Ostatni dzwonek. Tom 1. Dzwonek na długą przerwę - Adrianna Szymańska-Zacheja

Kup ebooka

39.90 zł
30.72 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zwolnienie z wuefu

Gniew. Gniew to trucizna. Nieokazywany cicho podpala serce, okazywany płonie najczystszym krzykiem. Jak wampir chce krwi, przemienia w bestię, aż nie zostanie już nic prócz bólu, który był również na początku. Ulga jest rzadkością. Ulga to przywilej.

Pamiętał każdy cios i żadnego nie mógł już cofnąć. Wystarczała nuda, by z czyjegoś dnia uczynić piekło. Przytopić w ubikacji, podciąć nogi, przytrzasnąć dłoń drzwiami, wyrwać włosy, opluć, wyrzucić drugie śniadanie, obrazić matkę, zelżyć, zgasić czyjąś pewność siebie. Rozkoszować się błaganiem i odnaleźć w obcych oczach strach przed sobą. Sięgnąć po władzę i zemstę na własnych lękach. Jak nałogowiec uciekać się do przemocy, by o niej zapomnieć. Bić. Bić, aby uciec od czegoś we własnej głowie, aby się nie bać, aby przemóc w sobie tkliwość. Bić, aby czuć więcej, mocniej, bić, aby ostatecznie coś zabić.

Za każdym razem, gdy Wagan przed nim leżał, to coś kąsało Michałowi dłonie jak wściekły pies, którego stary Zawadzki szczuł na obcych. Ręce same próbowały się wycofać, dlatego tym bardziej zależało mu, by Wojtek cierpiał. Musiał to robić, szukał w tym ratunku. Nienawidził siebie i wszystkich wokół. Przemoc wobec Wagana zdawała się jego najsilniejszą używką. A każdy dzień był niepewny. Nigdy nie wiedział, czy danego dnia nie przesadzi, zatracając się w nienawiści. Imponowało mu to. Słabość oznaczała śmierć, a męska siła bezpieczeństwo i uznanie. Tak jak wtedy, gdy chwycił Wojtka za tył głowy i ku radości kolegów zamachnął się, by uderzyć jego czołem o szybę w szatni.

Zawołała go po imieniu. Michał. Michał. A gdy odwrócił się w jej stronę, stali już w półmroku na ulicy przy rynku i całą grupą patrzyli na wijącego się Mateusza na mokrym po deszczu asfalcie. Coś kazało mu go dobić. Kornelia piszczała, zachwycona jego brutalnością. Stała tam, zła, w swojej czerni, zlizywała krew z warg jak wampirzyca, a Mateusz jęczał od kolejnych kopnięć dawnych kolegów. Zbite okulary opadły mu na brodę. Krzyk maltretowanego mknął po wsi, burząc murowane domy, paląc stodoły, gasząc latarnie i równając zagony.

Patrzyli na niego wyczekująco. Jego przyjaciele i ona, miłość, o której nic nie wiedział. Chłopak spojrzał na swoje zakrwawione dłonie; spod paznokci sączył się gniew. Przed nim była tylko jedna droga i to jedno spojrzenie leżącego przyjaciela. Nie mógł już tego zatrzymać. Zadał kopnięcie tak mocarne, że zabił go na miejscu.

Michał wyrwał się z koszmaru. Czuł, że coś nieodwołalnie się w nim zmieniło. Otworzył szeroko oczy i przez moment cieszył się naiwnie, że jego wstyd został w tym śnie. Otarł spocone czoło koszulką i odrzucił kołdrę. Ciemność wlewała się przez odsłonięte okno. Usiadł do niewyłączonego komputera, poruszył myszką, przerywając pracę wygaszacza ekranu. Wpatrywał się w aktywne słoneczko Gadu-Gadu Mateusza. Nabrał powietrza do płuc, by poluzować ścisk w piersi. W całym opustoszałym domu panowała bezwzględna cisza, szary spokój. Zazdrościł ścianom, chciał być cieniem.

Gniew. Gniew to samotność.

LEKCJA I

Temat: Nagranie z wakacji

- A oto my! Piękni i młodzi, na progu dorosłego, wspaniałego życia! Już za kilka dni ostatni raz wracamy do szkoły, a tymczasem oddychamy leśnym powietrzem na biwaku w dziczy nad mazurskim jeziorem! Nazywam się Vi?n Reszke, mówcie mi Płomień, i nagrywam ważny materiał dla potomnych.

W kadrze rudy chłopak o wietnamskich rysach szczerzył się do obiektywu kamery.

- Mam tłuste włosy, nie nagrywaj mnie! - rozległ się kobiecy głos.

Na ekranie okrągła głowa o kasztanowych włosach, z okularami na małym nosie.

- To moja dziewczyna, Saiko, zwana czasem Marysią! - powitał ją chłopak. - Jest jej naprawdę dużo na moich materiałach. Zgadnijcie czemu? - Roześmiał się. - Od stycznia zajmuję się utrwalaniem scenek z życia codziennego naszej wsi, Iskrówki, i pobliskiego miasteczka, Tartaku Górnego. Zajmuję się również tworzeniem reklam najciekawszych produktów na bazarze oraz, to może was zaciekawić, wciąż szukam śladów kosmitów w kukurydzy Hermaszów, ale jak na razie bez powodzenia. Oglądajcie moje filmy na YouTubie, dowiecie się zawsze pierwsi, co w trawie piszczy!

- Jest jakaś szansa, żeby nie występować w tej produkcji? - rozbrzmiał drugi damski głos.

- O, mamy ją! Oto Reb, największa punkówa, jaką znam!

- Serio...

W kadrze Reb. Dziewczyna ścięła włosy, były teraz o wiele krótsze i mocno wycieniowane - sięgały z przodu do podbródka, z tyłu wysoko je wygoliła. Ale wciąż farbowała niektóre pasemka na czerwono.

- Rebeka zaczęła jeździć na desce i wkręciła się nie na żarty. Powiedz chociaż słowo, Reb, wszyscy proszą!

- Wszyscy, czyli ty i twoje chomiki syryjskie?

- Pamiętałaś o chomikach! Ta dziewczyna to marketingowy skarb! - Zamarkował omdlenie.

Nagle obraz się zmienił. Przed operatorem kamery rozciągał się udekorowany mchem leśny krajobraz, o łagodnym piaszczystym brzegu ze spokojną taflą jeziora. Na małej plaży wbito w piach pochodnie o zwęglonych głowniach. Nad nimi ciemniało, postrzępione chmury przemieszczały się leniwie. Pomiędzy starymi topolami i jesionami o przerzedzonych liściach spacerowały dwie osoby.

- O, tam, z trzydzieści metrów dalej, widzicie? To Kornelia Ostrowska, piękna i dumna Neli, oraz Janek Lakatos, nasz kochany Cygan. To jedna z tych par, co jak myślicie, że woda i ogień, to tutaj są dwa ognie, tylko w różnych momentach buchają żarem, he, he, ale metafora. - Na ekranie duet przyłapany w trakcie kłótni. - Ups, zostawmy ich, niech sobie wyjaśnią co nieco. Podejdę teraz do dwóch takich fajnych chłopaków, a idąc do ich namiotów, powiem wam, że przyjemnie ciepło jest nadal, chociaż kończy się sierpień i jesteśmy nad wodą. Komary są, niestety, więc wyglądamy jak chorzy na ospę.

- Powiedziałeś już o twoim ulubionym serialu? - spytała Saiko w tle.

- O, rany, no właśnie! Wiecie, że w maju obejrzałem ostatni odcinek piątego sezonu Zagubionych? Teraz jestem wkręcony w podróżowanie w czasie. Ej, Saiko, nie śmiej się ze mnie!

W kadrze do połowy rozsunięty zielony namiot. Przed wejściem w małym przedsionku stały trampki i sportowe buty.

- Wojtek Wagan, Mateusz Nawrocki, jesteście proszeni na wywiad! - zawołał Płomień, przedrzeźniając ich wychowawcę.

Słychać było nagłe poruszenie, szelest śpiworów i szepty, a na ekranie pojawiła się bezgłośnie chichocząca Saiko.

- Oni ciągle to robią... - powiedział cicho Vi?n. Dziewczynie cały czas dopisywał humor. - Rano, podczas sjesty, wieczorem, w nocy... Co do...

Na ekranie zbliżenie na wkurzonego chłopaka o jasnych kosmykach do połowy szyi.

- Nie ciągle, Płomień - warknął, chociaż niebieskie oczy mu się śmiały.

- Tak? A to czemu nie masz koszulki?

- Bo jest lato!

- A czemu Mati nie ma spodni? - W kadrze środek namiotu, gdzie chłopak rzeczywiście pośpiesznie ubierał dresy.

- Już ma! - Mateusz nareszcie wyszedł na światło dnia. Miał ciemne, rozwichrzone włosy i nowe oprawki, w których wyglądał jak student jakiegoś skomplikowanego kierunku.

Płomień stanął źle na konarze i obraz na moment się przechylił.

- Panowie, nieobyczajne żarty na bok - zdecydował teatralnie. - Powiedzcie mi o trzech super rzeczach, jakie od razu przychodzą wam do głowy, kiedy mówię rok dwa tysiące dziewiąty.

Mateusz zaczął się zastanawiać nad jakimś przykładem, a Wagan włożył koszulkę i pokazał do kamery język.

- Koncert Marillion w Klubie Stodoła - powiedział.

- Uuu, jest ogień!

- Ulysses skończył misję po dwudziestu latach! - wypalił Mateusz z błyskiem w oku.

- Oj tak, Mati ma ciągle fioła na punkcie kosmosu.

- Wypad na strzelnicę też był cool - dodał Wagan i potarł tatuaże na przedramionach.

- Kozacko było! - zawołał Płomień. - Pojechaliśmy we czterech. Ja, Wagan, Mati i Janek, dziewczyny nie chciały wtedy. Super dzień. Ale nie dlatego, że nie chciały, tylko ogólnie, co nie? A ty, Wagan, najlepiej z nas strzelałeś. Pistolet świetnie leżał ci w dłoni.

Wagan z ciekawością rzucił okiem na Vi?na. Obraz obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.

- Teraz ty, Saiko. Jakie wydarzenie było dla ciebie kluczowe między styczniem a lipcem tego roku? No dalej.

W kadrze dziewczyna siedziała na pieńku w dżinsowych szortach i różowej koszulce na ramiączka. Na szyi wisiały jej duże słuchawki.

- Przecież wiesz. W styczniu wyszedł Zmierzch i byłam w kinie kilka razy! - powiedziała rozmarzona.

- Tak, i od tamtej pory w każdym typie doszukuje się Edwarda! - krzyknął Wagan.

Saiko rzuciła mu kąśliwe spojrzenie.

- Oglądaliśmy też Harry'ego, szóstą część, no i, o Boże!! W czerwcu umarł Michael Jackson! - Udała, że znowu zalewa się łzami.

- No, to był cios dla naszej Saiko - potwierdził autor filmu. - Żal z powodu odwołanych koncertów pali ją nadal niczym otwarta rana.

- Przestań, Vi?n, naprawdę mi zależało. - Pociągnęła nosem.

- Wiem, słodziaku. Cóż zrobić. - Bezpańska ręka pojawiła się w kadrze i pogładziła Saiko po głowie. - A powiedz, masz już więcej znajomych na Facebooku?

Dziewczyna otrzepała ramiona z niewidzialnego pyłu.

- Drodzy widzowie, nasza Marysia jako pierwsza i jedyna z nas założyła konto na tej nowej witrynie. Nie wiem, czy to się u nas w Polsce przyjmie, ale jestem dumny, że zrobiła ten pierwszy krok w stronę Zachodu.

- No i pomagam ci przy montażu relacji z Iskrówki! Może nawet utworzymy ci firmowe konto.

- That's my girl! - zawołał chłopak.

W kadrze mignęła Reb, idąca z mydłem w stronę jeziora, oraz pojawili się Neli i Janek.

- Zanim przepytam wszystkich co do ich planów na przyszłość, muszę odnotować kilka fundamentalnych faktów z naszego szkolnego życia. Może gdy powiem o nich na głos podczas wakacji, przestaną być taką abstrakcją, jaką były w tamtym roku szkolnym.

- Jaki ty elokwentny się zrobiłeś - zauważyła radośnie Saiko i przechwyciła kamerę, a w kadrze pojawił się Vi?n z miną wyrażającą zadumę.

- Nie może być ściemy, jestem człowiekiem z zacięciem dziennikarskim, nauki Czyszka nie poszły w las! O, no i właśnie, piękne słowo wstępu. Po odwołaniu dyrektora naszej szkoły, Przemysława Nawrockiego, ojca Matiego, pełniącym obowiązki dyrektora został nie kto inny, jak doktor Paweł Czyszek! Nasz wychowawca, no, były już, bo teraz naszą klasę przejął biolog Adam Zając. Uwierzycie? Od połowy stycznia Czyszek, pseudonim "Słowacki", zarządza szkołą. Czy tego chciał? Nie wiemy. Czy jest w tym niezły? Chyba tak, odwołał mundurki i zawziął się, żeby ogarnąć przemoc w szkole. Szczytny i odważny cel. Czy mu się uda? Wojuje z Medalem, odkąd zawiesił dwóch jego kolegów z drużyny. Matlak spokorniał, aż miło. Ale to było dawno.

- Serio? - odezwała się gdzieś blisko Reb. - Jest koniec wakacji, a ty wspominasz tych idiotów? Może jeszcze o Zawadzkim będziesz nawijał?

- Masz rację, ale to ciekawe w sumie, wiesz, te zmiany. Mamy kilku nowych nauczycieli, ale trudno było znaleźć kogoś na miejsca tamtych. Nikt nie chciał pracować w naszej szkole po tej całej aferze z morderstwem księdza, przekrętami finansowymi i całą resztą syfu. Kto by chciał, co nie? No bo taki na przykład Filip Dąbrowski, historyk, zrezygnował w czerwcu, nie zamierzał przedłużać kontraktu, chociaż szkoda, bo mielibyśmy z nim jeszcze teraz lekcje. Religię przejęła katechetka, bo tak przegłosowały wapniaki po tej całej sprawie, którą nagłośnił ojciec Dominiki Stajer. No, że wiecie, że jej brat był... No, że...

- Dajesz czadu, Vi?n - zabrzmiał znowu pełen sarkazmu głos Reb.

- Ech, dobra! Mniejsza. Chodzi o to, że są zmiany! O, jesteście wszyscy! Spójrzmy na ostatnie twarze, których jeszcze nie pokazywałem.

W kadrze pojawiła się piękna dziewczyna o długich, czarnych, rozpuszczonych włosach, jasnej cerze i czujnych piwnych oczach. Obok niej stanął Janek, z pochodzenia Rom, z ciemnymi, kręconymi włosami, o bystrym spojrzeniu i ze złotym kółku w uchu. Spojrzał niepewnie na swoją dziewczynę, a potem uśmiechnął się do obiektywu.

- To na rozgrzewkę, kochani, obstawiajcie! - zawołał Płomień. - Kto zdobędzie puchar na Mundialu?

- Hiszpania... - odparło kilka osób.

- Świetnie, to teraz pytanie z cyklu wiecznych rozważań i dylematów, drogie dzieci, kim będziecie w przyszłości?

- Po prostu zróbmy to szybko, może wyczerpie mu się bateria - odezwała się Reb, co rozbawiło resztę.

- Co wybierzesz? - padło pytanie od twórcy filmu.

W kadrze Mateusz.

- Hm... astronomia lub informatyka.

W kadrze Wagan.

- Jezu, nie wiem. Będę strażakiem.

- Odważnie!

- Dla mnie ogień to coś więcej, umiem nad nim panować.

W kadrze Janek.

- Nie myl tańca z pochodniami z nadnaturalną mocą. Ogień cię nie oszczędzi - zauważył.

W kadrze Wagan.

- Dogadam się z nim.

W kadrze Saiko.

- Wybiorę pewnie farmację. Albo Polsko-Japońską Akademię Technik Komputerowych, jeśli wujek się zgodzi. A ty, Vi?n?

W kadrze Płomień.

- Nooo, może coś jakby socjologia. Chciałbym pracować z ludźmi. Jeszcze nie wiem.

W kadrze Neli.

- Za wcześnie. Nie mam pojęcia.

W kadrze znowu Janek.

- Tak samo.

W kadrze Reb z grymasem na twarzy.

- Pójdę do policji i za takie filmiki będziesz lądował na dołku.

Śmiech Vi?na poniósł się w głąb lasu.

- Niech wam będzie, łobuzy. Teraz ręka do góry, kto oprócz Matiego i Reb zamierza zrobić prawko? Jak wiecie, ja od lipca dzielnie uczę się przepisów drogowych, moja kochana wataha wręczyła mi taki prezent na osiemnastkę.

Nagle obraz w kamerze zaczął szaleć, jakby ktoś wyrwał chłopakowi urządzenie z rąk.

- Ej, już nie będę! Oddajcie mi ją! - dało się słyszeć z daleka, a wokół poniósł się śmiech. - Jeszcze chciałem spytać, co przygotujemy na ostatnie osiemnastki dla Neli i Wagana!!

- Vi?n, niestety pada bateria, naprawdę mi przykro - dobiegł z oddali rozbawiony głos Wagana.

- Nieee... Zostańcie ze mną, wrócę na bank! Proszę o zwrot narzędzia pracy! Co za banda...

W kadrze ciemność.

*

Następnego dnia ekipa długo nie kładła się spać. Niskie płomienie ogniska tańczyły na delikatnym wietrze ciągnącym od jeziora. Wbili w piasek trzy pochodnie i podpalili, jakby miały ich chronić przed dzikimi zwierzętami albo przed tym, co trudne i nieuniknione - jak pierwszy dzień września. Opatuleni w koce i podwójne bluzy, wsłuchiwali się w dźwięki gitary Janka.

- No dobra, to nasza zielona noc. Ponieważ obiecaliście, że to zrobimy, czekam na wywiązanie się z umowy! - zawołał radośnie Płomień i ściągnął koszulkę.

- Ciszej, Vi?n, ktoś pomyśli, że namawiasz na orgię. - Reb się wyszczerzyła i rzuciła patyczek w ogień.

Chłopak spłonął rumieńcem, ale reszta zarechotała cicho, ściągając swoje podkoszulki. Janek i Wojtek zapalili kolejne pochodnie i wbili je w płyciznę. Zdjęli bokserki i świecąc pośladkami, weszli głębiej, trzymając ogień w obu rękach.

- Rzeczywiście efektownie - zauważyła z uznaniem Reb, po czym zrzuciła spodnie i bluzę.

Saiko była najbardziej onieśmielona, ale chciała to przeżyć, więc wstała. Mati oddał Neli okulary do pilnowania i po chwili wszyscy oprócz niej piszczeli, śmiali się i pluskali nago w jeziorze pod osłoną gwiaździstej nocy. Duże punkciki ognia wirowały w powietrzu niczym gigantyczne świetliki, które połknęły płonący miód.

Neli zapatrzyła się w ten obraz i ciaśniej owinęła się czarnym, długim swetrem. Słyszała ich nastoletni śmiech, skropiony lekkością i wolnością umysłu, pozwalający na chwilę zapomnieć o kłopotach. Zazdrościła im tego, ale nigdy nie rozebrałaby się przed nikim prócz Janka. Jej ciało, nawet jeśli zdrowe, przypominało o siniakach. I o pięknie, które przyciągało niepożądany wzrok jak kwiat pszczołę, żeby patrzeć, brać i odlatywać, a ją pozostawiać pustą.

Słyszała ich radosne głosy i tym mocniej żałowała, że jej ojciec uniknął więzienia. Świadek koronny, śmieszne... Zawsze wychodziło na jego. Wciąż z nim mieszkała, ale było to coraz trudniejsze. Albert Ostrowski stał się bezwzględny po aresztowaniu starosty Jerzego Zawadzkiego. Gdy usłyszał w miasteczku plotki, że jego córka chodzi z Jankiem, sprzedał Serrę, jej ukochaną klacz.

- Gzisz się z Cyganem, a oni za bardzo lubią konie, pewnie go ukradnie - wytłumaczył lodowatym tonem swoją decyzję. - To z nim wtedy wpadłaś, tak? Jak cygańska dziwka, naprawdę, Neli, co za wstyd!

Po takich słowach nie umiała znaleźć własnych. Oddalała się bez walki. We własnym domu nie znajdywała miejsca, w którym czułaby się bezpiecznie. Była nieszczęśliwa, chociaż przed lustrem udawała niezłomność i siłę, o których marzyła całe dzieciństwo.

W szkole również jej nie oszczędzano, podobnie jak nie oszczędzano Reb, wyzywając ją od lesbijek. Medal na jej widok cmokał i rzucał groszami.

- Czy Cyganka zatańczy? - pytał czasem z ustami wykrzywionymi złowrogim uśmiechem.

Wtedy zwykle nie było przy niej Janka ani Michała, więc robiła, co tylko mogła, aby nie pokazać mu, że wygrał. Podchodziła do niego dumnie.

- Z ojcem się dzisiaj jeszcze nie tłukłeś, że wyżywasz się na mnie?

Czasami bała się, że ją uderzy, czasami miała przeczucie graniczące z pewnością, że Medal nie wytrzyma. Ale nawet jeśli bardzo chciał ją skrzywdzić i sprowadzić do roli posłusznej suki, wiedziała, i on też wiedział, że bicie kobiet dla kogoś takiego jak Kacper Matlak było zbyt niemodne, nawet jeśli "ta suka" złamała mu serce.

Najbezpieczniej czuła się w ramionach Janka, gdzieś daleko za szkołą i jej domem. W lesie lub w jego przyczepie. Permanentny smutek towarzyszył jej jednak nawet wtedy, kiedy się spotykali, kiedy łączyli usta, ciała, dusze. Był jak szara smuga emanująca z niej i zasnuwająca piękno świata, o którym czytała w książkach. Rzeczywistość, w jakiej tkwiła, zdawała jej się jedyną odsłoną życia. Nie wierzyła, że szczęście to coś, co kiedyś uda jej się osiągnąć. Janek nie miał pojęcia, co robić. Podobno rozmawiał kiedyś o niej z Saiko. Pewnie wtedy dowiedział się, że jego dziewczyna choruje. Ale nie rozumiał na co. Starał się czasem ponad swoje siły, ale ulga tylko się od niej odbijała, za to cienie porywały ją coraz chętniej. Jeszcze w styczniu Michał ciągle między nimi mieszał, dogadywał i chciał ją odzyskać, warcząc na Cygana jak na uciążliwego intruza.

- Chuja wiesz, czego ona potrzebuje i z czym się zmaga!

Janek chyba wciąż myślał o jego słowach, bo pytał ją delikatnie o powody jej samopoczucia, ale to też nie miało znaczenia. Neli miała w oczach coś, co było dla niego niedostępne. Zwierzała się tylko Matiemu. Ale nie były to żadne konkretne rzeczy. Mówiła, że czuje się źle, ale nie wie dlaczego. Szeptała, że tak już musi być. Słuchała, gdy Mateusz zapewniał ją, że to się kiedyś skończy, że demony i przykre stany zaczną ją opuszczać, tak jak i jego. Musi tylko dać szansę lekarzom.

Wilgoć przyciągnęła nocny chłód, więc Neli dołożyła do ognia, zerknęła na rozgadanych, pluskających się przyjaciół i niezauważenie skryła się w namiocie. Weszła do śpiwora i wybudziła swoją Nokię. Ostatni SMS sprzed dwóch tygodni od Michała brzmiał: Jak chcesz. Bo naprawdę bardzo chciała powiedzieć Jankowi, ale za każdym razem potworny, lepki strach przemierzał jej żyły, aż drętwiała od złego przeczucia.

Dwa miesiące temu, na samym początku lipca, Neli i jej brat Robert szykowali w ciszy kolację. Matka miała wrócić od lekarza dopiero wieczorem. Ojciec włączył czajnik i zerknął zaczepnie na swoje dzieci.

- Co taka cisza?

- Nie mamy o czym rozmawiać - zauważyła chłodno Neli, kładąc sztućce na okrągłym stole.

- Naprawdę? Robert, nie masz nic ciekawego do powiedzenia siostrze?

Chłopak prawie upuścił koszyk z chlebem.

- Ona nie chce ze mną rozmawiać - odparł zbolałym głosem.

- Na pewno wolałaby teraz jeść kolację w przyczepie, prawda, Neli? - Ojciec przysunął cukiernicę. - Co, chciałabyś teraz podawać kolację Cyganowi? Wiesz, jak oni traktują swoje kobiety? Jak maciory rozpłodowe! - warknął, a ona spojrzała na niego z nienawiścią.

- A tu jestem jak traktowana, co? Przez ciebie i przez niego? - syknęła, zdumiona tym nagłym wyrzutem słów.

Albert ścisnął ją za nadgarstek i spojrzał jej głęboko w oczy.

- Za dobrze, córka, za dobrze. Powinienem wywalić cię z domu.

- To mnie wywal, bezpieczniej mi będzie na ulicy niż tutaj.

Wtedy właśnie uderzył ją w twarz, aż wpadła na ścianę.

- Ojciec, nie bij jej!

- Wypierdalać z kuchni, obydwoje. Będziecie jeść na dworze, jak kundle, skoro tak wam tu źle. Wynocha!

Robert wyprowadził ją na korytarz, ale szybko wyrwała się z jego rąk i na boso wybiegła do ogródka. Ciepły wieczór był wciąż jasny, powietrze pachniało latem, płacząca wierzba sięgała rozgrzanej ziemi. Miała tyle lat co Neli. Dziewczyna spojrzała na swoje dłonie, długie palce zakończone paznokciami pomalowanymi na bordowo. Nie rozumiała, skąd miała siłę, by tak pyskować. Nie mogła się uspokoić, usiłowała zmusić płuca do wolniejszej pracy. Odgarnęła włosy do tyłu i dopiero wtedy poczuła, że pali ją lewy policzek. Nawet nie była zdziwiona, podejrzewała, że ojciec coś jej zrobi. Jak do tego doszło, że przyzwyczaiła się do terroru we własnym domu? Zauważyła nawet pewną prawidłowość. Śmielej ją tłukł, gdy nie było matki.

Nagle usłyszała trzask rozbijanej butelki i podniesione głosy. Jakiś chłopak przebiegł sprintem przed jej ogrodzeniem, a za nim gnał Michał z serią obelg.

- Dorwę cię jeszcze, skurwielu, i wypłacę ci na ryj, ścierwo! -krzyczał za nim, a gdy zauważył Kornelię, zwolnił i podszedł do jej furtki.

W jego niebieskich oczach trwała pożoga, szary podkoszulek opinał spocone ciało.

- Jebany wybił mi cegłą szybę w piwnicy - powiedział, dysząc gniewnie.

- Życie na wsi. - Uśmiechnęła się smutno.

- Życie na wsi - powtórzył i przyjrzał się jej rozemocjonowanej twarzy, a potem jej całej.

Marzyła, że też tak potrafi. Pobiec za oprawcą i rzucić za nim butelką. Że umie kogoś pobić, zelżyć, wygrać. Że ma tyle siły, by mścić się wedle dyktanda własnego gniewu. Że ten gniew przejmie kontrolę. Tymczasem Michał opanował tę moc doskonale.

Uniósł pytająco brwi, a Neli spuściła wzrok. Przecież nie mógł wiedzieć, co się z nią właśnie działo, ale chyba bose stopy podpowiadały mu, że nie wyszła przed dom bez powodu.

Odwróciła głowę, by mógł dostrzec jej lewy policzek, zaczerwieniony i pęknięty. A gdy odważyła się na niego spojrzeć, już otwierał furtkę. Nie potrafiła wejść za nim do domu, stała jak zaczarowana przy murku i gniotła w dłoniach rąbek swojej czarnej spódnicy. Kiedyś, dawno temu, gdy byli sobie bliscy, Michał obiecał jej ojcu, że go zabije, jeśli jeszcze raz podniesie na nią rękę. Przez otwarte frontowe drzwi słyszała tylko szamotaninę w kuchni i brzęk tłuczonej zastawy. Okropny krzyk ojca zakręcił jej wnętrznościami, ale ogromne napięcie stopniowo przemieniało się w satysfakcję. Robert stał przy swoim oknie na piętrze. Wiedziała, że nie ruszy się z miejsca, dopóki Zawadzki będzie w ich domu.

Nareszcie Michał zbiegł po schodach ganku z duszą przepełnioną furią, chwycił Neli za dłoń i pociągnął ją na ulicę. Nie śmiała spytać, co zrobił. Dała się wprowadzić w sąsiedzki gęsty sad. Pokrzywy kąsały nagie stopy, ale ani razu się nie skrzywiła. Stanęli pod najgrubszym drzewem w pierwszych oznakach zachodu słońca.

Spojrzał na nią i wściekłość z niego uszła.

- Złamałem mu rękę.

Odeszła na dwa kroki, bo ulżyło jej, że jednak go nie zabił. Patrzyła na bezwzględny grymas na jego ustach i w płomienie zamiast źrenic. Ujął jej twarz w dłonie i pocałował w rozchylone wargi. Z oczu buchnęły łzy, ale przywarła do niego, jakby chciała wejść w jego ciało. Całował ją z pełnym żarem, czuła od niego jakąś wszechmoc. Jakby potrafił wszystko. Uczepiła się jego ramion, potem szyi i poczuła, jak jej plecy ocierają się o jabłoń. Nogi założyła na jego biodra, materiał spódnicy opadł wzdłuż jego ud. Trzymał ją nad ziemią i całował, niesiony adrenaliną, która rwała go i strzępiła rozum. Odwzajemniała to szczodrze, bojąc się przerwać i bojąc się w tym trwać. Przesunął ustami po jej szyi, chłonął zapach, przez który szalał. Spijał pożądanie z jej przymkniętych powiek. Wrócił do jej płomiennych warg, a liście nad nimi drgały w spazmach. Gdy ścisnął jej pierś i przez bieliznę czuła, czego pragnie, otworzyła szeroko oczy i natychmiast zamarli.

Kręciło jej się w głowie, gdy stawiała stopy na trawie. Poprawiła luźną bluzkę, zauważając, że straciła jeden guzik. Pogładził ją po piekącym policzku, chcąc powiedzieć coś ogromnego, a zarazem nie mogąc wydusić najprostszych słów. Przetarł swoje usta palcami i po długiej chwili zostawił ją samą w sadzie. Rozpalona, usiadła między żółtymi mleczami, próbując się uspokoić.

Nie rozmawiała o tym z Jankiem ani potem z Michałem. Gdy ojcu założono gips, była już spakowana.

- Wiernego masz tego psa - zwrócił się do niej ojciec. - Na każde twoje zawołanie. Wie, jak człowieka zastraszyć. Wolałbym, żebyś puszczała się z nim. Wtedy byłabyś bezpieczna, a tak jesteś po prostu głupia.

Neli przyjęła jego słowa z pogardą, po czym wyjechała na cały lipiec do cioci.

Gdy Janek wrócił do ich namiotu, szybko starła łzy, mając nadzieję, że nie rozpoznał w mroku tego gestu. Założył spodenki do spania i włączył latarkę zawieszoną pod sufitem. Usiadł przy niej po turecku.

- Co się dzieje, Neli? - zmartwił się, bo wystarczyło mu jedno spojrzenie, by wyczytać z jej oczu, że cierpi. Problem tkwił w tym, że nie umiał w pełni z nią empatyzować ani dać jej tego, co przyniosłoby ulgę.

Poczucie winy przez ostatnie tygodnie urosło do takich rozmiarów, że z trudem przychodziło jej nawet otwarcie ust. Usiadła, próbując równo oddychać. W jego wzroku nigdy nie dostrzegała krytyki ani niechęci. Był tak zdeterminowany, by z nią być i ją wspierać, że nie wiedziała, co powinna zrobić z taką dawką miłości. Nie mogła się do tego przyzwyczaić, nie znała tego wcześniej. Zalewało ją uczucie, które często wywoływało w niej niepojęty dyskomfort prowadzący do złości. I tylko przez ten niesprawiedliwy gniew udało jej się w końcu przemóc i podnieść głowę.

- Ojciec uderzył mnie w lipcu - zaczęła nieśmiało i od razu podniosła dłoń, bo chciał jej przerwać. - Michał mnie wtedy zobaczył. Złamał mu rękę. Pytałeś, czemu stary nosi gips. A potem całowaliśmy się w sadzie...

Urwała, bo nie mogła dłużej siedzieć wyprostowana. Skuliła się i spuściła wzrok, a on bardzo długo milczał. Zerknęła w jego oczy pod kręconą czupryną. Daleko było mu do uśmiechu.

- Dlatego zwiałaś na cały miesiąc do Wrocławia - zauważył sucho.

"Zwiałaś", to słowo odpowiedziało jej na pytanie, jak bardzo Janek był niezadowolony. Przytaknęła, zaciskając palce na swetrze.

- I jak było? - spytał jakoś dziwnie.

- Smutno.

- To dobrze.

Tak strasznie biło jej serce.

- Bardzo się gniewasz?

- Jestem wściekły, nie widać? - Schował twarz w dłoniach. Sygnet błysnął ostrzegawczo.

- Janek, przepraszam, to był impuls...

- Obiecaliśmy sobie mówić wszystko, więc dlaczego nie powiedziałaś mi od razu, że cię uderzył?

- Nie chciałam cię w to mieszać. Mój ojciec cię nienawidzi, nie wiem, co by ci zrobił.

- A to Michała uwielbia, szczególnie jak łamie mu kończyny?

Neli jęknęła, bo wytrącił jej już wszelkie argumenty. Podciągnęła kolana pod brodę, chowała się coraz bardziej. Gdzieś głęboko zbierały się łzy. Spojrzał na nią czujnie, jakby coś trawił, jakby zastanawiał się, czy mu nie skłamie.

- Spałaś z nim też?

Jakby wbił w jej serce nóż. Nie ufał jej. Chwila zawahania wystarczyła, żeby przełknął ślinę i zmienił wyraz twarzy na opiekuńczy. Nie wiedziała, jak to możliwe.

- Neli - szepnął. - Po prostu mi powiedz. Nie bój się mnie, nic ci nie zrobię. Chcę wiedzieć, co cię tak trapi. Możesz mi ufać. Tylko mów do mnie, błagam.

Wykrzywiła usta i rozpłakała się, zaprzeczając głową.

- Nie. Michał mnie nie interesuje. Po prostu - chlipała - zrobił to i wszystko było takie brutalne, i to było nagłe, jakby... i nie wiem, chciałam tego, chyba, nie wiem...

- Źle ostatnio między nami, wiesz o tym? - powiedział cicho.

Zraniła go, ale i tak ocierał jej łzy i odgarniał długie ciemne kosmyki.

- Wiem. I boję się, że mnie zostawisz.

Janek przestraszył się jej słów.

- Myślałem, że chcesz się rozstać.

- Nie chcę - powiedziała z mocą, wpadając w jego otwarte ramiona. Pocałował ją w głowę.

- Ja też nie chcę.

*

Na ekranie pojawił się Płomień. Siedział na pieńku, rozczochrany i niewyspany, za nim rozciągały się jezioro, a bliżej plaża, na której wataha szykowała śniadanie.

- Drodzy widzowie, na koniec naszego cudownego wyjazdu rzecz najważniejsza! Mam nową partię minitelewizorów do sprzedania, są chińskie na maksa, ale fajne, obraz niestety jedynie czarno-biały, ale można postawić go sobie w łazience i...

- Vi?n, i tak wiemy, że nie zamieścisz tego filmu na YouTubie. Jest zbyt prywatny - odezwała się Saiko, zaglądając przed obiektyw.

- Ech, no wiem, ale my możemy sobie go obejrzeć za kilka lat.

- Chodźcie na żarcie! Musimy się jeszcze spakować - zawołał z oddali Cygan.

- No dobra, ale miałem coś jeszcze powiedzieć... chyba, bo zapomniałem... a wiem! - Chłopak zawiesił na chwilę głos. - Otóż Leon zerwał z Miśką. I że Miśka... no... że ona chyba zwariowała...

- Nie zwariowała - wtrąciła z mocą Reb. - Nie mów tak.

- Wiem, Reb, kumplujecie się, też ją lubię, ale wiesz, przyznaj, ona zachowuje się, jakby... jakby była szalona. Po prostu. Szaleństwo. To jedyne słowo z mojego elokwentnego słownika, które idealnie do niej pasuje. Dominiko Stajer, jesteś szalona.

LEKCJA II

Temat: Rozpoczęcie roku szkolnego 2009/2010

Krawędź jednego ze szkolnych luster kiedyś nadłamano. Pęknięcie poszło do góry i od tego czasu niskie dziewczyny nie mogły się w tym jednym przeglądać. A Miśka stała jednak właśnie przed nim. W odbiciu widziała owalną głowę i bardzo jasne, subtelnie falowane włosy sięgające ramion. Fikuśną grzywkę nad wyrównanymi brwiami. Mały zadziorny nos, kilka drobnych piegów wokół - dowodów lata spędzonego poza domem. Usta podkreślone czerwoną szminką. Powieki przyprószone jasnobrązowym cieniem, czarny eyeliner i długie rzęsy. Dwie źrenice otoczone niebieskimi pierścieniami. Twarz Dominiki Stajer była przecięta szklaną szczeliną, ale nie przeszkadzało jej to w pudrowaniu policzków. Robiła do siebie miny w rytm Supermassive Black Hole. Co innego mogła usłyszeć, skoro Saiko wciąż rządziła radiowęzłem, a przy okazji miała bzika na punkcie ekranizacji powieści Stephenie Meyer? Miśka też przeczytała wszystkie części Zmierzchu. Za mało seksu, podsumowała lekturę. Spojrzała na siebie uważnie i wyszczerzyła się, szukając nienaturalnie długich kłów. Poprawiła białą wyszywaną koszulę i otrzepała czarną plisowaną spódnicę do kolan. Próbowała się uśmiechnąć, żeby nie zapomnieć, jak to jest, ale to, co pojawiło się na jej wargach, było beznadziejne. Poranna kłótnia z mamą - odhaczona, myślenie o chorym ojcu - odhaczone, sprzeczka z Lidką - odhaczona, wulgarna wiadomość od Medala na GG - odhaczona, uciekające spojrzenie Leona - odhaczone, przepraszający uśmiech Olka - odhaczony. Dzisiaj na pewno dołoży jeszcze do tego zestawu coś mocnego! Ale ubaw.

- Kto nas dziś wkurwi najbardziej, panno Stajer? - Cmoknęła do własnego odbicia i chwyciła książki, które chciała oddać do biblioteki. Były tam między innymi różne pozycje dotyczące działania mózgu, psychologia ogólna, przegląd osobowości psychopatycznych oraz dwie powieści.

Już miała wyjść z damskiej łazienki, ale wstrzymały ją intrygujące dźwięki dobiegające z ostatniej kabiny. Przebiły się nawet przez piosenkę. Oczy jej zabłysły. Ktoś właśnie to robił... Z powrotem odłożyła książki przy umywalce i na palcach weszła do bocznej kabiny. Stanęła na desce sedesowej i zasłaniając usta, aby nie roześmiać się w głos, ostrożnie zerknęła w dół. A tam rzeczywiście jakaś para z niższej klasy oddawała się czułościom. Dziewczyna ze spódnicą na plecach opierała się o pionową rurę, a chłopak za nią trzymał ją za biodra. Pierwszy zauważył intruza. Zawstydzeni zakochani znieruchomieli, a Miśka pomachała im radośnie.

- Zazdroszczę. Seks w szkolnym kiblu... - rozmarzyła się teatralnie, śląc im serduszko złożone z palców.

Przyłapani nie drgnęli, nawet gdy Miśka i jej książki opuściły łazienkę. Już chciała zejść po stopniach i udać się na forum, gdy zza rogu wyszło dwóch chłopaków.

- Ostatni rok razem, Stajer - zawołał zaczepnie Kacper Matlak, czyli znienawidzony przez wielu Medal. - Jak się z tym czujesz?

Obok niego szedł Paweł Kuźnicki, jego ulubiony kompan.

- Wybornie - rzuciła lekceważąco.

- Ja myślę. Nasz układ trwa dalej, wiesz o tym? - upewnił się perfidnie uśmiechnięty Medal.

Spojrzała na niego bez grama przyjemności. Nadal był kompletnie łysy, wysoki prawie na dwa metry, nadal miał twarz oszpeconą trądzikiem, sportowe znoszone ubrania, wulgarny język, agresywny charakter i brązowe oczy, w których nie zalęgła się jeszcze ani jedna wartościowa myśl. Nadal był tępy jak chuj.

- Niestety. - Wzruszyła ramionami, przepełniona pogardą, i chciała iść dalej, ale Kuźnia miał coś jeszcze do dodania.

- Olek to fajny chłopak, Stajer. Powiedział nam ciekawe rzeczy - oznajmił chytrze.

- Na pewno.

- No na pewno właśnie. Nie sądziłem, że ty tak często dajesz dupy. Zaraz pomyślę, że wszystkim! Chociaż nie, Leonowi, a tak naprawdę Wiktorii, kurwa, Tarnowskiej, nazywajmy rzeczy po imieniu, raczej nie dajesz. Chyba że kręcą cię laski.

Rozbawił siebie i Medala. Postanowiła dzielnie milczeć.

- No i masz jeszcze nowych kolegów - dodał Kacper, zbliżając do niej swoją wstrętną twarz. - Z obcymi chłopakami to się wozisz, a nami to gardzisz, co? Dobrze ci robią?

Odepchnęła go, bo zaczął przekraczać granicę.

- Dobrze, kurwa, będziesz chciał ściągnąć matmę! - Spojrzała na niego wściekle.

- Jak będę chciał, to sobie wezmę. - Spoważniał.

- Może i więcej nawet weźmiesz. - Kuźnia zarechotał i ją wyminęli.

Otrząsnęła się z trudem i poszła w stronę kłębiącego się tłumu. Zatrzymała się na progu forum - kwadratowego centrum szkoły, położonego trzy stopnie poniżej głównego poziomu. Stało tam kilkadziesiąt krzeseł czekających na rozpoczęcie roku szkolnego i przemowę dyrektora. Obserwowała odświętnie ubranych uczniów, starych znajomych, nowe twarze, lubianych i nielubianych kolegów. Wsłuchała się w gwar, strzępki rozmów i plotek. Nikt do niej nie podszedł. Widzieli ją, zauważali, mniej lub bardziej dyskretnie sobie pokazywali, ale nic więcej. Zastanawiała się, czy już straciła wszystkich przyjaciół. "Jestem głęboko wdzięczna, że mam tak wiele zasobów wewnętrznych, co mnie uniezależnia od życia towarzyskiego" - zacytowała z rozkoszą swój ulubiony fragment z Emmy Jane Austen.

- Cześć.

Nie zauważyła, kiedy podeszła do niej Rebeka.

Miała na sobie białą koszulę pomazaną markerem, luźno zawiązany krawat i czarne spodnie. Nową fryzurę Miśka widziała już w czerwcu, ale zdawało się, że koleżance przybyło kolczyków w uszach.

Uśmiechnęła się do Reb wdzięcznie, bo chociaż ona jedna normalnie do niej zagadała.

- Hej! Jak wakacje? - spytała Dominika.

- Luz, dwa wyjazdy, góry, Mazury, trochę remontu w domu z ojcem. A twoje? Byłaś na tym kursie z psychologii?

Pamiętała. Miśce zrobiło się przyjemnie.

- Pojechałam, tak, ale nie zostałam na całość. Mówili więcej o podstawach psychologii niż o samych aspektach, na które liczyłam. Trudno.

- I tak super, że spróbowałaś.

Dominika uniosła kącik ust.

- Lecę, pogadamy potem - dodała obiecująco Reb i odeszła w stronę watahy.

Chyba gdzieś pod koniec marca Dominika zakolegowała się z Rebeką i chociaż ta nie dopuszczała jej do swoich przyjaciół, to i tak Miśce było miło, że mogły porozmawiać. I to inaczej niż z Lidką, z którą ciągle się sprzeczała o byle co.

Zaczęło się oczywiście od wstawienia się za Dominiką. Po tym, jak Medal, Kuźnia i Pato już chyba setny raz nazwali ją dziwką, Rebeka bez oporów zaczęła im wygrażać. Nie zamierzała się bić, ale to wystarczyło, żeby chociaż na trochę odpuścili.

- Dzięki. Nic to nie da, ale dzięki - powiedziała wtedy Miśka.

- Oczywiście, że da. Będziesz wiedziała, że ja się nie zgadzam, aby tak do ciebie mówili - odpowiedziała Reb i Dominika poczuła coś na kształt solidarności.

Zrozumiała też, że w tych chwilach, gdy Kuźnia zacznie ją gnębić w najgorszy możliwy sposób, nie zawsze będzie sama.

- Hu, hu, idzie siostra pedofila. Uwaga, słodkie maluchy, Damianek gwałcił dzieci! - zawołał kiedyś, gdy szły korytarzem.

- Nie gwałcił! - krzyknęła Miśka ze łzami w oczach i rzuciła się z pięściami na Pawła.

Rebeka była szybsza, przytrzymała ją i spojrzała na Kuźnię tak, jakby nie widziała nigdy nic ohydniejszego.

- On nie żyje, jak możesz?!

- Jak nie żyje, to go nie zaboli, nie? - dołączył Medal, gotowy na pojedynek.

- Kurwa, ogarnijcie się! - warknęła Reb.

- Znalazłaś dziewczynę, głupia lesbo? - spytał Kuźnia i zawył z uciechy.

Rebeka przemilczała to i podprowadziła Miśkę pod salę z dala od nich. Spojrzała na nią ze współczuciem.

- Przykro mi, ale nie dawaj się prowokować. Oni tylko na to czekają.

- Wiem, że na to czekają! No przecież wiem! - krzyknęła na nią Miśka i spuściła wzrok. - Przepraszam. Jestem bałaganem.

Rebeka poklepała ją po ramionach i je ścisnęła.

- Nie jesteś.

Dominika potrząsnęła lekko głową, rozwiewając dawne obrazki. Pogładziła podeszwą zielone linoleum i odetchnęła maturalnym powietrzem. "Nie będzie tak źle, zajmę się nauką i jakoś to zleci", planowała optymistycznie. Jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem Leona.

Chwilę na nią patrzył. Ciągle nosił dłuższe ciemne włosy, luźne koszule w kratę, nadal naklejał na palce plastry z rysunkami, ale jego jasne oczy nie były już tak zlęknione jak jeszcze w grudniu. Zmężniał, stał się pewniejszy siebie, miał na kim polegać. Sprawiła to ona... a potem z nią zerwał.

Uśmiechnął się do niej lekko, co ją zdziwiło. Przez całe tygodnie i miesiące nie śpieszył się, aby z nią porozmawiać, jakby nie chciał. A może to ona nie chciała? Już nieważne. Zdawało się, że było mu już lepiej. Zyskał nowych przyjaciół, w tym wśród młodszych roczników z klubu szachowego i modelarskiego, przeniósł się do równoległej klasy, wstąpił do zespołu i zaczął w końcu nosić binder, który pomogła mu sprowadzić z Niemiec. Tymczasem ona zawarła układ z Medalem, aby zdobyć dla Leona nietykalność. Zobowiązała się robić za niego prace domowe, a w zamian ani on, ani żaden jego kumpel nie ruszy Leona. Przestaną go prześladować. Udało się? Udało się. Ostatni raz Kuźnia przezwał Leona "to" jakoś w marcu. Leon nic o tym nie wiedział. Pewnie założył, że zwyczajnie oprawcy stracili nim zainteresowanie. Odwróciła wzrok, gdy chłopak usiadł obok Olka z 3a, z dala od Pawła Kuźnickiego, który niestety chodził z nim do tej samej klasy, tak samo zresztą jak większość drużyny koszykarskiej.

Pan Adam Zając, biolog i nowy wychowawca jej klasy, 3b, zagonił uczniów w stronę krzeseł i sam usiadł z innymi nauczycielami.

Dominika z zaciśniętymi pięściami zeszła na forum, kierując się w stronę swojej klasy, podzielonej na wyraźne cztery grupy. Ogniowi, zwani często watahą, powiększyli się o dwie osoby. To już nie byli tylko Wojtek, Cygan, Saiko, Reb i Płomień. Doszli do nich Mateusz i Neli, porzucając na dobre "elitę". A w niej została stara kadra, na czele z Medalem, bliźniaczkami Paprockimi, czyli Emilią i Klaudią, oraz rodzeństwem Szajdów - Patrykiem i Dagmarą. Trzecią grupę stanowili miłośnicy gier komputerowych i planszówek. Pozostałe osoby starały się podtrzymywać znajomość z każdym, nie przywiązując się tak naprawdę do nikogo. Dominika chyba też należała do tego ostatniego podzbioru, chociaż najbardziej czuła się kimś spoza jakiegokolwiek schematu. Nie pasowała nigdzie, nawet do siebie samej.

Usiadła z brzegu i bez większego entuzjazmu przebiegła oczami po znajomych. Wagan nadal był chudy. Obserwowała przez cały ubiegły semestr, jak nasilały się jego problemy z jedzeniem, i to od momentu tragicznego Halloween, podczas którego Michał wyjawił publicznie orientację Wagana i Mateusza.

Płomień zdecydowanie był uzależniony od swojej kamery. Teraz też wszystko nagrywał na YouTube'a, jakby rozpoczęcie roku szkolnego kwalifikowało się do rangi Oscarów. Dagmara miała podkrążone oczy, Emilia zbyt mocny makijaż, jej siostra, Klaudia, wyglądała na przybitą, Patryk wyszczuplał, a Neli wydawała się nieobecna duchem. Tylko jego nie było. Nigdzie.

Każdy rocznik zajął już swój rząd. Sześć klas, każdy w galowym stroju, przetasowało się z ociąganiem i na forum zapanował względny porządek. Wniesiono sztandar Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego w Tartaku Górnym, na stojąco zaśpiewano hymn, a potem na podium wszedł doktor Paweł Czyszek, w okularach, granatowej koszuli i eleganckich spodniach. Śmiechy, szmery, krzyki - odgłosy pierwszych wspólnych chwil w murach szkoły - powoli ucichły.

- Cześć wam, dzień dobry! Mam nadzieję, że jesteśmy w komplecie i mogę powitać was w nowym roku szkolnym dwa tysiące dziewięć na dwa tysiące dziesięć. Swoją drogą przypominam, że trwa rok Juliusza Słowackiego... - zaczął energicznie dyrektor, a Miśka usłyszała śmiechy kilka krzeseł dalej.

- Niby dobrze, że już nie ma Przemka, bo hodował pedzia. Ale co teraz, jeśli nasz dyrek to pedzio? - szepnął Medal, czym rozbawił najbliższe grono.

Dominika zaczęła pocierać opuszką płytki paznokci. Nawet nie wiedziała, kiedy się wyłączyła. Skoncentrowała się dopiero, gdy nastąpiła dziwna cisza.

- ...zajmiemy się prześladowaniem rówieśniczym i tym samym wspólnymi siłami pomożemy naszej szkole uzyskać wyższą rangę w województwie mazowieckim w kategorii "bezpieczna szkoła". To mój cel. Wiem, że przez ostatnie lata nic nie zostało zrobione w tym kierunku, dlatego tym bardziej mi zależy, aby rozpocząć uświadamianie wam, do czego prowadzi nienawiść.

Miśka uniosła brwi.

- Zanim rozejdziecie się do klas po nowe plany lekcji, chciałbym przypomnieć, że w szkole nadal mamy wspaniałą psycholożkę, panią Sarę Jabłczyńską.

Niska kobieta wstała i ukłoniła im się z pierwszego rzędu.

- To do niej możecie zgłaszać wszelkie problemy związane z waszym samopoczuciem oraz z samopoczuciem osób z waszego najbliższego otoczenia. Chciałbym, aby tegorocznym najważniejszym słowem było "nie", które trzeba mówić zawsze, gdy widzicie przemoc. Powiedzieć "nie", zanim będzie za późno. Naprawdę marzę o tym, aby ta szkoła była bezpieczna i pozostała miejscem, w którym każda osoba, bez względu na rasę, wyznanie, orientację seksualną, sytuację rodzinną czy status majątkowy, czuła się dobrze.

Po sali przeszła fala szeptów.

- O szczegółach będę was informować na kolejnych apelach i poprzez waszych wychowawców.

Pomieszczenie powoli wypełniały oklaski, a Miśka pomyślała o tych tysiącach niesamowicie przykrych rzeczy, które trwały w tej szkole, odkąd tylko pamiętała. Czyszek chce coś z tym robić, i dobrze, pewnie poprosi ją o pomoc, jeśli pozostanie przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Prawdopodobnie ma wiele pomysłów, a ona znowu powie sobie z mocą: "tak, ten rok należy do mnie!", i zgodzi się na każdy plan, w końcu to dla dobra wszystkich. Zapracuje się na śmierć, ale chociaż nie będzie myślała o sobie.

*

Gdyby w drodze do klasy nie usłyszała czegoś w tym stylu, pomyślałaby, że przeniosła się do innej szkoły.

- Jak tam wspólne mieszkanko? Odbyt pewnie się nie zamyka? - Medal rzucił pytanie w stronę Wagana i Matiego, co wywołało lawinę oburzenia ze strony watahy.

Wagan zrobił szybki krok do przodu, gotowy do zadania Matlakowi bólu, ale Cygan chwycił go mocno i odciągnął. "No tak", zadumała się Miśka. Wielokrotnie to widziała. Potrafił w pojedynkę zaatakować osobę, która nazwała go pedałem. Co niestety doprowadzało tylko do tego, że jeszcze mocniej się z niego nabijano. Mati zdawał się bardziej oswojony ze swoim losem. Dominika wyjęła legitymację, którą później zaniesie do podbicia, zastanawiając się, co musiałaby dać Medalowi, żeby ich też zostawił w spokoju.

Każdy zajął swoje miejsce sprzed wakacji. Przy oknach siedziała elita w uszczuplonym składzie. Medal z Emilią, jako kilkumiesięczna para, za nimi Patryk i jeszcze dalej Klaudia i Dagmara. Bliżej drzwi siedziała wataha. Na końcu Cygan i Wagan, przed nimi Mati i Neli, Reb oraz Saiko z Płomieniem. W centralnym rzędzie bardziej z przodu usiadła Miśka. Zerknęła w tył. Na samym końcu powinien samotnie siedzieć Michał, ale go tam nie było.

Adam Zając zamknął drzwi i stanął przed uczniami z miną wyrażającą niezbyt dobrze skrywaną niechęć. Nadal był szczupły, nosił beżowe spodnie, białą koszulę i jasne, w wielu miejscach już siwe, dłuższe włosy. Były rzadkie, więc czasem zdawały się przetłuszczone, ale nic sobie z tego nie robił.

- Sprawa jest prosta. Zdajecie w maju maturę i więcej się nie widzimy - powiedział uroczyście. Żadnego "dzień dobry", żadnego uśmiechu. Tylko Dominika wiedziała, że Zając nie chciał brać wychowawstwa, ale zrobił to na prośbę Czyszka.

- Mnie tam pasuje, kozacko byłoby nie poprawiać - zauważył Płomień.

- Świetnie - odparł nauczyciel i sięgnął po kserokopie planów lekcji. - Ze mną macie biologię we wtorki i czwartki, godzinę wychowawczą w piątki, a jeśli ktoś chce zdawać rozszerzoną biologię, to prowadzę lekcje w poniedziałki na siódmej godzinie. A nowe klucze do szafek odbieracie u woźnej w szatni.

Podzielił arkusze na trzy partie i podał pierwszym ławkom każdego rzędu. Spojrzał po twarzach swoich uczniów.

- Gdzie jest Zawadzki?

Niektórzy zerknęli w tył, inni wymienili spojrzenia.

- W głębokiej dupie - odpowiedział Medal, czym rozbawił Patryka i bliźniaczki.

Nauczyciel nie mrugał.

- Kto mu weźmie plan lekcji?

- Bez żartów, panie profesorze - zdumiał się Matlak.

- Nie profesoruj mi.

- Panie magistrze.

Zając otrzymał z powrotem nadwyżkę kserokopii i zerknął na Dominikę, gdy inni wertowali plany lekcji, komentując i chwytając się za głowy.

Każdy dzień wypełniony był od rana do godziny piętnastej, między innymi przez liczne zajęcia dodatkowe, przygotowujące do matury rozszerzonej z danego przedmiotu. Po klasie przeszły westchnienia - w maju nie będzie lekko.

Wychowawca podszedł do Miśki i zostawił na jej ławce drugą kopię planu. Przecież miała już swoją... Spojrzała na niego uważnie. Tylko na nią patrzył łagodniej niż na innych.

"Ja? Ja mam dać mu plan lekcji?!" - to było w jej oczach. Zając kiwnął głową i odszedł.

- I jeszcze, radiowęzeł nadal prowadzi Marysia, tak? Wybierzcie też skarbnika i przewodniczącego klasy. W piątek powiecie mi, kto to będzie. A na sam koniec studniówka... - Westchnął ciężko. - Decyzję co do funduszy mamy podjąć na radzie rodzicielskiej pod koniec września. Prawdopodobnie stać nas tylko na remizę, catering i jakiegoś didżeja. Studniówki z Polsatem nie będzie. Rozczarowani? Nie sądzę.

- Ej, Mati, Wagan, idziecie razem? A teraz, proszę państwa, geje tańczą poloneza! - Medal zawył ze śmiechu, dołączył do niego Pato i nawet parę innych osób w klasie.

- Matlak, wyjdź już! - odezwał się zimno pan Zając.

- Chętnie, panie profesorze - syknął Medal i opuścił klasę, trzaskając drzwiami.

Dominika odwróciła się dyskretnie, żeby zobaczyć miny kolegów. Znudzony Wojtek opierał policzek na dłoni, Mateusz szkicował coś w notesie. Nie miała pojęcia, co dokładnie czuli, ale wystarczyło, że Wagan na nią spojrzał. W jego oczach szklił się zaogniony ból.

*

Powitała panią Anię, sekretarkę dyrektora, po czym weszła głębiej w korytarz i usiadła przy drzwiach. Podobno Czyszek chciał z nią porozmawiać, zanim wyjdzie ze szkoły, aby skorzystać z ostatnich godzin przed jutrzejszymi lekcjami.

- ...zawsze jest ta sama gadka, zawsze. Michała unikają przede wszystkim dlatego, że jego ojciec był przestępcą i zlecił morderstwo, a w drugiej kolejności, że wydał policji rodzica - usłyszała napięty głos dyrektora.

Spojrzała na drzwi i dostrzegła małą szparę. Bez skrupułów się przysunęła i zaczęła nasłuchiwać.

- I tak uważam, że byłoby dobrze zaproponować mu przeniesienie. - Rozpoznała głos Adama Zająca.

- Wiem, ale to jest maturalna, może lepiej niech zdaje już tutaj, przecież to nie jego wina, co zrobił jego ojciec.

- Święty też nie jest.

- Nie jest, ale zobacz, jak się zmienił.

- W którym momencie? Gdy tłucze się z Matlakiem? - ironizował jej wychowawca.

Miśce załomotało serce. Czemu rok wcześniej nie zaproponowali Michałowi przeniesienia? Albo dwa, trzy lata temu? Ile wtedy osób spokojnie przeżyłoby szkołę? Bez traum i poniżenia?

Ale tak, coś się zmieniło. Wykluczenie Michała przebiegało zupełnie inaczej niż Wagana i jego przyjaciół. Zawadzki stał się samotnikiem, i to w każdym znaczeniu. Mieszkał sam, ponieważ jego rodzina się rozpadła, matka wyniosła się do Warszawy bez niego. Jego dawni przyjaciele nie chcieli mieć już nic wspólnego z synem "złodzieja i prawie mordercy", szczególnie gdy ich rodzice ponieśli bolesne konsekwencje współpracy ze starostą. Medal, chociaż jego ojciec nie uczestniczył w szemranych biznesach Jerzego Zawadzkiego, zaczął regularnie dokuczać Michałowi i mścić się za dawne poniżenie. To zawsze Michał był liderem i bezwzględnie rządził ich grupą, a to się Kacprowi nigdy nie podobało, więc dał upust swojej zawiści. Zniechęcił do niego wszystkich chłopaków z drużyny koszykarskiej, Klaudię i Emilię oraz Dagmarę i Patryka.

Zresztą nikt nie pragnął towarzystwa Michała. Wiele osób zbyt dobrze pamiętało jego zachowanie w ubiegłych latach. A Medal skutecznie podjudzał inne grupy, żeby izolowały chłopaka, który przecież sprzedał własnego ojca!

- Pomyślcie - mówił często - kto normalny tak robi?!

Atmosfera w klasie przez ostatnie osiem miesięcy zmieniła się do reszty. Zając prawie wychodził z siebie, próbując zapanować nad chaosem, jaki spowodowała degradacja Michała w szkolnej hierarchii. On siedział cicho, skupiony na lekcjach, podczas gdy pierwsze skrzypce przejmował Medal. Gdy trzeba było się z kogoś ponabijać, wybierał Zawadzkiego, a nie Wagana lub Cygana. Michał olewał go i nieustannie traktował z góry, ponieważ ani przez moment się go nie bał, a to wyprowadzało Medala z równowagi. Najczęściej bili się po szkole, a każdy w klasie miał wrażenie, że przyjdzie dzień, w którym jeden zabije drugiego, bo rzeczywiście nienawidzili się jak śmiertelni wrogowie. Nawet ujawnienie relacji Wojtka i Mateusza nie okazało się tak spektakularnym zapalnikiem agresji wśród elity. Nowej elity. Elity Medala.

Czyszek wystawił głowę za drzwi i przestraszył się na jej widok.

- Chryste, Dominika, słyszałaś nas? - spytał, przerażony.

- Nie - odparła natychmiast.

Zając mruknął coś z zaciętą miną.

- Słyszała - rzucił.

- Wszystko? - zmartwił się dyrektor.

- Nic! To znaczy tylko to o Michale. - Uśmiechnęła się przepraszająco, ale wcale nie było jej przykro. Lubiła podsłuchiwać.

Dyrektor strapił się i zaprosił ją do środka.

- Zachowaj to tylko dla siebie, dobrze? - poprosił, a ona kiwnęła głową.

Wnętrze gabinetu wyglądało inaczej niż za czasów starego Nawrockiego. Było schludniej, jaśniej i bardziej obiecująco. Spojrzała na stos obcojęzycznych książek dotyczących przemocy wśród nastolatków.

- Siadajcie. Dominiko, mówiłem już panu Zającowi, jakie mam pomysły na zapobieganie przemocy w tej szkole, dla pedagogów i dla samorządu uczniowskiego również. Bo tak jak mówiłem na apelu, zależy mi. - W oczach Pawła Czyszka za jasnymi oprawkami okularów błysnęła nowa energia i Dominika nie mogła się nie uśmiechnąć. - Zaprosiłem cię, Dominiko, bo myślę, że razem moglibyśmy coś zmienić.

Zastanawiała się, czy dyrektor codziennie prasuje koszule do pracy, czy tylko w weekendy, ile zajmuje mu rano układanie na żel ciemnych włosów i czy, gdy sama będzie miała trzydzieści sześć lat, też będzie jej zależeć, żeby tak nienagannie się prezentować?

- Wybrali mnie znowu?

- A czemu jesteś zdziwiona?

- Ostatnio podpadam - odparła obojętnie.

Zając spojrzał na nią z uwagą. Czyszek natomiast ciągnął swój wątek:

- Ty zawsze pierwsza wiesz, gdzie dzieje się źle.

"Już nie, już dawno nie..." - pomyślała, ale nie dała nic po sobie poznać.

- Chciałbym w przystępny sposób komunikować w szkole, czym jest przemoc i kim są poszczególne osoby w konflikcie. Ofiary czasami same nie wiedzą, że doświadczają przemocy. Ustawię dyżury na korytarzach i w łazienkach podczas przerw. Wprowadzę formę mediacji z prześladowanymi i prześladującymi, oczywiście będzie się to działo w gabinecie pani psycholog. Na dalszym etapie, jeśli to tylko byłoby możliwe, realizowałbym apele psychologiczne dotyczące przemocy, przeprowadzałbym anonimowe ankiety.

- Rozmowa? Z takim Matlakiem albo Szajdą? Po co? - Patrzyła na niego nieufnie.

- Obustronne rozmowy są ważne, aby każda strona konfliktu wiedziała, że widzimy problem. Czasami prześladowca mierzy się z czymś strasznym w domu i przenosi emocje na kolegów.

- No ale to jasne, że Matlak ma patolę w domu, że u Szajdów piją, a Kuźnia to po prostu debil!

- Dominiko, poczekaj - przerwał jej łagodnie Czyszek.

Wzruszyła ramionami. Nauczyciele wymienili spojrzenia.

- W czym miałabym pomóc?

- Wiem, że mocno udzielałaś się w wolontariacie. Będę chciał, aby wszystkie klasy miały obowiązkowe prace w grupie, może również poza szkołą.

- Budowanie relacji w grupie rówieśniczej? - zauważyła przekornie.

- Czytałaś coś o tym? - zaciekawił się Zając.

- Kiedyś, trochę. - Zerknęła na dyrektora. - I o to chodzi?

- Tak, chciałbym, abyście mogli wspólnie stworzyć coś fajnego, poznać się na nowo - wyjaśnił dyrektor i oparł dłonie o blat biurka.

Dominika zaśmiała się pod nosem i spuściła wzrok.

- Uważasz, że to niemożliwe, tak? - zapytał Czyszek.

- W klasach pierwszych może i tak, ale nie w maturalnych. To są dorastające patusy. Niektóre rany są zbyt głębokie, żeby te ostatnie dziewięć miesięcy mogło coś zmienić - wyjaśniła.

- O jakich ranach mówisz? Stało się coś ostatnio? Podczas wakacji?

- Wie pan, kiedyś wierzyłam, że w każdym jest coś dobrego i że to prędzej czy później się ujawni. A potem poznałam naszą i równoległą klasę. Może w większych miastach można próbować, nie tutaj.

- Nawet nie spróbujesz? Szkoda dawać im szansę? - Dyrektor uśmiechnął się do niej lekko.

"Byli przyjaciółmi mojego brata i Krystiana. Nękani w szkole, martwi w środku", pomyślała Dominika. To w sumie niezwykłe, że chcą coś zmienić.

- Zjednoczyć klasę może być trudno, ale wzmocnić solidarność dziewczyn może uda się prędzej. Przydałoby się. Gdyby każda z nas liczyła, ile razy ktoś nazwał ją dziwką albo puszczalską, mógłby pan zarządzać tutaj burdelem, a nie szkołą - zauważyła ze sztucznym uśmiechem na ustach.

- Dominiko - upomniał ją Czyszek.

Adam Zając mruknął znacząco i zwrócił się do dziewczyny:

- A co myślisz o wspólnej pracy poza szkolnymi zajęciami? Istnieje cokolwiek, czym moglibyśmy zainteresować twoich kolegów?

Dominika odgarnęła grzywkę i spojrzała na nich nieco kpiąco.

- To musi być dzikie i odważne. Jak odremontowanie jakiegoś starego budynku tylko po to, aby zobaczyć, jak płonie - wyjaśniła z szaleńczym uśmiechem.

Nauczyciele westchnęli.

- A coś mniej drastycznego? - nie poddawał się Czyszek.

- To, że jedna osoba umiała się zmienić, nie oznacza, że inni też zdołają. No chyba że - zerknęła na wychowawcę - kosmici wyjdą jednak z kręgów i będą chcieli nas wszystkich porwać. Wtedy na pewno wytworzą się międzyklasowe relacje, bo będziemy musieli współpracować w trakcie ucieczki.

- Dominiko, a możesz nie żartować? - poprosił dyrektor.

Uśmiechnęła się przymilnie i wzruszyła ramionami pod znaczącym spojrzeniem Adama Zająca.

- Ech, pomyślę, ale nic nie obiecuję - odpowiedziała, zrezygnowana.

*

Co roku uczniowie losowali kluczyk do innej szafki. Wszystkie były czerwone i nosiły ślady po wcześniejszych użytkownikach. Sprzątaczki nie zaglądały do nich w obawie przed odkryciem wejścia do piekła. Płomień znalazł w swojej brudną podpaskę, u Reb cuchnęło gnojem, a szafka Matiego nie miała bocznej ścianki.

Dominika włożyła jedną słuchawkę w ucho i włączyła odtwarzacz MP3. Wolała towarzystwo No Doubt niż kogokolwiek ze szkoły. Wodziła wzrokiem po wulgarnych napisach na rzędzie szafek przeznaczonych dla jej klasy, po śladach nieumiejętnie usuniętego spreju, po świeżo powstałych literach HWDP. Otworzyła swoją i zamrugała dwa razy, bo w środku na drzwiach ktoś przykleił taśmą grafikę ufoludka i zaschnięty liść kukurydzy. Poprzedni właściciel musiał mocno żyć sprawą kręgów. Ciekawe, co by powiedział na to Zając.

Kątem oka dostrzegła Cygana, w połyskującej koszuli, przy ostatniej szafce w jej korytarzu. Ktoś do niego podszedł. Udała, że nadal przypatruje się rysunkowi.

- Czyli już wiesz.

- To cię cieszy? - warknął Janek.

- Trochę.

Dominika uniosła brwi. To głos Michała. Czyli jednak był dzisiaj w szkole.

- Ona cierpi, a ty to wykorzystujesz? - spytał Janek.

- Naprawdę? A może to ty ją wykorzystujesz? Masz pojęcie, na co cierpi?

- Zejdź mi z oczu. - Janek wyprzedził go ostentacyjnie i ruszył w stronę wyjścia ze szkoły.

Teraz Miśka zobaczyła Neli, która unikała wzroku Zawadzkiego i poszła za Cyganem.

- Nie obwiniaj się, okej? - rzucił za nią Michał.

Wszedł w korytarz Dominiki, więc szybko włożyła drugą słuchawkę i postanowiła się nie ruszać. Niech ją minie i zniknie na zawsze.

It's my life, don't you forget. It's my life, it never ends...

Czuła, że stoi obok niej, że patrzy na nią, bała się, że kluczyk w jego palcach należy do szafki numer dziewięćdziesiąt dziewięć. Zacisnęła zęby i się odwróciła.

Najpierw zaatakowały ją te znienawidzone oczy, niebieskie i wiecznie czujne. Potem gęste brwi i wyraźne rysy twarzy. Jego nowa fryzura - teraz ciemny krótki jeż; kilka miesięcy temu często golił się na zero. Ta czarna bluza z kapturem i zakasanymi rękawami, dżinsowe spodnie, zegarek na nadgarstku i duże tatuaże na przedramionach, których przed wakacjami nie miał.

Jego ojciec zlecił zabójstwo Krystiana, jej przyjaciela! Wszystko w niej drżało z gniewu.

- Cholera! - Gwałtownie wyjęła jedną słuchawkę. - Nie chcę mieć szafki obok ciebie! - naskoczyła na niego.

Uśmiechnął się pobłażliwie.

- Idź, poproś o inną! - nakazała, twardo patrząc mu w oczy.

- Ja? Sama idź. - Zaśmiał się i ostentacyjnie otworzył swoją szafkę, tuż przy jej.

- Po chuj przylazłeś właśnie teraz ją otworzyć? Nie możesz się doczekać jutra?

- Nie mogę - odparł nonszalancko i włożył na górną półkę pałkę teleskopową.

- Będziesz kogoś napierdalał? - Nie mogła w to uwierzyć.

- Nie pozwolę nikomu wyżywać się na mnie za coś, czego nie zrobiłem. - Spojrzał na nią znacząco. - Rozumiesz to, Stajer? - spytał chłodno.

Prychnęła.

- Wiele zrobiłeś i tak! I powiedz mi w sumie, jak to jest być zdetronizowanym? Myślałam, że przez wakacje odzyskałeś gang, ale widzę, że Medal zajumał ci nawet tego debila Pato - stwierdziła z mściwym błyskiem w oku.

Zawadzki patrzył na nią z nieukrywaną niechęcią. Nie odezwał się już, nie dał się sprowokować. Miśka trzasnęła drzwiczkami, z powrotem włożyła słuchawkę w ucho i odeszła, zdenerwowana. Nagle sobie o czymś przypomniała.

- Zawadzki! - zawołała i zmięła w kulkę jego plan lekcji. - Łap! - Rzuciła precyzyjnie. - Uważaj jutro rano na matmie, bo nikt ci nie da ściągnąć, a na pewno nie Mateusz! - Oddaliła się z rozlewającą się po ciele falą gorąca.

Kiedy wychodziła ze szkoły, zauważyła, że wataha patrzy na nią ze zdumieniem; Lidka i inne koleżanki przerwały na chwilę rozmowy. Nikt za nią nie poszedł.

*

Żałowała, że ten dzień, "doniosły" pierwszy września, tak się dłużył. Wracała do domu, a ledwo minęło południe. W pokoju czekał już na nią stos uprasowanych bluzek, swetrów i spódnic. Kupiła też już wcześniej nowe zeszyty i zakreślacze. Dostała na osiemnastkę piękną torbę od mamy, a paznokcie pomalowała wczoraj... Mogłaby po prostu zasnąć i obudzić się z samego rana, wejść w szkolny tryb i zorientować się po chwili, że już jest po maturze i nareszcie może się spakować i wyjechać na studia...

Wyłączyła muzykę i straszliwie zapragnęła zapalić papierosa. W torebce znalazła tylko starą połówkę. Dobre i to. Minęła pole Hermaszów, sklep Szajdów, zamkniętą rzeźnię, wiejską tablicę ogłoszeń udekorowaną markerowymi penisami, a potem skręciła, by trawersem minąć remizę.

Ciągle nie mogła uwierzyć, że włożył do szafki baton!

Chociaż zapobiegawczość Michała nie dziwiła jej aż tak. Do tej pory miała dreszcze, gdy wspominała brutalną scenę podczas dyskoteki w remizie. Ciosy zagłuszała piosenka country Cotton eye Joe. Ledwo przytomny Zawadzki śmiał się mimo rozkrwawionych ust. Medal pod wpływem narkotyków bił go bez oporów, a kiedy wypadli przed budynek, popchnął Michała. Nie miał szans w tym stanie. Dominika z przerażeniem wyszła za nimi i chwilę wahała się, czy zareagować. Podeszła bliżej, żeby ją zobaczyli. W twarzy Matlaka nie znalazła człowieka, Zawadzki za to świetnie się bawił, bo chyba nie miał jeszcze pojęcia, jaki ból czeka go rano.

- Chcesz go zabić? - spytała, zmrożona.

- Wypierdalaj! - krzyknął rozdrażniony Medal.

- Wyluzuj, Stajer, on umie mnie bić tylko wtedy, gdy jestem najebany - wybełkotał Michał i zaniósł się charkliwym śmiechem.

Jej ani przez moment nie było do śmiechu. Medal odpuścił, a Miśka zdała sobie wtedy sprawę, że Michał traktował przemoc psychiczną i fizyczną wobec siebie jako karę za wszystko, co doprowadziło go do miejsca, w którym się teraz znajdował. Głównie za to, co zrobił Mateuszowi.

Szła teraz główną szosą między ścierniskiem po zbiorze żyta a polem gołych krzaków porzeczek. Za domem strażaków minęło ją kilka samochodów. Powietrze nadal niosło ciepło, a liście wciąż były zielone. Zauważyła samotnego stracha na wróble pilnującego kolb kukurydzy. Z daleka wydawał się bardzo realistyczny. Ciekawiło ją, czy takie pola już zawsze kojarzyć jej się będą z kosmicznymi kręgami.

Po drugiej stronie na zniszczonym przystanku zauważyła mężczyznę w niebieskiej koszuli. Palił papierosa i patrzył na nią. Stał do niej półprofilem, więc widziała, że włosy związał w kitkę, a te poniżej wygolił. Wiedziała, że na lewym policzku i szyi miał liczne podłużne blizny. Strasznie ją kręciły.

- Gdzie twoje auto? - Rozbawiła ją jego obecność, bo nigdy nie widziała, aby Piotr jeździł autobusami.

- Nie przeszło przeglądu. - Zawsze odpowiadał poważnie, jakby ktoś wyłączył w nim opcję swobodnej rozmowy.

- Nie ściemniaj. Gdzie Teo?

Zaciągnął się długo, co przypomniało jej tamten lipcowy wieczór w klubie w Przasnyszu, gdzie pojechała z Lidką, aby potańczyć i wyrwać się z wiejskiej nudy. Zaintrygował ją wtedy: stał przy barze, wpatrzony w tłum, jakby kogoś szukał, palił i kręcił nonszalancko pustą szklanką. Lidka jej wtedy marudziła.

- Nie podchodź do niego, to może być zwykły fagas!

- Uspokój się, daj mi poznawać ludzi!

W ten sposób do jej życia weszli Piotrek oraz jego najbliższy kumpel Teo.

Autobus zbliżał się szosą od strony Tartaku Górnego. Piotr zgniótł niedopałek butem.

- Nie tutaj - krzyknął w jej stronę. - Spiszemy się!

Miśka kiwnęła głową i patrzyła, jak tamten znika wewnątrz pojazdu, zostawiając za sobą ścianę przystanku hojnie pomazaną graffiti.

Ruszyła prosto do domu, chociaż wolałaby wsiąść do tego autobusu, gdziekolwiek jechał. Rodzice nie mieli z nią lekko. Od śmierci Krystiana stała się opryskliwa i czasami nieobliczalna. Potrafiła uciec na dwie noce do Lidki, wyrzucając mamie, że ma dosyć jej zakazów i płaczliwych wspomnień o bracie. Kłótnie z nią zwykle były podobne, dotyczyły wciąż tych samych spraw, przypominały przeciąganie liny. Kochała ją oczywiście, ale też czuła, że wyjazd na studia będzie najlepszą rzeczą pod słońcem.

- Znowu paliłaś! - huknęła Zofia Stajer, gdy tylko córka przestąpiła próg.

Nie było sensu kłamać.

- Zdarza mi się - wyjaśniła spokojnie Miśka i przeszła do kuchni, czując na sobie jej skupiony wzrok. Zajrzała do pierwszego garnka i buchnęła w nią para.

- Wiesz, że to nie jest dobry pomysł. Kiedyś nie paliłaś.

- Kiedyś żył też Damian. - Nie mogła się powstrzymać.

Mama zaniemówiła i usiadła ciężko na kuchennym krześle. Od śmierci syna każda wzmianka o nim kosztowała ją chwilową utratę sił.

- Te zakazy płyną z troski, wiesz o tym? Wciąż przechodzisz żałobę, tak jak i ja. Znasz jej etapy. Przejdziemy to razem. Ale proszę, nie traktuj tego domu jak hotelu, a swojego zdrowia, jakby było na zawsze - prosiła. - Musisz się skupić na maturze, myśl teraz tylko o tym.

Dominika odwróciła się do mamy i w złości zacisnęła dłonie na blacie.

- Ja też tęsknię za Damianem, ale nigdy nie będę taka jak on. Ja mam swoje życie i swoje potrzeby. Jestem najlepszą uczennicą, bo tak mi się podoba, a nie bo tak chciałaś z tatą! Jakoś nie żyjecie tak, jak chcieli dziadkowie, nie uprawiacie roli ani nie hodujecie świń, prawda?

- Dominika! To nie o to chodzi!

Dziewczyna zaśmiała się pod nosem.

- Oczywiście, że chodzi o maturę. Damian też miał być we wszystkim najlepszy i spełniać wasze oczekiwania. Pytaliście go, czy tego chce?

- Wykształcenie da ci dobrą pracę, będziesz sobie dziękować, że tak się przykładałaś. Teraz jesteś młoda, więc się mylisz, ale...

- Tak! Może się mylę, ale daj mi się mylić w spokoju! Zresztą moja matura naprawdę nie jest zagrożona. Nawet jeśli palę i nocuję u Lidki. - Przewróciła oczami, wracając do przedpokoju. - A jak zechcę się szlajać całą noc z chłopakami, to też mam do tego prawo. Skończyłam osiemnaście lat w marcu, pamiętasz?

Zofia wyszła za nią z kuchni.

- Oczywiście, proszę bardzo. Szlajaj się do woli. Ale pamiętaj, że nie będę wychowywać twojego dziecka. Będziesz samotną matką, jak się nie uspokoisz!

Dominika złapała się za głowę. Jak to możliwe, aby jej matka w ogóle wymówiła te zdania?

- Że co?! A to ja niby tego nie wiem?

- Mam nadzieję, że jeszcze w ogóle o tym nie myślisz! - kontynuowała Zofia, ale jej drżący głos zdradzał niepewność. - Nie masz pojęcia, czego teraz chcesz. Za kilka lat będziesz tylko żałować.

Miśka zawyła z bezradności, wspinając się po schodach. Mama nie miała innych mężczyzn, cnotliwa od zawsze, bała się słowa "seks", jakby karano za jego wypowiedzenie śmiercią. Gdy dziewczyna pomyślała sobie o tym wszystkim, co robił z nią Filip, robiło jej się żal rodziców, że są tak naiwni.

- Już od dawna jestem uświadomiona - wyznała z satysfakcją. - Uprawiałam już seks, na pocieszenie dodam, że bezpieczny!

Zofia Stajer spuściła wzrok, zgaszona i jakby zdezorientowana. Dominika była przekonana, że mama musiała to przeczuwać.

- Zupa gotowa, zjedz, zanim zamkniesz się w pokoju - powiedziała cicho kobieta i wróciła do kuchni.

"Co za emocjonalna manipulacja!" - wściekła się Dominika i odetchnęła dopiero w swojej sypialni. Z wielkim trudem przychodziło mamie zaakceptowanie, że córka naprawdę zaczęła przemieniać się w dorosłą kobietę. Kiedyś, zanim tata... podpalił kościół, a potem trafił do zakładu psychiatrycznego... po takich kłótniach nie sypiał nocami, bał się o nią i martwił, że ktoś ją skrzywdzi. Z każdym rokiem stawała się piękniejsza i silniejsza. Nie chciał czegoś przegapić.

- Dominisiu! - wołał wtedy przez drzwi, ale nikogo nie wpuszczała.

Wiedziała, że to właśnie po ojcu odziedziczyła impulsywny charakter, była skora do działania i nie ulegała presji otoczenia. Nie bała się osądu, to ona chciała sądzić.

Teraz, gdy brakowało nie tylko Damiana, ale i Krystiana, a nawet taty czekającego na ostateczne postanowienie sądu, dom oddalał się od swojego znaczenia. Nawet nie lubiła w nim spać, bo na każdym kroku odżywały wspomnienia o szykującym się do pracy ojcu i o zmarłym bracie. Jego stary pokój w ogóle się nie zmienił, chociaż od wyprowadzki Damiana minęło już osiem lat. Ostatnio postanowiła tam nie zaglądać, ale treść ostatniej wiadomości wysłanej do siostry nie znajdowała się na papierze.

Słoneczko Damiana Stajera od trzech lat było czerwone. To wtedy sama zmieniła mu hasło, żeby dostać się na jego konto Gadu-Gadu, aby policja mogła się upewnić, że żadna z wysłanych i odebranych wiadomości nie zawierała odpowiedzi na pytanie, czemu odebrał sobie życie. Włączyła komputer i poczekała, aż Windows XP nabierze rozpędu. Otworzyła pomarańczowy komunikator i zauważyła dwie wiadomości. Lidka dopiero dzisiaj rano odpisała na jej propozycję nocowania.

LIDKA

W tym tygodniu tylko raz się uda.

Drugą wiadomość napisał do niej Olek, przed siódmą rano.

OLEK

Hej, sorry, że piszę, ale chciałem spytać o koło teatralne. Jeśli nie masz nic przeciwko, to ja chciałbym nadal na nie chodzić. Ale jeśli nie chcesz, to spoko. Daj znać. Przepraszam, naprawdę.

Dominika potrząsnęła głową. "Ma tupet...".

A potem na samej dole listy kontaktów wybrała okienko chatu z Damianem. Zacisnęła zęby na dolnej wardze i kliknęła dwa razy w jego imię.

DAMIAN

Kocham cię siostra.

Być może chodziło o żałobę. Być może. Szok, zaprzeczenie, tęsknota, akceptacja. Ona czuła tylko gniew. Ścierając palące łzy z policzków i pozwalając, aby ogarnęła ją furia, podbiegła do toaletki. Trzonek drewnianej szczotki wbił się w taflę lustra. Prawie nie słyszała brzdęku rozbijanego szkła.

Jak zapomnieć, że ostatnia rozmowa z ukochanym bratem, na kilka dni przed jego samobójstwem, to była kłótnia?! Ich pierwsza w życiu kłótnia! Nie obwiniała się już o jego śmierć, przecież powód był o wiele większy, ale może gdyby nie pokłócili się o coś tak durnego, jak pretensje, że tak rzadko do niej przyjeżdżał, to nie dołożyłaby cegiełki do tej tragedii!

Nienawidziła siebie, swojego ciała, swoich myśli i decyzji. Kłócenia się ze wszystkimi i beznadziejności, w jaką wpadła. Żałoby po bracie, która się nie kończyła, i tej pustki, którą potrafiła wypełnić tylko wtedy, gdy sypiała z chłopakami, aby poczuć coś mocno i intensywnie.

Spojrzała w zniszczone lustro. Pajęczynka podzieliła jej twarz na kilkadziesiąt nierównych fragmentów.