Rozdział 1
Wyspa Praslin, Seszele -?jesień 2010
Zakotwiczony w zatoce Sainte Anne biało-brązowy pełnomorski jacht
kołysał się lekko na falach. Około godziny drugiej, kiedy zgodnie z prognozami pogody niebo zaciągnęło się chmurami i przyszedł deszcz, na
dolnym pokładzie zaczęli krzątać się ludzie. Nie zwracali uwagi na
spadające z nieba duże krople wody, które zamieniły się po chwili w siąpawicę. W tej części Oceanu Indyjskiego kończyła się powoli pora
ciepła, a zbliżał się czas monsunów. Sam opad nie był jeszcze tak silny
i rzęsisty jak w listopadzie, grudniu czy styczniu, zwiastował jednak
nieubłagalną zmianę pogody.
Po parunastu minutach, kiedy wyłączono oświetlenie wszystkich pokładów i pozostały jedynie światła nawigacyjne: białe masztowe i rufowe oraz
czerwone i zielone burtowe, na niewielkiej platformie na rufie służącej
schodzeniu do wody stanęło dwóch mężczyzn. Kilka następnych osób zaczęło
ściągać ze środkowego pokładu grafitowy ponton z dużym silnikiem
zaburtowym. Ekipa była bardzo sprawna. Każdy znał swoje miejsce i wiedział, co ma zrobić. Pracowali w milczeniu. Po kwadransie ponton
kołysał się na cumie za burtą jachtu. Po kolejnych piętnastu minutach
pięciu mężczyzn w czarnych ubraniach weszło wraz z bagażem na jej pokład
i ruszyło w kierunku wyspy La Digue. Mieli do pokonania kilka mil
morskich.
* * *
Dudniący warkot silnika Mercury o mocy ponad stu koni mechanicznych
wprawiał pasażerów pontonu w swoisty trans. Jedynie silne uderzenia
większych fal o tnący je owalny dziób wyrywały ich z tego morskiego
letargu. Wzrok wszystkich utkwiony był w zbliżającej się powoli wyspie -
celu ich nocnej wyprawy. Deszcz wprawdzie przestał siąpić, ale chmury
wciąż zakrywały niebo. Noc była wyjątkowo ciemna. Właśnie taka, na jaką
czekali od trzech dni. Sternik przesunął manetkę w dół i ponton zwolnił,
kiedy znaleźli się na wysokości cypla. Rufa lekko się uniosła, dziób zaś
opadł. Na moment zza chmur wyszedł księżyc, który oświetlił lśniące od
morskiej wody pękate burty. Sternik szukał w ciemności niewielkiego
pomostu prowadzącego na dziką plażę. Dźwięk silnika był teraz ledwie
słyszalny. Wszyscy pasażerowie jakby na komendę zaczęli lustrować brzeg,
każdy z nich jednak inną jego część. Prawie się zatrzymali. Mercury
pracował na wolnych obrotach. Sternik wyjął z plecaka solidną lornetkę i zaczął powtórnie metr po metrze sprawdzać brzeg, poczynając od cypla
zakończonego grupą owalnych skał. Potem skierował ją na zieloną,
parującą ścianę tropikalnego lasu. Jego oczy cierpliwie i zimno
spoglądały przez silne szkła. W końcu skinął na jednego z mężczyzn. Ten
bez słowa wyjął z plecaka noktowizor. Przeszedł na dziób pontonu i założył urządzenie na głowę. Przez kilka minut powtarzał ruch, który
przed chwilą wykonywał sternik. Po kilkudziesięciu sekundach kiwnął
głową na znak, że wszystko w porządku. Ponton powoli ruszył do przodu.
W miarę zbliżania się do brzegu coraz bardziej słyszalny stawał się
dźwięk uderzających o brzeg krótkich fal. Płynąc wzdłuż drewnianego
pomostu, ponton zaczął zwalniać. Sternik włączył w pewnej chwili ciąg
wsteczny. Ponton gwałtownie się zatrzymał. W tym momencie na pomost
wyskoczył sprawnie jeden z mężczyzn trzymający w dłoni końcówkę liny
cumowniczej, którą umocował do wystającego pala. Potem chwycił drugą
linę i przywiązał ją do pomostu od strony dziobu. Mocnym szarpnięciem
sprawdził obie. Ubrani na czarno mężczyźni zaczęli wychodzić na pomost
jeden za drugim. W dłoniach trzymali gotowe do strzału AKS-74U, czyli
skrócone wersje karabinka Kałasznikowa. W kaburach przy pasku mieli
dodatkowo pistolety. Grupa w szybkim tempie skierowała się w stronę
plaży i nadbrzeżnych zarośli. Po chwili z białego piasku weszli na
wydeptaną w rudoczerwonej ziemi ścieżkę, która wiła się między
olbrzymimi, owalnymi głazami, a po kilkudziesięciu metrach zaczęła piąć
się stromo w górę. Mężczyźni w milczeniu, nie zmieniając tempa,
pokonywali ją forsownym marszem.
Upiorne błoto na ścieżce, która co jakiś czas zamieniała się w niewielki
strumyk, dawało im w kość. Wysokie buty oblepione mieli piaskiem, ziemią
i roślinami. Czarne uniformy były zupełnie przemoczone od uderzających w nie mokrych gałęzi i liści. Do tego atakowały ich muszki i komary, które
kleiły się do lepkich od potu i wilgoci odsłoniętych części szyi i twarzy. Po kilku minutach, trawersując zbocze, wyszli jeden za drugim na
polanę na szczycie. Dowodzący spojrzał w dół, w głąb wyspy. Jakieś
trzysta metrów dalej, za szerokim pasem dżungli, znajdował się ich cel.
Przyłożył lornetkę do oczu i powoli przyglądał się budynkowi oraz jego
otoczeniu. Dom był drewniany z solidną podmurówką wysokości półtora
metra. Szerokie betonowe schody prowadziły na werandę z niewysoką
drewnianą balustradą. Obok niej znajdowały się trzy filary, które
podtrzymywały przykryty dwuspadowym daszkiem wykusz z dwoma oknami
przysłoniętymi okiennicami. Dojście do głównych drzwi prowadziło przez
werandę. Na podjeździe parkował samochód. Budynek, wierny kanonom
lokalnej architektury, sprawiał wrażenie nieco nadgryzionego zębem
czasu. Blaszany dach pokryty był tu i ówdzie rdzą. Otwarte okiennice na
parterze oraz ozdobne reliefy nadokienne pomalowane były białą farbą,
która odchodziła w paru miejscach. Cała posesja tonęła w zieleni starych
drzew i palm.
-?Przed nami czysto -?powiedział szeptem dowódca do mężczyzny, który do
niego podszedł. -?Wygląda na to, że w domu nie ma ochroniarza. Przed
podjazdem stoi biały suzuki Jimny. Innego samochodu nie widzę -
uzupełnił i dłonią dał znak pozostałym, by kierowali się w rejon celu.
Weszli ponownie w tropikalny las. Nierówne, błotniste podłoże znowu
utrudniało marsz. Wystające, śliskie korzenie, których nagle na ich
ścieżce jakby przybyło, sprawiały, że każdy kolejny krok musieli stawiać
z wielką ostrożnością. W pewnym momencie niebo rozbłysło intensywnym
blaskiem i niemal natychmiast rozległ się potężny grzmot. Mężczyźni na
chwilę znieruchomieli i odruchowo się skulili. Niespodziewane
wyładowanie atmosferyczne wybiło ich z rytmu. Zaraz potem nastąpiło
drugie, ale już gdzieś dalej, po chwili trzecie. Burza wyraźnie się
oddalała. Zapanowała niemal zupełna ciemność. Trzeba jednak było ruszać.
Bujna roślinność w końcu zaczęła się przerzedzać. Byli w rejonie
obserwowanego wcześniej domu. Dowódca dał znaki dłonią, by zajęli
wyznaczone pozycje na skraju lasu otaczającego bezpośrednio budynek, a dwaj mężczyźni, utrzymając odpowiedni dystans między sobą, obeszli całą
posesję. Wrócili po kilku minutach, meldując, że nic podejrzanego nie
zaobserwowali.
Cała piątka, na rozkaz dowódcy, zaczęła się bezszelestnie przesuwać w stronę betonowych schodów. Niemal jednocześnie rozłożyli kolby
karabinków i stabilnie oparli je o ramię. Dwóch mężczyzn weszło na
werandę. Ostrożnie stąpali po rozłożonej na deskach słomianej macie. Pod
stopami jednego z nich rozległo się skrzypnięcie deski. Obaj zamarli w bezruchu i zaczęli nasłuchiwać. Jednak oprócz odgłosów dżungli i odległego pomruku odchodzącej burzy niczego nie usłyszeli. Podeszli do
głównych drzwi i przymocowali do nich niewielki, prostokątny ładunek.
Pozostali czekali w gotowości tuż przed schodami. Po chwili rozległ się
huk. Wejściowe drzwi zostały wyrwane z zawiasów. Wśród unoszącego się
jeszcze kurzu dwójka napastników wbiegła do środka. Za nimi ruszyli
kolejni. Pokonali w kilku susach niewielki korytarz. Wpadli do salonu.
Na podłodze przed telewizorem zobaczyli leżącego, mocno szpakowatego
mężczyznę w wieku około siedemdziesięciu lat. Zakrywał dłońmi uszy i był
zupełnie zdezorientowany. Miał na sobie tylko kolorowe szorty.
Napastnicy rzucili się na niego, obrócili go na brzuch i przycisnęli do
podłogi, wykręcając mu ręce do tyłu. Jeden z nich zaciągnął mu trytki na
przegubach rąk i nóg.
-?Czego ode mnie chcecie?! -?jęknął leżący z trudem po angielsku, ledwo
łapiąc oddech.
-?Spokojno. Wszystkiego się dowiesz! -?krzyknął do niego dowódca
grupy, który stał już wyprostowany i ostrożnie rozglądał się po salonie.
Słowa w języku rosyjskim wyraźnie zaskoczyły mężczyznę. Zaczął się
szarpać i wierzgać. W tym momencie z pierwszego piętra dobiegł odgłos
otwieranych drzwi. Wszyscy zamarli, tylko leżący próbował coś krzyknąć,
ale jeden z napastników szybko zatkał mu usta. Dwóch mężczyzn, którzy
zabezpieczali tył, skierowało broń ku schodom i ruszyło do góry. Wbiegli
na piętro i po chwili rozległ się stamtąd wrzask kobiety, a zaraz potem
rozkaz wypowiedziany ostro męskim głosem:
-?Ostonowis, suka!
Po chwili mężczyźni zjawili się w salonie -?jeden z nich niósł
wyrywającą mu się, nagą, dwudziestoparoletnią Kreolkę, której zakrywał
dłonią usta. Gdy tylko uwolnił dziewczynę, stawiając ją na podłodze, ta
zaczęła znów przeraźliwie krzyczeć i ruszyła pędem do głównych drzwi,
nie zauważyła jednak stojącego w wejściu mężczyzny i z impetem na niego
wpadła. Ten natychmiast puścił AKS, chwycił ją za ramię i mocno uderzył
otwartą dłonią w twarz. Dziewczyna upadła, ale nie przestawała krzyczeć.
Podniosła się na kolana.
-?Uciszyć ją! Job twoju mat' -?rozkazał dowódca. -?Tylko żeby nic się
jej nie stało -?dodał natychmiast.
Jeden z mężczyzn ponownie wymierzył kobiecie silny policzek, tak że ta
poleciała w tył i uderzyła o ścianę. Podkuliła nogi i drżąc, przywarła
do desek. Z jej wielkich, czarnych oczu popłynęły obficie łzy.
-?Na górze czysto, komandir. Tylko ta mała kurwa brała kąpiel -?rzucił
do dowódcy jeden z mężczyzn sprawdzających pierwsze piętro.
-?Właśnie widziałem, jak czysto. Prawie się wam wywinęło takie
czekoladowe chuchro. Duraki.
Dowódca podszedł do skulonej pod ścianą kobiety, wyrywając po drodze
ręcznik z dłoni jednemu z podkomendnych i rzucając nim w stronę
dziewczyny. Ta nakryła nim biodra i piersi. Po chwili złapał ją dłonią
za mokre włosy i wycedził przez zęby.
-?Ani się waż ruszyć, suko! Don't move!
Dziewczyna spojrzała na napastnika zapłakanymi oczami i kiwnęła głową.
Dowódca odwrócił się i podszedł w stronę leżącego i próbującego się
oswobodzić mężczyzny. Zdecydowanym ruchem nogi przekręcił go na plecy.
Przykucnął i zaczął bacznie przyglądać się mu z bliska.
-?Posadźcie to ścierwo na kanapie -?zwrócił się do dwóch mężczyzn
stojących tuż nad nim.
Ponownie rozejrzał się uważnie po salonie. Jednemu z podkomendnych dał
znać, by wyszedł na zewnątrz zabezpieczać dom na wypadek powrotu
ochroniarza. Drugiemu kazał pilnować skulonej, pochlipującej i trzęsącej
się ze strachu dziewczyny.
-?I co, Woronow? Myślałeś, że cię nie znajdziemy? -?zwrócił się do
skrępowanego mężczyzny.
-?Czego ode mnie chcecie? Kim jesteście? Wiecie, kim ja jestem?! -
odpowiedział z butą Woronow zachrypłym głosem.
-?Wiemy i dlatego się tu zjawiliśmy -?rzucił dowódca.
Wyjął z kieszeni papierosy, zapalił i zaciągnął się głęboko. Popatrzył
na biały sufit. Rozejrzał się znowu po salonie. Spojrzał na tekowe,
niskie szafki i poustawiane na nich szklane miski pełne wody z pływającymi w nich amarantowymi i pomarańczowymi kwiatami. Wreszcie jego
wzrok spoczął na powrót na Woronowie:
-?Można powiedzieć, że urządziłeś sobie tutaj taki mały prywatny raj.
Kwiaty, owoce, plaże i ta młoda, kreolska krasawica. -?Skinął na
szlochającą dziewczynę. -?Jak na dawnego oficera radzieckiego wywiadu to
niezła emeryturka. -?Uśmiechnął się pod nosem i zrobił wyraźną pauzę. -
Dobrze wiesz, czego od ciebie chcemy, Woronow. Dobrze wiesz. Towariszcz
połkownik.
Chwycił skrępowanego za włosy i szarpnął kilka razy, po czym odgiął mu
głowę mocno do tyłu i przypalił papierosem szyję. Woronow syknął.
Komandir przytrzymał papierosa kilka sekund. Potem puścił
torturowanego.
-?Widzisz, Woronow. My nie mamy czasu na długie pogawędki z tobą i tą
krasawicą. Albo mówisz, albo nie. Mnie tam wszystko jedno. Ciebie
zarżniemy jak barana, a tą Kreolką zajmą się chłopaki. Potem wyrzucimy
ją na otwartym oceanie. Będzie dobrą pożywką dla rekinów.
-?Czego ode mnie chcecie?!
-?Mówiłem ci. Przecież dobrze wiesz czego. Gdzie jest to, co wywiozłeś z Moskwy? To, co należy do Matuszki Rossiji? Gdzie są dokumenty i cała
reszta?
Ledwo skończył, a siarczyste uderzenie pięści wylądowało na twarzy
Woronowa. Z nosa i ust zaczęła mu się sączyć krew.
-?Na zachętę przypaliłbym cię jeszcze raz papierosem, ale szkoda mi ich
na twój zdradziecki ryj. Dajcie mi tu tę dziwkę! -?rzucił dowódca do
mężczyzny pilnującego dziewczyny.
Ten złapał Kreolkę za włosy i pociągnął po ciemnej podłodze. Dziewczyna
zaczęła znowu krzyczeć. Odruchowo chciała okryć się ręcznikiem, ale go
nie było -?został pod ścianą. Mężczyzna zdzielił swoją ofiarę pięścią,
każąc jej milczeć, po czym rzucił ją pod stopy Woronowa.
-?Mówisz, połkownik, czy...? -?Dowódca zawiesił głos i wyjął nóż nurka
zakończony z jednej strony piłą. -?Przytrzymaj ją -?rzucił do
podwładnego, który przycisnął dziewczynę kolanem i chwycił ją za ręce.
Mężczyzna dotknął zimną klingą noża gładkiego brzucha Kreolki. Potem
skierował go do wzgórka łonowego. Dziewczyna rozdarła się na powrót i znów została uciszona, a Woronow wykonał ruch, jakby chciał podnieść się
z kanapy, ale pchnięty mocno przez pilnującego, znieruchomiał. Cieknąca
mu z ust i nosa krew mieszała się ze śliną i spływała na goły tors.
Coraz ciężej dyszał. Dowódca spojrzał na niego z lekkim uśmiechem i podsunął mu nóż pod nos.
-?Czujesz, sobaczy chuju!? Czy mam dołożyć do tego zapach jej krwi i trzewi?! -?Ponownie przyłożył ostrze do brzucha przerażonej dziewczyny.
-?Zostawcie ją, skurwiele! Ona nie ma z tym wszystkim nic wspólnego! -
wydusił z siebie Woronow, łapiąc z trudem powietrze.
-?Kurwa, co ty pierdolisz! Stałeś się na tym zadupiu obrońcą kobiet?
Takich czekoladek możesz mieć tu na pęczki. No, chyba że się zakochałeś
w tej jednej jedynej. Tak! Zakochałeś się! -?zaśmiał się, po czym
nachylił się blisko nad twarzą swojej ofiary i językiem oblizał klingę.
Podniósł się, wyprostował i krzyknął:
-?Mów, kurwa, gdzie to jest?
Kopnął Woronowa w brzuch. Ten skulił się, a po chwili dostał torsji.
Dowódca chwycił go za głowę. Wymiociny poleciały wprost na dziewczynę, a po salonie rozszedł się kwaśny odór. Komandir odsunął się z niesmakiem.
-?Znaleźliście coś?! -?zwrócił się do przeszukujących parter domu, ci
jednak jakby nie słyszeli.
Dowódca powtórzył pytanie i dodał:
-?Pamiętajcie, szukamy sejfu lub jakiejś skrytki. Jak znajdziecie, to
nie otwierać. Mógł to jakoś zabezpieczyć. A my, Woronow, nie
potrzebujemy tu przecież żadnych niespodzianek. Prawda? -?powiedział i znowu odciągnął do tyłu zabrudzoną wymiocinami i krwią głowę. -?Mamy
jeszcze... -?spojrzał na zegarek -?godzinę. -?Wstał. -?Aha! Zabieramy
każdy komputer, laptop, tablet. Każdą pocztówkę czy list! -?krzyknął.
Mężczyzna usiadł na kanapie i zapalił kolejnego papierosa. Zaciągnął się
mocno i utkwił wzrok w swojej ofierze.
* * *
-?Komandir! -?Minęło dobrych kilkanaście minut, nim z kuchni dobiegł
wykrzyczany meldunek jednego z napastników. -?Na coś, zdaje się,
natrafiliśmy. To może być sejf!
-?W wysokiej szafce koło lodówki za garnkami jest chyba zakamuflowany
sejf -?dodał drugi spokojniejszym głosem. -?Wygląda na to, że nie ma tu
żadnych niespodzianek.
-?Dziewczynę też nie od razu odkryliście. Niczego nie ruszać!
Dowódca skierował się szybkim krokiem do kuchni. Po kilku minutach
wrócił i powiedział:
-?Podnieść i zanieść do kuchni to ścierwo.
Jeden z mężczyzn z wyraźnym obrzydzeniem chwycił Woronowa za założone do
tyłu ręce, a drugi z takim samym wyrazem twarzy za włosy. Zaciągnęli go
do kuchni. Obszerna szafka została już opróżniona z garnków i pozbawiona
półki. Napastnicy oświetlili latarką kryjące się z tyłu drzwi sejfu.
Była to solidna konstrukcja niemieckiej firmy Döttling z zamkiem na
szyfr.
Dowódca uważnie się jej przyjrzał i po chwili odwrócił się do Woronowa.
-?Podaj szyfr! Albo nie! Otwórz go sam! Uwolnij mu ręce! -?rozkazał
podwładnemu.
Woronow spojrzał na niego obojętnym wzrokiem. W tym momencie
podtrzymujący go mężczyzna wygiął mu ręce jeszcze bardziej do tyłu.
Ogromny grymas bólu pojawił się na twarzy ofiary. A zaraz potem rozległ
się stłumiony jęk. Trzymający przeciął nożem plastikową opaskę.
-?Jak go otworzę, to mnie zabijecie -?wysyczał przez zęby Woronow.
-?Ty już jesteś trup. Nie zauważyłeś? Moja propozycja brzmi tak:
krasawicę wypuścimy, a ty zginiesz bezboleśnie. Słowo oficera
rosyjskiej razwiedki. Inaczej będzie bolało...
Nie czekając na odpowiedź, od razu wyciągnął schowane w kieszeni
kamizelki taktycznej obcęgi, chwycił wskazujący palec Woronowa i z całej
siły ścisnął rękojeść. Szczęki zakończone ostrzami wbiły się w ciało,
trysnęła krew, a fragment palca upadł na podłogę. W kuchni rozległ się
stłumiony jęk.
-?No i co, będziesz gadał? A może poprosimy o pomoc twoją krasawicę?!
Krzyknął do podwładnego pilnującego w salonie dziewczyny, by ten ją
przyprowadził. Gdy weszła do kuchni, "opiekun" przewrócił ją na ziemię,
po czym wyszarpnął ze skórzanej pochwy myśliwski nóż i przykładając jego
ostrze pod jędrną pierś kobiety, lekko nim pociągnął. Na oliwkowej
skórze Kreolki pojawiła się strużka krwi. Dziewczyna zareagowała
niemiłosiernym krzykiem, wierzgając przy tym nogami i rękami, ale
napastnik mocno przyciskał ją do podłogi. Wrzeszczała jednak coraz
głośniej, przerywając czasem krzyk jakimiś błagalnymi słowami to po
angielsku, to po francusku. W pewnym momencie jej mokre ciało
wyślizgnęło się oprawcy, którego zaczęła chaotycznie okładać pięściami.
W odpowiedzi ten bezceremonialnie wymierzył jej cios w twarz i Kreolka
straciła przytomność. Z nosa popłynęła jej krew.
-?Obiecałem. Ona przeżyje, a ty zginiesz bezboleśnie -?odezwał się
dowódca. -?Słyszałeś? Naprawdę chcesz, żeby chłopaki się nią zajęli, a potem po kawałku wrzucili do tej pięknej turkusowej wody oceanu?!
Otwieraj, kurwa, ten pieprzony sejf albo obetnę ci wszystkie palce, a potem język i nos -?krzyknął.
Woronow milczał. A raczej dyszał tak, że nie mógł wydusić z siebie ani
słowa.
Komandir zbliżył obcęgi do jego twarzy. Więzień zaczął kręcić głową i zasłaniać się rękami. Jednak drugi napastnik chwycił jego głowę i unieruchomił ją, rękę zaś wygiął mu do tyłu. Dowódca, który w prawej
dłoni ściskał obcęgi, lewą chwycił za brodę przerażonego Woronowa.
Przytknął szczęki do końca nosa i zacisnął. Trysnęła krew.
-?Otworzę go! Otworzę! -?jęknął niewyraźnie Woronow.
Słysząc to, dowódca puścił uchwyt i schował obcęgi.
Torturowany odkaszlnął kilka razy i wypluł z ust resztki wymiocin
pomieszanych z krwią. Ciągle mocno dysząc, uchwycił palcami rozetkę i przekręcał ją kilka razy w lewo, potem w prawo, potem znowu w lewo.
Przekręcił w dół klamkę i pociągnął grube pancerne drzwiczki do siebie.
Dowódca odepchnął go od szafki. Potem oświetlił wnętrze sejfu snopem
zimnego światła z latarki. Włożył rękę do środka i zaczął wyjmować to,
co stanowiło jego zawartość. Dwa paszporty: jeden bułgarski, a drugi
południowoafrykański -?w obu były zdjęcia Woronowa, jednak dokumenty
zawierały inne dane osobowe. Następnie wyciągnął lekki, brązowy, spory
przedmiot z inkrustowanymi zdobieniami. Zaczął mu się przyglądać.
Oświetlił go latarką.
-?Ty jesteś z Kaliningradu, prawda? -?Odwrócił się do podwładnego. -?To
chyba bursztyn?
Ten wziął go do ręki i obejrzał dokładnie, po czym przytaknął i oddał
znalezisko dowódcy.
W głębi sejfu spoczywała też niewielka skrzynka z mahoniowego drewna.
Komandir wyciągnął ją i otworzył. W środku leżały dwa niewielkie złote
przedmioty o owalnym kształcie -?jakby duże monety czy medaliony, jednak
o niewyraźnej fakturze. Na ich rewersie znajdował się słabo widoczny
znak przypominający krzyż. Na niższej półce stały ustawione jedna na
drugiej złote monety.
-?To chyba nasze świnki. Jest tego z... bo ja wiem, trzydzieści,
czterdzieści sztuk -?powiedział dowódca, odwracając się do podwładnego.
-?Nieźle tego, swołocz, nakradł. Co tu jeszcze Woronow schowałeś? -
mruknął po chwili już do siebie pod nosem.
Dostrzegł dwa obrazy malowane na drewnianych deskach, trzy ikony w srebrnych koszulkach, spięty skórzanym paskiem zestaw sztućców i kanciastą srebrną cukiernicę. "Te ikony pewnie jakieś zabytkowe,
zalatują stęchlizną. O! Jakiś herb z koroną. Coś po łacinie" -
skonstatował i zaczął wyciągać jedną rzecz po drugiej.
-?Co ona taka ciężka? -?szepnął do siebie, podnosząc srebrną cukiernicę.
"Fabryka Wolska pod Warszawą. 1906. P.F." -?przeczytał bezgłośnie, po
czym potrząsnął nią i zajrzał do środka.
Wewnątrz znajdowało się około dwudziestu złotych sygnetów z różnymi
herbami rodowymi. Zamknął cukiernicę i odstawił ją na podłogę. Niżej, na
przedostatniej półce, stały: sześć srebrnych, złoconych wewnątrz
pucharów kiduszowych przypominających kształtem kubek bez ucha z inkrustowaną gwiazdą Dawida i metalowa kaseta. Spojrzał na zegarek.
Pokiwał głową. "Bladź, nie ma już czasu na sprawdzanie. Bierzemy to" -
pomyślał. Potem zajrzał na najniższą półkę. Dostrzegł tam banderolowane
paczki zielonych, amerykańskich studolarówek i czerwonych
pięćdziesięciofuntówek z wizerunkiem Elżbiety II. Zostawił je. Nie
zamknął sejfu.
-?Schować to. Tylko delikatnie. Owinąć jakimiś szmatami czy ręcznikami,
co tam znajdziecie. I do worków. Te metalowe przedmioty, a zwłaszcza
kasetę, też zabezpieczyć w ten sam sposób. Cholera wie, co tam w niej
jest. Aha, wcześniej włożyć w plastikowe torby, podwójnie. Dokładnie
zakleić power tapem. Widzicie, jaka tu jest pieprzona wilgoć.
-?Komandir. Może by tak tę forsę wziąć i podzielić?
Ten spojrzał na podwładnego srogim wzrokiem i rzucił:
-?Żeby mi tu, kurwa, ani dolar nie zniknął z tego sejfu! Słyszałeś?!
Schować to do plastikowej torby i przynieść do salonu!
-?Tak toczno, towariszcz komandir!
Dowódca podszedł do Woronowa, który półprzytomny wciąż leżał na
podłodze.
-?To nie jest wszystko! Kurwa! Gdzie jest reszta? Gdzie są dokumenty?
Woronow nie zareagował. Jego ciało drgało co chwilę na podłodze w nieskoordynowanych skurczach. Dowódca złapał go za głowę i odwrócił do
siebie.
-?Pytam po raz ostatni. Gdzie jest reszta? -?Nadepnął na rękę i z kikuta
po placu zaczęła jeszcze mocniej lać się krew.
-?Nie ma już nic więcej... Przysięgam -?odpowiedział Woronow niewyraźnym
głosem pomieszanym z jękiem.
-?Przysięgasz?! Przysięgałeś swojej ojczyźnie i co? Zajebałeś to
wszystko z muzealnych magazynów w Moskwie -?powiedział z wyrzutem
dowódca, po czym spojrzał na pozostałych i gestem głowy nakazał
przenieść ofiarę z powrotem do salonu.
-?To co robimy z tą krasawicą, komandir? -?zapytał ten, który
pilnował młodej Kreolki.
-?Niech wypierdala. Wypuścić ją. Już! Natychmiast!
Jeden z napastników pomógł dziewczynie się podnieść, podał jej też
zakrwawiony ręcznik, którym jakoś się okryła. Drugi rzucił jej kolorową
hawajską koszulę Woronowa i wskazał lufą karabinka główne wyjście.
Dowódca wziął ze stolika plastikową torbę z paczkami banknotów.
-?Take it! -?powiedział do Kreolki.
Zaczerwienione oczy zmaltretowanego Woronowa odprowadziły ją do drzwi.
Dziewczyna, ściskając w dłoni plastikową torbę z pieniędzmi, wybiegła z domu i skierowała się w stronę ogrodu. Jeszcze kilka razy przewróciła
się w rudoczerwonym błocie, zanim zniknęła w zielonej czeluści lasu.
Dowódca podszedł do Woronowa. Stanął nad nim. Wyciągnął zza pasa swój
pistolet. Przeładował go.
-?Jak widzisz, towariszcz połkownik, ja słowa dotrzymałem -?powiedział
szeptem i skinął do leżącego głową.
Były pułkownik Pierwszego Zarządu Głównego KGB zamknął oczy. Dowódca
wymierzył, po czym dwa razy strzelił mu prosto w głowę. Krew z kawałkami
mózgu rozbryznęła się po podłodze. Chwilę później napastnicy, dźwigając
każdy na plecach duży, czarny worek zawieszony na szerokim pasie,
opuścili dom Woronowa.
Po niełatwym powrotnym marszu w strugach tropikalnego deszczu znaleźli
się w końcu przy pontonie. Wrzucili worki do środka i weszli na pokład.
Dowódca stanął za kołem sterowym, wyjął z kieszeni kluczyk i włożył go
do otworu przy tablicy rozdzielczej. Uruchomił silnik i położył dłoń na
manetce gazu. W tym czasie dwóch innych mężczyzn odcumowało. Ponton
ruszył powoli do przodu, zataczając szeroki łuk. Wszyscy poza sternikiem
trzymali swoje AKS-y skierowane ku brzegowi. RIB wciąż na wolnych
obrotach, mocno bujając, oddalał się od lądu. Kiedy wypłynęli z zatoki,
Mercury zawył, ponton skoczył do przodu i po chwili wszedł w ślizg. Fale
zaczęły mocno uderzać w sztywne dno, a wyżej uniesiony dziób hybrydy
ciął ich gładkie i spienione szczyty. Całe strumienie wody wystrzeliwały
wzdłuż burt, niektóre wpadały do wewnątrz. Stojący sztywno sternik
zamykający co chwilę oczy wydawał się nieporuszony tym spektaklem wody i szybkości. Wpatrzony był w cel: w zatokę Sainte Anne. Pilnie szukał na
tym obcym horyzoncie świateł pozycyjnych ich jachtu.
Rozdział 2
Wyspa Wolin -?styczeń 1945
Ubrani w niemieckie kurtki polowe z zimowym kamuflażem dwaj żołnierze
wkładali do niewielkiego górnopłata skrzynki przynoszone z ciężarówki.
Leciał na nich śnieg zasysany i wyrzucany przez pracujące śmigło. Po
zakończeniu załadunku grzejący się dotychczas ośmiocylindrowy silnik
wszedł na wyższe obroty, a jego wycie zaczęło narastać, jakby nie mógł
doczekać się startu.
Z ciężarówki wyskoczyło dwóch oficerów. Mężczyźni podbiegli do samolotu,
sprawnie dostali się do jego wnętrza i zatrzasnęli za sobą drzwiczki. Po
chwili jednostka rozpoznawczo-łącznikowa Fieseler Fi 156 "Storch"
gwałtownie ruszyła. Po siedemdziesięciu metrach rozbiegu ryk jej zespołu
napędowego zasygnalizował, że zaczęła się wznosić. Zaśnieżone,
prowizoryczne lądowisko znajdujące się na skraju miejscowości Gross
Weckow oddalało się. Maszyna wąskim łukiem zawróciła w kierunku
południowym.
Sturmbannführer SD1 Rolf Krause spoglądał przez okienko na
majaczące w dole zabudowania neoklasycystycznego kompleksu pałacowego.
Błysnęła zamarznięta tafla pięciohektarowego stawu. Biały fieseler
pomalowany w nieregularne ciemne pasy wszedł na wysokość przelotową
trzech tysięcy metrów. Po chwili pilot zakomunikował:
-?Polecimy kawałek na wschód, a potem odbijemy znowu na południe, aby
ominąć szerszym łukiem Szczecin, który bywa często celem alianckich
nalotów. -?Po chwili milczenia dodał: -?Pan wie, Sturmbannführer, co
niedawno ich lotnictwo zrobiło z fabryką benzyny syntetycznej w Pölitz?
Krause uspokajająco poklepał pilota dłonią po ramieniu i rozparł się
ciężko w fotelu.
Po chwili, wskazując głową kilka płaskich skrzynek stojących na
podłodze, zapytał podwładnego:
-?Hauptsturmführer! Dobrze zabezpieczyliście ładunek?
-?Tak jest. Wszystko owinięte jutowymi workami nasączonymi naftą.
Skrzynki od wewnątrz pokryłem wcześniej jakimś smarem, który dał mi
pastor. Służył chyba do konserwacji mechanizmu w dzwonnicy albo... -
przerwał, bo samolot wpadł w niewielką turbulencję. -?Tak jak pan
Sturmbannführer rozkazał, zbiłem skrzynki gwoździami -?dorzucił i kontynuował strzepywanie śniegu ze swojej kurtki typu Anorakanzug 43 w zimowym kamuflażu.
-?A dokumenty?
-?Mam tutaj. -?Wskazał na stojącą obok niego solidną drewnianą walizkę z metalowym okuciem.
-?Ja nie pytam, gdzie pan to ma, ale jak pan zabezpieczył zawartość -
żachnął się Krause i spojrzał badawczym wzrokiem na podkomendnego.
-?Miałem tylko to, panie Sturmbannführer, co znalazłem na plebanii w garażu. Na szczęście pastor to chyba jakiś mechanik z zamiłowania.
-?Czyli? -?niecierpliwił się Krause.
-?Papier był natłuszczony, widać po częściach samochodowych. Opakowałem
nim szczelnie po kilka skoroszytów, związałem mocno sznurkiem i zalakowałem wzdłuż łączeń. Przystawiłem naszą pieczęć sztabową. Z jakiegoś płaszcza gumowego, takiego, jakiego używają marynarze, wyciąłem
duże kawałki, owinąłem nimi pakunki i skleiłem to na gorąco. Dodatkowo
spiąłem skórzanymi paskami. Całość włożyłem do walizki. Tak jak w przypadku skrzynek, jej wnętrze pokryłem smarem. Również krawędzie przed
zamknięciem.
-?Świetnie. Brawo. Jestem pod wrażeniem pana inwencji. -?Krause
uśmiechnął się, a po chwili krzyknął do pilota: -?Kapitanie!
-?Słucham.
-?Na pewno dolecimy na miejsce bez międzylądowania?
-?To w linii prostej niecałe pięćset kilometrów, powinniśmy dać radę.
Ale zobaczymy, jakie będą warunki pogodowe. Najwyżej wylądujemy w Grünbergu. Znam to lotnisko jeszcze sprzed wojny. Byłem tam na letnim
obozie szybowcowym jako młody chłopak. Poza tym... musimy uważać. Może tu
operować bolszewickie lotnictwo rozpoznawcze.
-?Tutaj? Za naszymi ufortyfikowanymi liniami? -?zdziwił się Krause.
-?Nie dostał pan ostatniego komunikatu? Bolszewicy zajęli już Warszawę i podchodzą pod Opole. A to już niedaleko od nas. Zresztą proszę spojrzeć
na mapę. Zaznaczyłem trasę lotu. Teraz kierujemy się na Stargard.
Kapitan Luftwaffe podał Krausemu mapę z zaznaczonym miejscem startu z prowizorycznego lądowiska w Gross Weckow na wyspie Wolin.
-?Proszę spojrzeć na następne strony. Tam podkreśliłem na czerwono
Passendorf. Tak jak pan mówił, obok wsi, po przeciwnej stronie niż
kościół, jest dość rozległa, w miarę płaska polana. Dokładnie
sprawdziłem. -?Kapitan przekrzykiwał jednostajny warkot silnika i świst
powietrza.
-?Znajdziecie to miejsce? Damy radę bezpiecznie tam wylądować?
-?Fieselerowi wystarczy dwadzieścia, trzydzieści metrów na lądowanie. A na tych płozach po śniegu przyziemimy jak na betonce -?odpowiedział
pilot. -?Mussoliniego wywiózł w czterdziestym trzecim taki jak ten
fieseler, to i nas tam w góry dowiezie -?roześmiał się.
-?Nie wiedziałem, że ten mały, niepozorny samolocik jest taki dzielny. -
Krause pokręcił głową z uznaniem.
-?Jak pan Sturmbannführer powiedział parę dni temu, że tam lecimy, to
poszperałem w bibliotece pałacowej i znalazłem dokładną mapę
turystyczną, a nawet publikację na temat tych... Heuscheuergebirge,
wprawdzie z tysiąc osiemset pięćdziesiątego siódmego, ale jednak. -
Pilot wyjął z kieszeni kurtki książkę i przeczytał: -?"Krótka historia
uprzystępnienia Szczelińca wspomniana przez przewodnika po Szczelińcu
sołtysa Franciszka Pabla". Tam są, jak pan sam pewnie wie, piękne
tereny. Proszę! -?Podał swoje znaleziska starszemu z oficerów SD.
-?Brawo, kapitanie! Mamy świetną lekturę, panie Hauptsturmführer -
roześmiał się Krause, zwracając się do siedzącego obok i wciąż
poprawiającego mundur towarzysza.
Po chwili przeglądania materiałów od kapitana Krause nachylił się ku
podwładnemu i powiedział:
-?Oddział specjalny czeka na nas w takim pensjonacie... -?Zaczął jeździć
palcem po mapie. -?Jest: Hugo Teuber's Gasthof. A właściciel
miejscowego sklepu... o, tutaj -?pokazał napis "Nentwigs Warenhandlung"
- wskaże dokładnie miejsca. Jego sklep mieści się w dużym, drewnianym
domu z dwuspadowym dachem. Przylega do niego stodoła. Łatwo będzie
znaleźć.
-?To pewny człowiek?
-?Pewny. Dla Sicherheitsdienst pracuje od trzydziestego siódmego.
-?Rozumiem. A o jakie miejsca chodzi?
-?Jedno jest tutaj, niedaleko kościoła. Na niewielkim skłonie. -?Wskazał
na mapie kółko z krzyżykiem. -?A drugie obok kamiennego mostu koło
wodospadu. -?Stuknął palcem w napis "Wasserfalle". - Jakaś godzina
drogi pieszo od kościoła. Po śniegu może nam to zająć więcej czasu.
Idzie się koło tej polany, na której mamy lądować, i obok dość nowego
domu z wysokim, spadzistym dachem. Wszystko jasne?
-?Tak jest.
-?Jeździ pan na nartach? -?zapytał niespodziewanie Krause.
-?Tak!
-?Świetnie. Przyda się to panu w tamtych warunkach. Przynajmniej do
wiosny. Będzie miał pan okazję potrenować zjazdy i podejścia. Na wyciągi
nie liczyłbym, bo ich w okolicy, jak pamiętam, nie ma.
-?Będziemy tam siedzieć do wiosny?
-?Jak się okaże, że trzeba, to i dłużej. Takie rozkazy otrzymaliśmy z Berlina. Passendorf to duża wieś, jakieś... tysiąc mieszkańców. Może nawet
znajdzie pan tam interesujące damskie towarzystwo -?roześmiał się
Krause.
-?A jak z łącznością, panie Sturmbannführer?
- Mamy radiostację na miejscu i drugą, dużą, zainstalowaną i zakamuflowaną w schronisku na szczycie Grosse Heuscheuer. Tam w Szwajcarce...
-?W czym?
-?Szwajcarka, tak nazywają to schronisko. Mamy tam pięcioosobowy
oddział, który prowadzi ciągły nasłuch. Stamtąd wysyłamy także meldunki
do centrali. Jeszcze jakieś pytania?
-?Nie. Wszystko jasne -?odpowiedział Hauptsturmführer tonem służbisty.
-?Proszę dokładnie się przyjrzeć mapie i poczytać ten przewodnik od pana
kapitana. -?Skinął głową w kierunku pilota. -?Może się przydać taka
wiedza... terenowa. Aha... -?Krause zawiesił głos.
-?Tak?
-?Czy zabezpieczył pan ewakuację dla żony i dzieci pastora?
-?Myśli pan, że będzie to konieczne? Że bolszewicy przełamią nasz
Pommernstellung?!
-?Panie Hauptsturmführer, pan pracuje w wywiadzie, a nie w Ministerstwie
Propagandy i Oświecenia Publicznego Rzeszy! Trzeba zakładać najgorsze
sytuacje, wtedy nic nas nie zaskoczy. Zrozumiał pan?!
-?Tak jest!
-?Co "tak jest"?! Zadałem panu proste pytanie!
-?W przypadku realnego zagrożenia szef komórki SD w Swinemünde ma
ewakuować pastora i jego rodzinę. Jest za to osobiście odpowiedzialny.
Krause pokiwał głową.
-?To dobrze. Bardzo dobrze. Ja się teraz trochę zdrzemnę... Niech pan
popatrzy, jaki piękny wschód słońca nad Stettiner Haff. -?Mrużąc oczy,
stuknął palcem w skórzanej rękawiczce w szybę z pleksi. -?Zapowiada się
wspaniały, zimowy dzień. -?Uśmiechnął się pod nosem.
Podłożył pod policzek wewnętrzną część kaptura kurtki i zsunął niżej na
czoło swoją bergmutze -?czapkę z daszkiem jednostek górskich, z metalową
szarotką z boku. Już zasnął, kiedy pilot lekko ściągnął na siebie wolant
i przekręcił go. Samolot uniósł się nieco i po zwrocie przez prawe
skrzydło obrał kurs na południe, zostawiając daleko na horyzoncie
iskrzącą się srebrzyście taflę Zalewu Szczecińskiego.
Rozdział 3
Świnoujście -?wiosna 1949
Przy niewielkim kutrze rybackim uwijało się kilka osób. Podobnie jak na
innych jednostkach, przygotowywano się tu do wyjścia w morze o wschodzie
słońca. Kutry, mimo że dobrze przycumowane przy nabrzeżu, kołysały się w rytm fal przyboju. W ciemnościach rozjaśnianych tylko przez lampy
naftowe zapalone na pokładach i kilka latarni na nabrzeżu trwał
załadunek skrzyń, sieci, lin, lodu i prowiantu. W oknach niewielkich
kamienic stojących przy porcie nie świeciło się ani jedno światło.
Wiosenna słota, noc i ciemna toń uchodzącej do morza Świny nadawały temu
miejscu dość ponury wyraz.
-?Panie szyper, panie Sztyk?! -?rozległ się donośny krzyk jednego z rybaków.
-?Co tam, do cholery? -?odpowiedział inny, nieco przytłumiony głos
należący do postawnego mężczyzny, który właśnie uchylił drzwi kabiny.
-?Panie szyper! Nie ma jeszcze mechanika! A za dwie godziny wychodzimy w morze. Niedługo będzie świtać -?zameldował przybyły, ocierając dłonią
czoło mokre od siąpiącego deszczu ze śniegiem.
-?Hmm... Jak nie przestanie padać, to nas wypuszczą dopiero za trzy
godziny. Zresztą przy takim wietrze nie zamierzam wypływać. Rano pogoda
ma się polepszyć. -?Szyper spojrzał na pędzące nisko ciemne chmury.
Stefana Sztyka z podwarszawskiego Wawrzyszewa przywiała do Świnoujścia
powojenna zawierucha. Część rodziny zginęła w powstaniu warszawskim,
część została zamordowana w egzekucjach. On, będąc żołnierzem AK, dostał
się do niewoli. Stefan jeszcze jako młodzieniec marzył o pływaniu po
morzu. Nie przypuszczał, że wojenna tragedia doprowadzi do spełnienia
tych marzeń. Nie wrócił już do Warszawy. Po uwolnieniu z obozu
jenieckiego dotarł tutaj, do Świnoujścia. Postanowił zacząć wszystko od
początku.
Sztyk był człowiekiem obrotnym, mającym wiele znajomości, nie unikał też
drobnego handlu z marynarzami w porcie, a czasem na morzu. Jego pozycję
społeczną wzmocnił ślub z Zofią pochodzącą z warszawskiego Mokotowa,
również żołnierzem AK, która później po wstąpieniu do I Armii WP
cieszyła się poważaniem w lokalnej społeczności, a nawet u władz. Na
tyle dużym, że bez problemu dostała na własność pensjonat w Międzyzdrojach. To od niej właśnie Sztyk przejął smykałkę do handlu.
Drzwi sterówki nagle się otworzyły, do środka wbiegł młody chłopak
ubrany w gumowany płaszcz z kapturem, uwijający się wcześniej wokół
skrzynek w części dziobowej kutra.
-?Chyba już jedzie! -?krzyknął. -?Panie szyper! Tam! -?Wskazał ręką
przez otwarte drzwi.
-?Zamykaj, młody, bo mi tu wody i śniegu nawpada, a i ciepło ucieknie! -
odpowiedział Sztyk, po czym sam wyszedł na pokład i spojrzał w kierunku
nabrzeża.
-?O, tam! -?Chłopak wskazał na mężczyznę na rowerze z przymocowaną do
bagażnika walizką.
Kilkadziesiąt metrów od kutra w strugach coraz obficiej padającego
deszczu Sztyk dostrzegł Eryka, ich mechanika. Mężczyzna, ubrany tak jak
oni w płaszcz z kapturem, kołysał się na rowerze, walcząc z porywami
wiatru. Był jednak coraz bliżej i w końcu zatrzymał się przy mającym
kształt wielkiego grzyba polerze oplecionym linami cumowniczymi ich
jednostki. "Po jaką cholerę mu ta walizka. Jakieś fanty w niej
przyniósł? W ogóle on jakiś aligant dzisiaj?! Przecież wopiści nie
wypuszczą go na morze" -?myślał Sztyk.
-?Panie szyper, panie Sztyk. Przepraszam. Bardzo przepraszam -?rzucił z daleka nieco łamaną polszczyzną z wyraźnym niemieckim akcentem,
przekrzykując szum deszczu i gwizd porywistego wiatru. -?Miałem sprawę...
-?urwał.
-?Dobra już, dobra, panie Eryku. Nie będę przecież pana besztać -
przerwał mu Sztyk. -?Alles ist gut. Bierz się pan do roboty! Szkoda
czasu. Do wyjścia z portu mamy jeszcze... ze trzy godziny. -?Odwrócił się,
chcąc wrócić do sterówki. -?Ten cholerny północno-zachodni wiatr.
Jedyne, czego tutaj nie lubię, to właśnie to przeszywające gówno wiejące
od Danii -?mruknął pod nosem, ocierając dłonią mokrą twarz.
-?Ale panie szyper... -?dobiegł go głos Eryka.
-?O co chodzi, panie Eryku?
-?Ma pan szyper chwilę? Bardzo proszę. To ważne.
Sztyk popatrzył na niego i zrozumiał, że mechanik ma mu rzeczywiście coś
istotnego do powiedzenia. "Nigdy nie widziałem u niego takiego wyrazu
twarzy. Do tego ta jego walizka, co to ją tak ściska w dłoni. O co mu
chodzi, do jasnej anielki?" -?pomyślał.
-?Dobra. Mamy trochę czasu -?zwrócił się do Eryka. -?Musi się rozwidnić
i przestać tak wiać. Napijemy się w sterówce gorącej herbaty po
góralsku. Na rozgrzanie.
Eryk wszedł ostrożnie na pokład i ruszył za Sztykiem. Zamknęli za sobą
drewniane drzwiczki z niewielkim bulajem. Zaczęli strzepywać z długich,
gumowanych płaszczy wodę. Potem zdjęli je i powiesili na haczyku na
drzwiach. Sztyk zapalił maszynkę benzynową. Postawił na niej czerwony,
emaliowany dzbanek. Po paru minutach z metalowego, mocno zużytego
pudełka z napisem "English Breakfast" wsypał do bulgocącej już wody
łyżkę liściastej herbaty.
- Pamiątka. Dostałem od Anglików, jak nasz obóz wyzwalali -
powiedział, stukając palcem w pudełko.
Po chwili rozlał parujący napój do dwóch białych porcelanowych kubków z nadrukiem "SS Reich" wyprodukowanych specjalnie dla tej niemieckiej
dywizji. Do każdego dodał trochę płynu z pękatej, brązowej butelki ze
złotą naklejką firmującą brandy.
-?Tu jest cukier. -?Wskazał na szklany słoik. -?To jaką masz pan ważną
sprawę do mnie, panie Eryku? -?Popatrzył na mechanika przenikliwym
wzrokiem.
-?Panie Sztyk. Pan jesteś porządny człowiek. Ja to wiem. Nigdy z pana
strony nic złego mnie nie spotkało. A o to Niemcowi niełatwo w Polsce.
Ja...
-?Widzę, że bierzesz mnie pan pod włos -?odezwał się Sztyk.
-?Nie, to nie tak. To... Hmm... Ja już tutaj nie mogę żyć. Muszę uciekać.
-?Ohohooo, to poważna sprawa. -?Sztyk upił łyk gorącej herbaty. -?Panie
Eryku, posłuchaj pan. Jestem zadowolony z pana pracy. Nawet nie
wnikałem, dlaczego mnie pan oszukałeś...
-?Ja?! Pana szypra? Panie Sztyk, panie Stefanie, ja... -?Utkwił wzrok w Sztyku.
-?Dobra, dobra. Posłuchaj pan. Nie wnikałem, dlaczego mnie pan
oszukałeś. Sprawdziłem w tym waszym Gross Weckow, czyli po naszemu
obecnie Wiejkowie. Tam nie było przed wojną ani w czasie wojny żadnego
pastora o nazwisku Roppel. -?Spojrzał na mechanika.
-?Panie Sztyk. Eryk to mam na imię naprawdę. Musiałem zmienić nazwisko,
żeby nikt się mnie nie czepiał. Tylko panu powiedziałem, że byłem
pastorem w Gross Weckow, to znaczy w Wiejkowie. Tylko panu ufam.
Dlatego...
-?Dlatego nie powiedziałeś mi pan od razu, w czym rzecz.
-?Nie, to nie tak. Niech mnie pan szyper zrozumie. Ja wszystko
wytłumaczę.
Sztyk patrzył na mechanika badawczym wzrokiem, siorbiąc co chwila
herbatę z alkoholem. Eryk spoglądał na niego niepewnie. Oplatał dłońmi
swój porcelanowy kubek, jakby chciał wyciągnąć z niego całe ciepło. Po
chwili też się napił. Potem znowu i znowu, ale jakby bardziej nerwowo.
-?Chcesz pan, panie Eryku Roppel, czy jak się tam pan naprawdę nazywasz,
dymać na Zachód? Tak? Przeflancować się do lepszego świata? Cwaniak z pana. -?Mężczyzna pokręcił głową.
-?Mam tam dzieci. Pod koniec wojny, po tych nalotach alianckich na
Świnoujście w marcu i kwietniu, kiedy tyle ludzi zginęło, urwał mi się
kontakt z osobami, które miały mnie stąd ewakuować na Zachód. Udało mi
się jedynie dzieci wysłać kutrem. Dostałem później wiadomość, że dotarły
do Hamburga, do moich dalekich krewnych. Myślałem na początku, że da się
tu żyć... Że będzie inaczej. Przeliczyłem się.
-?A żona?
-?A żona... -?W oczach mężczyzny błysnęły łzy. -?Jak Armia Czerwona weszła
na Wolin, to dotarli do Wiejkowa. Słyszeliśmy, że z nią idą też
jednostki polskie. Modlili się wszyscy we wsi, żeby to oni weszli, nie
Sowieci. Niestety. Mieszkaliśmy wraz z różnymi uciekinierami u nas na
plebanii -?urwał i otarł policzek z łez. -?Znalazłem ją zgwałconą i zadźganą bagnetami w kościele przed ołtarzem. Leżała w kałuży krwi. Obok
niej konały niedobite strzałem czy bagnetem inne kobiety. Między ławkami
trafiłem na kilka następnych trupów, także zgwałconych i zastrzelonych
chłopców z naszej wsi. Nic nie mogłem zrobić. Jak wpadli na plebanię, to
obili mnie kolbami. Jak przez mgłę słyszałem krzyki, wrzaski i pojedyncze strzały...
Mechanik przerwał opowieść.
Stali w milczeniu, ściskając w rękach kubki. Sztyk patrzył na płaczącego
mężczyznę. Nigdy nie przypuszczał, że będzie mu żal jakiegoś Niemca. Że
po tym, co zrobili z jego Warszawą, może jakiemuś przedstawicielowi tego
narodu współczuć, że będzie po tej samej stronie, co on. Bo tak samo
nienawidził tego sowieckiego bydła, tej czerwonej zarazy ze wschodu, tak
jak ten biedny ewangelicki pastor ocierający teraz łzy. Położył dłoń na
ramieniu mężczyzny, a potem dwa razy delikatnie go poklepał. Odczekał
chwilę, bo i jemu ścisnęło gardło, a w końcu zapytał:
-?A nie próbowałeś pan jakoś przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż? Czy z tymi transportami do Lubeki. Taki statek... Isar tam pływał. Pamiętam.
-?Ja zadeklarowałem pochodzenie polskie po matce i że chcę tu zostać.
Bałem się, że mnie gdzieś Sowieci wyślą, jak innych, do obozu, czy wezmą
za dywersanta albo szpiega.
-?Aaaa. Toś się pan rozmyślił, jak mniemam. Już nie chcesz być pan
Polakiem. Znowu Niemcem. Czy może jakieś interesy pana tu trzymały? -
Spojrzał badawczo na Eryka. -?A co z tymi próbami?
-?Próbowałem, panie szyper, próbowałem. Z rok temu rozmawiałem z marynarzami z Ruth i Svodii, które pływają do Göteborga.
-?I co?
-?I nic. Po tej aferze, gdy zawrócili prom do Gdyni, że niby kapitan i załoga przemycali ludzi, bali się. Panie Sztyk! Nawet starałem się przez
wicekonsulat szwedzki w Szczecinie, w tym ich Domu Marynarza
Szwedzkiego. I krótko po wizycie tam przesłuchiwali mnie na Strażnicy
Portowej.
-?Nasi? Ze Strażnicy Portowej numer 72? Z 46 batalionu? Który to?
-?Zastępca do spraw zwiadu i jakiś drugi w cywilnym ubraniu.
-?Aaaa. Ten, jak mu tam, porucznik... -?Tu Sztyk nie był szczery z rozmówcą.
Zastępcę komendanta do spraw zwiadu znał bardzo dobrze. Wopista
pochodził z warszawskiego Czerniakowa. Przepływając przez Wisłę,
przedarł się z powstania do I Armii Wojska Polskiego i dotarł z nią do
samego Berlina. Nie ujawnił nigdy, że należał do AK. Po zakończeniu
działań wojennych wracał z repatriantami do Polski. W drodze poznał
przyszłą panią Sztykową, sierżant Zofię Kupiec, która też właśnie na
Pomorzu Zachodnim postanowiła znaleźć nowe życie, nowy dom, zacząć
wszystko od początku, wyprzeć wojenne traumy. Od tego czasu przyjaźnili
się.
-?I co dalej?
-?I teraz to już na pewno mnie nie puszczą. -?Mechanik opuścił głowę i zaczął bezwiednie kręcić kubkiem.
-?Czyli jesteś pan potrzebowski. Hmm... Jak pan to sobie wyobrażasz? Że
zabiorę pana na morze? Że na Bornholm popłynę?
-?Panie szyper, ma mnie pan za naiwnego? Przecież wiem, że na morzu
podpływacie do duńskich czy szwedzkich jednostek i prowadzicie z nimi
handel.
-?Ale handel to jedno, a przemyt człowieka to drugie. Nie zapominaj pan,
gdzie żyjemy! W jakim kraju! Tu nie wystarczy jakieś małe ecie-pecie.
Pan wiesz, o czym mówię? -?powiedział lekko podniesionym głosem Sztyk.
-?Panie szyper, ja wiem, rozumiem...
-?Aaa, co pan tam wiesz, co rozumiesz -?żachnął się Sztyk, przerywając
mężczyźnie.
-?A wiem. Pan i pańska żona jesteście ludźmi interesu. Nic za darmo.
Tak?
Mechanik wyjął z kieszeni spodni jutowy woreczek, rozwiązał go i wysypał
z niego kilkanaście złotych monet z wizerunkiem cara Mikołaja II.
-?Świnki -?powiedział Sztyk, patrząc na monety. -?Sporo tego. A tam co
pan masz? -?Wskazał głową w kierunku walizki.
-?Panie Stefanie, mogę pokazać. To pamiątki rodzinne, dokumenty, małe
obrazy, jakaś stara biżuteria, jeden medalion... -?zawiesił głos. -?To jak
będzie? -?zapytał po chwili.
-?Poczekaj pan tu na mnie. Hamuj pan piętą! Nie tak szybko! -?Sztyk
spojrzał ciężkim wzrokiem na Niemca. -?Muszę coś załatwić, wdepnę do
WOP-u. Nie może być żadnej krewy. Rób pan swoje. Sprawdź silnik i przewody paliwowe. Aha. Weźmiemy większy zapas ropy -?powiedział i zarzucił na siebie gumowany płaszcz. -?A właśnie, nigdy o to pana nie
pytałem: skąd zna pan polski?
-?Uczyłem się po wojnie. A wcześniej... Na początku mojej służby dla Boga
i ludzi jako młody pastor pracowałem w Niederschlesien, to znaczy na
Dolnym Śląsku, w takiej niewielkiej wiosce w górach. Poznałem tam moją
przyszłą żonę. Jej dziadek pochodził z Polski. Poza tym, a może właśnie
dlatego, że żona mówiła po polsku, zatrzymywali się u nas turyści i kuracjusze polscy.
Sztyk jeszcze raz poklepał Roppela w ramię. Widział, że opowieść o żonie
sprawia mu duży ból.
-?Ale pamiętaj pan, panie Eryku, nie możesz się pan spietrać, bo będzie
bieda... Dobra, to idę. Zamelinuj się pan pod pokładem i nosa na zewnątrz
nie wystawiaj.
-?Panie szyper, panie Stefanie. Chwileczkę. -?Mężczyzna schylił się i wyjął z walizki niewielki, złoty medalion. -?To bardzo stary i wartościowy przedmiot. Przyda się, jak będzie pan... coś załatwiać w WOP-ie. Nic więcej już nie mam. -?Spojrzał na Sztyka, który wziął
medalion z jego dłoni i wyszedł.
* * *
-?Stefan, stary, czy ty wiesz, która jest godzina? -?powiedział zaspanym
głosem młody porucznik, zakładając na siebie zielony mundur. -?Co może
być tak ważnego, że mnie w domu z łóżka wyciągasz?
-?A co miałem zrobić, skoro nie było cię na służbie w Strażnicy Portowej
-?odpowiedział Sztyk.
-?Nie mam dzisiaj służby. Chodźmy do kuchni, bo syna i córkę obudzimy.
Trochę chorują ostatnio. Dlatego wziąłem wolne, żeby żonę odciążyć. Dwie
noce nie spała, tylko siedziała przy ich łóżkach.
Mężczyźni przeszli przez mały korytarz.
-?Mów, w czym rzecz? -?Oficer podszedł do kuchennego stołu, wziął paczkę
papierosów i zapalił jednego.
Sztyk opowiedział mu historię mechanika.
-?Kurwa, ciężka sprawa. To ten, który mieszka niedaleko starej przystani
promowej w Warszowie?
-?Tak.
-?Cholera. Bezpieka się nim interesuje. -?Pokręcił głową. -?Z komendantem to bym załatwił, ale ten chuj zastępca do spraw
polityczno-wychowawczych... Ideowiec.
-?Słuchaj, ja wiem, że to trefna sprawa. Ale... połowa świnek twoja.
Dołożę ci jeszcze to. -?Sztyk położył na stole gruby medalion w jakieś
wzory i znaki. -?Mówił, że złote, stare i wartościowe. Sztymuje ci?
-?Stefan! A co ja z tym zrobię?! Muzeum założę w strażnicy?! -?Zaczął
kręcić medalionem na blacie stołu.
W kuchni starego domu przy ulicy Matejki, wcześniej, do czterdziestego
piątego roku, Gadebuschstrasse, zapadło milczenie. Porucznik i Sztyk
wpatrywali się w leżący na stole medalion. Za oknem między konarami
drzew świszczał wiatr, a od strony plaży dochodził huk fal rozbijających
się o brzeg. Stojąca na stole lampa naftowa migotała ciepłym światłem, a po pomieszczeniu rozchodził się zapach palonego papierosa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki