Rozdział 1
Dwadzieścia jeden lat później
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Tu, wysoko na niebie, ten naturalny i cykliczny akt przypominał złocisty ocean, gdzie kłęby chmur stawały się falami, a samolot okrętem płynącym przez bezkresne wody. To był inny świat, niemalże mistyczny. Nie dla człowieka złudnie przekonanemu, że posiadł Ziemię od głębin aż po kosmos. Istniały miejsca, gdzie zawsze będzie tylko gościem, który w każdej chwili może zostać wyproszony.
Liliana tonęła spojrzeniem w tym spektaklu natury, obserwując go przez okienko w samolocie. Za każdym razem, gdy patrzyła w niebo, myślała o tych, których utraciła. Na pokładzie wspomnienia i tęsknota stawały się wyraźniejsze, ale pojawiało się też coś, co przynosiło ukojenie - poczucie bycia bliżej. I powiew nadziei, że jeszcze kiedyś, gdzieś w tej toni nieba, ponownie się spotkają.
Z cichym westchnieniem oderwała wzrok od szyby, po czym weszła do toalety. Wyciągnęła z kosmetyczki pomadkę i dopiero wówczas zauważyła przypiętą nad lustrem kartkę o treści: "Uśmiechnij się! Masz okazję poprawiać makijaż dziesięć kilometrów nad ziemią! Niejedna chciałaby być na Twoim miejscu :)".
Liliana nie wiedziała, która z jej koleżanek stewardes przelała tę entuzjastyczną myśl na papier, ale była pewna jednego: żadna z kobiet, ani tutaj w powietrzu, ani tam na ziemi, nie chciałaby być na jej miejscu.
Pociągnęła usta pomadką, beznamiętnie wpatrując się w ciemnowłosą dziewczynę w lustrze. W jej brązowych oczach widniała pustka. Nie sposób było dojrzeć czegokolwiek, co kryło się pod solidną warstwą masek, z którymi zrosła się jej skóra, jeszcze zanim osiągnęła dojrzałość. Dziś miała wrażenie, że otacza ją gruba, dusząca powłoka, nieprzepuszczająca światła ani jakiejkolwiek radości. Była za słaba i zbyt zmęczona, aby ją zerwać. Tylko czasami, patrząc w lustro, zastanawiała się, czy gdzieś tam głęboko pod tymi maskami istnieje wciąż jeszcze prawdziwa ona. A jeśli tak, to kim by się stała, gdyby wydostała się na powierzchnię?
Z zamyślenia wyrwało ją natarczywe pukanie do drzwi toalety.
- Lilka, długo jeszcze? - usłyszała zniecierpliwiony głos Kai. - Musimy wyjść z ostatnim serwisem.
- Już idę! - Po raz ostatni spojrzała w lustro. Poprawiła włosy upięte w kok, zawiązała na szyi apaszkę i wygładziła uniform, a twarz jak zawsze przyozdobiła serdecznym uśmiechem, który już od lat stał się dla niej niczym innym jak tylko kolejną maską.
Był trzeci lipca dwa tysiące pierwszego roku. Warunki pogodowe wciąż były nieskazitelnie dobre i właśnie minęła ósma godzina w powietrzu po tym, jak samolot ze stu czterdziestoma pasażerami i jedenastoma członkami załogi wystartował z lotniska imienia Johna F. Kennedy'ego w Nowym Jorku, kierując się ku Warszawie. Do lądowania na Okęciu pozostało zaledwie siedemdziesiąt pięć minut, a to z kolei oznaczało dla Liliany tylko jedno - nieuchronny powrót do domu.
Mimo iż stres zakiełkował już pod jej skórą, uśmiechała się nieustannie, gdy pchała wózek serwisowy między rzędami foteli. Taka jej uroda i przekleństwo zarazem, że kiedy tylko unosiła kąciki ust, ludzie powiadali, że śmieją się nawet jej oczy. Widzieli w tym szczerość, pogodę ducha, choć od dwóch dekad Lilianę wypełniała pustka. "Oczy nie kłamią" - twierdzili także, nie wiedząc, że jej to potrafią.
Większość pasażerów nie reagowała na jej pytania o to, czy życzą sobie coś do picia lub do przekąszenia. Zmęczeni lotem i wyzuci z energii drzemali powyginani w fotelach albo wbijali podkrążone oczy w małe okienka. Kilka osób poprosiło o kawę i batony dla dzieci, by te choć na chwilę przestały marudzić, a pewien mężczyzna oburzył się na wygórowane ceny produktów tak bardzo, jakby to ona zarządzała cennikiem. Był nieprzyjemny i sarkastyczny, ale nawet na takie docinki wolno jej było reagować wyłącznie w uprzejmy sposób.
Zbliżała się z serwisem ku końcowi samolotu, gdy jej wzrok zahaczył o miejsce 23C. Siedziała tam starsza pani o drobnej posturze i białych włosach. Skulona, ściskała w dłoniach rąbek spódnicy, a jej zatrwożone spojrzenie wędrowało od okna aż po rząd foteli i z powrotem. Liliana nie po raz pierwszy była świadkiem takich zachowań u pasażerów. Podeszła do kobiety i bez pytania podała jej plastikowy kubek z wodą.
- Och... Dziękuję... Właśnie miałam o to poprosić... - Staruszka uśmiechnęła się wdzięcznie, po czym wypiła całość dwoma haustami.
- Wszystko w porządku, proszę pani?
- Tak... Ja po prostu... To mój drugi lot w życiu i chyba stresuję się bardziej niż za pierwszym razem... - Zaśmiała się nerwowo. Kątem oka zerknęła na śpiącego obok i głośno chrapiącego współpasażera. - Chciałabym móc się zrelaksować tak jak ten pan.
- Leci pani sama?
- Tak. Wracam do domu... Nie lubię latać. Nie znoszę samolotów, ale tak się złożyło, że musiałam... Gdyby tylko... - urwała raptownie, gdy wyczuła na pokładzie delikatne drgania. Przestraszona wciągnęła do ust powietrze i mocno chwyciła się fotela.
- To niegroźne turbulencje, proszę pani. Nic złego się nie dzieje - uspokoiła ją Liliana.
Kobieta wypuściła powietrze przez usta i rozejrzała się wokół. Speszyła się bardzo, gdy zdała sobie sprawę, że kilka osób z zaciekawieniem spogląda w jej stronę.
- Przepraszam, że zajmuję pani czas, ale mam pytanie... - Zagryzając wargi, ponownie podniosła wzrok na Lilianę. - Wydaje mi się, że nie leci komplet pasażerów, a z tyłu są wolne miejsca. Czy mogłabym się tam na chwilkę przesiąść? Nie czuję się najlepiej, a nie chcę robić wokół siebie sensacji ani stresować innych...
- Oczywiście. Proszę pójść ze mną.
Staruszka podniosła się z fotela i ze spuszczoną głową podążyła za Lilianą do tylnej części pokładu samolotu. Zasiadła na wskazanym miejscu i ciężko westchnęła.
- Dziękuję... Tutaj przynajmniej nie czuję się jak kapucynka w cyrku... - Zrobiła kwaśną minę i przetarła czoło chusteczką. Zaraz potem wskazała na pusty fotel obok siebie. - Usiądzie pani ze mną na chwilkę czy pani nie wolno?
- Usiądę. Jestem na pokładzie po to, by zadbać o komfort podróżnych. Jedni potrzebują kawy, a inni poczucia bezpieczeństwa. To zupełnie normalne. - Lilka uśmiechnęła się ciepło, co tamta odwzajemniła.
- Mam na imię Maria, a pani to... - Przymrużyła oczy, próbując odczytać małe litery z plakietki na jej uniformie.
- Liliana.
- Ależ piękne imię. Wy, stewardesy, wszystkie jesteście takie śliczne. - W jej oczach błysnęły ogniki, jednak po chwili znów sposępniała. - Przepraszam, że zrobiłam zamieszanie i wyszłam na histeryczkę... Jest mi strasznie głupio...
- Zupełnie niepotrzebnie. Strach przed lataniem jest o wiele powszechniejszy, niż się może wydawać. To żaden powód do wstydu.
- Zazwyczaj jestem bardzo opanowaną osobą... Myślę, że zareagowałam w ten sposób ze względu na okoliczności... Przez to, że wkrótce będziemy lądować i przez tę trasę... Z Nowego Jorku do Warszawy... - Wbiła wzrok w okno, po czym ściszyła ton. - Dwadzieścia jeden lat temu mój mąż zginął właśnie na tej trasie...
Liliana osłupiała.
- Pani mąż zginął w wypadku lotniczym...?
- Tak. W tamtej katastrofie na Okęciu, w osiemdziesiątym - dodała, a po plecach Liliany spłynął gorący strumień dreszczy. Choć odruchowo uchyliła usta, nie zdążyła się odezwać. Maria mówiła dalej: - Czekałam na niego na lotnisku, by go powitać, tak jak inne rodziny czekały na swoich bliskich. Ogromnie się cieszyłam, bo po wielu podróżach po zarobek w końcu wracał do Polski na stałe. Więcej rozstań miało już nie być... ale los zadecydował inaczej... Z tamtego dnia zostały ze mną tylko urywki wspomnień. Ten szok, jakiego wtedy doznałam, wybił mi w pamięci czarną dziurę. Podobno ludzie tam mdleli, gdy dowiedzieli się o katastrofie. Parę osób trzeba było reanimować... Ja zapamiętałam tylko to, że stała obok mnie taka mała dziewuszka z bukietem kwiatów. Nie wiem, kogo chciała nimi powitać i na kogo nigdy się już nie doczekała. Jak padło hasło, że rozbił się "nasz" samolot, to ja w amoku złapałam to dziecko za rączkę i wszczepiłam się w nią paznokciami aż do krwi... Potem nie pamiętam już niczego.
Lilianie zawirowało w głowie. Przestała oddychać, a jej serce zamarło, gdy odruchowo dotknęła opuszkiem palca małej blizny po paznokciu na swojej lewej dłoni. Najciemniejsze wspomnienia uderzyły w nią teraz jak rozpędzony pociąg. Błyskały przed jej oczyma strzępami obrazów, wrzucając ją na nowo w tamtą zawieruchę wrzasków, paniki, bólu i lamentu.
- Przepraszam... - Głos Marii ponownie sprowadził ją do obecnej rzeczywistości. - Niepotrzebnie o tym pani gadam i to jeszcze w samolocie. Minęły ponad dwie dekady, a życie płynie do przodu. Tęsknota pozostała, ale ze stratą już się pogodziłam. Jesteśmy tylko pyłem na tej ziemi, a to Bóg decyduje, czy odprowadzi nas do domu, czy bez uprzedzenia zabierze do siebie. Nie nam oceniać Jego wyroki. - Westchnąwszy głęboko, dopiero po chwili przeniosła wzrok na Lilianę. - Mieszka pani w Warszawie?
- Tak...
- Ja również. Na Wilanowie. A pani?
- Przepraszam, ale muszę dokończyć serwis. - Poderwała się z miejsca. Emocje wrzały w niej tak bardzo, że nawet pod tą niezliczoną ilością masek ledwie była w stanie je ukryć. - Wkrótce będziemy lądować. Może pani posiedzieć tu jeszcze przez chwilę, ale najpóźniej za kwadrans musi pani wrócić na swoje miejsce. Wszystko będzie dobrze - zapewniła, mimo iż historia niejednokrotnie pokazała, że nigdy nie ma takiej pewności.
- Pani Liliano - zatrzymała ją Maria, wyciągając z torebki długopis z notesem. Zapisała coś szybko na wyrwanej karteczce, po czym podała jej notatkę. - To jest mój adres. Mieszkam sama, więc gdyby miała pani kiedyś czas i ochotę, to zapraszam na herbatę. Bije od pani takie ciepło... I bardzo przypomina pani pewną bliską mi osobę z lat mojej młodości... Miło byłoby porozmawiać w spokojniejszych i mniej stresujących okolicznościach.
- Dziękuję - powiedziała tylko, wsuwając karteczkę do kieszeni uniformu.
Dopiero gdy maszerowała z powrotem między rzędami foteli, zdała sobie sprawę, jak bardzo trzęsą się jej nogi. Wypiła szklankę wody i poprosiła Kaję, aby to ona zrobiła ostatni obchód po pokładzie. Nie czuła się na siłach, by ponownie spojrzeć Marii w oczy. Potrzebowała ochłonąć.
Ostatnia godzina w powietrzu zbliżała się ku końcowi. Kapitan zwrócił się do pasażerów przez głośnik, informując o nadchodzącym momencie lądowania, i wreszcie nadeszła ta pora. Liliana usiadła na wyznaczonym miejscu, zapięła pasy i odliczała. Być może inni uznaliby to za niemożliwe, ale intuicyjnie każdą cząstką siebie wyczuwała moment, kiedy samolot schodził na pułap dwustu pięćdziesięciu metrów, a do zetknięcia z ziemią pozostawała zaledwie minuta...
Właśnie tyle zabrakło, by dwadzieścia jeden lat wcześniej, czternastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku, samolot Polskich Linii Lotniczych LOT Ił-62 "Mikołaj Kopernik" dotarł bezpiecznie do pasa lotniska na warszawskim Okęciu. To, co miało być standardową procedurą, w jednej chwili zamieniło się w dramat. Zaczęło się od często powtarzającej się awarii wskaźnika wysunięcia podwozia i odejścia na drugi krąg. Zwiększenie mocy silników doprowadziło kolejno do zniszczenia trzech z nich, przebicia kadłuba i uszkodzenia układów sterowniczych. Po dziewięciu godzinach lotu z Nowego Jorku samolot rozbił się na oblodzonej fosie Fortu IV Twierdzy Warszawa, zaledwie dziewięćset pięćdziesiąt metrów przed lotniskiem. Zginęło osiemdziesiąt siedem osób - wszyscy znajdujący się na pokładzie.
Liliana pamiętała, że panowała wówczas mroźna, lecz słoneczna pogoda. Razem z tatą i babcią czekała na lotnisku na powrót mamy i Kacpra - brata, który dzień później miał obchodzić swoje siedemnaste urodziny. Tata trzymał w ręku prezent dla niego - wymarzonego boomboxa, którym chciał go powitać, zaś mała, niespełna dziewięcioletnia Liliana ściskała w dłoni bukiecik frezji, ulubionych kwiatów mamy.
Pierwsze minuty opóźnienia w nikim nie wzbudziły niepokoju. Dopiero po pewnym czasie ludzie zaczęli szeptać, że rozbił się samolot. Szmery stawały się coraz głośniejsze, mnożyły się jak myszy, falą rozchodziły się po terminalu. To, co było cichym, niepewnym szemraniem, w ciągu kilku sekund zamieniło się w powódź krzyku, paniki i rozpaczy.
Nic dziwnego, że Maria niewiele z tego zapamiętała. We wspomnieniach Liliany również panował chaos pełen zamglonych, niepełnych obrazów. Była świadkiem i uczestniczką czegoś surrealistycznego, niewiarygodnego. Czegoś, czego jej dziecięcy umysł nie potrafił przyswoić, a co sponiewierało nawet serca i rozumy dorosłych. W każdym zostawiło wyrwę. Każdym rzuciło o ziemię. Nie wszystkim udało się po tym podnieść.
Po jej policzku mimowolnie spłynęła łza. Przetarła ją szybko w tym samym momencie, w którym koła podwozia dotknęły płyty lotniska, a samolot miękko osiadł na ziemi. Świst silników zaczynał słabnąć, by już po chwili zostać zastąpiony przez gromkie brawa dla pilota, które tradycyjnie serwowali pasażerowie. To był piękny moment wytchnienia po długiej podróży i radości z ponownego spotkania z ojczyzną. Nawet mimo faktu, że nie dla każdego powrót do domu oznaczał to samo.
***
Zmrok zdążył zapaść już całkowicie, kiedy taksówka zatrzymała się przed białą piętrową willą z ogrodem na warszawskim Ursynowie. Liliana wysiadła z pojazdu, a następnie ruszyła w stronę domu, ciągnąc za sobą małą walizkę. Czuła się wykończona po wielu godzinach spędzonych na nogach i stargana emocjami, które wciąż tliły się pod jej skórą. Przed drzwiami zatrzymała się, usłyszawszy dobiegające z wewnątrz głosy Konrada i jego siostry. Machinalnie przywołała na twarz radosny uśmiech, po czym chwyciła za klamkę i weszła do środka.
- Lilka! Ale się cieszę, że już jesteś! Zdążę się z tobą pożegnać. - Stojąca w przedpokoju Sylwia od razu rzuciła się jej na szyję. Konrad zbliżył się w drugiej kolejności. Powitał Lilianę pocałunkiem i przyciągnął do siebie, mocno obejmując w pasie.
- Wróciłaś taksówką? Mogłaś zadzwonić. Podjechałbym po ciebie. - Posłał jej troskliwe spojrzenie, na co machnęła tylko ręką, nie wiedząc, jak inaczej skomentować tę słodko-gorzką scenę, którą znów odgrywał przed siostrą.
- Już wyjeżdżasz? - zwróciła się do Sylwii.
- Tak. Dziś wracam do Niemiec. Muszę dopilnować kilku projektów w pracy. Niby nic pilnego, ale wolę mieć na nie oko.
- Skoro to nic pilnego, to może jednak zostaniesz jeszcze kilka dni? - poprosiła z nadzieją, na co Konrad ukradkiem uszczypnął ją w biodro.
- Już i tak za długo u was siedziałam, ale nie martw się. Wkrótce przyjadę znowu, a wtedy wybierzemy się w końcu na jakieś babskie zakupy - zaświergotała radośnie. - Trzymajcie się, robaczki. I dzięki za gościnę, braciszku. - Ucałowała Konrada w policzek, a przed wyjściem raz jeszcze mocno wyściskała Lilianę.
- Bezpiecznej podróży. Zadzwoń, gdy dojedziesz, i pamiętaj, że zawsze jesteś u nas mile widziana! - zawołał za nią Konrad, po czym zamknął drzwi. Jego rozpromieniona twarz momentalnie przeszła metamorfozę. Spojrzenie stało się cierpkie, a uśmiech zniknął zastąpiony przez grymas. Niczym byk wypuścił z nosa powietrze, odwracając się do Liliany. - Nareszcie. W uszach mi dzwoni od jej irytującego śmiechu, którego słuchałem od dwóch tygodni. A ty jeszcze proponujesz, żeby została dłużej? - burknął z naganą. Nic mu na to nie odpowiedziała, wiedząc, że to nie śmiech irytował go najbardziej, lecz fakt, że obecność Sylwii zmuszała go do odgrywania roli kogoś, kim na co dzień w żadnym stopniu nie był. - Robiłaś test? - zapytał niemal od razu.
- Tak... Niestety znów się nie udało.
Konrad przyjął to do wiadomości w zwyczajny, obojętny wręcz sposób. Rozczarowanie okazywał za pierwszym, drugim czy szóstym razem. Teraz już oswoił się z myślą, że na bycie ojcem prawdopodobnie przyjdzie mu poczekać dłużej, niż zakładał.
A jednak dziś coś się zmieniło. Temat nie skończył się na słowach "Będziemy próbować dalej" i Liliana aż zadrżała, gdy po krótkiej chwili podjął rozmowę na nowo:
- Przemyślałem sobie to wszystko. Nie możemy z powodzeniem starać się o dziecko, kiedy ty ciągle jesteś w rozjazdach, dlatego postanowiłem, że nie będziesz dłużej pracować jako stewardesa - oznajmił, a ona odniosła wrażenie, że po raz kolejny tego dnia dostała cios obuchem w głowę.
- Ale przecież...
- Rozmawiałem już o tym z ojcem - przerwał jej. - Załatwi ci dłuższy urlop. Oczywiście bezpłatny, ale stać nas na to, abyś póki co nie pracowała. Stres i życie w biegu utrudniają ci zajście w ciążę, dlatego najbliższe miesiące spędzisz w domu. Znajdź sobie jakieś spokojne hobby, relaksuj się. Po porodzie i odkarmieniu dziecka możesz wrócić do pracy, jeśli będziesz chciała.
Wiedziała, że to nieprawda. Że nigdy już nie wróci. Żywy ogień palił ją od środka, a obraz wirował przed oczyma. Od lat pędziła w dół jak na stromej kolejce górskiej, ale teraz poczuła się tak, jakby ktoś dodatkowo odpiął jej pasy.
- Konrad... Przecież... można to inaczej zorganizować... - próbowała coś wynegocjować. Jej słowa były przezroczyste, nie miały najmniejszej siły przebicia i obalenia decyzji, która już została podjęta. - Może twojemu tacie udałoby się załatwić dla mnie indywidualny grafik tak, żebym w odpowiednie dni była w domu...? Nie muszę całkowicie rezygnować... Nie stresuję się tam... - Nie bardziej niż tutaj, miała ochotę powiedzieć.
Konrad sapnął gniewnie i wzniósł oczy ku niebu.
- Proszę, lalka, nie dyskutuj ze mną, bo nie mam na to ochoty - zaostrzył ton. Jego wzrok od razu stał się szyderczy i lodowaty. Znała to bardzo dobrze. Czuła się wówczas jak kawałek odpadu, który przykleił się do jego podeszwy. - Już postanowiłem, że dzisiejszy lot był twoim ostatnim, i zdania nie zmienię. Chyba doskonale zdajesz sobie sprawę, że ta praca nie była twoją zasługą. To JA ci ją załatwiłem i JA decyduję o tym, kiedy ją zakończysz. Przynajmniej nie będziesz musiała już malować ust tą oczojebną czerwoną szminką. Prosiłem, żebyś zmywała to paskudztwo, zanim wrócisz do domu, bo bardzo mnie irytuje. Nie wiem, co to za wymóg tych pierdolonych linii lotniczych, żeby stewardesy musiały się w ten sposób malować. Wyglądacie jak kurewki. - Obrzuciwszy ją ostatnim pogardliwym spojrzeniem, poszedł na górę.