Odłożony set
Koszulka przykleja się do pleców. Spocona dłoń z trudem utrzymuje
rakietę tenisową. A major Kursa z 30 poleskiego pułku artylerii lekkiej
narzucił ostre tempo i mimo upału ani myśli odpuszczać. Gra jak na
pokazie.
Puk... puk... puk...
Mocnym uderzeniom rakiety towarzyszy charakterystyczny odgłos. Podobny
do czegoś, ale do czego? Aha, racja. Chyba do wystrzału korka z butelki
szampana.
Podporucznik Paprocki zwija się na korcie jak w ukropie. Bo zresztą i ukrop leje się z bezchmurnego nieba. Powinno być już nieco chłodniej -
wszak to późne sierpniowe popołudnie. Jesień tuż-tuż, a upały jak w środku lata.
Puk... puk... puk...
Major zdecydowanie przeszedł do ataku. Mimo trzydziestki z okładem jest
silny, zwrotny, sprężysty. Nie widać też po nim większego zmęczenia.
Mocny backhand, za nim drugi -?w przeciwny róg kortu. Później skrót, tuż
przy siatce, po niej znów długa.
Tak, z tym gemem chyba muszę się pożegnać -?myśli Paprocki. -?A tak
ładnie mi szło. Trzy do jednego... Później major podciągnął na trzy do
dwóch, a teraz wyrówna z pewnością.
Stało się. Sędziujący zawodnikom pułkownik dyplomowany Łapicki ze sztabu
DOK IX pokazuje, że stosunek gemów wynosi już trzy do trzech.
Może zaproponować majorowi chwilę przerwy? A może poprosić o odłożenie
spotkania do jutra? -?myśli Paprocki, podnosząc piłkę z kortu. Czuje się
już zmęczony. -?Nie. Nie wypada. Jeszcze pomyśli, że oklapłem po
przedwczorajszych nocnych ćwiczeniach. Krótki odpoczynek -?i do dzieła!
Najwyżej przegram tego jednego seta...
Major Bursa ociera chusteczką spocone czoło. On też czuje w mięśniach
zmęczenie. Ten podporucznik ma silne uderzenie. Wprawdzie brakuje mu
nieco precyzji, ale jeszcze trochę takiego ostrego treningu jak dziś i może stać się groźnym przeciwnikiem.
Nagle przedwieczorną ciszę przerywa narastający warkot silnika. Niemal
pod siatkę ogrodzenia kortu wpada motocyklista. Zeskakuje z siodełka i,
przytrzymując ręką bijący go po plecach karabin, podbiega do pułkownika.
Coś mu melduje. Oficer skinieniem dłoni zarządza przerwę w meczu i pilnie słucha gońca.
Paprocki nie wie, o co chodzi, ale domyśla się, że nadeszła jakaś ważna
informacja. Jaka? To okaże się już za chwilę.
Sytuacja polityczna w Europie nie jest najlepsza. Cały kraj żyje pod
wrażeniem narastającego od miesięcy zagrożenia. Słowo "wojna" od pewnego
czasu jest na ustach prawie wszystkich dorosłych. Ba, powtarzają je
także dzieci, ale cóż one mogą z niego zrozumieć? Dla nich to może i groźny, ale przecież pusty dźwięk.
Od 15 maja 30 dywizjon artylerii ciężkiej stacjonuje w Brześciu nad
Bugiem, na tzw. Bugszopach, w koszarach jednego z dywizjonów
wspomnianego 30 pal, który od marca znajduje się gdzieś na Pomorzu, w osłonie zachodniej granicy. Artylerzyści przybyli tu transportem
kolejowym w ciągu jednej nocy z Wilna.
Od 15 sierpnia w gronie oficerów nie mówi się o niczym innym jak tylko o rychłej powszechnej mobilizacji. Wśród kanonierów temat ten przebijany
jest jednak innym, dla nich ważniejszym. Żniwa zakończyły się niedawno,
po wsiach wkrótce rozpoczną się wykopki. Pogoda sprzyja pracom w polu,
więc rozmawiają o gospodarce. Słońce świeci, grzeje. Może nawet za
mocno.
Goniec kończy meldunek. Pułkownik chwyta swoją rakietę, zamienia kilka
słów z majorem, żegna się uściskiem dłoni i szybko odchodzi.
Podporucznik zbliża się do Bursy.
-?Przerwa? -?pyta.
-?Tak. I to chyba nawet dłuższa, niż nam się wydaje -?odpowiada major. -
Została zarządzona powszechna mobilizacja! Więc wszystko wskazuje na to,
że naszego seta dokończymy dopiero po wojnie... Idę do koszar, tylko
najpierw wpadnę do domu się wykąpać. Ugotowaliśmy się we własnym sosie
na tym upale -?kończy żartem. -?Do zobaczenia, panie Kazimierzu.
-?Czołem, panie majorze -?odpowiada Paprocki.
W drodze do koszar rozmyśla nad wydarzeniami ostatnich dni i tygodni.
Wiele jednostek zostało zmobilizowanych jeszcze wiosną 1939 roku.
Niektóre z nich wyszły w pole już w marcu -?niby na wiosenno-letnie
manewry, ale wiadomo, że w niespokojnych czasach wojsko trzeba w porę
wyprowadzić z koszar.
Później trochę się uspokoiło, a jeszcze później była ta pamiętna mowa
ministra Becka w Sejmie. Ale w lipcu i sierpniu czuło się, że
niebezpieczeństwo wisi na włosku. Wprawdzie pocieszano się, że
sojusznicy nie zawiodą, pomogą w potrzebie, przeliczano stosunek sił
polskiej piechoty i kawalerii, francuskiego lotnictwa, angielskiej
marynarki wojennej do niemieckiej machiny wojennej, ale za zasłoną
optymizmu kryła się głęboka troska o kraj, o rodziny, o najbliższych.
Więc jak będzie ostatecznie z tą wojną? Odważą się Niemcy czy nie?
Hitler straszy, krzyczy, żąda coraz bezczelniej i coraz natarczywiej,
ale przecież my nie ustąpimy! Z Polską nie pójdzie mu tak łatwo jak z Austrią, Czechosłowacją czy Litwą... Gdańsk to nie Kłajpeda, korytarz -
nie Sudety! My się nie damy!
I nagle przychodzi niespodziewana, niepokojąca myśl: a co będzie, jeśli
sojusznicy nie zdążą z pomocą? Im Hitler nie grozi bezpośrednio, nie
muszą być w pełni gotowi do walki...
Nie, to niemożliwe. Zdążą. Muszą zdążyć. Nie zostawią nas samych oko w oko z Niemcami.
Jeszcze raz sprawdza w myśli, czy w baterii wszystko jest w należytym
porządku. Przez kilka ostatnich dni pełnił obowiązki dowódcy baterii,
ponieważ kapitan przebywał na urlopie. Taka sytuacja i urlop? -?dziwił
się Paprocki, ale uznał, że skoro dowódca dywizjonu na to pozwolił,
sytuacja nie jest aż tak napięta.
Później jednak nie miał już czasu się dziwić. Zaczął się młyn -
zakończony dzisiejszą wiadomością o mobilizacji.
Więc tak: w nocy z czwartku na piątek 25 sierpnia dowódca dywizjonu,
podpułkownik magister Józef Lankau, zarządził alarm ćwiczebny i wyprowadzenie wszystkich baterii z koszar. Alarm przebiegł sprawnie,
zresztą ćwiczyli taką sytuację już niejednokrotnie. Wyszli w rejon
alarmowy, zajęli stanowiska ogniowe na ścierniskach za lasem. Okopali
działa i czekali w gotowości na dalsze sygnały. Po północy przyszedł
rozkaz odwołania i powrotu do koszar. Zanim wrócili, była trzecia nad
ranem. Gdy o piątej przybiegł goniec z baterii i przywiózł jakąś
kopertę, Paprockiemu wydało się, że ledwo przyłożył głowę do poduszki.
Przyświecając zapałkami, przeczytał lakoniczną treść: "Pogotowie OPL
zarządzone".
Ładna historia -?myśli podporucznik, ubierając się pośpiesznie. -
Pogotowie OPL! A dowódca baterii na urlopie...
Biegnie do dywizjonu. Jako pełniący obowiązki dowódcy baterii wydaje
szybko stosowne rozkazy. Po chwili przybywają pozostali oficerowie
dywizjonu. Wszyscy udają się do wyznaczonego pomieszczenia w sztabie 30
pal. Paprocki zapoznaje się z dziennikiem czynności mobilizacyjnych
baterii. Póki nie wróci z urlopu dowódca -?już chyba zdążyli go
powiadomić -?on będzie kierować całością dalszych przygotowań. Także
ewentualnym przebiegiem mobilizacji. Oczywiście, jeżeli zostanie
ogłoszona, ale co do tego już mało kto ma wątpliwości. Nieznany jest
jedynie termin. Jutro? Pojutrze? A może nawet jeszcze dziś?
Więc obiad na tempo i powrót do koszar. Wieczorem dowódca dywizjonu,
podpułkownik Lankau, zarządza całodobowe dyżury oficerów przy telefonach
w bateriach. Oczywiście na zmiany, aż do odwołania. Noc mija spokojnie.
Nareszcie wrócił dowódca baterii, kapitan January Pastuszewski. Jest
opalony na brąz, ale zdenerwowany. Paprocki z ulgą powraca do swej roli
młodszego oficera baterii. Ostatecznie, skoro już ma być ta wojna, niech
baterią dowodzi jej etatowy dowódca. Ale wojny jeszcze nie ma. Jest za
to sobota, 26 sierpnia. Na kortach miejskich po południu rozpoczynają
się zaplanowane wcześniej mistrzostwa tenisowe Brześcia, zorganizowane
przez miejscowy klub tenisowy. Garnizon z powodzeniem reprezentują major
Bursa i podporucznik Paprocki. Jak dotąd posiada on już srebrny medal za
zdobycie drugiego miejsca w deblu.
Niedzielne przedpołudnie upływa pracowicie. Dywizjon otrzymał nowy
sprzęt maskujący: duże siatki kobiercowe. Podporucznik organizuje więc
pokaz maskowania dział i innego sprzętu. Kanonierzy pocą się, szarpią i szamoczą z wielkimi sieciami, złoszczą się, gdy im coś nie wychodzi.
Twierdzą, że stare maskowanie gałęziami było lepsze, szybsze i praktyczniejsze. Wreszcie zajęcia kończą się. A po obiedzie kontynuowane
są tenisowe pojedynki reprezentacji garnizonu i społeczeństwa Brześcia.
W poniedziałek i wtorek znów trwa organizacyjny kołowrotek. Do garnizonu
coraz liczniej przybywają oficerowie rezerwy powołani na ćwiczenia.
Opowiadają, że w całym kraju na dworcach i w pociągach panuje tłok. Do
normalnych urlopowych i wakacyjnych przejazdów ludności doszły dodatkowe
transporty wojskowe i przewozy powoływanych na ćwiczenia rezerwistów. Na
jakie ćwiczenia -?tego nikt nie wie. Rezerwiści twierdzą, że idą na
wojnę. Garnizonowe kasyno zapchane po brzegi. Aby zjeść posiłek, trzeba
nieraz czekać godzinę, a bywa, że i dłużej...
Teraz to już nici z naszych mistrzostw -?Paprocki łapie się na
niedorzecznej myśli. Ale wokół tyle niedorzeczności, że jedna więcej nie
psuje obrazu.
Wpada do baterii. Tu też już wszyscy wiedzą o zarządzonej mobilizacji.
Zgromadzeni oficerowie czekają na dowódcę dywizjonu, ale ten jest na
odprawie. Po paru godzinach nerwowego napięcia przychodzi wiadomość o odwołaniu mobilizacji. A więc jeszcze nie teraz. Oficerowie rozchodzą
się na kwatery.
Dzień 30 sierpnia jest równie pogodny jak poprzednie. Po odwołaniu
mobilizacji emocje jakby nieco opadły. Od rana w dywizjonie odbywają się
w miarę normalne zajęcia szkoleniowe. Kadra jak zwykle zbiera się nad
rzeką. Podpułkownik Lankau prowadzi zajęcia oficerskie na przyrządach
pomiarowych. Gdzieś niedaleko, na przeciwległym brzegu, plażuje i kąpie
się jakaś miejscowa piękność w nadzwyczaj skąpym, obcisłym kostiumie.
Wzrok niejednego uczestnika zajęć kieruje się tam chętniej niż w stronę
teodolitu.
Nadbiega goniec, wręcza dowódcy kopertę. Podpułkownik poważnieje.
-?Panowie oficerowie! Mobilizacja powszechna zarządzona! Koniec zajęć!
Wracamy do koszar. Proszę natychmiast przystąpić do wykonywania
czynności mobilizacyjnych...
Drugie odwołanie już raczej nie przyjdzie. Z tą chwilą 30 dywizjon
artylerii ciężkiej stał się 2 dywizjonem 3 pułku artylerii ciężkiej, w składzie 4., 5. i 6. baterii. Baterie również zmieniły swe numeracje.
Dotychczasowa 3 bateria Paprockiego stała się 6 baterią 2 dywizjonu 3
pac.
Podporucznik machinalnie spogląda na zegarek. Daleki jest od myśli, że
oto nadchodzi jakiś historyczny moment, ale czuje, że zbliża się coś,
czego tym razem jeszcze nikt nie potrafi ani odgadnąć, ani sobie
wyobrazić. Coś z pewnością bardzo trudnego, niebezpiecznego. Jest środa,
trzydziesty dzień sierpnia, dochodzi godzina jedenasta trzydzieści...
Odprawa kończy się szybko. Dowódca dywizjonu przypomniał znane wszystkim
czynności, obowiązki i zadania mobilizacyjne. Dowódcy baterii i plutonów
rozeszli się do swych pododdziałów. Tu spotkały ich poważne, zatroskane
spojrzenia kanonierów.
-?To co, panie poruczniku, będzie wojna? -?szef baterii, starszy
ogniomistrz Bolesław Drozdowski, zadał pytanie cisnące się na usta
wszystkim żołnierzom. -?Będzie?
-?Jeśli Hitler zacznie, to będzie. Przecież nie oddamy mu ani korytarza,
ani Gdańska -?odpowiada Paprocki.
-?A wygramy? -?spytał z niepokojem któryś z kanonierów.
-?Głupiś! Jeszcze pytasz! Pewnie, że wygramy! -?zgromił go natychmiast
inny.
Dobrze -?pomyślał Paprocki. -?Dobrze, że ludzie są pewni siebie. Duch
żołnierza to połowa sukcesu.
Istotnie, na morale żołnierzy nie można było narzekać.
Wieczór zastał kadrę w koszarach. Sprawdzano przydziały, kontrolowano
stan uzbrojenia, przeglądano sprzęt, wyposażenie indywidualne
kanonierów. Czekano z niecierpliwością na uzupełnienie koni z poboru, po
które pojechał w południe starszy ogniomistrz podchorąży Stanisław
Wesołowski.
Kolejny dzień upłynął również na wytężonej pracy organizacyjnej. Do
baterii przybyło dwóch oficerów rezerwy: podporucznicy Kazimierz
Muśnicki, inżynier górnik, i Tadeusz Olkowski, inżynier leśnik. Nie
przybyły natomiast konie z poboru mobilizacyjnego, co bardzo niepokoi
dowódcę baterii.
-?Diabli nadali taki interes -?klnie umiarkowanie kapitan. Krępuje się
jeszcze obecnością rezerwistów-inżynierów. -?Jeśli tak dalej pójdzie,
rozpoczniemy wojnę bez koni...
Wojna
Budzik rozdzwonił się punktualnie o szóstej. Już po pierwszym dźwięku
Paprocki chwycił go i wetknął ze złością pod poduszkę. Poprzedniego
wieczoru późno wrócił z koszar, położył się dobrze po północy i mimo
zmęczenia długo nie mógł zasnąć.
Jeszcze chwilkę, jeszcze choć z piętnaście minut -?pomyślał, niechętnie
wyjmując uciszony zegarek spod poduszki. Wskazówki jednak miarowo
posuwały się naprzód. Z głębokim westchnieniem podniósł się z posłania.
Kończył ubieranie, gdy posłyszał dziwne, natrętne brzęczenie, jakby
wielkiego, odległego roju pszczół. Po chwili rozległy się głośne
detonacje. Zawtórował im przytłumiony dźwięk szyb w oknach.
No, chyba zaczęło się już naprawdę, bo to nie wystrzały armatnie -
stwierdził w myślach, zapinając ostatnie guziki munduru.
Pobiegł do koszar, gdzie dowiedział się, że zostało zbombardowane
lotnisko w Małaszewiczach.
W koszarach wrzało. Wszyscy już wiedzieli o wybuchu wojny.
Rozgorączkowani kanonierzy wytaczali działa -?ciężkie 155-milimetrowe
olbrzymy -?oraz pozostały sprzęt i wyprowadzali konie. Czekali na rozkaz
opuszczenia koszar, który przecież lada chwila musi nadejść.
-?Poruczniku Paprocki -?woła dowódca baterii -?weźmie pan natychmiast
działa i sprzęt i zaprowadzi kolumnę do wsi Wołynka. Wie pan, do rejonu
mobilizacji baterii. Później wróci pan po konie, które powinny do tego
czasu już tu przybyć.
-?Rozkaz, panie kapitanie!
Paprocki formuje kolumnę baterii. Pomagają mu podoficerowie. Tym razem
wszystko idzie znacznie lepiej niż podczas ostatnich ćwiczeń. Nic
dziwnego -?wtedy była noc, teraz jest dzień, a i trening zrobił swoje.
Ludzie są pewniejsi, pracują sprawniej, choć jakiś cień niepokoju nadal
wisi w powietrzu. Nikt głośno tego nie mówi, ale wszyscy obawiają się
nalotu. W koszarowym kompleksie -?choć mieści się on poza obrębem
twierdzy -?atak z powietrza może okazać się tragiczny w skutkach dla
zgrupowanego wojska, zwłaszcza dla mało ruchliwej artylerii ciężkiej.
Dlatego kanonierzy z ulgą przyjmują decyzję wymarszu w pole.
Kolumna rusza i krok za krokiem mozolnie pokonuje piaszczystą wiejską
drogę. Nareszcie koniec uciążliwej, trzykilometrowej mordęgi. Konie i ludzie jednakowo parują od potu. Z bezchmurnego nieba nadal płyną potoki
żaru. Na szczęście przemarsz odbył się spokojnie, bez niespodzianek ze
strony nieprzyjacielskiego lotnictwa.
W Wołynce zostaje część baterii pod dowództwem podporucznika rezerwy
Muśnickiego. Obsługi zaciągnęły wartę przy działach, wokół wsi
rozstawiono posterunki, a trzy lekkie karabiny maszynowe -?wykonując
również zadania obrony przeciwlotniczej baterii -?skierowały do góry
ryjki swych luf na wyznaczonych stanowiskach ogniowych. Obrona rejonu
alarmowego baterii została zorganizowana. Paprocki wraca do Brześcia po
resztę sprzętu i kanonierów.
-?Panie poruczniku, melduję posłusznie powrót z końmi!
-?A, to Wesołowski?
-?Tak jest, panie poruczniku.
-?No i jak tam było? Konie są? Dobre?
-?Było słabo, panie poruczniku. Nie ma jeszcze koni do pełnego stanu
baterii. A i to, co przyprowadziłem, nie jest najlepsze. Kategorii AC,
wie pan, do artylerii ciężkiej, mało. Większość koni jest bez podków...
-?A po drodze wszystko było w porządku?
-?Tak jest, panie poruczniku. To jak, pójdziemy zobaczyć te konie?
-?Teraz? Po nocy? I tak nic nie zobaczymy. Pójdę rano.
-?W porządku, panie poruczniku. Dobranoc panu.
-?Dobranoc, panie podchorąży. Utrudził się pan dziś z tymi końmi. Należy
się panu odpoczynek. Ja też mam dosyć.
I znów sobotni poranek. Pomyśleć -?od rozgrywek tenisowych minął dopiero
tydzień, a wydaje się, że to już co najmniej miesiąc albo i więcej.
Wtedy był jeszcze pokój, teraz jest już wojna. I niech nikogo nie łudzi
fakt, że jej odgłosy na razie tu jeszcze nie dotarły. Nic dziwnego -
przecież Brześć to odległe zaplecze. Bombardowano wprawdzie
Małaszewicze, ale Brześć? Duży garnizon, odległy od granic, dysponuje
silną obroną przeciwlotniczą. Chyba się Niemcy nie odważą?
Bateria ma już pełny stan ludzi. Paprocki tyle chodził, tyle szukał
wśród zmobilizowanych, aż wyszperał chyba samych najlepszych. Nawet inni
dowódcy baterii próbowali protestować przeciwko takiemu wyborowi, ale
ostudził ich podpułkownik Lankau.
-?Kto się starał, chodził i szukał, rozmawiał, ten ma. Trzeba było też
chodzić i wybierać. Kto nie chciał, dostał tych, którzy zostali...
Tak więc brakuje tylko jeszcze trochę koni i wozów taborowych. Po
południu reszta baterii dyslokuje się do Wołynki. W Brześciu pozostaje
Wesołowski, a z nim kapral podchorąży rezerwy Bommersbach oraz kilku
kanonierów. Czekają na brakujące konie, które podobno już są w punkcie
rozdzielczym.
Podporucznik Paprocki śpieszy się. Szybko przerzuca swoje rzeczy.
Mundur, płaszcz, kilka koszul, bielizna. Ciepłe rękawiczki brać? Chyba
nie. Do zimy wszystko powinno się skończyć. Francuzi dołożą szkopom z zachodu, Anglicy przygrzeją im z góry i będzie po krzyku. Więc wszystkie
niepotrzebne rzeczy do skrzyni. Pójdą na przechowanie do mieszkania
dowódcy baterii w Brześciu.
Kapitanowi to dobrze -?myśli Kazimierz, gnając rowerem do Wołynki. -
Wciąż mieszka sobie w domu, a ja muszę ganiać między Brześciem a Wołynką. Jeszcze trochę takiego treningu i będę mógł startować w zawodach cyklistów...
Po przybyciu na miejsce kontroluje posterunki, wydaje dalsze dyspozycje,
wprowadza słabo jeszcze zorientowanych oficerów rezerwy w wojenne
obowiązki. Sprawdza, czy kanonierzy jedli obiad, wypytuje szefa, co z kolacją. Wskakuje na rower i znów pedałuje do Brześcia, na odprawę do 30
pal. Jest jeszcze trochę czasu, więc po drodze jedzie do miasta za
drobnymi zakupami.
Ostatecznie wojna wojną, a trzeba kupić parę niezbędnych drobiazgów.
Mydło do golenia, a i woda kolońska się kończy. Przyda się też trochę
papieru do pisania, parę kopert. Trzeba będzie przecież wysłać list do
domu, do rodziców. Oni też tam martwią się o niego.
Nie dojechał jeszcze do centrum Brześcia, gdy nagle rozjęczały się
syreny. Alarm lotniczy! Przez całe ciało przebiega dreszcz emocji.
Nalot! Na niebie szeregi wrogich maszyn. Odrywają się od nich jakieś
niewielkie punkciki, lecą w dół. Słychać przejmujący, ostry, drażniący
uszy świst, niepodobny do żadnego ze słyszanych dotychczas dźwięków.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki