Ostatnia magiczna apteka - Bita Behzadi

Reflow text when sidebars are open.
26 października 1905 roku
Drogi Panie Sztuka podtrzymywania widzeń George'a Clarke'a,
w podziękowaniu za łaskawe uwolnienie zakładniczki chętnie podzielę się swoim doświadczeniem z wróżeniem. Nie wiem, czy te rady okażą się przydatne; niestety moja magiczna intuicja pozostawia wiele do życzenia.
Według wszystkich podręczników najpierw należy oczyścić umysł, a następnie rzucić zaklęcie z intencją, by magia wskazała Ci drogę do tego, czego szukasz. Sama uważam, że to zbyt abstrakcyjne. Nigdy nie pozwalam, by magia mną kierowała - jest dla mnie czymś, co chcę eksplorować. Każde wróżenie zaczynam od konkretnego pytania, a zaklęcie traktuję jak odpowiedź.
Kiedyś próbowałam wywróżyć, gdzie znajdował się kot mojej młodszej siostry. Przystąpiłam do zaklęcia z pytaniem, co robił dokładnie w tamtej chwili. Zaraz potem pojawił się w moim lustrze i otrzymałam odpowiedź: słodko sobie drzemał. Żeby podtrzymać wizję, trzeba stale skupiać myśli na przedmiocie wróżby, dlatego zadawałam kolejne pytania. Czy jest zadowolony? Może coś mu się śni? Kiedy się obudzi?
Wizja trwała, dopóki potrafiłam wymyślać nowe pytania; mogłam ją podtrzymać nawet wtedy, gdy nie otrzymywałam odpowiedzi. Przyglądałam się śpiącemu kotu przez bite trzy minuty, pogrążona w niezliczonych pytaniach, aż nagle uświadomiłam sobie, że przecież nie mógł odpowiedzieć niemal na żadne z nich. Był kotem. Mimo to odkryłam użyteczną technikę.
Ja także mam prośbę. Sama również nie przetrzymałam książki o alchemii metali przez opieszałość, tylko dlatego, że pracuję nad parą zaczarowanych okularów. Znalazłam już potrzebne runy i ułożyłam je w zaklęcie.
Niestety te runy najlepiej sprawdzają się na metalowym nośniku, a zaklęcie musi utrzymać się na szkle. W pewnym sensie na tym polega każde nasycanie przedmiotu magią - zaklęcie zostaje związane z nośnikiem, a potem działa poprzez osobę albo rzecz, która z niego korzysta. Nie wiem tylko, jak przekonać metal, że w tym przypadku to szkło ma dzierżyć zaklęcie.
Pewnie za bardzo to komplikuję. Skoro sam planujesz zgłębiać alchemię metali, może zdołasz mi pomóc. Jeśli zechcesz odpowiedzieć na mój list, niżej zostawiam adres swojej skrzynki pocztowej.
Twoja przyjaciółka
Panna Historia alchemii metali Felixa Davisa
Josephine Pinova
14 marca 1906 roku
Choć jej siostra widziała przyszłość, Josephine Pinova niespecjalnie wierzyła w moc przeznaczenia. Miejsce w schludnym rządku maszynistek firmy ubezpieczeniowej Hendrickson wywalczyła sobie nie bez trudu, ale za to z godną podziwu determinacją.
- Jest pani zwolniona.
Te słowa wyrwały Josie z transu przepisywania. Wbiła zdumione spojrzenie w przełożonego stojącego po drugiej stronie biurka. Dotąd mogła pozwolić myślom błądzić; zaczarowane okulary czuwały nad tekstem i przy każdej pomyłce znaczyły stronę czerwoną smugą.
- Słucham?
- Jest pani zwolniona - powtórzył mężczyzna i niezdarnie położył kremową kopertę na jej dłoniach, wciąż zawieszonych nad klawiszami. - Ze skutkiem natychmiastowym. To pani ostatnia wypłata.
Żadna z kobiet siedzących obok nie zatrzymała ani nawet nie zwolniła rozpędzonych palców; maszynistki może i były wścibskie, ale wielozadaniowość miały opanowaną do perfekcji. Josie sama nigdy wcześniej nie była świadkiem podobnej sytuacji, lecz pracowała w firmie od niedawna. Może takie sceny zdarzały się tu każdego dnia. Albo jej zwolnienie wcale nie było zaskoczeniem.
Gorący rumieniec oblał jej policzki, a piegowata brązowa skóra przybrała odcień miedzianych włosów. Był środek tygodnia. Środek dnia. Środek biura.
Gabinety kierownictwa otaczały dużą otwartą przestrzeń niczym klatka. Samotne okno dało się uchylić zaledwie na kilka centymetrów; maszynistki nie mogły opuszczać pomieszczenia podczas przerw - zamiast odetchnąć świeżym powietrzem, tkwiły pod sztucznym światłem jarzeniówek.
Nie dość, że panowała tu nieznośna atmosfera, to jeszcze wszyscy prócz Josie tłumili swoją moc osłoną magicznego zmysłu, co odbierało światu resztki wyrazu.
Nawet w dobre dni Josie wracała do domu z obolałymi nadgarstkami, migreną od nieustającej kakofonii terkotu klawiszy i przesiąknięta zatęchłym zapachem papierosów. Gdyby przyjechała do Tressport, żeby zostać maszynistką na stałe, pewnie wpadłaby w depresję. Każde podpisanie karty pracy było jednak niczym kolejna wpłata na jej konto i krzyżyk w kalendarzu, w którym odliczała czas do czegoś więcej. Za rok miała uwolnić się z tego miejsca.
- Nie może mnie pan zwolnić.
Mężczyzna - nawet nie wiedziała, jak się nazywa - nie przejawiał żadnych oznak współczucia ani pogardy. Podrapał się po resztkach siwych włosów za uchem i mówił dalej tonem wypranym z emocji:
- Pani wyniki nie spełniają oczekiwań firmy Hendrickson. Dziękujemy za dotychczasową współpracę i życzymy szczęścia na dalszej drodze.
Gdy wycofał się między rzędami biurek, Josie ogarnął strach. Zerwała się na równe nogi, upuszczając kopertę z odprawą na ziemię. Przeskoczyła ją i ruszyła za mężczyzną.
Nie po raz pierwszy ktoś mówił Josie "nie", ale ona nigdy nie składała broni tak łatwo.
- Logistycznie rzecz ujmując, wiem, że jestem nową pracownicą, więc w czasie redukcji etatów byłabym pierwsza w kolejce do...
- Firma ma się dobrze.
- ...zwolnienia. Ale zrobiłam duże postępy. Nie znajdzie pan równie zaangażowanej maszynistki - oznajmiła, siląc się na uśmiech.
Mężczyzna nawet nie zwolnił kroku ani nie zaszczycił jej spojrzeniem. Pozostałe kobiety chrząkały z dezaprobatą, gdy Josie lawirowała między biurkami, próbując za nim nadążyć.
- Oczywiście bardzo nam przykro. - Zerknął na srebrny zegarek kieszonkowy. Byli już prawie przy końcu wąskiej alejki.
W desperacji Josie gorączkowo postukała palcami w krawędź okularów bez oprawek.
- Mam do zaoferowania o wiele więcej niż pisanie na maszynie. Proszę spojrzeć, sama je zaczarowałam.
Magiczny przedmiot mógł przyciągnąć jego uwagę. To, że stworzyła go kobieta, z pewnością kazałoby mu zwątpić w jego wartość, ale gdyby zdołała dowieść, że okulary mają praktyczne zastosowanie, musiałby uznać jego znaczenie, a wraz z nim także jej własne. W biurach magia uchodziła za anomalię, a nawet niebezpieczeństwo; rzecz w tym, że żaden kierownik nie przejdzie obojętnie obok niezawodnego, bezpiecznego i starannie skonstruowanego zaklęcia, które mogłoby przyczynić się do zwiększenia wydajności pracowników.
Mężczyzna wciąż patrzył przed siebie, ale równie dobrze mógł jej słuchać; nie dało się tego stwierdzić. Jego osłona miała postać pierścienia zaczepionego o łańcuszek zegarka - była prosta i nie rzucała się w oczy. Większość mieszkańców Tressport nosiła ją, by zaoszczędzić sobie żmudnej nauki panowania nad chaotycznym śladem własnej magii, przez co Josie nie mogła odczytywać ich nastrojów.
Josie stworzyła własny układ osłon i ukryła go na mosiężnej bransolecie pod rękawem - w miejscu typowym dla kogoś, kto nosił ich więcej niż przeciętnie. Jej kuzyn, mistrz osłon, wyrył na niej wszelkie możliwe zabezpieczenia oprócz osłony magicznego zmysłu, ponieważ to uniemożliwiłoby jej rzucanie zaklęć. Jednak nawet bez tego jej z natury słaby magiczny zmysł na niewiele się zdawał, skoro wszyscy wokół skrywali własne ślady magii.
Przez chwilę rozważała zdjęcie okularów i szybką prezentację, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Były to szkła korekcyjne.
- Zaznaczają każdą literówkę w tekście. Dzięki nim mogę przepisywać dokumenty bezbłędnie.
Mijając kolejne biurko, kątem oka dostrzegła czerwony błysk i odruchowo odwróciła głowę.
- Widzi pan? - Wskazała kartkę, podczas gdy maszynistka zawzięcie bębniła palcami w klawisze. - Napisała "co najmniej" osobno.
Na te słowa kierownik zatrzymał się w miejscu, a stukot klawiszy ustał. Maszynistka wbiła czujne spojrzenie w linijki tekstu. Mlaskała gumą tak donośnie, że w niewyjaśniony sposób zagłuszała stukot pozostałych maszyn. Gdy uniosła spojrzenie na Josie, na jej twarzy malował się niemal przepraszający wyraz.
- "Co najmniej" pisze się osobno. Zgubiłam "i".
Uszy Josie zapłonęły. Za plecami usłyszała chichot, lecz nie zamierzała się wycofać. Wydukała więc pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy:
- Ukończyłam językoznawstwo.
- Gratuluję. - Dotąd obojętna twarz mężczyzny wykrzywiła się w pogardliwym uśmiechu. - To znaczy, że potrafi pani prawidłowo napisać to słowo?
Zacisnęła usta w cienką linię, po czym rzuciła cierpko:
- Biorąc pod uwagę moje umiejętności, sprawdziłabym się lepiej w innym dziale. Może sprzedaż lub analiza umów?
- Proszę pani. - Kierownik zdołał przecisnąć się przez ostatni rząd biurek i ruszył w stronę swojego gabinetu, poprawiając marynarkę. - Nie ma dla pani miejsca w naszej firmie.
- Ale...
- Panno... - wycedził. Na jego wciąż opanowanej twarzy malowało się rosnące napięcie. Nawet nie zadał sobie trudu, by zapamiętać jej imię; jej zwolnienie było dla niego aż tak błahe. - Pani sposób bycia zawsze był dość ostentacyjny, a teraz zakłóca pani porządek. Jeśli nie opuści pani budynku, będę zmuszony poprosić, żeby panią wyprowadzono.
Oczy Josie zrobiły się wielkie jak spodki, słowa zaś uwięzły jej w gardle.
Kraciasta bluzka z kołnierzykiem i mahoniowa spódnica wcale nie były krzykliwe, podobnie jak bordowy odcień zadbanych paznokci. Gdy omiotła wzrokiem długie rzędy maszynistek w beżowych spódnicach - bladych i uparcie unikających jej spojrzenia - nie mogła jednak zaprzeczyć, że wyróżniała się z tłumu.
- Rozumiem. - Jej ochrypły głos był pełen żalu.
Mężczyzna przewrócił oczami i zamknął za sobą drzwi, mamrocząc coś pod nosem.
Kierując się do byłego stanowiska pracy, Josie w myślach układała cięte riposty. Wciąż tliła się w niej nadzieja, że tę pracę da się jeszcze uratować. Wszystko sprowadzało się do negocjacji. Mogłaby dostosować się do tego miejsca - wystarczyłaby szczypta czaru iluzji, biurowe ciuchy i dobrze przygotowana przemowa, wygłoszona rzeczowym tonem.
Przy biurku odkryła, że koperta z jej nędzną wypłatą zniknęła.
Omiotła spojrzeniem inne maszynistki z kwaśnym posmakiem na języku; wszystkie sprawiały wrażenie zbyt pochłoniętych swoją pracą, by zwrócić na nią uwagę.
- Kto zabrał moją kopertę? - Nie zdołała powstrzymać drżenia w głosie. Odpowiedział jej głuchy terkot dziesiątek maszyn do pisania.
Kobieta, która siedziała po jej prawej stronie, rzuciła Josie współczujące spojrzenie. Gdyby nie chodziło o jej być albo nie być w biurze, pewnie wyznałaby prawdę. Josie posłała sąsiadce ledwie dostrzegalny wdzięczny uśmiech i mrugnęła porozumiewawczo.
Rozejrzała się i wymamrotała zaklęcie śledzące. Nie było potrzeby wymawiać go na głos, ale miała nadzieję przestraszyć złodziejkę. Czar należał do wyjątkowo złożonych form magii syntaktycznej, których zwykle uczono się pod okiem instruktora. Josie nie było stać na prywatne lekcje, więc opanowała go sama pięć lat wcześniej; zdołała ustalić, która z dwóch sióstr wciąż przetrzymywała jej spinkę do włosów. Większość zaklęć śledzących wymagała konkretnych szczegółów, ale ten czar tworzył więź między rzucającym a wszystkimi jego rzeczami znajdującymi się w pobliżu.
Te pieniądze należały do niej.
Kremowa koperta tkwiła pod maszyną do pisania w rzędzie przed Josie, trzy miejsca na lewo od niej. Przy biurku siedziała blondynka w dopasowanej musztardowej sukience z bufiastymi rękawkami. Według standardów ich kierownika strój zapewne nie był przesadnie krzykliwy, ale zdecydowanie wpisywał się w najnowszą modę. Josie nie zamierzała pozwolić, żeby jej ostatnia wypłata przepadła na podobną jarmarczną okropność.
Gdy tylko niewidzialna więź połączyła ją z kopertą, Josie mocno za nią pociągnęła. Siła zaklęcia wyrwała maszynę spod palców blondynki i zrzuciła ją na podłogę.
Kobieta odwróciła się gwałtownie do Josie, łypiąc na nią wściekle; na więcej nie mogła sobie pozwolić, skoro przyłapano ją na gorącym uczynku. Ćwiartowała Josie spojrzeniem, aż w końcu, ciężko dysząc, zdołała wydusić z siebie jedno słowo, które wypluła jak obelgę:
- Wiedźma.
- Zgadza się. - Josie wzruszyła ramionami ze zrezygnowaniem, chociaż musiała przyznać, że poczuła się nieco lepiej.
Nie była pewna, czy z prawnego punktu widzenia odpowiada za uszkodzenie maszyny do pisania - technicznie rzecz biorąc, nie rzuciła na nią żadnego zaklęcia. Magia w przestrzeni biurowej budziła coraz większy niepokój i wielu uznałoby jej czar za większe przewinienie niż kradzież, której dopuściła się blondynka. Tak czy inaczej, nie zamierzała zostawać tam na tyle długo, żeby to sprawdzić.
Pracowała w ubezpieczalni Hendrickson zaledwie pięć miesięcy, więc cały jej dobytek zmieścił się w torebce. W jednej chwili obrzucała blondynę drwiącym spojrzeniem, napawając się jedynym zwycięstwem tego dnia, a w drugiej rozkoszowała się południowym słońcem, którego tak bardzo brakowało jej w pracy.
Zimy w Tressport bywały dokuczliwe, ale na ulicach miasta dało się odczuć wiosnę. Było na tyle ciepło, że mogła obyć się bez rękawiczek.
Utwardzoną drogą mijały ją powozy konne; co jakiś czas między nimi przemykał tramwaj linowy lub automobil. Josie postanowiła się przespacerować, chociażby po to, by nacieszyć się słodko-gorzką wolnością.
Nieśpiesznie krążyła po centrum miasta, odkładając w myślach nieuniknioną rozmowę z siostrą, która z pewnością czekała w domu. Bez wątpienia będzie namawiać ją, aby jak najszybciej napisała list do matki, a Josie z westchnieniem spróbuje taktownie się z tego wykręcić. Utrata pracy była wystarczająco przygnębiająca; nie potrzebowała docinków matki i jej narzekania na miasto.
Zamiast się zadręczać, pomyślała o drugim liście - tym, który z przyjemnością wyśle i który ogrzewał kieszeń jej spódnicy. Niedaleko stała skrzynka pocztowa, otoczona wysokimi kamienicami z trójdzielnymi oknami. Elewacje miały różne wykończenia: terakotowe, wapienne i ceglane. Misternie dopracowane detale nadawały każdej fasadzie niepowtarzalny charakter, ale z odległości ulica zachowywała spójny, imponujący styl, odmienny od skromnych ceglanych budynków ciągnących się wzdłuż głównej ulicy miasta, w którym się wychowała.
List czekał w jej kieszeni od rana. Josie powinna go otworzyć i dopisać fragment o przełomowym wydarzeniu, które wywróciło jej życie do góry nogami zaledwie kilka godzin po tym, jak zakleiła kopertę. Nie potrafiła jednak znieść myśli, że zawiedzie kogoś, kogo zdanie liczyło się dla niej najbardziej.
Zawahała się jeszcze na moment, po czym podeszła do rdzawobrązowej skrzynki pocztowej i wrzuciła kopertę.
Aufidius Reid
22 marca 1906 roku
Aufidius Reid rozpoczynał każdy dzień od sprawdzenia poczty; tego ranka przerzucał rachunki, wypatrując dwóch szczególnych listów. Jeden miał przyjść z Uniwersytetu w Tressport, drugi od panny Davis. Odpowiedzi z uczelni wciąż nie było, ale kwadratowa koperta ze znajomym pismem od razu wpadła mu w oko.
Reid wbiegł z parteru, gdzie zostawiano pocztę, do swojego mieszkania na trzecim piętrze, otworzył drzwi i rzucił garść kopert na kuchenny stół, prosto na rosnącą stertę zaległych rachunków. Już miał pognać z powrotem, gdy w progu stanął jeden z jego współlokatorów.
Śpieszyło mu się, więc uprzejmości odłożył na bok.
- Byłeś na wyścigach czy z jakąś kobietą? - Reid zagrodził Felipemu przejście, czekając, aż ten odpowie.
W dzieciństwie często brano ich za rodzeństwo; mieli podobną śniadą cerę i kręcone czarne włosy. Z czasem różnice między nimi stały się wyraźniejsze, zwłaszcza odkąd Reid przerósł Felipego o głowę. On z kolei był lepiej zbudowany i zwinniejszy, jednak to Reid miał przewagę dzięki magii. Felipe Delago stawiał więc na to, w czym był najlepszy - ratował się dobrą gadką.
- W zasadzie to jedno i drugie - odparł bez cienia skrępowania i uśmiechnął się figlarnie.
Ubrania Felipego, brązowa koszula i czarne spodnie, nie były ani poplamione, ani podarte, ale wystarczająco pogniecione, by zdradzić, że ma za sobą noc pełną wrażeń.
- Wiem, wiem, nie wróciłem na noc, nie wkurzaj się. Jestem wyspany, daję słowo.
Reid spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
- Powinieneś już być w pracy.
Felipe i ich trzeci współlokator Sam zaczynali pracę w fabryce jeszcze przed wschodem słońca. Reid zwykle budził się akurat wtedy, gdy wychodzili.
- Mam nową pracę. Sprzedaję lampy w tym sklepie przy Olive. Zaczynam o rozsądnej godzinie, więc jeszcze nie jestem spóźniony, ale muszę się przygotować. - Gestem ręki wskazał wnętrze mieszkania. - Mogę?
Reid nawet nie drgnął. Przeciwnie, wydawało się, że zajmuje jeszcze więcej miejsca w drzwiach, łypiąc na Felipego z ponurą miną. Jeśli ktoś potrzebował nowej pracy, z pewnością był to Sam. Kilka lat temu doznał urazu kolana podczas obróbki metalu i od tamtej pory było tylko gorzej. Przez ostatnie tygodnie Reid pomagał mu ubiegać się o inne posady, ale bez skutku.
- Lampy? A co było nie tak z fabryką Yukko?
- Czy ty siebie słyszysz? - Felipe parsknął. - Skoro sądzisz, że zakład wyrobów gumowych Yukko to takie świetne miejsce, możesz śmiało zająć moje stanowisko przy taśmie.
Felipe najwyraźniej liczył, że żart rozładuje napięcie, ale się mylił. Zmarszczka na czole Reida tylko się pogłębiła.
- Dlaczego wcześniej nie wspomniałeś o zmianie pracy?
Przez lata przyjaźni Felipe nauczył się znosić nieustępliwość Reida z uśmiechem, ale tego ranka zmęczenie zaczęło brać nad nim górę.
- Najpierw chciałem się upewnić, że tego nie schrzanię, a właśnie tak będzie, jeśli się spóźnię. To mój jedyny kłopot. Nadal wszystko ze mną w porządku, Reid, a gdyby tak nie było, powiedziałbym ci.
Reid powoli się wycofał. Dawno temu, kiedy byli jeszcze dziećmi, on i Felipe nie mieli nic do stracenia poza sobą nawzajem. Polegali na sobie w najróżniejszych trudnych chwilach, byle tylko utrzymać się na powierzchni. Od tamtego czasu minęło wiele lat i choć znów mieszkali pod jednym dachem, ząb czasu nadszarpnął ich wzajemne zaufanie. Mimo to Reid wiedział, że choć przyjaciel miał skłonność do koloryzowania, nigdy by go nie okłamał.
- Och, jeszcze jedno. - Felipe wyciągnął szyję, odsłaniając malinkę. - Nie miałbyś nic przeciwko?
- Miałbym - odparł Reid bez cienia uśmiechu, po czym uszczypnął Felipego w podrażnione miejsce. Współlokator syknął z bólu.
Zdolności magiczne Reida bywały kapryśne, ale ten czar uzdrawiający był tak prosty, że nie wymagał nawet skupienia; wystarczyła myśl, by ślad zniknął.
Gdy tylko Reid go puścił, Felipe potarł szyję. Dzięki magii po siniaku nie zostało już nawet śladu.
- Czy to było konieczne?
- Nie. - Reid powstrzymał uśmiech i odsunął się na bok.
- Bardzo śmieszne. - Jak wszyscy ludzie Felipe dysponował pewną magią i jak większość z nich wcale nie miał ochoty uczyć się jej kontrolować. Zamiast tego wolał tłumić ją osłoną zmysłu magicznego, wygrawerowaną na zawieszce, którą nosił na złotym łańcuszku schowanym pod koszulą. - Kolejny list od tajemniczej wielbicielki?
Reid wcale nie zamierzał mówić mu o tych listach. Dawniej wychodzili razem, choć Felipe najczęściej chadzał własnymi ścieżkami. Reid nie miał jego uroku ani gadki, ale nadrabiał wzrostem, gdy przychodziło do szukania towarzystwa na noc.
Kiedy listy zaczęły napływać, Felipe szybko wydedukował, że określony kształt koperty działa na Reida kojąco. Jego uwadze nie uszło również to, że częstsze spacery do skrzynki pocztowej wpłynęły na rzadsze nocne wypady.
- Oboje piszemy listy, więc nie jest tajemniczą wielbicielką. - Reid starał się zabrzmieć stanowczo, mimo że uszy płonęły mu ze wstydu.
- To zdecydowanie tajemnicza wielbicielka, jeśli nie wiesz, kim jest - odciął się Felipe.
- Może tego nie wiem, ale znam ją, a ona zna mnie - odparł śmiertelnie poważnie.
Powątpiewający wzrok Felipego mówił więcej niż słowa, jednak Reid nie miał teraz czasu go przekonywać. List ciążył mu w dłoni, a wiedział, że im szybciej wyjdzie, tym szybciej będzie mógł go przeczytać.
- Nie tylko ty śpieszysz się do pracy. - Wyjął z kieszeni klucz do mieszkania. Ryzyko zwolnienia może i było w jego przypadku mniejsze niż u Felipego, ale spóźnienie wciąż wydawało mu się czymś nie do przyjęcia. Jego szef z każdym dniem coraz oszczędniej okazywał wyrozumiałość. - Powodzenia. Widzimy się wieczorem - powiedział, co zabrzmiało bardziej jak rozkaz niż pożegnanie.
Na zewnątrz Reid ruszył przed siebie szybkim krokiem, wdychając rześkie poranne powietrze. Wykazał się godną podziwu samokontrolą, nie rozdzierając koperty na środku ulicy. Panna Davis z pewnością nie miałaby mu za złe, gdyby zatrzymał się nad rzeką Tress i przeczytał jej list przy akompaniamencie szumu wody i gwaru budzącego się miasta. Znajdował się w dzielnicy przemysłowej, z dala od gazeciarzy wykrzykujących poranne wiadomości i woni świeżego chleba wydobywającej się z piekarni. Choć wokół nie było nikogo, jedynie betonowe chodniki i pióropusze dymu nad kominami rafinerii, list nadal wydawał mu się zbyt intymny, by czytać go na oczach miasta. Marzył już tylko o zaciszu zaplecza apteki, gdzie mógłby w spokoju zapoznać się z jego treścią. Marzenie prysło, gdy skręcił za róg i zobaczył czerwone smugi farby szpecące budynek.
Apteka w Tressport odbijała bezkresny, spokojny błękit jeziora Kechineppi i mimo obecnego stanu wciąż lśniła w porannym słońcu. Front przypominał szklarnię; zaprojektowano go tak, by pnącza wspinające się po ścianach miały pod dostatkiem światła. Od strony ulicy pięła się szeroka szklana fasada - u góry przechodziła w półeliptyczną kopułę i kończyła się dopiero przy tylnej ścianie lokalu. Teraz jednak szkło przecinały uporczywe jaskrawoczerwone smugi, a pracujący w aptece praktykant stał już na zewnątrz i bez powodzenia próbował je zmyć.
- Dzień dobry - przywitał się ponuro Willie, odgarniając z czoła niesforny kosmyk miodowych włosów. Zbyt długie pasma już zaczęły się zawijać przy uszach. Willie niedługo miał skończyć siedemnaście lat, a kiedy to nastąpi, Reid wyśle go siłą do fryzjera. W aptece obowiązywały pewne standardy profesjonalizmu; sam pilnował ich, odkąd skończył trzynaście lat.
- Długo już z tym walczysz? - Ruchem głowy wskazał wiaderko wypełnione mydlinami. Wielka plama pokrywająca front sklepu była ledwie tknięta. Wandale dawno przestali ich zaskakiwać; teraz działali aptekarzom na nerwy. Ostatnim razem próbowali się włamać, ale nie wiedzieli, że szklana fasada została magicznie wzmocniona. Najnowszy wyczyn okazał się skutecznym utrapieniem.
- Od jakiejś godziny - odparł Willie, przygryzając dolną wargę. Po wyprowadzce Reida zamieszkał w kwaterze praktykanta w piwnicy apteki. - Zauważyłem to dopiero po porannym obchodzie szklarni. Myślałem, że dam radę to zmyć, zanim wstanie pan Goranov, ale...
Reid jęknął.
- Nie powiedziałeś mu?
- Nie sądziłem, że to zajmie tyle czasu!
- Bo nie powinno. - Reid dotknął wyschniętej farby. Pierścień aptekarza, świadectwo jego rangi, zalśnił na środkowym palcu, zwracając uwagę na osłabioną dłoń. Dwa ostatnie palce nie zaciskały się tak pewnie jak pozostałe przez polio przebyte w dzieciństwie. Ostrożnie wytężył magiczny zmysł; czerwone smugi emanowały nienaturalnym drżeniem. - Ci obłudni dranie wykorzystali magię. - Otarł dłonie, jakby chciał pozbyć się resztek zaklęcia. - Pewnie uznali, że złamanie własnych zasad jest warte uprzykrzenia nam życia.
Reid był pewien, że to sprawka Ligi Obrony Pracowników. Od Wielkiego Pożaru Wollswurth z 1902 roku prowadziła zawziętą kampanię na rzecz odseparowania magii od rozwijającej się dzielnicy przemysłowej miasta. Aptekę zbudowano na naturalnym skupisku magii, a więc stała tu na długo przed surowymi, przytłaczającymi fabrykami, które teraz otaczały ją z obu stron. Według członków LOP-u stanowiła zagrożenie dla nowych sąsiadów. Reid pracował w niej od trzynastego roku życia. Zaczynał jako praktykant, a w wieku dwudziestu pięciu lat został aptekarzem. Dopiero ostatnie cztery lata sprawiły, że musiał znosić protestujących, włóczęgów, złodziei, wandali i inne utrapienia. Za każdym razem okazywało się, że za wszystkim stała Liga.
Willie wpatrywał się z przerażeniem w poplamione szyby, na jego twarzy pojawił się wyraz przygnębienia.
- Czyli... nie da się zmyć tej farby?
- No cóż, skupisko magii pod apteką tylko pogarsza sprawę. - Reid westchnął. - Ta sama moc, która potęgowała działanie eliksirów i odżywiała rośliny, robiła to samo dla czarów zaklętych w farbie.
Willie żuł dolną wargę.
- Co powiemy panu Goranovowi, kiedy zejdzie otworzyć aptekę?
- Ty - podkreślił Reid, wbijając spojrzenie w praktykanta - ty pójdziesz mu o wszystkim powiedzieć, teraz, tak jak powinieneś był to zrobić godzinę temu. Później poinformujesz go, że ja się tym zajmę. Jestem pewien, że poradzę sobie z tym zaklęciem.
Willie szybko stłumił wyraz ulgi, który rozlał się na jego twarzy, skinął głową i wbiegł do apteki, a potem po schodach do mieszkania pana Goranova na piętrze. Składniki do przeciwzaklęcia Reid znalazłby na aptecznych półkach, ale wykorzystał moment spokoju, by zajrzeć na zaplecze i wyciągnąć list, który od rana domagał się jego uwagi.
Małe pomieszczenie oświetlały samotna żarówka zwisająca z sufitu oraz mosiężna lampa ustawiona przy stanowisku do mieszania i destylacji. Liczne półki zastawione aptecznymi zapasami rzucały na ściany dziwaczne cienie. Wśród zakurzonych słoików z proszkami leczniczymi i ziołami Reid otworzył kopertę drobnym muśnięciem magii.
Przeczytał list dwa razy, ale jego radość nie trwała długo.
- Co ty tu robisz?
Oślepiony światłem wpadającym na zaplecze przez otwarte drzwi, Reid zamknął oczy, choć nie miał wątpliwości, do kogo należał ten głos. Wiedział, że próba okłamania właściciela apteki byłaby czystą głupotą, ale odpowiedź uwięzła mu w gardle.
Gdy jego wzrok przyzwyczaił się do światła, Reid dostrzegł grymas pana Goranova.
- Muszę porozmawiać z tobą i Williamem.
***
Delikatne promienie porannego światła sączyły się przez wielkie plamy farby i gładziły liście roślin ustawionych przy witrynie. Te, które pozostały w cieniu i bez opieki, szumiały z cichym zawodem. Apteka miała własną szklarnię z żywymi składnikami, ale niektóre gatunki lepiej rozwijały się wśród ludzi, dlatego porozstawiano je po całym pomieszczeniu - między półkami z eliksirami, balsamami i sproszkowanymi składnikami.
Reid i Willie stali przy bujnej paproci ustawionej obok kasy. Roślina widocznie lubiła dźwięk dzwonka przywołującego obsługę; rosła krzywo, z pnączami wyciągniętymi w jego stronę jak do uścisku.
- Tak dłużej być nie może - oznajmił pan Goranov, przechadzając się w tę i z powrotem jak niezdecydowany klient.
Jego białe włosy w ostatnich latach przerzedziły się do tego stopnia, że nie mógł już zaczesywać ich do tyłu żelem; zamiast tego nosił krótką, chaotyczną fryzurę. Nie zmieniły się za to jego garnitury, które zawsze przyciągały spojrzenia - dzisiejszy komplet w odcieniu królewskiego fioletu dopełniała lawendowa poszetka.
Mężczyzna spojrzał na Reida, jakby spodziewał się, że ten ma coś do dodania, ale jego aptekarz milczał. Pan Goranov w zamyśleniu bawił się pierścieniem na środkowym palcu. Tradycja nakazywała nosić go na prawej dłoni, lecz on uparł się zakładać go na lewą, tuż obok obrączki.
- Sama sprzedaż naszych specyfików to za mało. Odkąd ostatni uzdrowiciel z sąsiedztwa zamknął praktykę, nikt już nie odsyła do nas klientów. Do tego te akty wandalizmu. - Machnął ręką w stronę okna. - Ludzie coraz mniej ufają dawnym metodom leczenia. Świat szybko się zmienia, a my musimy za nim nadążyć.
"Dawne metody leczenia" były grzecznościowym określeniem dziedzin magii pomniejszych: uzdrawiania, osłonnictwa, aptekarstwa oraz innych tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie przez terminowanie u doświadczonych praktyków. Coraz więcej ludzi uznawało, że magia jest z natury zbyt nieprzewidywalna, by mogła istnieć w społeczeństwie przemysłowym. Apteka dostosowała się do sytuacji, realizując ograniczoną liczbę zamówień na medykamenty, co było możliwe wyłącznie dzięki uprawnieniom farmaceutycznym Reida.
Ukończył trwające dwa lata studia; w przerwach między zajęciami doglądał apteki, a do egzaminów uczył się między obsługiwaniem kolejnych klientów. Sama nauka nie sprawiła mu większych problemów, dyplom farmaceuty zdobył jednak wyłącznie dla dobra apteki. Chciał wrócić do szkoły, ale jeśli miał to zrobić, zamierzał zająć się wyłącznie czymś, co naprawdę go interesowało.
- Ale jak, proszę pana? - Willie nie przestawał bawić się włosami. Reid był pewien, że praktykant wolałby stracić pracę, niż chodzić po mieście i pozyskiwać klientów.
- Skontaktowałem się z dawnym znajomym, dziennikarzem - odparł pan Goranov. - Przyjdzie tu jutro i zada nam kilka pytań. Oczekuję, że oboje pokażecie się od jak najlepszej strony.
Willie i Reid wymienili spojrzenia. Właściciel apteki zwracał się do nich jak do odmieńców, choć Reid był prawie dziesięć lat starszy od Williego, a do tego oboje stronili od problemów. "Najlepsza strona" była jednak pojęciem względnym. Podczas zmiany na kasie żaden z nich nie uśmiechał się zbyt często, a przy obsłudze klientów to byłoby wskazane.
- O czym... Właściwie o czym będzie ten artykuł? - zapytał Reid.
- Jesteśmy ostatnią taką apteką w Tressport - odparł pan Goranov, nie mogąc się powstrzymać od dumnego wypięcia piersi. Jego rodzina założyła pierwszą aptekę w mieście, nad wodą, w dawnej dzielnicy magii, dziś już niemal pozbawionej dawnego charakteru. - Nigdy nie postrzegałem innych aptekarzy jako konkurencji, ale cóż, to my przetrwaliśmy.
- A co z... uniwersytetem? - zapytał Willie.
- Co z nim? - Twarz pana Goranova spochmurniała. Utrzymywał kilka kontaktów ze środowiskiem akademickim, ale mimo przyjaźni z paroma profesorami rzadko miał o nim coś dobrego do powiedzenia.
- Też mają żywą aptekę, prawda? - zauważył Willie, lecz kiedy dostrzegł skwaszoną minę pana Goranova, od razu spróbował naprawić swój błąd. - Oczywiście nie chciałem pana obrazić. Po prostu... jeśli dziennikarz zapyta, to co mamy powiedzieć?
"Możesz mu powiedzieć, że w aptece uniwersyteckiej studenci nie spędzą następnych trzech godzin na zmywaniu farby z okien", pomyślał Reid, jednak się nie odezwał. Uniwersytety zyskały w oczach ludzi pewną prawomocność. Uporządkowane środowisko akademickie uznano za właściwy krok w rozwoju magii, podczas gdy dawne metody odchodziły w zapomnienie. Liga Obrony Pracowników nigdy nie brała sobie za cel uniwersytetów - ustabilizowanych placówek pod kontrolą, całkowicie odseparowanych od zmiennego środowiska, z którego się wywodziły.
Oczywiście nikt nie przejmował się tym, że pod ich nosami akademicy tworzyli nową dyscyplinę naukową, dążąc do fuzji magii i przemysłu. Podobne badania korzystały z ochrony, jaką dawał uczelniom ich przemysłowy charakter. Reid znał jednego z naukowców zajmującego się tym nurtem: Charles Cavendish-Porter nigdy nie wspominał, by LOP domagała się od niego porzucenia pracy nad alchemią metali.
- Powiedzmy, że nie będziecie odpowiadać na pytania, na które nie znacie odpowiedzi. - Pan Goranov pokręcił głową. - A jeśli według ciebie apteka uniwersytecka dorównuje naszej, możesz odbyć w niej resztę stażu.
Willie w zdumieniu zmarszczył brwi. Choć bardzo cenił swoją posadę, zbyt często mówił coś nierozważnego. Dostał się na staż dzięki smykałce do chemii, wyczuciu magii i - co najważniejsze - podręcznikowemu usposobieniu: był nienagannie uprzejmy, ale rozmowę z klientem potrafił doprowadzić najwyżej do podania należności.
- Jest jedna różnica. - Willie wbił wzrok w punkt na ścianie ponad ramieniem przełożonego. - Jeśli dziennikarz o to zapyta, powiem mu, że obie placówki pod względem działania są takie same, ale w aptece uniwersyteckiej pracują studenci oraz pracownicy z formalnym wykształceniem i dyplomami, zgadza się?
Reid zmusił się do powstrzymania uśmiechu. Kiedy był jeszcze dzieciakiem, sam nie raz miał ochotę wbić szpilę staremu Goranovowi, ale nigdy nie miał takiej swobody, na jaką właściciel pozwalał Williemu.
- Powiesz panu Cunninghamowi, że apteki istniały jeszcze przed uniwersytetami, które teraz mogą się rozwijać dzięki naszej historii. - Już miał pomasować skronie, ale w porę się powstrzymał. - Jesteś częścią dumnej tradycji, Williamie. Lepiej dobrze ją reprezentuj.
Reid przekrzywił głowę w kierunku stażysty we współczującym geście.
- Rzecz w tym, że naprawdę niewiele nas różni. Ludzie żyją w błędnym przekonaniu, że skoro tylko na uniwersytecie można zgłębiać wyższe dziedziny magii, tam muszą lepiej rozumieć nauki aptekarskie. Tymczasem nasze medykamenty w niczym nie ustępują ich wyrobom. Dostarczaliśmy na uniwersytet trudno dostępne składniki; to nasi klienci. Może i prowadzą badania, którymi sami nie możemy się pochwalić, ale publikują swoje odkrycia, a my z nich korzystamy.
Reid uważnie obserwował reakcje starszego aptekarza. Wszystko, co powiedział, było prawdą, a jednak pan Goranov nie miał najmniejszej ochoty ustąpić ani jemu, ani uniwersytetom. Reid przywykł do jego chłodu i uszczypliwości, ale od śmierci żony właściciel apteki z roku na rok stawał się coraz bardziej oschły.
Odległy gong starego zegara obwieścił godzinę otwarcia apteki. Pan Goranov unikał wzroku Reida.
- Pod koniec każdego miesiąca otwieram tuziny listów z zapytaniem o wykup mojej apteki... Ten interes należy do mojej rodziny od czterech pokoleń. - Machnął w powietrzu czterema palcami dla podkreślenia efektu. - Nie ma oferty, która skłoniłaby mnie do sprzedaży, ale...
Pan Goranov zawiesił głos, jakby coś utknęło mu w gardle. Po jego twarzy przemknął wyraz głębokiego bólu, jaki widuje się u żałobników. Może chodziło o przemoc tego aktu wandalizmu. W końcu to był atak na aptekę. Może Goranov w końcu uzna LOP za realne zagrożenie.
Jednak nic z tego.
- Jeśli nie uda nam się osiągnąć i utrzymać poziomu sprzedaży sprzed pięciu lat, nie zdołam dłużej pokrywać kosztów stałych. Potrzebujemy pieniędzy; mamy czas do sierpnia. Moich oszczędności starczy tylko na te pięć miesięcy. Pan Cunningham będzie tu jutro o trzeciej. Nie przynieście mi wstydu. I na Boga, te szyby mają być czyste, kiedy się zjawi.
Josephine Pinova
22 marca 1906 roku
Josie zawsze pragnęła tylko jednego - studiowania magii. W jej rodzinie każdy był na swój sposób magiczny, lecz to ona jako pierwsza miała iść do szkoły, by nauczyć się panować nad mocą. W dzieciństwie chłonęła wiedzę jak gąbka, ale gdy przychodziło do rzucania czarów, postępy robiła tylko dzięki uważnej lekturze księgi zaklęć. Nic więc dziwnego, że gdy odkryła istnienie miejsca, w którym zgłębia się magię, nieustannie pytała, czy pewnego dnia będzie mogła uczęszczać do Instytutu Magii Uniwersytetu w Tressport. Kiedy jednak skończyła osiemnaście lat, mama nie pozwoliła jej nawet złożyć podania, wymawiając się brakiem pieniędzy.
Skoro wymarzony instytut nie wchodził w grę, Josie wybrała jedną z niewielu uczelni z wystarczająco niskim czesnym - tę, na której jej ojciec wykładał matematykę. Ponieważ przyjmowała wyłącznie kobiety, nie miała w ofercie żadnego kierunku związanego z magią. Josie została więc przy językoznawstwie. Studia były na tyle ciekawe, że zdołała wytrwać do końca i uzyskać dyplom, ale nie wiązała z nimi przyszłości. Miała tylko nadzieję, że dzięki temu jej podanie do Uniwersytetu w Tressport będzie wyglądało bardziej przekonująco.
Instytuty magii faworyzowały kandydatów z dyplomem w tej dziedzinie, więc już na starcie Josie miała pod górkę. Przezwyciężyła już jednak trudniejsze rzeczy - przekonała matkę, by pozwoliła jej wyjechać z Summerford, i zdobyła pieniądze na podróż. Dostanie się na najbardziej prestiżowy uniwersytet w stanie wydawało się przy tym błahostką.
Zrobiła już wszystko, co należało, i wiedziała, że spełnia wymagania; jej podanie było dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach, a dzięki ambicjom swojej siostry zyskała dach nad głową w Tressport.
Juniper Pinova urodziła się z rzadkim darem jasnowidzenia, czyli umiejętnością zaglądania w przyszłość. Nie zdołała rozwinąć żadnego z innych wrodzonych talentów, więc postanowiła, że wyjedzie do Tressport, gdzie chciała zyskać rozgłos jako wróżka. W Summerford skończyłaby pewnie w budce na jarmarku albo na występach w cyrku. W mieście mogła chociaż dostać angaż na przyjęciach dla bogaczy, a z czasem może zyskać popularność i otworzyć własny salon.
Matka nie przejmowała się plotkami o wysłaniu w świat dwudziestojednoletniej niezamężnej córki. Obawiała się jednak o jej bezpieczeństwo w tak dużym mieście, zwłaszcza że coraz więcej mówiło się o miejscowym wzroście przestępczości i korupcji. Kiedy Josie zaproponowała, że pojedzie z siostrą, by mieć ją na oku, mama szybko ustąpiła.
I tak Josie znalazła się bliżej Instytutu niż kiedykolwiek wcześniej, ale żeby zostać w mieście, potrzebowała pieniędzy.
- Mogłabyś rzucić okiem na ogłoszenia o pracę i powiedzieć mi, gdzie mam realne szanse na zatrudnienie? - poprosiła siostrę.
Siedziały razem przy małym stole; Josie uniosła wyżej lusterko, żeby Juniper lepiej widziała, gdzie nakłada kohl. Ostrożnie ustawiła aplikator przy dolnej linii rzęs, po czym zamknęła oczy i przeciągnęła wzdłuż niej ciemnym proszkiem.
W dwupokojowym mieszkanku nie było miejsca na toaletkę. Josie postarała się, by ich ciasny salon przypominał dom, i zawiesiła pod sufitem paprocie i bluszcz. Ponure ściany zakryła tapetą w niebieskie paski, zaczarowała wnętrze tak, by zawsze pachniało w nim trawą cytrynową; gdyby nie to udusiłyby się przytłaczającą wonią octu z pobliskiego zakładu marynat.
- Jasne. - Juniper przerwała malowanie kresek i zerknęła na otwartą gazetę. Czerwone krzyżyki pokrywały całą stronę, a każdy z nich oznaczał katastrofę podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Jak na tydzień bez pracy nazbierało się tego zaskakująco dużo.
- Hmmm. - Zamyśliła się teatralnie, po czym wskazała jedno z ostatnich ogłoszeń, które przetrwało czerwony pogrom. - To może się udać.
Gdyby nie to, że za kilka dni musiały zapłacić czynsz, Josie wybuchnęłaby śmiechem.
- Inni muszą słono zapłacić za cenne rady i twój dar widzenia - odpowiedziała z całkowitą powagą.
- Jeśli wymyślisz jakiś numer, załatwię ci występ albo dwa - odparła Juniper z irytującym spokojem, nakładając kohl na drugie oko. Ostatnio odkryła, że dostaje hojniejsze napiwki, gdy podkreśla swój "egzotyczny urok", pilnowała więc zapasów, prosząc babcię, by przesyłała jej kosmetyki przez rodzinę w Khemet.
- Sprawdziłabym się lepiej jako twoja asystentka. - Josie westchnęła. W przeciwieństwie do siostry, której magia intuicyjna przychodziła równie naturalnie jak oddychanie, ona nie przejawiała do niej żadnych predyspozycji. Josie miała za to głowę pełną zaklęć, może nawet zbyt wielu, i po latach sumiennej nauki całkiem dobrze radziła sobie z magią formalną. - Każdy może nauczyć się tego co ja.
Juniper tylko przewróciła oczami i znów skupiła się na swoim odbiciu. Musnęła policzki różem, prowadząc pędzel lekko ku górze, by podkreślić ich kształt. Siostry miały niemal identyczną ciemniejszą karnację i miedziane włosy, ale u Juniper wszystko zdawało się bardziej wyraziste, jakby pociągnięte osełką. Obie miały sercowaty kształt twarzy, duże brązowe oczy i pełne usta. Linia szczęki Juniper była jednak ostrzejsza, oczy bardziej skośne, a łuk Kupidyna mocniej zaakcentowany. Przez łagodniejsze rysy Josie uchodziła za młodszą z sióstr, choć w rzeczywistości była starsza o trzy lata.
- Tak, każdy może się tego nauczyć, ale nikt nie zrobi tego tak jak ty. Całe życie odgrywasz jakąś rolę, Josie. To po prostu kolejny występ, tyle że przed bogatymi białymi mężczyznami, bo taki bardziej się opłaca.
- Scena mnie paraliżuje.
- W takich chwilach wyobraź sobie ich w bieliźnie. To naprawdę działa.
Josie odłożyła lusterko na stół.
- Och, daj spokój, Juniper, mówisz poważnie?
Juniper cmoknęła z niezadowoleniem i ponagliła siostrę leniwym muśnięciem magii, zostawiając na jej ramieniu smugę gęsiej skórki. Wskazała lusterko, ale Josie zmarszczyła tylko brwi i rzuciła odpowiedni czar, by samo unosiło się w powietrzu. Odchyliła się do tyłu, krzyżując ramiona. Może Juniper była utalentowaną jasnowidzką, ale reszta magii przychodziła jej z wyraźnym trudem; podobne zaklęcie w jej wykonaniu skończyłoby się kawałkami szkła na podłodze lub lustrzanym pociskiem wirującym przez pokój.
- Dzięki. - Juniper posłała siostrze współczujące spojrzenie, po czym wyciągnęła różową pomadkę z torebki w kolorze mchu. - Okej, może trochę mnie poniosło. Ale szczerze, Josie, co mam ci powiedzieć? Próbowałaś już chyba wszystkiego. Do fabryki marynat nie musiałabyś dojeżdżać, ale przecież nie zamierzasz tłumić swojej magii pod osłoną; to zresztą byłoby zwykłe marnotrawienie twojego talentu. Nie widzę tu żadnego ogłoszenia dla lingwistki, a ty nie masz innego doświadczenia. Dziewczyn z naszym wyglądem nie zatrudniają w domach towarowych. - Jakby dla podkreślenia swoich słów Juniper dotknęła policzka w piaskowobrązowym odcieniu. Obie odziedziczyły karnację po ojcu, choć młodsza siostra cieszyła się nieskazitelną cerą, a Josie miała piegi. Juniper rzuciła jej znaczące spojrzenie. - Obie wiemy, jak skończyła się twoja ostatnia rozmowa o posadę sekretarki; nie zamierzałaś być na każde skinienie mężczyzny, który nie był nawet w połowie tak bystry jak ty. Dziwię się, że w ogóle znalazłaś pracę jako maszynistka.
Przez chwilę niemal zapragnęła, aby siostra nie była wobec niej szczera. Josie jęknęła i schowała w dłoniach twarz pokrytą rumieńcem.
- Wcale nie powinnam się dziwić, że mnie wylali.
- Hej. - Juniper pstryknęła palcami, tknięta nagłym pomysłem. - Może powinnaś rozejrzeć się za miejscowym wiedźmim emporium i tam się zatrudnić. W końcu masz jakieś doświadczenie.
- Absolutnie nie.
Praca asystentki u matki okazała się dla Josie równie nużąca, co frustrująca. Jej mama była uzdrowicielką - to dość powszechny talent wśród wiedźm, ale Josie brakowało naturalnego wyczucia magii intuicyjnej. Sam staż nie wystarczał, by poznać tajniki uzdrawiania.
Podobnie jak większość uczniów zgłębiających magię formalną mogła opanować jedynie podstawy matczynego fachu, i to za pomocą zaklęć, nie przez tradycyjną obserwację.
Josie szlifowała każde zaklęcie tak długo, aż w jej wykonaniu przypominało czary intuicyjne - równie swobodne, jak u jej mamy. A jednak usilne próby upodobnienia się do reszty rodziny doprowadziły wyłącznie do tego, że skończyła jako czarna owca. Pinovowie od dziesięcioleci praktykowali magię, przekazując sobie z pokolenia na pokolenie wiedzę, wskazówki i umiejętności. Często parali się uzdrowicielstwem i domowymi urokami, ale jak dotąd nikt w rodzinie nie kwapił się do akademickiego zgłębiania czarów. Przywilej studiowania wyższej magii dotyczył tylko najzamożniejszych.
- Chciałabym pracować z magią, ale takie posady wiążą pracownika na lata. Ja szukam czegoś tylko na okres przejściowy.
- Cóż, w takim razie nie mam innych pomysłów. - Juniper zapakowała wszystkie kosmetyki z powrotem do małej torebki, która teraz niemal pękała w szwach. - Jeśli odnajdujesz się tylko w roli maszynistki, może powinnaś wrócić do tej firmy i nakłonić ich, żeby przyjęli cię z powrotem. Pamiętasz Angela?
Takiego obrotu rozmowy Josie się nie spodziewała.
- Twojego... byłego chłopaka?
- Tak, właśnie jego - prychnęła Juniper. - Byliśmy już ze sobą cztery miesiące i świetnie nam się układało, gdy nagle stwierdził, że powinniśmy to zakończyć. Najwyraźniej nie zaspokajałam jego "emocjonalnych potrzeb". - Podkreśliła te słowa wymownym ruchem dłoni. - Pamiętam, że gdy tamtego wieczoru wróciłam do domu, wylałam morze łez. Następnego dnia oznajmiłam mu, że jest niedorzeczny. Po co psuć sobie dobrą zabawę jakimiś emocjonalnymi fanaberiami?
Josie żałowała, że były w pokoju same. Ktoś jeszcze powinien usłyszeć te brednie, tymczasem mogła wymienić porozumiewawcze spojrzenie co najwyżej z bluszczem kołyszącym się nad jej głową.
- Juniper, to dosłownie najgorsza rada, jaką kiedykolwiek usłyszałam. Nie dziwię się, że zerwaliście.
- Tak, ale tylko dlatego, że krzyżował ręce i stroił obrażone miny za każdym razem, gdy gdzieś wychodziliśmy. - Juniper naśladowała go z teatralną przesadą, a jednak podobieństwo było tak trafne, że Josie mimowolnie się uśmiechnęła. - Jasne, niczego między nami nie naprawiłam, ale wiesz, co zyskałam? Dodatkowy miesiąc dobrej zabawy.
Josie jęknęła.
- I jaki jest morał?
- Twoja kariera maszynistki jest z góry skazana na porażkę, więc nie zaszkodzi, jeśli spróbujesz wycisnąć z niej jeszcze trochę grosza.
Tupet Juniper niezmiennie wprawiał jej siostrę w podziw, ale co gorsza, tym razem naprawdę zastanawiała się nad jej radą. Chociaż żołądek podchodził jej do gardła na samą myśl o wydarzeniach z poprzedniego tygodnia, upokorzenie nie było dla Josie czymś nowym. To tylko kolejna przeszkoda do pokonania, jak wiele innych w życiu.
W maju spodziewała się listu z informacją o przyjęciu jej do Instytutu Magii. Przez ostatnie piętnaście lat odkładała na konto oszczędnościowe każdy grosz, który dostała albo zarobiła w rodzinnym emporium. Te pieniądze były przeznaczone na czesne i pod żadnym pozorem nie zamierzała wydać ich na nic innego niż naukę.
Gdyby wróciła do Summerford, zastałaby tylko oczekiwania rodziny. Skończyła tam studia, ale nie mogła się pochwalić kontaktami zawodowymi, a jedyne relacje, jakie nawiązała na uczelni, ograniczały się do serii przelotnych romansów. Jej życie było teraz w Tressport i musiała zrobić wszystko, żeby utrzymać tę pracę do jesieni.
- W porządku. - Josie dotknęła rączki lusterka, które posłusznie przestało się unosić i osiadło na stole.
- W porządku?
- Wrócę tam jutro i będę błagać, by przyjęli mnie z powrotem. Chociaż potencjalnie dostrzegam w tym planie kilka problemów.
- Zawsze możesz posłużyć się magią, w końcu to nie byłby pierwszy raz. - Juniper wyraźnie zaczęła się niecierpliwić. Za pół godziny miała dotrzeć na przyjęcie, więc w ciągu najbliższych kilku minut musiała wyjść, jeśli chciała zdążyć na tramwaj linowy. Przeczuwała, że ten przyjedzie przed czasem, i od rana marudziła, że musi się śpieszyć.
Josie popatrzyła na nią z lekką dezaprobatą.
- Wiesz, że to niezgodne z prawem.
- Tylko jeśli ich zaczarujesz - odparła Juniper, jakby wniosek był oczywisty. Przeciwnie.
- Moje okulary nie zrobiły na nikim wrażenia.
To zaklęcie nie było w pełni jej pomysłem. Miała pomocnika: kompetentnego, choć zupełnie anonimowego korespondenta, pana Clarke'a. Nie opowiedziała mu jeszcze o tej wpadce i uznała, że poczeka z kolejnym listem, dopóki nie znajdzie nowej pracy. Jeśli wyznałaby mu prawdę, z pewnością jak zawsze okazałby jej uprzejme współczucie, ale chęć zaimponowania mu skutecznie ją motywowała.
- W takim razie zaczaruj siebie. Przecież prawo tego nie zabrania.
- W granicach rozsądku.
Juniper przytaknęła.
- Więc bądź rozsądna. Kiedyś przekonałaś mamę, że potrafisz wyczuć złamane kości, a w rzeczywistości uwarzyłaś eliksir, dzięki któremu mogłaś widzieć przez wszystko, co było miększe od kamieni. Po prostu wymyśl, czym mogłabyś zaimponować w firmie jako maszynistka.
Ta historia nie była najlepszym przykładem. Eliksir wyszedł Josie zbyt mocny; po jego zażyciu miała problemy z nauką, ponieważ jej wzrok przedzierał się przez strony książek. W końcu przyznała się mamie do tego występku i odpokutowała go połajanką oraz serią nużących obowiązków. Choć mama nie pochwalała tych domowych eksperymentów, nigdy nie skonfiskowała jej małego zapasu składników. Może to właśnie dzięki nim miała dość praktyki, żeby dostać pracę.