Rozdział IV
Czterdzieści osiem godzin po scenie, którą właśnie opisaliśmy, w Klubie Zbolałych panowała wrzawa.
Nie widziano ani Montgerona, ani Gustave'a Mariona, ani czterech innych graczy, którzy towarzyszyli zuchwałemu porywaczowi, chociaż ich koledzy spędzili całą noc w klubie, dwa razy z rzędu.
Młody człowiek o imieniu Casimir, którego pan de Montgeron był przewodnikiem w świecie hulaków, poszedł do domu i nie zastał go. Pan de Montgeron, podobnie jak inni, nie wrócił od dwóch dni.
Zbolali naradzali się.
- Panowie - powiedział jeden z nich - przedstawię wam moje zdanie.
- Słuchamy.
- Nasi poszukiwacze przygód nic nie upolowali.
- Jak to?
- Nigdy nie wierzyłem w odwagę Mariona, a oto, co moim zdaniem musiało się wydarzyć. Piękna Ogrodniczka ma męża...
- Albo kochanka.
- Tak czy inaczej, mąż czy kochanek, ktoś wyrzucił Mariona przez okno.
- To całkiem możliwe - stwierdzili obecni.
- Kochanek wyrzucony przez okno nie zabija się - kontynuował narrator. - Bóg jest litościwy dla kochanków, tak jak dla pijaków, ale on ma siniaki, podbite oko albo coś sobie złamał. To właśnie musiało się przydarzyć Marionowi i został przewieziony do pobliskiej gospody.
- Ale co z pozostałymi...?
- Poczekajcie! Bellevue to kraina ogrodników, warzywników i właścicieli pralni; dobrzy ludzie, którzy nienawidzą paryżan. Nasi przyjaciele zostali źle potraktowani i wstydząc się ich niemiłej przygody, nie mają odwagi pokazać się.
- Nie masz racji, mój dobry przyjacielu - powiedział jakiś głos z progu sali gier.
Wszyscy się odwrócili.
- Montgeron! - rozległ się ogólny okrzyk.
- Panowie - powiedział wicehrabia - niczego sobie nie złamałem, podobnie jak nasi przyjaciele. Mieszkańcy Bellevue nie są tak dzicy, jak myślicie.
- A Marion?
- Marion oszalał.
- Oszalał z miłości?
- Nie, jest obłąkany... całkowicie obłąkany...
Pan de Montgeron wypowiedział te słowa ze smutną powagą, która wywarła niesamowite wrażenie.
- Panowie - kontynuował - możecie przestać się śmiać, bo to, co wam opowiem, nie jest przyjemną przygodą.
Montgeron usiadł i otarł czoło jak człowiek, który przeżył emocje, które nie do końca były jak różana woda.
- Ależ mów w końcu, co się stało?
- Czy Piękna Ogrodniczka istnieje, albo czy Marion był już szalony?
- Nie wiem - odparł Montgeron - ale oto co się wydarzyło.
Wicehrabia opowiedział o tym, co już wiemy: o podróży z Paryża do Bellevue, drogą cesarską, a potem wydeptaną uliczką, i o bardzo mieszczańskim sposobie, w jaki Gustave Marion wszedł najpierw do ogrodu, a potem do domu.
- Wpatrzeni w okno, w którym świeciło się światło, czekaliśmy - powiedział - paląc i siedząc w pewnej odległości od bramy na brzegu rowu, gdy po pół godzinie światło nagle zgasło.
"Dobrze! - szepnął jeden z nas. - Jest szczęśliwy!".
Czekaliśmy kolejne pół godziny, potem godzinę. Światło już się nie zapaliło, a my nie słyszeliśmy żadnego hałasu.
"Do licha! - zawołałem. - Myślę, że Marion kpi sobie z nas. Jeśli ta kobieta jest taka łatwa, jeśli nawet się nie broni ani nie krzyczy, to Marion jest szczęśliwszy, niż mu się to wcześniej wydawało. Więc możemy mu życzyć wszystkiego dobrego i odejść...".
Wstałem i ruszyłem w stronę uchylonej bramy, zdecydowany zadzwonić do drzwi i dać tej pani znać, że nasz przyjaciel jest wścibski. Noc była dość jasna i kiedy zbliżałem się do domu szeroką piaszczystą alejką ogrodową, zobaczyłem coś nieruchomo leżącego na ziemi. Zrobiłem kolejny krok i zatrzymałem się, mocno poruszony. Tym czymś było ciało Mariona.
Przez chwilę myślałem, że nie żyje, a moje emocje były tak wielkie, że krzyknąłem. Na ten krzyk przybiegli nasi przyjaciele.
Marion był nieprzytomny. Jego ciało nie nosiło śladów obrażeń ani stłuczeń. Co mogło spowodować jego omdlenie? Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie zapukać do zamkniętych drzwi i nie wyważyć ich, jeśli to byłoby konieczne. Na szczęście z pomocą przyszła nam rozwaga.
Zanim pomyśleliśmy o pomszczeniu Mariona, musieliśmy sami dowiedzieć się, co mu się stało. Poza tym on był winny, a my sami, wchodząc w nocy do zamieszkałego domu, mogliśmy znaleźć się w niebezpiecznej sytuacji.
Wzięliśmy więc Mariona na ramiona i wynieśliśmy go z ogrodu. Tam próbowaliśmy wszystkiego, by go ocucić. Na nic się to zdało; gdyby nie słabe bicie jego serca, można by przysiąc, że nie żyje.
Byliśmy w odludnym miejscu; zbliżał się dzień i mogliśmy zostać zaskoczeni przez ogrodników, którzy wstają wcześnie rano. Trudno byłoby wyjaśnić naszą obecność w tym miejscu. Zabraliśmy więc Mariona do breku.
Nie odzyskał przytomności i od Bellevue do Saint-Cloud był nieruchomy jak trup.
W Saint-Cloud zatrzymaliśmy się w hotelu "Pod Głową Murzynka".
Rozebraliśmy go, położyliśmy do łóżka i posłaliśmy po lekarza.
Po godzinie nacierania i po tym, jak podano mu kordiały8 i sole do wdychania, Marion otworzył oczy. Ale wtedy wszystkich nas ogarnęło prawdziwe przerażenie. Marion miał błędne spojrzenie, nie poznawał nas. Jego zęby szczękały z przerażenia i owładnęło nim żarliwe majaczenie.
To delirium go nie opuszczało; płakał i śmiał się na przemian. Potem, minuta po minucie, wykrzykiwał:
- Nie idźcie tam! Nie idźcie!
Wczoraj wieczorem miał godzinę spokoju; wszyscy byliśmy przy jego łóżku.
Rozpoznał nas.
Wziąłem go za ręce i próbowałem go wypytać.
- Nie idźcie tam! Nie idźcie! - powiedział nam z akcentem szalonego przerażenia.
- Co ci się przydarzyło? - zapytałem.
- Przysięgałem! - odpowiedział i znów zaczął majaczyć.
Lekarz, z którym się konsultowaliśmy, powiedział nam, że obawia się o jego zdrowie psychiczne.
- Ach! - powiedział jeden ze Zbolałych, przerywając panu de Montgeron. - Przypuszczam, że jeden czy drugi poszliście do komisarza policji.
- Po co mielibyśmy to robić?
- Żeby opowiedzieć mu tę historię.
Montgeron wzruszył ramionami.
- Mój przyjacielu - rzekł - kiedy podejmujesz się takiej wyprawy, nie chwalisz się tym.
- Marion musiał doświadczyć jakiejś straszliwej mistyfikacji.
- Tak właśnie myślę.
- I wypadałoby to wiedzieć.
- Och! - odparł Montgeron. - Mam swój pomysł.
- Ach!
- Słuchajcie - dodał wicehrabia - jestem tak przekonany, że Marion padł ofiarą zasadzki, że sam złożyłem przysięgę.
- Jaką?
- Taką, że za wszelką cenę wejdę do domu Pięknej Ogrodniczki, dobrowolnie lub nie.
- Sam?
- Nie, z jednym z was, jeśli któryś zechce pójść za mną.
- Do licha! Pójdziemy wszyscy...
- Nie - odrzekł pan de Montgeron - tylko jeden.
- Ja! Ja! - zawołali wszyscy Zbolali.
- Więc ciągnijcie losy, ja biorę ze sobą tylko jednego.
Dwadzieścia nazwisk wrzucono do kapelusza, a najmłodszy w klubie, ten o imieniu Casimir, włożył do niego rękę.
Pierwszym nazwiskiem, które podał, było jego własne.
- Czy jesteś odważny? - zapytał Montgeron.
- Och, tak! - odrzekł, rumieniąc się.
- A więc - powiedział chłodno pan de Montgeron - ruszajmy. Wyjeżdżamy dziś wieczorem.
- O której godzinie?
- Właśnie teraz; mój powóz jest na dole.
Następnie zwrócił się do pozostałych młodych ludzi:
- Panowie - powiedział - żądam od was przysięgi.
- Mów, Montgeron.
- Takiej, że nic z tej mrocznej sprawy nie wyjdzie na zewnątrz, dopóki mnie znów nie zobaczycie.
Wszyscy dali słowo.
- Chodź, Casimir - rzekł pan de Montgeron i obaj opuścili klub.
8 Kordiał - napitek, zwykle alkoholowy (koniak, nalewka) uważany za lek wzmacniający, zwłaszcza serce, jak wskazuje nazwa (z łac. cordialis - serdeczny).