Ostatnia rozgrywka - Jeffrey Archer

-
Proszę czekać

Polecamy

Jef­frey Archer w REBI­SIE

ALE TO NIE WSZYSTKO

CO DO GRO­SZA

CÓRKA MAR­NO­TRAWNA

CZY POWIEMY PANI PRE­ZY­DENT?

DZIEŁO PRZY­PADKU

DZIEN­NIKI WIĘ­ZIENNE

FAŁ­SZYWE WRA­ŻE­NIE

I TAK WYGRASZ

JEDE­NA­STE PRZY­KA­ZA­NIE

KANE I ABEL

KOŁ­CZAN PEŁEN STRZAŁ

KRÓTKO MÓWIĄC

NA KOCIĄ ŁAPĘ

PIERW­SZY MIĘ­DZY RÓW­NYMI

SPRAWA HONORU

STAN CZWARTY

SYNO­WIE FOR­TUNY

ŚCIEŻKI CHWAŁY

WIĘ­ZIEŃ URO­DZE­NIA

ZŁO­DZIEJ­SKI HONOR

CZAS POKAŻE

ZA GRZE­CHY OJCA

SEKRET NAJ­PIL­NIEJ STRZE­ŻONY

OSTROŻ­NIE Z MARZE­NIAMI

POTĘŻ­NIEJ­SZY OD MIE­CZA

W GODZI­NIE PRÓBY

TO BYŁ CZŁO­WIEK!

EWAN­GE­LIA WEDŁUG JUDA­SZA

NIC BEZ RYZYKA

UKRYTE NA WIDOKU

PRZY­MKNIĘTE OKO SPRA­WIE­DLI­WO­ŚCI

PO MOIM TRU­PIE

W NASTĘP­NEJ KOLEJ­NO­ŚCI

BRAMA ZDRAJ­CÓW

OKO ZA OKO

Lipiec 2005

- Myślisz, że mamy szanse? - zapy­tał Wil­liam.

- Raczej nikłe - odrzekł Jastrząb - więc nie obie­cuj sobie zbyt wiele.

Komen­dant Wil­liam War­wick i jego prze­ło­żony Jack Hawksby, zastępca komi­sa­rza lon­dyń­skiej poli­cji metro­po­li­tal­nej, sie­dzieli w głębi wypeł­nio­nej po brzegi sali balo­wej cen­trum kon­gre­so­wego Raf­fles w Sin­ga­pu­rze. Na razie byli jedy­nie obser­wa­to­rami wyda­rzeń. Uczest­ni­kami całego przed­się­wzię­cia sta­liby się, dopiero gdyby Lon­dyn otrzy­mał prawo orga­ni­za­cji igrzysk w 2012 roku.

Do fina­ło­wej rundy rywa­li­za­cji zakwa­li­fi­ko­wało się pięć miast, ale tylko przed­sta­wi­ciele jed­nego z nich wrócą do sie­bie ze zło­tym meda­lem. W tym współ­za­wod­nic­twie nie prze­wi­dziano nagrody pocie­sze­nia za dru­gie miej­sce. W blo­kach star­to­wych usta­wiło się pię­ciu kon­ku­ren­tów, nie­mniej wszy­scy zgro­ma­dzeni na sali wie­dzieli, że w tej run­dzie liczy się tylko trzech. Paryż ucho­dził za zde­cy­do­wa­nego fawo­ryta. Cztery lata wcze­śniej prze­grał z Peki­nem i teraz Fran­cuzi prze­ko­ny­wali każ­dego, kto chciał słu­chać, że wła­ści­wie prawo do orga­ni­za­cji igrzysk w 2012 roku należy się im. Za jedy­nego poważ­nego rywala sto­licy Fran­cji uwa­żano Madryt, Lon­dyn w ran­kingu buk­ma­che­rów znaj­do­wał się dopiero na trze­cim miej­scu z kur­sem dzie­sięć do jed­nego.

W ciągu kolej­nej godziny sta­nie się jasne, kto wróci do domu z lau­rem zwy­cię­stwa.

W cen­trum kon­gre­so­wym pano­wał wibru­jący napię­ciem gwar, w któ­rym kon­ku­ro­wały ze sobą naj­roz­ma­it­sze języki świata. Więk­szość dele­ga­tów prze­wi­dy­wała, że pierw­sza odpad­nie Moskwa. Sto­sun­kowo nie­dawno, bo w 1980 roku, była gospo­da­rzem igrzysk, a ponadto Rosję typo­wano na orga­ni­za­tora olim­piady zimo­wej w Soczi w 2014.

W ostat­nich dniach do Wil­liama dotarły też pogło­ski, że jeśli Moskwa zosta­nie wyeli­mi­no­wana, to oddane na nią głosy przy­padną jed­nemu z kan­dy­du­ją­cych miast, ale w żad­nym razie nie Lon­dy­nowi, ponie­waż w 1980 roku Mar­ga­ret That­cher pró­bo­wała dopro­wa­dzić do boj­kotu olim­piady w Moskwie, a Wła­di­mir Putin jest pamię­tliwy.

Gre­mium decy­du­jące o wybo­rze mia­sta gospo­da­rza skła­dało się ze stu czte­rech dele­ga­tów repre­zen­tu­ją­cych kraje duże i małe. Co do zasady głos każ­dego z nich, czy to Luk­sem­burga, czy Chin, miał taką samą wagę, toteż mię­dzy innymi dla­tego nikt nie potra­fił prze­wi­dzieć wyniku gło­so­wa­nia.

Atmos­fera nie­pew­no­ści nasi­lała się rów­nież z tego powodu, że w mija­ją­cym tygo­dniu nie­mal każdy z dele­ga­tów skła­mał co naj­mniej cztery razy, obie­cu­jąc swój głos ostat­niej oso­bie, z którą roz­ma­wiał.

Otwo­rzyły się drzwi na końcu sali i zgro­ma­dzeni w jed­nej chwili umil­kli. Sta­nął w nich Jacques Rogge, prze­wod­ni­czący Mię­dzy­na­ro­do­wego Komi­tetu Olim­pij­skiego, w towa­rzy­stwie prze­wod­ni­czą­cego komi­sji skru­ta­cyj­nej. Wol­nym kro­kiem weszli na podium i zanim Rogge usiadł na środ­ko­wym krze­śle, zapa­dła cisza jak makiem zasiał. Wszy­scy cze­kali na infor­ma­cję, które mia­sto jako pierw­sze odpad­nie z rywa­li­za­cji.

Tysiąc par oczu zawi­sło na nim, gdy otwie­rał kopertę, z któ­rej wyjął kartkę z nazwą jed­nego mia­sta. Dwu­krot­nie stuk­nął w mikro­fon i ogło­sił: "W dru­giej run­dzie nie będzie uczest­ni­czyć Moskwa".

Nie­liczni ner­wowo zakla­skali, inni naj­wy­raź­niej ode­tchnęli z ulgą, a jedna piąta publicz­no­ści wręcz zasty­gła. Ich los wła­śnie został przy­pie­czę­to­wany. Za kilka godzin będą już w samo­lo­cie do Moskwy. Sześć lat wytę­żo­nej pracy prze­kre­ślono jed­nym zda­niem.

- Nie­za­leż­nie od wyniku jedziemy z Beth na waka­cje - oznaj­mił Wil­liam Jastrzę­biowi, gdy wycho­dzili z sali, żeby się prze­spa­ce­ro­wać i zaczerp­nąć świe­żego powie­trza przed ogło­sze­niem następ­nego prze­gra­nego.

- Dokąd? - zapy­tał Jastrząb jak zawsze oszczędny w sło­wach.

- Na rejs szla­kiem wikin­gów z Amster­damu do Buda­pesztu - odrzekł Wil­liam. - I oczy­wi­ście po dro­dze nie umknie nam żadna gale­ria.

- Z bliź­nia­kami czy bez? - zagad­nął Jastrząb.

- Bez - odpo­wie­dział sta­now­czo Wil­liam, gdy opusz­czali cen­trum kon­gre­sowe. - Jeste­śmy dla nich ostat­nimi oso­bami na świe­cie, z któ­rymi chcie­liby spę­dzić waka­cje. Peter póź­nym latem wybiera się z przy­ja­ciółmi do Gal­way, a Arte­mi­sia ma już zapla­no­wany wyjazd ze swoim chło­pa­kiem, Rober­tem. Na razie jed­nak bliź­niaki są rów­nie zde­ner­wo­wane jak każdy na tej sali, bo cze­kają na wyniki egza­mi­nów koń­co­wych.

- Jakie mają plany na przy­szłość? - zain­te­re­so­wał się Jastrząb.

- Peter wybiera się na stu­dia praw­ni­cze na mojej daw­nej uczelni, King's Col­lege Lon­don, a Arte­mi­sii zapro­po­no­wano już miej­sce na Uni­wer­sy­te­cie Bri­stol­skim, na filo­lo­gii angiel­skiej. Zamie­rza dołą­czyć do Roberta, który stu­diuje tam poli­to­lo­gię.

- Nie­dawno prze­czy­ta­łem w "Time­sie", że ojciec Roberta otrzy­mał nomi­na­cję na pre­zesa Kestrals Bank... - komi­sarz zawie­sił głos - dzięki tobie.

- Raczej dzięki Ros­sowi niż mnie - odrzekł Wil­liam. - To on osta­tecz­nie udo­wod­nił, że ojciec Roberta nie jest winny zarzu­ca­nych mu czy­nów.

- I na nie­wiele mu się to zdało - sko­men­to­wał z gory­czą Jastrząb.

Wil­liam posmut­niał i ski­nął głową. Simona Har­tleya oczysz­czono z zarzu­tów, ale Ross został zawie­szony na rok, a następ­nie zde­gra­do­wany, pod­czas gdy jego dawny prze­ciw­nik, Miles Faulk­ner, nie poniósł żad­nych kon­se­kwen­cji za swoje czyny.

- Szcze­rze mówiąc, byłem zdzi­wiony, że sier­żant Hogan po tej degra­da­cji wró­cił do służby - dodał Jastrząb.

- Alice zdo­łała go prze­ko­nać - odpo­wie­dział Wil­liam. - A przy szybko dora­sta­ją­cej Jojo i małym Jacku była to, moim zda­niem, naj­roz­sąd­niej­sza decy­zja.

Jastrząb poki­wał głową.

- Nawet jeżeli mia­łaby to być ostat­nia rzecz, którą zro­bię, dopil­nuję, żeby Miles Faulk­ner spę­dził resztę życia za kra­tami - oznaj­mił sta­now­czo.

- W jed­nej celi z Boothem Wat­so­nem - dodał Wil­liam.

- Amen - zamknął temat Jastrząb. - Jak się trzyma Ross?

- Prawdę powie­dziaw­szy, do tej pory nie doszedł do sie­bie po star­ciu z komen­dan­tem Sinc­la­irem - oce­nił Wil­liam. - Przy­dzie­lają mu tylko zada­nia, przy któ­rych nie narobi sobie kło­po­tów. Ale spójrzmy praw­dzie w oczy, Ross nie jest święty.

- Jeżeli wygramy ten kon­kurs - powie­dział Jastrząb - dobrze byłoby mieć sier­żanta Hogana w naszym zespole, bo pracy nam nie zabrak­nie. Jedno jest pewne: gdy w grę wcho­dzą miliardy, każdy kom­bi­na­tor na pół­noc od rzeki spró­buje się dorwać do olim­pij­skiego koryta.

- Rów­nież nie­je­den z połu­dnia - dorzu­cił Wil­liam - włącz­nie z Mile­sem Faulk­ne­rem, który nie prze­pu­ści oka­zji szyb­kiego zarobku.

- Co do tego i ja nie mam wąt­pli­wo­ści - przy­znał zastępca komi­sa­rza, gdy dołą­czali do grupy dele­ga­tów wra­ca­ją­cych do cen­trum kon­gre­so­wego.

Wszy­scy w napię­ciu cze­kali na ogło­sze­nie, które mia­sto jako kolejne zosta­nie wyklu­czone z eli­mi­na­cji.

Ponad dzie­więć i pół tysiąca kilo­me­trów od Sin­ga­puru Miles Faulk­ner i radca kró­lew­ski Booth Wat­son wysie­dli z auto­busu i ruszyli pie­szo do pubu, do któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie zacho­dzili. Nie mieli zwy­czaju korzy­stać z tego środka trans­portu, ale tym razem Faulk­ner posta­no­wił zosta­wić Col­linsa z Royce'em na Cado­gan Squ­are, gdyż luk­su­sowy Silver Cloud z szo­fe­rem sie­dzą­cym za kie­row­nicą za mocno rzu­całby się w oczy na par­kingu na East Endzie pośród mnó­stwa uży­wa­nych samo­cho­dów, wielu z nich kra­dzio­nych.

W ciągu ostat­niego mie­siąca Col­lins kil­ka­krot­nie odwie­dził pub Newham Arms, gdzie zebrał wszyst­kie infor­ma­cje potrzebne Mile­sowi do pla­no­wa­nego przed­się­wzię­cia.

- Dla­czego wybra­łeś Col­linsa? - zapy­tał Booth Wat­son.

- Każdy ma swoją spe­cjal­ność - odparł Miles. - Poza tym jest w pełni godny zaufa­nia.

Miles wszedł do pubu i dostrzegł dwóch miej­sco­wych sie­dzą­cych po prze­ciw­le­głych koń­cach baru. Zgod­nie z usta­le­niami z Col­lin­sem ani jeden, ani drugi nie zwró­cił na niego uwagi. Przy­by­sze zajęli puste stołki mię­dzy nimi. Miles zamó­wił dwa piwa i zer­k­nął na tele­wi­zor, ponie­waż za chwilę miały być ogło­szone wyniki kolej­nej rundy gło­so­wa­nia.

Huw Edwards obja­śniał widzom pro­ce­durę gło­so­wa­nia i uza­sad­niał, dla­czego jego zda­niem to Nowy Jork jako następny zosta­nie wyklu­czony z rywa­li­za­cji, a do decy­du­ją­cej rundy przejdą Paryż, Madryt i Lon­dyn.

Wpa­trzony w ekran wła­ści­ciel pubu tylko na nich zer­k­nął i posta­wił na bufe­cie dwa kufle jasnego piwa.

- Widzę, że cie­kawi cię, kto wygra - rzu­cił mimo­cho­dem Miles.

- Od tego zależy moja przy­szłość - odrzekł wła­ści­ciel, nie prze­no­sząc wzroku na klienta.

- Doprawdy? - mruk­nął Booth Wat­son i z wyraźną nie­chę­cią pocią­gnął łyk trunku.

- Nie bar­dzo rozu­miem - wtrą­cił się Miles, dobrze zorien­to­wany, że gdyby Lon­dyn wygrał, pub wraz z przy­le­głym par­kin­giem zna­la­złby się w samym środku pro­jek­to­wa­nego sta­dionu olim­pij­skiego.

- Sie­dzi pan na linii star­to­wej do biegu na sto metrów - wyja­śnił wła­ści­ciel - a na moim par­kingu znaj­dzie się pia­skow­nica do skoku w dal. Jeżeli Lon­dyn będzie orga­ni­za­to­rem igrzysk, ja zbiję for­tunę.

- For­tunę? - powtó­rzył Miles, licząc, że się dowie, jaką kwotę wła­ści­ciel uważa za for­tunę.

- Lokalny dewe­lo­per zaofe­ro­wał mi już ćwierć miliona - zdra­dził wła­ści­ciel - ale tylko pod warun­kiem, że wygramy.

Miles dosko­nale wie­dział, że tym dewe­lo­pe­rem jest szef lokal­nej mafii, Ber­nie Longe. Zacho­wał to jed­nak dla sie­bie, ponie­waż kolejne pyta­nie miał zadać towa­rzy­szący mu praw­nik.

- A jeżeli Lon­dyn nie wygra? - wszedł w swoją rolę Booth Wat­son.

- Będę miał szczę­ście, jeśli dostanę pięć­dzie­siąt tysięcy, więc stawką nie jest tylko ich przy­szłość - powie­dział wła­ści­ciel, wska­zu­jąc na tele­wi­zor. - Bo ja albo skoń­czę w komu­nal­nym miesz­ka­niu na tutej­szym osie­dlu, albo prze­pro­wa­dzę się do wiej­skiego domu w Essex.

- Pozwól, że zadam czy­sto hipo­te­tyczne pyta­nie - zary­zy­ko­wał Miles, odsta­wia­jąc kufel. - Skoro Paryż ucho­dzi za zde­cy­do­wa­nego fawo­ryta, za jaką kwotę był­byś gotów sprze­dać mi ten teren, gdy­bym teraz zło­żył ci ofertę kupna?

Wła­ści­ciel wyglą­dał na zasko­czo­nego i przez chwilę się zasta­na­wiał.

- Dwie­ście tysięcy - powie­dział w końcu i znów skie­ro­wał wzrok na ekran tele­wi­zora.

Prze­wod­ni­czący komi­tetu olim­pij­skiego wstał, otwo­rzył kopertę, wyjął z niej kartkę i ogło­sił: "W kolej­nej run­dzie nie będzie uczest­ni­czyć Nowy Jork".

- Jeśli w następ­nej run­dzie odpad­nie Lon­dyn, a wszystko na to wska­zuje - powie­dział Jastrząb - jestem gotów do powrotu do domu. Bagaż mam już spa­ko­wany.

- A jeżeli Lon­dyn wygra - odrzekł Wil­liam - będziesz musiał się roz­pa­ko­wać.

- Nie­ko­niecz­nie. Gdyby się oka­zało, że gospo­da­rzem igrzysk będzie Lon­dyn, to przede wszyst­kim tam wrócę i odtwo­rzę mój dawny zespół.

Wil­liam się zamy­ślił.

- Mie­li­by­śmy sie­dem lat na przy­go­to­wa­nia.

- I tak za mało.

- Skąd u cie­bie ta pew­ność, że wszy­scy będą chcieli wró­cić? Choćby Paul, który prze­cież nie­dawno awan­so­wał na zastępcę dowódcy wydziału do walki z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną.

- Będą musieli obejść się bez niego, bo detek­ty­wowi inspek­to­rowi Adai zapro­po­no­wał­bym funk­cję dowódcy tak­tycz­nego i powie­rzył­bym mu koor­dy­na­cję dzia­łań ope­ra­cyj­nych na sta­dio­nie - skwi­to­wał Jastrząb.

- A Rebecca?

- Detek­tyw sier­żant Pan­khurst byłaby pierw­szą kan­dy­datką na sta­no­wi­sko dowódcy ope­ra­cyj­nego, odpo­wie­dzialną za nad­zór nad bez­pie­czeń­stwem dwu­stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy widzów codzien­nie odwie­dza­ją­cych park olim­pij­ski.

- Może nie chcieć zre­zy­gno­wać ze służby w wydziale anty­nar­ko­ty­ko­wym - zauwa­żył Wil­liam. - Sły­sza­łem, że jest typo­wana do kolej­nego awansu.

- Nie zosta­wię jej wiel­kiego wyboru - oznaj­mił Jastrząb.

- A Jac­kie? Będzie miała coś do powie­dze­nia?

- Detek­tyw sier­żant Roy­croft już dała do zro­zu­mie­nia, że jeśli Lon­dyn wygra, to na czas igrzysk chęt­nie przej­dzie do nas z wydziału dzieł sztuki i anty­ków.

- Do nas? - zdzi­wił się Wil­liam.

- Ow­szem. Cie­bie zamie­rzam mia­no­wać dowódcą stra­te­gicz­nym. Będziesz odpo­wie­dzialny za ogól­no­kra­jową ope­ra­cję zabez­pie­cza­nia igrzysk - pod­su­mo­wał Jastrząb. - A jeśli igrzy­ska okażą się suk­ce­sem, ja w chwale odejdę na eme­ry­turę, a ty będziesz o krok bli­żej sta­no­wi­ska komi­sa­rza.

- Nie wie­rzę, że kie­dy­kol­wiek przej­dziesz na eme­ry­turę - wyra­ził zwąt­pie­nie Wil­liam. - Od lat z tym zwle­kasz.

- Ale nie mogę zwle­kać bez końca - zauwa­żył Jastrząb.

- A jeżeli igrzy­ska nie okażą się suk­ce­sem? - zapy­tał Wil­liam z uśmie­chem, któ­rego nie zdo­łał powstrzy­mać.

- Ty, jako kon­stabl War­wick, wró­cisz do zwy­kłej służby patro­lo­wej, a ja oznaj­mię wszem wobec, że od początku uwa­ża­łem komen­danta Sinc­la­ira za oczy­wi­stego kan­dy­data na następ­nego komi­sa­rza. Ale jeżeli spraw­dzisz się przy igrzy­skach, możesz liczyć na moje popar­cie - dodał z uśmie­chem.

- Tyle że za tym zna­mien­nym "jeżeli" kryje się mnó­stwo nie­wia­do­mych - zwró­cił uwagę Wil­liam. - Choćby to, co za chwilę wyda­rzy się na podium.

Jastrząb ski­nął głową.

- Moim zda­niem następny odpad­nie Madryt.

- Miejmy nadzieję - powie­dział Wil­liam - bo jeśli Paryż, to podobno w ostat­niej run­dzie Fran­cuzi odda­dzą głos na Madryt, ponie­waż za żadne skarby nie chcą, żeby gospo­da­rzem igrzysk był Lon­dyn.

Kolejny raz otwo­rzyły się drzwi sali i na podium wró­cił Rogge. Spoj­rzał z góry na dele­ga­tów, ale z otwar­ciem koperty cze­kał, aż się uci­szą. Powoli wyjął z niej kartkę, popra­wił oku­lary i oznaj­mił: "W run­dzie fina­ło­wej nie będzie uczest­ni­czyć Madryt".

Wśród wrzawy, która pod­nio­sła się po tej wia­do­mo­ści, Wil­liam led­wie wychwy­cił słowa Jastrzę­bia.

- Teraz szanse są wyrów­nane.

- Wynik trze­ciej i zara­zem ostat­niej rundy zosta­nie ogło­szony za kilka minut - zapo­wie­dział Huw Edwards, spo­glą­da­jąc z ekranu tele­wi­zora na miliony wycze­ku­ją­cych go widzów. - Madryt zdo­był trzy­dzie­ści jeden gło­sów - kon­ty­nu­ował - a zda­niem eks­per­tów zostały one już obie­cane Fran­cu­zom, czyli praw­do­po­dob­nie nie my jeste­śmy fawo­ry­tami.

- W takim razie na jaką kwotę był­byś skłonny się zgo­dzić teraz? - zapy­tał Miles wła­ści­ciela pubu i zamó­wił kolejne piwo tylko dla sie­bie, bo kufel Bootha Wat­sona wciąż był do połowy pełny. Miles zawczasu prze­strzegł go ostro, żeby powstrzy­mał się od zwy­cza­jo­wego podwój­nego ginu z toni­kiem.

- Sto pięć­dzie­siąt tysięcy - odrzekł wła­ści­ciel, już nie tak pew­nym gło­sem.

- Dam ci sto tysięcy od ręki - oświad­czył Miles - i jest to moja osta­teczna oferta.

Wła­ści­ciel spoj­rzał na ekran, gdzie wokół fran­cu­skiej dele­ga­cji zbie­rali się repor­te­rzy tele­wi­zyjni, dzien­ni­ka­rze i foto­gra­fo­wie, a przy Bry­tyj­czy­kach został tylko jeden wierny repor­ter.

Kamera poka­zała w zbli­że­niu część fran­cu­skiej ekipy. Jeden z jej człon­ków sta­wiał na stole butelkę szam­pana, a drugi trzy­mał przed sobą dwa kie­liszki.

- Już po wszyst­kim - orzekł miej­scowy gość, gdy Miles aku­rat dopił piwo i odsta­wił pusty kufel na bar.

- Nie­trudno zgad­nąć, kto zaj­mie dru­gie miej­sce - dodał ten z prze­ciw­le­głego końca baru, gdy Miles zsu­nął się z wyso­kiego stołka i powoli ruszył do drzwi.

- Nie wszystko stra­cone - powie­dział Huw Edwards, a wła­ści­ciel pubu się uśmiech­nął. - Lon­dyn bez wąt­pie­nia będzie fawo­ry­tem w rywa­li­za­cji o prawo do orga­ni­za­cji igrzysk w 2020.

Wła­ści­ciel pubu zmarsz­czył brwi.

- Ile teraz by mi pan zapła­cił? - zwró­cił się do Milesa, gdy ten dotknął klamki.

- Sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy - rzu­cił Miles, nie odwra­ca­jąc się do niego.

- Sto tysięcy - zapro­po­no­wał wła­ści­ciel, gdy Miles otwo­rzył drzwi i wyszedł na zewnątrz, a Booth Wat­son podą­żył krok w krok za nim.

- W porządku, niech będzie! - zawo­łał za nimi wła­ści­ciel. - Zgoda na pań­skie sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy.

- Dobra decy­zja - pochwa­lił jeden z miej­sco­wych, a jego kom­pan z powagą kiw­nął głową.

Booth Wat­son natych­miast wró­cił do baru i posta­wił na ladzie swoją teczkę marki Glad­stone.

Oczy wszyst­kich zwró­ciły się na tele­wi­zor, bo na ekra­nie poja­wił się Rogge, który ostatni raz zdą­żał na podium.

Wat­son otwo­rzył torbę i wyjął sta­ran­nie przy­go­to­waną umowę bez wol­nych miejsc do uzu­peł­nie­nia. Prze­rzu­cił kartki do ostat­niej strony, a Miles ponow­nie usiadł przy barze i wypi­sał czek na sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy fun­tów.

Wła­ści­ciel pubu patrzył na cyfry i wciąż się wahał. Prze­niósł wzrok na ekran, gdzie fran­cu­scy dele­gaci już zerwali się na równe nogi, a nie­któ­rzy w obję­ciach śpie­wali "Mar­sy­liankę". Booth Wat­son zdjął skuwkę z pióra.

Rogge bez pośpie­chu wstał ze swego miej­sca pośrodku sceny i zwró­cił się do dele­ga­tów. Naj­pierw pochwa­lił oba zespoły za ogromny wkład pracy i zna­ko­mite pre­zen­ta­cje, po czym przy­po­mniał wszyst­kim, że osta­tecz­nie tylko jedno mia­sto może zostać wybrane na gospo­da­rza trzy­dzie­stej olim­piady. Dłu­żej niż poprzed­nio otwie­rał kopertę, zanim wyjął z niej kartkę. Postu­kał w mikro­fon i dopiero wtedy spoj­rzał na nazwę mia­sta, które będzie gospo­da­rzem igrzysk olim­pij­skich w 2012 roku.

Wszy­scy fran­cu­scy dele­gaci nie­cier­pli­wie cze­kali na wer­dykt.

Wła­ści­ciel pubu chwy­cił pod­su­nięte mu pióro i w pośpie­chu zło­żył pod­pis w wyzna­czo­nym miej­scu.

Obser­wa­to­rzy zebrani w sali kon­gre­so­wej w Sin­ga­pu­rze i przed tele­wi­zo­rami na całym świe­cie zamil­kli, a wtedy prze­wod­ni­czący Mię­dzy­na­ro­do­wego Komi­tetu Olim­pij­skiego ogło­sił: "Orga­ni­za­to­rem trzy­dzie­stej olim­piady w 2012 roku będzie... - zawie­sił głos - Lon­dyn".

Atra­ment zdą­żył już wyschnąć.

- Przy­go­tuj się na naj­trud­niej­sze zada­nie w swo­jej karie­rze, Wil­lia­mie - powie­dział Jastrząb w tyl­nej czę­ści sali, po czym wstał i dołą­czył do okla­sku­ją­cych. - I nawet nie myśl o odpo­czynku, aż usły­szysz, jak on mówi - dodał, wska­zu­jąc na Rog­gego - "Ogła­szam zamknię­cie Igrzysk Trzy­dzie­stej Olim­piady".

- Ale to nastąpi dopiero za sie­dem lat - przy­po­mniał mu Wil­liam.

Jastrząb odwró­cił się do niego.

- Sie­dem lat to może się wyda­wać dużo na przy­go­to­wa­nie jed­nego wyda­rze­nia - powie­dział. - Ale wiesz rów­nie dobrze jak ja, że nie takiego jak to, ponie­waż jest ono jedy­nym w swoim rodzaju na świe­cie.

Wil­liam ski­nął głową. Do tej pory uczest­ni­czył w zabez­pie­cza­niu pogrzebu kró­lo­wej matki, kilku wizyt pań­stwo­wych, mię­dzy innymi pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, i nie­zli­czo­nych fina­łów Pucharu Anglii, ale latem 2012 roku miał odpo­wia­dać za bez­pie­czeń­stwo czter­dzie­stu dwóch mistrzostw świata roz­gry­wa­nych w ciągu zale­d­wie kilku tygo­dni, które zaważą na jego karie­rze.

Patrzył, jak człon­ko­wie bry­tyj­skiej dele­ga­cji pod prze­wod­nic­twem Seba­stiana Coe wciąż pod­ska­kują z rado­ści, stop­niowo uświa­da­mia­jąc sobie skalę zwy­cię­stwa.

Fran­cuzi nato­miast sie­dzieli sami w dru­gim końcu sali - przy­gnę­bieni, mil­czący, z nie­otwar­tym szam­pa­nem, niczym porzu­cona panna młoda cze­ka­jąca na oblu­bieńca, który nie przy­szedł na ślub.

Wła­ści­ciel pubu, w nastroju nie­wiele róż­nią­cym się od domi­nu­ją­cego wśród człon­ków fran­cu­skiej dele­ga­cji, wyłą­czył tele­wi­zor.

Booth Wat­son pospie­szył za swoim klien­tem, który już zdą­żył opu­ścić pub wraz z dwoma miej­sco­wymi gośćmi. Miles wrę­czył im po stu­fun­to­wym bank­no­cie. Zasłu­żyli na hono­ra­rium za ode­gra­nie epi­zo­dycz­nej roli bez naj­mniej­szego potknię­cia.

Wat­son dogo­nił Milesa, gdy ten wsia­dał do tak­sówki, i pospiesz­nie zajął miej­sce obok niego na tyl­nej kana­pie.

- Co byś zro­bił, gdyby igrzy­ska przy­znano Pary­żowi? - zapy­tał, zła­paw­szy oddech.

- Ponie­waż dzi­siaj jest środa - wyja­śnił mu Miles - facet nie ma co liczyć na reali­za­cję czeku przed week­en­dem, a na początku następ­nego tygo­dnia nie­stety zwró­cono by mu go do pubu z adno­ta­cją "Brak środ­ków" i byłoby to rów­no­znaczne z unie­waż­nie­niem umowy, jeśli dobrze pamię­tam jej zapis.

- Ale prze­cież możesz zadzwo­nić do banku jutro rano, zaraz po otwar­ciu, i się upew­nić, czy jest bez­zwłocz­nie reali­zo­wany - powie­dział Booth Wat­son. - Ponadto, jeżeli nawet on go nie zre­ali­zuje, umowa i tak będzie ważna, bo jej treść nie pozo­sta­wia żad­nych wąt­pli­wo­ści.

- Nie będę się pospiesz­nie roz­sta­wał z nowo naby­tym akty­wem - odparł Miles. - Jeśli rząd zechce kupić mój pub wraz z par­kin­giem, a wła­ści­wie powi­nie­nem powie­dzieć pro­stą fini­szową bieżni i zeskocz­nię do skoku w dal, będzie mi musiał słono zapła­cić.

Nie­spełna dwa­dzie­ścia cztery godziny póź­niej komen­dant War­wick był jed­nym z pierw­szych w Sin­ga­pu­rze, któ­rzy usły­szeli tę wia­do­mość. Sie­dział sam w pokoju hote­lo­wym i oglą­dał poranny pro­gram w tele­wi­zji. W lon­dyń­skim metrze wybu­chły trzy bomby, czwarta w auto­bu­sie. Wsku­tek eks­plo­zji zgi­nęły pięć­dzie­siąt dwie nie­winne osoby, a ponad osiem­set odnio­sło rany, w więk­szo­ści w dro­dze do pracy.

Wil­liam przy­po­mniał sobie, że Seba­stian Coe pod­czas pouf­nych roz­mów z dele­ga­tami w ostat­nich dwóch tygo­dniach czę­sto zwra­cał uwagę, że każ­dego dnia w ciągu pół­go­dziny lon­dyń­skim metrem z Vic­to­rii do parku olim­pij­skiego może się prze­miesz­czać nawet dwa­dzie­ścia pięć tysięcy osób.

Jako nowy szef sztabu do spraw porządku publicz­nego i wspar­cia ope­ra­cyj­nego przy igrzy­skach w 2012 roku Wil­liam przy­go­to­wy­wał się do wystą­pie­nia, które miał wygło­sić przed bry­tyj­skim zespo­łem odpo­wie­dzial­nym za lon­dyń­ską kan­dy­da­turę w tej samej sali, gdzie dzień wcze­śniej świę­to­wano gło­śne zwy­cię­stwo.

Następ­nego dnia do Lon­dynu wró­ciła grupa posęp­nych i nie cał­kiem trzeź­wych dele­ga­tów. Nie było im dane cie­szyć się zasłu­żo­nymi owa­cjami roz­en­tu­zja­zmo­wa­nego tłumu na powi­ta­nie, ponie­waż dys­kret­nie prze­pro­wa­dzono ich pry­wat­nym wyj­ściem, żeby uchro­nić przed dzien­ni­ka­rzami i repor­te­rami, któ­rzy mieli na ustach tylko jedno pyta­nie: Czy Lon­dyn zostałby wybrany na gospo­da­rza igrzysk olim­pij­skich w 2012 roku, gdyby do zama­chu doszło dzień przed osta­tecz­nym gło­so­wa­niem, a nie dzień po nim?

Wszy­scy znali odpo­wiedź.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki