpią­cych, odle­ciało w kie­runku sąsied­niego bloku, porwane podmu­chem wia­tru. Ostre świa­tło bez­li­to­śnie wydo­by­wało z wnę­trza sypialni ślady wczo­raj­szej balangi: roz­darte pudełka po pizzy, zatłusz­czone papie­rowe tale­rzyki, kie­liszki z reszt­kami czer­wo­nego wina, wala­jące się na par­kie­cie butelki, zmięte ser­wetki, koron­kowe stringi, męskie pognie­cione dżinsy, jeden moka­syn i dwie szpilki.

Skoczny dźwięk wyrwał Mate­usza ze snu. Męż­czy­zna zmru­żył oczy pod napo­rem rażą­cych pro­mieni i po omacku pró­bo­wał wyłą­czyć budzik w tele­fo­nie.

- Mate­usz, do cho­lery, czemu się nie odzy­wasz? - Zasko­czył go piskliwy kobiecy głos.

Musiał pomy­lić sygnał połą­cze­nia przy­cho­dzą­cego z dźwię­kiem budzika i uru­cho­mić tryb gło­śno­mó­wiący. No tak, jakim cudem dałby radę nasta­wić budze­nie po noc­nym pijań­stwie z... Wła­śnie, z kim? Pod­parł się i spoj­rzał na górę skoł­tu­nio­nej pościeli, zza któ­rej spły­wały dłu­gie brą­zowe włosy.

- Co z tobą? Wiesz, która godzina?

- Poranna? - zachry­piał.

- Ja cię kie­dyś zabiję. Obie­cuję!

- Kotku, nie drzyj mordki. Spójrz w lustro. Musisz teraz brzydko wyglą­dać. - Skie­ro­wał twarz w stronę tele­fonu.

- Za godzinę masz spo­tka­nie z pre­ze­sem w kon­fe­ren­cyj­nej. Miało się wła­śnie zacząć, ale uspra­wie­dli­wi­łam cię opieką nad chorą mamą.

- Prze­cież moja mama nie żyje od pięt­na­stu lat...

Kobieta się roz­łą­czyła. Mate­usz opadł na poduszkę i przy­mknął oczy.

- Co to mi się wła­śnie śniło? Gdzie to ja mia­łem pole­cieć? - wymam­ro­tał sen­nie do sie­bie.

Poczuł bole­sne ukłu­cie w tyle czaszki. Agre­sywny dźwięk tele­fonu znowu wwier­cał mu się w świa­do­mość. Otwo­rzył oczy. Się­gnął w kie­runku szafki i ode­brał połą­cze­nie.

- Zostało ci już tylko pięć­dzie­siąt pięć minut. - Sta­now­czo wypo­wia­dane sylaby ryt­micz­nie ude­rzały w błony bęben­kowe męż­czy­zny.

- Przy­go­tu­jesz mi drinka, słonko? - wydu­kał cier­pięt­ni­czo.

Oso­bi­sta sekre­tarka Mate­usza zakoń­czyła połą­cze­nie. Wes­tchnął.

Pod­niósł się i rozej­rzał po wnę­trzu sypialni. Zerwał koł­drę z brą­zo­wo­wło­sej dziew­czyny, leżą­cej obok. Nagie wypięte krą­gło­ści kusiły, aby po nie się­gnąć. Na chwilę zagłu­szyć łomot, dud­niący w skro­niach. Odsu­nąć wizję gry­masu na twa­rzy pre­zesa i koniecz­ność tłu­ma­cze­nia się z ostat­nich wydat­ków. Nachy­lił się nad kobietą. Miał ochotę wto­pić się w mło­dość jej ciała, poczuć gład­kość jej skóry na swo­jej i zasło­nić się przed dzien­nym świa­tłem puklami jej kasz­ta­no­wych wło­sów.

Dziew­czyna bez­wied­nie prze­cią­gnęła się jak kocica i odwró­ciła do Mate­usza. Obfite piersi mia­rowo pod­no­siły się i opa­dały. Jej snu naj­wy­raź­niej nie nawie­dzili ani zgryź­liwi pre­zesi, ani bez­względne sekre­tarki. Uśmie­chała się.

Nagle przy­po­mniał sobie, że to dziś mieli mieć desant w biu­rze. Spo­tka­nie z nowym pre­ze­sem z cen­trali. Czyli nie z marud­nym Roma­nem, tylko z pre­ze­sem pre­ze­sów. Jak mu było? Nie pamię­tał. Na zdję­ciach i fil­mach z kor­po­even­tów wyglą­dał groź­nie. Na takiego, co to w tańcu się nie pier­doli.

Mate­usz sko­czył na równe nogi. Potknął się o wła­sne dżinsy i pra­wie wyrżnął jak długi. W popło­chu kom­ple­to­wał ubiór. W prze­past­nej bie­liź­niarce nie mógł dobrać skar­pe­tek do pary, więc zde­cy­do­wał się na dwie różne, nie­zbyt ze sobą kon­tra­stu­jące. Trza­ski zamy­ka­nych szu­flad i odsu­wa­nych drzwi gar­de­roby obu­dziły dziew­czynę.

- Dzień dobry, misiu. Wcze­śnie dziś zaczy­nasz. - Wypięła pupę uwo­dzi­ciel­sko.

- To nie ja. To świat. Ja go tylko gonię. - Musnął ją ustami w odkryte ramię.

Brą­zo­wo­włosa zarzu­ciła mu ręce na szyję i przy­cią­gnęła do sie­bie. Poczuł jej mięk­kie napie­ra­jące cie­pło i swoją goto­wość. Spoj­rzał na tele­fon, który na­dal leżał na noc­nej szafce. Wes­tchnął i ode­pchnął dziew­czynę.

- Chęt­nie został­bym z tobą, ale...

- Ale?

- Wła­śnie się ubie­rasz i śnia­da­nie jesz dziś u sie­bie. - Klep­nął ją mocno w krą­gły tyłek i wygo­nił z łóżka.

Pisnęła z bólu, zła­pała się za pośla­dek i nadą­sana, zaczęła zbie­rać bie­li­znę z pod­łogi.

- Za pięć minut zamy­kam miesz­ka­nie - rzu­cił z kuchni.

Nalał wodę z kranu do wyso­kiej szklanki i całą zawar­tość wypił dusz­kiem. Despe­racko prze­glą­dał szafki kuchenne w poszu­ki­wa­niu środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. Z ulgą tra­fił w końcu na opa­ko­wa­nie apapu. Puste! Ze zło­ścią cisnął roz­dartą tek­turę do kosza na śmieci.

- Nie odwie­ziesz mnie? - Dziew­czyna sta­nęła w progu kuchni, usta wydęła w dziu­bek i wpa­try­wała się w niego sar­nimi oczami.

Minął ją i otwo­rzył drzwi wej­ściowe.

- Następ­nym razem, Basiu. - Uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco.

- Kasiu - odburk­nęła.

- Co? - zapy­tał roz­tar­gniony.

- Mam na imię Kasia.

- Też ład­nie - odpo­wie­dział i zatrza­snął za nią drzwi.

* * *

Sta­lowo-szklany wie­żo­wiec góro­wał nad oko­licz­nymi budyn­kami. Pre­zes sta­nął tuż przy wiel­kich oknach sali kon­fe­ren­cyj­nej, cią­gną­cych się od pod­łogi do sufitu. Widok z dwu­dzie­stego trze­ciego pię­tra wzbu­dzał nie­po­kój w bar­dziej lękli­wych. Ale nie w nim. On napa­wał się prze­strze­nią. W dzień taki jak ten widocz­ność była dosko­nała, a mia­sto, tęt­niące życiem pod jego sto­pami, dawało mu poczu­cie mocy.

- Co może­cie mi powie­dzieć o Mate­uszu Nowic­kim? - Odwró­cił się i rzu­cił płyn­nie po angiel­sku do sie­dzą­cych przy stole, z tru­dem wyma­wia­jąc imię i nazwi­sko dyrek­tora komer­cyj­nego pol­skiego oddziału spółki.

- Same dobre rze­czy - wydu­kał dyrek­tor per­so­nalny, po czym odchrząk­nął i gło­śno prze­łknął ślinę. Koniecz­ność argu­men­to­wa­nia po angiel­sku zawsze go stre­so­wała.

- Ma dobre wyniki - dodał finan­sowy pew­nie. Pod­czas roz­mów z ludźmi z cen­trali czuł się jak ryba w wodzie. Odży­wały w nim wtedy wspo­mnie­nia ze stu­diów w Sta­nach.

- W jakim sen­sie? Jego P&L1 nie wygląda naj­le­piej - stwier­dził pre­zes i usiadł do stołu.

- Zależy, jak mie­rzony. Ten rok rze­czy­wi­ście zamkniemy stratą, ale... - cią­gnął finan­si­sta.

- Jak strata może być dobrym wyni­kiem? Kpi­cie sobie ze mnie? - Anglik ude­rzył otwartą dło­nią w blat.

- W tym roku sku­pia­li­śmy się na inwe­sty­cjach dłu­go­fa­lo­wych, z któ­rych zwrot odczu­jemy za dwa, trzy lata. - Dyrek­tor finan­sowy pró­bo­wał ostu­dzić emo­cje męż­czy­zny.

- Jeśli tak długo będzie­cie cze­kać na zyski, to skoń­czy­cie jak wasz szef. - Pre­zes zawie­sił głos. - Widzi­cie go gdzieś tutaj?

Per­so­nalny i finan­sowy spoj­rzeli na sie­bie skon­ster­no­wani.

- Poże­gna­li­śmy się dziś rano - oznaj­mił.

W sali zale­gła cisza.

Dwu­skrzy­dłowe drzwi otwarły się z hukiem i do prze­stron­nego pomiesz­cze­nia weszła asy­stentka zarządu, pcha­jąc wózek z kawą, her­batą i butel­kami wody.

- Podwójne espresso bez mleka, tak jak pan lubi. - Nachy­liła się z uśmie­chem nad pre­ze­sem i posta­wiła przed nim małą asce­tyczną fili­żankę.

Finan­so­wemu podała latte w wyso­kiej gra­we­ro­wa­nej szklance, a per­so­nal­nemu - zie­loną kwit­nącą her­batę w pęka­tym szkla­nym kubku. Obaj, sku­leni, wbili wzrok w swoje napoje. Pre­zes zało­żył dło­nie na karku, odchy­lił się na opar­ciu krze­sła i przy­glą­dał się im spod ścią­gnię­tych brwi. Postawny i wypro­sto­wany, lustro­wał innych z góry, nawet gdy sie­dział. Odpro­wa­dził asy­stentkę wzro­kiem do drzwi.

- Dla­czego mam utrzy­mać Nowic­kiego na sta­no­wi­sku?

- Bo, bo... Bo jest bar­dzo oddany swo­jej pracy - wybą­kał per­so­nalny. - Nie ma rodziny, każdą chwilę poświęca fir­mie i swoim ludziom.

- Dobrze współ­pra­cuje, jest źró­dłem twór­czych roz­wią­zań pod­czas spo­tkań zarządu i, co naj­waż­niej­sze... - wyli­czał finan­sowy.

- Tak? - pod­chwy­cił pre­zes.

- To świetny stra­teg biz­ne­sowy i mózg mar­ke­tin­go­wych ope­ra­cji.

* * *

Mate­usz zapa­rzył resztki kawy, które zna­lazł w skrom­nych zapa­sach kuchen­nych. Pustą lodówkę zaj­mo­wało tylko mleko w kar­to­nie. Otwo­rzył je, ura­do­wany, i wlał do kawy. Upił łyk i natych­miast wypluł kwa­śny płyn do zlewu. Spoj­rzał na datę przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Mleko prze­ter­mi­no­wało się mie­siąc temu.

Pół litra kra­nówy i gorzki posmak zepsu­tego mleka uru­cho­miły jelita Mate­usza. Pobiegł do łazienki. Miał wra­że­nie, że prze­ta­cza się przez niego rewo­lu­cja tre­ści żołąd­ko­wych, flory bak­te­ryj­nej albo kiep­sko prze­tra­wio­nego wina. Po wszyst­kim poczuł się jak boha­ter żało­snego mema, który sie­dzi na sede­sie ze spusz­czo­nymi spodniami i wyciąga rękę po rolkę papieru toa­le­to­wego, która wła­śnie się skoń­czyła.

Kil­ka­na­ście minut póź­niej Mate­usz wybiegł do samo­chodu, zapar­ko­wa­nego w uliczce pod moko­tow­ską kamie­nicą. Nie­chluj­nie wią­zał kra­wat pod szyją i ner­wowo szu­kał klu­czy­ków w kie­sze­niach płasz­cza. Zostało mu dzie­sięć minut na prze­bi­cie się do cen­trum. Żeby zdą­żyć, musiałby wzbić się w powie­trze i prze­fru­nąć ponad zakor­ko­wa­nymi arte­riami sto­licy. Gra toczyła się już nie o to, czy będzie na czas, ale o to, jak bar­dzo się spóźni.

Uje­chał sto metrów jed­no­kie­run­kową uliczką. Już miał prze­ciąć pasy dla pie­szych, gdy zauwa­żył, że na drugą stronę wąskiej ulicy pró­buje przejść star­sza pani z bal­ko­ni­kiem. Zaha­mo­wał z piskiem opon i zachę­cił sta­ruszkę zapra­sza­ją­cym gestem dłoni. Kobieta ruszyła i trzę­sąc się, z tru­dem utrzy­my­wała tor jazdy swo­jej czte­ro­ko­ło­wej pod­pórki. Mate­usz spoj­rzał na zegar tablicy roz­dziel­czej. Wes­tchnął i z rezy­gna­cją oparł czoło na kie­row­nicy.

Z tyłu dobiegł do jego uszu iry­tu­jący ryk klak­sonu. Odwró­cił się. Za jego autem utwo­rzył się korek. Dołą­czyły kolejne klak­sony, w gło­wie zadud­niła mu kawal­kada dźwię­ków. Wystra­szona bab­cia utknęła na środku przej­ścia dla pie­szych i bała się zro­bić krok dalej. Mate­usz wysiadł, rzu­cił wście­kłe spoj­rze­nie znie­cier­pli­wio­nym kie­row­com, pod­szedł do sta­ruszki, deli­kat­nie ujął ją za ramię i prze­pro­wa­dził na drugą stronę ulicy.

Wró­cił do samo­chodu i osten­ta­cyj­nie długo popra­wiał kra­wat, zło­wrogo patrząc na trą­bią­cych kie­row­ców. Nie prze­sta­wali walić w kie­row­nice i wygra­żać mu znad opusz­czo­nych szyb.

War­tow­nik roz­po­znał spor­tową linię bia­łego tere­no­wego volvo i otwo­rzył wjazd na par­king, zanim Mate­usz zdą­żył się­gnąć po pilota. W podzię­ko­wa­niu dyrek­tor komer­cyjny ski­nął głową. Zapar­ko­wał, pobiegł do budynku i rzu­cił się w obro­towe drzwi.

Wpadł do swo­jego biura, zaha­czył płasz­czem o wie­szak, który ude­rzył w szybę, dzie­lącą gabi­net z otwartą prze­strze­nią. Kilka zanie­po­ko­jo­nych par oczu spoj­rzało w stronę pokoju Mate­usza, a on - jakby nic się nie stało - wycią­gnął z teczki lap­top i dwa wydruki pre­zen­ta­cji, nad którą ostat­nio pra­co­wał. To pew­nie o niej pre­zes chciał roz­ma­wiać.

Drzwi otwo­rzyły się i do gabi­netu weszła Ania, jego oso­bi­sta sekre­tarka, ze sro­gim wyra­zem twa­rzy.

- Zamó­wiony drink reani­ma­cyjny - wyce­dziła przez zęby i posta­wiła na biurku szklankę z żółtą zawar­to­ścią. - Cze­kają na cie­bie w kon­fe­ren­cyj­nej na dwu­dzie­stym trze­cim.

Mate­usz udał, że nie dostrzega jej iry­ta­cji. Szybko wyżło­pał żółty płyn. Zapie­kło go w gar­dle. Do oczu napły­nęły łzy. Prze­łyk prze­pa­lony od cią­głego chla­nia, pomy­ślał. Zwy­kły napój, a drażni jak alko­hol. Gorąc roz­lał się po całym ciele. Stres ewi­dent­nie z niego scho­dził. Jesz­cze chwila i będzie gotowy na star­cie z pre­ze­sem.

- Dzięki, kocha­nie. Czuję się jak nowy. - Cmok­nął ustami w powie­trzu, wyszedł na kory­tarz i skie­ro­wał się w stronę wind.

Miał wra­że­nie, jakby coś wtło­czyło w niego nową ener­gię. Obec­ność Ani? Per­spek­tywa potyczki z nowym sze­fem, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widział? Uśmiech­nął się do asy­sten­tek, oku­pu­ją­cych wyspę przed gabi­ne­tami człon­ków zarządu.

Gdy znik­nął za drzwiami windy, dziew­czyny ści­snęły się i ści­szyły głosy. Na widok Ani roz­stą­piły się i zro­biły jej miej­sce.

- Wysła­łaś go na pożar­cie? - rzu­ciła jedna z nich.

- Z wil­czym bile­tem - odparła Ania.

- To zna­czy? - dopy­tała inna.

- Nie uła­twi­łam mu zada­nia. - Ania uśmiech­nęła się do dziew­czyn szel­mow­sko.

- Wyglą­dał, jakby ener­gia go roz­pie­rała. Do wind biegł w tanecz­nych pod­sko­kach - szcze­bio­tały asy­stentki, jedna przez drugą.

- Kalo­rii zawar­tych w dwóch set­kach alko­holu nie zabije nawet sok wyci­śnięty z kilku cytryn i poma­rań­czy. - Ania puściła oko i sia­dła do swo­jego biurka. - Ani brak świa­do­mo­ści, co się pije.

Dziew­czyny spoj­rzały po sobie ze zgrozą.

Czter­dzie­sto­sied­mio­letni dyrek­tor komer­cyjny był głów­nym obiek­tem dam­skich plo­tek na wszyst­kich dzie­się­ciu pię­trach biu­rowca, które zaj­mo­wała spółka RedCo. Nie tylko za sprawą swo­jej urody, choć wzro­stu, musku­la­tury, gęstych wło­sów i chło­pięco uwo­dzą­cego spoj­rze­nia nie­je­den mógł mu zazdro­ścić. Cho­dziło o coś innego. Obok Mate­usza Nowic­kiego nie można było przejść obo­jęt­nie. A to inte­li­gent­nie zażar­to­wał, a to skom­ple­men­to­wał tak, jak tylko on potra­fił. Nic, co ładne i kuszące, nie umy­kało jego uwa­dze. Nowicki to syba­ryta, który potra­fił zachwy­cać się róż­nymi aspek­tami kobie­cego piękna, ale żaden z nich nie zatrzy­my­wał go na dłu­żej. Wieczny Pio­truś Pan, albo raczej enfant ter­ri­ble biz­ne­so­wych salo­nów, zra­nił nie­jedno serce z biu­rowca RedCo. A naj­bar­dziej to nale­żące do Ani.

Zanim Mate­usz wszedł do kon­fe­ren­cyj­nej, finan­sowy i per­so­nalny zdą­żyli już z niej wyjść. Minęli go przy win­dach. Per­so­nalny kwa­śno się uśmiech­nął, finan­sowy bez słowa pokle­pał Mate­usza po ple­cach.

- Pano­wie, co to za mar­sowe miny? - krzyk­nął do nich, gdy drzwi windy zasu­wały się za nimi.

- Czu­łeś? - zapy­tał per­so­nalny, gdy winda ruszyła w dół.

- A bo to pierw­szy raz? - zaśmiał się ner­wowo finan­sowy.

- Że też on się nie boi. Wła­ści­wie to powi­nie­nem...

- Zaaresz­to­wać go?

- Jest w pracy. Gdy­bym pod­su­nął mu alko­mat...

- Wylu­zuj. Teraz musimy trzy­mać się razem.

- Będzie na mnie. Że nie upil­no­wa­łem. Prawo pracy i BHP...

- Ty, bo zaraz sraczki dosta­niesz. Ucz się od Mate­usza. Ma jaja chło­pak.

- Zaraz mu je Vito Cor­le­one zmiaż­dży, ode­tnie i do gar­dła wsa­dzi. - Per­so­nalny wes­tchnął, a finan­sowy prze­wró­cił oczami.

Mate­usz pew­nym kro­kiem wszedł do sali, wymie­nił mocny uścisk dłoni z pre­ze­sem, zmie­rzył się z nim wzro­kiem. Byli podob­nego wzro­stu.

Usiadł, otwarł lap­top, dwa booklety z pre­zen­ta­cją poło­żył obok. Spoj­rzał wycze­ku­jąco na Anglika.

- O tym nie będziemy roz­ma­wiać - zare­ago­wał pre­zes na widok okła­dek pre­zen­ta­cji.

Mate­usz uniósł brwi ze zdzi­wie­nia.

- To nic nie­warty doku­ment.

Mate­usz spo­chmur­niał.

- Czas pro­spe­rity i szyb­kiego wzro­stu już się skoń­czył. Teraz zaci­skamy pasa. Nie wyczu­łeś tego.

- Może z per­spek­tywy Lon­dynu tak to wygląda, gdy patrzy się na całą firmę. Jed­nak pol­ski oddział świet­nie sobie radzi, a pol­ska gospo­darka jest w roz­kwi­cie - płynną angielsz­czy­zną zri­po­sto­wał Mate­usz.

Pre­zes spoj­rzał w okno, tak jakby szu­kał w widoku za nim inspi­ra­cji.

- Myśla­łem, że czasy "myśl glo­bal­nie, dzia­łaj lokal­nie" już się skoń­czyły. Teraz myślimy lokal­nie i dzia­łamy lokal­nie - kon­ty­nu­ował Mate­usz.

- Nie jeste­ście samotną wyspą. To, co się dzieje poza wami, nie pozo­staje bez wpływu na was.

- A co się dzieje? - pod­chwy­cił zaczep­nie dyrek­tor komer­cyjny.

- Tego dowiesz się wkrótce.

Mate­usz wpa­try­wał się w twarz męż­czy­zny, ale nie zna­lazł na niej żad­nej wska­zówki. Pre­zes wstał, splótł dło­nie za ple­cami, prze­szedł wzdłuż szkla­nej ściany, za którą wid­niała War­szawa, ską­pana w słońcu. Odwró­cił się do Mate­usza.

- Nie dziwi cię mój nagły przy­jazd?

Mate­usz nie zare­ago­wał. Uznał, że cisza będzie naj­lep­szą demon­stra­cją jego siły. I spo­koju.

- Musimy razem posprzą­tać ten bała­gan. I albo będziesz ze mną, albo się poże­gnamy.

Mate­usz czuł przy­śpie­szone bicie serca. Wziął kilka głę­bo­kich wde­chów tak, żeby pre­zes tego nie zauwa­żył.

- Co na to reszta woj­ska? - pró­bo­wał dow­ci­pem roz­ła­do­wać gęst­nie­jącą atmos­ferę.

- Wasz dowódca opu­ścił sze­regi. - Anglik zawie­sił głos, żeby spraw­dzić, czy infor­ma­cja robi wra­że­nie na Mate­uszu.

Ten ani drgnął.

- A tych dwóch, co wła­śnie wyszli? - dopy­tał po chwili.

- Daj spo­kój. - Pre­zes mach­nął ręką z lek­ce­wa­że­niem. - Zro­bią wszystko, co im każę. Chcą tylko prze­trwać.

Mate­usz czuł, że robi mu się gorąco. To nie mógł być efekt wczo­raj­szego wina. Już dawno zdą­żył je prze­tra­wić. A może nie? Może jego sta­rze­jący się orga­nizm nie meta­bo­li­zuje już tak szybko alko­holu? Tak, natura była nie­ubła­gana, coraz gorzej zno­sił mocne trunki. Dla­tego trzy­mał się z daleka od wódki i łyska­cza.

Pre­zes zaszedł go od tyłu i nachy­lił się nad nim.

- Ocze­kuję dużego cię­cia kosz­tów. Czyli nowej stra­te­gii. Miej­sce tej jest w śmie­ciach. - Wziął oba wydruki pre­zen­ta­cji, pod­szedł w róg sali, sta­nął obok kosza, pod­niósł wypro­sto­waną rękę wysoko nad nim i z uśmie­chem upu­ścił booklety.

- Naj­więk­szą pozy­cją kosz­tową są inwe­sty­cje w nowe rynki z dużym poten­cja­łem. Odpusz­czamy je? - son­do­wał Mate­usz i uda­wał obo­jęt­ność na wszystko, co mówił i robił jego prze­ło­żony.

- Dobrze kom­bi­nu­jesz.

- Drugą naj­więk­szą są ludzie - dodał.

- Jesz­cze lepiej kom­bi­nu­jesz. - Pre­zes ucie­szył się i kla­snął dłońmi.

- Ludzi nie odpusz­czę - odparł Mate­usz i wbił wzrok w twarz Anglika.

- Nie musisz. Zrobi to per­so­nalny.

- Budo­wa­łem ten zespół latami. To naj­lepsi ludzie na rynku. Jeśli ich stra­cimy, to...

- To co? Przyjdą nowi na czas kolej­nego wzro­stu.

- Nie zga­dzam się.

- Powtó­rzę jesz­cze raz. Nie musisz. Nikt nie jest nie­za­stą­piony. Nawet ty.

- Nie cho­dzi o mnie. Cho­dzi o nich. To żywi ludzie, a nie zasób.

- Oj! Roman­tyk z cie­bie, widzę. Jak się ma mięk­kie serce, to trzeba mieć twardą dupę. Mam nadzieję, że jesteś tego świa­domy?

Mate­usz prze­śli­zgnął się wzro­kiem po bla­cie stołu. Czuł, że musi zna­leźć lep­sze argu­menty. Za bar­dzo poszedł w emo­cje, za mało - w chłodną kal­ku­la­cję. To nie dzia­łało na pre­zesa.

Angol pod­szedł do niego i przy­siadł na krze­śle obok. Spoj­rzał z tro­ską na pod­wład­nego.

- Widzę, że nie jesteś w naj­lep­szej for­mie, ani emo­cjo­nal­nej, ani inte­lek­tu­al­nej. Kładę to na karb pro­ble­mów oso­bi­stych. Sły­sza­łem o two­jej mamie.

Żaden mię­sień nie drgnął na twa­rzy Mate­usza. Tylko oczy zdra­dzały nie­po­kój i zaże­no­wa­nie.

- Ogar­nij się, chło­pie. Odstaw alko­hol, przy­naj­mniej w pracy. Jedzie od cie­bie na kilo­metr.

Mate­usz spu­ścił wzrok.

- Znajdź jakąś panią, co ci dom i skar­petki ogar­nie - par­sk­nął.

Mate­usz zaci­snął szczękę i skrzy­żo­wał stopy.

- Masz mie­siąc na zbu­do­wa­nie nowej stra­te­gii na przy­szły rok. I na rewi­zję tego­rocz­nej. Tniemy wszyst­kie koszty, które jesz­cze są do ucię­cia.

- Skąd ten pośpiech? - Mate­usz odzy­ski­wał rezon.

- Przej­mują nas. Musimy zara­por­to­wać dobry wynik finan­sowy.

Wyspę asy­sten­tek dyrek­tor komer­cyjny minął, wypro­sto­wany i napięty jak struna, bez uśmie­chu na twa­rzy. Nawet nie spoj­rzał w stronę dziew­czyn. Odpro­wa­dziły go wzro­kiem, aż zamknął za sobą drzwi gabi­netu.

Ania wstała od biurka, pogła­dziła dłońmi bio­dra, opięte cia­sną spód­nicą, wychy­liła szklankę z resztką wody i ruszyła w kie­runku drzwi, za któ­rymi znik­nął Mate­usz. Kole­żanki patrzyły na nią w mil­cze­niu, gdy się odda­lała.

- Ustaw spo­tka­nie z całym zespo­łem na dwu­na­stą - wypa­lił, zanim zdą­żyła cokol­wiek powie­dzieć.

- Jerzego dziś nie ma. Jakieś przed­sta­wie­nie w przed­szkolu.

- Gówno mnie to obcho­dzi. Ma być.

- Jak poszło? - zagad­nęła lek­kim tonem.

- Zna­ko­mi­cie! Twój spe­cy­fik posta­wił mnie na nogi. Zrób mi jesz­cze raz dobrze, pro­szę. - Uśmiech­nął się zawa­diacko.

Ania odpo­wie­działa gry­ma­sem i wyszła z gabi­netu.

Mate­usz otwo­rzył lap­top i odpa­lił arkusz kal­ku­la­cyjny z esty­ma­cjami na bie­żący i przy­szły rok. Przej­rzał wyni­kowe cyfry, pokrę­cił głową i scho­wał twarz w dło­niach.

- Drink ener­ge­ty­zu­jący, wer­sja przed­po­łu­dniowa. - Ania posta­wiła na biurku szklankę z zie­loną zawar­to­ścią.

- Chcesz wlać we mnie nadzieję? Za późno, kocha­nie. Teraz potrze­buję zwięk­szyć moc obli­cze­niową mojej mózgow­nicy.

Mate­usz podejrz­li­wie pową­chał zie­loną ciecz, a potem wolno upił łyk. Tym razem nic nie dra­pało go w gar­dle. Gęsty, słodko-mdły miąższ miło sma­ro­wał prze­łyk. Lubił te wita­mi­nowe śnia­da­nia w pły­nie.

- O! To jakieś nie­do­pa­trze­nie, słonko. Zapo­mnia­łaś o wsa­dzie. - Puścił oko do asy­stentki, pogro­ził jej pal­cem i oddał pustą szklankę.

Wra­cał mu dobry humor. Gra dopiero się zaczy­nała.

Ania wyszła bez słowa. Gdy sia­dła przy swoim biurku na wyspie, inne asy­stentki zasy­pały ją pyta­niami. Wzru­szyła tylko ramio­nami i zaczęła obdzwa­niać ludzi Mate­usza.

Jak wszyst­kie spo­tka­nia pro­wa­dzone przez dyrek­tora komer­cyj­nego dla zespołu pod­le­głych mu dyrek­to­rów, rów­nież i to przy­po­mi­nało w pierw­szej czę­ści burzę mózgów, a w dru­giej - wspólne szu­ka­nie roz­wią­zań i kon­stru­owa­nie planu.

- Aniu, przy­po­mnij nam, co już mamy na liście następ­nych kro­ków? - zwró­cił się Mate­usz do asy­stentki.

- Rene­go­cja­cje warun­ków umów z agen­cjami, Tomek, do trzy­na­stego maja. Usta­wie­nie nowych tar­ge­tów dla dys­try­bu­to­rów, Maciek, do pięt­na­stego maja. Nowe, tanie rynki do pozy­ska­nia, Rafał, do sie­dem­na­stego maja.

- Nie zapo­mnie­li­ście o czymś? - burk­nął Jerzy, na­dal zły, że ścią­gnięto go z przed­szkol­nej imprezy synka.

Wszy­scy spoj­rzeli na niego wycze­ku­jąco.

- Mie­li­śmy ciąć koszty, a nie pod­krę­cać sprze­daż - z wyrzu­tem przy­po­mniał.

- Ucie­kamy do przodu. To jedyna sen­sowna tak­tyka - wyja­śnił Mate­usz.

- Ale nie tego ocze­kuje pre­zes! - Jerzy nie dawał za wygraną.

- Pre­zes chce, aby mu się liczby zga­dzały. Nasze w tym głowy, żeby tak się stało. - Mate­usz uśmiech­nął się i rozej­rzał po obec­nych.

- Mary­siu, przy­nieś nam kilka bute­lek wody, nową kawę i coś słod­kiego. - Ania wstała i krzyk­nęła przez uchy­lone drzwi do kole­żanki z wyspy.

- Nie robimy prze­rwy - oschle zazna­czył Mate­usz, gdy zauwa­żył, że towa­rzy­stwo naj­chęt­niej roze­szłoby się podzwo­nić, opróż­nić pęche­rze i spraw­dzić naj­now­sze wia­do­mo­ści na fejs­buku i twit­te­rze. - Do listy next steps dopisz, Aniu, zada­nie dla Jerzego. Pomy­sły na oszczęd­no­ści, które nie zabu­rzą roz­woju RedCo, do pięt­na­stego maja.

Jerzy sie­dział, nabur­mu­szony, i całym sobą poka­zy­wał, że dystan­suje się od tego, co dzieje się na spo­tka­niu.

Mate­usz, zafra­so­wany, kilka razy prze­szedł salkę tam i z powro­tem. Jego nastrój udzie­lił się dyrek­to­rom. Nikt się nie ode­zwał. Nawet ekrany smart­fo­nów wyga­sły.

- Dobra. Dodat­kowo Jerzy opra­cuje plan B, na wypa­dek gdyby plan A, czyli orga­niczny roz­wój i racjo­na­li­za­cja kosz­tów, nie wypa­lił - zde­cy­do­wał Mate­usz.

- Ty wiesz, ile to jest roboty? - żach­nął się Jerzy.

- Wiem.

- Nie znam zało­żeń.

- Znasz. Są bar­dzo ogólne. Mak­sy­malna reduk­cja kosz­tów przy mini­mal­nej dba­ło­ści o przy­szłość firmy.

- To może ozna­czać wszystko! Nawet likwi­da­cję sta­no­wisk.

- Bingo! Przy­po­mi­nam, że naj­więk­szy koszt oso­bowy dla firmy gene­rują wasze i moje pen­sje, bonusy, samo­chody i dodat­kowe bene­fity.

Jęk dobiegł z głębi sali. W pomiesz­cze­niu zapa­dła cisza.

- Plan B nie­uchron­nie pociąga za sobą plan C dla nas wszyst­kich. Czyli szu­ka­nie nowej pracy. Roz­sądź­cie w swo­ich sumie­niach, co wybie­ra­cie, i do roboty - pod­su­mo­wał Mate­usz.

* * *

Week­end majowy to powinna być wielka radość. Doroczne święto ciężko pra­cu­ją­cych lemin­gów i pre­ka­riu­szy. W tym roku wystar­czyło wziąć jeden dzień urlopu, żeby zali­czyć pięć dni resetu w pięk­nych oko­licz­no­ściach przy­rody. Pły­wa­jąc, sur­fu­jąc, wspi­na­jąc się na via fer­ra­tach albo szu­su­jąc po lodowcu na zakoń­cze­nie sezonu.

Co ją pod­ku­siło, żeby zabrać się do wio­sen­nych porząd­ków aku­rat teraz i niczego przy­jem­nego nie zapla­no­wać na długi week­end, z któ­rego wszy­scy będą słać fotki na fejs­buka? Całe szczę­ście, że ni­gdy nie ogar­nęła Insta­grama. Tam to dopiero roz­kwit­nie tar­go­wi­sko próż­no­ści.

Jedno jest pewne. Jeśli chce prze­trwać te pięć dni w jako takiej kon­dy­cji psy­chicz­nej, musi zało­żyć pię­cio­dniową blo­kadę fejsa w ajfo­nie. Ina­czej nie da rady.

Wła­ści­wie, to może i dobrze, że nic nie zor­ga­ni­zo­wała. Byłaby tylko kulą u nogi dla innych. Ledwo się wdra­pała z zaku­pami na dru­gie pię­tro. Zadyszka jak u eme­rytki. Całe ciało zlane potem. Niby nic dziw­nego, upały docho­dziły już do trzy­dzie­stu stopni, choć do lata jesz­cze daleko. Ale ni­gdy wcze­śniej nie zno­siła aż tak źle wyso­kich tem­pe­ra­tur i duchoty.

Sery, jogurty, masło i pie­rogi wylą­do­wały na pół­kach prze­past­nej lodówki. Mie­szanki warzywne i polę­dwiczki z indyka w zamra­żarce. Pomi­dory, ogórki, papryka, cebula, czo­snek, imbir, puszki z tuń­czy­kiem i oliwa w wikli­no­wym koszu. Jabłka, poma­rań­cze, cytryny i banany na pate­rach. Jesz­cze cie­płe, chru­piące cia­batty z tru­dem zmie­ściły się w chle­baku. Dobre zapasy to pod­stawa. Ważne, żeby zawsze mieć pod ręką wszystko, czego można potrze­bo­wać. Zwłasz­cza przed sekwen­cją świąt pań­stwo­wych. Poli­czyła butelki wody mine­ral­nej w schowku mię­dzy przed­po­ko­jem a łazienką. Powinny star­czyć do końca week­endu.

Kinga wierz­chem dłoni starła pot z czoła. Spoj­rzała w lustro nad umy­walką. Szkliła się cała jej twarz. Dziwne. Ni­gdy tak się nie pociła. Pod pachami i na ple­cach - tak, ale nie na czole, nosie, policz­kach i szyi. Chyba że bie­gła albo szybko się wspi­nała. Inten­sywny wysi­łek, wyso­kie tętno, dług tle­nowy, wia­domo. Zawsze wtedy wyglą­dała, jakby wyszła spod prysz­nica.

Ale teraz nie robiła niczego eks­tre­mal­nego. Chyba że przed pięć­dzie­siątką wydol­ność dra­ma­tycz­nie spada i zdo­by­cie dru­giego pię­tra staje się powo­dem do dumy. Tylko dla­czego tak nagle? Jesz­cze mie­siąc temu bie­gała, ćwi­czyła, impre­zo­wała. Bez żad­nej zadyszki i żad­nych sen­sa­cji ze strony orga­ni­zmu.

Kątem oka zoba­czyła połą­cze­nie przy­cho­dzące na ekra­nie tele­fonu, leżą­cego na stole. Znów zapo­mniała włą­czyć dźwięk. Albo raczej nie chciała. Dość już miała tych wszyst­kich bodź­ców ata­ku­ją­cych z każ­dej strony. Krzy­ków, trą­bie­nia, szumu tocze­nia się tram­waju po szy­nach, hałasu otwie­ra­nych drzwi na przy­stanku tuż pod jej oknami, sygna­łów ostrze­gaw­czych nad­jeż­dża­ją­cego i odjeż­dża­ją­cego metra, syren kare­tek i wozów poli­cyj­nych. Mogłaby tak wyli­czać bez końca.

Nie­na­wi­dziła mia­sta.

Od zawsze.

Gdy miała jakieś sie­dem albo osiem lat, zapy­tała tatę na spa­ce­rze, jakiego koloru jest świat. Stali wła­śnie na skrzy­żo­wa­niu i cze­kali na zie­lone świa­tło, żeby wejść na przej­ście dla pie­szych. Ojciec uśmiech­nął się i odpo­wie­dział: "Świat jest wie­lo­barwny, ma różne kolory, jak tęcza". Rozej­rzała się, zdzi­wiona. Wokół sie­bie widziała tylko sza­ro­bure bloki, czarne słupy ulicz­nych lamp, ciem­no­szary asfalt, jasno­szary chod­nik.

Świat wyda­wał jej się wtedy doj­mu­jąco brudny i bez­barwny. Szary. Dokład­nie tak jak dziś.

Uchy­liła okno. Poczuła smród spa­lin samo­cho­dów, cze­ka­ją­cych na zmianę świa­teł, i papie­ro­sów, kop­co­nych przez sąsia­dów na bal­ko­nie pod jej miesz­ka­niem. Po wycieczce na targ oczy pie­kły jesz­cze od kurzu i pyłu, pod­bi­ja­nych nad jezd­nią i chod­ni­kiem przez mknące pojazdy. Słońce pra­żyło. Oto wio­sna w peł­nym roz­kwi­cie w miej­skim wyda­niu.

Dla­czego nie wyje­chała? Zwa­riuje w tej zaku­rzo­nej, dusz­nej i hała­śli­wej War­sza­wie.

Ach, tele­fon! Zapo­mniała. Spoj­rzała na wyświe­tlacz. Ewa dzwo­niła. Pew­nie znów potrze­bo­wała podzie­lić się swoim zachwy­tem nad osią­gnię­ciami jede­na­sto­let­niego syna we wsa­dza­niu piłki w bramkę albo ośmio­let­niej córki w sztuce maki­jażu. Nie, nie miała na to siły. Zamknęła okna. Zasło­niła żalu­zje.

Obu­dziła się dopiero w środku nocy. To miała być tylko krótka popo­łu­dniowa drzemka dla szyb­kiej rege­ne­ra­cji sił. Ale orga­nizm zde­cy­do­wał ina­czej. Otwo­rzyła okna, żeby wpu­ścić nocny chłód.

Gorące powie­trze buch­nęło jej w twarz. Beto­nowo-asfal­towa patel­nia nie zdą­żyła się jesz­cze wychło­dzić, na razie na­dal odda­wała cie­pło.

Kinga wró­ciła do łóżka. Prze­je­chała dło­nią po prze­ście­ra­dle. Było mokre. Poszwa koł­dry - też. Wil­goć prze­do­stała się nawet do wypeł­nie­nia poduszki i przy­kry­cia. I mate­raca pod prze­ście­ra­dłem. Nie, to nie było nor­malne. Żaden upał tego nie uza­sad­niał.

Wypiła pół butelki wody. Wsu­nęła się pod koł­drę. Za gorąco. Zrzu­ciła z sie­bie nie­po­trzebny cię­żar. Wes­tchnęła. Prze­leży tak pew­nie bez snu kilka godzin. Do rana.

Się sypie. Po pro­stu się sypie. Przy­szedł na nią czas.

Tak to już jest, gdy ktoś mania­kal­nie buduje na czymś swoją toż­sa­mość i kur­czowo się jej trzyma. I panicz­nie boi się ją utra­cić. Los lubi dawać ludziom takim jak ona prztyczka w nos. Wytrą­cać ze strefy mozol­nie budo­wa­nego kom­fortu.

Czego bała się naj­bar­dziej? Sła­bo­ści. Uza­leż­nie­nia od innych. Koniecz­no­ści pro­sze­nia o pomoc.

Naj­przy­jem­niej było poma­gać innym. Być sil­nym. Nie­za­leż­nym. Zdro­wym. Takim, co to góry potrafi prze­no­sić. Gdy tylko zaj­dzie taka potrzeba. Albo gdy ktoś zawoła: Ratunku!

Miała dwie ksywki. Spinka. I Siłaczka. Cią­gle w napię­ciu. Cią­gle w pogo­to­wiu. Żeby nic się nie posy­pało. Żeby wszy­scy byli zado­wo­leni. Żeby wszystko było zaspo­ko­jone, zaopie­ko­wane i per­fek­cyj­nie wyko­nane. Prze­wi­dziane i zgodne z pla­nem. Bez nie­pro­szo­nych nie­spo­dzia­nek i nie­przy­jem­nych zasko­czeń.

Aż w końcu orga­nizm powie­dział "Dość!". Zaczęło się od pro­ble­mów z bar­kiem rok temu. Miała wtedy epi­zod pracy redak­tor­skiej po kil­ka­na­ście godzin dzien­nie przez kilka mie­sięcy. W stre­sie i na czas. Od jej uważ­no­ści i przy­tom­no­ści zale­żało, czy wie­lo­krot­nie zmie­niane sce­na­riu­sze odcin­ków serialu dla gospo­dyń domo­wych dotrą w odpo­wied­niej wer­sji do kie­row­nika pro­duk­cji, reży­sera i reszty ekipy. Naj­mniej­sza zmiana, na przy­kład imie­nia jed­nego z wielu boha­te­rów, wyma­gała popra­wie­nia i uspój­nie­nia we wszyst­kich odcin­kach sezonu. Każde ogar­nię­cie cha­osu było tylko chwi­lowe, bo zmiany rodziły się jak grzyby po desz­czu, aż do momentu nagra­nia scen.

Pod­pa­try­wa­nie pro­duk­cji dużego serialu było nawet cie­kawe i Kinga pew­nie wytrwa­łaby w komer­cyj­nej tele­wi­zji dłu­żej. Gdyby nie mocno zabu­rzona, obse­syj­nie kom­pul­sywna pro­du­centka, która trzy­mała wszyst­kich w gar­ści i zmu­szała do cho­dze­nia na pasku. Na jej widok nawet szpa­ko­waci faceci z dużym dorob­kiem twór­czym zali­czali stany lękowe. No i gdyby nie ten bark, który naj­pierw tylko pobo­le­wał pod­czas mor­der­czej pracy przy kom­pu­te­rze. Aż w końcu stra­cił pełną rucho­mość.

Dostać kon­tu­zji pod­czas wkle­py­wa­nia liter i cyfr... Nie na sur­fie, nie na nar­tach, nie na skal­nej ścia­nie.

Na krze­śle przy biurku.

Cóż za chi­chot losu.

Prze­wró­ciła się na drugi bok, bo ramię znowu zaczęło doskwie­rać. Dawało o sobie znać już nie tylko na sku­tek dłuż­szych sesji wale­nia w kla­wia­turę. Bolało samo z sie­bie. Nawet w nocy.

Jutro pój­dzie w końcu do tej kli­niki orto­pe­dycz­nej, w któ­rej leczy się śmie­tanka pol­skich bie­ga­czy, nar­cia­rzy i pły­wa­ków. Tak, zadba wresz­cie o sie­bie. Skoro pra­cu­ją­cym tam orto­pe­dom i reha­bi­li­tan­tom zaufali zawo­dowi spor­towcy, to ona też by mogła. Może jesz­cze zdążą ją zba­dać przed dłu­gim week­en­dem. Może zalecą jakieś ćwi­cze­nia na week­end. Może...

Ostry dźwięk tele­fonu wyrwał Kingę ze snu, w który zapa­dła dopiero po wscho­dzie słońca.

- Wiem, że dziś masz home office, więc nie poga­damy w biu­rze. Zamiast pisać ela­bo­raty, powiem ci, o co cho­dzi, dobra? - Głos szefa przy­wo­łał ją do rze­czy­wi­sto­ści.

Kinga odsu­nęła od sie­bie tele­fon i poszu­kała wzro­kiem godziny na wyświe­tla­czu. Siódma trzy­dzie­ści! Osza­lał? I po jakiego grzyba włą­czyła dźwięk w tele­fonie?

- Wiem, że jest wcze­śnie, ale ty prze­cież wcze­śnie wsta­jesz. No i póź­niej mogę nie mieć czasu na roz­mowę. Wiesz, rodzina, długi week­end, wiele godzin za kół­kiem.

Kinga przy­mknęła oczy.

- Jak tam twoje obcią­że­nie? Bo potrze­buję pomocy. Nie wyro­bię się z tek­stem Bobrow­skiego. Za dwa tygo­dnie musi iść do korekty. - Prze­rwał sło­wo­tok, żeby nabrać powie­trza. - Dzie­ciaki nie pozwolą mi pra­co­wać na wyjeź­dzie - dodał po chwili.

- Słusz­nie - pochwa­liła Kinga.

- To jak? Dasz radę?

- Jasne. Mnie nikt nie prze­szko­dzi w pracy - stwier­dziła z prze­ką­sem.

- Super! Gotowy tekst ślij od razu do mnie. Nie martw się, że jest wolne. Wie­czo­rami będę spraw­dzał mejle. Jak już dzie­ciaki zasną.

Przy­po­mniała jej się odwieczna zasada. Jeśli nie zor­ga­ni­zu­jesz sobie czasu wol­nego, to inni zro­bią to za cie­bie. Naje­chała pal­cem na sym­bol czer­wo­nej słu­chawki na ekra­nie. Odło­żyła tele­fon. Rozej­rzała się po pokoju. Nad­miar rze­czy wypeł­zał z szaf i szu­flad. Książki nie mie­ściły się na pół­kach. Uło­żone na pod­ło­dze w wyso­kie stosy, tylko cze­kały, żeby się roz­sy­pać. Doku­menty, arty­kuły, rachunki i wszel­kiego rodzaju wydruki walały się na para­pe­cie i sto­liku. Pro­siły o pose­gre­go­wa­nie lub wyrzu­ce­nie. Sterty zimo­wych ciu­chów zsu­wały się z dwóch foteli. Cie­płe buty, ciśnięte w kąt, naj­mniej zagra­cały prze­strzeń.

Wes­tchnęła i pokrę­ciła głową. Jej boha­ter­ska decy­zja o spę­dze­niu dłu­giego week­endu w War­sza­wie miała poskut­ko­wać upo­rząd­ko­wa­niem prze­strzeni. A w efek­cie - życia. Skoń­czy się jed­nak jak zwy­kle. Na robie­niu dobrze innym. Żeby to ci inni mieli fajne życie. I świet­nie się bawili.

Dla­czego nie odmó­wiła? Dla­czego nie skła­mała, że też wyjeż­dża?

Nie może. Nie może nikogo zawieść. Nie może stra­cić pracy. Musi upew­niać wszyst­kich wokół, że jest cen­nym zaso­bem. Żeby w końcu uwie­rzyli. Żeby ona sama uwie­rzyła.

Scho­wała twarz w dło­niach.

* * *

- Ma pani szczę­ście. Dziś nasi pacjenci już myślą o dłu­gim week­en­dzie. Wła­śnie zwol­nił się ter­min na USG do dok­tora Świer­czyń­skiego. Na czter­na­stą. A o szes­na­stej dok­tor Kło­po­tek mógłby przy­jąć panią na kon­sul­ta­cję. Jeśli nie dziś, to naj­bliż­sze ter­miny są dopiero za mie­siąc.

- Takiemu szczę­ściu nie mówi się "nie". - Kinga uśmiech­nęła się do recep­cjo­nistki. - Biorę obie wizyty.

Poranne pobieżne prze­glą­da­nie tek­stu Bobrow­skiego uświa­do­miło Kin­dze, dla­czego Buła tak chęt­nie się go pozbył. Praca u pod­staw. Prze­ra­bia­nie wszyst­kiego. To ją czeka przez pięć dłu­gich upal­nych dni w dusz­nym miesz­ka­niu z wystawą połu­dniową.

Czym prę­dzej pobie­gła więc do kli­niki orto­pe­dycz­nej dwie ulice dalej, żeby wresz­cie zapi­sać się na bada­nia i kon­sul­ta­cję, zła na sie­bie, że dopiero teraz. Rzadko się zda­rza mieć tak dobry ośro­dek medyczny pod nosem. Ale zawsze było coś waż­niej­szego. Praca. Potrzeby innych. Naglące ter­miny.

Dok­tor Świer­czyń­ski jeź­dził gło­wicą USG po barku Kingi i co chwilę kli­kał w kla­wia­turę. Zapi­sy­wał zdję­cia stawu, wię­za­deł, przy­cze­pów mię­śni. Minę miał przy tym nie­tęgą.

- Niech pani tego nie czyta, tylko idzie z tym od razu do dok­tora Kło­potka - poin­stru­ował Kingę i wrę­czył jej wydruki zdjęć z opi­sem bada­nia.

- Aż tak źle? - dopy­tała.

- Źle to się pani zrobi od tych wszyst­kich nazw medycz­nych. I pro­szę już wię­cej nie guglo­wać.

W ocze­ki­wa­niu na kolejną wizytę Kinga pró­bo­wała roz­ko­do­wać zna­cze­nia sfor­mu­ło­wań w opi­sie bada­nia USG. Ścię­gno mię­śnia pod­ło­pat­ko­wego z wyraźną nad­żerką kostną. Ścię­gno mię­śnia nad­grze­bie­nio­wego z widoczną bli­zną. Enteza w oko­licy uszko­dze­nia. Zaostrze­nia oste­ofi­tyczne w sta­wie bar­kowo-oboj­czy­ko­wym. Dok­tor Google bez lito­ści obna­żał tra­giczny stan lewego barku Kingi.

- Zapra­szam panią. - Kilka minut po szes­na­stej dok­tor Kło­po­tek wyszedł z gabi­netu do pocze­kalni, uśmiech­nął się sze­roko i wycią­gnął do niej dłoń.

Kinga w pośpie­chu scho­wała smart­fon, a wydruk bada­nia wrę­czyła leka­rzowi.

- Jak wypadł rese­arch? - zagad­nął.

- Strasz­nie - wes­tchnęła.

- A dok­tor Świer­czyń­ski nie zabra­niał czy­tać dia­gnozy?

- Nie tak łatwo mnie znie­chę­cić - przy­znała.

- Pro­szę się roze­brać i nie mar­twić.

Kinga posłusz­nie ścią­gnęła z sie­bie wszystko oprócz bie­li­zny i pil­nie wyko­ny­wała pole­ce­nia leka­rza. Kazał jej pod­no­sić ramiona w górę, w bok, a potem sta­wiać opór jego dło­niom. Spraw­dził siłę i stan roz­cią­gnię­cia wszyst­kich waż­niej­szych grup mię­śnio­wych. Wytłu­ma­czył, że pro­blem barku nie musi brać się z samego barku.

- No ja nie wiem, co dok­tor Świer­czyń­ski tu wysma­ro­wał - stwier­dził, wpa­trzony w wydruki. - Ani na zdję­ciach, ani w zakre­sie pani ruchów nie widać żad­nego dra­matu.

- Ale nie mogę prze­cież pod­nieść ręki, o, tak, w takim zgię­ciu. O, pro­szę zoba­czyć. - Kinga zade­mon­stro­wała.

- Ale potra­fiła pani, gdy odwró­ci­łem pani uwagę.

- Jak to?

- Pod­świa­do­mie broni się pani przed bólem. A ból wynika nie z żad­nego uszko­dze­nia, tylko z przy­kur­czów, ze złej postawy i z roz­cią­gnię­cia mię­śni grzbie­to­wych.

- Nie będziemy nic inwa­zyj­nie robić? Żad­nej ope­ra­cji?

- Jedyną inwa­zyjną ope­ra­cją będą masaże powię­ziowe i ćwi­cze­nia pod okiem reha­bi­li­tantki. Wzmac­nia­jące i roz­cią­ga­jące.

- Reha­bi­li­tantki?

- A co? Wola­łaby pani reha­bi­li­tanta? - zażar­to­wał orto­peda. - Pro­szę się zapi­sać do Irminy. Ona spe­cja­li­zuje się w napię­ciach w ciele, które biorą się z głowy i wie­lo­go­dzin­nego sie­dze­nia przed kom­pu­te­rem.

- To wszystko?

- Pro­szę mi jesz­cze powie­dzieć, czy cho­ruje pani prze­wle­kle albo leczy się na coś.

- W zasa­dzie to nie, ale ostat­nio...

Lekarz spoj­rzał na Kingę wycze­ku­jąco.

- Mam wra­że­nie, że orga­nizm nagle zaczął mi się sypać.

Orto­peda uśmiech­nął się dobro­dusz­nie, bo spo­dzie­wał się zna­nych mu dobrze uty­ski­wań pacjen­tów po czter­dzie­stce.

- Ze stale bra­nych leków mogę wymie­nić tylko anty­kon­cep­cyjne środki hor­mo­nalne. Dwa­dzie­ścia lat temu zaczę­łam je sto­so­wać, bo gine­ko­log mnie namó­wił. Miały zli­kwi­do­wać silne bóle mie­siącz­kowe. I tak bra­łam je przez pra­wie ćwierć wieku. Bo to bar­dzo wygodne.

Dok­tor Kło­po­tek uniósł brwi w ocze­ki­wa­niu na wnio­ski z tej histo­rii.

- Ale w końcu uzna­łam, że może już wystar­czy. Tak naprawdę to nie mia­łam czasu na obo­wiąz­kową cyto­lo­gię i bada­nie gine­ko­lo­giczne, bez któ­rych lekarz nie prze­pi­sze kolej­nych opa­ko­wań. I sama prze­sta­łam brać hor­mony, jak tylko zapasy mi się skoń­czyły.

- I? - pona­glił orto­peda.

- Przez mie­siąc po odsta­wie­niu pigu­łek czu­łam się świet­nie, bie­ga­łam po lasach, sza­la­łam na impre­zach inte­gra­cyj­nych do rana, ener­gia mnie roz­pie­rała. Ale kilka tygo­dni temu zaczął się kosz­mar.

- To zna­czy? - W gło­sie leka­rza poja­wiło się zacie­ka­wie­nie.

- Non stop się pocę. W dzień, w nocy. Budzę się, zlana potem. Serce wali mi jak opę­tane przy byle wysiłku lub gdy nagle się zde­ner­wuję. Bra­kuje mi tchu. Mam stany lękowe. Wszyst­kiego się boję. Cią­gle chce mi się pła­kać. Boję się, że sama wywo­ła­łam sobie przed­wcze­sną meno­pauzę.

- Przed­wcze­sną? Nie sądzę.

Kinga spoj­rzała na leka­rza z wyrzu­tem.

- Jest pani w wieku oko­ło­me­no­pau­zal­nym. Poje­chała pani po ban­dzie, odsta­wia­jąc hor­mony bez kon­sul­ta­cji z gine­ko­lo­giem. Trzeba jak naj­szyb­ciej iść do dobrego endo­kry­no­loga, który ustali pani pro­fil hor­mo­nalny i prze­pi­sze odpo­wiedni HTZ.

- Dopiero uwol­ni­łam się od hor­mo­nów anty­kon­cep­cyj­nych i mam prze­cho­dzić na hor­mo­nalną tera­pię zastęp­czą? Nie za wcze­śnie?

- A chce pani utrzy­mać swój tonus mię­śniowy i dobry stan kości? Szkoda to stra­cić. Nie wygląda pani na swoje lata. Widać, że całe życie upra­wiała pani sport. To baza, o którą warto zadbać.

- Ja? Mam wra­że­nie, że jestem stara, otłusz­czona i zwiot­czała.

Orto­peda wybuch­nął śmie­chem.

- Gdyby widziała pani, w jakim sta­nie przy­cho­dzą do mnie pacjenci w pani wieku, to zmie­ni­łaby pani zda­nie o sobie.

Kinga uśmiech­nęła się nie­śmiało. Wiele razy sły­szała, że wygląda młodo, ale zupeł­nie co innego widziała w lustrze.

- Nie­stety, bez estro­genu, który pani orga­nizm prze­staje lub już prze­stał pro­du­ko­wać, szybko to pani straci. Grozi pani oste­opo­roza i szybka utrata masy mię­śnio­wej. Mimo ćwi­czeń. - Lekarz zawie­sił głos. - Pro­szę jak naj­szyb­ciej zadbać o HTZ i zapi­sać się na reno­wa­cję orga­nizmu do Irminy. I nie chcę tu pani wię­cej widzieć! - Dok­tor Kło­po­tek uśmiech­nął się sze­roko i podał Kin­dze dłoń na poże­gna­nie.

* * *

Mate­usz zre­du­ko­wał pal­cem war­tość wskaź­nika tempa na bieżni. Razem z gumową nawierzch­nią odje­chał na tył maszyny i zesko­czył z niej. Wytarł ręcz­ni­kiem spo­cone czoło.

- Masa­kra - rzu­cił do Łuka­sza, bie­gną­cego obok.

- Nie wymię­kaj tak szybko - odsap­nął Łukasz. - Zostało mi jesz­cze dwa­dzie­ścia minut.

- To się katuj. Ja idę na siłkę. - Mate­usz skie­ro­wał się do sali z wol­nymi cię­ża­rami.

Per­spek­tywa dłu­giego week­endu wymio­tła z War­szawy pra­wie wszyst­kich sta­łych bywal­ców moko­tow­skiego klubu fit­ness. Bli­skość Mor­doru, naj­więk­szego biz­ne­so­wego zagłę­bia w Pol­sce, spra­wiała, że w tygo­dniu trudno było tu zna­leźć sprzęt do ćwi­cze­nia. Można było za to zawie­sić oko na kolo­ro­wych, mar­ko­wych i sek­sow­nych kre­acjach ćwi­czą­cych. I powdy­chać zapa­chy dro­gich per­fum.

Mate­usz i Łukasz, chęt­niej niż kie­dyś, wybie­rali godziny poza szczy­tem. Obaj skry­cie uznali, że lepiej ustą­pić miej­sca mło­dym bycz­kom, napa­ko­wa­nym testo­ste­ro­nem, i odpu­ścić to tar­go­wi­sko próż­no­ści, w któ­rym ich szanse już jakiś czas temu dra­stycz­nie zma­lały. Ni­gdy o tym nie roz­ma­wiali. Tak się po pro­stu skła­dało, że w swo­ich gra­fi­kach znaj­do­wali czas na ćwi­cze­nia aku­rat wtedy, gdy mło­dzież wybie­rała inne roz­rywki lub pra­co­wała w swo­ich kubi­kach na open space'ach.

Po wyczer­pu­ją­cych tre­nin­gach oma­wiali w knajpce lub kawiarni inte­resy, które od kilku lat pro­wa­dzili razem. O pry­wat­nych biz­ne­sach przy­ja­ciół nie wie­dział żaden z ich pra­co­daw­ców. Ani o tym, że spo­ty­kali się prze­waż­nie w godzi­nach pracy, a czas spę­dzany poza biu­rem ozna­czali w kalen­da­rzach jako spo­tka­nie z klien­tem lub busi­ness lunch.

W sali prze­zna­czo­nej do ćwi­czeń siło­wych Mate­usz sta­nął naprze­ciw lustra sam. Szklana tafla roz­cią­gała się od pod­łogi do sufitu, od lewej ściany do pra­wej.

Naprę­żył mię­śnie klatki. Skrę­cił tułów. Napiął bicepsy i tri­cepsy. Zwró­cił się przo­dem do lustrza­nej prze­strzeni, a ramiona zło­żył przed sobą tak, jak robią to star­tu­jący w zawo­dach kul­tu­ry­stycz­nych. Uśmiech­nął się do swo­jego odbi­cia.

- Te, pięk­niś! Lepiej pod­rzuć jakiś cię­żar, zamiast paja­co­wać!

Mate­usz zauwa­żył postać Łuka­sza w głębi lustra, za sobą. Roz­luź­nił mię­śnie, spe­szony. Łukasz, roz­ba­wiony, pod­szedł bli­żej i pokle­pał kum­pla po karku.

- Trzeba sobie jakoś poma­so­wać ego po zdy­cha­niu na bieżni, co? Nie przej­muj się, poza mną nikt spadku two­jej formy nie zare­je­stro­wał.

- Weź się odpier­dol! - Mate­usz schy­lił się i wymie­rzył cios pię­ścią w brzuch Łuka­sza. Ten zgiął się wpół, zasło­nił oko­lice żołądka, opa­no­wał ból i zachi­cho­tał.

- Wyba­czam star­szemu kole­dze. Też mnie kie­dyś dopad­nie kry­zys wieku śred­niego - wyszcze­kał, dła­wiąc się ze śmie­chu.

- Kładź się na ławce. Zoba­czymy, ileś wart! - zako­men­de­ro­wał Mate­usz i ścią­gnął ze sta­tywu tale­rze.

* * *

Mimo upału i nie­chęci do reda­go­wa­nia tek­stu Bobrow­skiego Kinga roz­ło­żyła się z lap­to­pem na łóżku i popra­wiała zda­nie po zda­niu. Po trzech aka­pi­tach mor­dęgi się­gnęła po tele­fon.

- Naj­bliż­szy ter­min do gine­ko­loga jest dru­giego maja o dzie­sią­tej, a potem dopiero trzy­dzie­stego pierw­szego - wyszcze­bio­tała kon­sul­tantka z call cen­ter w Medi­Life.

Dobrze, że zre­zy­gno­wała z dłu­giego week­endu. Wresz­cie zadba o sie­bie. Odha­czy gine­ko­loga, na któ­rego nie zna­la­zła czasu przez ostatni rok. Weź­mie ten cho­lerny HTZ i wszystko wróci do normy. Zacznie reha­bi­li­ta­cję, bo Irmina też szczę­śli­wie ni­gdzie nie wyjeż­dżała. W długi week­end majowy odzy­ska swoje życie. Znów będzie silna i sprawna.

- Niech się pani cie­szy, że żyje.

Kinga słu­chała gine­ko­loga z coraz więk­szym prze­ra­że­niem.

- Tak agre­syw­nych hor­mo­nów nie wolno brać po czter­dzie­stce. Wła­ści­wie powinno się je odsta­wić już po trzy­dzie­stym pią­tym roku życia. Nie znam nikogo, kto brałby je przez dwa­dzie­ścia lat bez prze­rwy.

- To co się bie­rze po czter­dzie­stce?

- Hor­mony natu­ralne.

- A te, które bra­łam? Co jest w nich złego?

- Mogła dostać pani zakrze­picy. To cud, że dziś roz­ma­wiamy.

- Dla­czego gine­ko­lo­dzy przez lata mi je prze­pi­sy­wali?

- Czymś trzeba zaro­bić na waka­cje pod pal­mami.

W gabi­ne­cie zale­gła cisza.

- I co teraz? - Kinga czuła się bez­radna.

- Mam nadzieję, że nie chce pani recepty na kolejne opa­ko­wa­nia?

- Nie, ale podobno pomógłby mi HTZ.

- Po co pani HTZ?

- No, żeby się lepiej poczuć. I żeby nie mieć oste­opo­rozy. I żeby mię­śnie za szybko nie zwiot­czały - wyrzu­ciła na jed­nym wyde­chu.

- Pro­szę pani... Nie bie­rze się HTZ-u pro­fi­lak­tycz­nie. Jak nie chce pani oste­opo­rozy, to pro­szę ćwi­czyć. Kości i mię­śnie buduje się ćwi­cze­niami, a nie HTZ-em.

- Ale ja nie chcę szybko się zesta­rzeć.

- Cóż... Czasu pani nie zatrzyma. Pro­szę się z tym pogo­dzić.

- Ale dla­czego już teraz? W mojej rodzi­nie kobiety prze­cho­dziły meno­pauzę dopiero przed sześć­dzie­siątką.

- A skąd pani wie? Zna pani wszyst­kie kobiety ze swo­jej rodziny?

- Mama tak miała. Bab­cia, czyli mama mojej mamy, też.

- A mama taty?

- Nie wiem. Zmarła, gdy tata miał trzy lata.

- A widzi pani! I może ona mia­łaby meno­pauzę dużo wcze­śniej. Dzie­dzi­czy pani geny nie tylko po tych kobie­tach, które pani zna.

- Zała­muje mnie pan.

- Nie ma co się zała­my­wać i stan rze­czy wypie­rać. Trzeba go zaak­cep­to­wać. Praw­do­po­dob­nie już dawno prze­szła pani meno­pauzę bez­ob­ja­wowo, bo brała pani hor­mony anty­kon­cep­cyjne. Dostar­czyły one pani sztucz­nego estro­genu i zadzia­łały jak kla­syczny HTZ. Ewi­dent­nie jest już posprzą­tane. Finito! - Lekarz strze­lił pal­cami w powie­trzu, tuż przed nosem Kingi.

* * *

- Ty, weź mnie nie wkur­wiaj! Co to zna­czy, że nie masz kasy? - Mate­usz pod­niósł się z krze­sła i nachy­lił w kie­runku swo­jego roz­mówcy, sie­dzą­cego po prze­ciw­nej stro­nie sto­lika.

- Wylu­zuj. To tylko tak kiep­sko brzmi - pró­bo­wał uspo­koić go Łukasz. - Ludzie się patrzą.

- Co mnie obcho­dzą ludzie!

Nie wia­domo, skąd nagle poja­wił się kel­ner z pyta­niem, czy cze­goś im nie trzeba.

- Zaraz nas stąd wypro­szą - ostrzegł Łukasz.

- Nie mogłeś mi wcze­śniej powie­dzieć? Nie inwe­sto­wał­bym w kolejną par­tię.

- Nie wie­dzia­łem. Jagoda zło­żyła papiery roz­wo­dowe. Muszę się wyco­fać z biz­nesu.

Mate­usz szybko kal­ku­lo­wał, co to dla niego ozna­cza. Od sied­miu lat pro­wa­dził wła­sną dzia­łal­ność han­dlową na boku. Jego pra­co­dawca nic o tym nie wie­dział. W umo­wie miał zakaz nie tylko kon­ku­ren­cji, ale w ogóle podej­mo­wa­nia jakiej­kol­wiek dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej.

Do tej pory zabawa w roz­wi­ja­nie pry­wat­nej firmy była bar­dziej hobby niż poważ­nym zaję­ciem. Ale teraz, kiedy ważyły się jego losy w kor­po­ra­cji, dodat­kowe źró­dło przy­cho­dów zyski­wało zupeł­nie inny sta­tus w hie­rar­chii waż­no­ści. Do dzi­siej­szego popo­łu­dnia. Zanim dowie­dział się, że cała kasa, na którą liczył, wła­śnie poszła się kochać.

- W roz­li­cze­niu mogę dać ci piękny, zabyt­kowy budy­nek w górach.

- Co?

Łukasz otwarł apli­ka­cję ze zdję­ciami w tele­fo­nie.

- Tra­fiło mi się cudo. Kupi­łem poza ofi­cjal­nym prze­tar­giem. Za gro­sze. Wójt to mój kum­pel, jeste­śmy z tej samej wio­ski. - Pod­su­nął Mate­uszowi pod nos zdję­cie drew­nia­nego budynku.

- Co to ma być? To jakaś rudera do remontu!

- To stara szkoła w Rycer­skiej. Miej­sce kul­towe. Jej zdję­cia poja­wiają się w pra­wie każ­dym prze­wod­niku beskidz­kim.

Mate­usz zamarł, gdy usły­szał nazwę wsi. Łukasz uznał, że to sława szkoły zro­biła takie wra­że­nie na kum­plu.

- Co mi po jej popu­lar­no­ści? Jak ją spie­niężę? - jęk­nął z rezy­gna­cją Mate­usz.

- Bar­dzo pro­sto. Albo ją sprze­dasz za dobre pie­nią­dze, sama działka jest warta pra­wie tyle, ile jestem ci winien, albo zro­bisz tam luk­su­sowy pen­sjo­nat dla homo cor­po­ra­tu­sów. W week­end taki jak ten miał­byś pełne obło­że­nie.

- Widzisz mnie, jak zapie­przam przy jakiejś agro­tu­ry­styce?

- Zawsze możesz budy­nek wysta­wić na sprze­daż. Ja nie mogę, bo moja żona zaraz poło­ży­łaby na nim łapę. Na razie nic o nim nie wie. A o kasie, którą jestem ci winien, wie aż za dobrze. I to ona ją przy­blo­ko­wała.

Kilka godzin póź­niej Mate­usz i Łukasz upi­jali się w dobrej komi­ty­wie na Nowym Świe­cie. Dołą­czył do nich Jacek, z któ­rym Mate­usz znał się od pod­sta­wówki, a póź­niej stu­dio­wał na kra­kow­skiej Aka­de­mii Eko­no­micz­nej.

- Pano­wie, ja mam dość. Dla mnie nasz bar tour wła­śnie się koń­czy - wyse­ple­nił mocno wsta­wiony Łukasz.

- Miękka rurka jesteś. Goły i... - wypa­lił Mate­usz.

- Nie­we­soły - dokoń­czył Jacek. - Też był­byś smutny, gdyby ci żonka zaje­bała całą twoją kaskę - zwró­cił się do Mate­usza.

- Żeby tylko jego. Moją zaje­bała! - nakrę­cał się Mate­usz.

- Chło­paki, kocham was. - Łukasz wzru­szył się i przy­cią­gnął ich do sie­bie tak mocno, że Jacek o mało co się wywró­cił. - Obie­caj­cie, że będzie­cie mnie odwie­dzać w... w...

- W pier­dlu? - zasko­czył Mate­usz. - Spoko, nie zawia­do­mię pro­ku­ra­tury o tym prze­krę­cie ze starą szkołą.

- O czym? - nie zro­zu­miał Jacek.

- Nie, w domu. W jakiejś klitce, w któ­rej przyj­dzie mi miesz­kać. Jak już zostanę sam na świe­cie. Jak palec. I będę chory. I nikt mi nawet szklanki zim­nej her­baty nie poda - zakwi­lił Łukasz.

- Ty her­batę pijesz? Zimną? - zdzi­wił się Jacek.

- Lepiej mi powiedz, gdzie dokład­nie jest ta Rycer­ska! - żach­nął się Mate­usz. - Bo że w Beski­dach, to wiem - dodał zre­zy­gno­wany.

- Chodź. Poje­dziemy. Pokażę ci - zapa­lił się Łukasz i chwie­jąc się, wstał. - Czę­sto­chowa, Biel­sko, Żywiec i jeste­śmy na miej­scu. A jak tam pięk­nie - aż się roz­ma­rzył.

Chciał wyjść na ulicę, ale zarzu­ciło go na bok i runął na kanapę, która stała tuż przy wyso­kich, baro­wych stoł­kach. Głowa opa­dła mu na piersi. Po chwili spał.

- O co cho­dzi z tą szkołą? - zapy­tał Jacek i pokle­pał Łuka­sza po ramie­niu, ale ten nie reago­wał.

- Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. Inte­res życia. Jest do kupie­nia stara, zabyt­kowa, drew­niana szkoła. Perełka archi­tek­tury beskidz­kiej. - Mate­usz non­sza­lancko pod­su­nął ekran tele­fonu pod nos Jacka. - Sprze­dam ci ją znacz­nie poni­żej war­to­ści ryn­ko­wej, bo pil­nie potrze­buję gotówki na kolejne inwe­sty­cje.

- To? Tę roz­pa­da­jącą się sto­dołę?

Mate­usz, zre­zy­gno­wany, scho­wał tele­fon do kie­szeni.

- Widzisz? Tak mnie sukin­syn zała­twił.

- Ale że co? Sprze­dał ci tę budę? - nie zro­zu­miał Jacek.

- Gorzej. Pró­buje mi ją wci­snąć zamiast kasy, którą jest mi winien.

- Spoko wodza! Będziemy tam robić bibki, jak prze­staną nas wpusz­czać do war­szaw­skich klu­bów. Za jakiś czas nie będziemy tu paso­wać. - Jacek rozej­rzał się. - Już nie pasu­jemy.

- Niby dla­czego?

- Spójrz na nas. Siwy włos się sypie. Brzu­chy wyle­wają nam się zza pasków.

- Chyba tobie - syk­nął Mate­usz, wcią­gnął brzuch, wypchnął bio­dra do przodu i naprę­żył mię­śnie klatki.

- Uwa­żaj, bo ci żyłka pęk­nie. I karetkę trzeba będzie wzy­wać - szy­dził Jacek. - Czasu nie oszu­kasz. Wokół sama mło­dzież, która na nas już nie leci.

- To patrz - rzu­cił Mate­usz i odwró­cił się na pię­cie.

Pod­szedł do dwóch dziew­czyn, sto­ją­cych przy barze kilka metrów dalej. Uśmiech­nął się uwo­dząco i zagad­nął. Zawo­łał kel­nera. Kobiety przy­su­nęły się bli­żej. Blon­dynka zalot­nie odrzu­ciła dłu­gie włosy na plecy i odsło­niła szyję, bru­netka wpa­try­wała się z zain­te­re­so­wa­niem w Mate­usza.

Jacek nie sły­szał, o czym roz­ma­wiali. Kel­ner posta­wił cztery żółto-poma­rań­czowo-czer­wone drinki na ladzie. Do uszu Jacka dotarł per­li­sty śmiech obu dziew­czyn. Mate­usz poma­chał do niego i gestem dłoni zapro­sił, żeby do nich dołą­czył. Jacek wziął głę­boki wdech i ruszył przed sie­bie. Obie kobiety przy­glą­dały mu się, gdy wol­nym kro­kiem, jak paw, zbli­żał się do nich.

- Tak, kocha­nie, byłem grzeczny - wymam­ro­tał do sie­bie Łukasz i opadł bokiem tuło­wia na kanapę.

* * *

- Tak­sówka doje­dzie za pół godziny - poin­for­mo­wał szorstki kobiecy głos.

- Miała już tu być - zapro­te­sto­wał Mate­usz.

- Rezy­gnuje pan?

- Zacze­kamy - wes­tchnął, spoj­rzał na Jacka i scho­wał tele­fon do kie­szeni spodni.

Ruszyli przed sie­bie. Rześki poranny chłód zachę­cał do szyb­kiego spa­ceru wzdłuż wąskich uli­czek, wybru­ko­wa­nych kostką i gęsto zadrze­wio­nych.

Żaden z nich nie wie­dział, jak się tu zna­leźli ani co się stało z Łuka­szem. Bru­netka z pubu oka­zała się świeżo upie­czoną roz­wódką, która poprzed­niego wie­czoru świę­to­wała z naj­bliż­szą przy­ja­ciółką dopiero co odzy­skaną wol­ność. Pamię­tali tylko, że obaj ocho­czo zare­ago­wali na per­spek­tywę prze­dłu­że­nia miło roz­po­czę­tego wie­czoru i spę­dze­nia nocy w kon­stan­ciń­skiej willi z base­nem.

- Chyba nie sta­nę­li­śmy wczo­raj na wyso­ko­ści zada­nia - mruk­nął Jacek.

- To chyba tobie, kurwa, nie sta­nął. Ja nie narze­kam.

- Jasne. Król życia.

- Zazdro­ścisz? - kpił Mate­usz.

- Ty masz takich oka­zji na pęczki. Jak raz ci oklap­nie, to odbi­jesz sobie parę dni póź­niej.

- W Kra­ko­wie za mało barów?

- Barów jest aż za dużo.

- To o co cho­dzi? Kum­ple mało roz­ryw­kowi?

- W Kraku jest Gra­żyna - wes­tchnął Jacek.

- No tak. Też bał­bym się two­jej żony.

- Kiedy wpad­niesz do nas?

- A co? Zjeż­dżasz na stare śmieci do Kra­kowa? Nie prze­no­si­cie się jed­nak do War­szawy? - zdzi­wił się Mate­usz.

- Firma zgo­dziła się zor­ga­ni­zo­wać biuro tere­nowe na połu­dniu. Wła­ści­wie, to Gra­żyna prze­ko­nała mojego szefa. A raczej nie ona, tylko żona szefa prze­ko­nała szefa, a z tą żoną to Gra­żyna wcze­śniej się zaprzy­jaź­niła.

- Nic nie kumam.

- Znasz Gra­żynę, no nie?

- No jak? To o niej ktoś kie­dyś powie­dział, że gdzie dia­beł nie może...

- Dzięki, stary, że mi przy­po­mi­nasz, jaki krzyż niosę całe swoje życie.

- Nie marudź. Pamię­tam, jaki byłeś szczę­śliwy, gdy przy­jęła twoje oświad­czyny. Wyku­pi­łeś wielki baner rekla­mowy naprze­ciwko aka­de­mika.

- Tak. I dosta­łem opier­dol za roz­rzut­ność.

- Co by o Gra­żynce nie mówić, ma dziew­czyna głowę do inte­re­sów. Która inna tak spryt­nie zago­ni­łaby cię do pomna­ża­nia majątku?

- Żeby tylko majątku.

- O czymś nie wiem?

- Zosta­jemy w domu pod Kra­ko­wem, bo tak będzie lepiej dla dzieci.

Mate­usz sta­nął jak wryty.

- Tego nie mie­li­ście grać - wybą­kał zasko­czony.

- Gra­żyna nie jest z tych, co się pod­dają. W końcu się udało.

- Gra­tu­la­cje, stary! - Mate­usz objął Jacka.

Jacek nie wyglą­dał na szczę­śli­wego, raczej - na prze­ra­żo­nego.

- Co z tobą, nie cie­szysz się?

- To ciąża mnoga.

- Bliź­niaki?!

- Tro­jaczki.

- O, ja pier­dolę! Jesz­cze raz ją puk­niesz i będzie dru­żyna do siaty!

- Bar­dzo śmieszne.

- No, dobra. Głu­pio pal­ną­łem. Dacie radę.

- Chło­pie, to są moje ostat­nie chwile wol­no­ści! Po poro­dzie to ja już się ni­gdzie nie urwę, rozu­miesz? Kaput! - Jacek zro­bił ręką gest odci­na­nia głowy. - Tylko pie­lu­chy, krzyki, ryki, rzygi, kupki, pła­cze, spa­cery z wóz­kiem, potem domki z kloc­ków, ludziki z kasz­ta­nów, zada­nia domowe...

- Zada­nia domowe? Zro­bisz jed­nemu, a pozo­sta­łych dwoje odpi­sze.

- Walnę cię zaraz - par­sk­nął Jacek.

- Zabawki też wyszły z mody. Włą­czasz tablet albo smart­fon i masz dzie­ciaka z głowy. Jedyne utrud­nie­nie jest takie, że będziesz potrze­bo­wał trzy tablety albo trzy tele­fony. - Mate­usz sku­lił się, żeby unik­nąć ciosu Jacka. - Ktoś musi zadbać o nasze eme­ry­tury. Padło na cie­bie. - Zare­cho­tał i uciekł do przodu.

- A jakby padło na cie­bie, tobyś brał? - Jacek go dogo­nił.

- Ja się nie nadaję - spo­chmur­niał Mate­usz.

- Dla... Dla­czego? - Jacek pró­bo­wał opa­no­wać zadyszkę.

- Wiesz prze­cież. Pamię­tasz mojego ojca.

- A co ma ojciec do tego?

- Nie nauczył mnie, jak być ojcem. Ni­gdy go nie było, gdy go potrze­bo­wa­łem.

- Widzia­łem go tylko kilka razy. Wyda­wało mi się, że był z cie­bie bar­dzo dumny - zaopo­no­wał Jacek.

- Tylko jakoś ni­gdy mi tego nie oka­zał.

- Może nie miał jak? - nie­śmiało dopy­tał Jacek.

- Nie miał, bo wolał spę­dzać czas z koleż­kami za kra­tami.

Jacek nie zna­lazł w sobie słów. Nie wie­dział, co na to odpo­wie­dzieć. Dobrze pamię­tał ojca Mate­usza. Wszy­scy czuli przed nim respekt. Ale rze­czy­wi­ście... Był wiel­kim nie­obec­nym. Mate­usz musiał za nim bar­dzo tęsk­nić.

- Czyli łaj­da­czył się dokład­nie tak jak ja! Nie­da­leko pada jabłko od jabłoni. - Mate­usz zaśmiał się ner­wowo. - Był­bym tak samo bez­na­dziej­nym ojcem jak on. I jesz­cze gor­szym mężem. Nie chcę nikomu zada­wać nie­po­trzeb­nego cier­pie­nia.

* * *

Tak tylko zapy­tam, jak ci idzie. Redak­cja z tych wol­nych czy szyb­kich? Dużo do popra­wia­nia?

Kinga sczy­ty­wała mejle, które przy­szły późno wie­czo­rem ostat­niego dnia dłu­giego week­endu. To jedyny poży­tek z przed­po­łu­dnio­wej jazdy metrem. Można spo­koj­nie spraw­dzić wszyst­kie zale­głe wia­do­mo­ści na tele­fo­nie i nastroić się odpo­wied­nio do pracy i całego nowego tygo­dnia. Już ona pokaże swo­jemu sze­fowi, jaka szybka ta redak­cja była. I jaka fascy­nu­jąca! Niech tylko sta­nie z nim twa­rzą w twarz.

Odczuła satys­fak­cję, że się mar­twił bra­kiem jakiej­kol­wiek infor­ma­cji od niej. Do tej pory dbała o jego samo­po­czu­cie - szybko i szcze­gó­łowo opi­sy­wała sta­tusy pro­jek­tów.

Tym razem była zbyt wście­kła, żeby cokol­wiek napi­sać mu w week­end. Dopiero dziś nad ranem skoń­czyła obra­biać tekst. Pięć dni stra­co­nych z życia. Na uzdat­nia­nie kiep­skiej histo­rii. Która ni­gdy nie powinna była powstać i świa­tła dzien­nego ujrzeć.

Dla­czego nie pisze swo­ich, tylko mar­nuje czas na cudze? Z leni­stwa? Ze stra­chu?

Z wygody.

Ludzie nie reali­zują marzeń nie dla­tego, że się­gają za wysoko i nie tra­fiają. Ludzie nie osią­gają ambit­nych celów, bo mie­rzą zbyt nisko i udaje im się mało wyma­ga­jącą poprzeczkę prze­sko­czyć. Tako rze­cze Les Brown. Lubiła słu­chać jego moty­wa­cyj­nych gawęd.

- Pano­wie i panie, ocho­czo urzą­dzamy się w dupie - mruk­nęła do sie­bie.

Kobieta sie­dząca obok spoj­rzała na nią ze zdzi­wie­niem. Kinga posłała jej prze­pra­sza­jący uśmiech.

Otwo­rzyła drzwi do małego ciem­nego pokoju z nie­du­żym sto­łem i wąskim oknem, wycho­dzą­cym na pół­noc. Rzu­ciła "dzień dobry" z uśmie­chem i sia­dła na jed­nym z dwóch krze­seł. Buła nie pod­niósł nawet głowy znad kom­pu­tera. Walił z zapa­mię­ta­niem w kla­wia­turę. Pew­nie koń­czył któ­ryś ze swo­ich arty­ku­łów do prasy na temat ulu­bio­nej lite­ra­tury komik­so­wej.

Ani razu nie poku­siła się, żeby prze­czy­tać choćby jedną z jego recen­zji. Nie inte­re­so­wało jej, co robił poza zarzą­dza­niem dzia­łem redak­cji w Capi­tal Let­ters.

Nie inte­re­so­wało to mało powie­dziane. Wku­rzało ją, gdy ten trzy­dzie­sto­la­tek tłu­ma­czył się rodziną, któ­rej ona nie miała, aby zwa­lić na Kingę naj­nud­niej­sze, naj­bar­dziej cza­so­chłonne i naj­mniej ambitne pro­jekty w wydaw­nic­twie. Zaosz­czę­dzony czas wyko­rzy­sty­wał na bie­ga­nie po pol­skich i zagra­nicz­nych impre­zach, na któ­rych pro­mo­wał swoje nazwi­sko jako głów­nego znawcy od komik­sów i kre­skó­wek. Papie­ro­wych i fil­mo­wych.

Otwo­rzyła lap­top po prze­ciw­nej stro­nie stołu niż ta, którą zaj­mo­wał Buła. Spraw­dziła, czy nie poja­wiły się nowe mejle. Nie. Nic. Null. Zero. Nawet nie podzię­ko­wał za tekst prze­słany dzi­siaj rano. Pew­nie nawet nie zauwa­żył, że dostar­czyła mu całość dzie­więć dni przed ter­mi­nem.

Przej­rzała listę zadań do wyko­na­nia i wybrała naj­pil­niej­sze. Otwo­rzyła tekst, który długo cze­kał w kolejce na jej uwagę. Pró­bo­wała sku­pić się na sło­wach, które czy­tała, ale bez­sku­tecz­nie. Przy każ­dym sil­niej­szym ude­rze­niu Buły w kla­wia­turę jej kom­pu­ter pod­ska­ki­wał. Buła ważył znacz­nie ponad sto kilo, więc gdy opie­rał się o blat, jej lap­top szy­bo­wał w górę. Nie byłoby tego, gdyby zde­cy­do­wał się na zakup porząd­nego i sta­bil­nego stołu albo dwóch nie­za­leż­nych biu­rek.

Sto­lik, przy któ­rym pra­co­wali, miał tylko dwie nogi i naj­le­piej spraw­dzał się jako lada barowa. Można było unieść go na wyso­kość stu sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Nie był jed­nak odporny na obcią­że­nia boczne, gdy dwie osoby pra­co­wały po prze­ciw­nych jego stro­nach.

Kom­pu­ter Kingi drgał w nie­re­gu­lar­nym ryt­mie. Na niską ampli­tudę o dużej czę­sto­tli­wo­ści, gene­ro­waną przez szyb­kie ude­rze­nia Buły w kla­wia­turę, nakła­dała się wysoka ampli­tuda o małej czę­sto­tli­wo­ści, gdy Buła napie­rał całym cia­łem na blat stołu. Kinga czuła się jak na chy­bo­tli­wej łódce, która pod­ska­ki­wała na krzy­żu­ją­cych się falach, bie­gną­cych z dwóch róż­nych kie­run­ków. Raz wyżej, raz niżej. Raz szyb­ciej, raz wol­niej.

Trza­snęła wie­kiem lap­topa. Nie zauwa­żył.

- Muszę się napić - rzu­ciła i wyszła do kuchni.

Żało­wała, że nie miała w biu­rze żad­nego alko­holu. Praw­do­po­dob­nie nikomu sącze­nie drin­ków by nie prze­szka­dzało. Wylu­zo­wana atmos­fera, która tu pano­wała, zachę­cała do rów­nie luź­nego trak­to­wa­nia obo­wiąz­ków. Z jakichś powo­dów wpływ oto­cze­nia nie uela­stycz­nił jej sztyw­nego krę­go­słupa. A szkoda.

- Mam coś dla cie­bie - krzyk­nął do niej Buła, gdy wró­ciła z kub­kiem zie­lo­nej her­baty.

- Kolejny pilny pro­jekt na wczo­raj?

- Nie - ści­szył głos, jakby tro­chę spe­szony. - Dzię­kuję za Bobrow­skiego. Ale teraz mam coś innego. - Uciął dla zwięk­sze­nia efektu. - Może chcia­ła­byś napi­sać fabułę na temat biegu dookoła Europy? Wiesz, cho­dzi o tę histo­rię, którą spon­so­ro­wa­li­śmy. Nad­zo­ro­wa­łem pisa­nie repor­tażu o niej, pamię­tasz?

Bar­dzo dobrze pamię­tała. Marzyła o tym pro­jek­cie. Chciała zająć się redak­cją tek­stu pisa­nego w cza­sie rze­czy­wi­stym, gdy tan­dem pol­skich ultra­sów poko­ny­wał mor­der­czą trasę. Ale nie. Nie dopu­ścił jej do pro­jektu. Mimo że jak nikt w fir­mie była przy­go­to­wana do tego tematu. O bie­ga­niu wie­działa pra­wie wszystko. W prze­ci­wień­stwie do Buły, który ostatni raz szyb­szym truch­tem poko­nał jakiś dystans pew­nie w pod­sta­wówce.

Rzecz była zbyt medialna, żeby Buła podzie­lił się z nią pracą nad bie­gową opo­wie­ścią. Błysz­czeć mógł tylko on. Na kon­fe­ren­cjach pra­so­wych, na ban­kie­tach, w wywia­dach. Ona za to zamie­sza­nia wokół sie­bie nie lubiła. Chciała tylko dotknąć fascy­nu­ją­cej histo­rii. I fascy­nu­ją­cych ludzi, któ­rych pasja pogo­niła w świat.

- Bob z cen­trali naci­ska na mnie, żebym stwo­rzył fabułę inspi­ro­waną praw­dzi­wymi wyda­rze­niami. Repor­taż oka­zał się wiel­kim suk­ce­sem. Tak jak sam bieg. Chcą z tego jesz­cze tro­chę wyci­snąć.

Twarz Kingi nie zdra­dzała żad­nych emo­cji.

- To byłoby dla mnie pro­ste, bo mam już wszyst­kie mate­riały z repor­tażu. Nic tylko siąść i pisać.

Kinga unio­sła lekko brwi.

- Bobowi bar­dzo na tej histo­rii zależy. - Zawie­sił głos, żeby wyson­do­wać nasta­wie­nie Kingi.

Kinga spo­koj­nie cze­kała na dal­szy roz­wój wypad­ków.

- No, ale wiesz, nie chce mi się tego pisać. Mam teraz cie­kaw­szy temat na tape­cie.

- Tak? - pod­chwy­ciła.

- Zaczą­łem pisać serię bajek dla dzieci. Takich aku­rat dla mojej młod­szej. Mam już wydawcę.

- Faj­nie. - Ta wia­do­mość ukłuła ją bar­dziej niż odgrze­wany kotlet, któ­rym Buła nie chciał się zająć i który pró­bo­wał jej pod­rzu­cić.

- No i dla­tego nie mam czasu na histo­rię naszych sław­nych bie­ga­czy. Sama rozu­miesz.

- Yhm... - mruk­nęła.

- To co? Chcesz ją wziąć? Lubisz prze­cież takie bie­gowe kli­maty.

O! Przy­po­mniał sobie. No tak. Zro­biła mu awan­turę na całą firmę za to, że nie chciał jej anga­żo­wać w pro­jekty, w któ­rych naprawdę mogła dodać war­tość. Z korzy­ścią dla wszyst­kich. Dla firmy. I dla opi­sy­wa­nych histo­rii też.

Awan­tura roze­szła się po kościach. Nikt za nią wtedy ofi­cjal­nie nie sta­nął, choć wszy­scy za ple­cami Buły oka­zy­wali jej wspar­cie.

- Lubię. Ale teraz też nie mam czasu.

Buła wpa­try­wał się w Kingę, zdez­o­rien­to­wany. Zoba­czyć jego zdzi­wie­nie - bez­cenne, pomy­ślała.

- Piszę powieść. Dla star­szych dzieci - wyja­śniła. Uśmiech­nęła się, udała, że skoń­czyła jej się her­bata w kubku, i wyszła.

W dro­dze do kuchni mam­ro­tała do sie­bie. Be care­ful, I'm a wri­ter. Don't fuck with me or you'll end up in my novel. Kupi sobie koszulkę z takim napi­sem.

* * *

W poczcie poja­wiło się zawia­do­mie­nie o dostęp­no­ści wyni­ków badań w sys­te­mie infor­ma­tycz­nym Medi­Life. Kinga wstała i zapa­trzyła się w sza­rze­jący widok za oknem. Ner­wowo zasła­niała i odsła­niała żalu­zje. Zaświe­ciła lampę w kuchni nad sto­łem. Prze­tarła blat sza­fek. Nalała sok do szklanki.

Nie, dłu­żej nie będzie odwle­kać.

Z wypie­kami na twa­rzy zalo­go­wała się na swoje konto. Zna­la­zła pliki i ścią­gnęła je na kom­pu­ter. Wczy­tała się w poszcze­gólne linijki zesta­wień. Nie wie­działa, że aż tak dużo można wycią­gnąć z ana­lizy moczu i krwi.

Jest! Poziom FSH. Wska­zuje na... post­me­no­pauzę...

Ale jesz­cze jest prze­cież estra­diol. O, jest! Też post­me­no­pauza... Cho­lera!

Kinga szybko otwo­rzyła nowe okno na ekra­nie i zaczęła szu­kać infor­ma­cji po róż­nych hasłach, które przy­cho­dziły jej do głowy. Odsta­wie­nie hor­mo­nów. Poziom hor­mo­nów po anty­kon­cep­cji. Meno­pauza.

Śle­dziła z zapar­tym tchem dys­ku­sje wywo­łane przez pacjentki takie jak ona. Też odsta­wiły anty­kon­cep­cję po latach jej uży­wa­nia. I - podob­nie jak ona - zde­rzyły się z taką samą reak­cją orga­ni­zmu. Leka­rze zapro­szeni do dys­ku­sji nie zosta­wiali pyta­ją­cym kobie­tom żad­nej nadziei. Nawet tym, które miały dopiero trzy­dzie­ści kilka lat. Tych mło­dych, wśród zała­ma­nych, było naj­wię­cej.

Poziom estra­diolu i FSH się nie zmieni. To nie jest żadna chwi­lowa reak­cja orga­ni­zmu, wyni­ka­jąca z odsta­wie­nia hor­mo­nów. Czuła, jak zalewa ją fala gorąca. I pot.

Wró­ciła do sys­temu infor­ma­tycz­nego Medi­Life. Otwo­rzyła wia­do­mość adre­so­waną bez­po­śred­nio do niej przez gine­ko­loga, który zle­cił bada­nia. Miał obo­wią­zek okra­sić suche wyniki swoim lekar­skim komen­ta­rzem. Treść jej nie zasko­czyła.

Wyniki badań pra­wi­dłowe. Nie ma potrzeby odby­cia wizyty w celu ich omó­wie­nia. Poziom estra­diolu i FSH - jak w meno­pau­zie.

Przy­po­mniała sobie, co jej powie­dział na zakoń­cze­nie wizyty, gdy wycho­dziła z gabi­netu. "Pani jaj­niki speł­niły się", dud­niło jej teraz w gło­wie.

- Jak to: "speł­niły się", ty sukin­ko­cie! Żaden z palan­tów, któ­rzy mnie obra­cali przez te wszyst­kie lata, nie chciał mieć dzieci. To co mia­łam robić? Blo­ko­wa­łam jaj­niki jakimś kurew­skim świń­stwem - syk­nęła pod nosem. - Co ty mi tu będziesz pier­do­lił, że jaj­niki się speł­niły! One się jesz­cze z niczego nie wyprzty­kały. Nie miały jak. - Wychy­liła szklankę soku z mar­chewki. - Dureń!

* * *

Kinga otwo­rzyła okno, żeby wpu­ścić tro­chę świe­żo­ści do dusz­nej klitki, którą dzie­liła z Bułą. Zamknęła oczy. Z zamy­śle­nia wyrwał ją huk drzwi otwie­ra­nych z impe­tem. W progu sta­nęła czar­no­włosa Roma. Nagły podmuch zwiał kartki z czę­ści stołu, która nale­żała do Buły. Szafka na doku­menty, zamó­wiona dla niego pół roku wcze­śniej w Ikei, na­dal stała w nie­roz­pa­ko­wa­nym pudle pod ścianą.

- Gdzie Buła? - zapy­tała Roma zre­zy­gno­wa­nym gło­sem.

- O tej porze już pew­nie z dziećmi - zga­dy­wała Kinga.

Roma spoj­rzała wymow­nie na zega­rek, odsła­nia­jąc tatu­aże z poke­mo­nami lub innymi stwor­kami, dobrze zna­nymi dwu­dzie­sto- i trzy­dzie­sto­lat­kom. Kinga kom­plet­nie się w tej gra­ficz­nej este­tyce nie odnaj­do­wała i nie potra­fiła roz­ko­do­wać zna­czeń na ciele Romy. Wpa­try­wała się w błę­kit lnia­nej koszuli, który współ­grał z gra­na­tem, fio­le­tem i zie­le­nią plam oraz kre­sek na przed­ra­mio­nach i szyi dziew­czyny.

- Oczy­wi­ście. - Roma wyszła, trza­ska­jąc drzwiami.

Kinga pochy­liła się nad moni­to­rem i z satys­fak­cją odha­czała kolejne zada­nia z dłu­giej listy, które zapla­no­wała na dziś. Robota wyko­nana przed cza­sem, można zająć się przy­jem­niej­szymi spra­wami, pomy­ślała. Może sko­czy na siłow­nię i zrobi serię ćwi­czeń zale­co­nych przez reha­bi­li­tantkę? Wstała, żeby zapa­rzyć her­batę, i ruszyła w kie­runku kory­ta­rza.

Skrzy­dło drzwi roz­warło się tuż przed nią i gdyby nie usko­czyła w bok, zali­czy­łaby bole­snego guza.

- Buła mówi, że Demony to twój pro­jekt - fuk­nęła Roma.

- Nie­moż­liwe.

- Co nie­moż­liwe?

- Żeby tak powie­dział.

- Roz­ma­wia­łam z nim przed chwilą. Mia­łam szczę­ście, że łaska­wie ode­brał tele­fon.

Kinga wpa­try­wała się w nowy gotycki tatuaż, który dopiero teraz zauwa­żyła na lewej skroni Romy.

- Mówił, że masz mate­riały do Demo­nów. - Roma świ­dro­wała Kingę wzro­kiem.

- Mate­riały mam. I do Demo­nów, i do wszyst­kiego innego. Archi­wi­zuję nasze pro­jekty.

- To przy­go­tuj wer­sję do druku.

- Nie mogę.

- Dla­czego? - Roma przy­su­nęła się do Kingi.

- Bo to pro­jekt Buły, nie znam go i mogę coś nie­chcący w nim namie­szać.

- Buła mówił, że masz zro­bić. Nie mam czasu na dys­ku­sje, nie będę tu sie­działa do nocy.

- Bra­kuje mi wie­dzy o...

- Nie inte­re­suje mnie to. Za trzy godziny muszę mieć gotowy tekst.

Za oknem zapa­dał zmrok, gdy Kinga wysy­łała obro­bione Demony na adres mej­lowy wydaw­czyni Capi­tal Let­ters. Zamknęła kom­pu­ter i okno, zarzu­ciła pod­ręczny ple­cak na ramię. Na kory­ta­rzu usły­szała śmie­chy docho­dzące z sali, w któ­rej sie­działa reszta wydaw­ni­czego towa­rzy­stwa. Deli­kat­nie naci­snęła klamkę.

Zanim zdą­żyła uchy­lić drzwi, coś nimi wstrzą­snęło i dopchnęło je do fra­mugi. Nagły łomot zagłu­szył ludz­kie głosy.

Nie, nie zagłu­szył. Wszy­scy po pro­stu zamil­kli jak jeden mąż. Kinga zawa­hała się, ale po chwili naparła na drzwi. Odsko­czyły od ściany.

Naprze­ciw sie­bie, w świe­tle sufi­to­wych reflek­to­rów, Kinga zoba­czyła Miśka, rosłego szefa pol­skiego oddziału Capi­tal Let­ters. W opusz­czo­nej dłoni trzy­mał łuk. Misiek był nie mniej skon­fun­do­wany niż ona.

Odwró­ciła głowę, podą­ża­jąc za jego wzro­kiem. Na wyso­ko­ści jej twa­rzy ster­czała strzała wbita w drzwi.

Drgała.

Misiek wybuch­nął ner­wo­wym śmie­chem. Zawtó­ro­wali mu Jojo, mar­ke­ting mene­dżer, Roma i Kaj­tek, który zaj­mo­wał się biu­rem i admi­ni­stra­cją.

- Per­fect timing - ryk­nęła Roma.

- Wola­ła­bym dosta­wać podzię­ko­wa­nia w mniej wystrza­łowy spo­sób - odpa­liła Kinga.

- Oj tam, oj tam, po co te nerwy? - wtrą­cił Jojo i odrzu­cił dłu­gie blond loki na plecy. Zapie­rał się sto­pami o blat stołu i huś­tał ryt­micz­nie, wyło­żony na opar­ciu fotela. - Kilka tre­nin­gów i Misiek zapa­nuje nad roz­rzu­tem.

- Zasię­giem raczej - popra­wił go szef wydaw­nic­twa. Pod­szedł do drzwi i bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał wyrwać z nich grot strzały.

- O male­ją­cych zasię­gach to my poroz­ma­wiamy za chwilę. Bo widzę, że mi znowu budżet obcią­łeś - zri­po­sto­wał Jojo, wpa­trzony w moni­tor lap­topa.

- Kto tym razem bie­rze na sie­bie roz­mowę z zarządcą budynku? - zmar­twił się Kaj­tek. - Mnie skoń­czyły się już uza­sad­nie­nia nie­szczę­śli­wych wypad­ków, które nas nacho­dzą.

- Zamiast wymy­ślać, zrób jej jakiś wypa­dek - zare­cho­tał Jojo. - Zaproś na kawkę, poca­łuj w rączkę. Cza­ro­wać nie potra­fisz?

Kinga pode­szła do półki ze skrytką na klu­cze i zosta­wiła w niej klu­czyk do pokoju jej i Buły.

- To ja was, pano­wie i panie, zosta­wiam i jak przy­stało na zwie­rzynę łowną, udam się do mojej nory. - Kinga uśmiech­nęła się i odsu­nęła od drzwi Miśka, mocu­ją­cego się z drzew­cem strzały.

Misiek zmarsz­czył nos i czoło, szyję scho­wał w ramio­nach, jak dzie­ciak, który nabroił i się wydało.

- Nosz, kurwa! - Dobie­gły ją blu­zgi i chrzęst łama­nego drewna, gdy dotarła do scho­dów na końcu kory­ta­rza. Gdy zbie­gała z nich, sły­szała salwy śmie­chu.

W pod­zie­miach metra pano­wał chaos. Zdez­o­rien­to­wani ludzie tło­czyli się wokół obsługi, wykrzy­ku­ją­cej komu­ni­katy. Metro zamknięte do odwo­ła­nia. Ktoś gdzieś zosta­wił paku­nek bez nad­zoru. Minie jesz­cze pół godziny, zanim zosta­nie uru­cho­miony trans­port zastęp­czy. Straż­nicy radzili sko­rzy­stać z regu­lar­nych linii auto­bu­so­wych i tram­wa­jo­wych.

Do domu Kinga dotarła o dwu­dzie­stej dru­giej.

- Skąd tak późno? - rzu­cił do niej sąsiad, mija­jący ją na scho­dach.

- Z przed­szkola - odburk­nęła, dysząc i sapiąc.

- O! Znowu cię mile­nialsi wku­rzyli? Skąd ja to znam... Dziś też mia­łem prze­prawę z moimi - wes­tchnął i pokrę­cił głową. - Tylko że mnie jest łatwiej, ja nimi zarzą­dzam, a ty się wła­do­wa­łaś w rapor­to­wa­nie do nich.

Kinga wzru­szyła ramio­nami i wło­żyła klucz do zamka w drzwiach.

- Marze­nia kosz­tują - powie­działa bez prze­ko­na­nia.

- Wra­caj do korpo, gdzie dyrek­tor­ski sto­łek jesz­cze nie ostygł i na­dal czeka na cie­bie. I prze­stań się bawić w tę dzie­ci­nadę.

- Been there, done that, bought the T-shirt, didn't like it. - Uśmiech­nęła się smutno. - Prze­cież wiesz, że z korpo nie jest mi już po dro­dze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki