Ostatnie łomoty kół na
zwrotnicach, ostatnie światełka sygnałowe granicznej stacji i
ekspress zanurzył się w czarnej wilgotnej nocy.
W miękkich bombonierkach przedziałów wysiłek jego pędu
łagodniał do stłumionego pogwaru kół, niezmordowanie powtarzających
swoje hasło:
- Paryż - Warszawa, Paryż - Warszawa..
Pani Lena oderwała wzrok od czarnej tafli szyby, przecinanej
smugami iskier i spojrzała na zegarek.
- Dwadzieścia minut. - Szepnęła. - Czas.
Odrzuciła pled, szybkim ruchem nałożyła pantofelki i po
chwili stała półpochylona nad neseserem.
Książka, ilustracje, przybory toaletowe i... oto są! Małe
paczki w białych kopertach. Na każdej kilka liter i kilka cyfr.
Przeliczyła. Jedenaście. Teraz wyjęła z torebki mały
karnecik i na każdej kopercie dopisała jeszcze po jednej liczbie.
Zamknęła neseser, paczki wsunęła pod kołdrę i stanęła przed
lustrem.
Z pod burzy czarnych włosów i rozpiętych łuków brwi patrzyły
wielkie, nieco skośne, zielone oczy. Małe, kształtne, może zbyt
wąskie usta rozchyliły się teraz w uśmiechu dla - inspekcji dwuch
szeregów małych, ostrych zębów.
Gdy tak stała wyprężona, w pyjamie, uwydatniającej
sprężystość jej smukłych kształtów i starannie nakładała tłusty
karmin na wargi, pociąg zaczął zwalniać biegu.
- Tak. To tu. zaraz będzie most.
Hamulce jęczały. Uderzenia o spoidła szyn były coraz
rzadsze. Później głuchy odgłos żelaznego rusztowania mostu,
przeciągły gwizd i tempo znów wzrasta, czarną taflę szyby znowu
przecinają ogniste struny iskier.
Usiadła w kącie i czekała.
Chwila, druga... I oto zwolna rozsuwają się drzwi.
Wysoki, barczysty mężczyzna. Badawczy wzrok z za czarnych
rogowych okularów i przyciszony baryton:
- Przepraszam, omyliłem się. Pani daruje?
- Nie daruję, conajmniej przez tydzień.
Uśmiechnął się i szybko wsunął się do przedziału, zamykając
drzwi na zatrzask i łańcuch.
Usiadł obok niej i wziął jej rękę.
- Nie wiedziałem, że Prol, aż tak piękne hoduje kwiaty.
Wybuchnęła cichym śmiechem:
- Jakto? Nie widział pan nigdy moich fotografji w pismach?
- Może, ale nie zwracałem na nie uwagi. Nie wiedziałem
przecie, że pani jest nasza.
- A zna pan moje nazwisko?
- Nie tylko rysopis i numer.
- Na imię mi Lena, a panu Władysław?
- Tak. Więc pani wie?...
- Trochę...
Skinął głową i spojrzał na zegarek.
- Ale śpieszmy, za pięć minut stacja.
Uchyliła kołdrę i wskazała na paczki:
- Bierz pan.
Koperty szybko znikały w kieszeniach. Pociąg zaczął
zwalniać.
Ucałował jej rękę i otworzył drzwi. Zatrzymał się na chwilę:
- A... my?... Nie zobaczymy się już więcej?...
- Za tydzień wezwą pana do Warszawy.
Pokazał mocne żółte zęby w uśmiechu i raptownie się
odwrócił. Korytarzem przechodził jakiś mężczyzna. Lena nie zdążyła
nawet przyjrzeć się mu, gdy Władysław drzwi zatrzasnął.
Doleciał ją jeszcze szmer zamykanych drzwi sąsiedniego
przedziału i w oknie zalśniły latarnie stacji.
Pani Lena spała świetnie. Poraz pierwszy bodaj od wyjazdu z
Monte. Tydzień paryski z dniami rozbieganemi po tysiącu sklepów i z
nocami spienionemi w szampanie zmęczył ją i nawet, o dziwo, z
sympatją myślała teraz o Warszawie, o mężu, o znajomych. Świeża
wypoczęta poszła na śniadanie.
W wagonie restauracyjnym przy jej stoliku siedział już ten
pan, którego zauważyła na dworcu Północnym w Paryżu. Wyglądałby na
Hiszpana, czy Włocha, gdyby nie gładkie blond włosy, zaczesane do
góry. Cerę miał spaloną na bronz.
Pomyślała, że jest przystojny i że takie usta świadczą
nieomylnie o zmysłowości. Ubrany wzorowo, je przyzwoicie.
- Pewno jakiś hiszpański dyplomata. - zakończyła swe
obserwacje konkluzją. - Napewno w Warszawie go poznam.
Los jednak zrządził inaczej.
Sięgając po masło, przewróciła dzbanek z mlekiem.
- Oh, pardon, monsieur! - zawołała, z współczuciem, patrząc
jak jej sąsiad ratuje się przed białą powodzią improwizowaną tamą z
serwetki.
On jednak rzekł z uśmiechem:
- O, taki drobiazg, proszę pani.
- Pan jest Polakiem? - zapytała. I z tak szczerem zdumieniem
spojrzała mu w oczy, że wybuchnął śmiechem.
- Panią wprowadził w błąd kolor mojej skóry. Wzięła mnie
pani za Araba?
- Nie. Za Hiszpana lub Włocha. Ale tem nie mniej bardzo pana
przepraszam za moją niezręczność.
- Ach, drobiazg...
- Zniszczyłam panu ubranie.
- Głupstwo - jeden rękaw.
- Pan musi być zły. Takie ładne ubranie - ale pan jest
gentlemanem dlatego...
- Proszę panią. Anglicy twierdzą, że prawdziwy gentleman
zaczyna się od mężczyzny, który gdy mu kobieta parasolem wykole
oko, uspakaja ją, mówiąc:
- Nic nie szkodzi, madame, mam jeszcze drugie.
- Wie pan!
- Ja, niestety, mogę tu jedynie powiedzieć, że przecież mam
drugi rękaw.
Zaśmiała się:
- Będzie pan jednak musiał zmienić ubranie.
- Nie będę mógł tego zrobić, gdyż przy rewizji celnej tak mi
wygnieciono wszystkie rzeczy, że niepodobna ich włożyć. Pewno i
pani wspomina granicę niezbyt mile?
- Na szczęście nie. Ja, widzi pan, jeżdżę bardzo często i za
paszportem dyplomatycznym. Pozatem mój mąż zajmuje bardzo wybitne
stanowisko... rozumie pan.
- Ach tak? Więc to uwalnia od rewizji celnej?
- No nie, ale im jakoś nie wypada rewidować naprzykład żonę
ministra.
- Aa... więc pani małżonek jest ministrem?
- Nie. Mój mąż jest prezesem Banku Głównego.
- Wobec tego, że teraz znam pani nazwisko, pani pozwoli, że
się przedstawię. Dowmunt, Andrzej Dowmunt.
Podała mu rękę.
- A dlaczego pan do mnie odezwał się popolsku? Przecie chyba
nie mam słowiańskiego typu?
- Istotnie, pani ma urodę wschodnią, ale wczoraj wieczorem,
przechodząc obok pani przedziału, słyszałem jak pani popolsku
żegnała się z jakimś panem, obiecując mu, że będzie za tydzień
wezwany do Warszawy. Stąd moja domyślność.
Lena zmieszała się nieco i wyjaśniła, że był to pewien
przemysłowiec śląski, który zabiega o pożyczkę w Banku Głównym.
Popsuło jej to jednak humor i już chciała wstać, gdy Dowmunt
żartobliwie dorzucił, że jest bardzo dyskretny w sprawach
handlowych. Na tem ostatnim słowie położył szczególny nacisk, co
natychmiast zorjentowało Lenę, że podejrzenia jej towarzysza idą w
zupełnie niegroźnym kierunku.
Zapytała więc z dawną swobodą:
- Na miły Bóg, gdzie się pan tak piekielnie opalił? Na
jakiej plaży słońce jest tak nielitościwe?
- Na najmodniejszej plaży Atlantydy.
- Nie rozumiem.
- Według najnowszych plotek, w czasach bardzo dawnych, za
króla Ćwieczka, a może jeszcze wcześniej, istniał kontynent zwany
Atlantydą...
- Wiem, wiem! Był nawet taki film, w którym królowa
Atlantydy miała coś w rodzaju męskiego haremu.
- Tak? Możliwe. Otóż według tychże badań najmilszem miejscem
wypoczynku Atlantydy była dzisiejsza Sahara.
- Sahara? A cóż pan tam robił?
- Niestety nie byłem w męskim haremie królowej. Handlowałem,
plantowałem, fabrykowałem.
- Więc pan mieszka w Afryce?
Zaczął opowiadać. Służba już dawno sprzątnęła nakrycia,
pociąg wciąż mijał nowe stacje. Lena z wielkiem zaciekawieniem
słuchała jego opowieści. Jej zielone oczy utkwione w wargi
Andrzeja, połyskiwały płomykami.
Dowmunt mieszkał w Afryce, ale już nie mieszka. Był tam
okrągłe lat dziesięć... O, Polskę zna dobrze, chociaż urodził się na
dalekich jej kresach, które dziś są w ręku Rosji. Ba, sam walczył o
nie. Był ułanem, lecz na wiele się nie przydał, gdyż już w miesiąc
po wyruszeniu na front został ranny i kontuzjowany.
Lekarze niemal sparaliżowanego wysłali na Południe. Jak
najdalej na Południe. Kair, Algier, Biskra, Tunis, Chartum, Kongo...
Najpierw kuracja, nasycanie ciała płynnym ultrafioletem
słońca, później rokonwalescencja, wreszcie szara płachta "Tempsa" z
szczegółami Traktatu Ryskiego... Granice odcięły jego majątek.
Jeszcze przez parę miesięcy nadchodziły z Warszawy pieniądze (coraz
mniej) wkońcu przyszła depesza... To była ostatnia depesza.
Andrzej przygryzł wargi i wpatrzył się w okno. Lena
milczała. Za szerokiemi taflami szyb przesuwała się namiękła wiosną
ziemia. Tłuste połcie odwalonych skib pęczniały w ciepłej,
wilgotnej mgle, na zrudziałych łąkach chlupotała woda. Ziemia
przygotowywała się do porodu.
- I nie chciał pan wrócić do kraju? - przerwała ciszę Lena.
- Nie mogłem. Pierwej nie mogłem, a później... Później
dowiedziałem się, że tam bezrobocie, że ciężko o kawałek chleba, że
napróżno rząd zabiega o pożyczki. Zresztą od owej depeszy - nie
miałem w kraju nikogo. A przywieźć do Polski jeszcze jedną pustą
kieszeń?...
A w Afryce szczęście mu sprzyjało. Szperając w starych
ruinach rzymskich i fenickich znalazł jakąś wazę i jakiegoś
nieboszczyka z przed dwóch tysięcy lat i to z całem "umeblowaniem".
Stąd drobny kapitalik.
Następnie małe tranzakcje: daktyle, kawa, mąka. Powstanie
Riffenów i dostawy dla armji hiszpańskiej. Słowem szło.
Podróże, umowy, filje... Bóg jeden wie ile kropel potu wsiąkło
w piasek pustyni, ile razy - niewdzięczny - klął spieczonym
językiem słońce i samum i febrę rozprażonej dżungli, i obłe
grzbiety wielbłądzie i kolorowych dzikusów i cały Czarny Ląd, który
go tak hojnie darzył.
- A teraz?
- Zmogła mnie nostalgja. No i teraz nie wracam z pustą
kieszenią. Większość interesów zlikwidowałem. Teraz osiądę w kraju
i rozejrzę się.
- Zapewne za towarzyszką życia?
- Może. Lecz przedewszystkiem praca. Dużo pracy. Robić,
tworzyć, harować, organizować, fabrykować, handlować!
- Człowieku! Wygląda pan na lat trzydzieści pięć, a nie
wspomniał pan wcale o zamiarach poszukiwania rozrywek w przerwach
między jednym interesem a drugim.
Żywo zaprzeczył. Przecie nie jest trapistą, ale nawet nie
będzie miał z kim. Wszak dziesięć lat nie był w kraju i nie miał z
nim żadnego kontaktu.
Rozmowa przeszła na życie towarzyskie Warszawy. Pani Lena
opowiadała dużo drobiazgów i szczególików, które dla Andrzeja
stanowiły prawdziwą egzotykę.
Wracając do swego przedziału była już zdecydowana na
zawarcie bliższej znajomości. Podobał się jej nietylko swą śmiałą
urodą, nietylko urokiem egzotycznej karjery i oryginalnym a
ujmującym sposobem bycia. Instynktownie czuła do niego pociąg,
znajdowała specyficzną, trudną do określenia przyjemność w
odczuwaniu emanacji jego siły.
To też pożegnała go wyrażeniem nadziei, że ją odwiedzi, a
gdy ekspress, sapiąc, wparł się w stłoczoną na warszawskim peronie
ciżbę, powtórzyła zaproszenie, dodając, że przyjmuje w piątki.
Andrzej, jadąc do hotelu, myślał o nowym etapie życia, o
wielkomiejskim rozwoju Warszawy i o skośnych zielonych oczach.