Ostatnia noc - Sylwia Bies

-
Proszę czekać

Styczeń 2026

1.

Tak bardzo chciałby móc poczuć w powietrzu obietnicę nadchodzącej wiosny, ale najnowsze prognozy zapowiadały kolejną falę intensywnych opadów śniegu. Zima zdawała się trwać w nieskończoność. Marznący deszcz, śnieżyce, kilkunastostopniowy mróz, lodowaty wiatr, a potem nibyodwilż, po której znów następowało nagłe ochłodzenie - taki oto powtarzający się zestaw atrakcji występował w mijających tygodniach w różnych konfiguracjach, dając w kość każdemu, kto choć na chwilę musiał opuścić domowe pielesze, i niezmiennie, rzecz jasna, zaskakując drogowców. Wiadomo, tak nakazywała tradycja. W tym roku Darek musiał jednak oddać im sprawiedliwość. Takiej chujozy nikt się nie spodziewał.

Powinien urodzić się gdzieś na południu Europy, a nie w kraju, w którym "taki mamy klimat", co się nie może zdecydować, czy wszystkich zadusić niemal czterdziestostopniowym upałem, czy wykończyć mrozem rodem z Irkucka.

Usilnie szukał jakichkolwiek oznak ocieplenia. Wiedział, że to dopiero końcówka stycznia, ale i tak naiwnie wierzył w wyjątkowo wczesne nadejście wiosny. W końcu wszyscy wokół trąbili o globalnym ociepleniu.

Przyciśniętym do gruntu, poszarzałym źdźbłom trawy, poprzetykanym gdzieniegdzie gnijącymi liśćmi, daleko było do jakiegokolwiek odcienia zieleni. Spojrzał w kierunku rzeki. Nawet ona wydawała się zmęczona tą pogodą. Płynęła powoli, sennie, niosąc na powierzchni nagie gałęzie i jakieś śmieci. Jeszcze nie tak dawno była skuta lodem, a to raczej niecodzienny obrazek. Ostatni raz widział dzieciaki ślizgające się po zamarzniętej powierzchni przed narodzinami starszego syna. On za nic w świecie nie pozwoliłby swoim chłopakom wejść na lód.

Ziemia zdążyła nieco rozmięknąć, uwolniona spod grubej warstwy zalegającego, a później topiącego się śniegu, i każdy krok zwieńczony był charakterystycznym mlaśnięciem grząskiego podłoża. Sam już nie wiedział, co gorsze. Trzaskający mróz czy te paskudne roztopy, będące i tak stanem przejściowym, nim znów dowali kolejnych kilkanaście centymetrów tego białego gówna. Podeszwy czarnych adidasów zapadały się coraz głębiej.

Iza jak zwykle miała rację. Mógł włożyć zimowe buty. Już słyszał w głowie ten przepełniony pretensjami ton i na samą myśl miał dość. Zaskakujące, że ta roześmiana, szalona dziewczyna z biegiem lat zmieniła się w wiecznie niezadowoloną, czepialską marudę pozbawioną poczucia humoru.. Tak, szukał okazji do wyjścia z domu, bo za wszelką cenę chciał uniknąć kolejnej awantury o jakąś bzdurę. A to o kubek odstawiony nie po tej stronie zlewu, to o smugi z pasty do zębów na umywalce czy ślady błota na podłodze w przedpokoju. Dlatego doceniał możliwość wychodzenia na długie spacery z psem. Wietrzył wtedy głowę i cieszył się przyjemną ciszą. Nikt nie ględził mu za uchem. Nie musiał rozdzielać drących ze sobą koty synów. Miał spokój, a odkąd skończył czterdziestkę, niczego nie pragnął równie mocno jak świętego spokoju.

Spojrzał na stopy brodzące w brunatnej brei i dotarło do niego, że już teraz może się pożegnać z marzeniem o wieczorze wolnym od fochów żony. Kurza twarz! Jeśli tak wyglądają jego buty, to wolał sobie nie wyobrażać oblepionej błotem sierści czworonoga.

- Bury! Bury! - zawołał. - Do nogi!

Pies nie reagował. Pewnie w najlepsze tarzał się właśnie w tym syfie. Iza go zabije. Nie powinien spuszczać Burego ze smyczy w tych warunkach. Znowu nie pomyślał, nie przewidział konsekwencji, zachował się jak dzieciak. Wiedział dokładnie, jakim tonem wypowie te słowa. Wybrzmi w nich nie tylko rozczarowanie, ale też pogarda.

A może powinni się rozwieść? Po co się męczyć? Pozwalać, by chłód, który zawisł między nimi, rozrastał się do nienawiści? Są jeszcze względnie młodzi, mogliby sobie ułożyć życie na nowo z kimś innym.

Nie. Nie mógł tego zrobić. Chłopcy potrzebują pełnej rodziny. Potrzebują uwięzionych pod jednym dachem rodziców: matki, która nie może patrzeć na ich ojca, i gościa, który nie jest w stanie słuchać ich matki. Ale będą trwać w tym stanie zimnej wojny, bo tak też nakazuje tradycja. Nie wolno im skrzywdzić dzieci, skoro powołali je na ten świat.

- Bury! - krzyknął jeszcze raz. Zagwizdał na palcach. Ostry dźwięk przeciął powietrze. Zwykle to wystarczało, ale tym razem pies nie przybiegł na zawołanie. - Bury! Ty cholerny sierściuchu nieusłuchany!

Mężczyzna przeszedł jeszcze kawałek, nawołując pupila.

W oddalonych o dobrych dwadzieścia metrów krzakach coś zaszeleściło. Chwilę później pies wypadł biegiem na ścieżkę. Wyglądał jak dalmatyńczyk. Jasna sierść upstrzona była nieregularnymi, ciemniejszymi plamami, a łapy do mniej więcej trzech czwartych wysokości pokrywała gruba warstwa błota. Darek od razu zwrócił uwagę na położone płasko uszy i napięty jak struna ogon. Bury, nie zwalniając, zatoczył kółko wokół właściciela.

Ten sięgnął do kieszeni kurtki po smycz.

- Ja pierdolę! Ale żeś się urządził. Wracamy do domu.

Kucnął, wyciągając rękę po obrożę. Karabińczyk przy smyczy był już gotowy, żeby się zacisnąć wokół metalowej obręczy.

Pies nie podszedł bliżej. Zaszczekał głośno, ostro i przeciągle. Wydobywający się z pyska odgłos przypominał skowyt. Nigdy nie zachowywał się w ten sposób, nawet w sylwestrową noc, gdy skomlał wystraszony hukiem fajerwerków. Odwrócił łeb w stronę zarośli, a potem znów spojrzał na swojego pana.

- No, chodź, Bury - powiedział mężczyzna łagodniej.

Zrobił krok do przodu i złapał palcami za obrożę, ale zwierzak wyrwał się gwałtownie, szarpnął głową i pognał przed siebie. Jego właścicielowi nie udało się utrzymać równowagi. Jedno z kolan wpadło wprost w miękką warstwę błota.

- Bury! Wracaj tu, do cholery!

On jednak biegł na złamanie karku w stronę brzegu, w miejsce, gdzie woda rozlewała się płytko, podmywając skarpę. Darek westchnął i ruszył za nim. Starał się stawiać ostrożnie kroki na zboczu, ale poślizgnął się na kępie mokrej trawy. Zapadł się po kostkę w błocie. Zaklął głośno, szacując straty. Jeśli jeszcze jakaś jego część łudziła się, że żona obejdzie się z nim łagodnie, to właśnie stracił resztki nadziei. W powietrzu wisiała solidna awantura.

Bury nagle się zatrzymał. Jego ogon ponownie zesztywniał, a z pyska wydobył się niski pomruk. Mężczyzna podniósł wzrok i spojrzał w tym samym kierunku.

Pies znów zaczął ujadać, ale Darek zdawał się tego nie słyszeć. Całą jego uwagę skupiał jasny punkt odznaczający się na tle brudnej wody. Najpierw pomyślał, że to jakiś kawałek plastiku albo obdarta z kory gałąź.

Podszedł trzy kroki bliżej i wtedy wszystko zrozumiał.

o, na co patrzył, było ludzką dłonią, która wystawała z rzeki pod nienaturalnym kątem. Wyglądała tak, jakby należała do kogoś, kto próbował się wynurzyć i, przekonany o beznadziejności swojego położenia, zastygł w trakcie tego ruchu. Nurt wygładził skórę, odebrał jej fakturę i naturalny kolor, przez co dłoń przypominała bardziej porcelanę niż fragment ludzkiego ciała.

Palce były lekko rozchylone. Na jednym z nich błysnął złoty pierścionek z niewielkim, odbijającym światło kamieniem. Darek przeniósł wzrok nieco wyżej na starannie opiłowane paznokcie. Pod niektórymi zebrała się ciemna linia błota albo mułu.

Przez chwilę miał wrażenie, że ta drobna kobieca dłoń się poruszy, zaciśnie w pięść albo zniknie pod wodą. Zamknął oczy z nadzieją, że to było tylko przywidzenie, ale po rozchyleniu powiek nic się nie zmieniło. Ręka wciąż wystawała z rzeki, a Bury dalej wściekle ujadał.

Mężczyzna podszedł jeszcze bliżej. To niecodzienne zjawisko jednocześnie przerażało go i fascynowało. Odpychało i przyciągało.

Woda przy brzegu była płytka i spokojna, tworzyła niewielkie rozlewisko. Darek spojrzał uważniej, a wtedy dostrzegł pod jej powierzchnią zarys ramienia. Doskonale wiedział, że to człowiek, ale dopiero gdy przebiegł wzrokiem ku górze, gdy uświadomił sobie, iż splecione z zeszłoroczną trzciną ciemne pnącza to w istocie włosy, ta myśl uderzyła go z pełną mocą. Kurza twarz! Powinien coś zrobić, a tymczasem stał na brzegu jak zahipnotyzowany.

A to się Iza zdziwi. Wyobraził sobie żonę zasypującą go pretensjami: "Gdzieś ty był tyle czasu? Wszystko na mojej głowie! Dzieci, dom, a ty się godzinami włóczysz z tym psem, Bóg wie gdzie. Patrz, ile błota naniosłeś, dopiero co wczoraj podłogę myłam. Bury wygląda jak nieboskie stworzenie. Masz ty, chłopie, rozum?", a on zamknie jej usta krótkim, acz treściwym: "trupa znalazłem". Uśmiechnął się do tej myśli. Szybko zdał sobie sprawę, że w tej sytuacji ogarniająca go satysfakcja jest nie na miejscu, ale nie mógł zapanować nad tym uczuciem.

Przywołał się do porządku, a cały świat ponownie skurczył się do tej jednej, nieruchomej dłoni.

Sięgnął po telefon i drżącymi palcami wybrał sto dwanaście.

- Numer alarmowy, słucham.

- Znalazłem martwą kobietę nad rzeką.

2.

Opakowanie przyjemnie zaszeleściło.

Rozerwała folię i natychmiast poczuła sztuczny aromat zielonej cebulki. Jej ślinianki zaczęły intensywnie pracować. Miała tylko jedną zasadę żywieniową, której ściśle przestrzegała. Jeśli sięgała po chrupki albo chipsy, to wyłącznie po te najbardziej cuchnące. Uwielbiała ów specyficzny zapach sera, cebuli albo octu. Wsunęła rękę do torebki i wyjęła złocistego chipsa. Obróciła go w palcach i z namaszczeniem wsunęła do ust. Ten pierwszy smakował najlepiej. Przymknęła oczy, by móc jeszcze pełniej delektować się tą małą, grzeszną przyjemnością.

- Znowu będziesz jadła ten syf? Śmierdzi w całym domu.

- Już nie przesadzaj. Przynajmniej będziesz miała pretekst, żeby tu trochę przewietrzyć.

Renata Herman mruknęła pod nosem, ale nie kontynuowała dyskusji. Zerknęła na zegarek, włączyła telewizor i pokój wypełniły dźwięki czołówki jednego z tureckich seriali, które kobieta w ostatnim czasie pochłaniała pasjami.

- Biedna ta Hançer. - Westchnęła. - Oby się jej to życie jakoś ułożyło.

Karolina wpakowała sobie do ust kolejnego chipsa. Przez myśl przeszło jej, czy matka poświęca równie dużo czasu i energii na roztrząsanie niepoukładanego życia jedynej córki. Podejrzewała, że prawda mogłaby ją rozczarować, może nawet zaboleć.

Nigdy nie miały ze sobą otwartego konfliktu, ale też ich relacje nie należały do szczególnie bliskich. Karolina nie czuła się szczególnie związana z rodzinnym domem, miastem, ludźmi, których spotkała w latach młodości. Potrzebowała czegoś więcej. Intensywniejszego, ciekawszego niż codzienność tocząca się w tym miejscu. Dlatego wyjechała, choć niektórzy mogli postrzegać to jako ucieczkę.

A teraz wróciła i wszystko zdawało się jeszcze bardziej bezkształtne niż przed dekadą. Samo się nie ułoży - co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Była już na tyle dużą dziewczynką, by wiedzieć, że energia, jaką należy włożyć w poukładanie własnych spraw, jest odwrotnie proporcjonalna do tej potrzebnej, żeby wszystko koncertowo schrzanić. To by było tyle w kwestii zgrabnych sekwencji, którymi mogłaby się podzielić ze światem. On też nie obsypywał jej zbyt hojnie, więc nie czuła wyrzutów sumienia. Nie miała do spłacenia długu wdzięczności.

- Przestaniesz ostentacyjnie chrupać? Przez ciebie nic nie słyszę.

- Idę sprawdzić, co z ojcem. - Podniosła się z kanapy.

- Tylko umyj ręce, żebyś tymi tłustymi palcami świeżej pościeli nie upaprała.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo właśnie odezwała się jej komórka. Głośno i agresywnie. Renata przewróciła oczami, po czym złapała za leżącego na ławie pilota, żeby zwiększyć poziom głośności. Telewizor ryczał niemal na cały regulator, więc Karolina wyszła na korytarz, aby usłyszeć swojego rozmówcę.

Dzwonił oficer dyżurny. Wiedziała, że nie czeka jej niezobowiązująca pogawędka o pogodzie. W kościach czuła, że weekend, który dla niej zaczął się zaledwie kilka godzin wcześniej, właśnie dobiegł końca.

Nie myliła się.

- Naprawdę nikt inny nie może pojechać? Maks ma większe doświadczenie.

- Beger baluje dziś w remizie na siedemdziesiątce ojca, a Miśka dopadł jakiś wirus. Prokurator jest już w drodze.

Doskonale wiedziała, co to za wirus. Ilekroć mijała Dobosza, wyczuwała od niego kwaśny zapach przetrawionego alkoholu. Dziwiło ją, że nikt nie zwraca na to uwagi, ale nie zamierzała się wtrącać. To ona jako nowa powinna się podporządkować i nie wychylać. Przynajmniej na razie.

- No, okej. Wyślij pinezkę.

Ucieszyło ją to wezwanie. Musiała trochę ponarzekać do słuchawki, zwyczajowo pomarudzić, że jest niedziela, i dopytać, czy nie ma innych policjantów w tym mieście. Nikt normalny raczej nie ekscytuje się z powodu nagłego telefonu z pracy. Naturalną reakcją na myśl o konieczności spędzenia najbliższych kilku godzin w chłodzie i spoglądaniu śmierci prosto w oczy powinna być próba ucieczki. Dlatego też ją podjęła, ale kiedy okazało się, że naprawdę jej obecność na miejscu oględzin jest niezbędna, poczuła nie tylko ulgę, lecz również ekscytację.

Nareszcie miała szansę się wykazać, bo dotąd jej najambitniejszym zadaniem było poprowadzenie wykładu o unikaniu cyberprzestępstw i przestępstw hybrydowych dla słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Nie mogła się doczekać, by udowodnić tym małomiasteczkowym szowinistom, że kobieta też może się okazać dobrą śledczą. Oby tylko tego nie schrzaniła.

Zapukała w futrynę i zajrzała do pokoju. Chrząknęła, by na moment odwrócić uwagę matki od serialu.

- Co znowu? - rzuciła zniecierpliwiona Renata. - Czy ja nie mogę w spokoju obejrzeć chociaż jednego odcinka?

- Możesz w spokoju oglądać nawet cały sezon. Wrócę późnym wieczorem albo w nocy. Wezmę samochód taty, dobrze?

- Tylko nie porysuj. Ojciec by się wściekł.

Pokiwała potulnie głową. Zastanawiała się, czy matka naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, w jak fatalnym stanie jest jej mąż, czy też wyparcie stanowi jedynie mechanizm obronny. Czy tak naprawdę wie, że dawny Kazik już nigdy nie wróci, nie zdoła świadomie ani się uśmiechnąć, ani wpaść w furię?

Prognozy lekarzy były kiepskie. Pomoc przyszła zbyt późno, a skutki wylewu najprawdopodobniej pozostaną nieodwracalne. Afazja i niedowłady już się nie cofną, chyba że wydarzyłby się jakiś cud. Karolina nie wierzyła w cuda, ale nie miała też serca odbierać wiary matce.

- Dobrze. Będę uważać.

- A dokąd się wybierasz? Jakaś randka? - Renata niespodziewanie się ożywiła.

- Nie, mamo. - Czuła, że zawodzi ją kolejny raz. - Do pracy. Nagłe wezwanie.

- Ech, tylko ta praca i praca. - Machnęła ręką, po czym ponownie skupiła całą uwagę na gadających głowach aktorów.

3.

W niedzielne popołudnie miejscowość wyglądała na wymarłą. Kraków o tej porze tętnił życiem, a na stanie w korkach trzeba były wkalkulować tylko nieco mniej czasu niż w dni powszednie. Tutaj rzeczywistość płynęła zupełnie innym rytmem. Karolina wciąż nie mogła się do tego przyzwyczaić, choć od przeprowadzki minęły już ponad dwa miesiące.

Jechała niemal pustymi ulicami, przyglądając się uważnie miejscom, które niegdyś stanowiły jej codzienność, a teraz wydawały się dziwnie obce. Może to Żerdziska tak bardzo się zmieniły w ostatnich latach, a może ona była kimś zupełnie innym.

Niektóre zakątki opierały się upływowi czasu i kobieta rozpoznawała je bez trudu. Inne zaś wyglądały zupełnie inaczej, niż zapamiętała. Minęła odnowiony budynek dworca. Dawniej straszył łuszczącą się elewacją, spod której wystawały nagie cegły, rozbitymi oknami oraz ponurym wnętrzem. Dziś prezentował się zupełnie inaczej - elegancka beżowa fasada, ozdobne gzymsy, nowe pokrycie dachowe.

Wyjechała na obwodnicę. W tym rejonie dokonały się największe zmiany. Pamiętała, jak kiedyś na rozległych łąkach, tuż za administracyjną granicą Żerdzisk, stały rozsypujące się magazyny i stare hale fabryczne, które wręcz błagały o rozbiórkę. Teraz miasto wchłonęło niegdysiejsze peryferie. Wyrosły tu nowoczesne osiedla bliźniaków, kilka apartamentowców, w najlepsze trwała budowa kolejnego bloku mieszkalnego.

Ziemia obiecana dla deweloperów.

Ta lokalizacja oferowała zarówno niewielką odległość od centrum, jak i bliskość natury. Nieopodal płynęła rzeka, która w cieplejszych miesiącach przyciągała amatorów wędkarstwa, a nadrzeczne łąki oraz las cieszyły się dużą popularnością wśród miłośników pikników i spacerowiczów.

Właśnie tam zmierzała Karolina.

W drodze słuchała muzyki z lat osiemdziesiątych. Znała już na pamięć wszystkie hity ze składanki, ale nigdy się nie zdecydowała na zmianę repertuaru. To był samochód ojca i panowały w nim jego zasady. Podświadomie bała się naruszyć ustalony porządek rzeczy, by nie spowodować czegoś nieodwracalnego. Ten lęk był irracjonalny. Wiedziała o tym. Jeśli ojciec umrze, to nie przez to, że wyłączyła jego ulubioną płytę. A jednak, mimo wszystko, przestrzegała tych niepisanych, narzuconych samej sobie reguł.

Z głośnika popłynął aksamitny głos wokalisty zespołu Chicago: Everybody needs a little time away...

W oku zakręciła się jej łza. Miała tej samotności aż nadto.

Teraz przynajmniej będzie mogła uciec w pracę. Czuła dreszcz podekscytowania na myśl o czekającym ją śledztwie. Z relacji oficera dyżurnego wynikało, że zachodzi realne podejrzenie przestępstwa. Uwielbiała ten wyrzut adrenaliny, gdy zaczynała się wgryzać w sprawę. Rozmowy ze świadkami, typowanie podejrzanych, poszukiwanie motywu zbrodni powodowały, że krew w jej żyłach krążyła szybciej. Wtedy naprawdę żyła.

Zerknęła na nawigację. Musiała teraz zjechać w wąski przesmyk między domami, a potem kierować się nieutwardzoną drogą aż do jej końca. Skręciła. Na początku szło dość gładko, samochód radził sobie z rozmiękłym podłożem, ale gdy Karolina zobaczyła przed sobą sporą, na pierwszy rzut oka dość głęboką kałużę, postanowiła nie ryzykować. Ostatnie, czego potrzebowała, to zalany silnik ojcowskiej Pandy.

Zatrzymała się i pozostałą część trasy zdecydowała się pokonać pieszo. Od celu dzielił ją zaledwie kilometr. Energiczny marsz nie powinien zająć więcej niż dziesięć minut. Miała tylko nadzieję, że prokurator i technicy zdążyli dotrzeć tam przed nią. Zjechała maksymalnie do krawędzi, na tyle, by się nie zakopać w błocie, ale nie miała pewności, czy pozostawiony samochód nie będzie tarasował przejazdu.

Ruszyła szybkim krokiem wzdłuż kolein. Wilgoć wciskała się w cholewki butów. Cholera, mogła najpierw podjechać pod komendę, zostawić tam samochód ojca i przesiąść się do radiowozu, ale jakiś chochlik podpowiedział jej, że będzie szybciej, jeśli od razu się skieruje na miejsce oględzin. No i masz babo placek.

W końcu zobaczyła w oddali błyski niebieskich świateł odbijających się od powierzchni wody. Jeszcze chwila i przejdzie do działania. Czuła motylki w brzuchu, będące zarówno przejawem zdenerwowania, jak i ekscytacji.

- Pani podkomisarz! - zawołał któryś z techników, kiedy tylko dostrzegł ją na horyzoncie. - Pieszo?

Kilka głów odwróciło się jednocześnie, a ona poczuła, jak się rumieni. Spojrzała na przeciwległy brzeg, na którym stało kilka pojazdów, i oddaloną o jakieś sto metrów kładkę.

- Nie wiedziałam, że się da inaczej - odparła, lekko zdyszana. - Nawigacja pokazała mi tylko drogę od obwodnicy.

Zerknęła na rzekę. To miejsce wyglądało inaczej niż w jej wspomnieniach. Koryto zdawało się węższe, a nurt o wiele spokojniejszy. Dawniej te odległe zakątki miasta, gdzie zapuszczała się sama wbrew ostrzeżeniom rodziców, pachniały przygodą. Dziś wyczuwała jedynie woń rozkładu i zgnilizny.

- A bo tę kładkę oddali do użytku dopiero w zeszłym roku - wtrącił drugi z mężczyzn. Jego akurat rozpoznała. Jeśli dobrze zapamiętała, miał na imię Filip. Minęli się już w komendzie. - Zresztą to i tak, jak się okazuje, tymczasowe rozwiązanie. Niedługo ma ruszyć budowa mostu. Osiedla mieszkaniowe intensywnie się rozrastają na drugim brzegu, deweloper wykupił spory teren. To dla Żerdzisk szansa na rozwój, bo w ostatnich dekadach mieszkańców raczej ubywało, niż przybywało. No, więc trzeba było rozbudować infrastrukturę. Ponoć taki warunek postawili, ale nie znam szczegółów. Nie interesuję się tymi układami i układzikami. Zdrowszy jestem.

- Może zamiast się zajmować lokalnymi ploteczkami, weźmiemy się do pracy, skoro w końcu - szykowna kobieta w musztardowym płaszczu położyła akcent na te słowa - jesteśmy w komplecie. Chyba nie miałyśmy jeszcze okazji się poznać. Danuta Złotowska z prokuratury rejonowej.

Policjantka uścisnęła wyciągniętą do niej dłoń.

- Podkomisarz Karolina Herman. Miło mi panią poznać.

- Mów mi Danka. Nie mamy czasu na paniowanie.

Skinęła głową. Odczuwała pewną nieśmiałość w stosunku do eleganckiej brunetki. Próbowała oszacować jej wiek. Miała promienną, dość gładką cerę, dyskretny makijaż również odejmował jej lat, ale poprzecinana siateczką bruzd szyja zdradzała wszystko. Złotowska pewnie mogłaby być jej matką.

Obie kobiety przeszły pod taśmą policyjną.

Technik stał na brzegu i fotografował coś tuż obok linii wody. Błyskała lampa, a migawka raz po raz wydawała charakterystyczne kliknięcie. Karolina pochyliła się i wtedy po raz pierwszy zobaczyła ciało, z powodu którego wszyscy się tu zgromadzili. Zwłoki leżały częściowo na brzegu, częściowo w płytkiej wodzie. Szef ekipy właśnie kończył oznaczać teren małymi żółtymi tabliczkami.

Uwagę Herman przykuła wystająca nad powierzchnię sztywna dłoń. Na jednym z palców tkwił pierścionek. Jeszcze nie widziała twarzy, ale wiedziała, że niebawem nadejdzie moment, gdy spojrzy w puste oczy, a wtedy sprawa, którą poprowadzi, prócz sygnatury zyska czyjąś tożsamość. Zrobi wszystko, żeby się dowiedzieć, dlaczego to życie zostało nagle przerwane, lecz nawet dotarcie do prawdy nie przywróci ani tej kobiecie, ani jej najbliższym tego, co naprawdę istotne.

- Kto ją znalazł?

Młody policjant wskazał palcem opartego o pień drzewa mężczyznę z papierosem w ustach.

- Tamten gość. Dariusz Szczepanek. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Myślał, że wychodzi z domu tylko na chwilę.

- Niczego nie dotykał?

- Twierdzi, że nie, ale nie ma pewności, czy pies nie trącił denatki łapą albo pyskiem. Właściwie to zwierzak odkrył zwłoki i zaalarmował faceta głośnym szczekaniem.

Dopiero gdy się uważniej przyjrzała, dostrzegła golden retrievera leżącego przy nodze właściciela.

Zbliżyła się, a wtedy pies gwałtownie się poderwał i zaczął wściekle ujadać.

- Bury! Przestań!

Czworonóg najwyraźniej miał w głębokim poważaniu komendę, bo do szczekania dołączył jeszcze energiczne podskoki.

- Bury! Do jasnej cholery!

- Podkomisarz Karolina Herman. To pan znalazł zwłoki?

Przytaknął.

- Bury... Oryginalne imię dla psa o biszkoptowym umaszczeniu.

- A, bo wie pani, pani władzo, to się wzięło stąd, że mój młodszy syn, jak tylko zobaczył tego psa, to bez końca śpiewał piosenkę, której się nauczył w przedszkolu. "Razem ze mną kundel bury penetruje wszystkie dziury". To jeszcze ten wiek, kiedy penetrowanie dziur nie kojarzy się z niczym nieprzyzwoitym. Kurza twarz. - Zmitygował się. - Przepraszam za ten nieprzyzwoity żart. To chyba ze stresu.

- Proszę opowiedzieć wszystko po kolei.

Zanotowała jego zeznania i poprosiła o podanie pełnych danych osobowych.

- W poniedziałek widzimy się w komendzie. Złoży pan oficjalne zeznania. Teraz jest pan wolny.

Nie wyglądał, jakby mu ulżyło.

4.

Karolina spojrzała na zegarek. Minęły już prawie cztery godziny, odkąd dotarła na miejsce. Sztuczne światło rzucane przez reflektor drażniło jej wzrok, więc starała się nie patrzeć w jego źródło. Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki, a kształty wokół niej coraz bardziej się rozmywały.

Zaczął prószyć śnieg. Zapowiadane na następny dzień intensywne opady jak na złość postanowiły zacząć się nieco wcześniej. To dla techników oznaczało ostatnią szansę na dokładne zebranie śladów. O poranku ziemię znów może przykrywać gruba warstwa białego puchu.

Rzeka szumiała jednostajnie, jakby przez cały ten czas opowiadała jedną i tę samą historię, ale nikt nie potrafił jej usłyszeć. Brzeg został dokładnie sprawdzony, kawałek po kawałku, a nurt przeszukano bosakiem na długości kilkudziesięciu metrów. Nigdzie nie znaleziono ani butów, ani torebki, które mogłyby należeć do martwej kobiety.

Wszyscy byli zgodni co do tego, że śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych. Te dwa szczegóły właściwie wykluczały też teorię, by mogła być ona następstwem nieszczęśliwego wypadku.

Zabójstwo? Zbrodnia w afekcie? Na wnioski było jeszcze za wcześnie, ale wiele na to wskazywało.

- Jeśli ktoś chciał, żebyśmy założyli, że ofiara weszła na zbyt cienki lód, a ten się pod nią załamał, to powinien się choć trochę postarać. To wygląda na całkowitą amatorszczyznę. - Słowa podkomisarz Herman były skierowane bardziej do niej samej niż kogokolwiek innego. Często mówiła do siebie, co pozwalało jej uporządkować bałagan w głowie. Przez długi czas przebywała wyłącznie we własnym towarzystwie, więc weszło jej to w nawyk.

- Trudno się nie zgodzić. - Dobiegł ją niski, lekko ochrypły, kobiecy głos.

Wzdrygnęła się. Nie miała pojęcia, że Złotowska stoi za jej plecami.

- Przepraszam. Głośno myślałam.

- Rozwiń, proszę.

- Logiczniejszym wyborem dla osoby chcącej się przedostać na drugi brzeg byłaby kładka. Nawet jeśli założymy, że ta kobieta wpadła do rzeki żywa, a prąd mógł zerwać jej buty ze stóp, spodziewałabym się większego nieładu w ubraniu. Tymczasem płaszcz jest zapięty i starannie przewiązany paskiem. To wszystko wygląda zbyt... - zawahała się, szukając właściwego słowa - czysto.

- Zatem się dowiedz, kto jej to zrobił. I kim była. Dzwoniłam już do twojego przełożonego. Poprowadzimy śledztwo w kierunku artykułu sto czterdziestego ósmego, choć równie prawdopodobny jest brak udziału osób trzecich - oznajmiła prokurator. - Będziesz miała okazję się wykazać. Słyszałam, że jesteś tu nowa.

- Ja?

- Zlecę sekcję. Po niej pewnie czegoś więcej się dowiemy.

Karolina dopiero teraz poczuła ciężar odpowiedzialności. Nadarzała się właśnie okazja, by koledzy z pracy zaczęli traktować ją poważnie. Na razie sprawa wyglądała niezwykle zagadkowo. Wstępne oględziny zwłok nie wykazały na ciele kobiety jakichkolwiek śladów walki. Nie miała przy sobie żadnych osobistych przedmiotów - telefonu, kluczy czy portfela. To mogłoby wskazywać na motyw rabunkowy, ale pozostawiony na palcu kobiety pierścionek przeczył temu założeniu. Wyglądał na drogi. Może sprawca nie zwrócił na niego uwagi.

W ogóle się jej to nie kleiło, ale dobry śledczy nie powinien odrzucać z góry żadnego rozwiązania. Główną rolę miały odgrywać dowody, tego nauczył ją jej pierwszy szef - komisarz Chruściński. Nigdy jednak nie wykluczał roli intuicji, a to ona do tej pory była atutem podkomisarz Herman. A czasem jej przekleństwem.

Teraz wewnętrzny głos podpowiadał policjantce, że prawda leży zupełnie gdzie indziej. Nie czuła też, by kobieta mogła sama odebrać sobie życie, choć i taką ewentualność zawsze należało brać pod uwagę. Wyniki sekcji mogą się okazać momentem przełomowym. Miała nadzieję, że nie trzeba będzie na nie długo czekać.

Ciało było już gotowe do przetransportowania do zakładu medycyny sądowej.

Ciało.

Tym właśnie stanie się ta kobieta. Zlepkiem komórek i tkanek. Obiektem badań. Zagadką do rozwiązania. Powłoką dla narządów, w których być może zapisana została tajemnica jej śmierci. Ale już nie człowiekiem. Nie dziewczyną noszącą w sobie marzenia, plany, lęki i kompleksy. Nie czyjąś córką, matką, przyjaciółką.

Z zamyślenia wyrwało ją delikatne klepnięcie w ramię. Kiedy się odwróciła, zobaczyła przed sobą szefa techników, Filipa Kłysa.

- Pani podkomisarz, wydaje mi się, że wiem, kim jest denatka. Mogę się oczywiście mylić, ale kiedy ją zobaczyłem, wydała mi się znajoma. I to nie dlatego, że śmierć podobnie obchodzi się z każdym, kogo dopadnie. Gdzieś już ją widziałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć gdzie. Ta myśl nie dawała mi spokoju. I dosłownie przed chwilą mnie olśniło. Chyba już wiem, skąd ją kojarzę. To sąsiadka mojej matki.

- Jak się nazywa?

- Maja Porębska.

Policjantka zapisała w notesie imię i nazwisko oraz adres wskazany przez Kłysa, po czym postawiła obok tych danych duży znak zapytania.

- Sprawdzimy to. Dzięki.

- Nie zawsze mam chwilę, żeby do niej zajrzeć, zapytać, czy czegoś potrzebuje. Ciągle w robocie, wszyscy wiemy, jak jest. Do tego żona, małe dziecko, tu szczepienie, tam zebranie w żłobku. Zwariować można, żeby to wszystko spamiętać. Majka co jakiś czas pukała do mojej matki, mówiła, że się wybiera na zakupy i czy czegoś przy okazji nie kupić. A ona z tej uprzejmości korzystała. A to poprosiła o zgrzewkę wody, innym razem o wykupienie recepty. Ostatnio się jej nie mogła nachwalić, zwłaszcza jak przyszły te cholerne mrozy albo nawaliło śniegu po kolana, bo dzięki temu nie musiała z domu wychodzić.

- Jak się potwierdzi, że to Porębska, chciałabym pogadać z twoją mamą. Pewnie będzie nam w stanie powiedzieć, kiedy mniej więcej dziewczyna zniknęła.

- Nie będzie. Od ponad dwóch tygodni jest w sanatorium w Krynicy. Wraca w piątek. - Rozłożył bezradnie ręce.

Maja Porębska. Powtórzyła bezgłośnie. Słowa miękko układały się na języku. Zastanawiała się, czy kiedyś ich ścieżki się przecięły.

Mogły być w podobnym wieku. Może chodziły do jednej szkoły, miały wspólnych znajomych albo łączyła je jakaś historia, której Herman nie mogła sobie teraz przypomnieć. A może ta kobieta wcale nie pochodziła z Żerdzisk, tylko przeprowadziła się tu stosunkowo niedawno i nie mogły się znać. Dowie się tego.

Podeszła do zwłok zapakowanych w foliową torbę zapinaną na suwak. Coś kazało jej spojrzeć prosto w nabrzmiałą twarz denatki, choć nie sądziła, by miało ją to przybliżyć do prawdy chociaż o krok.

Obraz przed oczami pojawił się nagle. Wąski chodnik przy piekarni, szary styczniowy poranek, jeden z pierwszych dni nowego roku.

Minęła wtedy brunetkę o przenikliwym spojrzeniu, która wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami, jakby chciała o coś zapytać, zagadnąć, ale ostatecznie się nie odezwała. Karolina poczuła się wówczas jednocześnie speszona i zaniepokojona, mimo że takie sytuacje zwykle nie wywoływały w niej dyskomfortu.

Niby zwykła chwila, ale zapadła jej w pamięć na tyle, by teraz bez trudu zdołała ją przywołać. Ale czy to rzeczywiście mogła być Maja Porębska? Może na siłę próbowała łączyć fakty, by zyskać jakikolwiek punkt zaczepienia?

Odprowadziła wzrokiem karawan, a potem odwróciła się w stronę pustoszejącego brzegu.

W kącikach oczu zakręciły się łzy, ale otarła je szybko wierzchem dłoni. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. To nie pierwszy raz, kiedy przyszło jej zobaczyć zwłoki młodego człowieka. Wstąpiła do policji bardzo wcześnie, więc zdążyła już się przyzwyczaić do makabrycznych widoków, śladów krwi, odrażających zapachów.

Tym razem, z jakiegoś nieznanego jej powodu, poczuła się przytłoczona. Może to wina tego miasta? Może to, przed czym od lat uciekała, przywołało ją z powrotem?

Spojrzała w miejsce, z którego tak niedawno wydobyto ciało. Uderzyła ją myśl, że ta sprawa mogła się zacząć dużo wcześniej - w chwili, gdy dwie obce kobiety minęły się bez słowa na ulicy.

Herman przypomniała sobie tamto spojrzenie, a po jej plecach przebiegł zimny dreszcz. Pokręciła głową. Nie, nie mogła przecież przypuszczać, że niebawem znów się spotkają w o wiele bardziej dramatycznych okolicznościach. Nie mogła wiedzieć, że dni tej drugiej są już policzone.

5.

Drobny mężczyzna w znoszonej granatowej kurtce ściskał w dłoniach mokrą czapkę tak mocno, aż pobielały mu knykcie.

W milczeniu wpatrywał się w twarz martwej kobiety.

Oddychał szybko i ciężko, jakby brakowało mu powietrza. Karolina przyglądała się mu i zastanawiała, czy Edmund Porębski nie znajduje słów, by wyrazić zalewające go poczucie ulgi, że przykryte białym prześcieradłem ciało nie należy do jego córki, czy wręcz przeciwnie - przeżywa właśnie najtrudniejszy moment w życiu. Taki, który odbiera dech i więzi w gardle każdy napływający dźwięk. Trudno było wyczytać z jego twarzy cokolwiek więcej poza zdenerwowaniem.

Nagle drgnął i przechylił się do przodu.

- Majeczka... - wydusił w końcu. Ledwo słyszalny szept odbił się echem od ścian prosektorium. - Moja Majeczka...

Po policzku mężczyzny potoczyła się wielka, ciężka łza.

- Rozpoznaje pan córkę?

Pokiwał głową.

- To ona. To moja córka. Kiedy? Jak? Dlaczego? - Między kolejnymi pytaniami z ust Porębskiego wydobywał się cichy, lecz przeszywający na wskroś jęk. - Ktoś ją skrzywdził?

- Dowiemy się tego. - Nim skończyła wypowiadać to zdanie, w głowie usłyszała głos Chruścińskiego przestrzegający przed składaniem jakichkolwiek obietnic rodzinie ofiary. Odchrząknęła głośno, po czym dodała: - Dokładny czas śmierci ustalimy podczas sekcji. Czy czuje się pan na siłach, by odpowiedzieć na kilka pytań?

Porębski przypominał balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Fizycznie był tuż obok, ale pusty w środku, ogołocony z tego, co stanowiło treść jego życia, obojętny. Nie odpowiedział, prawie niezauważalnie wzruszył tylko ramionami i poczłapał za Karoliną na korytarz. Wskazała dłonią dwa plastikowe krzesła, a mężczyzna natychmiast opadł na jedno z nich, jakby każdy kolejny krok wysysał z niego resztki energii.

- Kiedy ostatni raz widział pan córkę?

Zmrużył powieki.

- Nie pamiętam. Tydzień temu może. Jaki dziś dzień?

- Niedziela.

- To dalej niż tydzień temu. We wtorek chyba. Albo jednak to była środa. Po pracy w któreś popołudnie wpadła na chwilę, jak po ogień. Leki mi przywiozła, bo biorę tabletki na nadciśnienie. Zostawiła je tylko i poszła do siebie.

- I nie zaniepokoiło pana, że Maja nie odzywała się od tylu dni?

- Nie. Ona miała swoje życie. Swoje sprawy. Dzwonić to nie dzwoniła, bo o czym tu gadać. Jeśli już, to przychodziła do mnie.

- Często pana odwiedzała?

- Niezbyt - przyznał, ciężko wzdychając. - Od śmierci żony to może parę razy u mnie była. To dobre dziecko, niech pani nie myśli, że nie. Tylko jakoś tak się nam nie kleją te rozmowy. Ja nie umiem tak jak Marysia. Nigdy nie umiałem.

- Matka Mai zmarła niedawno?

- Trzy miesiące temu. Zabrał ją rak. Na szczęście krótko chorowała. Nie cierpiała. A Maja? - Ożywił się niespodziewanie. - Maja cierpiała przed...? No, wie pani.

Chciała posłać mu kojący uśmiech, lecz poczuła, że jej twarz wykrzywia się w jakimś groteskowym grymasie.

- Jak Maja przeżyła śmierć matki? Zauważył pan u niej zmianę w zachowaniu? - Starała się, by nie brzmiało to jak oskarżenie.

- No, przeżyła, na pewno. Jak to córka. Ale nie rozmawialiśmy o tym. - Porębski wyjrzał przez okno i ucichł. - Pani myśli, że gdybym zadzwonił, gdybym wcześniej się zorientował, że za długo milczy, to ona...

- Chcę tylko ustalić fakty. Czy córka miała wrogów? Ktoś jej groził?

- A skąd. Co pani? Takie dobre dziecko. Wszyscy ją lubili. Wszyscy. Nikomu nie wadziła.

- Wspominała może o jakichś problemach?

- Ona mi się nie zwierzała, pani władzo. Z tym chłopakiem się rozstała krótko po śmierci Marysi. Trochę popłakiwała w święta, jak to dziewczyna. Młoda, ładna, to jeszcze sobie kogoś znajdzie... - Załamał mu się głos. Musiał sobie uświadomić, że nigdy już nie zobaczy Mai w ślubnej sukni. Karolinie zrobiło się żal Porębskiego. W krótkim czasie doświadczył tylu strat. Najpierw żona, teraz córka. - W sprawy młodych się nie wtrącałem. Tak zdecydowali, widać tak miało być.

- Da mi pan jakieś namiary na tego chłopaka? Imię, nazwisko, dane kontaktowe?

Mężczyzna machnął ręką.

- Parę miesięcy razem mieszkali, ale ja to nigdy nie mogłem zapamiętać, jak on się nazywał. Jakieś angielskie miał imię i nazwisko, ojciec z Kanady albo z Ameryki pochodził, on zresztą też się urodził za oceanem. Tyle wiem. Dżejms Mak coś tam. Ale po polsku trochę rozumiał. Raz tylko Majka z nim do nas na obiad przyszła, to wtedy "Kuba" po prostu do niego mówiłem.

Karolina wszystko skrupulatnie notowała. Powoli rysował się jej przed oczami obraz młodej kobiety niosącej na plecach spory ciężar. Śmierć matki i rozstanie z partnerem, a wszystko to w ciągu zaledwie kilku tygodni. To mogło przytłoczyć i złamać nawet najsilniejszego człowieka.

- Znajdziecie tego, kto ją skrzywdził?

- Skontaktuję się jeszcze z panem, dobrze? Proszę podać mi swój adres i numer telefonu.

- Witosa szesnaście - odpowiedział, a następnie przedyktował dziewięć cyfr.

- Kiedy będę mógł ją pochować?

- Dam znać.

Porębski sięgnął do kieszeni i wyjął z niej pęk kluczy. Przez chwilę siłował się z metalowymi kółkami zaczepionymi jedno o drugie, aż w końcu udało mu się uwolnić obręcz. Wysunął drżącą dłoń w stronę policjantki.

- To klucze do jej mieszkania. Pewnie pani się teraz bardziej przydadzą niż mnie. Zresztą nigdy tam nie chodziłem bez wiedzy Mai. Szkoda, że ten jeden raz tego nie zrobiłem. Może teraz nie leżałaby tutaj... - Urwał w pół zdania.

Wstał, jakby chciał dać jej do zrozumienia, że nie jest już w stanie kontynuować tej rozmowy. Rozumiała to. I tak, biorąc pod uwagę jego stan i szok, którego doznał kilkanaście minut wcześniej, zdołał przekazać sporo istotnych informacji.

- Ona była aniołem - dodał po chwili. - Naprawdę. Nigdy sobie nie wybaczę, że pozwoliłem jej odlecieć tak daleko od siebie. Myślałem, że jeszcze mamy czas. A ten, kto nam go odebrał, powinien zgnić w piekle.