Ostatnie kuszenie, czyli "kreteńskie spojrzenie" Nikosa Kazantzakisa
Gdy w roku 1951 wychodziło skandynawskie1 wydanie Ostatniego kuszenia (powieść opublikowana po grecku dopiero w 1955 roku), Kazantzakis miał już ponad sześćdziesiąt lat i dorobek literacki, dzięki któremu zasłużył sobie na miano "giganta literatury nowogreckiej". Składały się nań poematy narracyjne i wiersze liryczne, dramaty, proza naukowa i eseistyczna, obszerne reportaże z podróży, tworzone w latach 1924-1938 opus magnum, czyli liczący 33 333 wersy epos Odyseja. Nowożytna kontynuacja, a do tego setki listów, zwłaszcza do pierwszej żony, pisarki Galatei Aleksiu, i krajana, pisarza Pandelisa Prewelakisa, twórczość dla dzieci, obfity dorobek translatorski, w tym przekłady na nowogrecki Boskiej komedii Dantego, Iliady i Odysei Homera (we współpracy z wybitnym filologiem klasycznym Joanisem Th. Kakridisem), dziewięciu powieści Juliusza Verne'a, a nawet Pszczółki Mai Waldemara Bonselsa, a także tłumaczenia dzieł filozoficznych i naukowych (między innymi Nietzschego, Darwina, Bergsona i wielu, wielu innych) oraz scenariusze filmowe.
Portret rodzinny. Stoją (od lewej do prawej): Nikos Kazantzakis i jego siostry, Anastasia i Eleni. Siedzą: Andonis Christodoulakis, wujek Nikosa, oraz Maria, matka pisarza. Z przodu siedzą: kuzyni pisarza, Anna i Jeorjos
Jako student Wydziału Prawa Uniwersytetu Ateńskiego (1902 r.)
Z Elsą Lange, bliską przyjaciółką z czasów studiów (1923 r.)
Pisarz przy świątyni Afai na wyspie Egina (1927 r.)
W Niżnym Nowogrodzie z żoną Eleni. Po prawej w pierwszym rzędzie rumuński pisarz Panait Istrati (1928 r.)
Pierwsze dzieła, opublikowane w Atenach w 1906 roku - esej pod znamiennym tytułem Choroba wieku i powieść Wąż i lilia - podpisane były pseudonimem Karma Nirwami, co zdradzało już długoletnią potem fascynację Kazantzakisa myślą Wschodu. Rok później wyjechał do Francji, by kontynuować studia.
Można sobie tylko wyobrażać, jak wielki wstrząs intelektualny i emocjonalny musiał przeżyć ten młody Kreteńczyk przybyły do Paryża, stolicy kulturalnej Europy Zachodniej, z zupełnie innego świata - z głębi Wschodu, z Krety, wówczas wciąż jeszcze pod panowaniem tureckim. Urodzony w 1883 roku, Kazantzakis pochodził z patriarchalnej rodziny o długich tradycjach powstańczych, zdominowanej całkowicie przez surowego, władczego i okrutnego ojca (który ponoć wywodził się od arabskich piratów, ocalałych po odbiciu Krety przez cesarza Nikifora Fokasa i osiadłych pod Iraklionem), nieustępliwego bojownika o wiarę i wolność (sportretowanego w powieści Kapetan Michalis). Postać ojca, jednocześnie podziwianego i nienawidzonego, powracać będzie wielokrotnie w twórczości Kazantzakisa. W dramacie Odyseusz pisarz analizował napięcia między Odyseuszem a jego ojcem, niedołężnym Laertesem, oraz synem, dorastającym bez ojca Telemachem; w Melissie rozpisał konflikt ojciec-syn na trzy postacie: tyrana Koryntu, Periandra, i jego dwóch synów, starszego, podobnego do ojca człowieka czynu, Likofrona, i młodszego - wrażliwego i słabowitego poetę, Kipselosa. Wydaje się, jakby przez całe swoje życie, wypełnione nieustanną szaleńczą pracą, pragnął spełnić oczekiwania rodzica. Mizernej postury i pozornie słaby fizycznie, choć przy tym nieprzeciętnie wytrzymały, rozczarował - jak sam pisze - ojca, który chciał w nim widzieć kolejnego bojownika o wolność. W Raporcie dla El Greca - swoistej spowiedzi autora2, w której "przeplata się prawda z wyobrażeniem" - spróbuje pogodzić owe "dwa prądy krwi w żyłach - greckiej od matki i arabskiej od ojca".
Gdy odnalazłem swe podwójne korzenie, udało mi się pogodzić moje życie wewnętrzne z zewnętrznym. W ten sposób, wiele lat później, potajemna nienawiść, jaką żywiłem do mojego ojca, mogła w końcu, po jego śmierci, zmienić się w miłość3.
W nowoczesnym, kosmopolitycznym Paryżu bohemy ten prowincjonalny Kreteńczyk, poddany sułtana, musiał czuć się istotnie outsiderem, by użyć terminu angielskiego pisarza Colina Wilsona, autora znanej książki pod tym tytułem (1956)4. To właśnie tam pilny słuchacz Bergsona i student Nietzschego, czytelnik Spenglera, Jamesa, Kanta, Darwina, Marksa, a zarazem adept buddyzmu, doświadczył ostatecznego "odejścia Boga".
Jestem robotnikiem otchłani. Jestem obserwatorem otchłani. Jestem teorią i praktyką.
Jestem prawem. Poza mną nic nie istnieje
- wyznawał w 1923 roku w Ascetyce5, dziele, które traktował jak swoje ostateczne credo światopoglądowe, swoisty manifest soteriologiczny. To "najbardziej rozdzierający Krzyk mojej duszy" - pisał w liście do Prewelakisa w maju 1939 roku, a w liście do Maxa Taua z 1951 roku określił Ascetykę jako "jądro mojego dzieła, coś więcej - jądro całego mojego życia". W tej niewielkiej książeczce zawarł wyznanie własnego religijnego "nawrócenia". Pisana w tonie profetycznym, niemal mesjanistycznym, miała stanowić - jak pisze wybitny filozof, znawca twórczości Kazantzakisa, Ilias Wrazas, w artykule Salvatores Dei. Prolegomena do interpretacji "Ascetyki" Nikosa Kazantzakisa6 - swego rodzaju nową Ewangelię. Tyle że to nie Słowo-Duch wcielało się w niej w Ciało, ale przeciwnie, Słowo-Duch "wycielało" się z Ciała-Materii, odzyskiwało swoją boskość dzięki soteriologicznej akcji Człowieka.
Droga rozterek duchowych i poszukiwań intelektualnych, opisana w Ascetyce, freudowska wiwisekcja własnej duszy, owo rozpaczliwe szukanie Boga i sensu świata, któremu patronują Schopenhauer i Kierkegaard, i odnalezienie w końcu Boga w człowieku, a sensu istnienia w chaosie i bezsensie - zaznaczmy, że najważniejsze dzieło Martina Heideggera Bycie i czas ukazało się w roku 1927, a Filozofia Karla Jaspersa w 1930, zatem później niż Ascetyka - wyznaczają typ postaci i sposób ich konstruowania w całej twórczości Kazantzakisa, zarówno dramatycznej, jak i powieściowej. Prometeusz, Tezeusz-Kuros, Dionizos, a także Don Kiszot, Budda, Faust, Lenin, Kolumb, cesarz Konstantyn Paleolog, Chrystus i inni stają się kolejnymi protagonistami tego procesu, kolejnymi samotnymi heroicznymi Salvatores Dei, a zarazem zbawcami samych siebie.
W pierwszym szeregu tych "boskich ludzi", tak absolutnie wolnych, że wręcz "wyzwolonych od wolności", "bogaludzi", którzy potrafią "spojrzeć chaosowi prosto w oczy i nie zadrżeć", stawia Kazantzakis Odyseusza, Dijenisa Akritasa i Chrystusa. Towarzyszyli mu od początku jego artystycznej drogi. Odyseusz-Dyseasz, niespokojny duch, wieczny tułacz, buntownik i desperado to właściwie alter ego autora - niestrudzonego podróżnika. Poświęcił mu jedną z tercyn oraz uczynił bohaterem dramatu Odyseusz z roku 1922, który niemal wiernie dramatyzował część Odysei, rozgrywającą się na Itace. Jedynym, i to wstrząsającym, odstępstwem od Homerowej opowieści jest w utworze relacja ze spotkania Odysa-żebraka z psem Argosem, którego bohater, w obawie, że wierne zwierzę go zdradzi, "dusi z wściekłością" w swoistym procesie wyzwalania się z ludzkich ograniczeń. Przeniknięty czysto bergsonowskim élan vital, gwałtowny w uczuciach i żywiołowy w ich okazywaniu, Odyseusz stwarza się na naszych oczach jako "nadczłowiek" noszący "boga w trzewiach". Tytułowego bohatera sztuki uznać można za szkic próbny, swego rodzaju ćwiczenie warsztatowe, sondujące możliwości tkwiące w tej postaci, a rozwinięte w pełni w opus magnum Kazantzakisa - jego większej niż Iliada i Odyseja razem wzięte epopei Odyseja. Nowożytna kontynuacja. Kazantzakis, tłumacz Dantego, niewątpliwie pilny czytelnik dramatu Gerharta Hauptmanna Łuk Odysa, znawca literatury angielskiej, który nie mógł nie znać Ulissesa Alfreda Tennysona, wszystkich tych Odysów próbował zawrzeć w bohaterze dramatu, a potem w pełni rozwinąć w Odysei. We wczesnej, pisanej po francusku powieści Toda Raba (1929) Kazantzakis pisał:
Jestem marynarzem Odyseusza z gorącym sercem oraz czystym i niewzruszonym duchem. Lecz nie Odyseusza, który powrócił do Itaki, lecz tego innego, który powrócił, zabił wrogów, zniecierpliwił się duchotą w ojczyźnie i pewnego dnia otworzył się ku morzu7.
W ostatnich latach życia nosił się z zamiarem stworzenia nowego eposu, jeszcze większego od Odysei, eposu, którego protagonistą miał być Bazyli Dijenis Akritas, bohater pieśni ludowych i zachowanego w kilku wersjach eposu z czasów średniowiecza bizantyńskiego8. Dijenis, czyli "dwurodzony", syn Greczynki i emira arabskiego, bizantyński żołnierz pogranicza wschodniego, w zamyśle autora miał wznieść się dalej niż Dyseasz i osiągnąć ostatni stopień wtajemniczenia, wymieniony w Ascetyce. Wrazas cytuje wypowiedź Kazantzakisa z Raportu dla El Greca:
[...] Dobro i zło, mówiłem sobie, są wrogami, oto pierwszy stopień wtajemniczenia; Dobro i zło są współpracownikami, to jest drugi, wyższy stopień wtajemniczenia; Dobro i zło to jedno! Oto najwyższy stopień, do którego mogłem dotąd dotrzeć.
U Ioannisa Angelakisa na Eginie podczas pracy nad słownikiem francusko-greckim
W domu Mary Pantou, kuzynki Eleni (Egina, 1933 r.)
Autor w gronie bliskich przed domem w Livadi na Eginie, któremu nadał nazwę "Koukouli", czyli "Kokon", i przy którego budowie sam pracował
Dom na Eginie - twórcza przystań pisarza i miejsce schronienia w czasie wojny (1938 r.)
Spacer z przyjaciółmi ulicą Panepistimiou w Atenach (1944 r.)
Tylko dotąd - do uświadomienia sobie, że "dobro i zło to jedno" - udało się dotrzeć Dyseaszowi-Kazantzakisowi. Akritas w zamyśle kreteńskiego pisarza miał osiągnąć więcej. W Prowizorycznym szkicu do projektowanego eposu Kazantzakis "wyzwalał" Akritasa, który miał pojednać ze sobą między innymi cienie Dzeusa i Prometeusza, Chrystusa i Judasza, miał "zagęszczać Nicość i czynić ją widzialną", miał wreszcie poznać ostatni, najwyższy stopień wtajemniczenia: "To Jedno nie istnieje!". Epos o Akritasie nie powstał. Dopiero trzeci z wybrańców kreteńskiego pisarza - Chrystus - miał dojść do ostatecznego celu duchowej wędrówki.
Postać Chrystusa fascynowała i niepokoiła Kazantzakisa od początku jego drogi pisarskiej. Ilias Wrazas przytacza fragment wywiadu, którego pisarz udzielił francuskiemu radiu w ostatnim roku życia:
Postać Chrystusa zajmowała mnie od małego dziecka, to tak tajemnicze i prawdziwe zjednoczenie człowieka z Bogiem, to tak ludzkie i tak nadludzkie natchnienie pojednania i zespolenia Boga i człowieka9.
Wybitna znawczyni twórczości dramatycznej Kazantzakisa, Kiriaki Petraku, cytuje wypowiedź Kazantzakisa z tego samego roku, którą wspomina pisarz Renaud de Jouvenel:
Jako dwudziestolatek stworzyłem tragedię Chrystus, później poemat Chrystus, lecz Chrystus nie przestał stanowić dla mnie głównego tematu intelektualnych zmagań. Był jak narośl, którą usuwają, a ona wciąż odrasta. Wówczas przyszedł mi do głowy pomysł powieści, jakiej jeszcze nie napisano...10
W Ostatnim kuszeniu Kazantzakis rozwija i przetwarza pomysł, który wprowadził do swojego dramatu Melissa (zamieszczonego w periodyku "Nea Estia" w 1939 roku), a który dziś uznalibyśmy za pokrewny konstruktom rzeczywistości alternatywnej rodem z fantastyki naukowej. Kazantzakis dramatyzuje tu nowelę Herodota z III księgi Dziejów, która opowiada o losach tyrana Koryntu i jego synów. Periander miał zamordować żonę (Melissę), wygnać syna Likofrona na Kierkirę i uwięzić teścia, którego podejrzewał o zdradzenie wnukom, kto jest sprawcą mordu. Na starość jednak zapragnął pojednać się z synem i przekazać mu władzę, a sam dobrowolnie opuścić kraj. To jednak udaremnili mieszkańcy Kierkiry, zabijając Likofrona. Głównym protagonistą sztuki, obok Periandra, czyni Kazantzakis właśnie Likofrona, podobnego z charakteru do ojca, a zarazem zbuntowanego przeciw niemu. Gdy dowiaduje się, że to ojciec zamordował matkę w ataku gniewu, Likofron widzi przed sobą już tylko jedną drogę - zemstę. Zamiast przygotowań do ślubu z ukochaną Alką wybiera w poczuciu obowiązku ojcobójstwo i w rezultacie samounicestwienie się mściciela. Nic, nawet miłość i rozpacz Alki, nie może zmienić jego decyzji. Zabijając ojca, zabija go przede wszystkim w sobie.
Przytaczam tę scenę w całości, by zwrócić uwagę na jedną z podstawowych cech pisarstwa Kazantzakisa, mianowicie na ciągłe opracowywanie na nowo, rozszerzanie i przerabianie tych samych wątków, tu najpierw w dramacie, a potem w Ostatnim kuszeniu.
LIKOFRON
Bliżej... chodź bliżej... Alko, jesteśmy wolni, możemy wybierać życie, jakie tylko chcemy... Możemy żyć szybko, bardzo szybko i zaznać radości - a potem odrzucić życie, bo już go nie chcemy, znudziło nam się! A potem możemy wybrać sobie inne życie, jakie tylko zapragniemy. Zakręćmy kołem Mojry; niech się rozpędzi... Szybciej! Szybciej! Czy ty masz cierpliwość? Bo ja nie... Dalej, Alko, obróć się do mnie, posłuchaj: powziąłem decyzję!
ALKA
Powiedz, kochany, jaką?
LIKOFRON
Żeby uśmiechnęły się twoje usta, Alko, żebyś i ty mogła się cieszyć, moja udręczona towarzyszko... Żebyś nie mogła powiedzieć, że ci nie dałem nawet tej jednej chwili radości w życiu... Posłuchaj: zmęczyło mnie trzymanie głowy wysoko, zmęczyło włóczenie się po drogach, głodowanie, brak wody, zimno... Jestem tylko człowiekiem, zmęczyło mnie to... Niebawem przyjdzie ojciec, upadnę mu do nóg, obejmę za kolana i zawołam: "Przebacz!". A on nie będzie się posiadał ze szczęścia, chwyci mnie w objęcia, odzieje w purpurę, włoży na głowę złotą koronę i wrócimy do zamku... Dobrze jest być szczęśliwym, dobrze jest leżeć na twoim łonie, Alko. A dziś wieczorem wyprawimy wesele - już dziś, dlaczego mielibyśmy zwlekać? Będziemy igrać ze sobą aż do świtu... a za dziewięć miesięcy chwalić się będziemy synkiem... Twoje piersi wypełnią się mlekiem... Czemu płaczesz?
ALKA
Nie mogę znieść takiego szczęścia, ukochany...
LIKOFRON
(milczy, słychać tylko szloch Alki)
Już? Skończyłaś?
ALKA
Co?
LIKOFRON
No, skończyło się to życie. Przeżyliśmy je. Nic już nie ma nam do dania. Czyż nie jesteśmy wolni? Jesteśmy. Wybierzmy zatem inne!
ALKA
(z przerażeniem)
Inne?
LIKOFRON
Zabiję mego ojca. Stoi mi na drodze, mam z nim stare rachunki do wyrównania. Tak, tak, nie płacz, tutaj się ukryję, za drzwiami, i w chwili gdy przekroczy próg... Ot, tak...
(staje na progu; odgrywa pantomimę zabójstwa)
ALKA
(rzuca się, by mu przeszkodzić)
Likofronie, nie!
LIKOFRON
Nie przeszkadzaj mi, cofnij się! Ty nie wiesz, ty nic nie wiesz... zabiję go! Zdobędę władzę, przypasam miecz, dosiądę czerwonego rumaka i wypowiem wojnę! Zbiorę wojska, uzbroję okręty, podniosę czarne pirackie żagle i wyruszę... Podobają mi się twierdze, sady, trzody i branki w ościennych krajach... Zatknę moje sztandary hen, na krańcach Hellady... Mężczyzna, Alko, nie po to jest, by gruchać miłośnie jak gołąbek, ale by wojować i zabijać!
ALKA
Jaki ty jesteś silny, Likofronie. Twardy, prawdziwy mężczyzna z ciebie, taki mi się podobasz! Tak, tak, a ja będę siedzieć na zamku, bez ruchu, bez słowa, z synkiem przy piersi, i będę na ciebie czekać... A kiedy zabrzmią surmy i pojawią się okręty, a na szczytach gór zapłoną ognie, wbiegnę wysoko na taras i zawołam: "Mężu mój, mężu mój, bywaj, szczęśliwie wróciłeś!".
LIKOFRON
Czy jesteś zadowolona, Alko? Czy jesteś szczęśliwa?
ALKA
O tak, tak... Jesteś mężczyzną, wybierz życie wedle własnego upodobania. Ja zawsze będę siedzieć w kącie, z synem przy piersi, i będę dumna z ciebie. Likofronie, czyż istnieje większe szczęście?
LIKOFRON
(znowu milczy; po chwili...)
Alko...
ALKA
Co?
LIKOFRON
Skończyłaś? Nasyciłaś się radością?
ALKA
Tak, o tak, ukochany...
LIKOFRON
Dobrze, więc skończyło się i to życie. Przeżyliśmy je, Alko. Było krótkie - ale co z tego? Nacieszyliśmy się nim całym w mgnieniu błyskawicy... Teraz inne, inne, szybciej, nie mamy czasu. Dosiadamy Mojry! W cwał! Wybieramy inną drogę, jesteśmy wolni... Nie płacz, Alko, odwagi! Nie pragniemy szczęścia, nie pragniemy sławy: nasza dusza jest bardzo gwałtowna, bardzo dumna, odrzuca takie skromne radostki... My nie pragniemy niczego, niczego! Nie pojednamy się, nie pozabijamy, nie wrócimy na zamek. Nie będzie syna ani uścisków, ani wypraw wojennych, ani surm, ani radosnych powitań... Nic!... Pustka, milczenie, ogień! Nie płacz, mówię ci! Odwagi!
Tak, tak, jeszcze wciąż mogę wybierać. Przede mną drogi na wszystkie strony świata: dwie, trzy, cztery... mogę pójść każdą! I cieszę się, bo wybrałem najtrudniejszą!
Cicho, nie płacz, Alko...11
Taką właśnie alternatywną rzeczywistość - zwodniczą wizję spokojnego, szczęśliwego życia - buduje autor Ostatniego kuszenia w końcowych trzech rozdziałach powieści (liczącej 33 rozdziały!). Konający na krzyżu Jezus kuszony jest obietnicą, że oto starzeje się jako cieśla Łazarz, poślubia ukochaną Marię Magdalenę, a po jej śmierci ma gromadkę dzieci z Marią i Martą, siostrami wskrzeszonego niegdyś przez niego Łazarza...
Niemal od chwili opublikowania powieści w Grecji (w 1955 roku) wywołała ona protesty - Wrazas pisze o wręcz "histerycznym tonie potępienia" - ze strony zarówno hierarchów Kościoła prawosławnego, którzy żądali jej wycofania z księgarń, jak i dostojników katolickich. Książka trafiła do Indeksu Ksiąg Zakazanych (Index Librorum Prohibitorum). Drugą falę krytyki i protestów wywołał film Martina Scorsese z 1988 roku, oparty na książce Kazantzakisa. Pisarzowi zarzucano herezję, ateizm, a nade wszystko bluźnierstwo. On sam w liście do szwedzkiego tłumacza jego dzieł, Börje Knösa, niejako się usprawiedliwiał:
Pragnąłem odnowić i uzupełnić święty Mit, na którym oparta jest wielka kultura Zachodu. [Powieść - M.B.] Nie jest zwyczajnym "Żywotem Jezusa", lecz wytrwałym, świętym i twórczym usiłowaniem ponownego wcielenia istoty Chrystusa, przez usunięcie rdzy, kłamstwa i małostkowości, którymi obciążony został i zdeformowany przez wszystkie kościoły i cały kler chrześcijaństwa12.
Członkowie komisji dokumentującej zbrodnie niemieckich wojsk okupacyjnych na Krecie. Od lewej: fotograf Konstantinos Koutoulakis, Ioannis Kalitsounakis, biskup Petry, Nikos Kazantzakis i Ioannis Kakridis (1945 r.)
W otoczeniu najbliższych - żony Eleni i ukochanej kotki Sminthitsy (Egina, 1948 r.)
Chwila odpoczynku w "Maison Rose" położonej w Antibes na południu Francji. Po wojnie autor znalazł tu spokój niezbędny do ukończenia swoich najważniejszych, tłumaczonych na cały świat powieści (1948 r.)
Autor z żoną Eleni i Albertem Schweitzerem, teologiem, lekarzem i laureatem Pokojowej Nagrody Nobla (Alzacja, 1955 r.)
Podczas uroczystości wręczenia Międzynarodowej Nagrody Pokoju w towarzystwie argentyńskiego pisarza Alfreda Vareli (Wiedeń, 1956 r.)
Park Alberta I w Antibes. Obok Nikosa Kazantzakisa - żona Eleni, która wspierała go w działalności literackiej, a po jego śmierci czuwała nad spuścizną, oraz Kimon Friar, tłumacz jego dzieł na angielski (1957 r.)
Nowy przekład z oryginału greckiego przywrócił właściwy tytuł powieści, który brzmi ? ?????????? ????????? - Ostatnie kuszenie. Uzupełnianie tego tytułu przez tłumaczy zachodnich było nadinterpretacją i nadużyciem. Protagonistą nie jest tu bowiem pomazaniec boży (imię Chrystus pojawia się jedynie we Wstępie), lecz Jezus, syn Marii, cieśla wyrabiający krzyże, śmiertelny człowiek pełen wątpliwości, słabości i strachu. Jak w każdym człowieku, toczy się w nim walka między tym, co materialne (ciało), a tym, co duchowe (dusza). We Wstępie do powieści Kazantzakis stwierdza, że niemal zawsze dusza przegrywa tę walkę i też staje się materią.
Już we wczesnej powieści, opublikowanej po francusku w 1936 roku w Amsterdamie, Les Jardins des Rochers, Kazantzakis pisał:
Budda, Chrystus, Dionizos są tym samym - to człowiek, ten efemeryczny bóg, który cierpi13.
Tylko nieliczni śmiertelnicy wybierają trudną wspinaczkę na szczyt w poszukiwaniu wyzwolenia, odrzucając pokusy i poddając się cierpieniom, by u jej kresu "przemienić ciało w ducha", "spojrzeć w oczy Mojrze i nie zadrżeć". To heroiczne spojrzenie w oblicze Losu/Nicości Kazantzakis nazywa "kreteńskim spojrzeniem". Może się na nie zdobyć jedynie człowiek, który wyzbył się wszelkich złudzeń i wyzwolił z wszelkich ograniczeń, sytuując się ponad radością i ponad cierpieniem; poza nadzieją i poza strachem. Tacy właśnie są lub powinni być - zdaniem kreteńskiego pisarza - przewodnicy ludzkości, Zbawcy Boga i siebie samych! Co czeka ich i nas, jeśli przemiana się uda i duch "wycieli się" z materii? Nad wejściem do każdego kościoła prawosławnego w Grecji widnieje napis: ? ???? ?????? ???? - "Bóg jest duchem". Niewykluczone zatem, że w tym ostatecznym momencie osiągnięcia szczytu, który dla kreteńskiego myśliciela tożsamy jest ze śmiercią, człowiek spotyka się z Bogiem. Kazantzakis pisał:
Punkt, w którym Bóg dotyka człowieka, nazywa się śmiercią.
Jezusowi-Łazarzowi jako jedynemu udaje się dokonać "ponownego wcielenia istoty Chrystusa". W chwili śmierci na krzyżu Jezus Kazantzakisa uświadamia sobie, że nie uległ pokusie i dopełnił misji; w tym momencie własnym, "wytrwałym, świętym i twórczym" wysiłkiem staje się Chrystusem, wzorcowym Zbawcą Boga.
Obok Jezusa Kazantzakis stawia drugiego protagonistę powieści - Judasza Iskariotę. Konstruuje tę postać tak, by wraz z nią wprowadzić kontekst polityczny i społeczny. Judasz jest idealistą i buntownikiem, pragnącym nade wszystko zbrojnie pokonać rzymskiego okupanta i wywalczyć rodakom wolność tu i teraz. W Jezusie, którego podziwia i kocha, widzi Mesjasza - przywódcę, który poprowadzi lud do zwycięstwa. W powieści łączy go z Jezusem tajne porozumienie; jako jedyny spośród apostołów, który rozumie nauki Mistrza, staje się jego wybrańcem, mającym odegrać decydującą rolę w boskim planie zbawienia. Zostaje niejako zmuszony przez Jezusa do zdrady. Gdy przekonuje się, że jego Mistrza interesuje tylko osobiste zbawienie, że odrzuca przemoc i obiecuje "Królestwo Niebieskie", a tę ziemię, której wolności tak bardzo pragnął Iskariota, nazywa "królestwem szatana", jego miłość i oddanie zmieniają się w pogardę dla zdrajcy i uchylającego się od misji tchórza, jakim jawi mu się teraz Jezus. Zdradę Judasza poprzedza (przynajmniej w oczach Iskarioty) zdrada Jezusa.
Jezus mówi mu:
Zapominasz, dusza ludzka to strzała, która rzuca się ku niebu, jak najwyżej może, ale zawsze spada z powrotem na ziemię. Życie ziemskie to wyrywanie piór ze skrzydeł14.
Judasz odpowiada:
Życie ziemskie to jeść chleb i zamieniać ten chleb w skrzydła, pić wodę i zamieniać tę wodę w skrzydła.
Judasz - komentuje Wrazas - świadomie umieszcza się po stronie materii, braku ducha15.
- Fundamentem jest dusza, Judaszu.
- Fundamentem jest ciało, ja tak mówię!16
Kazantzakisowy Judasz nie jest zatem "Judaszem", symbolem arcyzdrajcy, przez Dantego zesłanym na samo dno piekieł, lecz tragiczną postacią uwikłaną w losy Jezusa. Kreteński pisarz nie jest tu oryginalny. Niedawno odnaleziona tak zwana Ewangelia Judasza17, koptyjski przekład tekstu greckiego z II wieku n.e., ukazuje Judasza jako najmądrzejszego spośród apostołów, jedynego, którego Jezus wtajemnicza w swoje plany i udziela mu rad. Także w czasach nowożytnych Judasz doczekał się przynajmniej kilku utworów wybielających jego postać18.
Ostatnie kuszenie zaludnia tłum wyrazistych historycznych i fikcyjnych postaci. Pisarz wykorzystuje wszystkie znane mu źródła: pisma Starego i Nowego Testamentu, apokryfy i komentarze greckich ojców Kościoła. Nie tylko reinterpretuje biblijne wątki, ale też eksperymentuje z formą. Przykładowo, wskrzeszony przez Jezusa Łazarz zachowuje się w powieści jak prawdziwy zombie, a brutalnego, naturalistycznego opisu jego śmierci z rąk Barabasza nie powstydziłby się współczesny autor krwawych horrorów.
W wyjątkowo oryginalny sposób kreteński pisarz wprowadza postacie ewangelisty Mateusza oraz Świętego Pawła (którego spotkanie z Jezusem możliwe jest tylko w "alternatywnej rzeczywistości", kiedy Jezus dożywa starości). Ewangelia według Mateusza była do niedawna uznawana za najwcześniejszą relację o czynach i naukach Jezusa i stąd zapewne wybór tego ewangelisty. Kazantzakisowy Mateusz mógłby właściwie być alter ego autora Ostatniego kuszenia, powieść ta bowiem jest przecież swego rodzaju apokryficzną ewangelią. Powieściowy Mateusz-pisarz niejako kreuje narrację "prawdziwszą od prawdy", interpretuje nauki i czyny Jezusa zgodnie z własnym rozumieniem Pisma i ubarwia je, a gdy Jezus zarzuca mu kłamstwa, broni się, powołując się na podszepty anioła. Skromny skryba-Mateusz niejako usprawiedliwia się, składając odpowiedzialność za to, co opowiada o życiu swego Mistrza, na wyższą instancję, anioła, który prowadzi jego rękę, czy pisarz tego chce, czy nie. W przeciwieństwie do niepewnego siebie ewangelisty Saul-Paweł19 nie ma żadnych wątpliwości, kto jest twórcą Dobrej Nowiny. W sporze z Jezusem-Łazarzem kategorycznie stwierdza:
Nie obchodzą mnie prawdy i kłamstwa. Widziałem go, nie widziałem go, został ukrzyżowany czy nie, ja z uporu, tęsknoty i wiary wykuwam prawdę. Nie szukam jej, ja ją czynię. Czynię ją większą od człowieka i tym samym dodaję mu wielkości. [...] Chcesz czy nie, ja ukształtuję ciebie i twoje życie, i twoje nauki, i twoje ukrzyżowanie, i twoje zmartwychwstanie tak, jak ja chcę, nie począł cię Józef, cieśla z Nazaretu, począłem cię ja, Paweł, skryba z Tarsu w Cylicji20.
Zarówno w konfrontacji z Mateuszem, jak i później w dialogu z Pawłem Jezus okazuje się bezradny. Prawda oparta na świadectwach historycznych przegrywa z prawdą religijną, ostatecznie usankcjonowaną w świętych księgach. Skierowana do Mateusza i pozostałych ewangelistów rozpaczliwa skarga Jezusa to głos samego Kazantzakisa:
Co innego mówię, co innego wy zapisujecie, co innego rozumieją ci, którzy was czytają! Mówię: krzyż, śmierć, Królestwo Niebieskie, Bóg, co rozumiecie? Każdy z was wkłada w każde święte słowo swoje namiętności, interesy i wygody, moje słowo ginie, dusza moja ginie, nie zniosę tego dłużej!21
Powieściowy Jezus nadaremnie skarży się na niezrozumienie i fałszowanie swoich nauk i poczynań. Na podobne zarzuty naraził się też autor Ostatniego kuszenia, zwłaszcza w swojej ojczyźnie tak często nierozumiany, potępiany i wyklinany. Ale głosem Kazantzakisa przemawia także Paweł, "twórca prawdy wykuwanej z uporu, tęsknoty i wiary". Ewangelia według Nikosa Kazantzakisa próbuje pogodzić obydwie wspomniane prawdy - empiryczną i religijną, łącząc je w prawdę artystyczną: namiętną obronę wolności twórczej.
Ostatnie kuszenie to dzieło wieloznaczne i wręcz domagające się współczesnych interpretacji. Nowy przekład otwiera przestrzeń do pełniejszego odczytania myśli kreteńskiego pisarza i jego oryginalnej propozycji duchowości, którą badacze tacy jak Peter Bien nazywają ponowoczesną lub nawet postchrześcijańską.
Małgorzata Borowska
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Zob. I. Wrazas, Zbawca Boga. Kuszenia Nikosa Kazantzakisa, Wrocław 2009, s. 221 [przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od autorki wprowadzenia].
2 Znamienne, że w otwierającym Raport dla El Greca zdaniu Kazantzakis stwierdzał: "Mój Raport dla El Greca nie jest autobiografią". Zob. N. Kazantzakis, Raport dla El Greca, tłum. z angielskiego T. Wierzbowski, Wrocław 2021.
3 Tamże, s. 19.
4 C. Wilson, Outsider, tłum. M. Traczewska, Poznań 1992. Wprawdzie Wilson nie znał twórczości Kazantzakisa, kiedy pisał Outsidera, później jednak przyznał, że byłby on jedną z głównych postaci na jego liście outsiderów (wyobcowanych), obok takich pisarzy jak m.in. Dostojewski, Nietzsche, Sartre czy Hemingway. Zob. C. Wilson, ? ?????????? ??? ????? ??????????, "??? ?????" 24 XII 1971, s. 2.
5 N. Kazantzakis, Sztuka ascezy. Zbawcy Boga, tłum. z nowogreckiego E. Szyler, Warszawa 1993, s. 19.
6 I. Wrazas, Salvatores Dei. Prolegomena do interpretacji "Ascetyki" Nikosa Kazantzakisa w: Z Parnasu i Olimpu. Przegląd greckiej literatury współczesnej, red. P. Krupka, Warszawa 2004, s. 99-119.
7 Cyt. za tamże, s. 358.
8 Zob. Dijenis Akritas. Opowieść z kresów bizantyńskich, tłum. z nowogreckiego i opracowanie M. Borowska, Warszawa 1998.
9 Cyt. za I. Wrazas, Salvatores Dei. Prolegomena..., s. 241.
10 ?. ????????, ? ??????????? ??? ?? ??????, ????? 2005, s. 213; przekład własny M. Borowska.
11 Przekład własny M. Borowska.
12 Cyt. za I. Wrazas, Salvatores Dei. Prolegomena..., s. 230.
13 Tamże.
14 Ostatnie kuszenie, s. 539.
15 Zob. I. Wrazas, Salvatores Dei. Prolegomena..., s. 280.
16 Ostatnie kuszenie, s. 384.
17 Zob. M. Starowieyski, Judasz. Historia, legenda, mity, Poznań 2006.
18 Np. J.L. Borges, Trzy wersje Judasza, tłum. A. Sobol-Jurczykowski, w: Opowiadania, Kraków 1978.
19 Szaweł to polska forma hebrajskiego imienia Saul [przyp. red.].
20 Ostatnie kuszenie, s. 524.
21 Tamże, s. 456.
I
Lekki, rześki wietrzyk od Boga powiał i go uskrzydlił.
Nad jego głową tańczyły nabrzmiałe gwiazdy, niebo kwitło, a niżej, na ziemi, parowały kamienie, wciąż rozpalone żarem dnia; głęboka cisza ziemi i nieba, utkana z odwiecznych, cichszych od samej ciszy głosów nocy. Spokój, słodycz, Bóg zakrył swe oczy - słońce, księżyc - i zasnął. Ciemność. Była zapewne północ. I właśnie wtedy, gdy kontemplował, uniesiony zachwytem, jakim Rajem jest to miejsce, jaką bezludną ciszą, nagle wiatr się zmienił, zgęstniał. Nie był już powiewem od Boga, lecz przygniatającą dusznością, jakby coś z trudem oddychało i usiłowało nadaremnie zasnąć, gdzieś nisko, wśród odłogów lub wilgotnych, ciężkich ogrodów - jakby to było dzikie zwierzę albo jakaś wieś. Powietrze stało się gęste, niespokojne; unosiły się lekkie oddechy zwierząt, ludzi i kudłatych skrzatów oraz ostry zapach świeżo upieczonego chleba, kwaśnego ludzkiego potu i laurowego olejku, którym kobiety nacierają włosy.
Wyławiało się przeczucia, zapachy, ale nic nie było widać. Oczy powoli się przyzwyczajały, i w ciemności zaczynało się rozróżniać pióropusze palm daktylowych, prosty, surowy, czarniejszy niż noc cyprys, rzadkolistne oliwki, poruszane wiatrem i migoczące srebrzyście w ciemności. A na zielonym zboczu ziemi rozrzucone, czasem gromadami, czasem pojedynczo - czworokątne biedne domki, ulepione z nocy, błota i cegły, pobielone wapnem. Na dachach wyczuwało się po zapachu i odorze, że śpią tam - niektóre przykryte białymi prześcieradłami, inne odkryte - ludzkie ciała.
To już nie była tamta cisza. Błogosławiona, bezludna noc wypełniła się niepokojem: ludzkie kończyny, które nie mogły zaznać spoczynku, wierciły się, piersi wzdychały, jęki z wielu ust usiłowały się zebrać w jeden - rozpaczliwe, uparte - w niemym, dotkniętym przez Boga chaosie. Pragnęły coś wykrzyczeć, ale nie mogły, rozpraszały się i znikały w nieskładnym bełkocie.
Chwila ciszy, aż nagle, ze środka wioski, z najwyższego tarasu, rozległ się przeraźliwy, bolesny krzyk, jakby z rozdzieranego wnętrza: "Boże Izraela, Boże Izraela, Adonai, jak długo jeszcze?". To nie był człowiek, to cała wieś śniła i krzyczała, cała, razem z kośćmi zmarłych, z korzeniami drzew, ziemia Izraela. Ziemia Izraela, która cierpiała bóle porodowe, nie mogąc urodzić, i krzyczała.
Chwila ciszy; aż nagle znów, tym razem pełen skargi i gniewu: "Jak długo jeszcze? Jak długo jeszcze?", rozległ się ponownie krzyk, przenikając powietrze od ziemi aż po niebo. Wiejskie psy się zbudziły i zaczęły szczekać, a kobiety na dachach przestraszyły się i schowały w objęciach mężczyzn.
A młodzieniec, który śnił, usłyszał w majaku krzyk, poruszył się, a sen się zląkł i zaczął rozwiewać. Góra się przerzedziła, ukazało się wnętrze: nie była z kamienia, lecz ze snu i zawrotu głowy. I zgraja mężnych, brodatych, krzaczastobrewych olbrzymów z długimi łapami, która wspinała się po jej zboczu wielkimi krokami, też się przerzedziła. Mężczyźni wydłużali się, rozszerzali, przeistaczali i rozplątywali nić po nici - jak chmury rozwiewane przez silny wiatr. Jeszcze trochę, a zniknęliby między skroniami śpiącego.
Ale śniący ubiegł majak, umysł znów nabrał masy i młodzieniec zapadł z powrotem w sen. Góra na nowo stwardniała, skamieniała, chmury zgęstniały, przybrały ciało i kości, dało się słyszeć zdyszane oddechy, szybkie kroki. I rudobrody raz jeszcze ukazał się na szczycie góry, z gołą piersią, bosy, rozpalony. Za nim, wciąż wciśnięta w skalne urwiska, ciężko dysząca, wielogłowa zgraja. I znów nad ich głowami zamknął się sklepiony dach nieba, solidnie zbudowany, z tylko jedną teraz gwiazdą wiszącą na wschodzie, wielką jak kęs ognia. Świtało.
Młodzieniec, leżąc na wiórach, oddychał głęboko, zmęczenie dnia ciążyło mu na piersiach. Przez moment jego powieki zatrzepotały, zadrżały, jakby dotknęła ich Jutrzenka, ale się nie obudził. Sen znów zręcznie go otulił, śnił dalej. Rudobrody stał nieruchomo, dyszał ciężko. Pot strużkami spływał mu z wąskiego, głęboko pobrużdżonego czoła, spod pach i z ud. Parował z gniewu i pośpiechu. Chciał zakląć, powstrzymał się. "Jak długo jeszcze, Adonai, jak długo?", mruknął tylko z żalem i przełknął bluźnierstwo. Ale złość nadal w nim buzowała. Odwrócił się, a w nim samym, jak błyskawica, rozwinęła się daleka droga: góry się spłaszczyły, sen się poruszył, ludzie zniknęli i śpiący ujrzał ponad swoją głową, na niskim plecionym z trzciny suficie, haftowaną wiatrem, wielobarwną, pełną przepychu, bogato upierzoną, drżącą - ziemię Kanaan. Na południu pustynia Idumei falowała i poruszała się jak grzbiet lamparta. Dalej gęste, trujące Morze Martwe tłumiło i połykało światło, jeszcze dalej opasana rozkazami Jahwe, nieludzka Jerozolima, a jej uliczkami spływała krew ofiar Boga - baranków i proroków. Jeszcze dalej - Samaria, zdeptana i skażona przez bałwochwalców, z jedną studnią pośrodku i kobietą o pomalowanej twarzy, która nosiła wodę, a dalej na północy - uśmiechnięta, słoneczna, zielona Galilea. A od jednego krańca snu po drugi rzeka Jordan, królewska żyła Boga, która płynie i nawadnia tak bezpłodne piaski jak ogrody, Jana Chrzciciela i heretyków z Samarii, nierządnice i rybaków z Genezaret.
Uradował się młodzieniec we śnie, widząc świętą ziemię i święte wody. Wyciągnął rękę, by ich dotknąć. Lecz w jednej chwili Ziemia Obiecana zadrgała w puszystej ciemności, różowo oświetlona Jutrzenką, stworzona z porannego chłodu, z wiatru i odwiecznego ludzkiego pragnienia, i zgasła. A gdy zgasła, rozległy się przytłumione głosy i bluźnierstwa, i znów, spomiędzy poszarpanych skał i opuncji, wyłoniła się, tym razem pokraczna, nie do poznania, wielogłowa zgraja: jakże się poskurczali, jak zwiędli ci mężni wojownicy, jak zgarbieli, aż ich brody wlokły się po ziemi! Ludziki, zdyszane karzełki, wyczerpane - każdy z nich niósł dziwaczne narzędzia kaźni: jedni zakrwawione rzemienie z żelazem, inni - długie noże i drągi, jeszcze inni - grube, tępo zakończone gwoździe, trzy krępe karły - zbyt dla nich ciężki krzyż, a ostatni, najlichszy, zezowaty - koronę z cierni.
Rudobrody się pochylił, spojrzał na nich i pogardliwie potrząsnął masywną głową: "Nie wierzą, dlatego zwiędli. Nie wierzą, dlatego się tak męczą...". Śpiący usłyszał jego myśli.
Olbrzym wyciągnął swoją kudłatą łapę.
- Patrzcie! - powiedział i wskazał równinę tonącą w porannej mgle.
- Nic nie widzimy, szefie. Ciemność.
- Nic a nic! A więc nie wierzycie?
- Wierzymy, szefie, wierzymy, dlatego idziemy za tobą, ale nic nie widzimy.
- Popatrzcie jeszcze raz!
Zamachnął się ręką jak mieczem, rozciął mgłę. Ukazała się równina. Niebieskawa tafla jeziora zaśmiała się i zabłysła, rozwiała mgłę, budziła się. Wśród zbóż, pod palmami daktylowymi i dookoła śródpolnych oczek wodnych bielały duże gniazda pełne jajek - wsie i wioski.
- Tam jest! - zawołał przewodnik i wskazał dużą wieś pośród zieleni.
Trzy wiatraki ponad nią już z samego rana rozwinęły skrzydła i się kręciły.
Na śniadej twarzy śpiącego młodzieńca nagle pojawił się lęk. Poruszył dłonią, by odpędzić sen, który przycupnął na jego powiekach i wysiadywał go jak kura, a on zebrał całą siłę, by się obudzić. "To tylko sen", pomyślał, "muszę się obudzić, uratować". Ale karzełki zaciekle go otaczały, nie chciały odejść. A dziki rudobrody groźnie machał teraz palcem w stronę dużej wsi na równinie i mówił im:
- Tam jest! Tam się ukrywa, chodzi w łachmanach, boso, robi za cieślę, udaje, że to nie on, żeby uciec. Ale gdzie się przed nami schowa! Oko Boże go z góry wypatrzyło, dzieci!
Uniósł stopę, by się zamachnąć, ale jego nóg i ramion uczepiły się karzełki - i opuścił ją z powrotem.
- Wielu łachmaniarzy i bosych, szefie, wielu cieśli. Daj znak, kto to, jak wygląda, gdzie jest, żebyśmy go rozpoznali. Inaczej nie idziemy. Tak będzie, szefie, nie idziemy. Jesteśmy zmęczeni.
- Wezmę go w objęcia i pocałuję: to będzie znak. Naprzód teraz, w drogę, i cicho, nie krzyczcie, o tej porze śpi. Tylko spokojnie, żeby się nie zbudził i nam nie umknął. W imię Boże! Na niego, chłopaki!
- Na niego, szefie! - zakrzyknęły chórem karzełki i uniosły szerokie stopy, gotowe do marszu.
Ale jeden, chudy, zezowaty garbus, który trzymał cierniową koronę, uchwycił się kolczastego żarnowca i zaprotestował.
- Nigdzie nie idę! - zawołał. - Mam dosyć! Ile to już nocy go ścigamy? Ile krajów i krain przeszliśmy? Liczcie: obeszliśmy klasztory Esseńczyków na Pustyni Judejskiej, dotarliśmy do Betanii, gdzie niepotrzebnie zabiliśmy biednego Łazarza. Doszliśmy nad Jordan, ale Chrzciciel nas przegnał. "To nie ten, którego szukacie", mówił, "idźcie dalej!". No to poszliśmy. Dotarliśmy do Jerozolimy, szukaliśmy w świątyni, w pałacach Annasza, Kajfasza, w lepiankach uczonych w Piśmie i faryzeuszy: nikogo! Wszyscy nikczemnicy, wszetecznicy, kłamcy, złodzieje, mordercy. Poszliśmy dalej. Przemknęliśmy przez przeklętą Samarię, dotarliśmy do Galilei, obeszliśmy Magdalę, Kanę, Kafarnaum, Betsaidę. Szukaliśmy od chaty do chaty, od łodzi do łodzi, znajdowaliśmy najpobożniejszych, najbardziej bogobojnych. Wołaliśmy: "To ty! Czemu się kryjesz? Wstań, zbaw Izrael!". A on patrzył na nasze narzędzia i ogarniał go strach, kopał, wrzeszczał: "To nie ja! To nie ja!" i rzucał się w wino, w karty, w kobiety, upijał się, bluźnił, grzeszył, żebyśmy zobaczyli, jaki jest grzeszny, żeby nas przekonać, że nie jest tym, kogo szukamy, żeby się uratować... Szefie, wybacz, ale i tu spotka nas to samo. Na darmo go ścigamy; nie znajdziemy. Jeszcze się nie narodził.
- Niewierny Tomaszu - powiedział rudobrody ze śmiechem, chwycił go za kark i przez chwilę trzymał w powietrzu - niewierny Tomaszu, podobasz mi się!
Zwrócił się do towarzyszy:
- On jest naszym ościeniem, a my to zaprzęgowe woły. Pozwólcie mu nas dźgać, byśmy nigdy nie zaznali spokoju!
Zezowaty piszczał z bólu. Rudobrody ostrożnie postawił go na ziemi. Znów się roześmiał i okrążył resztę szemrzących towarzyszy.
- Ilu nas jest? - spytał. - Dwunastu. Jeden z każdego pokolenia Izraela. Diabły, aniołowie, chłopaki, karzełki: wszystkie lęgi i poronienia Boga, wybierajcie, bierzcie sobie!
Był w wybornym humorze. Okrągłe, jastrzębie oczy lśniły, wyciągał dłoń, chwytał jednego po drugim za ramię, z gniewem, z czułością, oglądał go w powietrzu, śmiał się - puszczał i brał następnego.
- Witaj, sknero, jadowity nosie, chciwy pazurze, nieśmiertelny Abrahamku. Ty, hultaju, paplo i żarłoku. I ty, bogobojny tchórzu: nie kradniesz, nie cudzołożysz, nie zabijasz, bo się boisz. Wszystkie twoje cnoty są córkami strachu. I ty, naiwny osiołku, którego biją, a ty to znosisz; znosisz głód, pragnienie, zimno, bat; pracuś, bezwstydnik, podlizywacz, wszystkie twoje cnoty są córkami biedy. I ty, chytry lisie, który stoisz przed jaskinią lwa, Jahwe, ale nie wchodzisz do środka. I ty, dobra owieczko, co beczysz i idziesz za Bogiem, który cię zje. I ty, znachorze, synu Lewiego, handlarzu Bogiem, który sprzedajesz Boga na wagę. Karczmarzu Boży, który częstujesz ludzi Bogiem, aż piją, upijają się, otwierają przed tobą sakiewkę i serce, Boży łotrze. I ty, złośliwy, namiętny asceto o twardym karku, co patrzysz w swoje oblicze i na jego podobieństwo tworzysz Boga, złośliwego, namiętnego, o twardym karku, a potem klękasz przed nim i oddajesz mu cześć, bo cię przypomina. I ty, który duszę zamieniłeś w kantor, siedzisz na progu, zanurzasz rękę w sakiewce, dajesz jałmużnę biednemu, pożyczasz Bogu, prowadzisz rejestr, zapisujesz, tyle a tyle groszy dałem jałmużny temu a temu, tego a tego dnia, o tej a tej godzinie i każesz, by ci włożyli ten zeszyt do grobu, byś mógł go otworzyć przed Bogiem, zrobić rozliczenie i odebrać swoje nieśmiertelne miliony. I ty, kłamco, gaduło, bajarzu, który łamiesz wszystkie przykazania Boże, kradniesz, cudzołożysz, zabijasz, a potem lejesz łzy, bijesz się w piersi, zdejmujesz lirę i zamieniasz swój grzech w pieśń, bo wiesz, spryciarzu, że Bóg wszystko wybacza pieśniarzowi, bo szaleje za pieśnią. I ty, szpiczasty ościeniu w naszych zadach, Tomaszu. I ja, ja sam, ten szaleniec, który postradał zmysły, porzucił żonę i dzieci i szuka Mesjasza! Wszyscy razem, diabły, aniołowie, chłopaki, karzełki, wszyscy są potrzebni w naszej wielkiej sprawie. Na niego, chłopcy!
Zaśmiał się, splunął w dłonie, rozstawił nogi.
- Na niego, chłopcy! - zawołał jeszcze raz i ruszył biegiem w dół ku Nazaretowi.
Ludzie i góry zniknęli jak dym, powieki śpiącego spowił bezsenny mrok i w bezkresnym śnie nie było już słychać nic poza ciężkimi, szerokimi stopami, które schodząc, tupały po zboczu wzniesienia.
Serce śpiącego biło mocno. "Nadchodzą! Nadchodzą!", rozległ się rozdzierający głos w jego wnętrzu. "Nadchodzą!" Szarpnął się, tak mu się przynajmniej we śnie wydało, zabarykadował drzwi stolikiem stolarskim i zasypał go wszystkimi swoimi narzędziami, heblami, strugami, piłami, ciesakami, młotkami, wkrętakami, a nawet ciężkim krzyżem, przy którym dłubał ostatnimi dniami. Potem z powrotem zwinął się w trocinach i ścinkach, czekał.
Dziwna cisza, niepokojąca, gęsta, duszna, nie było słychać oddechu wioski ani Boga. Wszystko, nawet bezsenny demon, osunęło się w bardzo głęboką, ciemną, suchą studnię. Czy to był sen, śmierć, nieśmiertelność, Bóg? Młodzieniec się przestraszył. Wyczuł niebezpieczeństwo, zebrał całą siłę, sięgnął ręką, by chwycić własne gardło, które się dławiło - i obudził się.
Był zlany potem. Nie pamiętał nic z tego snu, tylko tyle: ktoś go ścigał. Kto? Jeden? Wielu? Ludzie? Demony? Nie wiedział. Nadstawił ucha, nasłuchiwał - oddech wioski rozbrzmiewał teraz w ciszy nocy, o wielu piersiach i duszach. Czasem zaszeleściło drzewo, czasem pies zaszczekał żałośnie, jakaś matka na krańcu wioski kołysała apatycznie dziecko... Noc była pełna znajomych, ukochanych szmerów i westchnień - ziemia przemawiała, Bóg przemawiał - i młodzieniec się uspokoił. Przez chwilę naprawdę bał się, że został całkiem sam na świecie.
Z izby obok, gdzie spali jego rodzice, dobiegł sapiący oddech starego ojca; biedak nie mógł zasnąć. Przekręcał się i z wielkim trudem otwierał i zamykał usta, próbując mówić. Od lat walczył, by wydobyć z siebie ludzki głos, ale siedząc sparaliżowany na swoim posłaniu, nie mógł poruszyć językiem. Pocił się, zmagał, ślina ciekła mu z ust, i raz na jakiś czas, po straszliwym wysiłku, udawało mu się złożyć jedyne słowo, jedyne, które wciąż powtarzał, zawsze to samo: "A-do-nai! Adonai", nic więcej, tylko "Adonai...". A gdy już wypowiedział całe to słowo, uspokajał się na godzinę, dwie, a potem znowu ogarniał go lęk i znowu zaczynał pracować ustami.
- To moja wina... moja wina... - wyszeptał młodzieniec i oczy mu się zaszkliły. - Moja wina...
Słuchał w ciszy nocy cierpienia swojego ojca i jego też ogarnął niepokój. Mimowolnie zaczął otwierać i zamykać usta, pocić się. Zamknął oczy, wsłuchiwał się w to, co robił jego ojciec, żeby móc robić to samo - wzdychał i wydawał z siebie beznadziejne, bełkotliwe krzyki razem z nim, i wtedy raz jeszcze ogarnął go sen.
A gdy zasnął, dom zadrżał, stół się przechylił, narzędzia i krzyż spadły na podłogę, drzwi się otworzyły i na progu stanął, ogromny, roześmiany, z otwartymi ramionami - rudobrody.
Młodzieniec krzyknął i się obudził.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wstęp
Dwoista natura Chrystusa była dla mnie zawsze przepastną, niezgłębioną tajemnicą. To pragnienie - tak ludzkie, tak nadludzkie - by człowiek dosięgnął Boga albo, mówiąc poprawniej: by człowiek wrócił do Boga i by się z Nim utożsamił. Ta chęć powrotu, tak tajemna, a zarazem tak prawdziwa, obudziła we mnie wielkie żale i żywioły.
Od lat mojej młodości główną udręką, z której brały się wszystkie radości i wszystkie gorycze, były te nieprzerwane, bezlitosne zmagania ducha z ciałem.
Prastare, ludzkie i przedludzkie ciemne moce Złego; prastare, ludzkie i przedludzkie jasne moce Boga; obie te siły we mnie - a moja dusza areną, na której te dwa wojska ścierały się i mieszały.
Wielkie to było rozdarcie: kochałem swoje ciało i nie chciałem go stracić, ale kochałem swoją duszę i nie chciałem jej upadku. Walczyłem, by te dwie przeciwstawne kosmogoniczne siły się pogodziły, by poczuły, że nie są wrogami, lecz sprzymierzeńcami, i by mogły się cieszyć harmonią, a ja razem z nimi.
Każdy człowiek jest bogoczłowiekiem, ciałem i duchem. To dlatego tajemnica Chrystusa nie jest tylko tajemnicą jednej konkretnej religii, ale jest uniwersalna; w każdym człowieku dochodzi do walki Boga i człowieka, a wraz z walką pojawia się pragnienie pojednania. Najczęściej pozostaje ona nieświadoma i trwa krótko: słaba dusza nie potrafi zbyt długo opierać się ciału - nabiera masy, sama staje się ciałem i walka dobiega końca. Ale w ludziach odpowiedzialnych, którzy dzień i noc wpatrują się w najwyższy Obowiązek, dochodzi do bezlitosnej walki ducha z ciałem i może ona trwać aż do śmierci.
Im silniejsze dusza i ciało, tym bardziej zaciekła walka, a ostateczna harmonia pełniejsza. Bo Bóg nie kocha słabych dusz ani zwiotczałych ciał. Duch z kolei chce mieć w ciele przeciwnika silnego, pełnego oporu. Jest jak drapieżny ptak, który jest wiecznie głodny, który pożera ciało, wchłania je i unicestwia.
Walka ducha z ciałem, bunt i opór, pojednanie i uleganie, aż wreszcie najwyższy cel tej walki: zjednoczenie z Bogiem - oto droga pod górę, którą obrał Chrystus i na którą nas wzywa, byśmy szli po jego zakrwawionych śladach.
Jak iść, by dotrzeć na ten najwyższy szczyt, gdzie dotarł Chrystus jako pierworodny syn zbawienia? Oto najwyższy Obowiązek człowieka walczącego.
Zatem, byśmy mogli za Nim podążać, trzeba głęboko poznać Jego walkę, przeżyć Jego udrękę, zobaczyć, jak pokonał bujne sidła ziemi, jak poświęcił wielkie i małe radości człowieka i wspiął się, od ofiary do ofiary, od trudu do trudu, na szczyt zmagania - na Krzyż.
Nigdy wcześniej nie śledziłem z takim drżeniem Jego krwawej drogi na Golgotę, nigdy nie przeżywałem z taką intensywnością, takim zrozumieniem i z taką miłością Życia i Męki Chrystusa, jak w dniach i nocach, kiedy pisałem Ostatnie kuszenie. Pisząc tę spowiedź udręki i wielkiej nadziei człowieka, byłem tak poruszony, że oczy mi nabrzmiewały łzami. Nigdy nie czułem tak słodko i boleśnie jak wtedy, gdy kropla po kropli krew Chrystusa kapała do mojego serca.
Bo Chrystus, aby wspiąć się na szczyt Ofiary, na Krzyż, na szczyt cielesnego unicestwienia, do Boga, przeszedł przez wszystkie etapy walczącego człowieka. Wszystkie - i dlatego Jego cierpienie jest nam tak bliskie i tak nas boli, a Jego ostateczne zwycięstwo wydaje się także i naszym przyszłym zwycięstwem. Wszystko, co było w Chrystusie głęboko ludzkie, pomaga nam Go zrozumieć, pokochać i towarzyszyć Jego Męce, jakby była naszą własną męką. Gdyby nie miał w sobie ciepłego, ludzkiego żywiołu, nie mógłby z taką pewnością i czułością dotykać naszego serca; nie mógłby stać się wzorem w naszym życiu. My także się zmagamy, a widząc, że on również się zmaga, nabieramy odwagi. Widzimy, że nie jesteśmy samotni w świecie, on walczy razem z nami.
Każda chwila Chrystusa to walka i zwycięstwo. Pokonał nieodparty czar prostej ludzkiej radości, przezwyciężył pokusy, przemieniał nieustannie ciało w ducha i parł w górę, dotarł na szczyt Golgoty, wszedł na Krzyż.
Ale i tam Jego walka się nie skończyła; na Krzyżu czekało na niego Kuszenie, Ostatnie Kuszenie. W nagłym błysku duch Złego rozpostarł przed omdlałymi oczami Ukrzyżowanego zwodniczą marę spokojnego, szczęśliwego życia. Że niby - w majaku - wybrał łatwą, równą drogę człowieka, ożenił się, miał dzieci, ludzie go kochali i szanowali. I teraz, już jako starzec, siedział na progu swego domu, wspominał młodzieńcze pragnienia i uśmiechał się zadowolony. Jak słusznie, jak roztropnie uczynił, że wybrał ludzką drogę, i jakim szaleństwem, myślał sobie, była chęć zbawienia świata! Jak dobrze, że wybawił się od udręk, męki i Krzyża!
Oto, czym było Ostatnie Kuszenie, które przyszło na mgnienie oka, by zakłócić ostatnie chwile Zbawiciela.
Ale Chrystus nagle potrząsnął głową, otworzył oczy, zobaczył - nie, nie zdradził, chwała Bogu, nie zbiegł, wypełnił misję, jaką powierzył mu Bóg; nie ożenił się, nie żył szczęśliwie, dotarł na szczyt ofiary i oto jest tu, przybity do Krzyża.
Zamknął oczy, szczęśliwy, i wtedy wykrzyknął triumfalnie: "Dokonało się!".
Czyli: spełniłem swój obowiązek, zostałem ukrzyżowany, nie uległem pokusie.
By dać najlepszy wzór walczącemu człowiekowi, by pokazać, że nie warto bać się bólu, pokusy ani śmierci, ponieważ wszystko to można - i należy - pokonać, bo zostało już pokonane; po to powstała ta książka. Chrystus cierpiał i odtąd ból został uświęcony. Walczył, aż w ostatniej chwili chwyciło go Kuszenie - i Kuszenie zostało pokonane. Chrystus został ukrzyżowany - i wtedy została pokonana śmierć.
Każda przeszkoda na Jego drodze stawała się okazją do zwycięstwa i jego zapowiedzią. Mamy więc teraz wzór przed sobą, wzór, który toruje nam drogę i dodaje odwagi.
Ta książka nie jest biografią - to spowiedź walczącego człowieka. Publikując ją, spełniłem swój obowiązek - obowiązek człowieka, który stoczył wiele walk, doznał w życiu wielu goryczy i wiele miał nadziei. Jestem pewien, że każdy wolny człowiek, który przeczyta tę pełną miłości książkę, pokocha bardziej niż kiedykolwiek, lepiej niż kiedykolwiek - Chrystusa.
Nikos Kazantzakis
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Słowo od tłumacza
Wydany w 2023 roku ???????? ??? ???? ??? ????? ?????????? ("Glosariusz do twórczości Nikosa Kazantzakisa") ma ponad 900 stron, prawie 15 000 haseł i jest świadectwem niebywałego bogactwa językowego twórczości pisarza, niestroniącego od słów dialektalnych i egzotycznych oraz od neologizmów. Ostatnie kuszenie nie jest wyjątkiem: najnowsze greckie wydanie (Dioptra, 2023) korzysta z glosariusza - co rusz w formie przypisów zamieszcza skrócone lematy rzadkich słów i zwrotów. Język Kazantzakisa jest bowiem bezkompromisowy: tutaj, podobnie jak w wielu, jeśli nie wszystkich powieściach, przywołuje Kretę i różnorodność jej mowy. Pisarz, który z roku na rok rzadziej odwiedzał rodzinną wyspę, a po 1945 roku, na dwanaście lat przed śmiercią, nie postawił już na niej więcej stopy, zachował Kretę żywą w swoich tekstach - w obrazach, w zwyczajach, w postaciach oraz właśnie w języku. W przeciwieństwie do wielu sobie współczesnych twórców stanowczo odrzucał wysoki, sztuczny rejestr nowej greki i oddawał sprawiedliwość językowi gminnemu, demotykowi. Dziś stanowi to prawdziwe błogosławieństwo dla Greków rozmiłowanych w filologii, a zarazem przekleństwo dla tłumaczy, którzy często nie mają jak oddać takiego rozwarstwienia stylistycznego i dialektalnego, a ich postaci muszą, chcąc nie chcąc, mówić językiem mniej wiejskim niż w oryginale. Taka obsesja na punkcie ludowości byłaby dla polskiego czytelnika na przestrzeni kilkuset stron trudna do zniesienia.
Ostatnie kuszenie jest powieścią tworzoną zrywami, równolegle z kilkoma innymi tekstami. Rozpoczęta w 1942 roku na Eginie i ukończona w 1951 roku w Antibes, została wydana dopiero w 1955 roku. Powstała więc w okresie największego powieściowego wzmożenia pisarza: w latach 1946-1955 Kazantzakis napisał aż sześć innych powieści, a także pięć sztuk teatralnych. Motywy i obrazowanie nierzadko się rymują, a nawet powtarzają między utworami. Walka z tekstem jest widoczna, a jego jakość przypomina sinusoidę: od fragmentów lirycznych i błyskotliwych, przez spowolnienia narracji, po kolejne szczyty - przy czym ocena tego, które fragmenty są znakomite, a które mniej porywające, będzie różna u każdego czytelnika. Podejrzewam nawet, że w tej powieści, będącej przecież świadectwem zmagań duchowych, ta trudność jest jak najbardziej intencjonalna. Tak czy inaczej, jej rytm oddaje zmienność krajobrazu i pogody Krety.
Intensywna jest też relacja autora z Biblią, z której obficie czerpie. Dlatego wraz z Elżbietą Sroczyńską, redaktorką tej książki, przygotowaliśmy spis biblijnych adresów dla wszystkich, którzy chcieliby zestawić znajomo brzmiące fragmenty z ich źródłami - głównie Nowym Testamentem (a szczególnie, co oczywiste, z Ewangelią według św. Mateusza). Przy oddawaniu cytatów lub nawiązań korzystałem z Biblii Ekumenicznej wydanej przez Towarzystwo Biblijne w 2017 roku. Chodziło mi o to, by znajome fragmenty były nieco "przesunięte" wobec lepiej znanych, być może, przekładów z Biblii Tysiąclecia. Ale uwaga: w oryginale cytaty są łączone, parafrazowane lub wplatane w tok narracji bez sygnału dla czytelnika, dlatego rozpoznanie ich wszystkich graniczy z niemożliwością, a nasz ich spis jest tylko fragmentaryczny.
W ostatnich słowach ostrzegam, że wstęp autora ma charakter spoilerowy. Dlatego zachęcam gorąco do czytania Ostatniego kuszenia bez uprzednich przygotowań, a szczególnie bez znajomości (lub wspomnienia) filmu Martina Scorsese. Jeśli ktoś jednak potrzebuje kontekstu, sugeruję opowiadanie Trzy wersje Judasza Jorge Luisa Borgesa (1944), nowelę Behold the Man Michaela Moorcocka (1966) lub ścieżkę dźwiękową do musicalu Tima Rice'a z muzyką Andrew Lloyda Webbera Jesus Christ Superstar (1971) - z bonusowym utworem, zainspirowaną powieścią piosenką Judee Sill Jesus Was a Crossmaker (1971), najlepiej w wykonaniu zespołu The Hollies (1972).
Przemysław Kordos
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki