rozdział_drugi_
Pociąg z Khayelitshy
Kilka tygodni przed wizytą u Ju/'hoansich, którzy śpią na ziemi w najprostszych szałasach, budowanych choćby z gałęzi opartych o drzewo, nawet we śnie czujni z powodu nocnego porykiwania drapieżników, obudziłem się z głębokiego snu w miękkim łóżku luksusowego hotelu pomiędzy kaskadami zieleni spadającymi z flank Góry Stołowej i wodnym lustrem Zatoki Stołowej. Byłem w Kapsztadzie, umoszczonym tak malowniczo pośród wzgórz i urwisk, że to chyba jedyne afrykańskie miasto, któremu nie odmówię dozy wspaniałości.
Ziewając nieskrępowanie, wyszczerzony niczym pawian włączyłem telewizor, ujrzałem zamęt w Europie, tego rodzaju bezmyślność i chaos, jakie odruchowo kojarzymy z Afryką, i gratulowałem sobie w duchu, że jestem daleko stamtąd. Za kilka dni miałem wyruszyć na północ drogą lądową do Namibii, Botswany, Angoli i może dalej. Nie snułem długofalowych planów. Byłem sam, z małym bagażem, i potrzebowałem tylko taniego biletu w jedną stronę. Dzienny autobus jeździł do odosobnionego Springbok w Prowincji Przylądkowej Północnej, po czym nocą przekraczał płynącą ze wschodu na zachód Orange, która wyznacza granicę z Namibią.
Jako podróżnik mający już swoje lata połknąłem poranne pigułki, dwie różne przeciwko podagrze, witaminy i dawkę specyfiku powstrzymującego rozwój malarii, a potem, nadal przymulony z powodu zmiany strefy czasowej, strasznie się guzdrałem. Pamiętając jednak, że jestem w podróży, zanotowałem datę i poczyniłem pierwszy zapisek w dzienniku, poświęcony owemu przebudzeniu w puchowym łożu luksusowego hotelu.
W tak przyjemnym miejscu, choćby nie wiem jak dalekim, człowiekowi nawet nie przyjdzie do głowy, że jest za stary na podróżowanie. "Mogę podróżować do śmierci", myśli sobie, dzwoniąc po obsługę, żeby przyniesiono mu owoce lotosu. ("Nie, jednak nie, po namyśle uznałem, że wolę pieprzną polędwicę wagyu z czarną truflą w winegrecie"). Dopiero gdy koczuję w jakiejś norze w buszu albo nie wiem, gdzie podziać oczy w obliczu wrogiego tłumu cuchnących nędzarzy ("Meester! Meester!"), albo gdy z popękanego talerza spożywam złowrogi gulasz z czarnego mięsa bądź tonące w tłuszczu niedogotowane i upstrzone sinymi oczkami ziemniaki, albo gdy jakimś gratem telepię się dziewięć godzin wyboistą drogą przez góry - a gwałtowna śmierć jest tak bliska jak czarna przepaść po prawej - dopiero wtedy przychodzi mi do głowy, że rozkoszy tych zażywać winien chyba ktoś inny, młodszy, mocniejszy, bardziej nienasycony, zdesperowany i szalony.
Któż jednak oprze się ciekawości, która już to jako szlachetna dociekliwość, już to jako pospolite wścibstwo czyni ze mnie podróżnika i pisarza?
Badawcze spojrzenie w Europie i Ameryce Północnej prawie wszędzie uważa się za naruszenie prywatności, a na dociekliwe pytania ludzie zwykle odpowiadają złośliwie albo wymijająco. "Aha, piszesz książkę, bracie? No to znajdź sobie inny temat". Natomiast w Afryce tego rodzaju ciekawość uważa się za miłe zainteresowanie, formę życzliwości, zwłaszcza gdy wymieni się zwyczajowe grzeczności i wszystko przebiega zgodnie z zasadami plemiennej etykiety. Do tego pięknego miasta, a i na sam kontynent afrykański, przywiodło mnie znowu właśnie pragnienie bezpośredniego poznawania rzeczy i ludzi, a więc ta ożywcza siła, która bez końca odnawia w człowieku zdumienie i zachwyt, a niekiedy każe ruszać w świat.
Przy śniadaniu, złożonym z łososia, jajecznicy, owoców, soku gujawowego, zielonej herbaty i razowych grzanek, podczas gdy odzywano się tylko po to, aby poprosić o podanie dżemu albo masła, przejrzałem "Cape Timesa", w którym nagłówki głosiły: "Góra zamknięta na noc" i "Władze odpowiadają na ataki". Powodem zamknięcia Góry Stołowej po zmroku byli bandyci i złodzieje, zbiry, których w miejscowej gwarze nazywają tsotsis i skelms. Nocni spacerowicze i ludzie podziwiający zza szyb zaparkowanych samochodów rozjarzoną światłami panoramę miasta padali ofiarami napadów, byli bici do nieprzytomności i okradani. Nikt nie miał pojęcia, jak można wyegzekwować zakaz wstępu na taką górę. Ta ogromna dominująca nad okolicą skała o płaskim, szerokim na trzy kilometry szczycie jest częścią masywu, który ciągnie się przez ponad sześćdziesiąt kilometrów, aż do Kaappunt.
Działo się to jednak w Afryce, a więc w królestwie nagłych zmian. Niespełna miesiąc później Górę Stołową, obok zatoki H? Long, dżungli amazońskiej, wodospadu Iguazú i trzech innych klejnotów natury, umieszczono na liście siedmiu nowych cudów przyrody. Opromienioną nagle światową sławą górę natychmiast z dumą otwarto dla publiczności.
Owego dnia, kiedy obudziłem się w luksusowym hotelu, poszedłem na spacer po mieście. Wczesnym popołudniem wstąpiłem na obiad do rybnego bistro Texies przy ulicy Adderleya, blisko dworca kolejowego na placu Grand Parade. Siedząc przy stoliku wystawionym na zewnątrz, jadłem smażonego mintaja z frytkami i popatrywałem znad talerza na roztaczający się przede mną widok dostatniego miasta, na zaaferowanych ludzi krążących od sklepu do sklepu, gołębie paradujące po trotuarach i zbierające rzucane przez przechodniów okruszki, gdy nagle w cieniu arkady opodal ogródka, gdzie siedziałem, spostrzegłem grupkę młodych mężczyzn, którzy bacznie mi się przyglądali. Jeden z nich, chudy nastolatek, widząc, że już się nasyciłem, podszedł do stolika i niepewnie zapytał:
- Mogę skończyć?
Tak mnie zaskoczył, że tylko kiwnąłem głową. Chwycił tackę z niedojedzonymi tłustymi frytkami i odszedł z nią kawałek dalej tak szybko, że wystraszone gołębie z furkotem umykały mu spod nóg, po czym łapczywie pożarł zdobycz.
Zapiski z podróży bywają jedynie poręczną formą literacką, w którą autor wkłada szyderczą mizantropię, mitomanię albo urojone przygody miłosne, ale w tamtej chwili rzeczywiście czułem tylko bezradną litość. A z tego rodzaju przejawem rozpaczy, głodnym mężczyzną bądź chłopcem czyhającym na to, aby zawładnąć resztkami z posiłku bliźniego, w trakcie tej afrykańskiej podróży miałem się zetknąć jeszcze nieraz.
Gdyby mnie zapytano, po co wróciłem do Afryki, chyba musiałbym odpowiedzieć, że właśnie po to, aby pośród rozmaitych przypadkowych spotkań natrafić również na tych nieszczęśników. Nie powiedziałbym, że czegoś szukałem. Nie szukałem niczego. Uciekałem od rutyny, obowiązków i dojmującego niesmaku do czczej gadaniny, rozmów o pieniądzach, opowieści o pieniądzach, oślego śmiechu na przyjęciach. Niesmak to potężny bodziec. Nie przerażał mnie lot zygzakiem do Dubaju, a stamtąd do Kapsztadu, w sumie dwadzieścia dwie godziny w samolocie, trzydzieści godzin podróży. Naprawdę byłem zadowolony, że uciekłem. Podróż bywa protestem, odrzuceniem - swoim wyjazdem jak gdyby pokazywałem figę wszystkim tym pustym ludziom. Wyobrażałem sobie jeszcze, że zachodzili potem w głowę: "Co się stało? Gdzie on się podział? Czy to ja powiedziałem coś nie tak?".
Ale przede wszystkim chciałem wrócić do Afryki i wyruszyć w nową podróż stamtąd, gdzie skończyłem poprzednią.
Kiedy przybyłem tutaj przed dziesięcioma laty, odwiedziłem New Rest, czyli slumsy powstałe na posępnej piaszczystej równinie na przedmieściach Kapsztadu. Gdy wróciłem, właśnie tam chciałem najpierw pojechać, żeby zobaczyć, co się stało z tamtymi budami, barakami i wynędzniałymi ludźmi, którzy wznieśli je na jałowym pustkowiu przy autostradzie.
Czy nadal było to siedlisko udręki składające się z posępnych bud skleconych z kawałków drewna i starej folii, gotowych runąć pod naporem niosącego piach wiatru?
Większość czarnych Południowoafrykanów mieszka w podłych warunkach, bynajmniej nie w malowniczych chatach i krytych strzechą domach na zielonych stokach wzgórz. Trzy czwarte Afrykanów mieszkających w miastach gnieździ się w ohydnych slumsach i obozowiskach. Ale jak zmieniają się takie siedliska przez dziesięć lat?
- Niech pan nie jedzie do slumsów. Niech pan nie jedzie do getta czarnych. Obrabują pana albo gorzej - przestrzegł mnie Kolored w kasie głównego dworca kolejowego w Kapsztadzie po tym, jak odmówił sprzedania biletu do Khayelitshy.
Zaciekawiła mnie jego niezłomna stanowczość, więc zapytałem o powód odmowy. Otóż nie kierował się uprzedzeniami rasowymi, a swego rodzaju troską. Nie chciał sprzedać mi biletu, który uważał za bilet do królestwa przemocy. Powiedział, że bandy bezrobotnych wyrostków z getta i pobliskiego slumsu regularnie napadają na pociąg do Khayelitshy, rzucają kamieniami, wybijają szyby i atakują pasażerów.
Nazajutrz, podbuntowany tymi przestrogami, pojechałem do New Rest, slumsu złożonego z około tysiąca dwustu bud, które w ciągu dziesięciu lat wyrosły na piaskach Kaapse Vlakte (Cape Flats) przy ruchliwej drodze wiodącej na lotnisko. Większość z ośmiu i pół tysiąca mieszkańców żyła w brudzie i nędzy. Warunki były straszne, prawie tragiczne. Nie mieli bieżącej wody ani prądu, nie było drzew. Brud i wyjący wiatr. W tym slumsie stworzonym na szesnastu hektarach piachów przez bezrobotnych i bezdomnych rzecz jasna nie było usług komunalnych, więc owo obozowisko cuchnęło i wyglądało ohydnie. Ludzie spali w budach skleconych z byle jakich desek, kawałków drewna, arkuszy starej blachy, folii, plastiku. Przez szpary w konstrukcji wdzierał się wiatr niosący piasek. Jeden z mieszkańców powiedział mi, że w swoim łóżku zawsze znajduje piach i ziemię.
Pomyślałem wtedy, że trudno sobie wyobrazić gorsze miejsce do życia. Dzikie obozowisko w wielkim mieście, pozbawione zieleni, zbyt piaszczyste, aby dało się w nim hodować cokolwiek prócz mizernych bodziszków i szczeciniastych kaktusów. Wodę trzeba nosić w plastikowych wiadrach, napełnianych z hydrantu, w domu żyje się przy świecach. Ten dom to byle jak sklecona buda, zimna w zimie, gorąca w lecie, bardzo brudna, rzut kamieniem od nieustannie huczącej ruchliwej autostrady. Czy może być gorzej? Niektórzy nazywają takie siedliska nieformalnymi osiedlami, ale miejsca te nie stają się od tego bardziej pachnące.
Pomimo nędzy i brudu ludzie w New Rest nie załamywali rąk i z nadzieją patrzyli w przyszłość. Jeden z mieszkańców, ów mężczyzna, któremu doskwierał piasek nanoszony przez wiatr do łóżka, zaprowadził mnie na spotkanie swego rodzaju rady mieszkańców New Rest, która regularnie zbierała się w jednym z baraków. Od członków rady dowiedziałem się, że mieszkańcy tego slumsu przybyli z Prowincji Przylądkowej Wschodniej, byłych bantustanów Transkei i Ciskei, a także z dzielnic nędzy w East London, Port Elizabeth i Grahamstown, miastach przemysłowych, które kiepsko sobie radziły w warunkach gospodarczych niepodległej Republiki Południowej Afryki. Rada mieszkańców New Rest stawiała sobie za cel przekształcenie slumsu w zwykłe osiedle, gdzie będą ulice, wodociąg, elektryczność, a baraki i budy zostaną zastąpione porządnymi domami. Nazywano to "poprawą warunków in situ".
Plany ogólne opracowali i wyrysowali nieodpłatnie urbaniści z Uniwersytetu Kapsztadzkiego. Każda, choćby najnędzniejsza buda otrzymała numer, a jej parcelę wpisano do ksiąg wieczystych. Przeprowadzono spis ludności. Programy przebudowy dzikich obozowisk w taki sposób, aby stopniowo zamieniały się w osiedla zapewniające godziwe warunki życia, a więc programy likwidacji slumsów przez podnoszenie standardów, udało się urzeczywistnić w Indiach i Brazylii, ale w Afryce Południowej była to idea pionierska. Motorem tego przedsięwzięcia stała się duma, jaka napełnia człowieka, kiedy potrafi stworzyć sobie bezpieczne miejsce do życia. Istotną rolę odgrywały również troska i życzliwość obcokrajowców. Goście zagraniczni wspierali finansowo ośrodek opieki dziennej, ufundowali trzy maszyny do produkcji cegieł oraz założyli fundusz powierniczy mający działać dla dobra tego osiedla. Funduszem zarządzały nieodpłatnie dwa podmioty, a mianowicie pewna firma organizująca safari i New Rest / Kanana Community Development Trust, który stawiał sobie za cel przyciąganie turystów do gett. Część dzieci otrzymywała pomoc od Amerykanów i Europejczyków, którzy regularnie przysyłali pieniądze na ubrania i opłaty szkolne. Program podźwignięcia New Rest był przedsięwzięciem cokolwiek szalonym i rozwijanym z dnia na dzień, ale ze względu na to, że w wielkiej mierze opierał się na samopomocy, wzbudził we mnie sympatię i nadzieję.
Cóż zatem zaszło przez te dziesięć lat?
Drugiego dnia pobytu w Kapsztadzie po tak samo wystawnym śniadaniu w hotelu wybrałem się do owej dzielnicy nędzy, co wymagało półgodzinnej jazdy w dół, a potem wokół Góry Stołowej. Znalazłem taksówkarza, który mieszkał niedaleko New Rest, na starszym osiedlu o nazwie Guguletu, dokąd również chciałem pojechać, bo i tam byłem przed dziesięcioma laty.
Istotnie afrykańska marszruta. Nie wyobrażam sobie, żeby przyjezdny chociażby w moim rodzinnym Bostonie, kiedy wstanie rano z puchowej pościeli w luksusowym hotelu, zjadłszy wystawne śniadanie, wzywał taksówkę i powodowany zwykłą ciekawością wyruszał na zwiedzanie biedniejszych części miasta, jechał na osiedla czarnych w Roxbury, gdzie bulwar Malcolma X odchodzi od placu Dudleya, zapuszczał się do ubogich Charlestown i Chelsea albo oglądał narożne sklepiki i salony bilardowe w dwupiętrowych kamienicach przy podłych uliczkach w Everett. Gapie nie są tam mile widziani, a nawet gdyby byli, nikt nie wybierałby się tam bez powodu, ponieważ biedne dzielnice amerykańskich miast uchodzą za miejsca niebezpieczne. Wyraźnie uzmysławiałem sobie zatem, że podróżnik cieszy się w Afryce Południowej szczególnym przywilejem, skoro może penetrować strefy, jakie obawiałby się badać w swoim kraju.
Co więcej, rzecz jest banalnie prosta. W Kapsztadzie wiele gett i dzielnic nędzy, wyglądających niekiedy niemal identycznie, można zwiedzić w ramach zorganizowanych wycieczek, które wszędzie reklamowano jako swoistą atrakcję turystyczną.
- Imizamo Yethu - oznajmił przez głośniki przewodnik, gdy miejski autobus turystyczny zbliżał się do wzgórza, z którego wzdłuż szutrowych dróżek spływały kaskady dziadowskich bud i szop. - Znaczy to tyle, co Nasza Walka. Zaczęło się od dzikiego obozowiska, a dzisiaj to już prawie miasto. Ludzie zaczęli się tu osiedlać w latach osiemdziesiątych, kiedy odzyskali swobodę przemieszczania się. Osiedle rosło przez całe lata dziewięćdziesiąte. Można wysiąść i pod opieką jednego z mieszkańców zwiedzić to miejsce. Następny autobus przyjedzie za pół godziny...
Mój taksówkarz Thandwe należał do ludu Khosa, pochodził z Port Elizabeth w Prowincji Przylądkowej Wschodniej, a w te strony przybył przed dwudziestu siedmiu laty jako mały chłopiec, ponieważ oddano go pod opiekę wuja, który tutaj mieszkał.
- Czasem jeżdżę do domu - powiedział Thandwe - ale chcę zostać tutaj.
Jechaliśmy autostradą, którą zna prawie każdy przybysz z zagranicy, ponieważ jest główną trasą dojazdową do kapsztadzkiego lotniska międzynarodowego. Wyglądałem - pragnąłem - zmian na lepsze, miałem nadzieję, że będzie inaczej.
- New Rest, to tutaj - oznajmił Thandwe, wskazując osiedle złożone z porządnych, krytych rudobrunatną dachówką domów, oddzielone wysokim płotem od drogi.
Nie były to wyremontowane chaty ani rudery, zobaczyłem nowe i solidnie zbudowane domy, a stały tak blisko siebie, że nie miałem wątpliwości, iż wzniesiono je na miejscu owych bud i szop, które widziałem dziesięć lat temu. Najwyraźniej idea "poprawy warunków in situ" opracowana przez urbanistów z uniwersytetu stała się rzeczywistością.
Zjechaliśmy z autostrady w boczną drogę prowadzącą do New Rest, po czym krążyliśmy po uliczkach rzeczywiście już całkiem porządnego osiedla. Czterdzieści lat temu był to teren dziki, wiejski, o duchowym i obrzędowym znaczeniu dla miejscowych Khosa. W tutejszym buszu próbę odosobnienia przechodzili chłopcy (nowicjusze, mkweta) poddawani inicjacyjnemu obrzędowi obrzezania (ukoluka). Penis pozbawiano napletka za pomocą ostrza dzidy (mkonto), nieraz srodze go okaleczając, po czym cała grupa nowicjuszy pozostawała w odosobnieniu do czasu zabliźnienia się ran. Przed dziesięciu laty opowiadano mi, że w czerwcu i grudniu widywało się grupy nowo obrzezanych chłopców, "czasem bardzo liczne, ukrywające się głęboko w buszu".
Teraz już tak nie było. Zarośla wykarczowano, zamiast buszu pojawiły się domy, nie ostało się ani jedno drzewo. Wiele się zmieniło i rozumiałem, jak do tego doszło. Najpierw przybysze z dalekich wiosek założyli dzikie obozowisko, budując z gałęzi drzew, szmat i folii swego rodzaju szałasy, następnie te prowizoryczne schronienia ulepszano za pomocą starych desek, arkuszy blachy, aż obozowisko zamieniło się w slums. Z czasem pojawiły się komunalne hydranty i toalety, a w końcu, dzięki uporowi ludzi, tych, którzy w czasie mojej poprzedniej wizyty mówili: "Zostajemy tutaj, to nasz dom", dzięki zapałowi urbanistów, dobroczyńców i sympatyków, nędzne budy zastępowano normalnymi domami. Powołano instytucję rządową do spraw odbudowy i rozwoju, która zajmuje się poprawą warunków życia w slumsach i obozowiskach.
- Teraz mają tu sklepy. Blisko jest szkoła - mówił Thandwe. - Sporo dobrego zrobiły mistrzostwa świata w piłce nożnej.
Po tym, jak Republika Południowej Afryki została gospodarzem mundialu, w największych miastach zbudowano trzy ogromne stadiony i gruntownie odnowiono siedem starych. Powstawały nowe hotele, modernizowano transport publiczny i cały ten wielki ruch inwestycyjny budził świadomość potrzeby poprawy warunków mieszkaniowych ludzi zatrudnianych do obsługiwania nowej infrastruktury. Niskopłatni pracownicy sektora usług, tacy jak służba domowa, ogrodnicy, mechanicy, pomywaczki, sprzątaczki, kierowcy autobusów, taksówkarze, kelnerzy, nianie, pielęgniarki i nauczyciele, a więc ludzie, dzięki którym Afryka Południowa nie boryka się z problemem taniej siły roboczej, pochodzą właśnie z dzielnic nędzy. Dlatego modernizacja slumsów stała się warunkiem należytego funkcjonowania południowoafrykańskich miast.
Inny dzień, inny wyjazd sprzed mojego uroczego hotelu w centrum Kapsztadu, z innym kierowcą. Na imię miał Phaks, co wymawia się "Pax". Polecono mi go jako człowieka, który zna życie w dzielnicach nędzy od podszewki, bo sam mieszka gdzieś w monstrualnym gąszczu slumsów Khayelitshy, półmilionowego getta, gdzie bezrobocie przekracza osiemdziesiąt procent i które otacza złowroga sława siedliska przestępców, nierobów, hazardzistów, pijaków i walczących ze sobą gangów.
- Nie jest aż tak źle - stwierdził Phaks, gdy jechaliśmy autostradą. Był raczej wesoły, chociaż najwyraźniej gnębiły go jakieś niezałatwione sprawy, bo chwilami smutniał i wydawał się czymś dotknięty.
Przemknęliśmy obok dzielnicy szóstej, która w epoce apartheidu tętniła życiem, opierała się rasizmowi i kwitła jako bezpieczne, wielorasowe stare śródmieście Kapsztadu, słynące z muzyki, jedzenia i wyjątkowej atmosfery. Pod koniec lat sześćdziesiątych władze miasta postanowiły zmodernizować tę dzielnicę i oddać ją białym. Sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców podzielono według rasy i przesiedlono do odpowiednich dzielnic, białych na obszary zamieszkane przez białych, czarnych do Khayelitshy, a osoby mieszane rasowo (Koloredów) do Mitchells Plain i Bonteheuwel.
Planowano wybudować nowe osiedle przeznaczone wyłącznie dla białych, które nazwano Zonnenbloom (Słonecznik), ale nic z tego nie wyszło. Nikt nie chciał tam mieszkać i po dziesięciu latach ziało tam jałowe pustkowie rozciągnięte między dwoma kościołami. Kościoły były wszystkim, co zostało z dzielnicy szóstej.
Od czasu mojej poprzedniej wizyty coś się jednak zmieniło. W 2005 roku w ramach rządowego programu odbudowy i rozwoju postawiono tam nowe domy. Niektóre z nich - ale nie wszystkie - były zamieszkane.
- Czekają na byłych mieszkańców - powiedział Phaks. - Ale nie każdy chce wracać.
- To porządne nowe domy, w śródmieściu, w bezpiecznej okolicy - zauważyłem. - Dlaczego nie chcą wracać?
- Mówią, że jest inaczej, więc wolą zostać tam, gdzie są.
- W jakim sensie "inaczej"?
- To nie jest już dzielnica wielorasowa. Są tu sami czarni.
Phaks zabrał mnie potem do Langi, getta, które znajduje się blisko właściwego Kapsztadu i podobnie jak inne getta leży przy autostradzie wiodącej na lotnisko. Szczególny charakter Langi polega na tym, że było to jedno z pierwszych gett czarnych. Phaks oznajmił, że osadnictwo zaczęło się tam w 1900 roku, co jednak zaraz skorygował jadący z nami miejscowy historyk, stwierdzając, że w rzeczywistości ludzie zaczęli się tam osiedlać w 1927 roku. Phaks dodał, że "langa" znaczy tyle, co "słońce", a historyk wyjaśnił, że nazwę tę nadano temu miejscu na cześć słynnego dziewiętnastowiecznego wodza i buntownika Langalibalele, który skazany na banicję jako wichrzyciel osiadł w tamtej okolicy.
Ów historyk został wynajęty przez Phaksa. Należał do ludu Khosa, na imię miał Archie. Tłumaczył, że Langa stała się gettem za sprawą apartheidu, a zwłaszcza ustawy o terenach mieszkalnych grup rasowych, nakazującej osobom kolorowym osiedlanie się w wydzielonych miejscach. Zamknięcie ludności kolorowej w gettach urzeczywistniono dzięki przyjętej w 1952 roku ustawie o obowiązku meldunkowym, nakazującej kolorowym noszenie dowodów osobistych, zwanych oficjalnie bewysboek, czyli książką rejestracyjną, a przez samych posiadaczy nazywanych powszechnie dompas, czyli głupią przepustką.
Dompas była w gruncie rzeczy paszportem wewnętrznym, liczyła wiele stron i wyglądała jak zwykły paszport. Południowoafrykańska parlamentarzystka i przeciwniczka apartheidu Helen Suzman uznała dompas za "najbardziej znienawidzony symbol apartheidu". "Dompas zawierała fotografię posiadacza, jego odciski palców, historię zatrudnienia, urzędowe pozwolenie na przebywanie w określonej części kraju, kwalifikacje zawodowe, pozwolenie na podejmowanie pracy w danym regionie, a także adnotacje pracodawcy na temat osiągnięć i zachowania pracownika".
Protesty przeciwko ograniczeniom wolności osobistej, zapoczątkowane przez dzielne kobiety w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, a w latach sześćdziesiątych kontynuowane przez mężczyzn zainspirowanych przykładem kobiet, prowadziły do represji, strasznej masakry w Sharpeville, tym bardziej stanowczych protestów, które w końcu zwróciły uwagę świata na walkę z apartheidem. We współczesnej Afryce Południowej w celu upamiętnienia ludzi walczących z apartheidem ustanowiono dwa święta państwowe, a mianowicie Narodowy Dzień Kobiet i Święto Praw Człowieka. Ustawy ograniczające wolność osobistą kolorowych mieszkańców Afryki Południowej i wprowadzające paszporty wewnętrzne zniesiono w 1986 roku, po trzydziestu czterech latach obowiązywania.
O paszportach wewnętrznych i segregacji rasowej Archie opowiadał mi z gniewem graniczącym z wściekłością. Spacerowaliśmy po ulicach Langi, na których walały się śmieci, stare opony, potłuczone butelki. Zaśmiecone były nawet świeżo obsadzone kwiatami rabaty i ogrodzone płotkami trawniki.
- Wasz Bill Gates pomógł w urządzaniu tego ośrodka kultury - powiedział Archie, oprowadzając mnie po Centrum Kultury i Sztuki Guga S'thebe, gdzie w sali na tyłach trzy kobiety malowały wzorki na ceramicznych dzbankach i kubkach, ucząc się rzemiosła, które być może da im pracę.
Południowoafrykańskie kobiety wydały mi się bardziej przedsiębiorcze od mężczyzn, wśród których w Landze bezrobocie wynosiło sześćdziesiąt procent. Ośrodek kultury ma fantazyjną formę, ściany pomalowane na jaskrawo, fasadę ozdobioną ceramicznymi rzeźbami i mozaikami. Zbudowano go już po upadku apartheidu z myślą o organizowaniu warsztatów, przedstawień i innych wydarzeń kulturalnych i był chyba jedyną nową budowlą wzniesioną w dzielnicy Langa. Rozmyślnie postawiono go w pobliżu miejsca, gdzie w 1954 roku tysiące mieszkańców Langi protestowało przeciwko segregacji rasowej. Demonstranci najpierw masowo palili dompas, a potem pomaszerowali do centrum Kapsztadu. Ośrodek kultury, chociaż liczył zaledwie dziesięć lat, był już w kiepskim stanie, zaśmiecony i pustawy. Jako atrakcja na trasie wycieczek po biednych dzielnicach Kapsztadu przyciągał w istocie więcej turystów niż mieszkańców Langi.
- Na czym polegała pomoc Billa Gatesa?
- Podarował nam te komputery.
Na biurkach stały trzy nieużywane komputery o zakurzonych klawiaturach i zgaszonych ekranach.
- Niestety od roku nie działają.
Być może nie wiedząc o tym, Archie nie wspomniał, że fundacja Gatesa wspierała finansowo kampanię uświadamiającą na temat HIV i AIDS. Langa była jednym z obszarów największej zachorowalności na AIDS w Afryce Południowej. Sobota stała się swoistym "dniem pogrzebowym" i co tydzień grzebano przeciętnie czterdzieści ofiar choroby. Pomimo akcji edukacyjnych na ten temat umieralność z powodu AIDS w Landze stale rosła.
- Chodźmy tędy - powiedział Archie.
Kiedy zewnętrzną częścią stopy kopnął puszkę po piwie, usuwając ją z drogi, skorzystałem z okazji, żeby zapytać, dlaczego rabaty kwiatowe przed ośrodkiem kultury są takie zaniedbane, a na całej ulicy i chodnikach walają się puszki po piwie, papiery i torby foliowe.
- Nie wiemy, co z tym robić. Ludzie rzucają śmieci gdzie popadnie i tak to wygląda.
- Dlaczego nie sprząta się śmieci?
- Jest z tym kłopot.
- Archie, wystarczy przecież miotła i kubeł.
- Zajmują się tym służby miejskie.
- Skoro tak, to czemu ten szajs ciągle tu leży?
Umyślnie zadawałem mu te niewygodne pytania, ponieważ przedstawił się jako rzecznik prasowy, a Centrum Kultury i Sztuki Guga S'thebe było główną atrakcją wycieczek po byłych gettach Kapsztadu. Właśnie podjechał autobus z białymi turystami, którzy wysiadłszy, toczyli wokół zdumionym spojrzeniem, jak gdyby pytali: "Gdzie my jesteśmy?". W dzielnicy, gdzie dziesiątki tysięcy mieszkańców nie mają pracy ani w ogóle nic do roboty, nikt nie zajmuje się sprzątaniem śmieci. Wszędzie wokół widziało się ludzi siedzących bezczynnie, gadających, gapiących się na turystów.
Niewykluczone, że Archie, pochłonięty piętnowaniem niesprawiedliwości apartheidu, po prostu nie zauważał nieporządku. W rzeczy samej wydawał się zirytowany, że o tym wspomniałem. Żeby odwrócić moją uwagę, a może wytłumaczyć powody tego niedbalstwa, zawołał:
- Dawno temu żył tutaj prorok Ntsikana, który przepowiedział przyszłość!
- Co wróżył?
- Było to w 1600 roku - powiedział Archie, po czym podniósł głos, jak gdyby powtarzał słowa proroka. - Ludzie wyjdą z morza - oznajmił i wysunął palec dla podkreślenia wagi tych słów. - Ci ludzie będą mieli księgę i pieniądze - powiedział i pogroził palcem. - Przyjmijcie księgę, ale nie bierzcie pieniędzy! - zawołał i opuścił rękę. - Ale przyjęli jedno i drugie - zakończył.
- Nie powinni byli brać pieniędzy?
- Stąd całe zło - odrzekł Archie.
Zapamiętałem imię "Ntsikana" i później ustaliłem, że w swoim czasie istniał prorok Khosa o tym imieniu i że jego życie jest dobrze udokumentowane. Działał na przełomie XVIII i XIX wieku i był twórcą "czarnej teologii", samorodnym chrześcijaninem, bo wprawdzie zetknął się z misjonarzami, ale ani nie został ochrzczony, ani nie odbierał od nich żadnych nauk. W 1815 roku Ntsikana doznał objawienia, "oświecenia duszy", które utwierdziło go w wierze w monogamię, chrzest w rzece i niedzielną modlitwę do najwyższego Boga. Pisał hymny i poezje. Podkreślał, że nawrócił się samorzutnie, więc potem jego uczniowie i zwolennicy utrzymywali, że "chrześcijaństwo ludu Khosa zrodziło się bez udziału misjonarzy".
"Jestem zesłany przez Boga, ale podobny do świeczki - rzekł Ntsikana, używając pięknej metafory światła i skończoności. - Niczegom do siebie nie dodał". Gorliwie głosił wiarę, ustanawiając wiejskie wspólnoty w całej Prowincji Przylądkowej Wschodniej. Pewnego dnia Ntsikana przepowiedział lądowanie ludzi innej rasy na wybrzeżu Afryki Południowej. O tych przybyszach mówił, że mają "przezroczyste uszy, przez które czerwono prześwieca słońce" i "włosy tak długie jak ogon zebry". Przedtem zetknął się już z białymi, więc i opisał ich adekwatnie, ale najwyraźniej przestrzegał też swoich zwolenników, aby nie ufali przybyszom. Umarł w 1821 roku, pochowano go opodal Fort Beaufort w Prowincji Przylądkowej Wschodniej, a jego grób jest celem pielgrzymek.
Chociaż Archie pomylił niektóre szczegóły, dzięki jego zaskakującej opowieści dowiedziałem się o istnieniu tej żywotnej sekty, która nadal liczy wielu wyznawców. Spacerowaliśmy po wyboistych chodnikach zaśmieconych ulic, które biegły pomiędzy rzędami piętrowych bloków zbudowanych z pustaków i tchnących więzienną surowością osiedli komunalnych. Archie powiedział, że pierwotnie były to hotele robotników sezonowych, samych mężczyzn, których w okresie apartheidu zatrudniano w Kapsztadzie jako służących i do prostych prac fizycznych. Ludzie ci musieli mieć paszporty wewnętrzne, a w celu utrzymania wśród nich dyscypliny kwaterowano ich w odosobnionym miejscu, oddzieliwszy od żon i dzieci, które zostawały w dalekich wioskach.
Za tymi obdrapanymi hotelami w wielkim ścisku tłoczyły się drewniane budy. W drzwiach sterczały obszarpane dzieci, którym w ten chłodny poranek ciekło z nosów.
- Jeszcze więcej ludzi - mruknąłem - jeszcze więcej bud.
- Nieformalne osiedle - powiedział Archie.
Ilekroć słyszę to sformułowanie, uśmiecham się smętnie, bo wyobraźnia podsuwa mi obraz ludzi wylegujących się na sofach w jasnych domach.
- Takie osiedla nazywają siyahlala.
Poprosiłem, żeby przeliterował to słowo, i je zanotowałem.
- To w języku khosa - wyjaśnił Archie. - Znaczy tyle, co "zostajemy tutaj".
Powiedział, że w każdej budzie mieszka pięć albo i sześć osób, chociaż odnosiłem wrażenie, że za ciasno byłoby już dwóm. Za blokami i budami, na skraju tego nędznego osiedla stały jeszcze kontenery spedycyjne, wielkie pordzewiałe stalowe skrzynie, i w nich również mieszkali ludzie - ci, którzy przybyli niedawno, jak powiedział Archie. Niektóre z kontenerów podzielono między dwie lub trzy rodziny, rolę okien i drzwi odgrywały wycięte palnikiem otwory o poszarpanych brzegach. Tu i tam przy zaimprowizowanych straganach sprzedawano osmalone owcze łby.
- Nazywamy je śmieszkami - powiedział Archie i wyjaśnił, że kiedy odrąbany łeb położy się na ruszcie, wargi kurczą się, jak gdyby łeb się uśmiechał. - Miejscowi jedzą ten specjał z "krwawą jatką" - dodał, chichocząc. - To znaczy z sosem pomidorowym.
Kiedy spacerowaliśmy, gapiła się na nas nastoletnia młodzież, przesiadująca na ławkach i starych oponach. Niektórzy łypali chmurnie z wnętrza bud, część spoglądała znad gry w karty bądź w trakcie kopania futbolówki, pozostali zaś stali niczym czaple, na jednej nodze z drugą podkuloną. Cała ta młodzież zbijała bąki, a rzucała się w oczy, bo była wszędzie. Nawet nie dziesiątki, lecz setki młodych ludzi najwyraźniej niemających nic do roboty. Kilku ruszyło za mną i Archiem, ale wkrótce zrezygnowali. Być może szliśmy zbyt szybko. "Chodź szybko i sprawiaj wrażenie bardzo zajętego", brzmiała jedna z zasad, jakimi się kierowałem w tego rodzaju potencjalnie niebezpiecznych miejscach.
Archie powiedział, że hotele odnowiono w 2002 roku. Znaczyło to chyba, że nadano im tę brudnożółtą barwę, którą widziałem. Weszliśmy do jednego z bloków. Szereg dwuizbowych mieszkań pełnych brudnych materacy.
- Tutaj jest sześć pokoi - powiedział Archie w innym bloku.
W pomieszczeniach kłębiły się zatęchłe kołdry, stare łachy, zdarte buty, plastikowe zabawki, były też odtwarzacze CD i radia.
- Ile osób tu mieszka?
- Trzydzieści osiem.
Musiał zauważyć mój grymas niedowierzania.
- Niektórzy śpią na stole - wyjaśnił. - Pod stołem też.
Bieda aranżuje nieraz osobliwe wspólnoty łoża. Zagłębiając się w coraz gęstszy smrodek, dotarliśmy do ostatniej klitki, gdzie stały dwa wąskie łóżka. Archie znał gnieżdżącą się tam rodzinę.
- Mieszka tu dziewięć osób - powiedział.
Usiłowałem wyobrazić sobie, jak mogą się pomieścić na łóżkach i na podłodze tego "pokoju", który miał nie więcej niż jakieś dwa i pół na półtora metra. Archie pokiwał głową, zadowolony, że wprawił mnie w zdumienie - niektóre z wycieczek do dzielnic nędzy najwyraźniej służyły szokowaniu zwiedzających. Pomyślałem, że i w Stanach muszą istnieć takie miejsca, być może nawet jest ich dużo, tyle że o tym nie wiem. W Stanach nie organizuje się do nich wycieczek, nie ma ludzi takich jak Phaks i Archie, którzy pokazują je innym.
- Najgorsze jest to, że wszyscy korzystają z jednej toalety - powiedział Archie, mając na myśli trzydziestu ośmiu lokatorów tego mieszkania.
- A gdzie są teraz?
- Na dworze - odparł. - Jest za ciasno, żeby siedzieć tu w dzień.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.