Rozdział 1 James
- Przez cały czas mają ją obserwować trzy pary oczu - warknął James do swoich ludzi. - Ta kobieta jest prawdopodobnie najbardziej niebezpieczną osobą, jaką spotkaliście w życiu. Zakneblujcie ją. Zakujcie w łańcuchy. I na litość boską, nie traćcie głowy.
- Tak jest, sir - odpowiedział jego porucznik, ale później spojrzał na więźnia. - Jak mamy reagować na prośby o prywatność? Ona jest księżniczką, a przyzwoitość wymaga...
- Co cenisz bardziej, przyzwoitość czy zachowanie gardła w jednym kawałku? Bo zapewniam cię, że jeśli się odwrócisz plecami do tej kobiety, pożałujesz. - James skinął w stronę Hazel, która zrobiła krok do przodu.
Młoda pokojówka miała chłodny wyraz twarzy, niezmienny od chwili, kiedy do niego dołączyła.
- Hazel dopilnuje, by nie wydarzyło się nic niestosownego, ale gdy mówię, że w każdym momencie mają na nią patrzeć trzy pary oczu, mam na myśli w każdym momencie. Wszystko jasne?
- Tak jest, sir!
Mężczyźni zasalutowali, a Hazel lekko skinęła głową, ale James skupiał uwagę na więźniarce.
Patrzyła na niego lazurowymi oczami, zimnymi jak lód. James ukląkł przed księżniczką Bronwyn Veliant i odpowiedział podobnym spojrzeniem.
- Pozwolę sobie powtórzyć, Wasza Wysokość, że uwalniamy cię nie dlatego, że wierzę w twoją niewinność, ale w geście dobrej woli wobec królowej Sarhiny, z którą Harendell nie znajduje się w konflikcie.
"Zobaczymy, jak długo to potrwa".
Bronwyn nawet nie mrugnęła, ale James z trudem powstrzymał pragnienie sięgnięcia po miecz, bo instynkt wręcz krzyczał "niebezpieczeństwo". Ta kobieta została wyszkolona w taki sam sposób jak jej siostra Lara, co znaczyło, że większość życia spędziła pod kuratelą Sroki i jego pachołków. Bronwyn była zabójczynią w każdym calu, a jej nieruchome spojrzenie gwarantowało, że w chwili, kiedy do jej ręki trafi broń, James będzie jej celem. Ale wielu ludzi myślało o nim tak samo, mogła więc ustawić się w kolejce.
- Zostaniesz dostarczona na Północną Strażnicę - mówił dalej James. - Przekażesz królowi Ithicany wiadomość, że ma natychmiast oddać swoją siostrę w nasze ręce. Zostanie stracona za zamordowanie króla Edwarda i próbę zamordowania królowej Alexandry. Jeśli król spełni to żądanie i jeśli odkryjemy dowody, że Ahnna działała z własnej woli, Harendell ponownie rozważy swoje plany odwetu na Ithicanie i jej władcach. Jeśli Aren odmówi, cała potęga wojsk Harendell zajmie brzegi Ithicany. Możesz przypomnieć Arenowi, że znamy drogę do środka. Takie są konsekwencje decyzji Ithicany, by zdradzić swojego najstarszego sojusznika. - Wyciągnął knebel z ust Bronwyn. - Zrozumiano?
Jej głos brzmiał chrapliwie, kiedy spytała:
- A jeśli Ahnny nie ma w Ithicanie?
- O ile mi wiadomo, Lara utrzymuje siatkę szpiegów Ithicany, nieporównywalną z żadną inną. Sugeruję, by ją wykorzystała i odnalazła Ahnnę, zanim będzie za późno. - James wiedział, że jego uśmiech nie odbijał się w oczach. - Jestem pewien, że królowa Ithicany się nie sprzeciwi. Ahnna nie jest przyjaciółką Lary i sprawiła jej wiele kłopotów. Jeśli Ithicana nie odpowiada za zbrodnie księżniczki, to Lara bez wątpienia będzie chciała się jej pozbyć. Dopilnuj, żeby tak się stało, Wasza Wysokość; też masz w tym interes.
Chłód w spojrzeniu Bronwyn zmienił się we wściekłość.
- Jeśli Taryn spadnie choć włos z głowy, ja...
James znów wepchnął jej knebel do ust, przerywając nieuniknione groźby.
- Taryn będzie traktowana jak dama do momentu, gdy zostanie uznana za jeńca wojennego. - Patrzył na Bronwyn z góry. - Dostarcz nam Ahnnę, żebyśmy mogli ukarać ją za jej zbrodnie. To w najlepszym interesie nas wszystkich.
James wstał i wyszedł z aresztu, a kiedy zmierzał w stronę schodów na pokład, usłyszał głośny brzęk stalowych zasuw. Gdy znalazł się poza zasięgiem wzroku Hazel i strażników, zatrzymał się i oparł dłoń o ścianę, szukając równowagi. Jednak za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział ciało ojca leżące na stole. Nieruchome i szkliste oczy, krew zmyta, by ukazać rany od noża, tak liczne, że łączyły się ze sobą. Jego niepokonany ojciec zredukowany do sterty mięsa.
"Czterdzieści siedem ran. - James usłyszał w myślach wstrząśnięty głos chirurga. - Zbrodnia powodowana wściekłością, bez wątpienia".
James poczuł mdłości i przełknął ślinę, nie mogąc uciec od wspomnień, które go dręczyły.
Krwawe miejsce zbrodni odkrył służący, który natychmiast wezwał pomoc. Kiedy rozległ się alarm, James wracał właśnie do swoich komnat, głowę miał ciężką od trunków ojca, a umysł pochłonięty rozważaniem, jak wynagrodzić wszystko Ahnnie. Dołączył do strażników i razem podążyli przez Pałac Nieba w ślad za niewielkimi plamami krwi pozostawionymi przez buty mordercy. Ani razu nie przeszło mu przez myśl, że podążają za śladem Ahnny, kiedy więc wybiegli za róg przywołani krzykami, widok jej stojącej przed zakrwawioną Alexandrą wstrząsnął nim do szpiku kości.
"Pomóż mi - łkała Alexandra w jego wspomnieniach. - Pomóż mi, Jamie".
Po raz pierwszy użyła jego przezwiska z dzieciństwa bez szyderstwa w głosie i to odbijało się echem w jego głowie. Podobnie jak powracało wspomnienie Alexandry wyciągającej ręce w jego stronę i patrzącej na niego z udręką i przerażeniem w oczach.
"Poważna rana obronna na dłoni - powiedział mu chirurg. - Możliwe, że królowa już nigdy nie odzyska pełnej władzy w tej ręce. Po ranie na policzku zostanie znaczna blizna, ale to dźgnięcie w brzuch prawie ją zabiło. Cal w lewo, a utracilibyśmy również jej wysokość".
James i Alexandra nigdy się nie lubili, bo królowa czuła do niego niechęć z powodu jego pochodzenia i tego, że ojciec go faworyzował, ale od śmierci ojca zapomniała o ich konflikcie. W końcu atak na jedno z Ashfordów był atakiem na wszystkich, i tuż przed tym, jak James opuścił Verwyrd, Alexandra przyszła do niego.
"Martwię się o naszą rodzinę, Jamesie. - Rana na twarzy sprawiała, że trudno było ją zrozumieć, a oczy miała zamglone od środków przeciwbólowych i udręki. - Nasi wrogowie uznają to za okazję. Twój brat przechodzi żałobę i nie jest gotów wyruszyć. Ja... - Zachwiała się i gdyby James nie złapał jej za ręce, upadłaby. - Ja nie mam siły, by mu pomóc. Jamie, wiem, że od dawna byliśmy skłóceni, ale mimo wszystkich swoich okrutnych słów jestem świadoma tego, że zawsze byłeś oparciem dla brata, chroniłeś go przed tymi, którzy mogliby go skrzywdzić. Spośród nas to ty jesteś żołnierzem, wojownikiem, i ufam, że ochronisz nas przed tymi, którzy chcieliby wykorzystać śmierć twojego ojca".
James nawet teraz dostrzegał, jak wiele to wyznanie kosztowało Alexandrę. Nie chciała na nim polegać. Fakt, że mu zaufała, świadczył o tym, jak bardzo odbiło się na niej otarcie się o śmierć, ale również o jej pewności, że James zawsze zatroszczy się o rodzeństwo. "Znajdę ją, Wasza Łaskawość. Doczekamy się sprawiedliwości".
Alexandra uścisnęła go mocno, ale później w jej zielonych oczach niespodziewanie pojawiły się łzy. "Chciałam znaleźć Ahnnę, bo lepiej niż ktokolwiek rozumiem, że słowa twojego ojca potrafią zranić do żywego. - Na chwilę zacisnęła powieki, a kiedy je uniosła, po jej policzkach spłynęły łzy. - Potrafiły zranić".
Czas przeszły. Bo jego ojciec już nigdy nie miał wypowiedzieć ani słowa.
Alexandra odetchnęła z drżeniem. "Miałam nadzieję złagodzić to, co zrobił Edward, ale Ahnna była tak wściekła, że mnie nie słuchała. Nie było w niej ani trochę rozsądku. Logiki. Jedynie wściekłość i nóż w zakrwawionej dłoni".
"Zabójcze połączenie" - pomyślał.
Alexandra zacisnęła palce na jego dłoni. "Bądź ostrożny, Jamie. Ahnna Kertell jest bardziej niebezpieczna, niż sobie wyobrażaliśmy, i sądzę, że w rzeczywistości to tobie chce zrobić krzywdę".
Jakby o tym nie wiedział. Jakby nie żałował, że to nie on leży na tym stole, bo jego ojciec chciał, by Ahnna została królową - by była jego następczynią. Chciał, by poślubiła Jamesa, aby pewnego dnia mogli rządzić razem. Gdyby tylko James poszedł do niej od razu i wyjaśnił, zamiast pogrążać się w rozpaczy z powodu nieprzemyślanych metod ojca, nic z tego by się nie wydarzyło.
- James? Jamie, wszystko w porządku?
Dźwięk jego imienia wyrwał Jamesa z zadumy. Uniósł głowę i zobaczył schodzącego po schodach Georgiego.
- W porządku. Czy statek jest gotowy do wypłynięcia?
Jego najlepszy przyjaciel pokiwał głową. Chwyciwszy Jamesa za ramiona, powiedział:
- Musisz się przespać. Wysłaliśmy za nią wszystkich łowców i psy, a mieszkańcy tworzą uzbrojone grupy, by pilnować wybrzeża. Każdy statek wypływający z portu jest przeszukiwany od ładowni po czubek masztu przez lojalnych ludzi i ogary, które dostały jej ubranie. To tylko kwestia czasu, aż wytropimy tę sukę i każemy jej zapłacić.
"Powieszona, a później łamana kołem i poćwiartowana - warknął głos Williama. - Odeślę jej bratu jej głowę na pice". James wbrew sobie się wzdrygnął i w duchu przeklął za wzbranianie się przed karą, na którą Ahnna zasłużyła.
Twarz Georgiego złagodniała.
- Wiem, co do niej czułeś, Jamie, mogę więc tylko sobie wyobrażać, co chodzi ci po głowie. Ale to nie twoja wina. Wszyscy wiemy, jak dzicy potrafią być Ithicanie, lecz nikt nie spodziewał się, że dama ucieknie się do tak brutalnej przemocy. Nikt tego nie przewidział.
- Ty to zrobiłeś - mruknął James. - Kiedy zobaczyłeś Ahnnę, powiedziałeś, że jest dzikim zwierzęciem, którego nie możemy traktować jak pupila, i że albo zaatakuje, albo jej duch umrze.
W końcu okazało się, że doszło do obu tych rzeczy.
- Ktoś ją zauważył?
- Tylko z daleka. - Georgie wskazał na schody. - Okazała się mistrzynią w unikaniu pojmania, ale wiemy, że kieruje się na południe.
Jamesa to nie dziwiło. Ahnna miała szybkiego konia i wszystkie niezbędne umiejętności.
- Powinienem był towarzyszyć tropicielom.
- Nie, miałeś prawo myśleć, że uda się do kuzynki w konserwatorium. - Kiedy wyszli na pokład, Georgie osłonił oczy. - A choć okazało się to błędnym założeniem, mamy teraz Taryn jako więźnia. Gdybyś nie zadziałał tak szybko, jak to zrobiłeś, wszystkie trzy kobiety mogłyby nam uciec.
Z perspektywy czasu pomysł, że Ahnna uda się do kuzynki, wydawał się czystym idiotyzmem. Od samego początku jej celem było ochronić Taryn - dać jej nowe życie - a udanie się do niej byłoby gwoździem do trumny, potwierdzającym jej winę. Mimo że James podejrzewał, że Taryn i Bronwyn szpiegowały na rzecz Ithicany i próbowały osłabić pozycję Harendell, decyzja Ahnny, by zamordować jego ojca, była wyraźnie impulsywna i źle zaplanowana. Działała w gniewie, nie wyglądało to na strategiczne skrytobójstwo, ale dopiero teraz zaczynał to dostrzegać.
"Dlaczego nie mogę myśleć jasno? Dlaczego ciągle popełniam błędy?"
- Sen, przyjacielu, potrzebujesz snu, dlatego - stwierdził Georgie, a wtedy James uświadomił sobie, że te pytania wypowiedział na głos.
- Niezależnie od tego, jak szybki jest koń Ahnny, nie ma szans, żeby dotarła przed nami na wybrzeże. Wyprzedzamy ją, a nasza sieć się zaciska - mówił dalej, prowadząc Jamesa w stronę trapu. - Wszyscy kochali twojego ojca i całe Harendell pragnie zemsty. - Gdy zeszli z pokładu, wskazał niebo. - A teraz, kiedy pogoda się poprawiła i Wiktoria może wypłynąć, wkrótce Ithicana dowie się, że żądamy krwi.
Ich kroki dudniły na deskach nabrzeża, gdy skierowali się w stronę portu. Wszyscy, od dokerów, przez kupców, po prostytutki, nosili czarne ubrania na znak żałoby po jego ojcu, ale - ponieważ Harendell to Harendell - nadal zajmowano się interesami. Na widok Jamesa mężczyźni uchylali kapeluszy, a kobiety dygały, z tawern zaś dobiegały głośne piosenki o "Dobrym Królu Eddiem", jak również żądania, by Ithicana umarła z głodu za swoje zbrodnie.
Wszystko to było jedynie hałasem w uszach Jamesa, bo za każdym razem, kiedy zamykał oczy, widział ciało ojca. Okaleczoną twarz Alexandry. Łzy Ginny. Smutek Williama. A w myślach ciągle słyszał wściekłe słowa Ahnny: "Jeśli któreś z was się do mnie zbliży, zabiję was wszystkich. Przysięgam".
Czuł narastające złość i smutek, paliwo dla płonącego pragnienia zemsty, które gorzało w jego sercu od chwili, gdy zobaczył Ahnnę pochyloną nad Alexandrą z zakrwawionym nożem w ręce. Niezależnie od tego, jak szybko ucieknie, niezależnie od tego, jak daleko, on nie przestanie na nią polować.
A kiedy ją znajdzie, kat nie będzie potrzebny, bo James zamierzał własnoręcznie zabić Ahnnę Kertell.
Jego uwagę przyciągnął tętent kopyt. James wyrwał się z zamyślenia, kiedy zobaczył galopującego w ich stronę żołnierza. Mężczyzna zeskoczył ze spienionego konia, zanim zwierzę się zatrzymało, i jedynie refleks Jamesa uchronił posłańca przed upadkiem na twarz.
- Generale majorze - wydyszał żołnierz. - Mam wieści!
- Znaleźliście ją? - James z trudem oddychał, to zaciskał dłonie, to je rozluźniał, a przed oczami ciągle widział krzywdę, którą Ahnna wyrządziła jego rodzinie.
- Tak jest, sir. - Żołnierz się wyprostował. - Zauważono ją w Sableton, a teraz ucieka. Całe miasto na nią poluje.
Wydawało się, że na jedną krótką chwilę cały świat się zatrzymał, a później James powiedział:
- Osiodłać mojego konia. Jedziemy do Sableton.
I jeśli dopnie swego, ulice miasta spłyną ithicańską krwią.
Rozdział 2 Ahnna
Ahnna pochyliła się, podniosła niewielki kamień i podrzuciła go w dłoni, a później cisnęła w gęste zarośla. Stado bażantów wystrzeliło w niebo, a ona szybko naciągnęła cięciwę, wycelowała i wypuściła strzałę. Zielone pierzysko poszybowało w powietrzu i po chwili jeden z ptaków upadł na ziemię.
- Mówiłam ci, że go dosięgnę. - Spojrzała w bok. - To nie są najbystrzejsze stworzenia, jakie możesz spotkać.
Bzik parsknął i pokiwał głową, a później znów skupił się na gęstej trawie. Ahnna przyglądała mu się przez moment i zauważyła, że narysowana kredą gwiazda na jego czole zaczynała znikać, choć brud pokrywający sierść nadal ukrywał jego szlachetne pochodzenie. W drodze na południe odkryła, że niezależnie od tego, jak dobrze maskowała swój wygląd, ludzie zapamiętywali starannie wyczesanego konia czystej krwi. Bolało ją, że był brudny, spocony i miał rzepy na ogonie, ale to i tak było lepsze niż wymienienie go na mniej charakterystycznego wierzchowca.
Straciła już wystarczająco dużo i nie miała zamiaru stracić jeszcze przeklętego konia.
Pozwoliła Bzikowi się paść, a sama poszła po obiad. Obszerny płaszcz łopotał na chłodnym wietrze. Jej wzrost w połączeniu z ukradzionym ubraniem, czapką i solidną ilością brudu pomogły jej udawać młodego mężczyznę, kiedy uciekła z Sableton, ale choć bardzo starała się oszukać ogary, było jedynie kwestią czasu, aż odkryją, że podąża w kierunku gór.
Wciąż znajdowała się na tyle blisko, że nie mogła zwlekać. Żołnierze, którzy zauważyli ją w mieście, deptali jej po piętach razem z psami i teraz wykorzystywała wszystkie swoje umiejętności, żeby uniknąć pojmania.
Oskubała i wypatroszyła ptaka, po czym gwizdnęła na Bzika, by podążył za nią w stronę polanki, na której ukryła zapasy. Koń rżał cicho i Ahnna nie po raz pierwszy poczuła ukłucie w piersi na myśl, że w pewnej chwili będzie musiała go zostawić. I nieważne, że zabranie go do Ithicany było niemożliwe - jej ojczyzna nie wydawała się dobrym miejscem dla takiego konia. Potrzebował przestrzeni, by swobodnie biegać, rozległych pól i świeżego powietrza. Nie odnalazłby się w gęstej dżungli i na malutkich wysepkach Ithicany. Zabranie go tam byłoby okrucieństwem.
Ale niech Bóg się nad nią ulituje, kiedy nadejdzie czas, by zostawić Bzika - będzie płakać gorzkimi łzami. Łzami, jakie już wylała z powodu pozostawienia Taryn i Bronwyn Harendellczykom, choć wiedziała, że to właściwa decyzja. Gdyby udała się do nich, stałyby się współwinne, podobnie gdyby wysłała im jakąkolwiek wiadomość. Obie kobiety potrafiły zatroszczyć się o siebie, nadal jednak czuła, że brak ostrzeżenia z jej strony to jakiś rodzaj zdrady.
Wykorzystując wyłącznie suche drewno, by uniknąć dymu, Ahnna rozpaliła ogień i ugotowała obiad. Mimo głodu ledwie czuła smak mięsa, bo wypełniał ją niepokój na myśl o tym, jak spiski Alexandry mogły już wpływać na Ithicanę.
Choć ostrzegano ją przed królową Harendell, i tak zdecydowanie nie doceniła kobiety. Nie tylko sprawności, z jaką Alexandra zrzuciła na nią winę za zamordowanie Eddiego, co zostało zaplanowane z dalekowzrocznością, jakiej nie powstydziłby się nawet Sroka, ale również tego, jak daleko była skłonna się posunąć, by nie zasilić grona podejrzanych.
Bażant stracił wszelki smak, kiedy Ahnna przypomniała sobie, jak Alexandra wbiła nóż we własną dłoń. Rozcięła własną twarz. Dźgnęła się w brzuch. Dzięki naukom Babci Ahnna wiedziała, że królowa wybrała obrażenia, które choć wyglądały koszmarnie, nie były zabójcze, ale nikt nie uwierzyłby, że Alexandra zadała je sobie sama.
To była szlachetnie urodzona dama, która nigdy nie używała broni. Która nigdy nie doznała fizycznej krzywdy. Trucizna od razu wywołałaby podejrzenia wszystkich, ale tego rodzaju przemoc tak bardzo nie pasowała do charakteru Alexandry, że Ahnna nie mogła mieć pretensji do Jamesa, że uwierzył w scenę nakreśloną mu przez macochę.
Tę intrygę planowano od lat, a chociaż strategia Alexandry przez ten czas wyraźnie się zmieniała, cel pozostał ten sam - chciała zdobyć most.
Ahnna wrzuciła resztki obiadu do ognia, gdzie obróciły się w popiół, i spojrzała na Bzika, by upewnić się, że koń jest spokojny - to jego uszy bowiem stanowiły dla niej pierwsze ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. Nadal się pasł, więc odwróciła się i wbiła ponury wzrok w płomienie, zatracając się w myślach o ogromie niebezpieczeństwa zagrażającego Ithicanie.
To w Sableton po raz pierwszy dotarło do niej, jaki rozmiar mają ambicje Alexandry. W chwili kiedy zobaczyła szyld Odlewni Cartwrighta, zrozumiała, że wytwórca broni był tajemniczym O.C. na rachunkach bankowych Williama. Alexandra płaciła przedsiębiorstwu za pośrednictwem Williama, wykorzystując zyski ze sprzedaży maridrińskich rubinów. Transport ostrej broni Cartwrighta przez most uzbroił przebranych żołnierzy Silasa w czasie inwazji. Malutki, ale kluczowy element, bo to owi żołnierze zdobyli Środkową Strażnicę. Silas płacił królowej Amaridu Katarinie za wykorzystanie jej marynarki rubinami przemycanymi w butelkach taniego maridrińskiego wina. To, czy osobno dobił targu z Alexandrą, czy też Katarina ułatwiała zapłatę, nie miało większego znaczenia, było bowiem jasne, że każde z trojga władców spiskowało, by przejąć kontrolę nad mostem. Kiedy Silas zginął od ostrza Lary, Katarina i Alexandra nie zrezygnowały z ambicji. Jedynie zmieniły taktykę, a Ahnna była nieświadomym pionkiem w ich planach.
Wykorzystały nie tylko ją.
Aren przysłużył się Katarinie, reagując na przyjazne gesty ze strony Amaridu, co w połączeniu z fałszywymi informacjami, które Katarina następnie podsunęła szpiegom Harendell, kazało Edwardowi myśleć, że Aren spiskował przeciwko niemu. Pomijając umowę handlową z Cardiff, Ahnna była przekonana, że to wiara Edwarda w sojusz Arena z Amaridem skłoniła go do zwrócenia się przeciwko niej i Ithicanie.
A wszystko to było jedynie wierzchołkiem góry lodowej ich machinacji.
Ahnna z westchnieniem wyjęła naszyjnik matki zza płaszcza i przesunęła palcami po mapie z klejnotów. Kiedy pełniła funkcję dowódcy Południowej Strażnicy, jednym z jej najbardziej czasochłonnych obowiązków było czytanie niezliczonych raportów szpiegów z krain Południa, szczególnie Maridriny i Valcotty. Nigdy nie rozumiała, dlaczego ludzie z taką łatwością dają się zmanipulować i nie dostrzegają jej zdaniem oczywistych intryg. Sądziła, że jednostki opisane w raportach są głupie i rządzą nimi chciwość i emocje. Po pobycie w gnieździe spiskujących pająków wiedziała już, że jest inaczej.
Trudno widzieć wszystko wyraźnie, kiedy jest się w samym środku wydarzeń. Łatwo zostać oszukanym, kiedy człowieka wypełniają gwałtowne emocje, kiedy instynkt się myli. Trudno być najbystrzejszym, kiedy wszystkim wokół oszustwa przychodzą z taką naturalnością, jak oddychanie.
- A może niczym się nie różnisz od tych idiotów, których kiedyś osądzałaś - mruknęła i schowała naszyjnik z powrotem pod płaszcz.
Wstała i zanim zapadł zmierzch, zasypała ognisko ziemią. Pozwoliła Bzikowi odpocząć najdłużej, na ile się odważyła, a teraz nadszedł czas ruszać dalej. Poddani kochali Edwarda i polowanie na jego morderczynię stało się bardziej zajadłe, gdy makabryczne szczegóły zbrodni się rozeszły.
Polowanie kierowane przez Jamesa.
Jak zawsze na myśl o nim wypełniło ją skomplikowane kłębowisko emocji. Złość. Żal. Zawód.
Ale również strach.
James bardzo kochał swojego ojca i wierzył, że Ahnna brutalnie zamordowała Edwarda w zemście za to, że wyraził zgodę na małżeństwo Williama i Lestary. Za to, że postawił Cardiff ponad Ithicaną, że odmówił Ahnnie korony królowej Harendell.
"Jeśli któreś z was się do mnie zbliży, zabiję was wszystkich. Przysięgam".
Skrzywiła się na wspomnienie własnych słów. Tego, jak pomogła w urzeczywistnieniu planów zrzucenia na nią winy. Jeśli James ją dogoni, sam ją zabije. Ahnna wiedziała o tym, bo na jego miejscu zrobiłaby to samo. Nie przypominał Kerisa, który szukał najbardziej przerażającej z możliwych kar - poderżnięcie gardła i patrzenie na życie gasnące w oczach mordercy byłoby wystarczające.
Jeśli James ją złapie, Ahnnie nie uda się w żaden sposób przekonać go, że jest niewinna. Mogła jedynie unikać pogoni, aż uda jej się uciec do Amaridu, dokąd James przynajmniej nie odważy się za nią podążyć.
Choć bowiem Katarina i Alexandra w tajemnicy mogły zawrzeć ze sobą sojusz, Carlo i James byli zajadłymi wrogami. Czuła się dziwnie na myśl o szukaniu ochrony u Bestii Amaridu, ale żebracy nie mają wyboru. A Ahnna musiała wrócić do Ithicany.
Gdy niebo pociemniało, zaczęła pakować zapasy, by ruszyć dalej na zachód. Właśnie głaskała Bzika po pysku i szeptała do niego przepraszająco, kiedy koń gwałtownie uniósł głowę i rozdął chrapy.
Ahnna zamarła i zaczęła rozglądać się w ciemności w poszukiwaniu śladów ruchu.
Serce waliło jej w piersi, a strach płonął w żyłach, kiedy sięgnęła po łuk. Wśród tych wzgórz żyły niedźwiedzie. Jak również pumy.
Ale zduszone przekleństwo ostrzegło ją, że ten drapieżnik był gatunku ludzkiego.
Zarzuciwszy łuk na ramię, podskoczyła i złapała gałąź najbliższego dębu, a później bezgłośnie wspinała się, aż otoczył ją cień.
Zmusiła się do uspokojenia oddechu i patrzyła na zbliżającą się latarnię.
- Mówię ci, czułem, że coś się gotuje - powiedział młody mężczyzna. - Bażant, postawiłbym na to ostatniego miedziaka.
- Nie masz żadnego miedziaka, którego mógłbyś postawić - odparł inny mężczyzna, wyraźnie starszy.
- Cóż, jeśli mam rację i to ona, wkrótce będę stawiał złoto, grając w kości - ogłosił młodszy. - Złoto wypolerowane na wysoki połysk przez samego księcia Jamesa i wręczone mi z uśmiechem za dostarczenie ithicańskiej suki, by została stracona. Choć szczerze mówiąc, będzie mi trudno powstrzymać się przed zabiciem jej samemu, żeby pomścić Dobrego Króla Eddiego.
Trzeci mężczyzna parsknął głośno.
- Jasne, Johnny. Pewnie. Nie potrafisz zarżnąć kozy, ale będziesz pierwszy w kolejce do zabicia kobiety. Zapamiętaj sobie: wystarczy, że spojrzysz na ithicańską księżniczkę, a zmoczysz spodnie.
- Wcale nie!
Starszy mężczyzna zaśmiał się, ale później ucichł, kiedy zobaczyli Bzika.
- Możliwe, że nos Johnny'ego jednak się nie mylił - szepnął jeden z nich. - Przygotujcie broń. Mówią, że jest groźna jak osaczona puma.
Nie mylili się, ale zostawienie za sobą trupów było doskonałym sposobem na pokazanie Jamesowi, dokąd zmierza. A nawet gdyby udało jej się ukryć ciała, tych trzech było ofiarami intryg Alexandry, wierzącymi, że polują na zabójczynię ich króla. Ahnna nie miała w zwyczaju mordować niewinnych, by ocalić własną skórę.
Zbliżyli się na tyle, że widziała ich twarze w świetle latarni. Posiwiałego mężczyznę z gęstą brodą i masywnymi ramionami, mężczyznę z bujną rudą czupryną i chłopaka, najwyżej szesnastoletniego. Najpewniej byli rodziną.
- Niebrzydki koń - powiedział chłopak, podchodząc do Bzika, podczas gdy dwaj pozostali przyglądali się skąpemu dobytkowi, który nie zdradzał jej tożsamości. - Choć podobno ona jeździ na gniadym wałachu, więc to pewnie nie ten. - Wskazał na gwiazdę, którą Ahnna wymalowała kredą na czole konia. - Nie rozpoznaję go.
- Nadal są ciepłe. - Rudy trzymał dłoń nad zwęglonymi pozostałościami ogniska Ahnny. - Ktokolwiek tu był, nie odszedł daleko.
- Może wędrowiec. - Posiwiały mężczyzna mocniej zacisnął rękę na siekierze, instynkt słusznie go ostrzegał, że zagrożenie jest blisko. - Albo inny łowca nagród, który podobnie jak my stwierdził, że trzeba jej szukać na drodze do Amaridu.
"Nie podnoś wzroku - prosiła go bezgłośnie Ahnna, kiedy się rozglądał. - Ruszajcie dalej, a nikomu nie stanie się krzywda".
Chłopak podszedł do Bzika i pogłaskał go po szyi.
- Śliczny jesteś.
Ahnnę wypełnił lęk, kiedy błagała go w duchu, by zostawił jej konia w spokoju. Bała się nie tego, że zabiorą Bzika, bo koniokradów w Harendell karano powieszeniem, ale tego, że konia mogli powiązać z nią.
"Nie bądź przyjazny - pouczyła zwierzę bezgłośnie. - Spróbuj ugryźć".
Wałach tymczasem niuchał kieszenie chłopaka, szukając przysmaków. Chłopiec uśmiechnął się i pogłaskał go po czole, a Ahnna poczuła ściskanie w żołądku, kiedy kreda się rozmazała.
"Nie".
Chłopak zmarszczył czoło, naciągnął rękaw na dłoń i potarł nim białą gwiazdę.
- Tato - szepnął. - Jego znak to kreda. Ten koń jest przebrany.
Wszyscy trzej znieruchomieli, a Ahnna ze swojego miejsca na gałęzi wyczuwała ich lęk. Czuła jego smród. Jej dusza cierpiała, bo ten strach wynikał ze wszystkich kłamstw, które o niej opowiadano. Kłamstw, zgodnie z którymi ona, a więc przez skojarzenie wszyscy Ithicanie, byli morderczymi potworami polującymi w ciemności.
"Odejdźcie - prosiła ich, chociaż wiedziała, że wieści o tym odkryciu dotrą do Jamesa. - Zaufajcie swojemu instynktowi i uciekajcie".
Zimny wiatr wył wśród drzew, szarpiąc pasma włosów, które wysunęły się spod jej czapki, ale Ahnna nawet nie drgnęła. Słuchała, jak przerażeni mężczyźni poniżej w milczeniu zastanawiają się, co robić.
- To ona - szepnął posiwiały. - W kościach to czuję.
- Co robimy? - spytał chłopak. - Może nas obserwować nawet teraz.
- Jest nas trzech na jedną - warknął rudy. - A ona jest kobietą. Dzięki nagrodzie, którą dostaniemy za jej dostarczenie, będziemy żyć jak panowie przez resztę życia.
"W takim razie idźcie mnie poszukać - poleciła. - Przeszukajcie las".
Bo potrzebowała tylko kilku chwil, żeby ścisnąć popręg Bzika, a później wyruszy jak strzała. Miała już zaplanowaną drogę ucieczki - nie po raz pierwszy ktoś na nią polował.
- Myślisz, że Dobry Król Eddie dał się łatwo zabić? - spytał posiwiały. - To nie jest zwyczajna kobieta. Zabierzemy jej konia, żeby musiała poruszać się pieszo, a później poślemy do garnizonu po wsparcie. Książę James dobrze nas wynagrodzi za informację, a pieniądze będziemy mogli wydać tylko wtedy, jeśli pozostaniemy żywi.
Chłopak odwiązał Bzika. Jeśli by go zabrali, Ahnna nie miałaby szans przegonić harendellskich żołnierzy i ich ogarów.
Wydawało się, że szczęście, które doprowadziło ją do tego momentu, właśnie się skończyło.
Wyjęła strzałę z kołczanu, zeskoczyła z drzewa i wylądowała niemal bezszelestnie obok mężczyzn. Wycelowawszy w posiwiałego mężczyznę z siekierą, powiedziała:
- Róbcie, co wam powiem, a ujdziecie z życiem.
Rudy uniósł nóż, ale Ahnna odwróciła się i wycelowała w jego syna.
- Myślcie, panowie. Tej walki nie wygracie.
Posiwiały rzucił się naprzód.
Ahnna zrobiła ćwierć kroku w lewo i wypuściła strzałę, która trafiła w jego uniesioną siekierę i wytrąciła mu ją z ręki. Zanim zdążył zareagować, wycelowała kolejną w jego czoło.
- Ostatnia szansa.
Posiwiały uniósł ręce, podobnie jak rudy.
- Dobrze. - Ahnna nie opuściła broni. - Wyjmijcie sznurowadła. Rudy, ty zwiąż starego, i zrób to mocno. Chłopcze, ty zwiąż ojca.
Patrzyła w milczeniu, gdy wypełniali jej rozkazy, a jej czujne spojrzenie dopilnowało, by węzły były mocne. Kiedy już byli spętani, skinęła na chłopaka.
- Rzuć mi swoje sznurowadła i uklęknij.
Posłuchał bez słowa sprzeciwu. Gdy ukląkł, Ahnna założyła łuk na ramię. Więzy jedynie ich spowolnią, ale jeśli nie chciała ich zabić, niczego lepszego nie mogła zrobić.
- Ręce za plecami. - Podniosła jego sznurówki. - Możecie mi wierzyć albo nie, ale nie zabiłam Edwarda. To Alexandra go zamordowała, żeby umieścić Williama na tronie, a później zrzuciła winę na mnie.
- Kłamiesz - szepnął chłopak. - Wszyscy wiedzą, że wy, Ithicanie, jesteście morderczymi dzikusami. To ty dźgnęłaś go czterdzieści siedem razy.
"Na litość boską, czterdzieści siedem?" Przełknęła ślinę.
- Jeśli tak, to dlaczego nadal oddychasz?
Zamiast odpowiedzieć, chłopak rzucił się na nią.
Ahnna bez trudu zrobiła unik, a on upadł obok niej. Ale nie udało mu się podeprzeć, bo ręka ugięła się pod nim. Z paskudnym trzaskiem uderzył głową w kamień.
- Johnny! - krzyknął rudy, gdy Ahnna przeklinała głupotę młodzików.
Ignorując protesty pozostałych mężczyzn, kucnęła obok chłopaka i ostrożnie go przekręciła. Oddychał, ale rozciął skórę głowy i mocno krwawił. Potrzebował medyka.
Wiedziała, że powinna go związać, bo każda chwila przewagi była na wagę złota. Ale nawet w najgorszych momentach w czasie maridrińskiej inwazji nie zniżyła się do zabijania dzieci.
- On potrzebuje medyka. - Odwróciła się gwałtownie do posiwiałego mężczyzny. - Wiecie, gdzie go znaleźć?
- Ano - powiedział przez zaciśnięte zęby.
- Puszczę cię, ale zamiast sprawiać mi kłopoty, zabierzesz go do miejsca, gdzie znajdziesz pomoc. Zgadzasz się?
Pokiwał głową, w oczach miał strach, kiedy zacisnęła popręg i zamocowała juki, jak również sznur, którym wcześniej go związała. Podeszła do starego mężczyzny i popchnęła go na ziemię tak, że upadł na plecy.
- Pamiętajcie, że was nie zabiłam. I wiedzcie, że Edwarda też nie zamordowałam. Przekażcie Jamesowi, że to powiedziałam, kiedy go zobaczycie. Spośród nas dwojga to on jest zdrajcą, nie ja.
Ahnna przecięła nożem sznurowadła. Zrobiła dwa szybkie kroki i wskoczyła na grzbiet Bzika, bo to prędkość miała ją uratować, nie słowa. Nie oglądając się za siebie, pogalopowała w mrok nocy.
Rozdział 3 James
Gwiazda była spieniona i dyszała ciężko, kiedy wjechał do Sableton. Popołudniowe słońce świeciło mu prosto w oczy. Jedynie Georgie dotrzymał mu kroku w czasie podróży, bo wierzchowce jego żołnierzy nie dorównywały Gwieździe.
- Raportuj! - zażądał od kapitana garnizonu. - Znaleźliście ją?
Mężczyzna wbił wzrok w buty, żeby nie patrzeć w oczy Jamesowi.
- Nie, sir, ale polujemy. Patrol widział, jak próbowała dotrzeć do portu, lecz gdy wyruszyli w pościg, uciekła. Przeszukujemy miasto i zatrzymaliśmy wszystkie statki w porcie, jednak jak na razie nie ma po niej śladu.
Georgie wyjął paczkę owiniętą w woskowy papier.
- Jej ubranie, dla psów.
- Dziękuję, sir.
- Znaleźliście jej konia? - James zsunął się z siodła i oddał wodze Gwiazdy stajennemu. - Gniady wałach czystej krwi, żadnych znaków.
- Dostaliśmy opis jej wierzchowca od posłańca, ale założyliśmy, że porzuciła go, kiedy dotarła do miasta.
Choć w odniesieniu do większości uciekinierów byłoby to rozsądne założenie, James prychnął z odrazą, bo do Ahnny zupełnie to nie pasowało.
- Ona nie porzuci swojego konia, o ile nie zostanie do tego zmuszona. Jest albo na pokładzie statku, albo na grzbiecie tego wałacha. Jeśli jest na statku, to przed wypłynięciem znalazła nowy dom dla swojego konia. Sprawdźcie okoliczne gospodarstwa i zaproponujcie nagrodę za informacje. Jeżeli znajdziemy tego konia, znajdziemy odpowiedzi.
- Tak jest, sir. - Kapitan zasalutował i odwrócił się, żeby wysłać swoich podkomendnych do wykonania zadania.
- Myślisz, że udało jej się wejść na pokład? - spytał Georgie. - Zatrzymaliśmy wszystkie harendellskie jednostki udające się na Północną Strażnicę, ale w porcie w Sableton cumują statki ze wszystkich krajów, z Północy i z Południa. Uniemożliwienie im udania się na Północną Strażnicę wiązałoby się z całkowitą blokadą.
Blokady wymagały znaczących środków, a biorąc pod uwagę narastający konflikt z Amaridem na Nizinach, James nie zamierzał zarekomendować tego kroku Williamowi. Harendell było najpotężniejszym krajem na Północy, ale wojna na dwa fronty to wyzwanie nawet dla nich. Szczególnie że nie miał pewności co do stanu sojuszu z Cardiff. Tę umowę zawarli jego wuj i ojciec, a choć Will poślubił Lestarę, uczucia brata wobec Cardiff nie były jasne. Gdyby Will zechciał, mógłby odrzucić wszystko, co James z tak wielkim wysiłkiem próbował osiągnąć, a on nic nie mógłby na to poradzić. Mógł się jedynie modlić, by Lestara popchnęła go we właściwą stronę.
Był w pełni świadomy, że liczy na wsparcie zdrajczyni i morderczyni.
Georgie patrzył na niego wyczekująco, więc powiedział:
- Blokadę musiałby zarządzić król, a William z konieczności skupia się na Amaridzie.
Zanim wyruszył w pogoń za Ahnną, brat stwierdził, że zamierza pomaszerować z Ronanem i ich zjednoczonymi siłami, by odzyskać Niziny, ale James nie dostał żadnych nowych informacji na temat planów Williama.
- Nie jesteśmy upoważnieni do eskalowania konfliktu z Ithicaną do tego stopnia, by nie dało się już nic naprawić. Naszym zadaniem jest pochwycić... sprawczynię.
"Dlaczego wypowiedzenie jej imienia jest tak trudne?"
James odchrząknął.
- Ithicana nigdzie się nie wybiera i nie jest zdolna, by przejść do ofensywy - mówił dalej. - Niech przez jakiś czas cierpi z powodu utraty kontaktów handlowych z Harendell, a zobaczymy, czy zacznie inaczej śpiewać.
- Biorąc pod uwagę ich rzekomy sojusz z Amaridem, mogą tego nie poczuć aż tak, jak byśmy chcieli. - Georgie spojrzał ze zmarszczonym czołem w stronę cieśniny, nad którą wciąż wisiały chmury i wiał wiatr po sztormie poprzedniego dnia. - Katarina bez wątpienia wykorzystuje okazję na Północnej Strażnicy, by zwiększyć eksport na Południe.
James pokręcił głową.
- Nie jesteśmy pewni, na co dokładnie umówili się Katarina i Aren, ale jeśli dojdzie do wojny między Harendell a Amaridem o Niziny, Katarina nie będzie myślała o eksporcie. Będą jej potrzebne wszystkie środki. - Rozmasował skronie, bo wydawało mu się, że coś drapie go z tyłu głowy. Jakby zapomniał o jakimś szczególe. Albo brakowało mu kluczowego elementu układanki. Nic, co mógłby określić, jedynie wrażenie, że coś było nie do końca właściwie, i od tego włosy na karku stawały mu dęba.
- Musisz się przespać. - Georgie zacisnął dłoń na jego ramieniu. - Psy wkrótce wyruszą, a ja dopilnuję, by żaden statek nie wypłynął z portu, zanim nie zostanie dokładnie przeszukany. Ty udaj się do Fernleigh House. Napij się i wyśpij. Jeśli znajdziemy ją, kiedy będziesz w łóżku, dowiesz się o tym jako pierwszy.
James poczuł ściskanie w żołądku na myśl, że to ktoś inny, a nie on, mógłby odnaleźć Ahnnę.
- Nic mi nie jest. Dopilnuj, by przeszukania w porcie były gruntowne. Ja wezmę wypoczętego konia i dołączę do poszukiwań w okolicznych gospodarstwach; łatwiej niż ktokolwiek rozpoznam Bzika.
Zamiast odpowiedzieć, Georgie zmarszczył brwi, kiedy dostrzegł coś ponad ramieniem Jamesa. Ten odwrócił się i poczuł napięcie w piersiach na widok pozłacanego powozu w eskorcie żołnierzy, który właśnie wjeżdżał na rynek. Ciągnące go konie były spienione i wyczerpane.
- To powóz Alexandry - mruknął Georgie. - Co ona tu robi?
"Niezależnie od powodu nie wróży to niczego dobrego". James podszedł do powozu w chwili, kiedy lokaj zamierzał podstawić stopień pod drzwi. Otworzyły się, niemal uderzając służącego w głowę.
Ze środka wyszedł William.
James zatrzymał się na widok brata.
- Will... Co ty tu robisz? Miałeś być w drodze na Niziny.
Will ziewnął i się przeciągnął.
- Tak, ale wygląda na to, że sytuacja na Nizinach została znacznie wyolbrzymiona. Być może ojciec próbował w ten sposób manipulować uczuciami, żeby zyskać wsparcie dla swojej osobistej zemsty na Katarinie, ale któż to wie. Wiem jedynie, że Amaridzi nie najechali Nizin. Wręcz przeciwnie. Wydaje się, że zupełnie wycofali swoje siły.
To nie mogło być prawdą. Z pewnością ich ojciec nie sfingował inwazji, żeby wesprzeć swoje plany wojny przeciwko Katarinie. Udawanie przez jedną noc to jedno, ale takie oszustwo musiało wkrótce wyjść na jaw. Jego ojciec był politykiem do szpiku kości, czyli kłamcą i manipulatorem pierwszej wody, lecz zawsze postępował zgodnie z logiką.
"Jesteś tego pewien?"
Wątpliwości wyszeptały owo pytanie w tym samym momencie, gdy serce przypomniało mu, że wszystko, ale to wszystko, co jego ojciec robił, wynikało z pragnienia pomszczenia śmierci matki Jamesa. Strategie zakrojone na dziesięciolecia, a zrodzone z emocji, nie z logiki.
- Jesteś pewien, że się wycofali? Możliwe, że jedynie ukryli swój obóz...
- Nigdy ich tam nie było - przerwał mu Will. - Niektórzy zasugerowali, że Ithicana stoi również za tym. Że przebrali się za Amaridów, żeby odwrócić naszą uwagę na Nizinach, kiedy sami wykonywali swój ruch. W końcu nie pierwszy raz by tak postąpili.
James otworzył usta, by powiedzieć, że Ithicana nie stała za atakiem na Północnej Strażnicy, ale zabrakło mu słów. Już nie miał pewności, co jest prawdą, a co oszustwem. Przez całe życie brodził w niekończącej się plątaninie intryg, które rządziły Harendell, ale wiedział, że rozwiązanie tego węzła nie przyjdzie mu łatwo. Jeśli czegoś nauczył się od ojca, to tego, by zawsze mówić mniej, dopóki nie dowie się więcej.
Zapadła cisza i Will założył ręce na piersi.
- Jeszcze jej nie znalazłeś, jak zakładam.
- Zauważono ją w Sableton, kiedy próbowała dotrzeć do portu. W tej właśnie chwili trwa polowanie.
Will zacisnął wargi, miał chłodne spojrzenie.
- Powiedziałeś, że ją złapiesz. Powiedziałeś, że pomścimy to, co ta ithicańska suka zrobiła naszemu ojcu i królowi, a jednak Ahnna Kertell wciąż jest wolna. Zaczynam się zastanawiać, czy resztki twojej sympatii do tej kobiety nie wpływają na twoje starania.
- Willu, daj spokój... - zaczął Georgie.
Will uniósł rękę.
- Radziłbym rozważyć taką poufałość, lordzie Cavendishu.
Georgie zacisnął zęby, ale James ledwie dostrzegł reakcję przyjaciela. Wstrząs wywołany oskarżeniem brata sprawił, że kiedy w końcu się odezwał, jego słowa były przesadnie oficjalne.
- Bądźcie spokojni, Wasza Łaskawość, wszelka sympatia, jaką kiedykolwiek mogłem czuć do księżniczki Ithicany, obróciła się w proch. Przysięgałem, że doprowadzę ją przed oblicze sprawiedliwości, i tak zrobię. Wasza obecność nie jest tu konieczna, ona nie jest godna waszego czasu.
W spojrzeniu Willa można było dostrzec nietypowy dla niego chłód.
- Zgadza się. Ahnna nie jest mnie godna. Przybyłem tu z innych powodów.
- Z jakich?
William skrzywił się i spojrzał na południe. W stronę szarego morza cieśniny i Ithicany.
- Ithicana nas zaatakowała, Jamesie. Zaatakowała nas w sposób niewidziany od pokoleń i musi za to odpowiedzieć.
James poczuł niepokój, kiedy dłoń brata zsunęła się na rękojeść miecza.
- Nie mamy pewności. Ona mogła...
- Śmiesz ich bronić? - W głosie Willa brzmiała pogarda. - To Ithicana namówiła nas, żebyśmy ją przyjęli. To Ithicana wysłała ją, żeby znalazła się blisko nas. Naprawdę myślisz, że Aren nie wydał jej rozkazów?
- Nie wątpię, że to zrobił, ale to nie wygląda na starannie przemyślane skrytobójstwo, Willu. To było impulsywne i kiepsko zaplanowane. Zrodzone z wściekłości, nie ze strategii. Nie...
- Nie próbuj mówić mi, co powinienem robić, a czego nie! - warknął Will, odwracając się do niego. - Ahnna zamordowała naszego ojca i zraniła moją matkę, a po tobie nawet nie widać złości.
To oskarżenie nie mogło być dalsze od prawdy, ale James dostrzegł, że Will traci panowanie nad emocjami.
- W tej właśnie chwili Bronwyn Veliant płynie w stronę Północnej Strażnicy. Ma wiadomość dla Arena Kertella: ma on wydać nam siostrę, by została stracona, albo czekają go konsekwencje. Jeśli odmówi, będziesz miał odpowiedź w kwestii odpowiedzialności Ithicany za jej zbrodnie, a ja z przyjemnością wbiję w twoim imieniu miecz w pierś Arena Kertella.
Will widocznie się uspokoił, napięcie opuściło jego ramiona i skinął krótko głową.
- Żal sprawia, że mówię rzeczy, których nie powinienem, Jamesie. Nigdy wcześniej nie dałeś mi powodów, bym wątpił w twoją lojalność, i wiem, że teraz też mi ich nie dasz.
- Wrócisz do Verwyrd?
William pokręcił głową.
- Nie. Zostaniemy tutaj. Czuję, że nadchodzi wojna, a miejsce króla jest w pierwszych szeregach.
Nad cieśniną kłębiły się chmury i James wyobrażał sobie, że może zobaczyć Wiktorię płynącą w stronę Północnej Strażnicy, gdzie jeden mężczyzna zdecyduje, czy słowa Williama są przesadą, czy przepowiednią.
Ale w głębi serca znał już odpowiedź.
Rozdział 4 Aren
Król Aren Kertell wpatrywał się w szare morze wokół Północnej Strażnicy, wyobrażając sobie, że widzi kontynent na horyzoncie. Sztorm minął, groźba wiatru i fal na moment zniknęła, a jednak instynkt podpowiadał mu, że niebezpieczeństwo stoi u bram.
- Pięć harendellskich statków nie dotarło w ustalonym czasie - powiedział stojący po lewej kapitan portu. - Nie widać ich.
- Może czekali z obawy przed sztormem.
- Amaridzi płynęli tuż za nimi i nie mieli problemów. Spóźnione jednostki znają te wody równie dobrze jak my, Wasza Łaskawość. Wiedzą, jak podążać za szkwałem, dobić targu i wrócić do bezpiecznego portu przed kolejnym sztormem. Brak jednego czy dwóch statków mógłbym zrozumieć, ale pięciu?
Aren nie mógł się nie zgodzić i stłumił pragnienie sięgnięcia po broń. Czuł, że włosy na karku stają mu dęba. Przeniósł spojrzenie na dwie amaridzkie jednostki zacumowane przy pirsach. Ich załogi pracowicie wyładowywały beczki z winem, a jego żołnierze sprawdzali, czy ich zawartość chlupocze. "Kto raz się sparzy..."
- Jakieś pogłoski?
- Żadnych - odezwała się Lara zza jego pleców.
Aren odwrócił się, by spojrzeć na żonę i depczących jej po piętach Jora i Lię. Jak to miała w zwyczaju, niosła Delię w chuście, dzięki czemu miała dziecko równie blisko co broń u pasa.
Zatrzymała się obok męża i skinęła kapitanowi, który w odpowiedzi pochylił głowę i wrócił do pracy.
- Amaridzkie załogi nie powiedziały nic ciekawego - mruknęła, kiedy mężczyzna znalazł się poza zasięgiem słuchu. - To, czego udało nam się dowiedzieć od nich o Harendell, to stare i mało znaczące wieści, ale nie zauważyli niczego, przez co statki kupieckie mogłyby opóźnić wypłynięcie w stronę Północnej Strażnicy. Nie wspominali o Ahnnie. - Uniosła rękę, by przez chustę pogłaskać Delię po plecach, i kołysała się, żeby dziecko się nie obudziło. - Ich milczenie jest znaczące. Nigdy nie spotkałam załogi statku przybijającego do portu, która nie handlowałaby informacjami na równi z towarem, a fakt, że żaden z okrętów nie dostarczył nam zakodowanej wiadomości od naszych szpiegów, jest tak samo niepokojący. - Spojrzała na niego niebieskimi oczami, na jej twarzy malował się niepokój. - Coś się wydarzyło na kontynencie, Arenie. Czuję to w kościach.
Gdy Lara potwierdziła jego obawy, mrowienie skóry stało się jeszcze gorsze.
- Powinienem był zmusić Ahnnę, żeby wróciła ze mną. Powinienem był zawlec ją do domu za nogi, bo wiedziałem, że w jakiś sposób wypacza uczucia Harendell wobec Ithicany.
Żona posłała mu ponure spojrzenie.
- W żadnym z raportów nie było niczego, co potwierdzałoby to przekonanie. Wręcz przeciwnie, wszystkie wspominały o tym, że Edward darzy ją sympatią.
- Jak również, że jego bękart darzy ją sympatią. - Aren przesunął czubkiem buta po pirsie i się nachmurzył. - James zachowywał się, jakby Ahnna była jego. Wiem, jak wygląda tego rodzaju zaborczość i że żaden mężczyzna nie traktuje tak przyszłej żony swojego brata. Jeśli doszło między nimi do czegoś niestosownego, wyjaśniałoby to jej odmowę powrotu ze mną.
- "Niestosownego"? - Lara zaśmiała się cicho. - Jakież to harendellskie. Może masz rację i James się w niej zadurzył. To byłoby zrozumiałe, bo Ahnna jest niezwykle piękną kobietą. A może jego dobre harendellskie wychowanie wymagało, by interweniować, bo ty podszedłeś do rozmowy z Ahnną z delikatnością tarana. Naprawdę spodziewałeś się, że nic nie zrobi, kiedy zobaczył, jak wydajesz jej rozkazy w ciemnym kącie tawerny, a twoje słowa doprowadziły ją do łez?
- Spodziewałem się, że będzie pilnował swoich spraw.
Lara parsknęła i przewróciła oczami.
- Nie lubiłeś go od chwili, kiedy go poznałeś.
Jej uwaga nie była całkowicie nietrafna, ale Aren wiedział, że zachowanie Jamesa nie stanowiło jedynie przejawu harendellskiej rycerskości. Między Ahnną a księciem bękartem panowało napięcie, a ich poufałości nie dało się zaprzeczyć. Kiedy natomiast obserwował ją z Williamem, Ahnna sprawiała wrażenie znudzonej, następca tronu zaś spojrzał na nią najwyżej dwa razy - to, co ich łączyło, było równie gorące jak zimna owsianka. Aren nie chciał myśleć, że jego siostra była na tyle głupia, by pozwolić sobie na zbyt wiele z niewłaściwym księciem, ale narastanie niechęci do Ithicany zbiegało się w czasie z przybyciem Ahnny, a James od samego początku przebywał u jej boku. Jeśli Aren wyczuwał niestosowne zachowanie, to Harendellczycy także, i bez wątpienia nie patrzyli na to przychylnie.
- On jest arogancki.
Lara jedynie mruknęła cicho i łagodnie pogłaskała Delię po plecach, nie przerywając kołysania.
- Gdyby Ahnna pozwoliła sobie na zbyt wiele, Edward by ją odesłał i zażądał rekompensaty za obelgę. To coś innego, Arenie... Sądzę, że to coś gorszego. - Jej dłoń przesunęła się z pleców córki na miecz i pobliźnione palce zaczęły się bawić rękojeścią.
Jego żona potrafiła poradzić sobie z najgorszym, przed czym mógł postawić ją świat, ale Aren żałował, że musiała to robić. Żałował, że nie może dać Larze chwili spokoju i szczęścia, nietkniętej niekończącym się zagrożeniem życia wszystkich, którzy byli dla niej ważni. W gorszych okresach czuł mdlący żal, że nie uciekł z nią w momencie, kiedy Ithicana została oswobodzona, i nie zostawił Ahnny jako władczyni, podczas gdy on i Lara wiedliby proste życie.
Ale nie wypowiedział nic z tego na głos, jedynie mruknął:
- Naszą straż wzmocniono. Ithicana jest przyzwyczajona do tego, by się bronić. - Objął Larę ramieniem i znów spojrzał na morze. - W każdym razie Amarid nadal z nami handluje.
Katarina była ostatnimi czasy wcieleniem uprzejmości, zaproponowała renegocjowanie umów handlowych i reparacje za konflikt, a ruch między Północną Strażnicą a jej stolicą Riomar w ostatnich tygodniach trwał niemal nieustannie. "Żałuję swojego udziału w tym, co Silas zrobił z waszym krajem - napisała. - Na starość odkryłam, że bardziej pociągają mnie pokój i sojusze, abym mogła zostawić synowi dziedzictwo dobrobytu, kiedy nadejdzie jego czas, by zasiąść na tronie".
Aren ani trochę nie ufał Katarinie, ale w tym, jak agresywnie szukała wsparcia Ithicany, kryła się nuta desperacji, która kazała mu się zastanawiać, czy jej działaniami kierowała chciwość, czy może jednak obawa.
A był tylko jeden kraj, którego Amarid się bał.
- Chciałabym, żeby Ahnna do nas napisała - mruknęła Lara. - Albo Bronwyn lub Taryn, choć wydaje się, że obie na dobre odcięły się od polityki.
Chociaż Arena frustrowało, że obie zostawiły Ahnnę samą sobie, cieszyło go, że Taryn w końcu miała szansę na życie, jakiego pragnęła. Życie z dala od przemocy i wojny i skupienie się na muzyce, którą uwielbiała. Bronwyn zapewni jej bezpieczeństwo i - co jeszcze ważniejsze - ją uszczęśliwi.
Ze strażnicy dobiegł dźwięk rogu sygnalizujący, że dostrzeżono statek na horyzoncie. Aren uniósł dłoń dla osłony przed deszczem i wiatrem i zauważył niewyraźny kształt wśród mgły.
- Harendellski? - Lara zmrużyła oczy. - Mogę powiedzieć jedynie, że jest duży.
Znów zabrzmiał róg. Aren spiął się, bo strażnica ostrzegała resztę wyspy. Amaridzcy marynarze odwrócili się w stronę morza, ponieważ wielu z nich znało sygnały Północnej Strażnicy. A zwłaszcza sygnał, który oznajmiał, że zbliżająca się jednostka nie jest statkiem kupieckim.
Za jego plecami żołnierze rozbiegli się, by przygotować obronę wyspy. Katapulty były naładowane i gdyby okręt podpłynął jeszcze bliżej, oddałyby strzały ostrzegawcze.
Jor i Lia stanęli obok, Jor podał Arenowi lunetkę.
- Masz lepsze oczy ode mnie, chłopcze. Kto tam jest?
Aren spojrzał przez lunetkę, przesuwał wzrokiem po horyzoncie, aż natrafił na statek. Syknął ostro przez zęby.
- Harendellski okręt wojenny. Wiktoria. Na pokładach jest pełno żołnierzy.
- Tylko jeden? - spytała Lara, a kiedy Aren pokiwał głową, dodała: - To nie atak.
- Upewnijcie się, że mamy ludzi patrzących we wszystkich kierunkach! - krzyknął Aren, a wiatr poniósł jego rozkazy do żołnierzy z tyłu. - Poślijcie wieści przez most, że mają być gotowi na konflikt.
Wiktoria podpłynęła bliżej, ustawiła się burtą tuż poza zasięgiem katapult i zrzuciła resztę żagli.
- Kurwa, co oni wyprawiają? - warknął Jor. - Nie podoba mi się to.
Aren nie odpowiedział, bo skupiał wzrok na pustym barkasie, który opuszczano po burcie statku.
Odwiązano go i podskakiwał na falach, a Aren czuł, że zawartość jego żołądka podskakuje razem z nim.
Wszyscy na Północnej Strażnicy, łącznie z Amaridami, oszołomieni stali w milczeniu, kiedy Wiktoria postawiła żagle, skierowała się na północ i szybko zniknęła we mgle.
- Przygotujcie mi łódź. - Aren z trudem wychrypiał te słowa, ledwie słyszalne wśród wiatru, więc po chwili powtórzył: - Przygotujcie mi łódź!
Lara chwyciła go za ramię.
- Niech ktoś inny popłynie.
- Nie.
Bo co, jeśli w porzuconym barkasie była Ahnna? Jeśli tam była jego siostra? Jeśli wszystkie jego lęki się urzeczywistniły, ale zamiast zażądać rekompensaty za zachowanie Ahnny, Edward odesłał jej trupa?
- Arenie, proszę.
Niebieskie oczy Lary wypełniał strach, który odbierał mu oddech, ale jedynie zdjął jej dłoń z ramienia i podszedł do miejsca, gdzie jego żołnierze opuszczali łódź na fale.
Amaridzi przyglądali się w milczeniu, kiedy schodził po drabince sznurowej do łodzi. Jego żołnierze chwycili za wiosła, a Aren stał nieruchomo, gdy zbliżali się do podskakującego na falach barkasu.
- Wygląda na pusty - mruknął ktoś. - Nie zanurzył się zbytnio.
Nie był pusty.
Harendellczycy nie wysłaliby jednego ze swoich największych okrętów wojennych, żeby dostarczyć pusty barkas. Nie zatrzymaliby się poza zasięgiem katapult, gdyby spodziewali się, że cokolwiek było na łodzi, zostanie przyjęte z radością.
"Żyj, proszę - błagał bezgłośnie. - Proszę, nie mogę cię stracić".
Nikt się nie odzywał, kiedy się zbliżali, a w parnym powietrzu unosiło się napięcie.
"Dlaczego nie zmusiłem jej do odejścia? - pytał Aren samego siebie. Stał wyprostowany, próbując zajrzeć do barkasu, kiedy ten opadł między dwiema falami. - Dlaczego w ogóle pozwoliłem jej się tam udać?"
Na to pytanie znał odpowiedź, choć przyznanie się do niej wzbudzało w nim mdłości. Pozwolenie Ahnnie na udanie się do Harendell było pójściem po linii najmniejszego oporu. Jego bliźniaczka nie ułatwiała mu życia od chwili, kiedy wypędzili Maridrinów z Ithicany. Jej odmowa wybaczenia Larze - i ciągła wrogość wobec jego żony - doprowadziła do rozziewu między rodzeństwem. Co gorsza, Ahnna wywierała wpływ na jego rodaków i wielu postanowiło podążać za jej przykładem, i wciąż obwiniać Larę o swoje cierpienia. Aren wierzył, że gdy jego bliźniaczka posmakuje tego, co Harendell miało jej do zaoferowania, będzie błagała o pozwolenie na powrót do domu, a kiedy on to umożliwi, wdzięczność Ahnny złagodzi niechęć, którą wciąż czuła do Lary.
Spodziewał się, że jego przeznaczeniem będzie do końca życia żałować tej decyzji.
Usłyszał stukanie czegoś o drewno. Brzmiało to jak obcasy butów uderzające w burtę.
Ktokolwiek znajdował się w środku, był żywy.
Arena zalała fala ulgi. Ignorując sprzeciw żołnierzy, postawił stopę na krawędzi burty i wskoczył do barkasu.
Wylądował na jednej z ławek i bez trudu utrzymał równowagę na kołyszącej się łodzi. Przeniósł wzrok na związaną i zakneblowaną postać leżącą w zebranej na dnie wodzie.
Patrzyły na niego lazurowe oczy Bronwyn.
- Zaraza! - Aren ukląkł i wyciągnął knebel z jej ust. - Co się dzieje? Co się stało?
Bronwyn splunęła do wody, zakaszlała gwałtownie i wychrypiała:
- Ahnna tu jest?
Pomógł jej usiąść. Czuł ściskanie w żołądku.
- Nie, nie ma jej. Bronwyn, powiedz mi, co się dzieje. Dlaczego Edward ci to zrobił?
W niebieskich oczach kobiety wezbrały łzy.
- To nie był Edward. - Kiedy rozwiązał jej nadgarstki, wyciągnęła podrapane dłonie i ścisnęła go mocno. - Edward nie żyje. Został zamordowany, a Alexandra ledwie uniknęła podobnego losu. Mówią... mówią, że to Ahnna go zabiła. Zadźgała go w łóżku, bo William poślubił Lestarę zamiast niej.
Aren nie mógł oddychać, bo Lara miała rację. To było o wiele gorsze od zakazanego romansu. Gorsze, niż mógłby sobie wyobrazić.
Bronwyn ścisnęła go jeszcze mocniej, szczękała zębami.
- James wysłał mnie z wiadomością: wydajcie nam Ahnnę, by została stracona, albo dojdzie do wojny.
Rozdział 5 James
"Miejsce króla jest w pierwszych szeregach".
Słowa Willa wypełniały umysł Jamesa od chwili, kiedy rozstał się z bratem w porcie w Sableton. Will skierował się do Fernleigh, a James wyruszył na polowanie. Nadchodziła wojna, a choć nie podzielał przekonania brata, że Ahnna wypełniała rozkazy, wierzył, że zamierzała uciec do Ithicany.
Ogary podążyły drogą, którą opuściła Sableton, i znalazły dowód, że na skraju dużego gospodarstwa przywiązano konia. Pobiegły dalej, ale jej zapach prowadził je w różnych kierunkach. Bez wątpienia Ahnna pozostawiła fałszywe tropy, a w połowie polowania zaczęło padać. Ulewa zmyła wszelkie ślady, które mogłyby znaleźć psy, a tropy prowadzące we wszystkich kierunkach zwietrzały. Zapadła noc, a oni wciąż nie byli bliżej jej pochwycenia.
- Odnalezienie jednej kobiety nie powinno być takie trudne. - Georgie miał ponurą minę, wyczerpanie i paskudna pogoda działały mu na nerwy. - Ithicana musiała mieć agentów czekających, żeby jej pomóc. Jedynie to jakkolwiek wyjaśnia, że rozpłynęła się w powietrzu.
W rzeczywistości wyjaśnieniem było to, że Ahnna spędziła większość życia w zagrożeniu, co znaczyło, że umiała przetrwać w najtrudniejszych okolicznościach.
- Zwiększcie nagrodę dla wszelkich świadków, którzy się zgłoszą.
- Przysporzy nam to wielu fałszywych tropów - zauważył stojący z nimi kapitan. - Będziemy musieli podzielić naszych ludzi.
- To lepsze niż brak tropów. - James otarł deszcz z oczu. Wiedział, że najwyższa pora, by poinformować brata o rozwoju sytuacji. - Będę w Fernleigh House. Informujcie mnie o wszystkim.
- Tak jest, sir.
On i Georgie wsiedli na konie i skierowali się w stronę królewskiej rezydencji. James unikał jej aż do tej pory - kiedy z wyczerpania groziło mu spadnięcie z konia, przesypiał kilka godzin w tych samych koszarach co jego żołnierze. Ale Will zażądał raportu, a James nie mógł dłużej zwlekać z powiadomieniem brata, że Ahnna wyślizgnęła się z jego sieci.
- Sprawdzę, czy są jakieś wieści z portu, a później też udam się do Fernleigh - stwierdził Georgie. - Złapiemy ją, Jamie. To jedynie kwestia czasu.
James bez słowa skierował pożyczonego konia w stronę Fernleigh. Rejs statkiem z jednego z portów na południu był oczywistą drogą z powrotem do Ithicany. Ale kiedy okazało się to niemożliwe, jaką strategię wykorzysta teraz, by wrócić do względnie bezpiecznej ojczyzny? Grupki mieszkańców patrolowały wszystkie plaże, a marynarka zatrzymywała każdą jednostkę kierującą się na południe, lecz takiej sieci nie dało się utrzymać przez dłuższy czas. Logika wskazywała, że Ahnna znajdzie jakieś miejsce, żeby się przyczaić do czasu, aż zapał zwykłych ludzi do polowania osłabnie, jednak żaden element planu Ahnny nie wydawał się oparty na logice.
"Czterdzieści siedem razy.
Czterdzieści siedem.
Czterdzieści siedem".
Wyrzucił z głowy obraz ciała ojca. Ahnna zadziałała pochopnie, jej decyzje wynikały ze skrajnych emocji, zatem cokolwiek, co zrobiła od tamtej pory, było jedynie reakcją, nie zaś realizacją kolejnych punktów drobiazgowo przemyślanego planu. Musiała wiedzieć, że konsekwencje poniesie nie tylko ona, ale i cała Ithicana, a poczucie winy skłoni ją do podjęcia wszelkiego ryzyka, by dotrzeć do brzegów ojczyzny. Co zamierzała tam osiągnąć - tego James nie wiedział. Chciała wyznać swoje winy? Uzyskać rozgrzeszenie? Szansę na sięgnięcie po broń w obronie ludzi, których jej działania rzuciły na pożarcie wilkom? Może jakieś połączenie wszystkich trzech, ale niezależnie od tego, James wiedział, że z pewnością nie zamierzała się ukrywać do czasu, aż sytuacja się uspokoi.
Strażnicy Fernleigh otworzyli bramę i jego wałach pokłusował po podjeździe, rozchlapując kałuże kopytami. W mroku rezydencja sprawiała ponure wrażenie, pędy bluszczu zwisały ciężko pod naporem ulewy - choć może na obraz budowli rzutowało jego własne wyczerpanie. Kiedy zsunął się z siodła, stajenny natychmiast przyszedł odprowadzić konia, ale James nie wszedł od razu do środka. Zamiast tego stał przed rezydencją i pozwalał, by padał na niego deszcz, kiedy próbował w myślach stworzyć raport, który nie skłoniłby Williama do bezzwłocznego wyruszenia na wojnę.
Umysł podpowiadał mu jedynie: "Ona nie będzie mogła uciekać bez końca".
Dlatego odetchnął głęboko i wszedł do budynku.
W holu stała Lestara, bosa i ubrana w aksamitny szlafrok. Nawet nie wiedział, że była w Sableton.
- Wyczułam, że przybywasz - powiedziała kuzynka. - Zgubiliście trop Ahnny, prawda?
Była ostatnią osobą, z którą miał ochotę rozmawiać.
- Ulewy sprawiają trochę kłopotów ogarom. - Jego gardło się zaciskało, ale zmusił się, by dodać: - Wasza Łaskawość.
Lestara wygięła wargi w uśmiechu.
- Nie podoba ci się to, prawda? Wizja mnie jako królowej Harendell.
Nie mógł tego znieść.
- Moja opinia jest bez znaczenia, Wasza Łaskawość. Ale muszę złożyć raport królowi.
Stanęła mu na drodze.
- William śpi. Ostatnio szybko się męczy, bo nie jest jeszcze przyzwyczajony do ciężaru tak wielkiej odpowiedzialności. Możesz złożyć raport mnie, a ja przekażę go, kiedy William obudzi się rano.
James skrzyżował ręce na piersi i się nie odezwał. Choć wiedział, że jego ojciec wcale nie chciał, by Lestara została królową, wciąż niepokoiło go, że Edward poparł jej małżeństwo z Williamem. Lestarę od dziecka obchodziły jedynie własne ambicje, a dążąc do osiągnięcia swoich celów, pozostawiała za sobą cierpienie.
Woda spływała z jego ubrania, tworząc kałużę na podłodze. Po długim milczeniu Lestara znów się odezwała:
- William się do tego nie przyzna, ale twoje uczucia do Ahnny ogromnie go zraniły.
James prychnął.
- Proszę cię. Trudno mi uwierzyć, że mojego brata obchodziło to, co robiła Ahnna, bo cały ten czas spędzał między twoimi nogami. Zwłaszcza że to właśnie Will zachęcał mnie, bym towarzyszył jej w każdym przeklętym momencie. Jeśli zamierzasz grać w tę grę, Lestaro, powinnaś lepiej się postarać.
Kuzynka przechyliła głowę tak, że jej srebrzyste włosy opadły na ramię.
- Will popchnął cię w jej stronę na rozkaz Edwarda. "Namów brata, żeby ją zajmował, bo wtedy ona nie będzie zbyt uważnie przyglądać się tobie", tak powiedział twój ojciec. Obawiał się, że Ahnna zacznie podejrzewać, że król zamierza doprowadzić do ślubu Williama ze mną i w ten sposób wszystko popsuje, dlatego mieliśmy nadzieję wykorzystać ciebie i twój szorstki urok, i to się udało. Wątpię jednak, by William spodziewał się, że ty padniesz ofiarą uroku Ahnny. - Lestara westchnęła. - Choć Williama w ogóle nie obchodziła, i tak złamało mu serce, że go zdradziłeś. Że zdradziła go właśnie ta osoba, której ufał bardziej niż komukolwiek.
- Ja nie...
- Nie kłam, kuzynie. Hazel zajmowała się garderobą Ahnny i poinformowała, że zaginęła koszulka księżniczki. Może zerwało ją tornado, ale osobiście uważam, że była to inna siła natury. Kobiece pożądanie pozostawia pewne... ślady.
Kap.
Kap.
Kap.
James słuchał kropel wody spadających z ubrania i zbierających się u jego stóp i zalała go nowa fala poczucia winy, bo wierzył, że brat nie ma pojęcia o tej niedyskrecji.
- Zanim Ahnna zamordowała Edwarda, Will już czuł do niej nienawiść - oznajmiła Lestara. - Obwiniał ją o to, że odebrała mu ciebie, i wiele razy pytał mnie, czy Ahnna cię zaczarowała. Płakał, kiedy mówiłam mu, że nie, bo tak rozpaczliwie szukał powodu, dla którego wybrałeś ją, a nie jego. Jeśli mi nie wierzysz, spytaj go. Spytaj brata, jak się czuł ze świadomością, że go okłamujesz, że zerżnąłeś kobietę, którą, jak wierzyłeś, miał poślubić. Powie ci to samo co ja, choć podejrzewam, że te słowa wydobywające się z jego ust bardziej cię zabolą.
- To się wydarzyło tylko raz - wyrwało mu się i natychmiast tego pożałował. Nie dlatego, że się przyznał, lecz dlatego, że zabrzmiało to, jakby szukał rozgrzeszenia.
- Raz. Dwa. Sto razy, to nie gra roli. - Spojrzenie Lestary go paliło. - Uznałeś Ahnnę za ważniejszą od Williama, a on uważa, że jej ciągłe pozostawanie na wolności jest dowodem, że wciąż kochasz ją bardziej niż własną rodzinę.
James odsunął się od kuzynki. Choć desperacko chciał uniknąć poczucia winy, uciekając w nawałnicę, nie cofnął się, a w myślach znów usłyszał słowa Williama: "Powiedziałeś, że ją złapiesz. Powiedziałeś, że pomścimy to, co ta ithicańska suka zrobiła naszemu ojcu i królowi, a jednak Ahnna Kertell wciąż jest wolna. Zaczynam się zastanawiać, czy resztki twojej sympatii do tej kobiety nie wpływają na twoje starania".
- Złap ją i zabij - odezwała się cicho Lestara. - Nie tylko po to, by pomścić śmierć ojca, lecz także po to, by udowodnić Williamowi, że bardziej troszczysz się o niego niż o morderczą kochankę.
James poczuł mrowienie.
- Powiedz mi, kuzynko: dlaczego tak bardzo ci zależy, żebym naprawił relację z twoim mężem? Ty i ja może i należymy do tej samej rodziny, ale nigdy nie byliśmy przyjaciółmi i wiesz, że moim zdaniem Keris Veliant powinien był skrócić cię o głowę. Co będziesz z tego miała?
Przebyła dzielącą ich odległość, cicho stawiając bose stopy na podłodze. Jej bursztynowe oczy niemal płonęły w blasku lamp i James miał wrażenie, że jego dłonie obróciły się w lód. Zawsze lekceważył wierzenia o magicznych zdolnościach cardiffskich kobiet, ale kuzynka poddawała jego pewność próbie niemal w tym samym stopniu co jej matka.
- Robię to dla dobra swoich rodaków. - Lestara patrzyła na niego, nie mrugając. - W imię swoich przekonań. Sojusz z Cardiff był celem Edwarda i Alexandra nie ważyła się mu sprzeciwić, ale w przypadku Williama nie będzie się tak hamować i spróbuje na niego wpłynąć. Jak długo to potrwa, zanim przekona go do cofnięcia zmian wprowadzonych przed Edwarda? Samej nie uda mi się tego utrzymać. Choć wcale nie mam ochoty się do tego przyznawać, potrzebuję cię, Jamesie. I jeśli chcesz, żeby dzieło twojego życia przetrwało, ty potrzebujesz mnie.
Pomysł sprzymierzenia się z Lestarą w jakiejkolwiek kwestii wzbudzał w nim mdłości, ale nie mógł zaprzeczyć, że sojusz z Cardiff wisiał na włosku. Szczególnie że nie było już wspólnego wroga w postaci Amaridu.
- Kochasz go?
Lestara powoli zamrugała.
- Wszyscy mężczyźni w moim życiu wykorzystywali mnie do osiągnięcia swoich celów. Traktowali mnie bezdusznie i okrutnie. William jest jedynym, który okazał mi życzliwość. Jedynym, który się o mnie troszczy. Z tej przyczyny będę jego lojalną żoną, ale jedyną prawdziwą miłością, jaką kiedykolwiek poczuję, będzie ta do syna w moim łonie.
Przesunęła ręką po brzuchu i James nie wątpił, że jeśli jeszcze nie spodziewa się dziecka, to wkrótce do tego dojdzie. To był dla niej najlepszy sposób na umocnienie swojej pozycji.
- Gratulacje - wysyczał przez zęby.
Pochyliła głowę.
- Nasza sytuacja jest niepewna, kuzynie. Musimy udowodnić naszą wartość, jeśli mamy pozostać tu, gdzie teraz jesteśmy.
Zanim zdążył odpowiedzieć, zza drzwi dobiegł ich tętent kopyt na podjeździe, a później okrzyk:
- Gdzie jest generał major?!
- Potwierdź swoją lojalność wobec Williama. Wytrop Ahnnę i zabij ją - szepnęła Lestara. - Wszystko od tego zależy.
- Co się dzieje?
Oboje podskoczyli na dźwięk głosu Alexandry. James nie przegapił wyrazu przerażenia na twarzy Lestary. Kuzynka dygnęła nisko przed Alexandrą, jakby zupełnie się zapomniała w jej obecności.
- Wasza Łaskawość.
- Idź się położyć, dziewczyno - warknęła Alexandra.
Lestara bez słowa pospieszyła w stronę schodów i wbiegła po dwa stopnie naraz, a jej długie włosy unosiły się za nią, kiedy zniknęła im z oczu.
Alexandra przycisnęła dłoń do boku i skrzywiła się, a później spojrzała Jamesowi w oczy.
- Co się dzieje?
- Nie wiem. - James odetchnął, by się uspokoić, i otworzył drzwi. Na zewnątrz stali dwaj żołnierze, obaj przemoczeni do suchej nitki.
- Macie wieści?
- Tak, sir - odparł jeden. - Trzech mieszkańców zostało zaatakowanych przez kobietę. Jeden został poważnie ranny i może nie przeżyć.
Serce Jamesa zatrzymało się, a po chwili zabiło szybciej.
- Byli pewni, że to ona?
- Opis pasuje, sir. I... i powiedziała, że mają przekazać wam wiadomość.
Trudno było mu oddychać, emocje sprawiały, że czuł ściskanie w piersi.
- No i? Gadaj.
Spojrzenie żołnierza przesunęło się z Jamesa na Alexandrę i na jego twarzy pojawił się grymas.
- Kazała wam przekazać, że to nie ona zabiła króla. Winą obarczyła kogoś innego.
James zesztywniał.
- Kogo?
- Królową matkę, sir.
"Alexandrę".
Choć Alexandra z pewnością to usłyszała, nie zareagowała, a Jamesowi zabrakło słów, bo to oskarżenie było szaleństwem. Na własne oczy widział Ahnnę z nożem w ręku, wszędzie wokół była krew, a Alexandra wołała o pomoc. Był to niezaprzeczalny dowód, że zaatakowała Alexandrę, a jednak spodziewała się, że on uwierzy, że to królowa zaaranżowała zamordowanie jego ojca?
- A jak wyjaśniła rany królowej matki? Oskarżyła jakiegoś tajemniczego napastnika? - Z dziwnej przyczyny poczuł ślad wątpliwości.
- Nie wyjaśniła tego, sir. A przynajmniej nie zostało mi to przekazane.
Bo wyjaśnienia nie było. Alexandra błagała go, by ocalił ją przed Ahnną. Później potwierdził, z całkowitą pewnością, że to Ahnna ją zaatakowała.
Ahnna chwytała się brzytwy, próbowała osłabić pozycję Alexandry. Nic więcej.
- Gdzie zaatakowała tych mieszkańców?
- Na północny zachód od Sableton, sir.
Pogórze.
Możliwe, że uciekła w mniej zamieszkane okolice, by się ukryć, ale instynkt podpowiadał Jamesowi, że jest inaczej.
"Złap ją i zabij. Nie tylko po to, by pomścić śmierć ojca, lecz także po to, by udowodnić Williamowi, że bardziej troszczysz się o niego niż o morderczą kochankę".
Na jego ramieniu zacisnęła się dłoń.
- Wyślij George'a - powiedziała Alexandra. - Jesteś tu potrzebny, Jamie.
Spojrzał na nią z góry i dostrzegł opuchliznę na jej twarzy i ranę na policzku zniekształcającą kącik jej ust, ale w głowie słyszał ostrzeżenie Lestary: "Nasza sytuacja jest niepewna, kuzynie. Musimy udowodnić naszą wartość, jeśli mamy pozostać tu, gdzie teraz jesteśmy".
Odchrząknął.
- Muszę ruszać. Jeżeli ona kieruje się na zachód, to dlatego, że zamierza znaleźć wybawienie w Amaridzie. Nie mogę jej pozwolić na przekroczenie granicy.
- Wyślij kogoś innego. - Patrzyła na niego z naciskiem zielonymi oczami. - Twój brat jest rozemocjonowany i obawiam się, że smutek skłoni go do podjęcia działań. Musisz dopilnować, żeby zachował rozsądek, albo wkrótce dojdzie do wojny.
W głębi duszy chciał wierzyć, że Alexandra na nim polega. Że po raz pierwszy w życiu naprawdę chce go tu widzieć. Ale doświadczenie i cynizm kazały mu podejrzewać, że wróciła do dawnych zwyczajów i wykorzystuje sytuację, by wprowadzić rozdźwięk między nim a Williamem. By stał się bezużyteczny dla brata, który był teraz królem.
- Dlatego właśnie muszę wyruszyć. Jeśli złapiemy ją teraz, będziemy mogli wymierzyć sprawiedliwość i przywrócić rozsądek. William powierzył mi to zadanie, muszę więc wyjechać.
Alexandra zacisnęła powieki, ale później skinęła głową i puściła jego rękę.
- Wracaj szybko. Będę powstrzymywała Williama, jak długo mi się uda.
James pochylił głowę i wyszedł na zewnątrz, a żołnierze dołączyli do niego. Kiedy dotarli do stajni, krzyknął:
- Osiodłajcie mojego konia!
Gwiazda nie odpocznie tej nocy i on też nie.
- Życzycie sobie, byśmy zorganizowali eskortę, sir?
- Poślijcie ją za mną.
James ruszył w stronę stajni, nie chciał zmarnować nawet chwili na przebieranie się w suchą odzież na drogę. Ahnna zamierzała uciec do Amaridu przez Czarne Szczyty. Góry były śmiertelnie niebezpieczne, ale warte ryzyka, gdyby udało jej się dotrzeć na terytorium Katariny. Bo gdyby on przeszedł przez granicę, groziłoby to wojną z Amaridem, jak również spotkaniem się twarzą w twarz z Bestią.
Co oznaczało, że musiał dotrzeć na granicę jako pierwszy.