Oswojony diabeł - Justyna Krawczyk

Reflow text when sidebars are open.
Nazywam się Hanna Adamska, ale na oddziale prawie nikt się tak do mnie nie zwraca. Dla nich jestem Harper. Pracuję w prywatnym szpitalu dla VIP-ów w Krakowie. Ksywka przylgnęła do mnie w pierwszym roku pracy. Ponoć od harpii, bo potrafię być wredna, gdy sytuacja tego wymaga, a na tym oddziale takie sytuacje zdarzają się często, gdy lekarze się szarogęszą. Chociaż do końca nie wierzę w to uzasadnienie, moje koleżanki często się nudzą, a wymyślanie innym przydomków to ich ulubione zajęcie.
Dzisiaj mam nocną zmianę. Mój aktualny "skarb" to pacjent VIP z Włoch, który zajmuje najlepszą salę i któremu towarzyszy więcej goryli w czarnych garniturach niż prezydentowi. Po korytarzach krążą plotki, że został postrzelony podczas jakichś negocjacji biznesowych. Nie moja sprawa, ale dziwne, że policja się tym nie interesuje.
Moim zadaniem jest dopilnować, żeby pacjent, Alessandro Serrano, przeżył do rana. Ma stosować się do zaleceń: leżeć plackiem i pozwolić, by rana pooperacyjna się goiła. Słyszałam od dziewczyn z poprzedniej zmiany, że jest przystojny jak sam diabeł, ale trudny. Dobrze, że przynajmniej komunikuje się po angielsku - to spore ułatwienie, bo nikt na oddziale nie zna włoskiego.
Dwóch jego ochroniarzy, stojących po obu stronach drzwi do sali, zmierzyło mnie wzrokiem, gdy podchodziłam z wózkiem medycznym. Skinęłam im głową. Widziałam większych osiłków, którzy mdleli na widok igły. Sprawdzili, czy nie próbuję wwieźć nic podejrzanego. Wsunęłam kartę do czytnika i weszłam do środka. Pomieszczenie bardziej przypominało luksusowy apartament hotelowy niż szpitalną salę. Jedynymi oznakami medycznej rzeczywistości były stojak z kroplówką i kardiomonitor. I oczywiście leżący na łóżku pacjent. Pacjent, który wcale nie leżał plackiem.
Siedział na krawędzi łóżka, ubrany tylko w szpitalne spodnie. Mimo półmroku bez problemu dostrzegłam zarysy jego mięśni. Potargane ciemne włosy opadały mu na czoło, a gdy podniósł na mnie wzrok, poczułam, jak dreszcz przechodzi mi po plecach.
Podparł się ręką o materac, wyraźnie zamierzał wstać.
- Dobry wieczór, panie Serrano - powiedziałam spokojnym tonem, podjeżdżając wózkiem bliżej. - Czas na sprawdzenie parametrów i kroplówkę. Proszę się położyć.
Spojrzał na mnie, jakbym była czymś irytującym.
- Nie będę leżał, czuję się dobrze - odparł. Jego głos był niski, głęboki, z szorstką nutą.
- Świetnie - odparłam, wskazując na kardiomonitor - ale ten monitor ma inne zdanie, a ja bardziej ufam jemu niż panu. Każdy taki ruch to ryzyko rozejścia się szwów i krwotoku wewnętrznego. Nie sądzę, żeby chciał pan znowu trafić na stół operacyjny. Proszę się położyć.
Zignorował mnie i napiął mięśnie, przygotowując się do wstania. Westchnęłam. A więc to znaczyło "trudny". Raczej uparty i głupi. Podeszłam i położyłam mu dłoń na zdrowym ramieniu, by lekko, ale stanowczo uniemożliwić mu ruch. Jego skóra była gorąca. Zamrugał, wyraźnie zaskoczony moim dotykiem.
- Kim ty, kurwa, jesteś, żeby mnie dotykać? - warknął.
Spojrzałam mu prosto w oczy, nie cofając ręki.
- Pielęgniarką, która nie pozwoli panu się wykrwawić na swoim dyżurze i zafundować jej papierkowej roboty na całą noc - powiedziałam. - A teraz po raz ostatni proszę, by się pan położył. Niech mnie pan nie zmusza do ostateczności.
Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Ku mojemu zdziwieniu w kąciku jego ust pojawił się cień uśmiechu.
- Hanna - powiedział, czytając moje imię z plakietki - jeśli chcesz tu dalej pracować, to słuchaj uważnie...
- Słyszałam to już nieraz - odparłam, przerywając mu. - Do łóżka. Liczę do trzech. Raz...
Posłuchał i z sykiem bólu opadł z powrotem na poduszki. Podpięłam mu kroplówkę i sprawdziłam parametry na monitorze.
- Wrócę za dwie godziny - powiedziałam. - Proszę spróbować w tym czasie nie zrobić sobie krzywdy. Jeśli chociaż raz dostanę sygnał, że tętno panu skoczyło, przyjdę i przywiążę pana pasami do łóżka na resztę nocy.
Odwróciłam się, by wyjść.
- Harper.
A to dziad, skąd wie? Zatrzymałam się z ręką na klamce.
- Przynieś mi rano prawdziwą kawę. Nie to gówno, które tu podają.
Nie odwracając się, odparłam:
- A czy ja wyglądam na kelnerkę? Ma pan swoich goryli, niech im pan rozkazuje.
Wyszłam, zamknęłam za sobą drzwi i wzięłam głęboki oddech. Jego ochroniarze spojrzeli na mnie.
- Wasz szef ma leżeć, szybciej dojdzie do siebie, jeśli będzie współpracował. Może gdy mu to powiecie w jego ojczystym języku, zrozumie - rzuciłam.
Weszłam do dyżurki, podeszłam do biurka i sięgnęłam po teczkę z dokumentacją, aby uzupełnić zaległości. Nie zdążyłam nawet wziąć długopisu. Z głośników mojego monitora dobiegł piskliwy dźwięk alarmu. Zerknęłam na mały ekran, który pokazywał parametry życiowe pacjentów. "Sala VIP. Nazwisko pacjenta: Serrano". Wartość na ekranie migała na czerwono: tętno wynosiło sto czterdzieści uderzeń na minutę i wciąż rosło.
- Cholera jasna!
W mgnieniu oka byłam już na korytarzu, pędząc w stronę jego sali. Dwaj ochroniarze, którzy wcześniej stali nieruchomo, teraz nerwowo przestępowali z nogi na nogę. Rzucili mi zaniepokojone spojrzenia, gdy wbiegłam między nich i dopadłam do drzwi.
Serrano stał przy łóżku, chwiejąc się na nogach. Jedną rękę przyciskał do opatrunku na torsie, a na jego czole lśniły krople potu. Był blady, a jego oddech był krótki i urwany.
- Co pan wyprawia?! - krzyknęłam, podbiegając do niego.
Zmierzył mnie mętnym spojrzeniem.
- Potrzebuję... powietrza... - wycharczał, opierając się o stolik.
- Potrzebujesz leżeć! Czy ty jesteś kompletnym kretynem?! - warknęłam.
Nie było czasu na dyskusję. Złapałam go za zdrowe ramię i pomogłam mu usiąść na łóżku. Osłabiony opadł ciężko na materac, sycząc z bólu. Zabolało go, ale dobrze mu tak. Pchnęłam go, by położył się na łóżku, i pomogłam mu wciągnąć nogi na materac. Pacjent stękał głośno. Obserwowałam go, żeby zdecydować, czy nie wezwać lekarza, ale wziął kilka oddechów, a jego tętno się wyrównało.
- Ostrzegałam pana, ale miał pan to gdzieś - burknęłam.
Schyliłam się i odpięłam pasy unieruchamiające, które zawsze były przymocowane do ramy łóżka na wypadek agresywnych lub zdezorientowanych pacjentów. Jeden pas zapięłam wokół jego prawego nadgarstka. Mężczyzna był jeszcze zamroczony i nie zorientował się, co robię. Drugi pas unieruchomił jego lewą rękę. Pacjent szarpnął się, sycząc coś pod nosem. Kolejne dwa pasy zacisnęłam na jego kostkach. Gdy sprawdzałam jego ranę, rzucał jakieś słowa po włosku, które brzmiały jak klątwa.
- Ty... pożałujesz tego... - wysyczał po angielsku. - Marco!
Drzwi otworzyły się z hukiem. Do sali wpadli dwaj jego goryle, a za nimi jeszcze jeden, którego wcześniej nie widziałam. Wszyscy trzej trzymali w rękach broń. Dwie lufy zostały wycelowane w moją głowę. Serce podskoczyło mi do gardła.
- Lascialo andare! Ora! - warknął jeden z nich.
Uniosłam ręce.
- Nie znam włoskiego, ale ten palant ma leżeć, bo jak się przewróci i puszczą mu szwy, mogą nie zdążyć go uratować - powiedziałam. - A wtedy nie tylko ja będę miała przejebane, ale wy też. Idę po lekarza, jeśli on powie, że pasy są zbędne, to je zdejmę.
Zrobiłam kilka kroków, ale zaczęli coś krzyczeć po włosku. Odwróciłam się do pacjenta.
- Niech pan ich uspokoi. Idę po lekarza. Jeśli któryś strzeli i trafi w rury z tlenem, to wysadzi pół oddziału.
Odezwał się trzeci ochroniarz:
- Grozisz szefowi?
Moje serce waliło jak oszalałe.
- Nie. Przed chwilą wstał wbrew zaleceniom i prawie zemdlał. Jeśli go uwolnię, a on znowu spróbuje wstać, może dostać krwotoku. Wtedy żaden z was go nie uratuje.
Jeden z ochroniarzy warknął coś po włosku, poprawiając pistolet.
Alessandro milczał, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała szybko. Szarpnął się znowu.
- Powiedz im, żeby opuścili broń - nakazałam, ale w myślach zmawiałam pacierz.
Jego zaciśnięta szczęka drgnęła. Wiedział, że mam rację.
- Abbassa la pistola, Marco - wysyczał w końcu przez zaciśnięte zęby, nie odrywając ode mnie wzroku. - Tutti voi. Fuori.
Ochroniarze spojrzeli po sobie, ale rozkaz był rozkazem. Niechętnie opuścili broń i wycofali się za drzwi, po czym zamknęli je za sobą.
Zostaliśmy sami.
- Pożałujesz tego bardziej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić, Harper - powiedział.
Poprawiłam swój uniform i odwróciłam się w stronę wyjścia.
- Ja o niczym nie decyduję, panie Serrano. Jestem tylko pielęgniarką. Zgodnie z procedurą w przypadku pacjenta, który stanowi zagrożenie dla samego siebie, muszę wezwać lekarza dyżurnego. To on zdecyduje, czy leży pan w pasach do rana, czy dostaje pan silne leki uspokajające. - Z ręką na klamce rzuciłam jeszcze przez ramię: - Proszę się nie szarpać. To tylko pogorszy sprawę. Wrócę z doktorem Kowalskim.
Wyszłam i oparłam się o ścianę na korytarzu. Moje nogi trzęsły się tak bardzo, że ledwo utrzymałam równowagę.
Minęło kilka dni od incydentu z pasami. Kilka dni, podczas których stałam się na oddziale chodzącą legendą. Dziewczyny szeptały po kątach, a ochroniarze Serrana sprawdzali mnie uważniej niż psy na lotnisku. Z pozoru niby nic się nie zmieniło - ale tylko z pozoru. Ten dziad z sali VIP był prawdziwym utrapieniem.
Dziś miałam dzienną zmianę. Dyżur mijał spokojnie, aż miło się pracowało. Ale gdy wzięłam do ręki kartę pacjenta o nazwisku Serrano, wiedziałam, że normalność skończy się tuż za progiem jego sali.
Wyglądał lepiej. Półsiedział oparty o stos poduszek, a na stoliku leżał otwarty laptop. Pacjent nie był już taki blady i miał mniejsze sińce pod oczami. Gdy weszłam, uniósł wzrok znad ekranu, a na jego usta wypłynął uśmiech. Ten uśmieszek pojawiał się na jego przystojnej gębie zawsze, gdy mnie widział.
- Dzień dobry, panie Serrano - zaczęłam, starając się zachować dystans. - Czas na kontrolę rany i zmianę opatrunku.
Zamknął laptopa i odepchnął stolik na bok.
- Harper. Moja ulubiona pielęgniarka. Czekałem na ciebie. - Jego głos był niski i chropowaty.
Podeszłam do łóżka i zaczęłam rozkładać na stoliczku narzędzia i nowe opatrunki.
- Cieszę się, że jest pan w lepszym nastroju. Proszę się położyć na płasko.
Zamiast wykonać polecenie, wyciągnął rękę i chwycił mnie za nadgarstek, gdy sięgałam po nożyczki.
- Zapomnij o opatrunku. Chodź tu.
Zastygłam, czując, jak po plecach przebiega mi dreszcz.
- Panie Serrano, jestem w pracy. Proszę mnie puścić. Mówiłam już, że nie jestem zainteresowana.
Jego uśmiech stał się szerszy.
- Wiem i wyglądasz w tym swoim mundurku niewiarygodnie seksownie, kiedy próbujesz być taka surowa. Jednak ja też mam coś do powiedzenia, tesoro.
Pociągnął moją rękę, próbując przysunąć mnie bliżej. Jego oczy pociemniały.
Wyrwałam się z jego uścisku, robiąc krok w tył.
- Proszę trzymać ręce przy sobie. Zmusza mnie pan, żebym zgłosiła to przełożonym.
Uniósł brwi wyraźnie rozbawiony.
- Grozisz mi, Harper? Znowu?
- Stwierdzam fakty - odparłam chłodno, podnosząc jałowy gazik. - Rana sama się nie opatrzy, a ja mam jeszcze innych pacjentów.
Opadł z powrotem na poduszki i nacisnął guzik na pilocie, by oparcie się obniżyło. Nie spuszczał ze mnie wzroku, gdy zdejmowałam stary opatrunek.
- Możesz przestać? - zapytałam zirytowana.
- Przestać co? - Cały czas uśmiechał się tym swoim krzywym uśmieszkiem.
- Dobrze wiesz co, chcesz mieć nożyczki wbite w tyłek? - burknęłam. - W raporcie zgłoszę, że się przewróciłeś.
- A gdzie się podziało: "Panie Serrano"? - mruknął rozbawiony.
- Poszło się jebać razem z moim dobrym humorem.
Oczyściłam ranę, sprawdziłam szwy i zaczęłam zabezpieczać je opatrunkiem. Pracowałam w skupieniu, ale irytowały mnie ciche, rozbawione westchnienia pacjenta za każdym razem, gdy burknęłam coś pod nosem.
- Gdybyś leżał spokojnie przez ostatnie dni, to goiłoby się dwa razy szybciej - mruknęłam.
- Ale wtedy nie miałbym przyjemności oglądania ciebie, gdy się złościsz, tesoro. Jesteś piękna, kiedy pokazujesz ten swój charakterek.
Zignorowałam go. Rana była czysta, goiła się dobrze. Ten człowiek miał więcej szczęścia niż rozumu. Poklepałam lekko opatrunek, a Serrano syknął.
- Ostrożnie z moim ciałem, Harper. Wkrótce będziesz mogła się nim cieszyć w znacznie przyjemniejszych okolicznościach.
Miałam ochotę z całej siły przydusić jego ranę.
- Skończyłam - powiedziałam, zbierając zużyte materiały do woreczka. - Obiad za godzinę.
Odwróciłam się, by wyjść i w końcu wypić w spokoju kawę, ale on znowu złapał mnie za rękę. Gwałtowne szarpnięcie sprawiło, że straciłam równowagę. Z piskiem wylądowałam na jego torsie. Zasyczał i rzucił wiązanką włoskich słów. Starałam się podnieść tak, żeby nie uszkodzić rany. Zaparłam się rękami o materac, on jednak wykorzystał moją próbę zmiany pozycji i obrócił nas tak, że to on był teraz nade mną. Stęknął i złapał się za opatrunek.
- Jesteś jebnięty. Boli? Prawidłowo - prychnęłam.
- Adesso... - szepnął.
Myślałam, że się będzie mądrzył jak zawsze, a tymczasem on... mnie pocałował! Chciałam zaprotestować, ale wcisnął mi język do gardła. Próbowałam odwrócić głowę, szarpnęłam się, ale trzymał mnie mocno. Gdy w końcu oderwał się ode mnie, oboje dyszeliśmy ciężko.
- Widzisz, Harper? - mruknął. - Zawsze dostaję to, czego chcę.
- Złaź ze mnie, ty arogancki, chory sukinsynu! - wysyczałam, próbując go odepchnąć.
Chciałam go kopnąć. On tylko uśmiechnął się bezczelnie i pokręcił lekko głową.
- Złaź ze mnie, słyszysz?! - wysyczałam, cały czas próbując go zepchnąć.
- Nigdzie się nie wybieram - mruknął niskim głosem. - Jest mi tu zbyt wygodnie.
Zaczęłam się szamotać, wiercić, ale tylko ułatwiłam mu wtaszczenie się między moje nogi. Poczułam jego biodra. Był twardy. Zamrugałam, a fala gorąca przetoczyła się przez moje ciało. Dwadzieścia pięć lat wpajania mi tego, co wypada, poszło się jebać, bo spotkałam tego Włocha.
- Puść mnie! - krzyknęłam, uderzając go pięścią w ramię. - Będę krzyczeć! Puszczaj mnie, Italiano!
Parsknął cichym śmiechem, a jego usta musnęły mój policzek.
- Krzycz, piccola. Moi ludzie stoją tuż za drzwiami. Myślisz, że komu pomogą? Tobie czy mnie?
- To jest napaść!
- Od momentu, gdy przywiązałaś mnie do tego łóżka, nie mogę myśleć o niczym innym.
Nachylił się, jakby chciał mnie znowu pocałować, ale zatrzymał się milimetr od moich ust. Czułam jego gorący oddech. Poruszył biodrami, tym razem wolniej, bardziej sugestywnie.
- Czujesz, co ze mną robisz, Harper? - szepnął. - To wszystko twoja wina. Twoja siła, twój upór... Chcę cię złamać, a jednocześnie modlę się, żebyś nigdy się nie poddała.
Powoli przetoczył się na bok, wciąż trzymając mnie jedną ręką w talii, tak bym nie mogła uciec.
- To dopiero początek - mruknął. - Przyzwyczajaj się do tego uczucia. Obiecuję ci, że wkrótce będziesz o to błagać. A teraz wracaj do pracy, moja mała harpio. Masz innych pacjentów do dręczenia.
Pochylił się, żeby mnie pocałować, a gdy jego usta dotknęły moich, zacisnęłam zęby na jego dolnej wardze. Odsunął się gwałtownie z sykiem. Jego ręka, która trzymała mnie w talii, powędrowała do ust. Wykorzystałam ten moment oszołomienia i odepchnęłam się od niego z całej siły, przetoczyłam przez krawędź łóżka i wylądowałam niezdarnie na nogach. Szybko znalazłam się przy wyjściu, gotowa do ucieczki. Alessandro siedział na łóżku, patrząc na mnie. Dotykał palcami zranionej wargi, a gdy cofnął rękę, zobaczyłam krew. Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu.
- Una piccola vipera - mruknął do siebie. Cholera wie, co powiedział. Spojrzał mi w oczy. - A więc harpia ma nie tylko pazury, ale i zęby - stwierdził i oblizał krew z wargi. - To dobrze. Lubię, kiedy moja zwierzyna walczy. To sprawia, że polowanie jest o wiele bardziej... ekscytujące.
Stałam przy drzwiach, a serce wciąż waliło mi w piersi jak pralka wypełniona kamieniami. Już miałam nacisnąć klamkę...
- Harper.
Odwróciłam się niechętnie.
- Gdy wrócisz dziś do domu, zadzwonię do ciebie - powiedział. - Odbierz.
Przez chwilę patrzyłam na niego, nie mogąc uwierzyć w jego arogancję. Parsknęłam śmiechem.
- Chyba śnisz. Nie dam ci mojego numeru telefonu.
Zaśmiał się szczerze rozbawiony.
- Naprawdę myślisz, że to dla mnie jakikolwiek problem, tesoro?
Bez słowa odwróciłam się i wyszłam.
Jeszcze nigdy nie czekałam tak niecierpliwie na koniec dyżuru. Gdy przekazywałam zmianę Marcie, ta małpa rzuciła mi kpiące spojrzenie.
- I jak tam twój byczek? Grzeczny był? - zapytała, ledwo powstrzymując chichot.
- Jak aniołek - mruknęłam, wzruszając ramionami. - Taki, co spadł z nieba prosto na łeb.
Nie zgłosiłam jego zachowania przełożonej. W szpitalu, w którym pracowałam, płacono naprawdę dobrze, ale pacjent, szczególnie VIP, jak Alessandro Serrano, był nietykalny. Dyrekcja by mnie zwolniła bez mrugnięcia okiem, a potem zapakowała na prezent i wręczyła temu psychopacie. Niestety takie były minusy pracy w prywatnym szpitalu.
Italiano wyprawiał podobne rzeczy już od kilku dni. Gdy tylko miał okazję, próbował mnie albo dotykać, albo pocałować. Marzyłam teraz tylko o tym, żeby znaleźć się w domu. Miałam wszystkiego dość. Niestety droga powrotna też okazała się udręką. Jak na złość autobus był pełen rozwrzeszczanej młodzieży. Głowa mi pękała.
Moje mieszkanie było ciasne, ale własne. Dał mi je Robert. Mieszkaliśmy w nim razem przez jakiś czas, ale gdy zostało mu już tylko kilka rat, zaproponował, że ja dokończę spłacać kredyt, a on kupi sobie drugie. Cieszyłam się, że mam tak dobrego brata.
Gdy weszłam do środka, odstawiłam torbę na szafkę w przedpokoju i z radością zdjęłam buty. Czułam się brudna, więc poszłam pod prysznic, żeby się wyszorować z dotyku Alessandra. Italiano miał przystojną gębę i ciało warte grzechu, ale osobowość psychopaty. Musiałam znaleźć ukojenie w mojej jedynej miłości i uzależnieniu. Wyciągnęłam słoik Nutelli z szafki i łyżeczkę.
- Tylko ty, ja i Ryan Gosling... Obejrzymy sobie, jak chodzi bez koszulki.
Czekolada i bezmyślne gapienie się w ekran - plan idealny. Ledwo usiadłam na kanapie, otuliłam się kocem i włączyłam telewizor, zadzwonił telefon. Westchnęłam zirytowana, bo chciałam spokoju. Wzięłam urządzenie do ręki. "Numer nieznany". Zmarszczyłam brwi, pewna, że to jakiś spam. Nie odbieram takich połączeń. Odrzuciłam i wybrałam film - teraz tylko czekać, jak Ryan zdejmie koszulkę. Telefon znowu zadzwonił. Zerknęłam w jego stronę. Ponownie to samo. Zatrzymałam film.
- Czekaj, Ryan, zaraz wrócę i będziemy kontynuować.
Przesunęłam palcem po ekranie i przyłożyłam telefon do ucha.
- Halo?
- Widzę, że musimy popracować nad twoimi manierami, Harper. Kiedy dzwonię, odbierasz. To prosta zasada.
Jezu, to ten psychopata.
- Skąd masz mój numer?
Roześmiał się.
- Tesoro, mógłbym się dowiedzieć, jaki rozmiar buta nosiła twoja prababcia. Zdobycie twojego numeru to była najprostsza rzecz na świecie, a odrzucenie mojego połączenia było najgłupszą.
Prychnęłam.
- Mam nadzieję, że spokojnie wróciłaś do domu - kontynuował. - Moja warga już prawie nie boli. Zostawiłaś uroczy ślad.
- Czego chcesz, Serrano?
- Chcę, żebyś mnie posłuchała. Jutro znowu masz dzienną zmianę. Gdy przyjdziesz do mnie o dziesiątej zmienić opatrunek, chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła.
- Niczego dla ciebie nie zrobię.
- Zrobisz - powiedział. - W twojej szafie wisi sukienka. Ta, którą miałaś na sobie na weselu twojej koleżanki. Załóż ją jutro do pracy.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Zdjęcie z wesela Kasi stało w ramce na mojej komodzie. Jakim cudem...
- Jesteś psychopatą - warknęłam.
- Jestem człowiekiem, który dostaje to, czego chce - poprawił mnie. - Chcę zobaczyć cię w tej sukience, a potem chcę ją z ciebie zdjąć. Czekam na ciebie jutro, Hanno.
Rozłączył się. Łyżka z Nutellą wypadła mi z ręki. Ktoś tu był! Rozejrzałam się, ale wszystko było na swoim miejscu. Zerwałam się z kanapy. Musiałam się stąd wydostać. Drżącymi palcami wybrałam numer Roberta. Od razu przyszedł mi na myśl mój brat, przy nim zawsze byłam bezpieczna.
- Halo? Hania?
- Robert? - zapytałam piskliwie.
- Coś się stało? Brzmisz dziwnie.
- Mogę u ciebie dzisiaj spać? - wychrypiałam, podbiegając do szafy, by wyciągnąć bluzę i dżinsy. - Proszę.
Westchnął.
- Jasne, ale co się dzieje?
- Wyjaśnię później. Już jadę. - Rozłączyłam się.
Włożyłam ubrania, zgarnęłam klucze oraz portfel i wepchnęłam telefon do kieszeni. Wypadłam na klatkę schodową i zbiegłam po schodach po dwa stopnie naraz. Dopadłam do drzwi wyjściowych. Szłam szybko do swojego samochodu. Mój telefon zadzwonił, wyciągnęłam go, myśląc, że to Robert. Znów numer nieznany. Odebrałam.
- Dokąd idziesz?
Ten niski, chropowaty głos.
- Zostaw mnie w spokoju - wydyszałam, rozglądając się po parkingu.
- Ładnie poprosiłem, a ty próbujesz uciec. To niegrzeczne.
- To jest nękanie!
- To jest troska - odparł.
Zacisnęłam zęby.
- Jadę do brata.
- Do Roberta. Ma ładne mieszkanie, choć trochę małe - westchnął. - A teraz posłuchaj mnie uważnie, Hanno.
Poczułam, jak cała krew odpływa mi z twarzy.
- Wróć do mieszkania i poczekaj na mój kolejny telefon. Bądź posłuszna. Zrozumiałaś?
- Posłuszna? W dupie to mam, nie wracam tam. - Wcisnęłam czerwoną słuchawkę, by się rozłączyć, i rzuciłam się biegiem w stronę samochodu.
Mój stary Opel Corsa jak zwykle mnie nie zawiódł. Odpalił od razu i po chwili, szarpiąc się jeszcze z pasami, już wyjeżdżałam z parkingu. Pędziłam ulicami. Chciałam dostać się do brata jak najszybciej.
Gdy znalazłam się pod blokiem Roberta, poczułam pierwszą falę ulgi. Jakimś cudem znalazłam miejsce parkingowe pod samą klatką. Zaparkowałam i zgasiłam silnik.
Wyjęłam kluczyki ze stacyjki i wysiadłam, gdy zaszło mi drogę dwóch wielkich typów w garniturach. Cofnęłam się, ale jeden skoczył do mnie i zatkał mi usta dłonią, żeby stłumić mój wrzask. Złapał mnie mocno w pasie. Drugi mężczyzna wyrwał mi kluczyki i chwycił mnie za nogi. Wrzucili mnie na tylne siedzenie wozu, po czym usiedli po obu moich stronach. Ten po prawej złapał moje ręce, gdy zaczęłam go bić. Samochód ruszył.
- Puszczać! - krzyknęłam po polsku. Jeden z mężczyzn boleśnie wykręcił mi rękę. - Puszczaj! To boli! - krzyczałam.
- Uspokój się, to cię puszczę - odpowiedział mi spokojnie po angielsku.
- Pierdol się! Puszczaj!
Zaczęłam się szarpać. Drugi z goryli chciał mnie przytrzymać, ale odrzuciłam głowę do tyłu i go uderzyłam. Usłyszałam trzask i stęknięcie. Ten, który trzymał mnie za ręce, złapał mnie drugą dłonią boleśnie za kark.
Zatrzymali się przed moim blokiem. Kierowca wysiadł i otworzył drzwi, a ochroniarz, który mnie trzymał, wyciągnął mnie z samochodu. Puścił mnie i wskazał ręką, abym weszła do bloku. Eskortowali mnie pod samo mieszkanie, jak więźnia do celi. Mężczyzna z przodu wziął moje klucze i otworzył drzwi.
- Pan Serrano zadzwoni.
Weszłam do środka. Usłyszałam, jak klucz przekręca się w zamku z zewnątrz. Mój telefon zaczął dzwonić, więc wyciągnęłam go z kieszeni. Spojrzałam na ekran. Przeklęłam i odebrałam.
- Hanno...
Był niezadowolony, jego głos był niższy.
- Dałem ci proste polecenie - kontynuował. - A ty co zrobiłaś? Uciekłaś. Myślałaś, że cię nie znajdę?
Milczałam, oddychając płytko.
- Zadałem ci pytanie - warknął. - Odpowiedz mi.
- Nie.
- Właśnie. - Zaśmiał się. - A teraz posłuchaj mnie, bo nie będę powtarzał. Twój mały akt buntu się skończył. Twój brat, Robert... Mam nadzieję, że cieszy się swoim spokojnym, cichym życiem. Byłoby wielką szkodą, gdyby coś... zakłóciło ten spokój. Rozumiesz, co do ciebie mówię?
Poczułam dreszcze. To był cios poniżej pasa.
- Nie waż się go tknąć!
- Nie będę musiał. Pod warunkiem że będziesz grzeczna - odparł. - Moi ludzie są pod twoimi drzwiami. O szóstej rano przyjedzie po ciebie samochód. Zawiezie cię do szpitala. Masz na sobie mieć tę zieloną sukienkę.
Zacisnęłam powieki, wzięłam głęboki oddech. Co się dzieje?!
- Chyba cię pojebało, Italiano.
- Italiano? Znowu mnie tak nazywasz. - Było słychać, że jest niezadowolony.
- Jutro w pracy będę mieć na sobie uniform, tak jak zawsze. Nie będę brać udziału w twoim cyrku - burknęłam.
- Hanno - jego głos był nieprzyjemny - nie testuj mojej cierpliwości. Dobrze ci radzę. Samochód przyjedzie o szóstej, bądź gotowa.
- Skoro muszę - wysyczałam wściekła. - Ale pamiętaj, Italiano. Nie będę zakładała żadnej sukienki.
- Hanno, czekam na ciebie jutro rano, tesoro. - Rozłączył się.
Rzuciłam telefon na kanapę i złapałam się za głowę. To się nie dzieje naprawdę. To musi być jakiś koszmar. Czego on ode mnie chce?!
Złapałam telefon i napisałam do Roberta, że jednak nie przyjadę, żeby się nie martwił. Wymyśliłam najprostszą wymówkę, że się przestraszyłam własnego cienia i myślałam, że to duchy.
Przez tego palanta nie zmrużyłam oka. Jego goryle stali pod moim blokiem całą noc. Kilka razy wyglądałam przez okno. Gdyby nie zagroził, że skrzywdzi Roba, zadzwoniłabym na policję. Widziałam wystarczająco dużo filmów, żeby rozumieć, że tacy ludzie jak on są zdolni zrobić krzywdę drugiej osobie. Skoro pilnuje go uzbrojona ochrona, coś musi być na rzeczy.
Jaka ja byłam głupia tamtej nocy. Trzeba było mu pozwolić chodzić po sali, upadłby, trzasnęłyby szwy, nie dałby rady wezwać pomocy. Wykrwawiłby się, cały zespół dostałby po dupie i w zasadzie pewnie by mnie zwolniono, ale potem byłby pogrzeb i święty spokój. Musiałam zgrywać bohaterkę, kurwa!
Gdy o szóstej do mieszkania weszli ochroniarze, już czekałam ubrana i gotowa do pracy. Pod blokiem stał czarny Mercedes, a kierowca w garniturze otworzył mi drzwi. Gdyby nie to, że za tym wszystkim stał ten dupek, to poczułabym się wyjątkowo. Całą drogę do szpitala milczałam, patrząc na mijane ulice.
Gdy weszłam do szatni, moje ręce drżały z wyczerpania. Przebrałam się w biały mundurek z logo szpitala. Nie zamierzałam spełniać zachcianek Alessandra. Związałam włosy, zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłam do wyjścia. Gdy weszłam na oddział, Ewa, moja przełożona, popatrzyła na mnie znad okularów. Odłożyłam torbę do szafki.
- Dzień dobry - powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał normalnie. - Jaki mam dziś przydział? Mam nadzieję, że tym razem nie VIP.
Ewa podsunęła mi grafik.
- Hanna, dzisiaj masz skrzydło zachodnie. Sale od dwieście pięć do dwieście dwanaście. Inne dziewczyny też chcą premię za VIP-a.
Przebiegłam wzrokiem po liście.
- Chętnie zrzeknę się wszystkich premiowych dyżurów.
Ewa założyła ręce na piersi.
- A to czemu?
- Męczy mnie gadanie po angielsku. - Wzruszyłam ramionami.
Dostałam normalnych pacjentów. Święty spokój! Już wolę się zająć pampersem pani Róży niż iść do sali VIP. Po szybkiej kawie zabrałam się do zleceń. Co komu i o której. Pobrałam krew, pożartowałam z panem Tobiaszem i zrobiłam lewatywkę pani Róży. Wysłuchałam historii życia i przechwałek innego pacjenta.
Zegar na korytarzu wskazywał dziesiątą piętnaście. Minęła wyznaczona przez Włocha godzina i jakoś świat się nie zawalił. Nic się nie działo, więc uznałam to za dobry znak.
Byłam w połowie uzupełniania karty pacjenta, gdy zobaczyłam Martę, która biegła w moją stronę. Była zapłakana.
- Harper! Pomóż - wydyszała, opierając się o konsolę. - Ratuj mnie. Ten VIP... Serrano... on dostał szału.
Zmarszczyłam brwi.
- Co znowu?
- Ewa posłała Kasię na zmianę opatrunku, a on rzucił w nią tacą z bandażami. Poszłam tam, ale jeden z jego goryli przyłożył mi broń do głowy! Krzyczał, że nikt oprócz ciebie go nie dotknie. Błagam cię, idź do niego!
- Nie ma go w moim grafiku, Marta. Mam sześciu innych pacjentów, którzy naprawdę potrzebują opieki.
- Hania, proszę cię! - płakała. - Zagroził, że zerwie opatrunek i zrzuci to na nas! Lekarz próbuje się dodzwonić do dyrektora, ale wszyscy wiemy, kto tu rządzi. Proszę, idź tam, zrób ten cholerny opatrunek i miejmy to z głowy, zanim on naprawdę zrobi sobie krzywdę!
- Zapomnij, nie idę tam! Wezwijcie policję!
- Harper, dobrze wiesz, jak to tutaj działa. Dyrektor zwolni nas wszystkie.
- Okej - powiedziałam, wstając. - Zajmij się panią Malinowską. Ja pójdę do tego diabła.
Zabrałam zestaw do zmiany opatrunków. Kopnęłam w szafkę ze złości. Gdy podeszłam z wózkiem zabiegowym, jeden z ochroniarzy otworzył mi drzwi, a drugi sprawdził wózek i mnie.
Serrano siedział na łóżku. Był bez koszulki, a na podłodze leżała przewrócona taca i porozrzucane gaziki. Uśmiechnął się na mój widok.
- Spóźniłaś się, Harper - mruknął. - Widzę, że moja pielęgniarka postanowiła się zbuntować i mnie nie posłuchać.
- Jestem tu, żeby zmienić opatrunek, panie Serrano - powiedziałam, podchodząc bliżej. - A nie po to, żeby bawić się w przebieranki. Proszę się położyć. Chyba że woli pan, żebym wyszła i zostawiła pana samego z tą brudną robotą.
Spojrzał na mnie, potem na mój biały uniform, a jego uśmieszek stał się jeszcze szerszy.
- Bianco - mruknął do siebie, smakując słowo. - Kolor niewinności, nie pasuje do ciebie, tesoro. - Opadł na poduszki. Położył ręce wzdłuż ciała. - No dobrze, Harper. Rób, co musisz - powiedział niskim głosem. - Oddaję się w twoje ręce.
Zacisnęłam zęby i zdezynfekowałam dłonie płynem stojącym na wózku. W milczeniu czekałam, aż odparuje, żeby założyć rękawiczki. Zaczęłam zdejmować stary opatrunek. Pracowałam, celowo sprawiając Alessandrowi dyskomfort. Nawet nie drgnął, gdy mocniej pociągałam za plastry.
- Złościsz się - stwierdził rozbawiony. - Jesteś wściekła, że nie mogłaś przede mną uciec.
- Mam na to wyjebane - syknęłam, przemywając ranę antyseptykiem mocniej, niż było trzeba. - Myślę tylko o tym, żeby stąd wyjść i nigdy więcej nie oglądać twojej aroganckiej gęby.
Zaśmiał się.
- Och, anima mia. To jest w tobie najlepsze. Ten ogień. Każda inna kobieta przyszłaby w tej sukience, płacząc. A ty jesteś... zachwycająca.
Zmarszczyłam nos. Podniecał go mój opór.
- Oszczędź sobie komplementów. Nie działają - warknęłam, nakładając nowy opatrunek.
- Wiem - odparł. - Dzięki temu jesteś fajniejszą zabaweczką.
Przykleiłam ostatni plaster. Poklepałam jego ranę mocno, aż syknął.
- Skończyłam - powiedziałam, zbierając śmieci.
Zdecydowałam, że zostawię wózek w sali, byle szybciej się z niej ulotnić. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę wyjścia, nie patrząc na Alessandra. Już sięgałam po klamkę, gdy nagle uderzyłam plecami o drzwi. Przycisnął mnie do nich mocno i oparł dłonie po obu stronach mojej głowy.
- Jak...?!
- Szybko wracam do zdrowia, bo mam motywację.
Patrzył na mnie z góry. Jego spojrzenie pociemniało.
- Urocze ubranko, tesoro - szepnął. - Myślisz, że wygrałaś, bo nie założyłaś sukienki. - Pochylił się jeszcze niżej. Czułam jego oddech na policzku. - To nic nie znaczy. To było tylko... urocze. Jak tupnięcie nóżką przez rozgniewane dziecko.
- Odsuń się - powiedziałam, ale mój głos drżał.
Zignorował mnie. Wodził palcem po kołnierzyku mojego uniformu.
- Doceniam, że próbowałaś. Podnieca mnie to bardziej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. Teraz słuchaj uważnie. Nasza zabawa w szpital właśnie się skończyła.
Strzeliłam go po palcach, gdy dotknął mojej szyi.
- Dziś wieczorem wracam na Sycylię, a ty lecisz ze mną.
- Nigdzie z tobą nie lecę - wysyczałam, próbując odepchnąć go ramieniem.
- Oczywiście, że lecisz, i to dobrowolnie - odparł spokojnie. - Możesz polecieć nieprzytomna, jeśli będziesz sprawiać problemy. Twój wybór, Harper.
Jego palce zacisnęły się mocniej na materiale mojego uniformu, przyciągnął mnie bliżej.
- Samochód będzie o osiemnastej. Nie próbuj znowu uciekać. Chyba nie chcemy, żeby Robert miał kłopoty, prawda?
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, uśmiechając się kącikiem ust.
- Idź, pracuj grzecznie. Widzimy się wieczorem, Hanno.
Odsunął się, usiadł na łóżku i sięgnął po butelkę wody. Otworzyłam drzwi, ale zatrzymałam się w progu. Odwróciłam się.
- Po pierwsze - powiedziałam - nigdzie z tobą nie lecę.
Uniósł brew.
- A po drugie - dodałam - chyba żeś się z chujem na łby zamienił, skoro myślisz, że tak po prostu będzie.
Zanim zdążyłam wyjść, zauważyłam, że kręci głową.
- Muszę popracować nad twoim niewyparzonym języczkiem - mruknął. - Coraz bardziej mi się podobasz, Hanno.
Pokazałam mu środkowy palec i wyszłam z sali.
Dalsza część w wersji pełnej