Ostatnia rozgrywka - Jeffrey Archer

Reflow text when sidebars are open.
Jeffrey Archer w REBISIE
ALE TO NIE WSZYSTKO
CO DO GROSZA
CÓRKA MARNOTRAWNA
CZY POWIEMY PANI PREZYDENT?
DZIEŁO PRZYPADKU
DZIENNIKI WIĘZIENNE
FAŁSZYWE WRAŻENIE
I TAK WYGRASZ
JEDENASTE PRZYKAZANIE
KANE I ABEL
KOŁCZAN PEŁEN STRZAŁ
KRÓTKO MÓWIĄC
NA KOCIĄ ŁAPĘ
PIERWSZY MIĘDZY RÓWNYMI
SPRAWA HONORU
STAN CZWARTY
SYNOWIE FORTUNY
ŚCIEŻKI CHWAŁY
WIĘZIEŃ URODZENIA
ZŁODZIEJSKI HONOR
CZAS POKAŻE
ZA GRZECHY OJCA
SEKRET NAJPILNIEJ STRZEŻONY
OSTROŻNIE Z MARZENIAMI
POTĘŻNIEJSZY OD MIECZA
W GODZINIE PRÓBY
TO BYŁ CZŁOWIEK!
EWANGELIA WEDŁUG JUDASZA
NIC BEZ RYZYKA
UKRYTE NA WIDOKU
PRZYMKNIĘTE OKO SPRAWIEDLIWOŚCI
PO MOIM TRUPIE
W NASTĘPNEJ KOLEJNOŚCI
BRAMA ZDRAJCÓW
OKO ZA OKO
- Myślisz, że mamy szanse? - zapytał William.
- Raczej nikłe - odrzekł Jastrząb - więc nie obiecuj sobie zbyt wiele.
Komendant William Warwick i jego przełożony Jack Hawksby, zastępca komisarza londyńskiej policji metropolitalnej, siedzieli w głębi wypełnionej po brzegi sali balowej centrum kongresowego Raffles w Singapurze. Na razie byli jedynie obserwatorami wydarzeń. Uczestnikami całego przedsięwzięcia staliby się, dopiero gdyby Londyn otrzymał prawo organizacji igrzysk w 2012 roku.
Do finałowej rundy rywalizacji zakwalifikowało się pięć miast, ale tylko przedstawiciele jednego z nich wrócą do siebie ze złotym medalem. W tym współzawodnictwie nie przewidziano nagrody pocieszenia za drugie miejsce. W blokach startowych ustawiło się pięciu konkurentów, niemniej wszyscy zgromadzeni na sali wiedzieli, że w tej rundzie liczy się tylko trzech. Paryż uchodził za zdecydowanego faworyta. Cztery lata wcześniej przegrał z Pekinem i teraz Francuzi przekonywali każdego, kto chciał słuchać, że właściwie prawo do organizacji igrzysk w 2012 roku należy się im. Za jedynego poważnego rywala stolicy Francji uważano Madryt, Londyn w rankingu bukmacherów znajdował się dopiero na trzecim miejscu z kursem dziesięć do jednego.
W ciągu kolejnej godziny stanie się jasne, kto wróci do domu z laurem zwycięstwa.
W centrum kongresowym panował wibrujący napięciem gwar, w którym konkurowały ze sobą najrozmaitsze języki świata. Większość delegatów przewidywała, że pierwsza odpadnie Moskwa. Stosunkowo niedawno, bo w 1980 roku, była gospodarzem igrzysk, a ponadto Rosję typowano na organizatora olimpiady zimowej w Soczi w 2014.
W ostatnich dniach do Williama dotarły też pogłoski, że jeśli Moskwa zostanie wyeliminowana, to oddane na nią głosy przypadną jednemu z kandydujących miast, ale w żadnym razie nie Londynowi, ponieważ w 1980 roku Margaret Thatcher próbowała doprowadzić do bojkotu olimpiady w Moskwie, a Władimir Putin jest pamiętliwy.
Gremium decydujące o wyborze miasta gospodarza składało się ze stu czterech delegatów reprezentujących kraje duże i małe. Co do zasady głos każdego z nich, czy to Luksemburga, czy Chin, miał taką samą wagę, toteż między innymi dlatego nikt nie potrafił przewidzieć wyniku głosowania.
Atmosfera niepewności nasilała się również z tego powodu, że w mijającym tygodniu niemal każdy z delegatów skłamał co najmniej cztery razy, obiecując swój głos ostatniej osobie, z którą rozmawiał.
Otworzyły się drzwi na końcu sali i zgromadzeni w jednej chwili umilkli. Stanął w nich Jacques Rogge, przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, w towarzystwie przewodniczącego komisji skrutacyjnej. Wolnym krokiem weszli na podium i zanim Rogge usiadł na środkowym krześle, zapadła cisza jak makiem zasiał. Wszyscy czekali na informację, które miasto jako pierwsze odpadnie z rywalizacji.
Tysiąc par oczu zawisło na nim, gdy otwierał kopertę, z której wyjął kartkę z nazwą jednego miasta. Dwukrotnie stuknął w mikrofon i ogłosił: "W drugiej rundzie nie będzie uczestniczyć Moskwa".
Nieliczni nerwowo zaklaskali, inni najwyraźniej odetchnęli z ulgą, a jedna piąta publiczności wręcz zastygła. Ich los właśnie został przypieczętowany. Za kilka godzin będą już w samolocie do Moskwy. Sześć lat wytężonej pracy przekreślono jednym zdaniem.
- Niezależnie od wyniku jedziemy z Beth na wakacje - oznajmił William Jastrzębiowi, gdy wychodzili z sali, żeby się przespacerować i zaczerpnąć świeżego powietrza przed ogłoszeniem następnego przegranego.
- Dokąd? - zapytał Jastrząb jak zawsze oszczędny w słowach.
- Na rejs szlakiem wikingów z Amsterdamu do Budapesztu - odrzekł William. - I oczywiście po drodze nie umknie nam żadna galeria.
- Z bliźniakami czy bez? - zagadnął Jastrząb.
- Bez - odpowiedział stanowczo William, gdy opuszczali centrum kongresowe. - Jesteśmy dla nich ostatnimi osobami na świecie, z którymi chcieliby spędzić wakacje. Peter późnym latem wybiera się z przyjaciółmi do Galway, a Artemisia ma już zaplanowany wyjazd ze swoim chłopakiem, Robertem. Na razie jednak bliźniaki są równie zdenerwowane jak każdy na tej sali, bo czekają na wyniki egzaminów końcowych.
- Jakie mają plany na przyszłość? - zainteresował się Jastrząb.
- Peter wybiera się na studia prawnicze na mojej dawnej uczelni, King's College London, a Artemisii zaproponowano już miejsce na Uniwersytecie Bristolskim, na filologii angielskiej. Zamierza dołączyć do Roberta, który studiuje tam politologię.
- Niedawno przeczytałem w "Timesie", że ojciec Roberta otrzymał nominację na prezesa Kestrals Bank... - komisarz zawiesił głos - dzięki tobie.
- Raczej dzięki Rossowi niż mnie - odrzekł William. - To on ostatecznie udowodnił, że ojciec Roberta nie jest winny zarzucanych mu czynów.
- I na niewiele mu się to zdało - skomentował z goryczą Jastrząb.
William posmutniał i skinął głową. Simona Hartleya oczyszczono z zarzutów, ale Ross został zawieszony na rok, a następnie zdegradowany, podczas gdy jego dawny przeciwnik, Miles Faulkner, nie poniósł żadnych konsekwencji za swoje czyny.
- Szczerze mówiąc, byłem zdziwiony, że sierżant Hogan po tej degradacji wrócił do służby - dodał Jastrząb.
- Alice zdołała go przekonać - odpowiedział William. - A przy szybko dorastającej Jojo i małym Jacku była to, moim zdaniem, najrozsądniejsza decyzja.
Jastrząb pokiwał głową.
- Nawet jeżeli miałaby to być ostatnia rzecz, którą zrobię, dopilnuję, żeby Miles Faulkner spędził resztę życia za kratami - oznajmił stanowczo.
- W jednej celi z Boothem Watsonem - dodał William.
- Amen - zamknął temat Jastrząb. - Jak się trzyma Ross?
- Prawdę powiedziawszy, do tej pory nie doszedł do siebie po starciu z komendantem Sinclairem - ocenił William. - Przydzielają mu tylko zadania, przy których nie narobi sobie kłopotów. Ale spójrzmy prawdzie w oczy, Ross nie jest święty.
- Jeżeli wygramy ten konkurs - powiedział Jastrząb - dobrze byłoby mieć sierżanta Hogana w naszym zespole, bo pracy nam nie zabraknie. Jedno jest pewne: gdy w grę wchodzą miliardy, każdy kombinator na północ od rzeki spróbuje się dorwać do olimpijskiego koryta.
- Również niejeden z południa - dorzucił William - włącznie z Milesem Faulknerem, który nie przepuści okazji szybkiego zarobku.
- Co do tego i ja nie mam wątpliwości - przyznał zastępca komisarza, gdy dołączali do grupy delegatów wracających do centrum kongresowego.
Wszyscy w napięciu czekali na ogłoszenie, które miasto jako kolejne zostanie wykluczone z eliminacji.
Ponad dziewięć i pół tysiąca kilometrów od Singapuru Miles Faulkner i radca królewski Booth Watson wysiedli z autobusu i ruszyli pieszo do pubu, do którego nigdy wcześniej nie zachodzili. Nie mieli zwyczaju korzystać z tego środka transportu, ale tym razem Faulkner postanowił zostawić Collinsa z Royce'em na Cadogan Square, gdyż luksusowy Silver Cloud z szoferem siedzącym za kierownicą za mocno rzucałby się w oczy na parkingu na East Endzie pośród mnóstwa używanych samochodów, wielu z nich kradzionych.
W ciągu ostatniego miesiąca Collins kilkakrotnie odwiedził pub Newham Arms, gdzie zebrał wszystkie informacje potrzebne Milesowi do planowanego przedsięwzięcia.
- Dlaczego wybrałeś Collinsa? - zapytał Booth Watson.
- Każdy ma swoją specjalność - odparł Miles. - Poza tym jest w pełni godny zaufania.
Miles wszedł do pubu i dostrzegł dwóch miejscowych siedzących po przeciwległych końcach baru. Zgodnie z ustaleniami z Collinsem ani jeden, ani drugi nie zwrócił na niego uwagi. Przybysze zajęli puste stołki między nimi. Miles zamówił dwa piwa i zerknął na telewizor, ponieważ za chwilę miały być ogłoszone wyniki kolejnej rundy głosowania.
Huw Edwards objaśniał widzom procedurę głosowania i uzasadniał, dlaczego jego zdaniem to Nowy Jork jako następny zostanie wykluczony z rywalizacji, a do decydującej rundy przejdą Paryż, Madryt i Londyn.
Wpatrzony w ekran właściciel pubu tylko na nich zerknął i postawił na bufecie dwa kufle jasnego piwa.
- Widzę, że ciekawi cię, kto wygra - rzucił mimochodem Miles.
- Od tego zależy moja przyszłość - odrzekł właściciel, nie przenosząc wzroku na klienta.
- Doprawdy? - mruknął Booth Watson i z wyraźną niechęcią pociągnął łyk trunku.
- Nie bardzo rozumiem - wtrącił się Miles, dobrze zorientowany, że gdyby Londyn wygrał, pub wraz z przyległym parkingiem znalazłby się w samym środku projektowanego stadionu olimpijskiego.
- Siedzi pan na linii startowej do biegu na sto metrów - wyjaśnił właściciel - a na moim parkingu znajdzie się piaskownica do skoku w dal. Jeżeli Londyn będzie organizatorem igrzysk, ja zbiję fortunę.
- Fortunę? - powtórzył Miles, licząc, że się dowie, jaką kwotę właściciel uważa za fortunę.
- Lokalny deweloper zaoferował mi już ćwierć miliona - zdradził właściciel - ale tylko pod warunkiem, że wygramy.
Miles doskonale wiedział, że tym deweloperem jest szef lokalnej mafii, Bernie Longe. Zachował to jednak dla siebie, ponieważ kolejne pytanie miał zadać towarzyszący mu prawnik.
- A jeżeli Londyn nie wygra? - wszedł w swoją rolę Booth Watson.
- Będę miał szczęście, jeśli dostanę pięćdziesiąt tysięcy, więc stawką nie jest tylko ich przyszłość - powiedział właściciel, wskazując na telewizor. - Bo ja albo skończę w komunalnym mieszkaniu na tutejszym osiedlu, albo przeprowadzę się do wiejskiego domu w Essex.
- Pozwól, że zadam czysto hipotetyczne pytanie - zaryzykował Miles, odstawiając kufel. - Skoro Paryż uchodzi za zdecydowanego faworyta, za jaką kwotę byłbyś gotów sprzedać mi ten teren, gdybym teraz złożył ci ofertę kupna?
Właściciel wyglądał na zaskoczonego i przez chwilę się zastanawiał.
- Dwieście tysięcy - powiedział w końcu i znów skierował wzrok na ekran telewizora.
Przewodniczący komitetu olimpijskiego wstał, otworzył kopertę, wyjął z niej kartkę i ogłosił: "W kolejnej rundzie nie będzie uczestniczyć Nowy Jork".
- Jeśli w następnej rundzie odpadnie Londyn, a wszystko na to wskazuje - powiedział Jastrząb - jestem gotów do powrotu do domu. Bagaż mam już spakowany.
- A jeżeli Londyn wygra - odrzekł William - będziesz musiał się rozpakować.
- Niekoniecznie. Gdyby się okazało, że gospodarzem igrzysk będzie Londyn, to przede wszystkim tam wrócę i odtworzę mój dawny zespół.
William się zamyślił.
- Mielibyśmy siedem lat na przygotowania.
- I tak za mało.
- Skąd u ciebie ta pewność, że wszyscy będą chcieli wrócić? Choćby Paul, który przecież niedawno awansował na zastępcę dowódcy wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną.
- Będą musieli obejść się bez niego, bo detektywowi inspektorowi Adai zaproponowałbym funkcję dowódcy taktycznego i powierzyłbym mu koordynację działań operacyjnych na stadionie - skwitował Jastrząb.
- A Rebecca?
- Detektyw sierżant Pankhurst byłaby pierwszą kandydatką na stanowisko dowódcy operacyjnego, odpowiedzialną za nadzór nad bezpieczeństwem dwustu pięćdziesięciu tysięcy widzów codziennie odwiedzających park olimpijski.
- Może nie chcieć zrezygnować ze służby w wydziale antynarkotykowym - zauważył William. - Słyszałem, że jest typowana do kolejnego awansu.
- Nie zostawię jej wielkiego wyboru - oznajmił Jastrząb.
- A Jackie? Będzie miała coś do powiedzenia?
- Detektyw sierżant Roycroft już dała do zrozumienia, że jeśli Londyn wygra, to na czas igrzysk chętnie przejdzie do nas z wydziału dzieł sztuki i antyków.
- Do nas? - zdziwił się William.
- Owszem. Ciebie zamierzam mianować dowódcą strategicznym. Będziesz odpowiedzialny za ogólnokrajową operację zabezpieczania igrzysk - podsumował Jastrząb. - A jeśli igrzyska okażą się sukcesem, ja w chwale odejdę na emeryturę, a ty będziesz o krok bliżej stanowiska komisarza.
- Nie wierzę, że kiedykolwiek przejdziesz na emeryturę - wyraził zwątpienie William. - Od lat z tym zwlekasz.
- Ale nie mogę zwlekać bez końca - zauważył Jastrząb.
- A jeżeli igrzyska nie okażą się sukcesem? - zapytał William z uśmiechem, którego nie zdołał powstrzymać.
- Ty, jako konstabl Warwick, wrócisz do zwykłej służby patrolowej, a ja oznajmię wszem wobec, że od początku uważałem komendanta Sinclaira za oczywistego kandydata na następnego komisarza. Ale jeżeli sprawdzisz się przy igrzyskach, możesz liczyć na moje poparcie - dodał z uśmiechem.
- Tyle że za tym znamiennym "jeżeli" kryje się mnóstwo niewiadomych - zwrócił uwagę William. - Choćby to, co za chwilę wydarzy się na podium.
Jastrząb skinął głową.
- Moim zdaniem następny odpadnie Madryt.
- Miejmy nadzieję - powiedział William - bo jeśli Paryż, to podobno w ostatniej rundzie Francuzi oddadzą głos na Madryt, ponieważ za żadne skarby nie chcą, żeby gospodarzem igrzysk był Londyn.
Kolejny raz otworzyły się drzwi sali i na podium wrócił Rogge. Spojrzał z góry na delegatów, ale z otwarciem koperty czekał, aż się uciszą. Powoli wyjął z niej kartkę, poprawił okulary i oznajmił: "W rundzie finałowej nie będzie uczestniczyć Madryt".
Wśród wrzawy, która podniosła się po tej wiadomości, William ledwie wychwycił słowa Jastrzębia.
- Teraz szanse są wyrównane.
- Wynik trzeciej i zarazem ostatniej rundy zostanie ogłoszony za kilka minut - zapowiedział Huw Edwards, spoglądając z ekranu telewizora na miliony wyczekujących go widzów. - Madryt zdobył trzydzieści jeden głosów - kontynuował - a zdaniem ekspertów zostały one już obiecane Francuzom, czyli prawdopodobnie nie my jesteśmy faworytami.
- W takim razie na jaką kwotę byłbyś skłonny się zgodzić teraz? - zapytał Miles właściciela pubu i zamówił kolejne piwo tylko dla siebie, bo kufel Bootha Watsona wciąż był do połowy pełny. Miles zawczasu przestrzegł go ostro, żeby powstrzymał się od zwyczajowego podwójnego ginu z tonikiem.
- Sto pięćdziesiąt tysięcy - odrzekł właściciel, już nie tak pewnym głosem.
- Dam ci sto tysięcy od ręki - oświadczył Miles - i jest to moja ostateczna oferta.
Właściciel spojrzał na ekran, gdzie wokół francuskiej delegacji zbierali się reporterzy telewizyjni, dziennikarze i fotografowie, a przy Brytyjczykach został tylko jeden wierny reporter.
Kamera pokazała w zbliżeniu część francuskiej ekipy. Jeden z jej członków stawiał na stole butelkę szampana, a drugi trzymał przed sobą dwa kieliszki.
- Już po wszystkim - orzekł miejscowy gość, gdy Miles akurat dopił piwo i odstawił pusty kufel na bar.
- Nietrudno zgadnąć, kto zajmie drugie miejsce - dodał ten z przeciwległego końca baru, gdy Miles zsunął się z wysokiego stołka i powoli ruszył do drzwi.
- Nie wszystko stracone - powiedział Huw Edwards, a właściciel pubu się uśmiechnął. - Londyn bez wątpienia będzie faworytem w rywalizacji o prawo do organizacji igrzysk w 2020.
Właściciel pubu zmarszczył brwi.
- Ile teraz by mi pan zapłacił? - zwrócił się do Milesa, gdy ten dotknął klamki.
- Siedemdziesiąt pięć tysięcy - rzucił Miles, nie odwracając się do niego.
- Sto tysięcy - zaproponował właściciel, gdy Miles otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz, a Booth Watson podążył krok w krok za nim.
- W porządku, niech będzie! - zawołał za nimi właściciel. - Zgoda na pańskie siedemdziesiąt pięć tysięcy.
- Dobra decyzja - pochwalił jeden z miejscowych, a jego kompan z powagą kiwnął głową.
Booth Watson natychmiast wrócił do baru i postawił na ladzie swoją teczkę marki Gladstone.
Oczy wszystkich zwróciły się na telewizor, bo na ekranie pojawił się Rogge, który ostatni raz zdążał na podium.
Watson otworzył torbę i wyjął starannie przygotowaną umowę bez wolnych miejsc do uzupełnienia. Przerzucił kartki do ostatniej strony, a Miles ponownie usiadł przy barze i wypisał czek na siedemdziesiąt pięć tysięcy funtów.
Właściciel pubu patrzył na cyfry i wciąż się wahał. Przeniósł wzrok na ekran, gdzie francuscy delegaci już zerwali się na równe nogi, a niektórzy w objęciach śpiewali "Marsyliankę". Booth Watson zdjął skuwkę z pióra.
Rogge bez pośpiechu wstał ze swego miejsca pośrodku sceny i zwrócił się do delegatów. Najpierw pochwalił oba zespoły za ogromny wkład pracy i znakomite prezentacje, po czym przypomniał wszystkim, że ostatecznie tylko jedno miasto może zostać wybrane na gospodarza trzydziestej olimpiady. Dłużej niż poprzednio otwierał kopertę, zanim wyjął z niej kartkę. Postukał w mikrofon i dopiero wtedy spojrzał na nazwę miasta, które będzie gospodarzem igrzysk olimpijskich w 2012 roku.
Wszyscy francuscy delegaci niecierpliwie czekali na werdykt.
Właściciel pubu chwycił podsunięte mu pióro i w pośpiechu złożył podpis w wyznaczonym miejscu.
Obserwatorzy zebrani w sali kongresowej w Singapurze i przed telewizorami na całym świecie zamilkli, a wtedy przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego ogłosił: "Organizatorem trzydziestej olimpiady w 2012 roku będzie... - zawiesił głos - Londyn".
Atrament zdążył już wyschnąć.
- Przygotuj się na najtrudniejsze zadanie w swojej karierze, Williamie - powiedział Jastrząb w tylnej części sali, po czym wstał i dołączył do oklaskujących. - I nawet nie myśl o odpoczynku, aż usłyszysz, jak on mówi - dodał, wskazując na Roggego - "Ogłaszam zamknięcie Igrzysk Trzydziestej Olimpiady".
- Ale to nastąpi dopiero za siedem lat - przypomniał mu William.
Jastrząb odwrócił się do niego.
- Siedem lat to może się wydawać dużo na przygotowanie jednego wydarzenia - powiedział. - Ale wiesz równie dobrze jak ja, że nie takiego jak to, ponieważ jest ono jedynym w swoim rodzaju na świecie.
William skinął głową. Do tej pory uczestniczył w zabezpieczaniu pogrzebu królowej matki, kilku wizyt państwowych, między innymi prezydenta Stanów Zjednoczonych, i niezliczonych finałów Pucharu Anglii, ale latem 2012 roku miał odpowiadać za bezpieczeństwo czterdziestu dwóch mistrzostw świata rozgrywanych w ciągu zaledwie kilku tygodni, które zaważą na jego karierze.
Patrzył, jak członkowie brytyjskiej delegacji pod przewodnictwem Sebastiana Coe wciąż podskakują z radości, stopniowo uświadamiając sobie skalę zwycięstwa.
Francuzi natomiast siedzieli sami w drugim końcu sali - przygnębieni, milczący, z nieotwartym szampanem, niczym porzucona panna młoda czekająca na oblubieńca, który nie przyszedł na ślub.
Właściciel pubu, w nastroju niewiele różniącym się od dominującego wśród członków francuskiej delegacji, wyłączył telewizor.
Booth Watson pospieszył za swoim klientem, który już zdążył opuścić pub wraz z dwoma miejscowymi gośćmi. Miles wręczył im po stufuntowym banknocie. Zasłużyli na honorarium za odegranie epizodycznej roli bez najmniejszego potknięcia.
Watson dogonił Milesa, gdy ten wsiadał do taksówki, i pospiesznie zajął miejsce obok niego na tylnej kanapie.
- Co byś zrobił, gdyby igrzyska przyznano Paryżowi? - zapytał, złapawszy oddech.
- Ponieważ dzisiaj jest środa - wyjaśnił mu Miles - facet nie ma co liczyć na realizację czeku przed weekendem, a na początku następnego tygodnia niestety zwrócono by mu go do pubu z adnotacją "Brak środków" i byłoby to równoznaczne z unieważnieniem umowy, jeśli dobrze pamiętam jej zapis.
- Ale przecież możesz zadzwonić do banku jutro rano, zaraz po otwarciu, i się upewnić, czy jest bezzwłocznie realizowany - powiedział Booth Watson. - Ponadto, jeżeli nawet on go nie zrealizuje, umowa i tak będzie ważna, bo jej treść nie pozostawia żadnych wątpliwości.
- Nie będę się pospiesznie rozstawał z nowo nabytym aktywem - odparł Miles. - Jeśli rząd zechce kupić mój pub wraz z parkingiem, a właściwie powinienem powiedzieć prostą finiszową bieżni i zeskocznię do skoku w dal, będzie mi musiał słono zapłacić.
Niespełna dwadzieścia cztery godziny później komendant Warwick był jednym z pierwszych w Singapurze, którzy usłyszeli tę wiadomość. Siedział sam w pokoju hotelowym i oglądał poranny program w telewizji. W londyńskim metrze wybuchły trzy bomby, czwarta w autobusie. Wskutek eksplozji zginęły pięćdziesiąt dwie niewinne osoby, a ponad osiemset odniosło rany, w większości w drodze do pracy.
William przypomniał sobie, że Sebastian Coe podczas poufnych rozmów z delegatami w ostatnich dwóch tygodniach często zwracał uwagę, że każdego dnia w ciągu półgodziny londyńskim metrem z Victorii do parku olimpijskiego może się przemieszczać nawet dwadzieścia pięć tysięcy osób.
Jako nowy szef sztabu do spraw porządku publicznego i wsparcia operacyjnego przy igrzyskach w 2012 roku William przygotowywał się do wystąpienia, które miał wygłosić przed brytyjskim zespołem odpowiedzialnym za londyńską kandydaturę w tej samej sali, gdzie dzień wcześniej świętowano głośne zwycięstwo.
Następnego dnia do Londynu wróciła grupa posępnych i nie całkiem trzeźwych delegatów. Nie było im dane cieszyć się zasłużonymi owacjami rozentuzjazmowanego tłumu na powitanie, ponieważ dyskretnie przeprowadzono ich prywatnym wyjściem, żeby uchronić przed dziennikarzami i reporterami, którzy mieli na ustach tylko jedno pytanie: Czy Londyn zostałby wybrany na gospodarza igrzysk olimpijskich w 2012 roku, gdyby do zamachu doszło dzień przed ostatecznym głosowaniem, a nie dzień po nim?
Wszyscy znali odpowiedź.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki