Przedmowa
Choć rozmaitych prac o epoce Stanisława Augusta napisano już bardzo
wiele, jednak w żadnym języku wciąż nie ma zadowalającej i pełnej jego
biografii. Nic w tym dziwnego. Temat jest tak ogromny, że chcąc
sumiennie ukazać jego prawdziwą złożoność, trzeba by zacząć przynajmniej
od dwóch opasłych tomów, by go rzetelnie opisać. Podczas powstawania tej
książki towarzyszyło mi przede wszystkim uczucie rozterki, spowodowane
niemożnością uwydatnienia rozlicznych wątków tej wyjątkowej opowieści.
Wypadałoby napisać znacznie szerzej o działalności politycznej króla, o jego wpływie na setki osób, z którymi współpracował i korespondował, o polskiej polityce, o kalejdoskopie przebiegłej gry dyplomatycznej, która
wchłonęła Rzeczpospolitą, o związkach politycznego przebudzenia Polski,
Ameryki, Wielkiej Brytanii i Francji, o powiązaniu sztuki, nauki i myśli, które wywołały u schyłku wieku katastrofę, i o kryjących się za
tym czynnikach ekonomicznych. Na pewno dla właściwej oceny przyczyn i skutków owych wydarzeń oraz udziału w nich Stanisława Augusta należałoby
poświęcić więcej czasu archiwom i bibliotekom w Polsce, Rosji, Niemczech
i Austrii. Mogę jedynie żywić nadzieję, że moja książka stanowić będzie
krok w tym kierunku.
Pracę swą oparłem głównie na polskich i rosyjskich źródłach
archiwalnych, choć w wypadku tych ostatnich korzystałem w dużej mierze
ze Sbornika Imperatorskowo Russkowo Istoriczeskowo Obszczestwa,
ponieważ ze względu na czas i koszty nie udało mi się zgłębić archiwów
na terenie Rosji.
Nieustannie pragnę wyrazić swą wdzięczność bibliotekarzom i pracownikom
Archiwum Głównego Akt Dawnych oraz Biblioteki Narodowej w Warszawie,
Biblioteki Czartoryskich w Krakowie, Biblioth?que Polonaise w Paryżu, a także Polish Library i Polish Research Centre w Londynie. Dziękuję
księciu Philippe'owi Poniatowskiemu za pozwolenie przejrzenia zbioru
Poniatowskich w Archives nationales w Paryżu. Dziękuję również pani
Joannie Wódke i panu Jerzemu Gutkowskiemu z Zamku Królewskiego w Warszawie za pomoc w wynajdywaniu materiału ilustracyjnego.
Głęboko wdzięczny jestem także doktorowi Andrzejowi Ciechanowieckiemu,
profesorowi Andrzejowi Rottermundowi i - zwłaszcza - profesorowi
Andrzejowi Zahorskiemu oraz pani profesor Isabel de Madariaga za
przeczytanie maszynopisu i cenne uwagi.
Adam Zamoyski
czerwiec 1992
Post scriptum
Choć od pierwszego wydania tej książki - w języku angielskim w 1992 roku
i w polskim w roku 1994 - upłynęło wiele lat i znacząco poszerzyłem w tym czasie moją wiedzę o Stanisławie Auguście oraz jego epoce,
postanowiłem nie ruszać pierwotnego tekstu. Możliwe, że dzisiaj ująłbym
inaczej różne zagadnienia, ale sam przekaz książki nie zmieniłby się w sposób zasadniczy. Dlatego też w tym wydaniu ograniczyłem się do
drobnych poprawek merytorycznych i stylistycznych w tekście. Na nowo
został również opracowany materiał ilustracyjny, a w Bibliografii
pojawiło się kilka tytułów prac - poświęconych Stanisławowi Augustowi i jego czasom - wydanych po 1994 roku.
AZ
styczeń 2024
1
Sypialnie i gabinety
Nocą 28 grudnia 1755 roku Stanisław Poniatowski, dwudziestotrzyletni
sekretarz ambasadora brytyjskiego w Petersburgu, wyruszył na potajemną
eskapadę, która miała odmienić bieg historii. Skrycie wymknął się ze
swego mieszkania, wraz z Lwem Aleksandrowiczem Naryszkinem wsiadł do sań
i pojechał do Pałacu Zimowego. Sanie zatrzymały się w pobliżu pałacu, a Poniatowski ruszył za swym towarzyszem, pieszo przez śnieg, w stronę
bocznego wejścia. Minęli budkę wartownika, wspięli się po schodach dla
służby i weszli do prywatnych apartamentów wielkiej księżnej Katarzyny
Aleksiejewny. Naryszkin, noszący stosowne miano szambelana wielkiej
księżnej, wprowadził młodzieńca i zniknął. Poniatowski był zdenerwowany
pierwszym spotkaniem sam na sam. Był także wystraszony. Słyszał o surowych karach wymierzanych tym, którzy wzbudzili monarsze
niezadowolenie, i prześladowały go wizje syberyjskich kopalń.
W sypialni ujrzał dwudziestopięcioletnią kobietę ubraną w prostą, białą
satynową szatę przybraną koronką i różowymi wstążkami. "Osiągnęła pełnię
piękności, która jest szczytem rozkwitu kobiety urodziwej. Przy czarnych
włosach miała płeć olśniewającej białości i żywe rumieńce; wielkie,
błękitne oczy wypukłe i bardzo wyraziste; długie, ciemne rzęsy, grecki
nos, usta wołające o pocałunek, dłonie i ramiona doskonałego kształtu,
smukłą postać, raczej wysoką niż drobną, ruchy pełne życia, choć i głębokiej szlachetności; miły głos i śmiech równie wesoły jak humor" -
pisał. "Taką była pani, która stała się władczynią moich losów"1.
Tamtej nocy zostali kochankami. Siedem lat później ona była już
imperatorową Wszechrosji, a po upływie dalszych dwóch wykorzystała swe
wpływy i oddziały wojska, by osadzić Poniatowskiego na tronie Polski.
"Te dwie filozoficzne istoty wydają się stworzone dla siebie" - napisał
Wolter, marząc o związku, z którego narodziłaby się nowa utopia
Północy2. To jednak, co rozpoczęło się od miłości i wzajemnego
poszanowania, zakończyły po czterdziestu latach nieporozumienia i wzajemne obarczanie się winą. Katarzyna upokorzyła Stanisława, okroiła
jego królestwo i wymazała imię Polski z mapy Europy.
Wszystko to nie było skutkiem sprzeczki kochanków. Wynikło ze
sprzecznych racji stanu, z konfliktu między najsilniejszymi monarszymi
osobowościami, jakie kiedykolwiek zasiadały na tronach Europy, a także z politycznych przewrotów, które wstrząsnęły kontynentem europejskim w drugiej połowie XVIII wieku i osiągnęły punkt kulminacyjny podczas
Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Panowanie Poniatowskiego to okres nie
tylko agonii i ostatecznego upadku Polski, lecz także przeobrażeń w całej Europie Środkowej i narodzin systemu międzynarodowych powiązań
władzy, który zdominował życie polityczne na przestrzeni następnych
dwóch stuleci.
Wyróżnikiem XVIII wieku było wiele wojen: wojna północna, wojny o sukcesję hiszpańską, polską i austriacką, wojna siedmioletnia i wojny
tureckie - a w każdą z nich wciągnięta była cała Europa. Wojny te stały
się swoistą kartą przetargową, orężem ówczesnej dyplomacji, a ich cele i zdobycze miały wartość wymienną. Podobnie zresztą jak sojusze. Ulubioną
taktyką Prus za panowania Fryderyka Wielkiego było doprowadzenie
sojusznika do wypowiedzenia wojny, a następnie zmiana frontu i uzyskanie
nagrody od strony atakowanej - za przyjście jej z pomocą. Francja miała
dwie różne sieci dyplomatyczne, dążące niekiedy do krańcowo
przeciwstawnych celów. To, jaki ostatecznie obierano kurs, zależało od
kaprysu monarchy i jego doradców, a zdarzało się, że od nastroju
królewskiej faworyty.
Stosy alternatywnych planów zapełniały półki każdej kancelarii.
Wątpliwie umotywowane żądania terytorialne, podejrzane w swej treści,
mogły zostać w każdej chwili rzucone na stół opornym dyplomatom niczym
nowo dobrana karta w grze. Dyplomaci częstokroć nie byli urodzeni w kraju, którego interesy reprezentowali. Na ogół byli to kurlandzcy
baronowie lub włoscy markizowie, pojmujący swe misje bardziej w kategoriach zawodowej dumy niż patriotyzmu. Co dzień toczyli potyczki na
balach, bankietach, przy grze w lombr lub pikietę. Prowadzili zawiłe
rozgrywki, wykorzystując w nich szpiegów, kurtyzany, przekupnych
poczmistrzów, służących i kupców dla pozyskania wywiadu, wykradania
listów lub szerzenia dezinformacji w obozie nieprzyjaciela. W ich
działaniu dało się dostrzec osobliwe wzajemne przenikanie się oszustwa
oraz uczciwości i podczas gdy łapówki często wręczano i przyjmowano
całkiem otwarcie, wszystko należało robić z zachowaniem przyjętych form.
Drobiazgowo przestrzegano poprawnych zwrotów, tytułów, a nade wszystko
niewzruszalnie określonej przez protokół dyplomatyczny zasady
pierwszeństwa - rang, stanowisk, zawsze według pozycji należnej krajom,
które owe ekscelencje reprezentowały.
Dwa państwa wybijają się jako zwycięscy gracze w tej rozgrywce, z racji
ich ściśle określonych celów i twardych pobudek działania. Rosja
wchłonęła rozkładające się państwa ze swych obrzeży, łącząc penetrację
militarną ze zręcznymi posunięciami dyplomatycznymi, popychana ku temu
wymaganiami własnej struktury państwowej, której zdawali się
podporządkowywać nawet jej władcy. Prusy, wchodzące w nowe stulecie
zaledwie jako elektorat, zdołały potroić swój obszar i przekształcić się
w potężne królestwo dzięki zapobiegliwym rządom, dyplomatycznej
przebiegłości i przewagom wojskowym, a wszystkie te wysiłki i starania
podporządkowane były wyraźnemu celowi - spełnienia dynastycznych marzeń
panującego monarchy.
Pomiędzy tymi dwoma rozrastającymi się państwami leżała Rzeczpospolita,
obejmująca Koronę Polską, Wielkie Księstwo Litewskie, Prusy Królewskie
oraz wasalne Księstwo Kurlandii i Semigalii. Było to w Europie drugie co
do wielkości państwo po Rosji, lecz odznaczające się przy tym największą
biernością. Coraz wyraźniej chyliło się ku upadkowi, a po śmierci króla
Jana III Sobieskiego w roku 1697 stało się polem militarnych i dyplomatycznych rozgrywek innych państw. To one decydowały, kto tu
zasiądzie na tronie. Monarchowie obrani przez Polaków - książę Conti z rodu Burbonów (w 1697 roku), a później Stanisław Leszczyński (w 1733
roku) - zostali przez obce wojska zmuszeni do ucieczki. W latach
1697-1763 tron należał najpierw do Augusta Mocnego, a następnie do jego
syna, Augusta III, elektorów saskich z dynastii Wettinów. Rządzili
Polską z łaski Rosji. Na mocy traktatu warszawskiego, uprawomocnionego
przez sejm niemy z 1717 roku, Rosja uczyniła z Polski strefę
zdemilitaryzowaną, posiadającą ledwie szczątek siły zbrojnej w liczbie
18 tysięcy żołnierzy, i zagwarantowała obronę jej integralności
terytorialnej. Będąc teoretycznie państwem niepodległym, Polska w praktyce stała się niewiele więcej niż protektoratem. Jej król mógł
uczestniczyć w wojnie jako elektor saski, lecz Rzeczpospolita
pozostawała państwem neutralnym.
Taki stan rzeczy był wynikiem osobliwego procesu ewolucji. W XVI wieku
Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie połączyły się w Rzeczpospolitą Obojga Narodów, w której źródłem władzy była szlachta.
Zachowano monarchię, wprowadzając tron elekcyjny i wpisując króla w system konstytucyjny. W XVII wieku wiele wojen zakłóciło, a następnie
zniekształciło ów proces. Korona i Litwa miały jednego władcę, lecz
zachowały odrębne urzędy ministerialne, skarb i wojsko. Związane z tym
tendencje odśrodkowe podsycały regionalizm i osłabiały samą ideę
państwowości. Treścią wszelkich działań politycznych stała się walka
inter maiestatem ac libertatem, w której szlachta obsesyjnie broniła
swych praw przed domniemanym naruszaniem ich przez króla. Szlacheckie
prawo sprzeciwu wobec absolutyzmu królewskiego przybrało wypaczoną formę
liberum veto, która pozwalała pojedynczemu posłowi doprowadzić całą
procedurę parlamentarną do martwego punktu. Regionalne prawo
konfederacji, czyli sprzymierzenia się przeciwko nakazom płynącym z góry, przekształciło się w praktyce w swoiste upoważnienie do wojny
domowej. Żadna instytucja państwowa nie była dość silna, by zapewnić
ciągłość władzy czy porządek publiczny; nawet sędziowie byli wyłaniani
drogą demokratycznych wyborów.
System polityczny Rzeczypospolitej przypominał dom strawiony pożarem
jeszcze przed ukończeniem. Tragiczny przez swą zbieżność w czasie upadek
gospodarczy, intelektualny i moralny udaremniał wszelkie próby
uzdrowienia kraju i społeczeństwa, a sytuacja taka cieszyła się
poparciem dwóch sąsiednich państw, dla których choroba i bezsilność
Polski były wygodne. Licząca 10 milionów mieszkańców Rzeczpospolita,
dysponująca nieoszacowanymi bogactwami naturalnymi, powierzchnią pól
uprawnych zdolnych wykarmić połowę Europy oraz wystarczającą liczbą
drzew w lasach, by wyposażyć w okręty wszystkie europejskie floty, była
zbyt wartościowym łupem, by pozwolić jej wpaść w jedne tylko ręce, a prócz tego zbyt wielką potencjalną potęgą, by zgodzić się na jej
odrodzenie.
Szczęśliwie dla Prus i Rosji, Polacy nie okazywali szczególnej chęci, by
zmienić ten stan rzeczy. Patrzącym z zewnątrz wydawało się, że Polacy
nieodwołalnie postanowili trwać w średniowieczu. W Anglii i Niderlandach
przejście od poglądów średniowiecznych do nowożytnych nastąpiło dzięki
reformacji. Francja uległa w XVIII wieku rewolucji filozoficznej, która
doprowadziła do tego samego skutku. Inne państwa katolickie, jak
Hiszpania i Portugalia, skruszyły stary model dopiero w wieku XIX.
Polska reformacja stworzyła kulturę na wskroś świecką, lecz proces ten
uległ odwróceniu, nim zdążył się w pełni rozwinąć, wskutek czego
powstały tu równocześnie dwie tradycje. Polskie życie społeczne i polityczne opierało się zatem na konflikcie między poglądami świeckimi,
nowoczesnymi i narodowymi a religijnymi, archaicznymi i zhierarchizowanymi.
1. Rzeczpospolita Obojga Narodów w roku 1764
U podstaw owej kultury politycznej leżały silne dążenia demokratyczne,
nieprzyjazne wobec władzy centralnej, a także przekonanie, że każde
rządy są tyranią. Szlachta, która stanowiła około 7% populacji, była
raczej kastą niż klasą społeczną, a należeli do niej zarówno hołysze,
jak i bajecznie bogata magnateria. Wszyscy trzymali się jednak kurczowo
teorii równości, znajdującej wyraz jedynie w zakresie wolności
osobistych i praw politycznych. I bogaci, i biedni zazdrośnie strzegli
tych praw przed wszelkim zagrożeniem. Opieka Rosji była więc wygodna,
gdyż hamowała rozwój centralnej władzy w Warszawie, a to oznaczało brak
ingerencji państwa w swobodę jednostki oraz minimalne opodatkowanie.
Polski dochód narodowy stanowił jedną siedemdziesiątą piątą dochodu
Francji, a całość budżetu była mniejsza niż angielski dochód ze znaczków
skarbowych3. Wieść gminna głosiła, że skoro Polska nie
zagraża nikomu, nikt także nie zechce jej zagrozić, a wzajemna zawiść
sąsiadów uniemożliwi im podbój. Obce wojska, systematycznie
przemierzające kraj, nie powodowały zbytniego nieporządku, a jednocześnie stanowiły źródło zarobków.
Polskie zboże, bydło, konie i sukno były towarami niezastąpionymi dla
wojujących państw ościennych i uzyskiwały wysokie ceny. Co roku mnóstwo
łodzi pełnych zboża i drewna spławiano mniejszymi rzekami w stronę Bugu
i Wisły - a stamtąd do Gdańska - lub w stronę Warty, skąd płynęły do
Szczecina. Inne - Dźwiną - docierały do Rygi, gdzie ładunek przenoszono
na okręty. Zimą do Królewca co dzień przybywało ponad pięćset sań ze
zbożem. Przez kraj pędzono na Śląsk i do Brandenburgii stada koni i bydła. Łatwe zyski przesłaniały fakt, że polskie rolnictwo było
beznadziejnie zacofane. Uprawiano zaledwie połowę gruntów, a wydajność
wynosiła jedną szóstą tego, co uzyskiwano z podobnego obszaru w Anglii4. W niektórych częściach kraju wartość ziemi wzrosła
dziesięciokrotnie w pierwszej połowie XVIII wieku. Polska sytuacja
ekonomiczna - wymierna wartość handlowa produktów - ulegała stopniowej
poprawie, odkąd nowe środki produkcji sprawiły, że towary zagraniczne
staniały w stosunku do żywności i surowców. Obliczono, że w latach
1600-1750 obroty handlowe magnaterii wzrosły trzykrotnie, szlachty
posiadającej ziemię - dwukrotnie, chłopstwa zaś - zmniejszyły się o trzy
czwarte5. Chłopi teoretycznie nie byli niewolnikami
podlegającymi prawu kupna i sprzedaży, lecz - czy byli gospodarzami, czy
wyrobnikami - grzęźli w ustawicznej nędzy i prawa odróżniające ich stan
od niewolnictwa były czystą iluzją.
W połowie XVIII wieku król pruski Fryderyk, zbrojnie najeżdżając
przygraniczne terytoria Rzeczypospolitej, począł rabować w Polsce
żywność, konie, a nawet rekrutów. Nie płacił za to lub - co gorsza -
płacił fałszywymi pieniędzmi. Wpadł na ten pomysł w roku 1753 i odtąd
zalewał Rzeczpospolitą monetami, w których zawartość srebra była nieraz
o 70% niższa od nominału. Zanim nauczono się rozpoznawać fałszywe
monety, około 200 milionów złotych (dwudziestopięciokrotna wartość
rocznego budżetu) zostało wyssanych z kraju, i to w samym
srebrze6. Zubożenie postępowało, a wynikający stąd niedostatek
wiarygodnego pieniądza hamował proces uzdrawiania gospodarki.
Miasta, przeżywające okres rozkwitu w dobie renesansu, uległy
zniszczeniu podczas siedemnastowiecznych wojen, a możliwości ich
odbudowy podkopało niekorzystne prawodawstwo i brak mieszczańskich
przedstawicieli politycznych w sejmie. Szlachta zachęcała społeczność
żydowską do ustanowienia rzeczywistego monopolu na handel wewnętrzny, co
wstrzymywało rozwój rodzimej warstwy kupieckiej. Właściciele ziemscy nie
widzieli powodu, by wydawać pieniądze w kraju, skoro towary zagraniczne
były tańsze. Zdusiło to całkowicie rozwój przemysłu. Jedynie w nielicznych miastach Wielkopolski i w Gdańsku istniała klasa
przedsiębiorców zajmujących się w znacznej mierze przemysłem. Największy
kompleks przemysłowy w kraju należał do biskupstwa krakowskiego - po
Strasburgu i Toledo najbogatszego w Europie. Magnaci zakładali fabryki
na terenie swych dóbr, lecz miało to na celu przymuszenie miejscowych
chłopów do wydawania pieniędzy w lokalnym składzie towarów, należącym do
magnackiego przedsiębiorstwa, co spowodowało oderwanie się owych
obszarów od ogólnokrajowego rynku. Skutek tego był również taki, że
magnaci stali się jedynymi w Polsce bankierami, gdyż tylko oni mieli
kapitał i mogli udzielać pożyczek, i tylko oni, posiadając dobrze
obwarowane pałace i wojska przyboczne, gwarantowali bezpieczeństwo
depozytów. Z tego względu drobna szlachta lokowała u magnatów
oszczędności na określony procent.
Doprowadziło to do powstania groteskowej formy magnackiego feudalizmu
opartego na kapitale. Skutki polityczne były tym znaczniejsze, że
Rzeczpospolita nie miała żadnych struktur państwowych. W większości
krajów szlachcic bez środków do życia mógł służyć państwu, wstępując do
wojska lub administracji. W Rzeczypospolitej można było wybierać jedynie
między stanem duchownym a służbą u magnata. W ten sposób magnat ratował
ubogiego szlachcica przed haniebnym przymusem działalności kupieckiej,
wiążącej się z utratą pozycji, a sam przy tym zyskiwał potęgę wojskową i polityczną.
Okroiwszy władzę królewską i sprowadziwszy sejm do roli klubu
bezproduktywnych oratorów, oligarchowie magnaccy kierowali codziennym
życiem kraju według własnych interesów. To magnaci, a nie król,
decydowali o przyznawaniu intratnych starostw (dóbr królewskich
oddawanych w dożywotnią dzierżawę pod warunkiem wpłacania czwartej
części dochodów do skarbu państwa). Zatrzymywali najlepsze z nich dla
siebie, pozostałymi nagradzając swych popleczników. Przyznali też sobie
wyłączność na sprawowanie wyższych urzędów państwowych. Wszystkie one
stwarzały sposobność do przekupstwa, a w wypadku urzędu skarbnika
królewskiego i hetmana - także do malwersacji, ale najważniejszym atutem
był wiążący się z nimi splendor. To samo dotyczyło tytułu hrabiowskiego
czy książęcego, uzyskiwanego od obcego dworu i niemającego w Polsce mocy
prawnej. Naśladowani przez pomniejszą szlachtę, współzawodniczącą często
o czysto tytularne i przestarzałe urzędy, takie jak na przykład chorąży
mazowiecki czy podczaszy sandomierski, magnaci urzeczywistniali swe
rodowe aspiracje w kalejdoskopie barokowego przepychu.
Byli wśród nich ludzie bogatsi niż jakakolwiek osoba prywatna w Europie
- i sami dla siebie stanowili prawo. Spędzali czas, oddając się coraz
bardziej kosztownym i wymyślnym rozrywkom, by uciec przed nudą
nieodłącznie towarzyszącą brakowi wykształcenia. Pewien Sułkowski,
znudzony monotonią ubarwienia polskiego ptactwa łownego, sprowadzał z Afryki statki pełne papug, do których następnie strzelał. Jeden z Radziwiłłów podzielił swe wojska, liczące 6 tysięcy żołnierzy, na dwie
armie, postawił swego dworzanina na czele drugiej i stoczył z nim wojnę.
"Nigdzie nie ma wspanialszej arystokracji i gorszych obywateli" -
zauważył Bernardin de Saint-Pierre7.
Inni widzieli to w odmiennym świetle. "Sposób życia polskich magnatów,
ich potęga, poważanie, jakim się cieszą - wszystko to wywarło na mnie
duże wrażenie i przekonało mnie, że nie ma godności budzącej większą
zawiść niż polski wielmoża" - pisał Aleksander Woroncow, przyszły
kanclerz Rosji, który w 1758 roku spędził kilka miesięcy w Warszawie8. Obce rządy opłacały magnatów, usiłując w ten
sposób kontrolować wewnętrzne sprawy kraju, lecz wpływ pieniędzy był
nikły, magnaci bowiem postępowali zgodnie z własnymi, prywatnymi racjami
stanu. Naciągali Wersal i Petersburg, ale działali wyłącznie według
własnego widzimisię. Polska - zdaniem pewnego angielskiego podróżnika -
popadła "w stan totalnej arystokracji"9.
"Rzeczpospolita posiadała w ówczesnej Europie niemałe znaczenie i wagę"
- stwierdził Woroncow. "Wprawdzie jej stan nie zezwalał na odgrywanie
czynnej roli w polityce zagranicznej, lecz nie sądzę, by rola taka
stanowiła podstawę szczęścia narodu"10. Z pewnością brak
ingerencji państwa miał swoje zalety i angielski dyplomata powracający z Prus mógł dla odmiany odetchnąć "rześkim powietrzem
republiki"11. Dogodności te wynikały jednak w większym stopniu
z indolencji niż z idealizmu, a podbudowę tego stanowił zastany system
szkolnictwa. Magnaccy synowie w większości unikali szkół i zdobywali od
miejscowych duchownych lub zagranicznych szarlatanów wiedzę o życiu w niepohamowanym pijaństwie. Prócz barwnych mitologii rodzinnych, ściśle
przestrzegano jedynie wpajania wszelkich formuł i ceremoniału
potrydenckiego katolicyzmu.
Społeczeństwo polskie pochlebiało sobie, że żarliwie dochowuje wiary
Rzymowi, co znajdowało odbicie w nakładach czasu i wysiłku poświęcanych
zawiłemu rytuałowi religijnemu, kwitnącemu podczas odpustów i procesji,
oraz wznoszeniu na każdym kroku przepysznych świątyń i kościołów.
Ortodoksji towarzyszyła jednak rozwiązłość obyczajów, a silnej tradycji
mistycznej - najbardziej cyniczna praktyka. Obyczaje były surowe w wielkiej głuszy, swobodne zaś w Warszawie, gdzie rozwody zdarzały się
nagminnie i gdzie - zgodnie ze słowami angielskiego dyplomaty Wraxala -
"najczcigodniejsze damy czerpią więcej dumy i poważania ze stanowisk czy
też zalet swych kochanków niż swych małżonków"12.
Wszyscy przyjezdni entuzjastycznie wychwalali Warszawę, uważając ją za
miasto kosmopolityczne, wykwintne i wesołe. Reszta kraju przedstawiała
przygnębiający widok: zatrważający stan dróg, brudne karczmy, wioski
pełne rozpadających się drewnianych chałup i senne, podupadłe
miasteczka. Niewiele lepiej wyglądały dwory szlacheckie.
Charakteryzowała je - według słów francuskiego podróżnika - "znaczna
liczba służby i koni przy niemal całkowitym braku mebli; wschodni
przepych, lecz bez wygód ułatwiających życie"13. Magnaci
zamieszkiwali wspaniałe pałace, pełne francuskich mebli i pięknych
obrazów, lecz były to tylko zagraniczne bawidełka, mające niewielki
związek z otoczeniem, a jeszcze mniejszy - z poziomem kultury
właścicieli. Większość owych właścicieli trwała przy systemie wartości
oraz tożsamości kulturowej określanym jako "sarmatyzm". Powstał on na
podstawie tezy historycznej, że szlachta nie zalicza się do Słowian,
lecz do potomków szlacheckiej rasy wojowników zwanych Sarmatami, którzy
przybywszy z czarnomorskich stepów, rzekomo podbili Polskę w odległych,
starożytnych jeszcze wiekach. Teoria ta, podbudowująca wyższość rasową
szlachty nad innymi klasami i wprowadzająca modę na przedmioty
orientalne, która ogarnęła Polskę wiek wcześniej (i stworzyła m.in.
charakterystyczne ubiory szlachty), dała początek kulturowej mieszance
sankcjonującej dziwaczne zachowania i ksenofobiczne przekonanie, że to,
co polskie, jest najlepsze.
Postawy takie bywały kwestionowane. W latach dwudziestych i trzydziestych XVIII wieku, w książkach i broszurach zaznaczył się dość
wątły ruch odrodzenia narodowego, optujący za reformą i wzywający
społeczeństwo do ratowania kraju, póki nie jest za późno. Pisma te nie
miały zbyt rewolucyjnej treści. Nawiązywały do przeszłości, ukazując
środki służące przywróceniu lub co najwyżej rozszerzeniu istniejącej
konstytucji, którą - jak wszelkie istniejące systemy - uważano za bliską
doskonałości. Nie można było odwoływać się do modeli obcych: wszystkie
większe państwa europejskie, jako monarchie, były w oczach szlachty
"tyrańskie". W ten sposób każdy plan reformatorski obierał niebezpieczny
kurs między Scyllą despotyzmu a Charybdą anarchii.
Zwolennicy reform zdawali sobie sprawę, że wykształcenie jest kwestią
podstawową. Stanowiło ono jednak monopol jezuitów i dobranych przez nich
scholastyków, głoszących na czterech krajowych uniwersytetach,
dziesięciu akademiach i w ponad dziewięćdziesięciu kolegiach poglądy
filozoficzne kontrreformacji. Wspomagały ich w tym umiejętnie zakony
żebracze, wędrujące po kraju i szerzące dewocję. Nieliczni spośród
magnatów usiłowali zapewnić swemu potomstwu nowoczesne wykształcenie, a niewielka akademia przy oświeconym dworze wygnanego króla Stanisława
Leszczyńskiego w Lunéville w Lotaryngii proponowała darmową edukację
synom tych, którzy mieli podobne poglądy.
A jednak pierwsi reformatorzy wywodzili się z szeregów Kościoła.
Stanisław Konarski z zakonu pijarów (Ordo Scholarum Piarum, zgromadzenie
założone przez Józefa Kalasantego, znane także jako "I Padri Scolopi"),
który odbył liczne podróże i zapoznał się z Myślami o wychowaniu Johna
Locke'a, powrócił do Polski po roku 1730 z zamiarem wprowadzenia zmian w systemie. Napotkał bratnią duszę w osobie Andrzeja Załuskiego, biskupa
krakowskiego, który zgromadził pokaźną bibliotekę i podejmował daremne
próby zreformowania krakowskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wraz z bratem Andrzeja - Józefem, biskupem kijowskim, również założycielem
wielkiej biblioteki, rozpoczęli działalność wydawniczą, drukując
początkowo prawa i konstytucje, znane ludziom jedynie ze słyszenia,
później klasykę literatury politycznej, wyjaśniającą zasady
funkcjonowania praw, wreszcie dzieła dawnego piśmiennictwa polskiego,
które pomagały w odkrywaniu prawdziwego znaczenia słów. W 1747 roku
bracia Załuscy ofiarowali połączone biblioteki narodowi.
W roku 1740 Konarski otworzył nową szkołę - Collegium Nobilium, która
odrywała magnackich synów od demoralizującego wpływu ich rodzin i ofiarowywała im nowoczesne wykształcenie. Później zreformował
dwadzieścia osiem kolegiów pijarskich w Polsce. Język nauczania
zmieniono z łacińskiego na polski. Teologię i retorykę zastąpiły języki
obce, przedmioty polityczne i filozofia kartezjańska, a program
obejmował także dysputy i sztukę dramatyczną. Wystraszeni konkurencją
jezuici uczynili podobnie, wprowadzając nowoczesne nauczanie w swych
sześćdziesięciu sześciu istniejących kolegiach i zakładając własne
odpowiedniki Collegium Nobilium w Warszawie, Wilnie, Lwowie, Lublinie i Ostrogu. Depcząc edukacji po piętach, ruch na rzecz reform i odrodzenia
przybrał na sile w latach pięćdziesiątych, by urzeczywistnić się w elekcji Stanisława Poniatowskiego podczas kolejnego dziesięciolecia.
Było jednak za późno. Rzeczpospolita tak bardzo odstawała od państw
ościennych, że mógł ją ocalić jedynie cud. Ponadto musiałby to być cud
podwójny, przywracający państwu siłę i dostatek, a przy tym zapewniający
życzliwość sąsiadów. To drugie było najmniej prawdopodobne. Paszkwil,
który ukazał się w prasie londyńskiej w roku 1763, w chwili kiedy miała
się zebrać konferencja pokojowa na zakończenie wojny siedmioletniej,
zadziwiająco trafnie ujmuje politykę i perspektywy państw europejskich,
polecając (po francusku) ministrom cudzoziemskich dworów, przybyłym na
konferencję, następujące hotele:
De l'Empereur; A la Bonne Volonté, rue de l'Impuissance.
De Russie; Au Chim?re, rue des Caprices.
De France; Au Coq Déplumé, rue du Canada.
D'Austriche; A La Mauvaise Alliance, rue des Caprices.
D'Angleterre; A la Fortune, Place des Victoires, rue des Subsides.
De Pologne; Au Sacrifice d'Abraham, rue des Innocents, pr?s la Place
des Dévots.
De Prusse; Aux Quatre Vents, rue des Renards, pr?s la Place des
Guinées.
De Su?de; Au Passage des Courtisans, rue des Visionaires.
Des Princes de l'Empire; Au Roitelet, pr?s de l'Hôpital des Incurables,
rue de Charlatans.
De Württemberg; Au Don Quichotte, rue des Fantômes, pr?s la Montagne en
Couche.
D'Hollande; A la Baleine, sur le Marché aux Fromages, pr?s du Grand
Observatoire14.
Cesarza: "Pod Dobrą Wolą", ul. Niedołęstwa.
Rosji: "Pod Chimerą", ul. Kapryśna.
Francji: "Pod Oskubanym Kogutem", ul. Kanady.
Austrii: "Pod Złym Przymierzem", ul. Chwiejna.
Anglii: "Pod Szczęśliwą Gwiazdą", pl. Zwycięstwa, ul. Subsydiów.
Polski: "Pod Ofiarą Abrahama", ul. Niewiniątek, niedaleko placu Dewotek.
Prus: "Pod Czterema Wiatrami", ul. Chytrych Lisów, w pobliżu placu
Gwinei.
Szwecji: "Zaułek Dworzan", ul. Marzycieli.
Książąt Cesarstwa: "Pod Królikiem", niedaleko Szpitala Nieuleczalnych,
ul. Oszustów.
Wirtembergii: "Pod Don Kichotem", ul. Majaków, w pobliżu Góry Rodzącej
Mysz.
Holandii: "Pod Wielorybem", Targ Serowarski, przy Wielkim Obserwatorium.
Dyplomacja europejska pozbawiona była wszelkiego poczucia
odpowiedzialności zbiorowej, a mocarstwa niezainteresowane bezpośrednio
Polską pozostawiły ją na łasce i niełasce sąsiadów. Rosyjska racja stanu
nie dopuszczała istnienia silnej Polski, Prusy zaś niemal patologicznie
lękały się jej powrotu do życia. Polska była dla obydwu państw do
przyjęcia jedynie w wypadku, gdy pozostawała bezsilna. W rezultacie - to
właśnie polityczne i kulturalne odrodzenie Polski przedsięwzięte w epoce
Stanisława Augusta skazało kraj na ostateczną zagładę z rąk państw
ościennych.
Unicestwienie Polski w roku 1795 umieściło Rosję w samym środku Europy i na sto lat uczyniło z niej największą potęgę na kontynencie. Terytoria
zabrane Polsce w latach 1772-1795 liczyły przed 1914 rokiem prawie 40
milionów mieszkańców, co stanowiło jedną trzecią ludności europejskiej
części Rosji. Prusy także zwiększyły liczbę mieszkańców, zyskując tak
ważną siłę roboczą. Co więcej, zdobyły kwitnące ziemie oraz połączenie z własnymi prowincjami w Prusach Wschodnich, zapewniając sobie podstawy
późniejszej, dziewiętnastowiecznej wielkości i chwały. Losy Polski są
zatem ściśle powiązane ze zjednoczeniem Niemiec i wybuchem dwóch wojen
światowych. Austria zyskała na rozbiorach Polski niewiele, lecz udział w grabieży postawił ją w dwuznacznym położeniu.
Rozbiory Polski, które zbiegły się w czasie z rewolucją francuską,
dostarczyły trzem mocarstwom wspólnego powodu do tłumienia u siebie
liberalizmu i ewolucji społeczno-ekonomicznej, co z kolei wstrzymywało
rozwój gospodarczy. Z tego właśnie wywodzi się podział między wschodnią
a zachodnią Europą - do dziś tak znaczący, że nawet niedawne rozbrojenie
strażniczych wież w złączonych po upadku komunizmu Niemczech długo nie
będzie miało wpływu na głębokie różnice społeczne i ekonomiczne, które
ów podział przypieczętowują.
2
Przepowiednie i zabiegi
Człowiek, który miał objąć w Polsce królewskie dziedzictwo, nie znalazł
swej korony w łożu Katarzyny. Do tronu wiodła go droga dość okrężna,
lecz każdy zakręt i przeszkoda przybliżały go doń w sposób, który bez
trudu mógł uzasadnić jego osobistą wiarę w przeznaczenie. Zaczęło się od
narodzin 17 stycznia 1732 roku w wiejskiej rezydencji w Wołczynie. Mimo
że dom stał w stylowym ogrodzie, przeciętym kanałem z fontanną
przedstawiającą Neptuna z orszakiem i otoczonym parkiem, po którym
biegały daniele - jednemu ze współczesnych kompozycja ta przypominała
nieco Wersal - była to bezpretensjonalna drewniana budowla. Ojcem
dziecka był pięćdziesięciosześcioletni generał skromnego pochodzenia, za
to w żyłach matki płynęła królewska krew. Jak gdyby Opatrzność -
pojęcie, które zauroczyło przyszłego króla na całe życie - przyłożyła
rękę do tego wydarzenia i odtworzyła coś, co przedziwnie mogło się
kojarzyć ze Świętą Rodziną.
Fascynowało to Stanisława na równi ze skrupulatnie odnotowanymi układami
gwiazd w dniu jego narodzin. Urodził się pod znakiem Koziorożca, w roku
ascendentu Saturna. Bóg ten, wraz ze swymi atrybutami - czarnym koniem i cisowym drzewem - miał przewijać się wciąż na nowo przez jego życie i pojawiać się często w jego projektach artystycznych. Saturn oznacza
powrót złotego wieku i astrologowie wyczytali z gwiazd, że dziecko czeka
wielka przyszłość, najeżona przeszkodami, nad którymi przyjdzie mu
zwycięsko zatryumfować15.
Pochodzenie Stanisława spowite było pajęczyną legend. Opowiadano, że
bawiący przejazdem włoski lekarz z Messyny, nazwiskiem Antonio Fornica,
spojrzał na niemowlę i przepowiedział, iż pewnego dnia zostanie ono
królem. Podobne proroctwa przypisywano szwedzkiemu kabaliście i wiekowemu rabinowi. Mówiono, że ojciec był nieślubnym synem litewskiego
magnata z rodu Sapiehów i młodej wieśniaczki, a nawet ubogiej Żydówki.
Niektórzy z Poniatowskich ukuli w odwecie genealogię, według której
widniejący na tarczy herbowej byk łączył ich ze szlachetnym włoskim
rodem Torellich, także obnoszących byka na tarczy i w nazwisku. Później
skrupulatnie prześledzono dzieje Torellich wstecz aż do wojowniczego
księcia Saksonii z IX wieku16.
Rzeczywistość była bardziej prozaiczna. Generał Stanisław Poniatowski
pochodził z drobnej szlachty, pieczętującej się herbem Ciołek, od XV
wieku osiadłej w dobrach Poniatowa niedaleko Lublina. Sprzedali
Poniatową w 1620 roku i przenieśli się na południe, w Rzeszowskie.
Franciszek Poniatowski, ojciec generała, zarządzał - prócz własnych -
także dobrami magnata Hieronima Lubomirskiego. Nabył kilka posiadłości w okolicach Krakowa, piastował zaszczytne miejscowe urzędy i służył w wojsku, gdy zaszła potrzeba (został ranny podczas odsieczy wiedeńskiej
pod wodzą króla Jana III w 1683 roku). Miał czworo dzieci. Dwoje
młodszych przeznaczono, zgodnie ze zwyczajem, do stanu duchownego,
starsi synowie natomiast, Józef i Stanisław, kształcili się w Krakowie,
skąd w 1690 roku, gdy jeden miał piętnaście, a drugi trzynaście lat,
wysłano ich do Wiednia pod opieką duszpasterza17.
Z Wiednia, w którym spędzili kilka lat, doskonaląc język niemiecki,
mieli wyruszyć ze swym opiekunem w dalszą drogę, okazało się jednak, że
mają inne plany. Cesarz gromadził wojska przeciw Turkom i obydwaj
młodzieńcy zaciągnęli się jako ochotnicy. Stanisław wyróżnił się w bitwie pod Temesvárem (obecnie Timişoara w zachodniej Rumunii) i został
mianowany dowódcą kompanii w regimencie Michała Sapiehy, który służył w wojsku księcia Eugeniusza Sabaudzkiego. Gdy wojna zakończyła się
traktatem w Karłowicach w roku 1699, Poniatowski powrócił do Polski z Sapiehą, który wziął go pod swoje skrzydła. Ożenił go z bogatą rzekomo
wdową, wkrótce jednak nadeszło finansowe rozczarowanie i małżonkowie się
rozstali.
Sapiehowie po raz kolejny próbowali zdobyć kuszący owoc marzeń i zagarnąć władzę na Litwie, co wywołało żywiołowy sprzeciw rodu
Radziwiłłów. Punkt kulminacyjny nastąpił w listopadzie 1700 roku, kiedy
to trzytysięczne wojsko Sapiehów starło się z przeciwnikiem w rozstrzygającej bitwie pod Olkienikami. Zostali rozgromieni, więc
zaczęli się rozglądać za sprzymierzeńcami. Nie trzeba było szukać
daleko. Dla Karola XII, osiemnastoletniego króla Szwecji, potężny sojusz
cara moskiewskiego Piotra I z królem Danii oraz z Augustem II, elektorem
saskim i królem Polski, stanowił wyzwanie. Karol XII pokonał Duńczyków,
a następnie cara Piotra w bitwie nad Narwą. Zimą 1701 roku Sapiehowie
wysłali Poniatowskiego do obozu Karola XII z prośbą o pomoc. W następnym
roku Karol wkroczył na Litwę i wziął Sapiehów pod swą protekcję.
Przeciwnicy zwrócili się do Piotra, który także zechciał dokonać
najazdu. Z przeniesionego do Polski sporu Piotra z Karolem wywiązała się
wojna domowa. Karol zmusił do abdykacji Augusta II, sojusznika Piotra, i przygotował elekcję polskiego magnata Stanisława Leszczyńskiego na tron
Rzeczypospolitej jako króla Stanisława I.
Karol XII szybko dostrzegł zalety Poniatowskiego, którego powołał do
służby przy własnej osobie, wykorzystując go zarówno jako żołnierza, jak
i dyplomatę. W 1709 roku Poniatowski towarzyszył Karolowi podczas
najazdu na Ukrainę i uczestniczył w zgubnej bitwie pod Połtawą, kiedy to
Szwedzi zostali rozgromieni. Ciężko rannemu Karolowi groziło
niebezpieczeństwo dostania się do niewoli. Poniatowski zebrał garstkę
żołnierzy, ułożył króla na noszach zawieszonych między dwoma końmi i wydostał się z matni. Gdy uwolnili się od ścigających Rosjan, pozostało
im zaledwie dwudziestu ludzi, a w mundurze Poniatowskiego widniało
siedemnaście rozcięć i otworów po kulach. Znajdowali się wśród
ukraińskich pustkowi, pozbawieni żywności i sojuszników. Poniatowski
zdołał przekonać pewną liczbę Kozaków, by przyłączyli się do nich i przeprowadził cały oddział na bezpieczne terytorium tureckie za
Dniestrem. Sam udał się do Stambułu i nakłonił Portę do wypowiedzenia
wojny Rosji.
Lecz wojska tureckie, jak się okazało, nie kwapiły się do walki - przede
wszystkim dlatego, że Piotr zdołał przekupić dowódcę, wielkiego wezyra.
Wrócił zatem Poniatowski do Stambułu, by knuć intrygi - wykorzystując
ministrów, kobiety, lekarzy haremu i wszystkich, którzy mieli
jakiekolwiek wpływy - w celu odwołania dowódcy. Jego wysiłki zostały
uwieńczone powodzeniem i mianowano nowego wezyra. Wojska tureckie
ruszyły naprzód i Poniatowski widział już zwycięstwo w zasięgu ręki.
Tymczasem jednak nowy wezyr też postanowił paktować z Rosjanami.
Niezrażony tym Poniatowski podjął bliską powodzenia próbę wzniecenia
buntu przeciwko wezyrowi i przejęcia dowództwa.
Turcy zawarli pokój z Rosją w 1711 roku. Otworzyło to Rosji drogę do
rozszerzenia dominacji nad Polską. Osłabiony August odzyskał polski
tron, król Stanisław I udał się na wygnanie, a Karol powrócił do
Szwecji. Poniatowski nadal wypełniał dlań rozmaite zadania. Po raz drugi
ocalił królowi życie w bitwie koło Rugii w roku 1715, a w końcu 1718
roku powierzono mu urząd gubernatora prowincji Zweibrücken w Niemczech.
Rychła śmierć Karola XII pozbawiła Poniatowskiego stanowiska. Cieszył
się tak dobrą opinią, że zwrócono się doń w imieniu regenta Francji oraz
Jerzego I, króla Anglii, lecz on postanowił wrócić do Polski. Pogodził
się z Augustem II i nowy władca natychmiast zlecił mu rozmaite misje
dyplomatyczne. Podczas jednej z nich, w Brunszwiku, w roku 1720, poznał
księcia Michała Czartoryskiego. Spotkanie to zadecydowało o jego
dalszych losach.
Czartoryscy wywodzili się od wielkich książąt litewskich, z których
jeden wstąpił na tron polski w roku 1386 i zapoczątkował dynastię
Jagiellonów. Owa gałąź rodu nie odegrała nigdy dotąd większej roli, ale
teraz właśnie zaczęła uzyskiwać pewną pozycję. Bogaty ożenek, w roku
1693, jednego z Czartoryskich - Kazimierza - z Izabelą Morsztynówną,
podskarbianką koronną, wprowadził młodego księcia na mapę polityczną, a jego dzieci rozpoczęły podbój rozległych obszarów owej mapy. Było ich
pięcioro. Jedno zostało biskupem, drugie przełożoną klasztoru, a troje
pozostałych - Michał, August i Konstancja - miało wykuć kształt
politycznych losów Polski. 14 września 1720 roku, zaledwie kilka
miesięcy po spotkaniu z Michałem Czartoryskim, Stanisław Poniatowski
poślubił jego siostrę Konstancję. Młodzi Czartoryscy stali na progu
kariery politycznej i w osobie Poniatowskiego powitali zręcznego i doświadczonego sprzymierzeńca. Żywili ambitne plany naprawy
Rzeczypospolitej, lecz przede wszystkim zamierzali sami zająć mocne
pozycje.
W 1721 roku Poniatowski został dowódcą gwardii króla Augusta II, który
pragnął uczynić go w przyszłości hetmanem wielkim koronnym. Gdy jednak
król usiłował przekazać mu ten urząd w roku 1728, rodzina Potockich,
uważająca to za swój przywilej, wszczęła taki zgiełk w sejmie, że król
musiał pozostawić stanowisko nieobsadzone. Poniatowskiego mianowano w zamian regimentarzem koronnym, co w praktyce oznaczało głównodowodzącego
wojsk polskich. Trzy lata później, w 1731 roku, otrzymał krzesło w senacie jako wojewoda mazowiecki. Bracia Czartoryscy także zajęli mocne
stanowiska i pozyskali rzeszę przyjaciół i popleczników, co stworzyło
zaczątki partii politycznej. Ponieważ na jej czele stali dwaj bracia i ich szwagier, znana ona była jako familia Czartoryskich lub po prostu:
Familia. Przed 1733 rokiem Familia czuła się już dość silna, by ponownie
nalegać na mianowanie Poniatowskiego hetmanem, a także na reformy
konstytucyjne. Współpracowano blisko z królem, który pragnął potwierdzić
swą niezależność od Rosji. August II zmarł jednak nieoczekiwanie tuż po
otwarciu sejmu.
Rosja, Prusy i Austria sprzyjały elekcji jego syna, także Augusta, jako
następcy, lecz Familia miała odmienne plany. Początkowo rozważała
możliwość elekcji Augusta Czartoryskiego, lecz gdy ekskról Stanisław
Leszczyński zgłosił swą kandydaturę, udzieliła mu poparcia. Jego sprawę
wspierała także Francja, gdyż król Ludwik XV był mężem Marii
Leszczyńskiej, córki Stanisława, za Francją zaś stali sojusznicy:
Szwecja i Turcja. W Polsce poparcie frakcji Potockich uzyskano dzięki
zgodzie Poniatowskiego na oddanie w ich ręce buławy hetmańskiej.
Leszczyńskiego wybrano na króla Polski, a Wolter ułożył z tej okazji
radosną odę. Rosyjskie wojska były już jednak w drodze. 5 października
1733 roku w okolicach Warszawy zebrał się niecały tysiąc szlachty i pod
nadzorem rosyjskim przeforsował wybór innego kandydata - elektora
saskiego Augusta. Raz jeszcze Polska miała dwóch królów: jednego
wspierały wojska rosyjskie, drugiego - oddziały szlachty, rozproszone po
całym kraju. Król Stanisław i jego zwolennicy wycofali się do Gdańska w oczekiwaniu na przybycie francuskiej floty. Mimo ogłoszenia wojny o sukcesję polską Francja była bardziej zainteresowana odrywaniem
prowincji od Austrii niż pomocą dla Stanisława - i na gdańskiej redzie
nie pojawił się żaden okręt. Król Stanisław umknął wreszcie w przebraniu
z okrążonego miasta i przedostał się do Francji. Jak na ironię oddano mu
w dożywocie jedną z austriackich prowincji, o którą Francja wcześniej
zabiegała: księstwa Baru i Lotaryngii, gdzie rządził jako tytularny
król. Po jego śmierci w 1766 roku oba księstwa weszły w skład państwa
francuskiego.
Familia pozostała w Gdańsku, zmuszona do zawarcia pokoju z królem
Augustem III, co nie było rzeczą łatwą. Poniatowski bywał jednak w gorszych opałach. Szybko wymyślił sposób uzyskania poparcia Rosji,
której wpływy przeważały w Polsce. Cesarzowa Anna przyrzekła, że uczyni
swego faworyta, Ernesta Birona, księciem Kurlandii. Formalnie było to
lenno polskie i nominacja wymagała zgody sejmu. Poniatowski napisał do
Anny z propozycją pozyskania owej zgody. Już we wrześniu 1734 roku
otrzymywał od niej serdeczne listy, a w grudniu Anna napisała także do
Augusta III, nalegając, by traktował Poniatowskiego i jego krewnych z należytym szacunkiem. W tym samym czasie Poniatowski zbliżył się do
Augusta i wyjaśnił, że jedynie Familia może zjednać mu przychylność
pozostałych zwolenników Leszczyńskiego.
Korzyści płynące z takiej umowy były nie do pogardzenia dla Augusta. Ów
niesłychanie leniwy człowiek unikał wszelkich poważnych spraw, a zadanie
rządzenia Saksonią przekazał w ręce byłego lokaja, hrabiego Henryka
Brühla. Jedyne pytanie, które bardzo często zadawał swemu ministrowi,
brzmiało: "Brühl, czy mam dość pieniędzy?", na co zawsze padała
odpowiedź: "Oui, Sire!"18. Za pomocą takich czy innych
podejrzanych metod minister utrzymywał stały przypływ gotówki i tylko to
miało znaczenie. Każdy, kto obiecał ułatwić Augustowi życie w Polsce,
mógł liczyć na jego przychylność.
Tak oto, z początkiem lat czterdziestych XVIII wieku, manewry Stanisława
Poniatowskiego przywróciły Familię do łask. W roku 1752 został on
kasztelanem krakowskim, co było najwyższym urzędem świeckim w senacie, i zaszczyt ten przypieczętował jego karierę.
Żywot Stanisława Poniatowskiego był pod każdym względem godny uwagi.
"Był to człowiek nadzwyczajnych zalet - napisał Wolter - człowiek, który
na każdym zakręcie życia i w każdym niebezpiecznym położeniu, gdy inni
potrafili wykazać się co najwyżej męstwem, zawsze działał szybko,
właściwie i skutecznie"19. Wolter użył tu nader znamiennych
słów. Ludzie Oświecenia widzieli w Poniatowskim ideał człowieka
współczesnego, ponieważ do jego najistotniejszych zalet należały nie
staroświeckie cnoty, lecz inteligencja i umiejętność podejmowania
decyzji. Był pragmatykiem, odmierzającym cele zgodnie z granicami
możliwości, a nie błędnym rycerzem przegranych spraw. Z gruntu
niewierzący, kierował się racjonalistycznym poglądem na to co dobre i dążył do celu z energią i przekonaniem. Był doskonałym przykładem
oświeceniowego honn?te homme. Ufali mu królowie, którym służył, a po
wstąpieniu w służbę Augusta zachował też szacunek wygnanego Stanisława
Leszczyńskiego. Osobisty zysk nie był dla Poniatowskiego tak ważny, jak
dla większości jego współczesnych, i nie korzystał on ze sposobności
gromadzenia bogactw.
Pasował do ideału honn?te homme także jako wzorowy mąż i ojciec. Jego
małżeństwo z Konstancją Czartoryską było mistrzowskim posunięciem ze
względów politycznych i społecznych, lecz było także małżeństwem z miłości, i obydwoje pozostali czułą i kochającą się parą do końca życia.
Takie związki były w XVIII wieku czymś niezwykłym, podobnie jak troska i opieka, z jaką rodzice wychowywali ośmioro dzieci.
Żadne z nich w pełni nie dorównało ojcu. Wszystkie jednak odziedziczyły
jego inteligencję, wszystkie zostały wychowane zgodnie z uznawanym
przezeń systemem wartości - spodziewano się więc, że dadzą sobie w życiu
radę. Dwie córki przygotowano do świetnego zamążpójścia. Dwaj synowie
przeznaczeni zostali do stanu duchownego. Pozostałych czterech
przysposobiono do kariery w życiu publicznym, a przygotowania objęły
nowoczesne wykształcenie, nieco zagranicznych podróży, służbę wojskową i działalność polityczną w kraju.
Najstarszy, Kazimierz, był prawdopodobnie najzdolniejszy i najbardziej
podobny do ojca, lecz zabrakło mu ojcowskich zalet moralnych. Drugi,
Franciszek, był na najlepszej drodze do kościelnej kariery, lecz zmarł,
mając zaledwie 16 lat. Trzeci, Aleksander, był ulubieńcem ojca i obiecującym wojskowym. "Jeśli go Bóg zachowa, zostanie pewnego dnia
wielkim generałem" - napisał dumny ojciec do Konstancji z Paryża w 1741
roku20. Syn poległ jednak trzy lata później w bitwie pod Ypres,
mając 19 lat. Następnie były dwie córki, Ludwika i Izabela. Szóste
dziecko, urodzone w 1732 roku, to Stanisław, a po nim przyszli na świat:
Andrzej, który został wojskowym, i Michał, najmłodszy, późniejszy prymas
Polski.
Mimo że ojciec ich osiągnął w końcu najwyższe godności, jego los, kiedy
dzieci dorastały, bynajmniej nie był pewny. Nie zostały one zatem
wychowane wśród wygód w wiejskiej posiadłości, by później gładko
wśliznąć się w świat prawnie im przynależny. Ich edukacja została
przerwana w roku 1733, gdy najstarszy syn miał zaledwie dwanaście lat, a Stanisław był rocznym niemowlęciem, ponieważ Familia wdała się w wojnę
domową o tron polski. Większą część kolejnego dziesięciolecia rodzina
przeżyła na uboczu, w Gdańsku, podczas gdy Poniatowski stopniowo
odbudowywał spalone mosty. W roku 1734 maleńki Stanisław został porwany
przez Józefa Potockiego, rozdrażnionego tym, że Poniatowski tak szybko
porzucił sprawę Leszczyńskiego. Następnego roku jednak dziecko powróciło
do Gdańska pod czułą opiekę matki.
Konstancja była kobietą głęboko religijną. Niektórzy nazywali ją "chmurą
gradową" z powodu surowego wyglądu, lecz była dobrą i kochającą matką,
szczególnie gdy chodziło o jej ulubieńca, Stanisława21.
Wywierała silny wpływ na wykształcenie wszystkich dzieci, ale gdy
nadeszła jego kolej, matka stała się czynnikiem dominującym, zwłaszcza
że w tym czasie ojciec często przebywał poza domem. Sprzeciwiała się
stanowczo przyjętemu sposobowi kształcenia szlacheckiej młodzieży, który
polegał na tym, że pozwalano chłopcom robić, co chcieli, i dopiero gdy
mieli kilkanaście lat, uzyskiwali powierzchowną wiedzę i ogładę.
Niekiedy obywano się i bez tego. Karol Radziwiłł, współczesny
Stanisławowi, głowa jednego z najpotężniejszych rodów litewskich,
trzymany był z dala od książek, choć nie od butelki, wskutek czego
popadł w alkoholizm w wieku niespełna dwunastu lat. Nauczył się czytać
jako kilkunastoletni młodzieniec - rychło w czas - osobliwą metodą, przy
użyciu metalowych liter zawieszonych na drzewie jako cele w ćwiczeniach
z bronią palną.
Mocne postanowienie, by dzieci odebrały solidne wykształcenie,
doprowadziło Konstancję do drugiej skrajności. Stanisław bardzo wcześnie
rozpoczął nauki, które powierzono wybitnym uczonym, takim jak gdański
historyk Gotfryd Lengnich. Jak wyjaśnił później Stanisław, matka
"przykładała wagę przede wszystkim do tego, by nadać mej duszy rys
surowości i wyższości moralnej, co w jej zamiarze miało mnie wyróżnić
spośród innych dzieci, lecz stało się także przyczyną szeregu mych
przywar. Zacząłem myśleć o sobie jako o kimś lepszym niż moi koledzy,
gdyż nie przejawiałem zwykłych dziecięcych wad i wiedziałem o wielu
rzeczach, których nigdy ich nie uczono. Wydawałem się zapewne wielce
zarozumiałym młodym człowiekiem"22.
Był delikatnym, nawet chorowitym dzieckiem, co skłaniało matkę do
chronienia go przed tym, co zdawało się jej w najlepszym razie stratą
czasu, a w najgorszym - demoralizującym wpływem - towarzystwem innych
dzieci. Nauczyła go myśleć, traktować życie jak moralne i umysłowe
wyzwanie. Wpoiła mu pogardę dla niewiedzy i głupoty. Ponieważ te
ostatnie były normą dla większości ówczesnego społeczeństwa, Stanisław
czuł się wyobcowany. "W wyniku ciągłego poszukiwania doskonałych
towarzyszy - zauważył później - skończyło się na tym, że nie rozmawiałem
z nikim"23.
W 1739 roku rodzina przeniosła się z Gdańska do Warszawy, gdzie zajęła
przestronną rezydencję wybudowaną przez Poniatowskiego przy Krakowskim
Przedmieściu. Prowadzono tam wygodne, acz ciche życie, spędzając wakacje
w skromnym dworze w Malczycach na Podolu (Poniatowski sprzedał Wołczyn
Augustowi Czartoryskiemu w roku 1744). Siedmioletni Stanisław porzucił
polski ubiór i przywdział strój francuski, by stawić czoła światu i pójść do szkoły. Jego wykształcenie powierzono ojcom teatynom,
prowadzącym nauczanie częściowo w klasztorze, częściowo zaś w domach
uczniów. Ich program był niezwykle liberalny, wyraźnie naznaczony myślą
oświeceniową. W latach czterdziestych XVIII wieku był to jedyny w Polsce
ośrodek katolicki, w którym nauczano w języku polskim, i jedyny
wykładający filozofię współczesną. Obok przedmiotów tradycyjnych i ścisłych, Stanisław uczył się języka francuskiego, który wkrótce
opanował biegle, niemieckiego, włoskiego i angielskiego.
W pierwszych warszawskich latach poddany był wpływom szczególnych osób.
Przełożony teatynów, ojciec Antoni Portalupi, był niewierzący i zyskał
sobie opinię rozpustnika. Według jednego ze współczesnych, mieszkał we
"wspaniale urządzonych apartamentach, niedostępnych dla profanów, ale
dobrze znanych wszystkim włoskim śpiewaczkom i tancerkom warszawskiego
teatru"24. Dodatkowej wiedzy dostarczały Stanisławowi wybitne
jednostki, takie jak abbé Allaire, francuski wolnomyśliciel w służbie
Poniatowskiego, późniejszy wychowawca "królobójcy", księcia orleańskiego
Filipa Egalité, hrabia Hermann Keyserling, ambasador rosyjski w Warszawie i przyjaciel ojca, który udzielał lekcji logiki i matematyki.
Później uczył chłopca wojskowości pułkownik Thoux de Salverte, czynny
różokrzyżowiec i jeden z założycieli wolnomularstwa w Polsce. Wszyscy ci
ludzie byli albo deistami i wolnomyślicielami, albo zwolennikami
świeckich idei Oświecenia, a ich wpływ stał - wydawałoby się - w widocznej sprzeczności z zasadami Konstancji. Mimo całej swej pobożności
była ona jednak mało ortodoksyjna w swej wierze. Jej spowiednik, ojciec
Śliwicki, także duchowy przewodnik Stanisława, był w głębi serca
kwietystą, a nawet jansenistą, wierzącym w predestynację.
Umysł dziecka uległ niebawem przeciążeniu, nie tylko wiadomościami, lecz
także filozoficznymi i teologicznymi konceptami, modnymi w owych
czasach. Stanisław przeżył załamanie w wieku dwunastu lat, w wyniku prób
rozwiązania problemu predestynacji i wolnej woli. Wyzdrowiał szybko,
lecz niewesołe wykształcenie pozostawiło trwałe ślady. "Nigdy, rzec
można, nie dano mi być dzieckiem: to tak, jak gdyby z roku wyrzucono
kwiecień" - napisał później25. Cały kierunek jego wykształcenia
kładł nacisk na jałowość walki z przeznaczeniem i cnotę rezygnacji, co
niewątpliwie przyczyniło się do rozwinięcia pewnej bierności, którą
znajomi często u niego dostrzegali. Potężna dawka filozoficznego
fatalizmu, wpojona w tak młodym wieku, napełniła go trwałą melancholią i poczuciem bezcelowości ludzkiego życia.
Jako nastolatek był - jak sam przyznawał - przeuczony, nadmiernie uległy
wobec rodziców, pod wrażeniem ich cnót, i niezdolny do zainteresowania
się czymkolwiek, co nie było intelektualnie godne. Swobodniej czuł się w towarzystwie starszych ludzi niż rówieśników. Nie okazywał wesołości,
często sprawiał wrażenie zatroskanego, a nawet przygnębionego. Wrażenie
to pogłębiał fakt, że był niski, krępy i niezgrabny.
Gdy ukończył szesnaście lat, ojciec uznał, że pora uczynić zeń
mężczyznę. Dla starego generała kampania wojskowa była "warta wszelkich
akademii na świecie" i dwaj starsi chłopcy mieli już za sobą takie
doświadczenie. W roku 1748 rosyjskie wojsko przemaszerowało przez
Polskę, by przyłączyć się do wojny o sukcesję austriacką, a Poniatowski
postanowił wysłać wraz z nim Stanisława.
Tuż przed wymarszem jednak nadeszły wieści o podpisaniu wstępnych
rokowań pokojowych w Akwizgranie. Stanisław był rozczarowany. "Człowiek
powołany do przewodzenia narodowi i nieznający wojny jest jak ten,
któremu natura odmówiła jednego z pięciu zmysłów" - zauważył
później26. Ponieważ poczyniono już przygotowania, zapadło
postanowienie, że jednak pojedzie. Gdyby nawet nie mógł wziąć udziału w kampanii, zobaczy przynajmniej zebrane wojska i pozna kilku słynnych
generałów ówczesnej Europy. Podróże zagraniczne były zawsze kształcące,
ponadto panowało przeświadczenie, że Zjednoczone Prowincje Niderlandów,
jako republika, nie tylko zasługują na ciekawość, lecz także mają
szczególne znaczenie dla Polaków. Stanisław wyruszył wiosną 1748 roku w towarzystwie starego oficera niemieckiego, który u schyłku życia pełnił
służbę u Poniatowskich. Rodzice prawdopodobnie pamiętali przypadek
pierworodnego: wysłano Kazimierza przed ośmiu laty na wyprawę pod wodzą
marszałka Maurycego Saskiego i choć odznaczył się tam na polu bitwy, to
wszakże "przy sposobności" popadł w rozpustę. Stanisławowi kazano
uroczyście przysiąc, że nie będzie uprawiał gier, pił wina i że się nie
ożeni.
Tak uzbrojony przeciwko groźbom świata opuścił dom. Jechał przez Pragę,
Bayreuth, Frankfurt i z biegiem Renu do Kolonii. 10 czerwca dotarł do
Akwizgranu, gdzie spotkał kilku mężów stanu zebranych na kongresie
pokojowym, pośród których wyróżniał się hrabia Wenzel Kaunitz, minister
dworu wiedeńskiego. Stamtąd udał się do Maastricht na spotkanie z marszałkiem Loevendahlem i do Brukseli, gdzie poznał marszałka Maurycego
Saskiego, który przyjął go z honorami, pamiętając jego ojca i brata
Kazimierza. Stanisław objechał obozy, pola bitew i miejsca oblężenia w Niderlandach i Flandrii, wszędzie podejmowany serdecznie przez dowódców,
którzy niegdyś walczyli ramię w ramię lub twarzą w twarz z jego ojcem, w tej czy innej wojnie ostatniego trzydziestolecia.
Z militarnego punktu widzenia była to strata czasu. Wojska, które
oglądał, w większości francuskie, rozkoszowały się bezczynnością okresu
pokoju, a oficerowie zajmowali się raczej amatorskimi przedstawieniami
dramatycznymi niż ćwiczeniami. Loevendahl zabrał go na polowanie na
króliki i zaprosił do Paryża. Istniały jednak inne sprawy, które
przyciągały uwagę Stanisława. Zwiedzał stocznie, fabryki, banki i ogrody
botaniczne, zaliczając po drodze wszelkie "osobliwości" i jeżeli
większość z tego, co zobaczył, wywierała na nim jedynie powierzchowne
wrażenie, to widoczny na każdym kroku postęp i dobrobyt przywodziły na
myśl zacofanie Polski27. Podczas zwiedzania niderlandzkich miast
Stanisław odkrywał rozkosze sztuki. "Nie posiadałem się z zachwytu,
oglądając obrazy Rubensa czy van Dycka" - pisał28. W Brukseli
zakupił nieduże płótno z uczuciem, że nabywa rzecz bezcenną. Była to
prawdopodobnie żałująca za grzechy Magdalena pędzla Pompeo Batoniego.
Obraz ów wisiał później nad łóżkiem Stanisława, rozbudziwszy w nim
radość kolekcjonera, która z czasem miała przerodzić się w namiętność29.
Po powrocie do Polski, w październiku 1748 roku, szesnastoletni
Stanisław rozpoczął szkołę politycznego rzemiosła. Familia zdobyła mocną
pozycję w sejmie i przychylność dworu, a jej członkowie usiłowali
wprowadzić w życie program reform sformułowany przez ojca Stanisława w 1744 roku, w broszurze zatytułowanej List ziemianina do pewnego
przyjaciela. Autor proponował w nim aukcję wojska, opłacanego dzięki
przekształceniu systemu podatkowego, a także sposoby uchylenia
niektórych obciążeń społecznych i ekonomicznych, nałożonych na
mieszkańców miast, co mogłoby wpłynąć dodatnio na rozwój przemysłu i handlu. W sferze konstytucyjnej plan ów zakładał ograniczenie liberum
veto, wprowadzenie wynagrodzeń dla posłów na sejm oraz reformę
sądownictwa. Pozornie nie stanowiło to problemu, gdyż w odpowiedzi na
broszurę Poniatowskiego ukazała się inna, autorstwa Antoniego Potockiego
- członka konkurencyjnego ugrupowania - zatytułowana Do panów utriusque
status i głosząca podobne poglądy.
Sprawy nie były jednak takie proste. Rodziny Potockich i Radziwiłłów
żywiły podejrzenia co do rzeczywistych intencji Familii, państwa
ościenne zaś podchodziły z podejrzliwością do wszelkich polskich
propozycji. "W moim interesie leży to, aby w Polsce panował nadal pewien
zamęt i aby nie utrzymał się żaden sejm" - tak pisał król pruski
Fryderyk II do swego wysłannika w Warszawie30. W rezultacie
sejm został zerwany przez veto, nim jeszcze zaproponowano jakiekolwiek
reformy.
Familia mogła tylko umacniać szeregi i dalej czekać. Michał Czartoryski
był teraz podkanclerzym litewskim i cieszył się dużym poparciem. Jego
brat August był wojewodą ruskim, drugi brat Teodor - biskupem
poznańskim, Poniatowski - wojewodą mazowieckim, a Flemming, Massalski,
Ogiński, Mostowski i pozostali sprzymierzeńcy piastowali inne ważne
stanowiska. Niemal tak ważne jak urzędy były starostwa, dostarczające im
i ich poplecznikom środków finansowych. Sami zaś członkowie Familii
rozporządzali znaczną ich liczbą, a ciesząc się łaskami dworu, mogli
wystarać się o inne dla swych obecnych i przyszłych zwolenników.
Kolejnym manewrem politycznym były małżeństwa zawierane dla korzyści
rodzinnych. Siostra Stanisława - Ludwika, została poślubiona Janowi
Zamoyskiemu, wojewodzie podolskiemu, a w listopadzie 1748 roku, wracając
z Niderlandów, Stanisław uczestniczył w weselu drugiej siostry,
osiemnastoletniej Izabeli, z Janem Klemensem Branickim,
sześćdziesięcioletnim prawie wojewodą krakowskim i hetmanem polnym
koronnym. Ich ślub odbył się jednocześnie ze ślubem Aleksandry, córki
Michała Czartoryskiego, z Michałem Sapiehą, wojewodą podlaskim. Lecz
nawet owe zwarte, silne i wpływowe szeregi, za którymi stała potężna
frakcja parlamentarna, okazały się bezradne wobec pojedynczego veto -
i raz jeszcze udaremniono w sejmie plany Familii.
Rzeczywisty staż polityczny Stanisław odbył u wuja - Michała
Czartoryskiego, który zapoznał go z zasadami postępowania wobec klientów
i sprzymierzeńców oraz pozyskiwania nominacji i łask dla tych, którzy
mogli okazać się użyteczni dla sprawy. Familia była przygnębiona
niepowodzeniem w sejmie, jednocześnie pierwsze doświadczenie polityczne
okazało się mało budujące. W październiku 1749 roku wysłano Stanisława
do Piotrkowa na wybory marszałka trybunału koronnego. Stał się tam
świadkiem wydarzeń będących oznaką upadku polskiego życia politycznego.
Familia wysłała licznych popleczników, podczas gdy ugrupowanie Potockich
wsparło szeregi paroma regimentami wojsk prywatnych. Omal nie doszło do
walnej bitwy w kościele, gdzie odbywało się spotkanie wyborcze.
Kazimierz Poniatowski, przewodzący ludziom Familii, uratował sytuację
dzięki swej odwadze i wyczuciu stanu rzeczy, lecz po raz pierwszy w historii kraju nie doszło do ukonstytuowania się i otwarcia trybunału.
Stanisław nie wiedział, czemu się bardziej dziwić: parodii polityki czy
obojętności, z jaką przyjmowano wynik. W następnym roku obrano go posłem
na sejm, który został zerwany przez ugrupowanie Potockich.
Bezowocność takich działań przygnębiała Stanisława, którego na dodatek
nie pociągało życie w Warszawie. Praca u boku wuja Michała wydawała mu
się równie wymagająca, co nużąca. Surowe domostwo Poniatowskich
dostarczało osiemnastoletniemu młodzieńcowi niewielu podniet. Wydaje się
przy tym, że nie utrzymywał on bliskich kontaktów z nikim spośród
rodzeństwa, z wyjątkiem Kazimierza, który bardzo go kochał. Kazimierz
był jednak starszy o lat jedenaście i zaangażowany w rozmaite akcje
natury politycznej. Dzierżył wpływowy urząd podkomorzego koronnego, w roku 1744 został kawalerem Orderu Orła Białego, a szczyt kariery
zawodowej upatrywał w urzędzie hetmańskim. Był czołowym mąciwodą Familii
w sejmie i jednym z najlepszych negocjatorów poza sejmem. Przystojny,
wymowny, czynny i pełen temperamentu, raczej nie był ideałem towarzysza
dla nieoswojonego ze światem dorastającego młodzieńca.
Stanisław niełatwo zawierał przyjaźnie, mając "skłonności do łatwego
przybierania stanowczego tonu", według słów Kazimierza. "Nie wdawaj się
w dysputy z nim, lecz i nie pobłażaj mu zbytnio" - radził Kazimierz
siostrze, Ludwice Zamoyskiej, gdy brat miał jechać do niej w odwiedziny.
"Gdyby zranił kogo krytyką lub niewczesnym żartem, możesz - okazując
życzliwość i przyjaźń - skłonić go, by dostrzegł szkody, które potrafi
wyrządzić sobie i które wyrządza co dnia, a upewniam cię, iż jeśli
dodasz do swych łagodnych upomnień dowody zainteresowania się wszystkim,
co go dotyczy, on przyjmie wszystko w najlepszej wierze i nawet będzie
ci za to wdzięczny" - pisał dalej. "Częstokroć sam się o tym
przekonywałem, gdy z nim rozmawiałem [...]. Co do mnie, żywię w związku
z nim duże nadzieje i wielce go miłuję"31.
U Stanisława dawały się zauważyć wszelkie oznaki młodzieńczego
wyobcowania. Sprawę pogarszał jeszcze zły stan jego zdrowia, wynikający
prawdopodobnie z depresji psychicznej. Rozchorował się w 1749 roku.
Rodzina była coraz bardziej zaniepokojona. Hrabia Keyserling, ambasador
rosyjski i przyjaciel rodziny, doradził, by wysłać Stanisława do
Berlina, do niejakiego lekarza Lieberkühna, którego darzył wielkim
poważaniem. Na początku 1750 roku Stanisław wyruszył do stolicy Prus.
Przebywał tam parę miesięcy. Kuracja istotnie mu pomogła. Jeszcze
bardziej pomocny okazał się wpływ pewnej osoby, którą tam poznał i która
prawdopodobnie wywarła najsilniejszy bezpośredni wpływ na jego życie.
3
Drugi ojciec
Berlin bynajmniej nie wywarł na Stanisławie korzystnego wrażenia. Młody
Poniatowski odbył dwie audiencje u Fryderyka Wielkiego, który wydawał mu
się "zakłopotany, jak człowiek, który czuje, że powinien zawsze wyrażać
się błyskotliwiej niż inni i obawia się niepowodzenia w tym względzie;
miał niespokojne ruchy, dzikie wejrzenie, napięty wyraz twarzy i przybrudzone szaty - razem wziąwszy, niezbyt szlachetna
postać"32. Stanisław podziwiał architekturę pałacu Sanssouci,
lecz ubolewał nad niechlujstwem i ubóstwem, które widział w komnatach
monarchy. Berlińskie towarzystwo wydało mu się przygnębiające. Większość
mężczyzn, służąc w wojsku, była nieobecna w stolicy, damy zaś cierpiały
na "wolteromanię", która czyniła je raczej pospolitymi niż
interesującymi w oczach Stanisława. Jedyną osobą, którą polubił, był
angielski ambasador, poznany 9 lipca 1750 roku podczas obiadu wydanego
przez hrabiego von Bülowa, ministra saskiego w Berlinie.
Sir Charles Hanbury Williams był postacią intrygującą. Zamożny szlachcic
z hrabstwa Monmouthshire - zawarł korzystne małżeństwo, został
przedstawicielem swego hrabstwa w parlamencie, a w roku 1744 otrzymał
Order Łaźni. Pisał wiersze i ceniono go jako rozmówcę. Był szkolnym
kolegą Henry'ego Fieldinga, a do swych bliskich przyjaciół zaliczał sir
Hansa Sloane'a, Horacego Walpole'a oraz Henry'ego Foxa, pierwszego
barona Holland, i jego brata Stephena, późniejszego hrabiego Ilchester.
Głośne romanse z aktorkami, skandalizujące postępowanie i zjadliwy
dowcip umieściły Williamsa na poczesnym miejscu w owej dobranej grupce
(należeli do niej także: jego kuzyn George Selwyn, sir Francis Dashwood
i lord John Hervey), która założyła Towarzystwo Dyletantów oraz Klub
Ognia Piekielnego. Wrogowie przypisywali mu ukryte wady, a pedantyczni
historycy dziewiętnastowieczni opisywali go jako przykład zepsucia i perwersji, w których to cechach dostrzegali kwintesencję całego wieku
XVIII. Przyjaciele cenili jednak Williamsa, a Walpole uważał go za
"błyskotliwego geniusza, niebezpiecznie wielkiego"33. Co pewne
- miał sir Charles zgubny dar obrażania ludzi, a jego złośliwe paszkwile
poetyckie sprawiły, że uznał w końcu za właściwe poszukać honorowej
drogi ucieczki z Londynu. W ten sposób w roku 1747, mając 39 lat, został
wysłany jako ambasador na dwór saski w Dreźnie, a w 1750 roku - do
Berlina, którego nie znosił. Uważał Fryderyka II za "najgorszego ze
skończonych tyranów, zesłanych grzesznym ludziom jako dopust Boży", a berlińskie towarzystwo - za bardzo nudne34.
Kulturalny, dowcipny Walijczyk wywarł ogromne wrażenie na małomównym
Stanisławie. Williams znał wcześniej Kazimierza Poniatowskiego, do
którego poczuł dużą sympatię, i jego młodszy brat obudził w nim
ciekawość. Wśród licznych, sprzecznych cech jego złożonego charakteru
wyraźnie zaznaczał się rys dobrego wujaszka, który szybko skupił swą
uwagę na osobie niezgrabnego młodzieńca, przez następne trzy tygodnie
często widywanego35. Jego przychylność wspierały niewątpliwie
względy zawodowe. Rodzina Stanisława tworzyła najważniejszą frakcję
polityczną w Polsce, a misja Williamsa polegała na pogłębieniu
porozumienia rosyjsko-austriacko-saskiego na podstawie stabilizacji
życia politycznego w Polsce. Znajomość ze Stanisławem mogła zatem być
użyteczna i gdy młodzieniec wyjeżdżał z Berlina, Williams zaproponował
mu prowadzenie korespondencji na tematy interesujące ich obu. W tym celu
zaopatrzył go w odpowiedni zestaw szyfrów.
Gdy tylko sprawy tej części Europy zaczęły zajmować Anglię, Familia
niezwłocznie postanowiła przeciągnąć ją na swoją stronę. Zachęcono więc
Stanisława, by utrzymywał kontakt z Williamsem. Kilka miesięcy później,
gdy Williams przybył na sejm do Warszawy, Czartoryscy nie spuszczali go
z oczu. Stanisław składał mu poranne wizyty i zapraszał na śniadanie do
Augusta Czartoryskiego do Wilanowa lub na obiad do pałacu Branickich.
Williams był oczarowany. "Z wszystkich krajów, które odwiedziłem,
najbardziej chyba podoba mi się tutejszy styl życia" - pisał do
Henry'ego Foxa (przebywającego w Londynie). "Można tu spotkać wielu
roztropnych ludzi i wieść z nimi przyjemne rozmowy, a liczne, szlachetne
domostwa zawsze są gościnnie otwarte. Mógłbym wymienić pięć lub sześć
takich, w których żyje się lepiej i w większej wygodzie niż w jakiejkolwiek części Europy [...]. Z przyjemnością spędziłbym tu kilka
miesięcy. Damy są wielce urodziwe i uprzejme, i choć kształcą się u siebie w domu, wśród leśnych ostępów litewskich, noszą się jak
najszlachetniej i nigdy jeszcze nie zetknąłem się z tak wielką
ogładą"36. Był pod wrażeniem Familii, a zwłaszcza Augusta
Czartoryskiego, "człowieka o zdrowym rozsądku i trzeźwym osądzie,
stanowczego i odważnego" - jak donosił swym przełożonym. Ostrożniej
wyrażał się o Michale, spodobał mu się jednak Jerzy Flemming, a jeszcze
bardziej - stary Poniatowski, "mój dobry przyjaciel, który, choć dobiega
osiemdziesiątki, jest czynny niczym osiemnastolatek"37.
W 1751 roku Williams wrócił do Drezna i częściowo z tego powodu
postanowiono, że uda się tam także Stanisław. Młodzieniec nie posiadał
się z radości na myśl o ucieczce od domowego, politycznego mozołu.
Równie też cieszyła go sposobność ujrzenia sławnego dworu saskiego.
Jesienią wyruszył do Lipska, gdzie spotkał króla Augusta III, królową
Marię Józefę - która, jak to z charakterystyczną dla siebie zwięzłością
określił Williams, była "brzydka nie do namalowania i złośliwa nie do
opisania" - oraz hrabiego Brühla, w którym mimo falban i brylantów łatwo
było poznać parweniusza38. Zawsze pełen werwy Brühl był
zimnym, nieubłaganym intrygantem, działającym przez siatkę przyjaciół i szpiegów, wygrywającym ludzi przeciw sobie nawzajem i utrzymującym z dala od swego monarchy każdego, kto mógłby ujawnić jego olbrzymie
malwersacje. Stanisław miał szczęście - hrabina Brühlowa poczuła do
niego sympatię. Król obdarzył go tytułem szambelana i zaprosił na
polowanie do Hubertusburga. Sezon myśliwski był dla Augusta
najszczęśliwszą porą roku. Stanowił także dla dworu sposobność do
sielskiego wypoczynku, gdyż - jak to ujął Stanisław - "życie, które
wiodło się w Hubertusburgu, należałoby uczciwie nazwać
rozkosznym"39.
Słowo "polowanie" może być tu mylące. Otyły August nie uganiał się po
okolicy w pościgu za zwinnym jeleniem. Po mszy o ósmej rano jechał
karocą do puszczy, gdzie spożywał obfite śniadanie. Następnie zaś ci,
którzy byli w stanie, dosiadali koni i wyruszali ze sforą psów, za nimi
zaś podążali niespiesznie karetami król i królowa. "Błękitne, żółte i srebrzyste liberie dworzan, piękne konie, karoce z damami z orszaku
królowej, a ponad wszystko niezwykłe piękno lasu, zajmującego trzy mile
i poprzecinanego dwudziestoma czterema prościutko poprowadzonymi alejami
- nadawały tej rozrywce pozory towarzyskiego zebrania" - wyjaśnia
Stanisław40.
Po polowaniu wszyscy wracali, by się przebrać i odpocząć przed
wyczerpującymi ucztami i balami, które czekały ich wieczorem. Przed
udaniem się na spoczynek Stanisław spędzał godzinę lub dwie na rozmowach
z Williamsem. Wystarczy przeczytać listy Williamsa, by zrozumieć, jak
bardzo owe pogawędki musiały pociągać dziewiętnastoletniego Stanisława.
Sir Charles łączył w sobie lekkomyślność, którą odrzucali rodzice
młodzieńca, z inteligencją, której brakowało większości jego polskich
znajomych. Jako człowiek wielkiej kultury, o liberalnych i świeckich
poglądach, Anglik odczuwał niemal misjonarskie pragnienie, by pomagać
utalentowanym, młodym ludziom w poszerzaniu horyzontów. Miał przemożny
wpływ na ludzi młodych, takich jak jego sekretarz Harry Digby,
późniejszy hrabia Digby, oraz hrabia Essex, przyszły mąż córki
Williamsa. Nie mógł nie podjąć wyzwania, jakim była dlań osoba młodego
Polaka.
Stanisław był spragniony dobrotliwego wpływu, wynagradzającego pewne
niedociągnięcia w kontaktach młodzieńca z ojcem. Williams istotnie
nazywał go później "przybranym synem" i był dumny niczym ojciec z jego
szybkich postępów. Zaczął uzupełniać luki w jego wykształceniu i -
według słów samego Stanisława - pomógł w "zjednaniu mi w wielkim świecie
pewnego poważania, dając już pozór człowieka dojrzałego, czego mi
jeszcze sam mój wiek odmawiał"41. Stanisław był ideałem ucznia,
zachłannie gromadził wszelkie okruchy wiedzy w swej pojemnej pamięci:
zapamiętywał wszystko, co dotyczyło napotkanych osób, i potrafił w dowolnej chwili cytować Szekspira lub Miltona. "Zdumiałbyś się, widząc
osobę lat dziewiętnastu o takiej ogładzie i wiedzy jak ten młodzieniec"
- pisał Williams do Roberta Keitha, swego kolegi w Wiedniu, w końcu
listopada 1751 roku42.
Williams ubolewał nad rysem melancholii w charakterze Stanisława i skłonnością do rezygnacji, zaszczepioną przez wychowanie. Wytykał mu
fatalizm i zachęcał do niepoddawania się przeciwnościom. Przyjaźń ta
odmieniła światopogląd Stanisława; po raz pierwszy zaczął cieszyć się
życiem. "Byłem zdrów, pieniędzy miałem niewiele, lecz wystarczająco jak
na moje potrzeby, nic mnie nie trapiło, przebywałem w pięknym miejscu,
piękną porą, w znakomitym towarzystwie" - zanotował. "Nigdy nie byłem
tak szczęśliwy jak podczas tych sześciu tygodni"43.
Wiedeń, do którego udał się następnie Stanisław, wydawał się w porównaniu z Dreznem niezmiernie nudny. Dwór był surowy i sztywny,
głęboko przesycony dziedzictwem starej hiszpańskiej etykiety. Na
wszystko rzucała cień pobożność Marii Teresy, a jedyną dozwoloną
rozrywką była gra w karty, której Stanisław nie znosił. Na szczęście
miał towarzysza w osobie Henry'ego Digby'ego, z którym przyjechał z Saksonii, a wkrótce wdał się także w młodzieńczy romans z Angeliką
Kotulinską, damą dworu księżnej Wiktorii Sabaudzkiej, i wymienił z nią
uroczyste przysięgi. Rodzice dowiedzieli się o tym jeszcze przed jego
wyjazdem z Wiednia i gdy pod koniec 1751 roku powrócił do Warszawy,
wybili mu z głowy wszelkie myśli o zaręczaniu się z panną, która - choć
dobrze urodzona - nie wyróżniała się niczym pod względem finansowym lub
politycznym.
Zakres działań politycznych, które Stanisław musiał podjąć po powrocie
do Polski, wydawał mu się jeszcze bardziej nijaki niż przedtem.
Podtrzymywały go jednak na duchu regularnie nadchodzące listy od
Williamsa i Digby'ego. Zwracali się do niego "mon cher Palatinello" (a gdy jego ojciec z wojewody mazowieckiego mianowany został kasztelanem
krakowskim, Stanisław przedzierzgnął się w "cher Castellanino") i raczyli go radami, plotkami oraz - podczas karnawału drezdeńskiego w lutym 1752 roku - pewną dozą sprośności44. "Młodzi
Poniatowscy odziedziczyli przywilej przezwyciężania wszelkich trudności"
- pisał dziarsko Digby w odpowiedzi na przypływ
czarnowidztwa45.
Wiosną 1752 roku wybrano Stanisława na członka Komisji Skarbowej na
Mazowszu. Komisja owa spędzała więcej czasu na pijaństwie i próżnowaniu
niż na sprawdzaniu ksiąg rachunkowych. Latem kandydował do sejmu, który
zbierał się jesienią w Grodnie. Było to działanie z założenia daremne,
gdyż wiedziano, że król August nie znosi wyjazdów na Litwę i znajdzie
kogoś, kto uniemożliwi sejmowe przygotowania, tak aby można było jak
najszybciej powrócić do domu.
Wybory do sejmu nie były wprawdzie wzorem demokracji, lecz nie były
również całkowitą fikcją. "Na kilka dni przed sejmikiem trzeba było od
rana do nocy rezonować z tą ciżbą, zachwycać się ich paplaniną, udawać
oczarowanie ich ponurym dowcipem, a na dodatek nieustannie obściskiwać
ich niechlujne, kapcańskie osoby" - wspominał Stanisław. "Miast
wypoczynku, musiało się dziesięć lub dwanaście razy na dzień konferować
z miejscowymi dostojnikami, to jest: wysłuchiwać, w atmosferze
najściślejszej tajemnicy, szczegółów ich drobnych, domowych swarów,
łagodzić wzajemne zawiści, popierać ich mianowanie na okręgowe urzędy,
uzgadniać, ile i komu z najgodniejszych wyborców należy wręczyć gotówki,
i zasiadać z nimi do śniadań, obiadów, podwieczorków i kolacji przy
stołach równie nędznie nakrytych, co źle obsługiwanych"46.
Nie to było jednak najgorsze. Po ośmiu dniach zabiegów wyborczych
Stanisław i jego kolega Antoni Glinka musieli uczcić swoje zwycięstwo w pobliskim domu starosty makowskiego:
Leciwy starosta, złożony podagrą i niezdolny się poruszyć, nie miał już
w życiu żadnego celu prócz picia; jego żona stanowiła przedmiot
najtkliwszych żądz pana Glinki, wdowca, niemogącego się doczekać, by i ona została wdową; tymczasem zaś powierzył jej pieczy swą córkę z wcześniejszego małżeństwa, pannę osiemnastoletnią, pulchną, białą,
prawdziwą Kunegundę [...]. Glinka zaproponował tańce tym dwóm damom, z którymi stworzyliśmy razem pierwszy i jedyny kadryl, stary małżonek zaś
wyobrażał zebranych gości. Tańce odbywały się na czymś w rodzaju
drewnianego ganku o powierzchni jakich dwunastu stóp kwadratowych, z na
wpół zbutwiałych desek wspartych na czterech słupach, gdzie rodzina
wychodziła zaczerpnąć świeżego powietrza. Starosta usadowił się w jednym
rogu, drugi zajął samotny rzępoła, a Glinka i ja hasaliśmy z naszymi
damami od szóstej po południu do szóstej rano. Po każdym kolejnym tańcu
Glinka wznosił toast, kłaniając się staroście, który przyłączał się doń
solennie, opróżniając szklanicę do dna za moje zdrowie. A ponieważ nie
piłem, za każdym razem kłaniałem się nisko. Nie, gdybym nie widział tego
na własne oczy, nigdy nie dałbym wiary, że to możliwe. Wskazówki zegara
zatoczyły koło, a Glinka nie zaprzestał tańców ani picia; jedynie
trzykrotnie wyzbywał się części przyodziewku, za każdym razem pokornie
prosząc mnie o wybaczenie: najpierw zdjął pas, następnie kontusz,
później żupan i wreszcie został jedynie w koszuli, a do swych sutych
polskich pludrów i podgolonej głowy przywdział jubkę pani domu,
zachwyconej owymi czarownymi manierami. O szóstej rano zacząłem błagać o litość; z wielkim trudem zyskałem pozwolenie, by udać się do osobnej
izby, gdzie zaledwie zdążyłem zmienić koszulę, gdy wtargnęła znów pani
domu wraz z mym przewodnikiem i jego córką. Nieomal na klęczkach
błagałem, by pozwolili mi odpocząć47.
Na domiar złego w karocy Stanisława pękła oś i jeden z pięknych koni
podarowanych mu przez ojca padł w drodze powrotnej do Warszawy. Ojciec
powitał Stanisława gromkim strofowaniem: "zapomniał na przeciąg
kwadransa, że powierzono mi uświęconą godność posła, i przepowiedział,
że nigdy nie będę przyzwoitym szlachcicem, skoro nie potrafię cenić
tego, co otrzymuję, a nadto nie potrafię obchodzić się z końmi, których
wartość, szlachetność i wszelkie inne zalety skrupulatnie mi
przypomniał"48.
Stanisław bał się ojca. Z matką pozostawał w bardzo bliskich stosunkach
i gdy znajdował się poza domem, regularnie do niej pisywał, odsłaniając
w listach myśli i uczucia. Obydwoje byli dla Stanisława nadmiernie
surowi, gdyż niepokoiło ich postępowanie Kazimierza. Najstarszy syn miał
niezaprzeczalne zdolności i możliwości, lecz martwił ich jego cynizm,
porywczy charakter i rozrzutność. Na dodatek poprzedniego roku ożenił
się wbrew ich woli. Ani siedemdziesięciosześcioletni patriarcha rodu,
ani rozkochana matka nie byli w stanie zrozumieć uczuć i tęsknot
dwudziestoletniego Stanisława - i dzięki temu przyjaźń Williamsa stała
się czymś jeszcze bardziej pożądanym. Williams został bliskim
przyjacielem całej rodziny. Podarował Kazimierzowi dwa konie krwi
angielskiej, a jego ojcu parę chartów irlandzkich. Konstancja otrzymała
w prezencie angielskie piwo i odwzajemniła się sobolowymi czapkami dla
Harry'ego Digby'ego.
Za tymi uprzejmymi przekomarzaniami kryły się silne motywy polityczne.
Anglia pragnęła wydostać Saksonię ze sfery wpływów francuskich i związać
ją z Rosją. Najlepszym sposobem, by dopiąć tego, a zarazem zapobiec
mącicielskim działaniom Francji i Prus podczas bezkrólewia po
oczekiwanej śmierci Augusta III, było przeprowadzenie elekcji jego syna
Fryderyka Chrystiana jeszcze za życia ojca. Familia gotowa była pomóc, o ile uzyskałaby gwarancję reform i zachowania dominującej pozycji przy
nowym królu. Nie istniał żaden konstytucyjny precedens dla podobnego
posunięcia, zatem Familia, Williams i rosyjski ambasador Keyserling
zaczęli rozważać możliwość osiągnięcia celu przez konfederację opartą na
rosyjskich bagnetach i angielskich pieniądzach49.
Pierwszym krokiem miało być zdobycie podczas najbliższego sejmu
wszelkich wakujących urzędów i obsadzenie ich własnymi ludźmi. Williams
przyjechał do Warszawy w sierpniu, a na początku września wyruszył do
Grodna za królem. Orszak królewski zatrzymał się w Białymstoku, w rezydencji Jana Klemensa Branickiego, szwagra Stanisława. "Porządny dom,
podobny do Ditchley (lorda Litchfielda), tyle że obszerniejszy i skrzydła dużo większe" - pisał Williams do brata. "W pobliżu znajduje
się spore miasteczko złożone z niewielkich domków, niezgorzej
wyposażonych na przyjęcie gości, a gdy tam przebywałem, było ono
wypełnione po brzegi, gdyż było nas tam nie mniej niż 800 osób, które
nocował i karmił pan domu. Jako hetman wielki koronny ma, podobnie jak
król, straż przyboczną. Umieszczono mnie w jednym ze skrzydeł, a przed
moim oknem co rano defilował oddział janczarów w strojach dokładnie
takich samych jak sułtańskie; o piątej rano zaś budziła mnie okropna
turecka muzyka"50.
Małżeństwo Izabeli Poniatowskiej z Janem Klemensem Branickim, tak
starannie obmyślone przez Familię, przyniosło rozczarowanie. Hetman
zaniedbywał małżonkę, która znajdowała pociechę w ramionach Andrzeja
Mokronowskiego, będącego prawą ręką jej męża. Branicki był człowiekiem
wartościowym i niepozbawionym inteligencji, lecz słabo wykształconym i oburzało go, że sterują nim światli bracia Czartoryscy. Powoli oddalał
się od nich, prowadząc własną politykę. Nie szczędził wysiłków, by
wkupić się w łaski Augusta III i wiedział, co może zabawić króla.
Całodzienne polowanie, które urządził w Choroszczy, całkowicie
odpowiadało gustom królewskim, o czym pisze Stanisław:
Dzikie zwierzęta, dostarczone w klatkach, wypuszczono w zagajnikach
porastających to urocze miejsce i przymuszono do wspinania się po
drewnianych pochylniach ku wierzchołkom drzew rosnących wzdłuż kanału.
Natykały się tam na obrotowe pułapki, które zrzucały je w dół z wysokości trzydziestu stóp nad wodą. Dawało to królowi sposobność
strzelania do wilków, dzików i niedźwiedzi w locie. Pod drzewami czekały
psy, by ścigać zwierza w wodzie i na lądzie, póki król nie uzna za
właściwe go zabić. Jeden z niedźwiedzi, natknąwszy się na łódź, wdrapał
się na jej dziób, uciekając przed psami; młody Rzewuski, brat marszałka,
oraz Saul, pierwszy sekretarz saskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych,
wycofali się prędko na rufę łodzi i razem z wioślarzem, który nią
sterował, przechylili ją tak mocno, że wywróciła się do góry dnem.
Niedźwiedź po raz drugi przeleciał w powietrzu i wpadł do wody obok
owych panów, którzy najedli się strachu i których przygoda niebywale
rozweseliła króla51.
Inne znów łowy urządzono w Puszczy Białowieskiej. Ponad trzy tysiące
naganiaczy wpędziło stado żubrów i innej zwierzyny na ogrodzony teren,
pośrodku którego stała ambona myśliwska. Król, królowa oraz książęta
Ksawery i Karol ustrzelili, zgodnie z obliczeniami Williamsa, 42 żubry i 25 łosi. Dworzanie sumiennie oklaskiwali królewskie męstwo.
Najgłośniejsze oklaski rozległy się jednak w innym miejscu, o czym
wspomina Stanisław. "Honory zebrał tego dnia jeleń. Wszedł za ogrodzenie
ze swą łanią i rozpoczął gody w obecności króla i królowej, która
odwróciła oczy; następnie zdrów i cały powrócił w głąb puszczy, przez
tłum tysiąca widzów"52.
Kilka dni później cały orszak wyruszył ku miejscu przeznaczenia. Grodno,
drugie miasto Litwy, było zapadłą dziurą. "W porównaniu z nim Usk [małe
miasteczko w południowej Walii] to Paryż" - pisał Williams do brata w Walii53. Znajdował się tam obskurny zamek, dwa ceglane pałacyki,
siedemnaście kościołów i klasztorów, zatrzęsienie chałup żydowskich i trochę drewnianych domków, z których większość składała się z gołych
ścian i ożywała dopiero wówczas, gdy na czas trwania sejmu wypełniano je
pięknymi meblami i draperiami. Mieścina o niebrukowanych ulicach i pozbawionych wygód budynkach przypominała obozowisko sybaryckich wojsk.
"Choć miasto jest nie większe niż Usk, nikt nie składa tu wizyt inaczej
niż powozem w szóstkę koni" - zauważył Williams. "Wojewodowie przybywają
tu niczym starożytni patriarchowie, z rodzinami, domownikami, meblami,
dependentami, służbą, bydłem i trzodą. Przywożą z sobą łóżka i przybory
kuchenne, słowem wszystko, co do życia niezbędne. Mieszkałem tu przez
cały miesiąc i za żadną cenę nie mogłem nabyć nocnika"54.
Williams, który znał przedtem jedynie wyszukany przepych Warszawy, był
przerażony "barbarzyńskim krajem", jakim okazała się dlań
Rzeczpospolita.
Stanisław i jego angielscy przyjaciele mieszkali u Jerzego Flemminga,
podskarbiego wielkiego litewskiego, lecz większość czasu spędzali na
rozmaitych zgromadzeniach u Michała Radziwiłła, hetmana wielkiego
litewskiego i wojewody wileńskiego, właściciela jednego z dwóch
ceglanych pałacyków. Budowla ta, będąca mieszaniną niechlujstwa i wykwintu, sprawiała wrażenie "przytułku w ekstazie", a jej gospodarz,
uprzejmy, choć o przytępionym umyśle, świetnie do niej pasował. "Z radością zapraszałby co dnia całą Rzeczpospolitą na obiady i kolacje,
byle okazywano mu pozory szacunku" - zauważył Stanisław55.
Sejm nie trwał długo. Magnatów interesowały jedynie nowe nominacje na
urzędy. Komu miały przypaść, o tym decydował przetarg polityczny między
magnatami a Brühlem. W tym czasie posłowie mogli "wygłaszać bezcelowe
oracje, bez ładu i składu, schlebiając gminnym gustom dla zabicia czasu"
- jak stwierdził Stanisław. Pewien poseł kijowski wygłosił wyjątkowo
głupie przemówienie i Stanisław w odpowiedzi wystosował swą pierwszą w życiu mowę sejmową. "Wydawało się, że słuszność była po mojej stronie i że izba poselska darzyła mnie sympatią; nie przyniosło to żadnych
wymiernych skutków, lecz przydało mi pewności siebie i sprawiło, że
zostałem dostrzeżony". Wszystko się urwało, kiedy rozdzielono
stanowiska. August przekupił podarunkami jednego z posłów, by postawił
weto. Marszałek sejmu wygłosił piękne przemówienie, wyrażając zdumienie
i smutek; Stanisław i kilku innych posłów podpisało protest, a król
wyruszył w drogę powrotną do Drezna, uradowany, że czas jego pobytu w Grodnie nie przekroczył dwóch tygodni56.
Sejm okazał się porażką dla Familii, która nie uzyskała żadnych ważnych
urzędów. Brühl, pod naciskiem nowego ambasadora francuskiego, hrabiego
de Broglie, oraz Franciszka Bielińskiego, a także większej części klanu
Potockich i własnego zięcia Jerzego Mniszcha, zdołał zniechęcić swego
monarchę do Czartoryskich i ich przyjaciół, przez co utracili oni
wszelkie wpływy na dworze. Williamsowi było to równie nie na rękę, jak
Familii. Przez całą zimę i wiosnę naradzał się i spiskował z Keyserlingiem, a w lipcu 1753 roku obydwaj przedstawili swoim dworom
niepodważalny od strony prawnej plan konfederacji mającej na celu
wymuszenie elekcji Fryderyka Chrystiana i osadzenie Familii na powrót u steru57. Williams napisał do swego ministra spraw zagranicznych
(do spraw krajów północy), księcia Newcastle, i uzyskał od dworu
angielskiego formalne zapewnienie o przyjaźni i ochronie dla
nich58. Dzięki temu mogli czuć się bezpieczni - lecz Familia
pozostawała bezsilna.
Grodzieńskie niepowodzenie ujawniło wiele napięć wewnętrznych. Stosunki
między Michałem i Augustem Czartoryskimi a Stanisławem Poniatowskim
opierały się na rozsądnym podziale ról. Michał obmyślał politykę, August
użyczał swej mądrości i pieniędzy, a Poniatowski był wykonawcą. Z biegiem czasu Michał coraz mniej zważał na starzejącego się
Poniatowskiego. Ten zresztą, zostawszy kasztelanem krakowskim w roku
1752, był już mniej aktywny, a po grodzieńskim fiasku wycofał się
całkowicie. Kontakty popsuło także to, że przed laty, gdy Poniatowski
był regimentarzem koronnym, scedował na Augusta szefostwo regimentu
gwardii pieszej koronnej z szarżą pułkownika, pod warunkiem, że August
przekaże go synowi Poniatowskiego, Kazimierzowi, po jego dojściu do
pełnoletności. Gdy jednak nadeszła właściwa pora, August nie wywiązał
się z umowy. Wraz ze wzrostem potęgi Czartoryskich rosło także ich
wyobrażenie o własnej świetności. Poniatowscy w coraz większym stopniu
traktowani byli jak ubodzy krewni.
Młodzi Poniatowscy odczuwali to dotkliwie i żywili z tego powodu urazę
do wujów. Stanisław nie lubił Michała Czartoryskiego. Był to pracowity
człowiek o silnym charakterze, dobry polityk, cieszący się dużą
popularnością ze względu na swą życzliwość i zalety towarzyskie. Na
Litwie, będącej naturalnym terenem jego działania i rzeczywistym źródłem
jego politycznej potęgi, wyróżniał się w otoczeniu prymitywnych i sprzedajnych Radziwiłłów jako klasyczny wzór uczciwości i mądrości.
Niekiedy bywał jednak uszczypliwy i trudny jako zwierzchnik. Był także
próżny. August wydawał się osobą znacznie sympatyczniejszą, z "pewnym
rodzajem uroku w jego postępowaniu" - jak to określił Stanisław. "Nikt w takim stopniu nie posiadał daru schlebiania cudzej dumie, podbijania
serc i umysłów ludzi ufnych z natury"59. Za młodu służył na
galerach Zakonu Kawalerów Maltańskich, a następnie walczył pod
dowództwem księcia Eugeniusza Sabaudzkiego. Wniósł największy wkład do
majątku Familii, poślubiwszy - po trzech latach zaciętej rywalizacji z innymi konkurentami - Zofię Denhoffową z Sieniawskich, dziedziczkę dwóch
olbrzymich fortun: po ojcu i po zmarłym mężu. Choć był leniwy i lubił
wygody, August potrafił sprawnie zarządzać majątkiem i prowadzić zręczną
politykę. Stanisław jednak nie lubił go i nie miał do niego zaufania.
Było to odczucie obopólne. U jego podstaw leżały względy osobiste, a pierwsze istotniejsze starcie przyniosło Stanisławowi upokorzenie,
którego nie zapomniał nigdy.
Wychowanie pozbawiło młodego Poniatowskiego łatwości kontaktów z ludźmi,
a zwłaszcza z rówieśnikami. Jedynym istotnym wyjątkiem była jego
kuzynka, młodsza córka Augusta Czartoryskiego, Elżbieta. Jako
nastolatkowie widywali się często i rodzinna sympatia przekształciła się
wkrótce w "bliską i wielce tkliwą przyjaźń". Elżbieta była poważna i wrażliwa. Stopniowo obydwoje dali się unieść bliskości, którą Stanisław
określił jako "najsłodszą radość mego serca"60. Jego pisma z tamtego okresu pęcznieją od koślawych wierszy miłosnych, fragmentów
listów i czułej bazgraniny, świadczącej o odruchach niezmiernie
sentymentalnej i melodramatycznej natury61.
Ojciec Elżbiety krzywo patrzył na tę przyjaźń. Mając na względzie, jak
zawsze, dobro rodu, ułożył małżeństwo córki ze Stanisławem Lubomirskim,
latoroślą starszej gałęzi jednego z najbogatszych i potencjalnie
najbardziej wpływowych rodów w kraju, a zatem - cennego sprzymierzeńca
dla Familii. Mimo że Lubomirski był inteligentnym i przystojnym
mężczyzną tuż po trzydziestce, Elżbieta nie miała ochoty go poślubić.
Jej ojciec przypuszczał, że przyczynę stanowiły uczucia dla Stanisława.
Stanisław twierdził, że zakochany w córce August był o niego zazdrosny.
Dla Augusta z pewnością nie wchodziło w rachubę zmarnowanie tak cennej
lokaty jak Elżbieta na rzecz kogoś tak niewiele znaczącego jak
Stanisław. Nie trzeba dodawać, że różnica społeczna, która nie odgrywała
żadnej roli w roku 1721, kiedy Czartoryscy nie byli majętni, nabrała
wagi teraz, gdy ugruntowali swą pozycję. Elżbieta posłusznie poślubiła
Lubomirskiego w czerwcu 1753 roku, a Stanisława dla pewności wysłano
znowu w długą podróż za granicę.
4
Paryż i Londyn
Poniatowski nie odbywał wielkiej podróży edukującej na sposób angielski.
Sam fakt, że jego celem były Paryż i Londyn, a nie Neapol i Rzym,
świadczy wyraźnie o tym, iż nie szukał obrazów i zabytków, lecz
wykształcenia politycznego. Wychował się w środowisku rozprawiającym
nieustannie o reformie, a pragnienie naprawy Rzeczypospolitej było
zasadniczym celem wszystkich, z którymi współpracował. Chociaż Polaków
nie można było nakłonić do bezpośredniego przejęcia cudzych wzorców,
wiedzę o owych wzorcach uznawano za konieczną. W ówczesnej Europie
wszystkie ustroje dzieliły się z grubsza na dwa typy: monarchię
absolutną i system parlamentarny. Najlepszym przykładem i teoretycznym
źródłem pierwszego z nich była Francja, drugiego zaś - Anglia.
Stanisław wyruszył w drogę w marcu 1753 roku, przejeżdżając przez
Wiedeń, gdzie zatrzymał się na kilka miesięcy. Spotkał tam Williamsa i Keyserlinga, którzy załatwiali sprawy natury dyplomatycznej, i w ich
towarzystwie ujrzał to miasto w korzystniejszym świetle. Z Wiednia wraz
z Williamsem udał się do Drezna. Pewnego wieczoru, w operze, jakiś młody
człowiek grubiańsko popchnął Stanisława, przeciskając się, by lepiej
widzieć. Stanisław zażądał przeprosin, których tamten - wyniosły, młody
książę z rodu Liechtensteinów - nie chciał złożyć. Jedynym wyjściem było
wyzwanie go na pojedynek. Zachowanie się Stanisława wywarło duże
wrażenie na Williamsie. "Nigdy nie szuka zwady, nigdy nie unika
pojedynku i zawsze broni swego honoru" - zauważył62. Lecz
marszałek Maurycy Saski, który był świadkiem afrontu, skłonił
Liechtensteina do przeprosin.
Stanisław wyjechał do Hanoweru z Williamsem, który wracał do Anglii na
wybory. Potem sam podążył do Hagi. W Hanowerze poznał Josepha Yorke'a,
brytyjskiego posła (ministra), oraz hrabiego Bentincka, holenderskiego
męża stanu, z którym natychmiast nawiązał bliski kontakt. Zdolności
Stanisława ujęły Bentincka, który przepowiedział mu "nadzwyczajną
przyszłość"63. Przedstawił go także wielu Holendrom, w tym
bankierom i kupcom, klasie, z którą młody człowiek zetknął się po raz
pierwszy. Stanisław odwiedził rozmaite części kraju, tym razem okazując
zainteresowanie poważniejszymi sprawami, skupiając się na stoczniach i fabrykach i sporządzając obszerne notatki dotyczące handlu. Wreszcie
wyruszył do Paryża, do którego dotarł pod koniec sierpnia.
"Mój debiut we Francji wypadł korzystniej niż się spodziewałem" -
napisał w listopadzie Stanisław do przyjaciela w Polsce64. Nie
było powodu, by miało to wyglądać inaczej. "Natura nie uczyniła dlań
(mam na myśli jego osobę) tak wiele, jak owo staranne wykształcenie,
które mu zapewniono" - stwierdził Williams w pisemnym portrecie
sporządzonym kilka lat później. Uznał, że choć "głowa jest świetna",
twarz wydaje się nieco za blada, natomiast "jego biodra są zbyt
szerokie, a nogi nie bardzo kształtne". Podkreślił jednak, że Stanisław
jest młodzieńcem niezwykle schludnym, dobrze ubranym i wyglądającym na
wielkiego pana. "Znalazł sposób, by rozwinąć w sobie wszelkie zalety
dane mu przez naturę i poprawić lub ukryć to, co niekorzystne, wskutek
czego mógł uchodzić za przystojnego mężczyznę. Nie ma dobrej figury do
tańca, lecz tańczy dobrze" - zapewniał Williams65. "Nie można
się go dość nachwalić" - napisała księżna de Brancas do hrabiny
Brühlowej - "rozmowa z nim jest przyjemnością, znacznie większą niż
bywają zazwyczaj konwersacje z Francuzami... Nie ma rzeczy, która by go
nie zajmowała i o której nie potrafiłby mówić dobrze, skromnie i bez
ostentacji"66. Williams zauważył także, iż Stanisław "był w stanie nauczyć się wszystkiego i zrozumieć wszystko"67. Z pewnością rozumiał kilka podstawowych prawd o paryżanach:
W mieście takim jak Paryż, gdzie tylu ludzi przez całe życie zajmuje się
błahostkami, przywiązują wielką wagę do znajomości tysiąca drobiazgów,
nowych wyrażeń, anegdot i rozmaitych umiejętności przydatnych w życiu
codziennym, a odróżniających ich od cudzoziemskich profanów i wynoszących nade wszystko francuską wykwintność. Należy odnosić się z szacunkiem do owych misteriów. Należy też zasłużyć na stopniowe
wtajemniczenie: znajomość ta jest bardzo przydatna w unikaniu wszelkich
niezręczności, lecz udawanie nieznajomości także bywa potrzebne, aby
okazać cnotę pokory tym, wobec których deklaruje się chęć nauki, uznając
w nich mistrzów. Cudzoziemcowi rozpoczynającemu życie w Paryżu należy
doradzić, by - w stopniu większym niż w innych stolicach - udawał, że
uważa się za gorszego w stosunku do wzniosłych umysłów zamieszkujących
to miasto. Lubią bowiem wyświadczać łaskę68.
Stanisław miał listy polecające do osób na najwyższych stanowiskach, a prócz tego otwierała przed nim drzwi - jak wszędzie dotąd - ojcowska
sława. Zamieszkał w Paryżu u jednej ze starych przyjaciółek ojca. Nie
była osobistością z wyższych sfer, lecz znano ją w całej Europie jako
postać dość osobliwą. Marie-Thér?se Rodet była córką lokaja; jako
czternastolatkę wydano ją za mąż za czterdziestodziewięcioletniego
fabrykanta Pierre'a François Geoffrina, który zmarł w roku 1749,
pozostawiając żonie spory majątek. Była zupełnie niewykształcona i rzadko zaglądała do książek, lecz - jak napisał Marmontel - "wiedza o życiu była jej dziedziną naukową" i na tej wiedzy zbudowała ona swą
niezwykłą reputację69. Nie mając nic do roboty, zaczęła
odwiedzać słynny salon pani de Tencin. Niewiele rozumiała z tego, o czym
mówiły napotykane tam przez nią osobistości, słuchała jednak w milczeniu
i wkrótce nabrała wprawy w obcowaniu z intelektualistami. Kiedy umarła
pani de Tencin, pani Geoffrin odziedziczyła po niej salon. Ludzie tacy
jak Marmontel, Helwecjusz, Fontenelle, Wolter, Monteskiusz, Diderot,
d'Alembert, Julia de Lespinasse, abbé Raynal i Grimm, zbierali się w środy po południu w jej domu przy rue Saint-Honoré. Tam też zjawiali się
czasami zagraniczni goście, między innymi Horace Walpole i David Hume. W poniedziałki salon otwierał podwoje dla artystów - przychodzili:
Boucher, Van Loo, Vien, Vernet, Quentin de La Tour i Chardin. Pani
Geoffrin była żwawą, pięćdziesięcioparoletnią kobietą, ubierającą się
rozsądnie i stwarzającą doskonałą, macierzyńską przeciwwagę dla
rozdętych osobowości, które u niej bywały; dokuczała im, niekiedy nawet
pomiatała nimi, nigdy jednak nie brała udziału w ich dysputach. Ludzie
wyszydzali czasami jej niedouczenie, lecz zaproszenie do jej salonu
uważano za nobilitację intelektualną. Hume stwierdził, że zostać
zbesztany przez nią - to przyjemność70.
Otoczyła Stanisława tkliwą opieką, być może ze względu na pamięć
własnego syna, zmarłego w wieku dziesięciu lat. Stanisław chętnie
zwracał się do niej "maman", na jej własną prośbę. Jej znajomość życia
i mądrość płynąca z intuicji bardzo się zapewne przydały młodzieńcowi
wkraczającemu w obcy świat francuskiej metropolii, salon zaś umożliwił
mu spotkanie z wybitnymi ludźmi, których bardzo chciał poznać.
Uczestniczył we wszystkich środach literackich, jednak z jakichś
względów nie został dopuszczony do spotkań poniedziałkowych, gdy
przychodzili artyści. Niemniej jednak wchłonął tam w dużym stopniu
artystyczną kulturę Francji, co miało zaowocować w przyszłości.
Stanisław miał także drugi "dom" w Paryżu. Był to dom pani de Besenval,
z domu Bielińskiej, kuzynki jego matki. Zmarły baron de Besenval był
francuskim ambasadorem u boku króla szwedzkiego Karola XII, a następnie
polskiego - Stanisława Leszczyńskiego. Pierre, syn barona, starszy o dziesięć lat od Stanisława, zyskał pewien rozgłos jako żołnierz, lecz
nie potwierdziła tego dalsza kariera i przeszedł do historii jako
dowódca gwardii, która nie przybyła z odsieczą Bastylii 14 lipca 1789
roku. Jedynym tytułem do sławy są jego erotyczne Contes, wydane
pośmiertnie. Był bystrym, wytwornym młodzieńcem i czarującym kompanem
dla Stanisława, który wdał się także w romans z jego siostrą, owdowiałą
markizą de Broglie. Innym towarzyszem Stanisława w Paryżu był ich
przyjaciel hrabia Friesen, spokrewniony z marszałkiem Maurycym Saskim.
To właśnie Besenval przedstawił kuzyna księciu de Richelieu, a Richelieu
- królowi Ludwikowi XV. Zgodnie ze swym zwyczajem król daleki był od
wylewności, lecz królowa Maria Leszczyńska powitała Stanisława bardzo
serdecznie. Polski prawie nie znała, lecz przyjęła pozę pełną nostalgii
i stanowczo nalegała, by podczas całej przydługiej audiencji mówić po
polsku. Nie była jedyną osobą w rodzinie królewskiej, gdy mowa o związkach z Polską. Stanisław musiał złożyć wyrazy uszanowania żonie
delfina, Marii Józefie, córce Augusta III Sasa, oraz księciu Conti,
którego dziadka wybrano na króla Polski, ale któremu objęcie tronu
udaremniła zbrojna interwencja Augusta II. Przez lat z górą sto gałąź
Contich, należącą do rodu Burbonów, francuska dyplomacja przeznaczała na
tron polski, a o żyjącym księciu mawiano, że będzie śnił o owym tronie
jeszcze trzy dni po końcu świata.
Z całej rodziny królewskiej najbardziej spodobał się Stanisławowi
libertyński książę Orleanu. Młodzieniec lubił także towarzystwo panny de
Charolais, córki księcia de Bourbon, która zajęła się alkową Ludwika XV,
osobiście dobierając większość jego faworyt, ze znamiennym wyjątkiem w postaci pani de Pompadour, którą Stanisław ujrzał "w pełnym rozkwicie
jej urody".
Korzystając z nieobecności króla, Stanisław zwiedził Wersal w towarzystwie dwóch młodych Anglików kończących właśnie podróż
edukacyjną: Williama Legge'a, drugiego hrabiego Dartmouth, oraz
Fredericka Northa, hrabiego Guilford, przyszłego premiera, znanego
lepiej jako lord North. Później pojechał z królem do Fontainebleau. Był
zafascynowany dworem francuskim, przyprawiającym o zawrót głowy systemem
władzy i niezrównanym przepychem, wśród którego rezydował król, otoczony
osobliwą mieszaniną alkowianych intryg i państwowych rządów. Stanisław
znalazł rzetelne źródło informacji w osobie księżnej de Brancas,
pierwszej damy delfina. Była wersalską weteranką, która pamiętała
Ludwika XIV i znała panią de Maintenon. Stanisław bardzo lubił słuchać
jej opowieści i wyjaśnień tyczących się dworskiego rytuału. Ludzie tacy
jak ona, jak księżna de Luxembourg, marszałek de Noailles, a spośród
pisarzy - dziewięćdziesięciosiedmioletni Fontenelle - wynagrodzili
niektóre paryskie rozczarowania. "Powiadają, że zaznajomienie się z Paryżem zabiera dwa lata" - pisał Stanisław do przyjaciela w Polsce.
"Wierzę jednak, że już po czterech miesiącach spędzonych tutaj można
niezgorzej poznać Francuzów; naśladują się nawzajem tak dokładnie, że
niewielu wyróżnia się spośród innych"71.
Podobnie jak w Wiedniu, nudne wydało mu się w Paryżu powszechne
zamiłowanie do gry w karty. Mimo to pojawiła się pogłoska, powtarzana
przez kilku pamiętnikarzy tamtej epoki, że przegrał w karty sumę, której
nie mógł zapłacić, i że zamknięto go w więzieniu Petit Chatelet, a pani
Geoffrin zapłaciła zań kaucję. Wydaje się nieprawdopodobne, by pogłoska
taka powstała z niczego, znając jednak niechęć Stanisława do kart i właściwą jego naturze rozrzutność, można przypuszczać, że - jak wynika z niektórych źródeł - po prostu zabrakło mu pieniędzy i jeden z wierzycieli zagroził mu więzieniem72.
Lekkomyślność Francuzów rozczarowała Stanisława. Jak wielu Europejczyków
o liberalnym sposobie myślenia, był zdumiony, gdy w styczniu tego samego
roku rozwiązano paryski parlament, a jego członkowie skazani zostali na
wygnanie. Oczekiwał, że bien-pensant paryżanie podniosą wrzawę, lecz o zdarzeniu zaledwie wspominano. Kręgi rządowe interesowały się wyłącznie
tym, co działo się w ich wyizolowanym świecie, intelektualiści zaś nie
dbali zbytnio o politykę. Spotkawszy Monteskiusza u pani Geoffrin,
Stanisław w olśnieniu oczekiwał słów pełnych mądrości, lecz usłyszał
jedynie frazesy. Autor O duchu praw wolał zabawiać towarzystwo śpiewką
o pani de La Valli?re.
Po sześciu miesiącach spędzonych w Paryżu Stanisław z niecierpliwością
oczekiwał wyjazdu. "Być może błądzę, myśląc tak - pisał do przyjaciela -
lecz przeważnie w jednym Angliku tkwi tyle dobrych i złych cech, że
można by stworzyć z tego trzech Francuzów, a w związku z tym potrzeba
trzykroć więcej czasu, by poznać Anglików niż Francuzów"73.
Wiele rzeczy podobało mu się w Paryżu, lecz miał ambiwalentne odczucia.
Jak się okazało, angielskie doświadczenia przyćmiły je całkowicie.
Opuścił Paryż w ostatnich dniach lutego 1754 roku. Pierwszą rzeczą, na
którą zwrócił uwagę po przybyciu do Dover po dziewięciogodzinnej podróży
przez Kanał, podczas której cierpiał na ustawiczne mdłości - była jakość
wody pitnej. Dla kogoś, kto prawie nie tykał wina, sześciomiesięczny
pobyt w Paryżu, znanym z kiepskiej jakości i niewystarczającej ilości
wody, był pewnego rodzaju torturą. Zanim dotarł do Londynu, jego umysł
napełnił się wrażeniami.
Wynajął pokoje przy Suffolk Street niedaleko Haymarket i pospiesznie
złożył wizytę sir Luke'owi Schaubowi, Szwajcarowi z pochodzenia, który
został naturalizowanym Brytyjczykiem i reprezentował przybraną ojczyznę
jako ambasador w Paryżu, a następnie w Wiedniu; był przy tym długoletnim
przyjacielem ojca Stanisława. W swym domu przy Bond Street, gdzie miał
wspaniałą kolekcję obrazów, Schaub przedstawił Stanisława lordowi
Chesterfield. Stanisław uznał go za dziwaka, lecz na Chesterfieldzie
młody Polak wywarł dodatnie wrażenie. Pochwalił go, że "nie podróżuje
tak jak większość młodych ludzi", później zaś zaprosił go ponownie do
Anglii74.
Williams objeżdżał swój okręg wyborczy w Walii i dopiero w maju zjawił
się w Londynie. "Przybranego syna" natomiast powierzył opiece małżonki.
Była nią lady Frances Coningsby, którą sir Charles poślubił w 1732 roku,
lecz dziesięć lat później rozstali się, mając już syna i córkę, i nie
widywali się więcej, choć prowadzili regularną korespondencję. Stanisław
stał się wkrótce jej "nieprześcignionym ulubieńcem - jak pisała mężowi -
jako że nie ma w nim ani krzty angielskiej brutalności". Wraz z córką
Charlottą darzyły go wszelkimi damskimi względami, jakich mógł
zapragnąć75. Nie były w tym osamotnione, co objaśnia Horace
Walpole w liście do przyjaciela:
Onegdaj opisano mi najniezwyklejsze wyznanie miłosne, jakie kiedykolwiek
zostało uczynione. Czy widziałeś młodego Poniatowskiego? Jest bardzo
przystojny. Z pewnością widziałeś za to osobę księżnej Gordon: wygląda
jak pucułowaty szkocki duchowny, którego oblicze poczerwieniało od picia
wody. Pewnego dnia, na asamblu, choć nigdy przedtem z Poniatowskim nie
rozmawiała, przez jednego z zagranicznych posłów przekazała mu
zaproszenie do niej na obiad na dzień następny. Stanisław wyraził zgodę
i poszedł. Gdy tylko otwarto drzwi, jej dwaj mali synkowie przebrani za
Kupidynów z łukami i strzałami wystrzelili do niego. Jedna strzała
dosłownie utkwiła mu we włosach i omal nie wybiła oka, przeszkadzając w zerknięciu ku kanapie, na której leżała ona - naga Wenus, zrodzona z piany morskiej. Jedynymi towarzyszami tej bogini z gór byli dwaj Szkoci,
niemówiący w żadnym języku prócz gaelickiego. Miary zdumienia tak
alegoryczną zabawą dopełnił kucyk, wprowadzony podczas deseru i galopujący wokół stołu. Nie potrafiłem odcyfrować tego hieroglifu.
Poniatowski tłumaczy ten wybuch życzliwości pochodzeniem swej prababki -
z domu Gordon - lecz ja sądzę, że należy to tłumaczyć czym
innym...76.
Londyn interesował Stanisława głównie pod względem politycznym, co
uwidoczniają listy pisane do domu. Oglądał wybory parlamentarne w westminsterskim okręgu wyborczym, w trakcie których został wyściskany
przez starą przekupkę sprzedającą ostrygi, co z pewnością przypomniało
mu polskie sejmiki. Mocno też zaniepokoił go motłoch gromadzący się przy
takich okazjach. Przedstawiono go królowi Jerzemu II, który dowiedział
się o nim od Williamsa i powitał go łaskawie. Stanisław udał się do
parlamentu, gdzie mógł swobodnie obserwować funkcjonowanie systemu,
który żywo go interesował. "Z niemałym zdumieniem spostrzegłem, że izba,
o której wyrobiłem sobie dawno wrażenie tak dostojnej - pisał o Izbie
Lordów - jest o tyle gorsza, gdy mowa o sprawach materialnych, od
naszego senatu, i to pod względem wielkości i piękna". Pozytywne
wrażenie wywarł jednak na nim poziom debaty77. Gdy zasiadał na
galerii, został dostrzeżony przez kanclerza, lorda Hardwicke'a - ojca
Yorke'a, posła w Hadze - i oficjalnie powitany w imieniu całego
zgromadzenia.
Stanisław zaprzyjaźnił się szczególnie z drugim synem lorda Hardwicke'a,
Charlesem Yorkiem, który miał pójść w ślady ojca i sam zostać
kanclerzem, a który właśnie wstąpił do parlamentu w roku 1754. Był on
błyskotliwym młodym człowiekiem, o dziesięć lat starszym od Stanisława -
i chętnie pełnił funkcje przewodnika. Zabrał Stanisława do Bath na
spotkanie z Williamem Pittem, który wywarł na Stanisławie silne
wrażenie. Z politycznego punktu widzenia interesował Stanisława także
lord Lyttelton, poznany przez paryskiego znajomego, lorda Dartmouth.
Sympatyczny, oczytany i nieco roztargniony Lyttelton wszedł właśnie do
rządu księcia Newcastle. Przez wiele wieczorów rozmawiali o rozmaitych
systemach politycznych, Stanisław zaś gorliwie objaśniał pragnienia i zamysły dotyczące reform w jego własnym kraju. Lyttelton opisał pokrótce
"wyimaginowaną republikę" polską ze Stanisławem na czele - i później
mógł sobie pogratulować zdolności przewidywania78.
Stanisław zachowywał się w Londynie tak samo jak inni turyści.
Kilkakrotnie odwiedził Opactwo Westminsterskie, gdzie skopiował niektóre
napisy nagrobne. Zwiedził też złotą galerię w kopule katedry Świętego
Pawła, gdzie wydrapał swoje imię79. Odwiedził osławioną miss
Chudleigh, bigamiczną księżnę Kingston, znaną z tego, że pojawiała się
na balach spowita jedynie w przejrzystą koszulkę. Wraz z Jakubem
Sieversem, młodym sekretarzem ambasady rosyjskiej, z którym się
zaprzyjaźnił, udał się do więzienia dla dłużników, by odwiedzić
obalonego, samozwańczego króla Korsyki Teodora I80. Jeden z nowych
znajomych Stanisława, lord Strange, syn hrabiego Derby, zamożny, lecz
nadzwyczaj niechlujnie ubrany młodzieniec, bardzo aktywny w parlamencie,
zaprowadził młodego Polaka na walkę kogutów oraz do teatru na tragedię
Szekspira. Walka kogutów przywiodła Stanisławowi na myśl sabat
czarownic, lecz sztuka wywarła na nim duże wrażenie. Czytał przedtem
dramaty Szekspira, a nawet przetłumaczył część Juliusza Cezara w ramach ćwiczeń szkolnych, nigdy jednak nie widział Szekspira na scenie.
"Przyniosłem tam z sobą żywą pamięć wszystkich pięknych prawideł o trzech jednościach, których ścisłe przestrzeganie daje francuskim
dramatopisarzom świadomość własnej wyższości nad Anglikami - napisał po
latach - lecz wyznaję, że im więcej poznawałem sztuk Szekspira, tym
mniej wierzyłem w tę zasadę"81. Jedyną dziedziną, na którą
pozostał niewrażliwy, była muzyka - nie miał bowiem słuchu - i odmówił
zaproszeniu Charlotty Hanbury Williams do wysłuchania Mesjasza Händla
w szpitalu dla podrzutków. Wraz z Charlesem Yorkiem odwiedził Bath,
zatrzymał się w Wilton, obejrzał Stonehenge, spędził dzień w Oksfordzie,
będąc gościem lorda Temple, i podziwiał w jego majątku ogrody Stowe.
Ogrody owe wywarły znaczący wpływ na te, które później zaprojektował w Polsce, lecz nie potrafił wzbudzić w sobie na zawołanie dogmatycznej
pasji, z jaką Anglicy opowiadali się za naturalnym krajobrazem. Gdy
tylko wyraził tęsknotę za linią prostą, kanałem lub fontanną, omal nie
utracił życzliwości gospodarza.
Stanisław przyznawał, że skłonny jest "podziwiać i lubić Anglików oraz
niemal każdy ich gust i sposób bycia", jednak miał pewne
zastrzeżenia82. Prócz walki kogutów przeraził go system
edukacyjny. Zauważył, że jedynym bodźcem do nauki jest rózga i że
młodzieży nie wpaja się żadnych manier ani zasad grzeczności. Był jednak
oczarowany społeczeństwem angielskim, które nie dzieliło się - tak jak
we Francji - na dwór, mieszczan i pisarzy. Jego własne stanowisko w społeczeństwie polskim budziło w nim ciepłe uczucia do rodziny Yorke'ów,
która zdawała się wspaniałym przykładem arystokracji służącej państwu.
Pociągali go jako rodzina, lecz także jako jednostki - i spędzał wiele
czasu w ich domu, gdzie wyczuwał podobną atmosferę jak u siebie w Polsce. Ich poczucie własnej wartości opierało się na osiągnięciach i pracy, a każdy z nich był pożytecznym członkiem społeczeństwa - w odróżnieniu od większości polskich i paryskich znajomych Stanisława.
Niewątpliwie Paryż wywarł na niego znaczny wpływ, pobudzając zmysł
estetyczny i rozwijając poczucie smaku. Anglia jednak w znacznie
większym stopniu ukształtowała jego sposób myślenia i przydała nowej
pewności siebie. Na kontynencie określało go pochodzenie i stosunki, w Anglii natomiast czuł, że ceni się go za to, kim jest i jakie rokuje
nadzieje. Niejeden Anglik przepowiadał mu wielką
przyszłość83.
Z tym większym niezadowoleniem powitał w czerwcu 1754 roku list ojca
nakazujący mu natychmiastowy powrót do domu. Niechętnie usłuchał rozkazu
i - spędziwszy w Anglii zaledwie cztery miesiące - wypłynął z Harwich do
Hagi. Tam zabrakło mu pieniędzy i musiał czekać aż rodzice przyślą mu
sumę wystarczającą na dalszą podróż - przez Hanower i Drezno do
Warszawy. Matka radowała się z jego powrotu, ojciec jednak zasypał go
gradem wyrzutów. Wypomniał synowi całkowitą niezdolność do rozsądnego
gospodarowania finansami i nadmierną rozrzutność. Tuż przed wyjazdem
młody człowiek objął przecież zasobne starostwo przemyskie, nabyte dlań
przez ojca, i ono powinno było zaspokoić jego potrzeby. Ale on, gdy
tylko miał pieniądze, rozrzucał je garściami, a rodzice kilka razy w tym
roku musieli go dofinansowywać. Stanisław zirytował się na wieść, że
jest to jedyna przyczyna odwołania go z Anglii. Przypuszczał, że Familia
wymaga jego obecności podczas jesiennego sejmu. Tymczasem ojciec wręcz
zabronił mu stawać do wyborów, gdyż wujowie Czartoryscy przygotowywali
się do walki z jego szwagrem Janem Klemensem Branickim, obecnym hetmanem
wielkim koronnym, i stary Poniatowski nie chciał, by syn angażował się w nią.
Familia uwikłała się właśnie w intrygę związaną ze spornym dziedzictwem
ordynacji ostrogskiej. Ordynację utworzono w roku 1609 z rozległych ziem
księcia Janusza Ostrogskiego, który pozostawił szczegółowe
rozporządzenia dotyczące spadkobierców, na wypadek wygaśnięcia jego
rodu. Gdyby nie pozostała żadna z wymienionych przez księcia gałęzi, co
rzeczywiście nastąpiło, ordynacja przechodziła w ręce najstarszego w Polsce kawalera maltańskiego, który powinien był wykorzystywać jej
zasoby do obrony Polski przed niewiernymi - Tatarami i Turkami. W wyniku
długotrwałych sporów dziedzictwo przywłaszczył sobie u schyłku XVII
wieku daleki krewny Ostrogskich z rodu Sanguszków, ale sprawa jątrzyła
się nadal, wypływając podczas kolejnych sejmów. Prócz wielu różnych
Polaków do zainteresowanych stron należały: Zakon Kawalerów Maltańskich,
Stolica Apostolska, Hiszpania i Francja. W latach dwudziestych XVIII
wieku majątek próbował przejąć August Czartoryski, sam będący kawalerem
maltańskim.
W roku 1753, gdy Stanisław przebywał w Paryżu, Czartoryscy zawarli dość
zawiłą transakcję, na mocy której zadłużony Janusz Sanguszko przekazywał
im ordynację w zamian za przejęcie długów. Wywołało to powszechne
oburzenie, jako że sprawa ordynacji była sprawą publiczną. Odczucia te
umiejętnie wykorzystali wrogowie Familii. Zdołali przeciągnąć na swoją
stronę hetmana Branickiego - gdyż sprawa miała również znaczenie dla sił
zbrojnych - który z pomocą oddziałów koronnych zajął sporne włości.
Kwestię wniesiono do sejmu i tam zapadł werdykt przeciwko Czartoryskim.
Cała ta sprawa ujawniła, że Familia nie jest jednak tak wolna od
przekupstwa, za jaką pragnęła uchodzić. W tej samej chwili Czartoryscy
znaleźli się na politycznej pustyni, pozbawieni łask dworu i wpływu na
politykę. Williams, który przyjechał za Augustem do Warszawy na sejm,
zastał ich "w najgorszym z możliwych położeniu"84. Zadał sobie
wcześniej trud przekonania rządu angielskiego, że warto ich poprzeć, i mimo iż Londyn był niechętny mieszaniu się w sprawy polskie,
zaakceptowano Familię jako frakcję proangielską. Jej wypadnięcie z łask
przynosiło szkodę Anglii, podobnie jak fakt, że Brühl darzył
szczególnymi względami ambasadora Francji, a Branicki obnosił się z tabakierą przesłaną mu przez Ludwika XV. Angielski sekretarz stanu
poprosił dwór rosyjski o wykorzystanie swych wpływów dla dobra Familii.
Rosja uczyniła to posłusznie, dając Brühlowi do zrozumienia, że w razie
potrzeby wesprze Familię zbrojnie. Familia pragnęła widzieć Williamsa w Petersburgu, będącym - ich zdaniem - idealnym miejscem, z którego
Williams darzyłby ich poparciem. Stanisław napisał do wszystkich swych
angielskich przyjaciół, zachwalając ów pomysł85.
"Po powrocie do Polski zmuszony byłem zrewidować wszelkie pomysły i nadzieje, którym dawałem wyraz w Anglii" - pisał do Charlesa
Yorke'a86. Przygnębiło go to, że zamiast wprowadzać w czyn
rozsądną politykę reform, Familia potrafiła jedynie walczyć o przetrwanie. Przez ostatnie dwa lata ludzie wciąż podsycali jego
ambicje, przepowiadając mu świetną przyszłość, a nie tak dawno Williams
zapewniał go w liście, że zostanie "wybitną postacią". Na razie jednak
wydawało się, że nic nie osiągnął. Williams napominał, by "powściągnął
przebłyski tego, co Francuzi zwą humeur, a co wciąż tkwi w tobie",
lecz Stanisław zaczął na nowo pogrążać się w ponurym
rozdrażnieniu87.
Przyjaciół znalazł w kilku Polakach z towarzystwa. Był wśród nich August
Sułkowski, najstarszy z czterech synów dawnego faworyta Augusta III.
Sułkowski był intrygującą postacią, człowiekiem przekupnym i zarazem
zasadniczym, o "małpiej twarzy" i nieokiełznanej ambicji, lecz przy tym
wysoce kulturalnym, co prawdopodobnie zyskało mu przyjaźń Stanisława.
Podobnie było z braćmi Fryderykiem i Augustem Moszyńskimi, nieprawymi
wnukami Augusta II. Kolejnym nowym przyjacielem, oddanym do końca życia,
był Franciszek Rzewuski, zabawny dyletant. Wszyscy oni robili, co mogli,
by podnieść Stanisława na duchu i zachęcić do pokosztowania warszawskich
przyjemności, ten jednak nie był w odpowiednim nastroju. "Najpierw
surowe wychowanie powstrzymywało mnie przed zawieraniem nikczemnych
znajomości - wspominał - podczas podróży zaś uratowała mnie ambicja, by
dążyć naprzód i obracać się w tak zwanym (w Paryżu) dobrym
towarzystwie"88. Zaowocowało to całkowitym brakiem
doświadczenia, gdy mowa o kurtuazji wobec dam, dlatego też Stanisław był
zdumiony, dowiadując się od Franciszka Rzewuskiego, że wpadł w oko
pewnej rozchwytywanej piękności warszawskiej. Franciszek kazał mu
zgadywać, kto to taki. "Wymieniłem wszystkie damy w Warszawie, tylko nie
tę, której niezwykła wesołość, młodość i elegancja wydawały się nie mieć
nic wspólnego z człowiekiem tak melancholijnym i posępnym jak ja w owym
czasie, a prócz tego nie zamieniłem z nią ani słowa". Damą tą była
Joanna Sapieżyna. Jej zainteresowanie pochlebiało mu i choć wcale go nie
pociągała, on czuł się w obowiązku zadośćuczynić wymogom kurtuazji.
"Byłem nowicjuszem i wszystko brałem dosłownie... ona zaś uznała, że to
bardzo zabawne rozruszać dwudziestodwuletniego mizantropa"89.
Zwodziła go bezlitośnie przez kilka miesięcy i zostawiła, zbitego z tropu, wyjeżdżając z Warszawy, by spędzić zimę na wsi u małżonka.
Stanisław widywał codziennie także swą kuzynkę, Elżbietę Lubomirską, i ich wzajemne uczucia rozkwitły pod płaszczykiem porozumienia
intelektualnego. "Wydawała się zawsze zgadzać ze mną w każdej kwestii.
Patrzyliśmy na świat w taki sam sposób: na ludzi, wydarzenia, książki,
sztukę i zabawę. Rozmawialiśmy o wszystkim i zawsze byliśmy zgodni w gustach i osądach... darzyłem ją sercem, szacunkiem i zaufaniem.
Znajdowałem w niej więcej rozsądku i uczuć niż w jakiejkolwiek innej
kobiecie; wydawało się, że góruje nad wszelkimi słabościami swej płci, i to tak dalece, iż widziałem w niej istotę wyższego rzędu, która
uszczęśliwiała mnie tym tylko, że raczyła do mnie
przemówić"90.
Na początku roku 1755 Stanisław wyjechał do Wilna, by uczestniczyć w wyborach do trybunału litewskiego i być świadkiem kolejnej parodii życia
politycznego. Michał Radziwiłł, wojewoda wileński, postanowił wepchnąć
tam swego syna Karola, ledwie co piśmiennego dwudziestolatka, na
stanowisko marszałka trybunału. Miasto patrolowały uzbrojone bandy i prywatne oddziały radziwiłłowskie, a tym, którzy nie należeli do obozu
Radziwiłłów, nie pozwalano oddawać głosów. Radziwiłł został wybrany.
Niedługo potem Stanisław wyjechał do Wschowy, miasta na granicy
polsko-saskiej. Konstytucja zobowiązywała króla do przeprowadzania obrad
senatu na terenie Rzeczypospolitej, a ponieważ August III nie lubił
wyjeżdżać z Drezna na dłużej, zwoływał obrady jak najbliżej granicy.
Stanisław znalazł się tam, by przyjąć tytularny urząd stolnika
litewskiego, który uzyskał dlań jego brat Kazimierz. Mimo że Familia
znalazła się w niełasce u dworu, pozycja Kazimierza była silna. Brühl
wiedział o jego zatargach z wujami i chciał odciągnąć go od stronnictwa,
Kazimierz zaś potrafił wykorzystywać tę sytuację.
Do Wschowy przyjechała także Joanna Sapieżyna z mężem i ponownie zaczęła
kokietować Stanisława. Pewnego wieczoru urządziła schadzkę, podczas
której miało nastąpić spełnienie romansu, lecz nieoczekiwanie wkroczył
do pokoju małżonek. Stanisław dał nurka za parawan w sypialni, gdzie
zmuszony był spędzić resztę nocy. Powrócił do Warszawy, czując się
głupio.
W połowie kwietnia Stanisław otrzymał list od Williamsa z wiadomością,
że ów został mianowany ambasadorem w Petersburgu. Wynajął dom przy
Newskim Prospekcie, naprzeciwko Pałacu Zimowego. "Dokładam starań, by
urządzić się tu jak najwygodniej, nie ma tu bowiem zbyt licznego
towarzystwa i człowiek zmuszony jest większość czasu spędzać w domu" -
napisał do przyjaciół w Anglii. Lord Chesterfield przysłał mu do
towarzystwa złotą rybkę91. Nie tego jednak pragnął Williams,
zaprosił więc Stanisława do siebie w charakterze sekretarza. Stanisław
nie posiadał się z radości na myśl o długim przebywaniu ze swym mistrzem
i o tym, że będzie miał sposobność ujrzeć dwór rosyjski. Bez trudu
uzyskał zgodę rodziców i pod koniec czerwca 1755 roku przybył do
Petersburga. "Mój pierwszy pobyt w Rosji, w domu pana Williamsa - pisał
później - był dla mnie zupełnie nowym i pouczającym
doświadczeniem"92.
5
Katarzyna
Opatrzność nie mogła wybrać ciekawszej chwili, by skierować kroki
Stanisława do Petersburga. Młody człowiek wkroczył nieświadomie na scenę
przysposobioną do odegrania dramatu rozstrzygającego o przyszłości
Rosji. Krajem rządziła imperatorowa Elżbieta, młodsza córka Piotra
Wielkiego. Była to rosła niewiasta, rozmiłowana w uciechach zmysłowych,
z jednoczesną skłonnością do religijnej dewocji - i tylko ona sama nie
dostrzegała w tym sprzeczności. Była osobą władczą, podejrzliwą i kapryśną, choć nie aż tak okrutną jak jej poprzedniczka Anna. W owym
czasie ulegała wpływom swego faworyta Iwana Iwanowicza Szuwałowa,
znanego w angielskiej korespondencji dyplomatycznej jako "Monsieur
Pompadour". Rządziła jednak za pośrednictwem swego kanclerza, Aleksieja
Piotrowicza Bestużewa-Riumina, szczwanego starego lisa,
przemyśliwującego zawczasu nad sposobem zabezpieczenia własnej
przyszłości po śmierci Elżbiety. Następstwo tronu często bywało w Rosji
przedmiotem spekulacji, tym razem uzasadnionych.
Elżbieta wstąpiła na tron po przewrocie pałacowym i odsunięciu od władzy
swego maleńkiego stryjecznego wnuka Iwana VI, który nadal, od
niemowlęctwa, tkwił w więziennym lochu. Sama Elżbieta nie miała
bezpośredniego następcy, miała jednak siostrzeńca, księcia
holsztyńskiego, przywiezionego z Niemiec i umieszczonego w pałacu jako
kandydat na cesarza pod imieniem wielkiego księcia Piotra Fiodorowicza.
"Nie był głupi, lecz szalony, a ponieważ lubił pić, niweczył w ten
sposób resztki rozsądku" - stwierdzał Stanisław. "Zamiłowany palacz
tytoniu, obdarzony wątłą i drobną posturą, ubierał się zazwyczaj w mundur holsztyński, choć czasami przywdziewał też strój cywilny, zawsze
jednak w tak niedorzecznym stylu i złym guście, że wyglądał niczym
najemny żołnierz lub fircyk z włoskiej komedii"93. Był
zapatrzony we Fryderyka Wielkiego i wiele czasu spędzał, musztrując
swych nieszczęsnych gwardzistów lub bawiąc się ołowianymi żołnierzykami.
Znaleziono dla niego żonę w osobie księżniczki Zofii Anhalt-Zerbst,
przemianowanej na wielką księżnę Katarzynę Aleksiejewnę. Piotr
przeważnie ją ignorował, jedynie od czasu do czasu czyniąc jej
złośliwości. Była to inteligentna, wrażliwa młoda kobieta, uwięziona w obcym i niebezpiecznym środowisku, codziennie upokarzana przez
gburowatego męża. Gdy uwiódł ją jeden z jego dworzan, nazwiskiem
Sergiusz Wasiliewicz Sałtykow, znalazła chwilową pociechę w jego
domniemanej miłości. On jednak znużył się nią wkrótce i skorzystał ze
sposobności wyjazdu na placówkę zagraniczną. Pozostała sama - porzucona,
upokorzona i brzemienna. Dziecko, urodzone we wrześniu 1754 roku,
ochrzczono imieniem Pawła.
Stanisław został przedstawiony imperatorowej Elżbiecie 23 czerwca 1755
roku i przekazał jej pozdrowienia od Familii, wyrażając nadzieję, że
cesarzowa nadal zechce wspierać to stronnictwo w Polsce. 29 czerwca, w dniu imienin wielkiego księcia, obydwaj z Williamsem udali się do jego
wiejskiej rezydencji w Oranienbaumie, by złożyć wyrazy uszanowania.
Stanisław podziwiał "zdumiewającą wystawność tego dworu" i wylewnie
opisywał w listach do rodziny "życzliwe przyjęcie", z jakim spotykał się
na każdym kroku94.
Ponieważ Williams darzył swego "politycznego syna" całkowitym zaufaniem,
Stanisław miał wgląd we wszystkie tajne dokumenty i często kodował
przesyłki do Londynu. Petersburg był dyplomatycznym kotłem, z którego
przedstawiciele kilku państw usiłowali wyłowić smakowite kąski, czując
nadchodzący kolejny kryzys w Europie. Dzięki swemu stanowisku Stanisław
mógł wiele się nauczyć o zasadach rządzących dyplomacją. Kanclerz
Bestużew, przerażająca figura "o ustach, które otwierając się, ukazywały
ułomki zaledwie czterech zębów, i małych, błyszczących oczkach", wydawał
się przyjaźnie nastawiony do Stanisława95. Wicekanclerz
Michał Hilarionowicz Woroncow żywił sympatie profrancuskie i miał się na
baczności przed agentem Familii, towarzyszącym ambasadorowi kraju
tradycyjnie wrogiego Francji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Mémoires secrets..., s. 7-8. [wróć]
Wolter do Woroncowa 28 III 1768, w: Archiw Kniazia Woroncowa, Moskwa 1872, t. 5, s. 454. [wróć]
Polska w epoce Oświecenia, red. B. Leśnodorski, Warszawa 1971, s. 25. [wróć]
T. Korzon, Odrodzenie w upadku: wybór pism historycznych, oprac. M.H. Serejski, A.F. Grabski, Warszawa 1975, s. 101. [wróć]
W. Kula, Théorie économique du syst?me féodal, Paris 1970, s. 94-95. [wróć]
W. Konopczyński, Fryderyk Wielki a Polska, Poznań 1947, s. 81-85. [wróć]
J.-H. Bernardin de Saint-Pierre, Oeuvres posthumes, Paris 1833, s. 14. [wróć]
Archiw Kniazia Woroncowa, op. cit., t. 5, s. 451. [wróć]
W. Coxe, Travels into Poland, Russia, Sweden and Denmark, London 1779, t. 1, s. 2. [wróć]
Archiw Kniazia Woroncowa, op. cit., t. 5, s. 451. [wróć]
Earl of Malmesbury, Diaries and Correspondence of James Harris, First Earl of Malmesbury, London 1844, t. 1, s. 10. [wróć]
N.W. Wraxall, Memoirs of the Courts of Berlin, Dresden, Warsaw and Vienna, London 1806, t. 1, s. 111. [wróć]
L.P. Ségur, Mémoires ou souvenirs et anecdotes, Paris 1826, t. 2, s. 155. [wróć]
J. Larwood, J. Camden Hotten, The History of Singboards: From the Earliest Times to the Present Day, London 1866, s. 13. [wróć]
A. Naruszewicz, Liryka, Warszawa 1778, s. 81. [wróć]
Inne podania na temat urodzin Stanisława w: C.-C. de Rulhi?re, Histoire de l'anarchie de Pologne..., Paris 1807, t. 1, s. 247; także A. Potocka, Wspomnienia naocznego świadka, Warszawa 1965, s. 42-43. [wróć]
O pochodzeniu Poniatowskich por.: S. Mnemon, L'Origine des Poniatowski, Kraków 1913; także: K. Kantecki, Stanisław Poniatowski kasztelan krakowski, Poznań 1880; MNK, BKC, 937; dokumenty apokryficzne w ANP; Polski słownik biograficzny. [wróć]
C.-C. de Rulhi?re, Histoire de l'anarchie, op. cit., t. 1, s. 184. [wróć]
F.A. Voltaire, Histoire de Charles XII, w: idem, Oeuvres compl?tes, Paris 1785, t. 23, s. 186. [wróć]
J. Fabre, Stanislas Auguste Poniatowski et l'Europe des Lumi?res, Paris 1952, s. 132. [wróć]
J. Kitowicz, Pamiętniki, czyli historia Polski, Warszawa 1971, s. 43. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 8. [wróć]
Ibidem. [wróć]
M. Starzeński, Na schyłku dni Rzeczypospolitej, Warszawa 1914, s. 12. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 8. [wróć]
Ibidem, s. 11. [wróć]
"Zabawy szkolne", MNK, BKC, 911. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 14. [wróć]
J. Nieć, Młodość ostatniego elekta: St.A. Poniatowski 1732-1764, Kraków 1935, s. 23. [wróć]
Fryderyk do Hoffmana 28 IV 1744, w: Z. Zielińska, Walka "Familii" o reformę Rzeczypospolitej 1743-1752, Warszawa 1983, s. 77. [wróć]
Kazimierz Poniatowski do Ludwiki Zamoyskiej 1 V 1749, MNK, BKC, 3972, k. 463. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 59-60. [wróć]
Earl of Ilchester, E. Langford-Brooke,The Life of Sir Charles Hanbury-Williams: Poet, Wit, and Diplomatist, London 1929, s. 429. [wróć]
Williams do Henry'ego Foxa 30 X 1750, w: ibidem, s. 215. [wróć]
"Dziennik rozpoczęty w Berlinie, w lipcu 1750", Newport, M 411 012. [wróć]
Williams do Henry'ego Foxa, 22 VIII 1750, w: Earl of Ilchester, E. Langford-Brooke,The Life, op. cit., s. 198. [wróć]
Williams do Capela Hanbury'ego 12 X 1752, Newport, M 411 012 [wróć]
Earl of Ilchester, E. Langford-Brooke,The Life, op. cit., s. 149. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 43. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Ibidem, s. 42. [wróć]
Williams do R. Keitha 29 XI 1751, BM, Hardwicke Papers: 35, 472, k. 55. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 44. [wróć]
AGAD, ZP, 318, k. 185 i nn. [wróć]
Digby do Stanisława 6 III 1751, AGAD, ZP, 318, k. 26. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 59-60. [wróć]
Ibidem, s. 61. [wróć]
Ibidem. [wróć]
"Papers of Various Sort bound up in 1753", Newport, M 411 012. [wróć]
Williams do Capela Hanbury'ego 12 X 1752, ibidem. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 62-63. [wróć]
Ibidem, s. 63. [wróć]
Williams do Capela Hanbury'ego, Newport, M 411 012. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 67. [wróć]
Ibidem, s. 65-66. [wróć]
Williams do Newcastle'a 25 XI 1752, PRO, SP, 88, nr 73. [wróć]
Williams do Newcastle'a 16 VII 1753, Newport, M 411 012. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 49. [wróć]
Ibidem, s. 69. [wróć]
"Zabawy szkolne", MNK, BKC, 911, k. 353-400. [wróć]
BM, Hardwicke, 35, 485, s. 137-139. [wróć]
Stanisław do Bentincka 25 XII 1771, AGAD, ZP, 173, k. 115. [wróć]
Stanisław do Sułkowskiego 5 XI 1753, MNK, BKC, 798, k. 51. [wróć]
BM, Hardwicke, 35, 485, k. 137-139. [wróć]
Księżna de Brancas do hrabiny Brühlowej, MNK, BKC, 798, k. 59. [wróć]
BM, Hardwicke, 35, 485, k. 137-139. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 95-96. [wróć]
J. Aldis, Madame Geoffrin, Her Salon and Her Times, London 1905, s. 11. [wróć]
R. Mortimer, Channel Packet, London 1942, s. 115. [wróć]
Stanisław do Sułkowskiego 4 I 1754, MNK, BKC, 798, k. 43. [wróć]
J.-N. Dufort, hrabia Cheverny, Mémoires du comte Dufort de Cheverny, Paris 1909, t. 1, s. 116-117; także: F.M. von Grimm, Corréspondance littéraire, philosophique et critique, Paris, t. 5, s. 220; P.P.J. Maleszewski, Essai historique et politique sur la Pologne..., Paris 1832, s. 461; J. Fabre, Stanislas Auguste Poniatowski et l'Europe des Lumi?res, Paris 1952, s. 188-189; R.-C.-V. de Froulay de Tessé de Créquy, Souvenirs de la Marquise de Créquy de 1710 a 1803, Paris 1842, t. 4, s. 49; J. Komarzewski, Coup d' oeil rapide sur les causes de la décadence de la Pologne, Paris 1807, s. 5. [wróć]
Stanisław do Sułkowskiego 4 I 1754, MNK, BKC, 798, k. 43. [wróć]
Chesterfield do Stanisława 25 VII 1754, AGAD, ZP, 173, k. 300. [wróć]
Earl of Ilchester, E. Langford-Brooke,The Life of Sir Charles Hanbury-Williams: Poet, Wit, and Diplomatist, London 1929, s. 287. [wróć]
Walpole do Johna Chute'a 14 V 1754, H. Walpole, Letters, London, t. 3, s. 250-251. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 107. [wróć]
Stanisław do Stanisława Poniatowskiego 25 XII 1771, ANP, 340, AP, 1, 2; także: Lyttleton do Stanisława 17 XII 1764, AGAD, ZP, 177, k. 151; Lyttleton do Stanisława 15 X 1764, AGAD, ZP, 177, k. 149. [wróć]
"Gazetteer & Daily Advertizer", London 6 X 1764. [wróć]
S. Askenazy, Dwa stulecia, Warszawa 1910, t. 1, s. 311. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 112. [wróć]
Ibidem, s. 120. [wróć]
Joseph Yorke do Stanisława 21 IX 1764, BM, Hardwicke Papers, 35, 367, k. 160. [wróć]
Williams do Holdernessego 12 XII 1754, PRO, SP 88, nr 76. [wróć]
Zob. Joseph Yorke do Chancellora 28 VIII 1753, BM, Hardwicke Papers, 35, 356, k. k. 175; także: instrukcje Jerzego II dla Williamsa 20 VI 1754, Newport, M 411 012; Williams do Holdernessego 16 X 1754, PRO, SP, 88, nr 76; Holdernesse do Williamsa 2 I 1755, PRO, SP 88, nr 77, k. 2; Williams do Holdernessego 6 IV 1755, PRO, SP, 88 nr 77 k. 136. [wróć]
Stanisław do Charlesa Yorke'a 7 I 1755, BM, Hardwicke Papers, 35, 634. [wróć]
Williams do Stanisława 8 I 1755, AGAD, ZP, 318, k. 220. [wróć]
Mémoires secrets..., s. 8. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 135-136. [wróć]
Ibidem, s. 136-137. [wróć]
Earl of Ilchester, E. Langford-Brooke,The Life, op. cit., s. 309. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 149. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 193. [wróć]
Stanisław Poniatowski do Ludwiki Zamoyskiej 14 XI 1755, MNK, BKC, 3972. [wróć]
Mémoires du roi..., t. 1, s. 159. [wróć]