Osobowość - Aleksandra Sygut

-
Proszę czekać

Co chwilę zerkałam dyskretnie, aczkolwiek nerwowo na zegarek. Zostało jeszcze pięć minut do końca zajęć. W głowie powoli zaczęłam odliczać: pięć, cztery, trzy... nareszcie zegar wybił godzinę siedemnastą.

- Drodzy państwo, dziękuję za udział w dzisiejszym wykładzie. Na kolejnych zajęciach omówimy temat dotyczący historii mediów - powiedziałam wesołym głosem, myśląc o nadchodzącym weekendzie.

- Dziękujemy, miłego weekendu, do widzenia. - W wielkiej sali wykładowej rozbrzmiały przez chwilę głosy studentów.

A potem zapadła błoga cisza. Delektowałam się nią, pakując laptop i skrypty wykładów do teczki. Pomyśleć, że niedawno sama byłam jeszcze studentką, a dzisiaj dołączyłam do grona nauczycieli akademickich na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Zielonogórskiego. Cieszę się, że zdecydowałam się pozostać na uczelni, ponieważ praca wykładowcy daje mi ogromną radość. Dziennikarstwo to zawód, który sprawia, że nieustannie rozmawiam, opowiadam i poszukuję różnych informacji. Jako że jestem gadułą, praca sprawia mi podwójną radość. Już od najmłodszych lat rodzice kibicowali mi i wspierali w dążeniu do realizacji moich marzeń oraz osiągnięć. Tym bardziej, że byłam ich jedynym dzieckiem. Odkąd pamiętam, lubiłam się uczyć i brać udział w różnych konkursach, zwłaszcza recytatorskich i z języka polskiego. Jednak nie samą nauką człowiek żyje, bo po pracy interesowałam się modą i projektowaniem. Uwielbiam podążać za trendami, oglądać nowe kolekcje różnych projektantów. Tę pasję dzielę z moją najlepszą przyjaciółką Kasią. Sukcesy i nagrody to jedno, ale ciężka praca i poświęcenie to druga strona medalu. Będąc na studiach, tego właśnie się nauczyłam - jak życie potrafi płatać figle.

Wychodziłam z sali pogrążona w myślach, kiedy odezwał się mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i mocno się zdziwiłam, ale bez wahania odebrałam.

- Halo? Czy to mój zaginiony szwagier? - zapytałam wesołym głosem.

Dawno nie rozmawiałam z Dawidem, więc nieco mnie zaintrygował tym, że dzwoni, zwłaszcza o tej porze i to w piątek. W piątek - święty dzień - dzień alkoholu, imprez i wyrywania dziewczyn.

- Tak, we własnej osobie. Gdzie jesteś, co robisz? Możemy spotkać się na kawę? - wybrzmiał niski i bardzo, ale to bardzo podekscytowany głos w telefonie.

- Właśnie wychodzę z uniwerku. Teraz chcesz się spotkać, coś się stało? - zapytałam podejrzliwie. Miałam przeczucie, że chce mi zakomunikować coś ważnego, oczywiście ważnego dla niego. Pewnie natychmiast musiał to z kimś skonsultować.

Zanim odpowiedział, odchrząknął i wziął głęboki wdech.

- W sumie to nic się nie stało, sprawa jest... co ci będę ściemniał. Poznałem świetną dziewczynę, po prostu zwala z nóg i... - mówił jak najęty.

Pomyślałam: Oho, zaczyna się!

Dawid zawsze miał słabość do płci pięknej. Jeśli jakaś dziewczyna zawróciła mu w głowie, to totalnie oddawał jej serce i zrobiłby dla niej wszystko. Niestety nie zawsze się to dobrze kończyło. Więc wszyscy trochę martwiliśmy się o niego, kiedy chciał opowiedzieć nam o nowej dziewczynie. Wszyscy zgodnie trzymamy kciuki, aby trafił wreszcie na swoją połówkę.

- Dobra, dobra, dobra! Dawidzie, spokojnie, wdech i wydech. Spotkajmy się w Kawiarni "Cztery Łapy". Zaraz podeślę ci adres. Będę tam za jakieś piętnaście minut.

- Jasne, normalnie, Klara, życie mi ratujesz - odpowiedział podekscytowany, jakby otwierał prezenty pod choinką.

- I jeszcze jedno! - krzyknęłam do telefonu, zanim zdążył się rozłączyć. - Odwozisz mnie potem.

- Jasne. Do zobaczenia.

A więc tak szybko nie wrócę do domu. Na szczęście kawiarnia, którą zaproponowałam, była niedaleko uniwerku, więc na piechotę zdążę w kwadrans. Wysłałam szybko adres Dawidowi i oczywiście wiadomość mojemu mężowi, że mam nagłe wezwanie na kawę, bo mój kochliwy szwagier znowu robi maślane oczy do jakiejś dziewczyny.

Opatuliłam się szczelniej w mój ulubiony brązowy szal i ruszyłam przez piękny park, skąpany w złotych liściach, kierując się w stronę kawiarni. W tym momencie doceniłam samą siebie za wybór obuwia na płaskiej podeszwie. Jak to dobrze, że nie włożyłam swoich ślicznych, brązowych botków na niebotycznie wysokich obcasach. Już widzę, jak idę przez park w eleganckim płaszczyku, dopasowanej sukience, owinięta szalem z rozwianymi długimi, kasztanowymi włosami, ciesząc się ostatnimi ciepłymi dniami października i nagle bum! Jadę na tyłku po tych pięknych, kolorowych liściach, aż pod samą kawiarnię, z laptopem w jednej ręce i torebką w drugiej. Taki scenariusz byłby bardzo prawdopodobny.

Idąc przed siebie, zaczęłam lekko niepokoić się o Dawida. Właściwie nie dawało mi spokoju to podekscytowanie nową dziewczyną, bo nie wiem, na ile Dawid pozbierał się po ostatnim związku, który zakończył się z hukiem odwołanym ślubem na dwa miesiące przed wyznaczoną datą. Ówczesna narzeczona zdradziła Dawida, historia stara jak świat. Czy rzeczywiście minęło wystarczająco dużo czasu od ostatniego poważnego związku? Zresztą czemu ja się dziwię? Dawid jest mężczyzną, który przyciąga uwagę kobiet. Wysoki, czarny, z lekkim zarostem, dobrze ubrany. Niezależny, z własnym domem i firmą motoryzacyjną, wykształcony trzydziestoczteroletni mężczyzna, raczej nie narzeka na brak zainteresowania. Z drugiej strony wrażliwy, kochliwy i bardzo uległy wybrankom swojego serca.

I oto on, w pełnej krasie, król życia i bożyszcze kobiet. Wysiadł z auta i kierował się w moją stronę. Szedł milion dolarów, odbicie lustrzane mojego męża.

- Cześć, siostrzyczko! Wyglądasz bosko. - Podszedł z szerokim uśmiechem na twarzy i cmoknął mnie w policzek.

- Cześć, Dawid. Dzięki, ale z ciebie pochlebca. Wejdźmy do środka - zaproponowałam.

W środku panował lekki gwar. Jedni wchodzili, inni wychodzili. Byłam już kilka razy w tej kawiarni i za każdym razem lubiłam do niej wracać. Przede wszystkim ze względu na świeże i pyszne ciasta, desery i urozmaicony wybór kaw. Wystrój w stylu boho, dużo zieleni i jasnego drewna. Obsługa zawsze była sympatyczna i miła. Tym razem także się nie zawiodłam, bo kiedy tylko weszliśmy do środka, podszedł do nas sympatyczny kelner, który zabrał nasze płaszcze i zaprowadził nas na drugi koniec pomieszczenia, po czym wskazał stolik dla dwóch osób. Usiedliśmy w wygodnych fotelach, przyjmując kartę z menu. Pomyślałam, że będzie to idealne miejsce na prywatną rozmowę.

Szukałam w karcie czegoś interesującego i niestandardowego. Mój wzrok przyciągnęło latte z białą czekoladą i wiśniami na winie. Lubię próbować nowych smaków.

- Wybrałeś już?

- Tak, u mnie klasycznie. Znając ciebie, wymyślisz coś ekstra.

- Oczywiście, że tak.

Dawid skinieniem dłoni dał sygnał kelnerowi, że jesteśmy gotowi do złożenia zamówienia.

- Ja poproszę latte z białą czekoladą i wiśniami na winie. - Zaczęłam swoją słodką ucztę. - Do tego poproszę kawałek pistacjowego sernika. - Uśmiechnęłam się.

- Dobrze, a dla pana?

- Dla mnie czarna kawa i jabłecznik.

Kiedy kelner zabrał jedno menu, a drugie zostawił na naszym stoliku, od razu postanowiłam przejść do rzeczy.

- A więc opowiadaj.

- Nie wiem, od czego zacząć... ja... - zaczął dukać Dawid.

Zaskoczył mnie swoim zachowaniem. Pomyślałam, że musiał w takim razie spotkać kobietę swoich marzeń, skoro brakuje mu słów.

- Okej, zacznijmy od początku. Jak ma na imię i jak się poznaliście? - zadałam standardowe pytanie, żeby rozpocząć rozmowę.

- Ma na imię Julia. To zabawna historia, poznaliśmy się przez przypadek. W sierpniu w centrum otworzyli nowy lokal z tajskim jedzeniem. Któregoś dnia musiałem zostać do wieczora w firmie, żeby uporać się z papierkową robotą, więc w drodze do domu wstąpiłem do tego lokalu na jedzonko. Sala była pełna, ale kelner znalazł dla mnie miejsce przy małym dwuosobowym stoliku, niedaleko wejścia. Kiedy czekałem na swoje zamówienie, usłyszałem za plecami jego rozmowę z kobietą, która wpadła z impetem do restauracji, pytając o wolny stolik. Dyskretnie zerknąłem i serce mi stanęło na widok tej dziewczyny. Kelner niestety powiedział, że mają już komplet. Stała tak pośrodku przedsionka restauracji z mokrymi od deszczu, długimi, rudymi włosami, tłumacząc kelnerowi, że zmokła i jest bardzo głodna. Dziewczyna była strasznie zrezygnowana, więc niewiele myśląc, odwróciłem się i zaproponowałem miejsce przy swoim stoliku. Rudowłosa była zaskoczona, ale po chwili namysłu przyjęła moje zaproszenie.

- Wooow, jak romantycznie.

- I tak rozmawialiśmy praktycznie do zamknięcia lokalu.

- Rozumiem, że od tamtej pory się spotykacie?

- Tak. Nikomu nic nie mówiłem, bo to świeża sprawa i nie chciałem zapeszyć. Nie mówiłem nawet braciszkowi, a zwłaszcza rodzicom. Wiem, że myślicie, że to pewnie za szybko na nowy związek po nie aż tak dawnej akcji z moim niedoszłym ślubem.

- Posłuchaj, jasne, że się o ciebie martwimy. Ale pamiętaj, co zawsze mówi wasza mama: jeśli uważasz, że ona jest tego warta, to walcz o nią. Inaczej będziesz żałował, a może to jest twoja druga połówka, która na ciebie czeka. - Uśmiechnęłam się.

- Dzięki, wiem, że się martwicie, ale naprawdę nie mam zamiaru teraz rozpamiętywać bez końca tamtej sytuacji. Ja też chcę wreszcie założyć rodzinę.

- I dobrze, zawsze możesz na nas liczyć. Opowiedz coś jeszcze - zachęciłam Dawida, któremu oczy zaświeciły się jak dwa ogniki.

- Julia ma dwadzieścia osiem lat. Okazało się, że pracuje w małym butiku w galerii handlowej. Jak na razie mieszka z rodzicami. Mówiła, że spotykała się z jakimś kolesiem ponad rok i planowali razem zamieszkać, on zdecydował się wyjechać za granicę, ale ona nie chciała się wyprowadzać z Polski, więc związek z automatu się rozpadł. A teraz chciałaby mieć stabilizację i rodzinę. Ogólnie jest piękną kobietą. - Rozmarzył się. - W związku z tym chciałbym ją wam przedstawić. No wiesz, dzwoniłem do mamy i tak wstępnie ją uprzedziłem, że jutro przyjdę z kimś na obiad. Pomyślałem, że to jest niezły pomysł, skoro rodzice i tak nas zaprosili.

- To będzie dobra okazja, żeby się poznać i porozmawiać.

Widziałam, że dla Dawida to jest poważna sprawa i jeśli twierdzi, że to nie jest za szybko, to czemu nie. Być może Julia okaże się tą jedyną wybranką. Życzyłam mu tego z całego serca.

Siedzieliśmy tak jeszcze dobrą godzinę, rozmawiając o sprawach bieżących i wspominając różne sytuacje, jakie wszyscy razem przeżyliśmy. Czas płynął bardzo szybko, aż zrobiło się już dosyć późno, więc zdecydowaliśmy, że pora już wracać. Dawid uregulował rachunek i ruszyliśmy na parking do auta.

- O której jutro mamy się spotkać u rodziców? - zapytałam.

- O piętnastej.

- W porządku, będziemy punktualnie, tylko wy się nie spóźnijcie. - Puściłam do niego oko.

Spóźnienie to drugie imię Dawida. Odkąd pamiętam, gdziekolwiek byliśmy umówieni, on zawsze miał coś ważnego do zrobienia, musiał coś skończyć, dlatego nigdy nie był na czas.

Nim się obejrzałam, Dawid parkował na naszym osiedlu.

- Wejdziesz? - zapytałam w sumie z grzeczności. Byłam już naprawdę zmęczona.

- Nie, dziękuję, już późno. Jutro się widzimy.

- Jasne. W takim razie do jutra. A, dzięki za podwózkę. - Pożegnałam się.

- Nie ma sprawy, a ja dziękuję za spotkanie. Do jutra.

Bardzo się cieszyłam, że miałam tak dobre relacje z Dawidem i nie tylko ja, ale też mój mąż, Maks. Niejednokrotnie słyszało się różne historie, że bracia nie żyją ze sobą w zgodzie albo widują się od święta. My mieliśmy to szczęście, że pomimo różnicy zdań czy poglądów wszyscy bardzo się szanowaliśmy i przede wszystkim lubiliśmy. Dawid często wpadał do nas na kawę, wychodził razem z Maksem na siłownię lub wspólnie urządzaliśmy rozgrywki karciane. Wiedziałam, że zawsze mogłam liczyć na wsparcie Dawida, był dla mnie jak starszy brat. Miło, że czasami, tak jak dzisiaj, zwracał się do mnie z prośbą o radę czy wsparcie w ważnych dla niego sprawach. Chyba rzeczywiście nie chciał zapeszyć, skoro nawet nie pisnął ani słówka Maksowi.

Na dworze zapadł już zmierzch. Wchodząc na podwórko, rozkoszowałam się zapachem lasu rozpościerającego się za naszym małym domem. Gdy zbliżałam się do drzwi, zobaczyłam palące się w kuchni światło i krzątającego się Maksa.

- Już jestem! - krzyknęłam, wchodząc do przedpokoju.

- Jestem w kuchni! - usłyszałam donośny głos mojego męża.

Szybko włożyłam cieplutkie kapcie i ruszyłam do kuchni, prowadzona aromatycznym zapachem jedzenia. Na stole czekała na mnie parująca herbata z cytryną, a Maks nakładał spaghetti na talerze.

- Mmm, ale zapachy, jestem głodna jak wilk. - Przytuliłam się do Maksa i dałam mu buziaka.

- Siadaj i opowiadaj. Sam jestem ciekaw, co chciał od ciebie Dawid.

- W telegraficznym skrócie. Twój brat ma nową dziewczynę i chce ją przyprowadzić jutro do rodziców na obiad - odpowiedziałam między kęsami.

- Mhmm, skoro tobie pierwszej chciał się zwierzyć, to musi być gruba sprawa. No ale żeby rodzonemu bratu nic nie powiedział?

- Powiedział, że nie chce zapeszyć i nawet tobie nie chce się pochwalić. Chyba go nieźle wzięło.

- Zobaczymy jutro, a przede wszystkim przekonamy się, co to za laska. Za pół roku pewnie będzie znowu zakochany, ale może się mylę - prorokował Maks. - Niech już sobie znajdzie jakąś babkę, która będzie do niego naprawdę pasować. Ostatnie jego wybory nie były trafne, zresztą sama wiesz, jaki był ciągły schemat. Dziewczyny poznane w dyskotece, szybko rozwijająca się znajomość, totalna uległość Dawida wobec wybranki, spełnianie zachcianek i tym podobne rzeczy. - Westchnął.

- Nie martw się, musimy go wspierać, a dziewczynie dać szansę. - Uśmiechnęłam się. - Pamiętasz nasze początki?

Poznaliśmy się w szkole średniej, na dodatkowych zajęciach ze śpiewu. Pani od muzyki tworzyła grupę wokalną, poszukiwani byli wokaliści, muzycy oraz osoby lubiące śpiewać, ale niekoniecznie mające słuch czy w ogóle predyspozycje. Główną motywacją była oczywiście podwyższona ocena z muzyki i sporadyczne zwolnienia z lekcji ze względu na próby i występy. Razem z moją najlepszą przyjaciółką Kasią zgłosiłyśmy się do zespołu. Rozpoczęły się próby. Po kilku spotkaniach dołączył jako pianista mój przyszły małżonek. Z racji tego, że był niczego sobie, w klasie maturalnej, żeńska część zespołu usiłowała zwrócić na siebie uwagę, z wyjątkiem mnie. Niestety nie za bardzo pałaliśmy do siebie sympatią. W tamtym czasie uważałam go za nudziarza, który działał mi na nerwy. Jak się później dowiedziałam, on miał mnie za zarozumiałą prymuskę. Zgodnie ignorowaliśmy się nawzajem, aż pewnego razu nauczycielka wytypowała naszą dwójkę na przygotowanie dekoracji do koncertu jesiennego. Dzisiaj tak sobie myślę, że może zauważyła, że się nie lubiliśmy i nie rozmawialiśmy ze sobą jako jedyni i w ten sposób chciała, żebyśmy się poznali. Teraz jestem jej za to bardzo wdzięczna. Szykując dekoracje, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i nagle się okazało, ile mamy wspólnego, a dalej poszło już samo. Pierwsza randka, druga i kolejna, aż zostaliśmy parą, co niestety przełożyło się na zazdrość w szkolnym zespole. Oczywiście Maks "męczył" się tylko do matury, ja - niestety przez kolejne trzy lata liceum. Zdecydowaliśmy, że chcemy być razem, więc nie wyobrażałam sobie studiować w innym mieście niż Maks. Po jakimś czasie wynajęliśmy malutką kawalerkę, żeby sprawdzić, czy się nie pozabijamy. Maks podjął swoją pierwszą pracę zawodową pod koniec studiów, ja także pracowałam na umowę-zlecenie i się uczyłam. Przeszliśmy razem studia, a po mojej obronie licencjatu Maks się oświadczył i zaczęliśmy przygotowania do ślubu. Z ogromnym wsparciem rodziców udało nam się zaplanować ślub i wesele w półtora roku. Studia magisterskie i doktoranckie skończyłam jako mężatka. Wiele osób nie dawało nam szans, bo kto to widział, żeby licealna miłość przeobraziła się w małżeństwo. Dzisiaj myślę, że pani od muzyki od początku wiedziała, że będziemy tworzyć zgraną parę. Oczywiście miewaliśmy bardzo trudne momenty, stawaliśmy przed ciężkimi wyborami, mierzyliśmy się z utratą pracy, brakiem pieniędzy, a nawet o mały włos z odwołaniem ślubu. Jednak wiadomo, że człowiek chce pamiętać te najpiękniejsze chwile. Dzięki wspólnej walce szliśmy do przodu. Tak naprawdę oboje startowaliśmy od zera, przez lata ciężkiej pracy, wielu poświęceń i nauki do momentu, w którym znajdujemy się obecnie.

Dlatego wyobrażam sobie, co może czuć Dawid, patrząc na nas, na to, ile lat już się znamy i co razem przeżyliśmy. Czasem może kierują nim samotność, zazdrość, złość, że czas płynie, a on jako starszy brat nie założył jeszcze rodziny, której tak pragnie, i nie ma z kim dzielić się swoim szczęściem, smutkiem i codziennością.

Naszym marzeniem było posiadanie własnego domu lub mieszkania. Wspólnymi siłami udało nam się znaleźć wymarzony mały domek w rodzinnym mieście - Zielonej Górze, na obrzeżach, w cichej okolicy i miłym sąsiedztwie w otoczeniu lasu. Mały, ale praktyczny, parterowy dom, który ma trzy pokoje, w tym jedną dużą sypialnię połączoną z garderobą i niewielkim biurem. Do tego mały salon z kuchnią i łazienką z cudowną, wolnostojącą wanną. Niewielki garaż i ogród dopełniają całość domu, którym cieszymy się od niedawna.

Właśnie takiej więzi oraz budowania przyszłości z drugą osobą życzyłam Dawidowi.

Kończąc kolację, wspominaliśmy, jak się poznaliśmy, różne perypetie, a przy sprzątaniu po posiłku wymienialiśmy ze śmiechem i lekkim przymrużeniem oka wszystkie kandydatki na żony, które przewinęły się przez życie Dawida. Na koniec wieczoru poszliśmy obejrzeć jakiś film na Netfliksie, ale oczywiście nie dotrwałam do napisów, bo pod koniec seansu po prostu zasnęłam.

---

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji