Paka z domku na drzewie. Tom 1: Zagadka hotelu - Kasia Keller

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (25,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nazy­wam się Pola Zga­dula. Na­zwis­ko jak na­zwis­ko, każdy ja­kieś ma. Cho­ciaż mu­szę przy­znać, że moje na­strę­czało mi drob­nych nie­przy­jem­no­ści. Ko­le­dzy w szkole już od pierw­szej klasy wo­łali za mną: "Zga­duj zga­dula! Zga­duj zga­dula!".

Na po­czątku tro­chę mnie to de­ner­wo­wało. Z cza­sem za­czę­łam się do tego przy­zwy­cza­jać. Dziś zu­peł­nie mnie to już nie ru­sza. Zwłasz­cza że od­kry­łam pewną pra­wi­dłowość. Czę­sto mówi się, że na­zwis­ko zo­bo­wią­zuje. W moim przy­padku wła­śnie tak było - Zga­dula zo­stała de­tek­ty­wem. I to nie byle ja­kim, bo mia­sto­wej sławy. Ale za­nim opo­wiem wam o biu­rze de­tek­ty­wi­stycz­nym z sie­dzibą w domku na drze­wie, po­znaj­cie nieco mnie i mo­ich wspól­ni­ków.

Za kilka dni, do­kład­nie pierw­szego dnia wio­sny, skoń­czę dzie­sięć lat. Od uro­dze­nia je­stem jedną drugą ca­ło­ści. Wiem, że brzmi to dość dzi­wacz­nie, ale to szczera prawda. Drugą "jedną drugą" jest mój brat An­tek. Już ro­zu­mie­cie, co chcę po­wie­dzieć? To bar­dzo pro­ste. An­tek i ja je­ste­śmy bliź­nia­kami. Jed­nak zdziwi się ten, kto po­myś­lał, że je­ste­śmy do sie­bie po­dobni jak dwie kro­ple wody. U nas to zu­peł­nie nie działa. Je­ste­śmy kom­plet­nie różni. Po­cząwszy od ko­loru wło­sów - ja mam my­sie, a An­tek ciemne jak smoła - a skoń­czyw­szy na cha­rak­te­rze. Mama mówi, że je­ste­śmy jak dwa prze­ciwne bie­guny. Co­kol­wiek to ozna­cza. Cho­ciaż nie, tro­chę wiem, o co w tym cho­dzi. An­tek jest spo­koj­niej­szą po­łową na­szego du­etu, ja nie po­tra­fię zbyt długo usie­dzieć w jed­nym miej­scu. On dużo czyta, jest mi­strzem or­to­gra­fii, pi­sze na­wet wier­sze i opo­wia­da­nia, a ja uwiel­biam ma­te­ma­tykę. Fa­scy­nują mnie liczby i rów­na­nia. Dla­czego tak bar­dzo się róż­nimy? Po­noć dla­tego, że je­ste­śmy bliź­nię­tami dwu­ja­jo­wymi. Myś­lę, że to bar­dzo do­brze. Gdy­by­śmy byli tacy sami, to wia­łoby straszną nudą. A tak co­dzien­nie coś się dzieje.

- Z wami to wiecz­nie coś, jak nie urok, to prze­marsz wojsk - po­wta­rza ciągle ze śmie­chem na­sza bab­cia.

Ona wie, co mówi. W końcu to wła­śnie bab­cia zna nas naj­le­piej na świe­cie. Spę­dza z nami czas, kiedy ro­dzice są w pracy. A pra­cują dużo i o róż­nych po­rach dnia i nocy. Mama jest me­nadżerem w miej­sco­wym ho­telu, a tata stra­ża­kiem. Żar­tują so­bie, że tak na­prawdę to ro­bią wła­ści­wie to samo. Mama gasi po­żary w pracy, czyli roz­wią­zuje sy­tua­cje awa­ryjne i pil­nuje, by wszystko dzia­łało jak w szwaj­car­skim ze­garku, a tata gasi pożary praw­dziwe. Do tego za­równo mama, jak i tata, na­wet gdy skoń­czą swoją zmianę, i tak mu­szą mieć rękę na pul­sie. A do­kład­nie na te­le­fo­nie. Jak to się mówi, mu­szą być dys­po­zy­cyjni. I są. Na szczę­ście miesz­kają z nami dzia­dek i bab­cia. Dzięki temu ja i An­tek ni­gdy nie wra­camy po szkole do pu­stego domu jak wielu na­szych ko­le­gów.

Miesz­kamy w du­żym, dwu­pię­tro­wym domu z ogrom­nia­stym ogro­dem. Uwiel­biam nasz ogród. Zwłasz­cza tę część, którą po­ra­stają drzewa. To wła­śnie tam znaj­duje się na­sza baza - moja, Antka, Kuby i Asa. O Ku­bie i Asie opo­wiem wam za mo­ment. Wcze­śniej mu­si­cie po­znać hi­sto­rię na­szej bazy.

Kie­dyś wcale nie była bazą. Była cał­kiem zwy­czaj­nym dom­kiem na drze­wie. Cho­ciaż nie. W su­mie to ni­gdy nie był zwy­czajny do­mek. Prawdę mó­wiąc, to naj­ład­niej­szy do­mek na drze­wie, jaki w ży­ciu wi­dzia­łam. Ma czer­wony dach i okien­nice, brą­zową ele­wa­cję i cał­kiem spory ta­ras. Tata z dziad­kiem wy­bu­do­wali nasz do­mek, gdy An­tek i ja mie­li­śmy ze trzy albo cztery lata. Wtedy mo­gli­śmy się w nim ba­wić tylko pod opieką taty. Tata do­sta­wiał wów­czas do domku dra­binę i po­ma­gał nam wcho­dzić na górę, a na dół zjeż­dża­li­śmy po zjeż­dżalni. Pod ta­ra­sem wi­siały na sznur­kach opony, na któ­rych się huś­ta­li­śmy.

Dziś już nie po­trze­bu­jemy spe­cjal­nego po­zwo­le­nia. Do­mek na drze­wie jest na­szą wy­łączną wła­sno­ścią. Uro­czy­ste prze­ka­za­nie na­stąpiło w na­sze ósme uro­dziny. Co to był za dzień!

Tuż przed uro­dzi­nami spę­dzi­li­śmy z bra­tem dwa dni u cioci Ani, sio­stry mamy. Prze­czu­wa­li­śmy, że ro­dzice szy­kują dla nas nie­spo­dziankę. Jako że za­wsze by­łam bar­dziej cie­kaw­ska od Antka, pró­bo­wa­łam wy­py­tać cio­cię, co też się kroi. Ale ona nie pu­ściła pary z ust.

- Ro­dzice wy­je­chali na week­end - tłu­ma­czyła nie­ja­sno, choć obie wie­dzia­ły­śmy, że to blef.

- Dokąd? - wier­ci­łam cioci dziurę w brzu­chu.

- Hmm... Nie wiem do­kład­nie. Chyba... yyy... tak, chyba po­je­chali w góry.

- Które? - Nie da­wa­łam się zbyć. Wy­raź­nie czu­łam, że cio­cia zmyś­la.

- Zdaje się, że w Biesz­czady.

- Wąt­pię. Mama nie lubi Biesz­cza­dów. Mówi, że tam jest za dużo niedź­wie­dzi i wil­ków.

- To może coś po­my­li­łam. Może... yyy... po­je­chali w ­Ta­try?

- Cio­ciu, coś krę­cisz.

- Na­zy­wasz mnie kłam­czu­chą? Ja ci za­raz po­każę. - Cio­cia zła­pała po­duszkę i rzu­ciła nią we mnie, za­śmie­wa­jąc się w głos.

- Wojna na po­duszki! - An­tek pod­chwy­cił te­mat i za­brał ko­lejną po­du­chę.

Za mo­ment sa­lon wy­glą­dał jak po­bo­jo­wis­ko. A ja w fer­wo­rze walki na pióra od­pu­ści­łam cioci, choć by­łam pewna, że ro­dzice wcale nie wy­je­chali. W każ­dym ra­zie nie w góry. Gdyby rze­czy­wi­ście za­pla­no­wali wy­jazd, to my zo­stali­by­śmy w domu pod opieką dziad­ków. Jak zwyk­le. No i się nie po­my­li­łam. Ma się ten de­tek­ty­wi­styczny nos...

Kiedy wró­ci­li­śmy do domu, cze­kała na nas wspa­niała nie­spo­dzianka. W ogro­dzie ze­brała się cała ro­dzina. Wszędzie wi­siały ba­lony, lampki i ko­lo­rowe ko­kardy. Mię­dzy drze­wami stał stół, a na nim tort. Był do­prawdy wy­jąt­kowy - w kształ­cie domku. Zdzi­wiło mnie tylko, że nasz praw­dziwy do­mek, ten na drze­wie, osło­nięto ja­kimś ma­te­ria­łem.

- Tato, dla­czego za­sło­ni­łeś do­mek? - za­gad­nę­łam za­cie­ka­wiona.

Ale tata tylko się uśmiech­nął i od­parł:

- Wszystko w swoim cza­sie, Po­leńko. Naj­pierw tort.

Szybko za­po­mnia­łam o domku, bo tort sma­ko­wał tak, jak wy­glą­dał. Był prze­pyszny. Trus­kaw­kowo-wa­ni­liowy, z ta­ra­sem z mlecz­nej cze­ko­lady. Mniam.

- Uwaga! Uwaga! - za­wo­łał wresz­cie tata i pod­szedł do płachty.

Jego mina zdra­dzała, że jest bar­dzo pod­eks­cy­to­wany. I mnie się to udzie­liło. Zer­k­nę­łam na Antka. On też wy­glą­dał na za­in­try­go­wa­nego.

- Ta­daam! - wy­krzyk­nął tata i po­cią­gnął za ma­te­riał.

Płachta za­fa­lo­wała jak ża­giel, a po­tem opa­dła na trawę. Na­szym oczom uka­zał się... do­mek na drze­wie.

- Ooooo! - Oczy Antka zro­biły się wiel­kie jak spodki. - Ale czad!

I po­wiem wam: to był czad. Do­mek niby ten sam, a cał­kiem, ale to cał­kiem inny. Zjeż­dżal­nię za­stą­pił błysz­czący słup stra­żac­ki. Pod ta­ra­sem za­miast opon wi­siały dwa ha­maki, zie­lony i czer­wony. Obok nich dyn­dała dra­binka sznur­kowa.

Tego dnia tata za­mo­co­wał też drew­nianą dra­binę. Tym ra­zem już na stałe.

- Od dziś - po­wie­dział uro­czy­ście - to wa­sza baza.

Po­czu­łam się bar­dzo do­roś­le. An­tek chyba też. Do tego wi­dzia­łam, jak ukrad­kiem prze­ciera oczy. Kiedy oka­zało się, że do­mek prze­szedł rów­nież mo­der­ni­za­cję wewnątrz, to ska­ka­łam z ra­do­ści.

Przede wszyst­kim tata za­in­sta­lo­wał nam świa­tło, że­by­śmy mo­gli spę­dzać w ba­zie wie­czory. Poza tym wspól­nie z dziad­kiem wtasz­czyli na górę wielką za­my­kaną skrzynię. Nie py­taj­cie mnie, jak to zro­bili - ale myś­lę, że bez dźwigu się nie obe­szło. Skrzy­nia służy nam za stół oraz scho­wek na prze­różne rze­czy. Mamy też sie­dzis­ka i półki. I mu­szę wam po­wie­dzieć, że choć do­sta­li­śmy wtedy wiele pre­zen­tów, to "stary nowy" do­mek był tym naj­lep­szym.

Ja­kiś czas póź­niej do­mek zys­kał ko­lejną dra­binę. Dłu­ga­śną, prze­rzu­coną przez płot i łą­czącą dwa po­dwórka - na­sze i Kuby. Stoi tak do­kład­nie od dnia, w któ­rym wspól­nie z Kubą po­sta­no­wi­li­śmy za­ło­żyć agen­cję de­tek­ty­wi­styczną.

Kuba cho­dzi ra­zem z nami do klasy. Jest na­szym naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. No i, jak już wspo­mnia­łam, mieszka po są­siedzku. Czę­sto używa się ta­kiego po­wie­dzonka, że dziec­ko wy­ssało coś z mle­kiem matki. O Ku­bie nie można tego po­wie­dzieć. On swo­jej mamy zu­peł­nie nie pamięta. To zna­czy wie, jak wy­glą­dała, ma jej zdję­cia, ale tylko tyle. Wy­cho­wuje go tata. I to po nim Kuba odzie­dzi­czył zdol­no­ści ana­li­tyczne. Jego tata jest in­for­ma­ty­kiem i całe dnie szuka błę­dów i dziur w sys­te­mach. Kuba rów­nież jest mi­strzem kom­pu­te­rów. Na in­for­ma­tyce nie ma so­bie rów­nych. A cał­kiem nie­dawno oka­zało się, że ma też w so­bie zmysł śled­czego. Może uda mu się w przy­szło­ści po­łą­czyć te zdol­no­ści i zo­sta­nie słyn­nym de­tek­ty­wem od cy­ber­prze­stęp­czo­ści? Kto wie... Na ra­zie je­ste­śmy wspól­ni­kami na tro­pie za­ga­dek do­ty­czą­cych miesz­kań­ców na­szego mia­steczka.

Rozdział 2

Nasze biuro de­tek­ty­wi­styczne działa od roku. Do­kład­nie 17 marca nad drzwiami bazy za­wi­sła ta­bliczka. I nie był to przy­pa­dek. Co to, to nie. Biuro po­wstało z po­trzeby. Oka­zało się, że w na­szym mieście bra­ko­wało kogoś, kto miałby oko na sprawy mieszkańców. Do­szliśmy do ta­kiego wnios­ku po wi­zy­cie na ko­mi­sa­ria­cie, kiedy to mieliśmy okazję po­znać osobiście pana po­ste­run­ko­wego. Pew­nie te­raz pomyśleliście, że coś prze­skro­baliśmy i zo­staliśmy aresz­to­wani. Nic z tych rze­czy. Ko­mi­sa­riat od­wie­dziliśmy w ra­mach wy­cieczki szkol­nej, którą za­fun­do­wała nam na­sza wy­cho­waw­czyni, pani Stękała. A równo­cześnie so­bie za­fun­do­wała traumę. Muszę przy­znać, że to dość za­bawna przy­goda i do dziś się z niej śmie­jemy. Nie z pani Stękały, tylko z przy­gody, oczywiście.

- Wio­sna to pora wzmo­żo­nych wy­pad­ków - tłu­ma­czyła nam wy­cho­waw­czyni dzień przed wi­zytą na po­ste­runku. - Robi się cie­pło, sło­necz­nie i dzieci bez nad­zoru wy­sy­pują się na ulice. Ro­zu­mie­cie?

- Nie­eespe­cja­aaal­nie - stwier­dził Kuba, prze­cią­gając samo­głos­ki.

- Cho­dzi o to, że do­bra po­goda sprzyja spa­ce­rom.

- To fakt - zgo­dzi­łam się z pa­nią.

- A spa­cery sprzy­jają... hmm... - Pani Stę­kała się za­wa­hała.

- Wy­pad­kom? - spy­tał ktoś z końca klasy.

- Po­nie­kąd - po­tak­nęła wy­cho­waw­czyni.

- Zna­czy, że mamy nie wy­cho­dzić na spa­cer? - pa­dło ko­lejne py­ta­nie.

W tej chwili pani Stę­kała wyglądała, jakby po­łknęła mu­chę. Sporą mu­chę.

- Nie! Ależ skąd! - Sta­rała się ra­to­wać sy­tu­ację. - Chcę tylko po­wie­dzieć, że... hmm... Po­cze­kaj­cie, spró­buję jesz­cze raz, od po­czątku.

Pani Stę­kała wzięła głę­boki od­dech, jakby miała wy­re­cy­to­wać ar­cy­dzieło przed wy­peł­nioną po brzegi wi­dow­nią te­atru, od­chrząk­nęła i za­częła z prze­ję­ciem na twa­rzy:

- Ekhm! Wy­cho­dząc z domu, dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa mu­si­cie trzy­mać się kilku za­sad. Tym bar­dziej że po­ru­sza­cie się po uli­cach bez opieki do­ro­słych.

- Ale pro­szę pani! - obu­rzy­łam się. - My już dawno nie cho­dzimy z ma­mu­sią za rękę.

- Wiem, Polu. Dla­tego zna­jo­mość tych za­sad jest bar­dzo ważna. I dla­tego mam dla was nie­spo­dziankę.

- Hurrra! - wrza­snęliśmy chó­rem.

- Trzeba było tak od razu - za­uwa­żył Kuba.

- Ju­tro od­wie­dzimy nasz miej­scowy ko­mi­sa­riat - cią­gnęła wy­cho­waw­czyni. - To bę­dzie dla was cenna lek­cja. Nie dość, że po­zna­cie za­sady bez­pie­czeń­stwa na dro­dze, to jesz­cze przy oka­zji pan po­ste­run­kowy opo­wie wam, na czym po­lega praca w po­li­cji. Zo­ba­czy­cie też, gdzie tra­fiają ło­buzy, które są z pra­wem na ba­kier.

- Zo­ba­czymy areszt? - An­tek aż wstał z miej­sca.

- Mhm! Zo­ba­czy­cie cały po­ste­ru­nek.

Nie mo­gli­śmy się do­cze­kać. Zwłasz­cza chło­paki. Jed­nak w naj­śmiel­szych snach nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że to bę­dzie pa­miętna wy­cieczka. O wszyst­kim zde­cy­do­wał dziwny przy­pa­dek. I to do­słow­nie. Za­raz zro­zu­mie­cie, co mam na my­śli.

Rozdział 3

Gdy we­szliśmy do bu­dynku, było tam ci­cho jak ma­kiem za­siał. My też za­cho­wy­wa­li­śmy się nad­zwy­czaj spo­koj­nie. Ro­zu­mie­cie, chcie­li­śmy wyjść na kul­tu­ral­nych. W końcu nie był to plac za­baw czy park roz­rywki. Stło­czy­li­śmy się na środku nie­wiel­kiego, skrom­nie ume­blo­wa­nego po­miesz­cze­nia, które wy­glądało jak żyw­cem wy­jęte z filmu o kow­bo­jach na Dzi­kim Za­cho­dzie. Pod oknem znaj­do­wało się biurko za­wa­lone tecz­kami. Obok nich stały spory czer­wony te­le­fon sta­cjo­narny z mnó­stwem gu­zi­ków i po­obi­jany bla­szany ku­bek z uchem. O ścianę za biur­kiem opie­rał się me­ta­lowy re­gał za­mknięty na kłódkę, a przy nim wi­siała ta­blica z ha­czy­kami na klu­cze. O dziwo, bez klu­czy. Była zu­peł­nie pu­sta.

W fil­mach nie­mal za­wsze przy biurku sie­dział gru­baśny, ły­sawy sze­ryf z wielką, świe­cącą gwiazdą na ka­mi­zelce i re­wol­we­rem w ka­bu­rze przy pas­ku, tu jed­nak krze­sło świe­ciło pustką. A ra­czej mocno prze­tar­tym sie­dzis­kiem z wys­ku­ba­nymi gdzie­nie­gdzie nit­kami. Na lewo od biurka znaj­do­wało się dwoje drzwi. Jedne otwarte na oścież, dru­gie za­mknięte. Pani Stę­kała miała dość nie­tęgą minę. Chyba spo­dzie­wała się ja­kie­goś po­wi­ta­nia. Zer­k­nęła na prawo, na lewo, a tu ani żywego du­cha. W su­mie to na­wet mar­twego du­cha nie było.

Na­gle ci­szę prze­rwało prze­raź­liwe chrap­nię­cie.

Chrrr!!! Ziu­uuu!

A po nim ko­lejne i ko­lejne. Za mo­ment w ca­łym po­miesz­cze­niu dud­niło, jakby nad­jeż­dżała ogromna lo­ko­mo­tywa z ty­sią­cem wa­go­nów to­wa­ro­wych.

Chrrr!!! Ziu­uuu! Chrrr!!! Ziu­uuu! Chrrr!!! Ziu­uuu!

- Halo! - krzyk­nęła wy­cho­waw­czyni. - Halo! Jest tu ktoś? Dzień do­bry!

Je­śli li­czyła na ja­kąś od­po­wiedź, to się prze­li­czyła. Po­de­szła do drzwi, tych otwar­tych, zza któ­rych do­bie­gało chra­pa­nie. My za nią. Komu udało się za­gląd­nąć do środka, ten uj­rzał nie­za­po­mniany wi­dok.

Na­szym oczom uka­zała się dzi­waczna prze­groda. Od su­fitu po pod­łogę cią­gnęły się me­ta­lowe pręty. Za nimi pod ma­łym za­kra­to­wa­nym oknem stała ko­zetka, bar­dzo przy­po­mi­na­jąca tę z ga­bi­netu szkol­nej pie­lę­gniarki. A na ko­zetce pod sza­rym ple­dem drze­mał chra­piący gło­śno jego­mość.

- To areszt - szep­nął Kuba, za­sła­nia­jąc dło­nią usta.

- I wię­zień - do­dał z prze­ra­że­niem An­tek.

- On jest otwarty! - wy­krzyk­nęła pani Stę­kała. - Cof­nij­cie się! Prędko!

Do­piero te­raz za­uwa­ży­łam, że me­ta­lowa prze­groda ma uchy­lone drzwi. A ra­czej coś na kształt furtki. Po­słusz­nie zro­bi­łam krok w tył. Wszy­scy zro­bi­li­śmy. Prze­stra­szeni wpa­try­wa­li­śmy się to w lukę, to w ko­zetkę. Ale wy­cho­waw­czyni wy­ka­zała się nie lada re­flek­sem. Do­sko­czyła do prze­grody i pac­nęła drzwiami, aż za­trzę­sły się mury. Na szczę­ście tyle wy­star­czyło. Coś klik­nęło, pik­nęło i w miej­scu, gdzie był za­mek, po­ja­wiła się czer­wona lampka. Oka­zało się, że drzwi były wy­po­sa­żone w auto­ma­tyczny za­mek. Taki me­cha­nizm jak w furt­kach z domo­fo­nem. Tym sa­mym wię­zień zo­stał uwię­ziony.

- Hur­raa! - wrza­snę­li­śmy.

Ja z wy­raźną ulgą, ale na twa­rzach wielu ko­le­gów ma­lo­wała się eks­cy­ta­cja. Nasz okrzyk obu­dził śpią­cego, który ze­rwał się na równe nogi. Pled wy­lą­do­wał na pod­ło­dze, a męż­czy­zna za­czął błądzić po nas strasz­nie nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

W ogóle wy­glą­dał strasz­nie. Ja­sne, rzad­kie włosy ster­czały mu na wszyst­kie strony, oczy miał prze­krwione, a jego ko­szulka z pew­no­ścią dawno nie wi­działa że­lazka.

- Co jest?! - krzyk­nął. - Co się dzieje?!

Do­padł do furtki, zła­pał za pręty i zaczął szar­pać z ca­łych sił.

- Co to za głu­pie żarty?! Otwie­rać! - Są­dząc po jego gło­sie, te­raz już nie był zdzi­wiony, ale wście­kły. - Na­tych­miast otwie­rać! Od­po­wie­cie za to, smar­ka­cze.

Wy­cho­waw­czyni wy­su­nęła się do przodu i roz­po­starła ra­miona ni­czym kwoka skrzy­dła.

- Spo­koj­nie - po­wie­działa. - Tylko spo­koj­nie.

Nie wiem, do kogo się zwra­cała: do sie­bie, do nas czy do więź­nia. W każ­dym ra­zie za­mil­kli­śmy wszy­scy.

Aresz­to­wany jakby do­piero ją zo­ba­czył. Mru­gnął kil­ka­krot­nie i wziął głę­boki od­dech.

- Pani Stę­kała? - spy­tał. - To pani, prawda?

- Skąd pan zna moje na­zwis­ko? - Na­uczy­cielka zmru­żyła oczy i wzięła się pod boki.

Kom­plet­nie nie mo­głam za­ła­pać, co się tu dzieje. Skąd prze­stępca znał pa­nią Stę­kałę? A może to jej dawny uczeń?

Ale pani Stę­kała znowu wy­ka­zała się otwartą głową.

- Pan po­ste­run­kowy? - spy­tała nie­pew­nie.

- A któżby inny? - od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie.

- Ale co pan robi w celi? I dla­czego nie ma pan mun­duru?

- Bo wy­la­łem na sie­bie kawę. I zdaje się, że to pani mnie tu za­mknęła.

- No, niby tak, ale...

Wy­cho­waw­czyni wy­glą­dała na nie­prze­ko­naną. Wtedy po­ste­run­kowy wy­jął z tyl­nej kie­szeni spodni le­gi­ty­mację. Prze­ło­żył ją mię­dzy prę­tami i wy­re­cy­to­wał:

- Po­ste­run­kowy Przy­pa­dek we wła­snej oso­bie.

- A to ci przy­pa­dek - od­parła ze śmie­chem pani Stę­kała. W lot zro­zu­miała jed­nak wtopę i szybko się po­pra­wiła: - Zna­czy... a to ci heca!

Przy­pa­dek - zgo­dzi­cie się ze mną, że to mało udane na­zwis­ko dla po­li­cjanta? A im dłu­żej przy­glą­da­łam się temu kon­kret­nemu Przy­pad­kowi, tym więk­sze mia­łam prze­ko­na­nie, że po­li­cjan­tem to on zo­stał wła­śnie przez przy­pa­dek. Był nieźle za­krę­cony.

- To co? Może czas mnie uwol­nić? - Pu­ścił oko do wy­cho­waw­czyni.

- Tak, tak, oczy­wi­ście - zgo­dziła się z nim. - Gdzie są klu­cze?

Po­ste­run­kowy Przy­pa­dek po­kle­pał się po kie­sze­niach, po czym zro­bił dziwną minę i po­kle­pał się raz jesz­cze, nieco bar­dziej ner­wowo.

- No pięk­nie - sap­nął.

- Co się stało?

- Gdzieś za­po­działy się klu­cze - wy­ja­śnił i dos­ko­czył do ko­zetki.

Spraw­dził na niej, pod nią, pod ple­dem. I nic. Klu­czy ni­g­dzie nie było.

- Za­po­działy SIĘ? - spy­tała pani Stę­kała, wy­raź­nie ak­cen­tu­jąc ostat­nie słowo.

- Prze­cież mó­wię - od­parł zmie­szany po­ste­run­kowy.

Sta­li­śmy w mil­cze­niu, przy­gląda­jąc się raz wy­cho­waw­czyni, raz Przy­pad­kowi. A oni, skon­ster­no­wani, pa­trzyli na sie­bie. Jak kow­boje przed po­je­dyn­kiem. Tyle że nie mieli w rę­kach broni. I pew­nie całe szczę­ście, bo mina pani ­Stę­kały nie wró­żyła nic do­brego.

Wtedy obok na­uczy­cielki sta­nął nasz kla­sowy ana­li­tyk, Kuba.

- Pa­nie po­ste­run­kowy, pro­szę so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostatni raz uży­wał pan klu­czy.

- No... ten... chyba... no tak, otwo­rzy­łem nimi celę, żeby uciąć so­bie drzemkę.

- Drzemkę? Na po­ste­runku? - we­szła mu w słowo pani Stękała z przy­ganą w gło­sie. - Ładne rze­czy się tu wy­pra­wia.

- Pro­szę tak na mnie nie pa­trzeć - bro­nił się nie­szczę­śnik, nie­za­słu­że­nie osa­dzony w aresz­cie. - To nie moja wina. Przy­sze­dłem do pracy na szó­stą. Nic się nie działo. Nuda. Spo­kój był taki, że tro­chę mnie zmo­gło.

- Do­brze już, do­brze. - Wy­cho­waw­czyni mach­nęła ręką. - Niech pan le­piej po­wie, co z tymi klu­czami.

- Jak mó­wi­łem, naj­pierw otwo­rzy­łem celę. Po­tem... - Po­ste­run­kowy po­dra­pał się po roz­wi­chrzo­nej fry­zu­rze. - Już wiem, po­sze­dłem do to­a­lety!

- Antku - po­pro­siła pani Stę­kała - spraw­dzisz, czy leżą tam klu­cze?

Mój bliź­niak wy­piął pierś, jakby zo­stał od­de­le­go­wany na tajną mi­sję. Prędko udał się do je­dy­nego jesz­cze nie­od­kry­tego przez nas po­miesz­cze­nia, które - jak wy­de­du­ko­wał - mu­siało być to­a­letą.

- Nic tu nie ma! - wy­krzyk­nął po chwili. - Zna­czy: żad­nych klu­czy!

- Co było da­lej, pa­nie po­ste­run­kowy? - Wy­cho­waw­czyni we­szła w rolę śled­czego.

- Mam opo­wie­dzieć, co ro­bi­łem w to­a­le­cie? - zdzi­wił się.

- W żad­nym ra­zie! - za­opo­no­wała pani Stę­kała. - Po wyj­ściu.

- No to ten... ode­bra­łem te­le­fon. Dzwo­nił ko­men­dant, żeby mi przy­po­mnieć o wa­szej wi­zy­cie. A nie mu­siał. Se­rio. Sam prze­cież pa­mię­ta­łem.

- O, wła­śnie! - pod­chwy­ciła na­uczy­cielka. - Może za­dzwo­nimy po ko­men­danta? Może on znaj­dzie roz­wią­za­nie?

- Ab... ab... ab... ab­so­lut­nie! - Po­ste­run­kowy za­czął się jąkać. - Tylko nie po ko­men­danta! On... on... on jest na ry­bach. Ma urlop. Nie mo­żemy mu prze­szka­dzać.

Pan Przy­pa­dek naj­pierw zbladł, a po chwili zro­bił się zie­lony jak ściany w aresz­cie. Nie­trudno było się do­my­ślić, że nie o urlop ko­men­danta mu cho­dzi. Ra­czej bał się spo­tka­nia z prze­ło­żo­nym.

- To może za­dzwo­nimy po ślu­sa­rza? - za­pro­po­no­wał Kuba.

Tym ra­zem wzię­łam sprawy w swoje ręce. Skoro po­ste­run­kowy ko­rzy­stał z te­le­fonu, to cał­kiem prawdo­po­dobne, że klu­cze leżą na jego biurku, po­myś­la­łam. Po­de­szłam do blatu i przyj­rza­łam mu się do­kład­nie, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Nie­stety, klu­czy ni­g­dzie nie było. Zer­k­nę­łam pod krze­sło, pod biurko... I wtedy mnie olśniło.

Je­śli me­cha­nizm w drzwiach celi był po­dobny do tego przy furt­kach, to chyba można było go rów­nież otwo­rzyć bez klu­cza. My furtkę otwie­ramy z domu, uży­wa­jąc gu­ziczka do­mo­fonu. Jesz­cze raz obej­rza­łam biurko. Bingo! Pod bla­tem znaj­do­wały się dwa nie­wiel­kie przy­cis­ki, czer­wony i czarny. Oba pod­pi­sane. Na czer­wo­nym wid­niało słowo "ALARM", a na czar­nym, jak wół, "CELA".

Oj, pa­nie po­ste­run­kowy Przy­pa­dek - po­myś­la­łam - śred­nio u pana z de­duk­cją.

- Vo­ila! - za­wo­ła­łam i wci­snę­łam czarny gu­zik.

Wie­dzia­łam, co się wy­da­rzy. Nie mo­gło być ina­czej.

Piii!

Ode­zwał się me­cha­nizm przy drzwiach celi, czer­wone świa­tełko przy zamku zga­sło, za­stą­piła je lampka zie­lona, a po­ste­run­kowy, na­dal oparty o drzwi, wy­lą­do­wał pod no­gami pani Stę­kały.

- Świet­nie, Pola! - po­wie­dział z uśmie­chem Kuba.

Cała klasa za­częła bić brawo.

- Ma się ten zmysł de­tek­tywa - od­par­łam, uda­jąc skrom­ność.

Prawda jest taka, że roz­pie­rała mnie duma. Mia­łam ogromną sa­tys­fak­cję, że udało mi się uwol­nić po­ste­run­ko­wego bez klu­czy. Zwłasz­cza że to ra­czej on po­wi­nien wpaść na ten, wy­da­wa­łoby się, naj­prost­szy po­mysł. I do­kład­nie wtedy po raz pierw­szy za­świ­tała mi myśl, że po­ste­run­kowy po­trze­buje fa­cho­wej po­mocy. Miesz­kańcy jej po­trze­bują. Zro­zu­mia­łam, że w mie­ście bra­kuje praw­dzi­wego de­tek­tywa.

Te­raz mo­gła­bym na­pi­sać, że wszystko do­brze się skoń­czyło. Tylko że to nie był ko­niec. Naj­lep­sze było do­piero przed nami.

Rozdział 4

Pan po­ste­run­kowy prędko od­zys­kał fa­son. Przy­gła­dził włosy, wcisnął ko­szulkę w spodnie. Chyba wciągnął także brzuch i wy­pro­sto­wał się jak struna.

- No to tak. Ekhm! - Od­chrząk­nął gło­śno i prze­mó­wił pew­nym sie­bie gło­sem: - Może za­czniemy jesz­cze raz. Na­zy­wam się po­ste­run­kowy Przy­pa­dek i je­stem go­spo­da­rzem na tym po­ste­runku.

- Zna­czy, że pan tu rzą­dzi? - spy­tał ktoś z klasy. Chyba Ma­ciek.

- Tak można by to ująć, młody czło­wieku.

- Przy­naj­mniej do­póki ko­men­dant nie wróci z po­łowu - za­śmiał się Da­wid.

- A wie­cie, że to nie­ład­nie na­igry­wać się z po­li­cji? - Przy­pa­dek po­gro­ził Da­wi­dowi pal­cem, ale jego mina zdra­dzała, że to ra­czej miał być żar­cik.

- Wiemy, wiemy - od­parł Da­wid. - Nie ma się zresztą o co bo­czyć. Każdy ma ja­kie­goś szefa. No nie?

- Tak. To prawda. Ale na ra­zie po­ste­ru­nek jest pod moją opieką. A to ozna­cza - Przy­pa­dek non­sza­lanc­ko oparł się dolną czę­ścią ple­ców o biurko i za­ło­żył ręce na piersi - że od­po­wia­dam za to mia­sto. I za was. Dla­tego się tu dzi­siaj spo­tka­li­śmy.

- Pa­nie po­ste­run­kowy, a ilu za­mknął pan zło­czyń­ców w tej celi? - prze­rwała mu Marta.

- Wielu. - Po­ste­run­kowy wy­prę­żył się jesz­cze bar­dziej. - Bar­dzo wielu.

- A ilu zdo­łał pan po­tem wy­pu­ścić? - spy­tał Da­wid.

- Nie ro­zu­miem... - za­wa­hał się Przy­pa­dek.

- No... za­sta­na­wiam się, ile razy zgu­bił pan klucz, kiedy prze­stępca miał wyjść na wol­ność.

- Tra­fił się nam żar­tow­niś? - Po­ste­run­kowy odpiął od pa­ska kaj­danki i za­czął krę­cić nimi na palcu jak ma­łym hula-ho­opem. - To może bę­dziesz na tyle od­ważny i za­de­mon­stru­jemy, jak wy­gląda aresz­to­wa­nie?

- Pew­nie! - Oczy Da­wida roz­bły­sły.

- Cofnąć się pod ściany! - wrza­snął po­ste­run­kowy, obej­mu­jąc nas wzro­kiem. - Ale już!

Te­raz jego głos brzmiał wład­czo i do­no­śnie.

- Żar­tow­ni­siu, je­steś aresz­to­wany. Na ko­lana! Łapa do tyłu!

Da­wid po­słusz­nie ukląkł i po­dał po­ste­run­ko­wemu rękę, a ten, mu­szę przy­znać, dość spraw­nie za­ło­żył mu oczko kaj­da­nek.

- Druga łapa! - kon­ty­nu­ował Przy­pa­dek, a po­tem uniósł Da­wida za ra­mię i wy­re­cy­to­wał, jakby czy­tał z kartki: - Masz prawo do za­cho­wa­nia mil­cze­nia. Jeśli re­zy­gnu­jesz z tego prawa, wszystko, co od tej pory po­wiesz, może zo­stać użyte w są­dzie prze­ciwko to­bie. Masz prawo do ad­wo­kata i do jego obec­no­ści pod­czas prze­słu­cha­nia. Je­śli nie stać cię na praw­nika, przy­słu­guje ci obrońca z urzędu. Zro­zu­mia­łeś?

- Ja­sne.

Zna­łam tę re­gułkę. To było prawo Mi­randy, które po­wta­rza każdy po­li­cjant w ame­ry­kań­skim fil­mie kry­mi­nal­nym. I mimo że po­ste­run­kowy jak do­tąd nie wzbu­dził mo­jego za­ufa­nia, te­raz mu­sia­łam od­dać mu spra­wie­dli­wość. Wi­dzia­łam, że Da­wid był pod wra­że­niem. Zresztą cała klasa rów­nież.

I gdyby na tym Przy­pa­dek po­prze­stał, wszystko by­łoby do­brze. Ale on po­sta­no­wił do­dać do prawa Mi­randy wła­sne zda­nie.

- W tym mie­ście jest tylko je­den sze­ryf, żar­tow­ni­siu - po­wie­dział z dumą w gło­sie - i je­stem nim ja!

W tej chwili czar prysł. Przy­pa­dek znowu stra­cił u mnie punkty. Nie­mniej cała klasa oklas­ki­wała jego wy­czyn.

- Do celi z nim! - za­wo­łał Ma­ciek.

Po­ste­run­kowy po­ki­wał głową z apro­batą i od­pro­wa­dził Da­wida do celi. Za­trza­snął kratę jesz­cze głośniej niż wcze­śniej pani Stę­kała.

- No do­brze - ode­zwała się wresz­cie wy­cho­waw­czyni. - A te­raz pro­szę uwol­nić aresz­tanta, bo mu­simy wra­cać do szkoły. Nie­stety, dziś już ni­czego wię­cej nie zdą­żymy na­uczyć mło­dzieży.

- Tak szybko?

Pan po­ste­run­kowy wy­glą­dał na za­wie­dzio­nego. Chyba przy­go­to­wał dla nas jesz­cze inne atrak­cje. Zdaje się, że zu­peł­nie za­po­mniał, że to przez niego na­sza wy­cieczka na ko­mi­sa­riat nie prze­bie­gła zgod­nie z pla­nem.

- To może umó­wimy się na inny dzień? - do­dał szybko.

- Zo­ba­czymy - od­parła wy­mi­ja­jąco pani Stę­kała.

Przy­pa­dek ko­lejny raz po­kle­pał się po kie­sze­niach. A w na­stęp­nej se­kun­dzie z głu­chym łos­ko­tem pac­nął się dło­nią w czoło. Przy­po­mniał so­bie, że po­siał gdzieś klu­cze. Na­stęp­nie wci­snął przy­cisk pod bla­tem. Znowu pi­snęło, klik­nęło i Da­wid był wolny. Pra­wie. Na­dal bo­wiem miał na rę­kach kaj­danki. I na­raz z twa­rzy po­ste­run­ko­wego od­pły­nęła krew. Zro­bił się biały jak kreda, co nie uszło uwa­dze wy­cho­waw­czyni. Mo­jej rów­nież.

- Co się stało? - spy­tała z tro­ską pani Stę­kała.

- Nie... nie... zna­czy... mamy pro­blem - wy­ję­czał po­ste­run­kowy, wbi­ja­jąc oczy w pod­łogę.

- Co tym ra­zem?!

- No ja­sne! - wtrą­ci­łam. - Nie ma klu­czyka od kaj­da­nek.

- Słu­cham?! - Pani Stę­kała już nie si­liła się na uprzej­mość. - Czy pan osza­lał?!

- Ja... ja... Wszystko po­szło nie tak. - Po­ste­run­kowy pra­wie pła­kał.

Usiadł z im­pe­tem na krześ­le, aż zgrzytnęło, oparł łok­cie o blat biurka i scho­wał twarz w dło­niach. Na­wet zro­biło mi się go żal. Ku­bie chyba też.

- Więc wró­ci­li­śmy do sedna pro­blemu - po­wie­dział rze­czowo mój przy­ja­ciel. - Jesz­cze raz. Co pan do­kład­nie ro­bił? Po ko­lei.

- No, jak już mó­wi­łem, otwo­rzy­łem celę. Po­sze­dłem do to­a­lety, a po­tem... a po­tem za­dzwo­nił ko­men­dant. O! Już mam! Wrzu­ci­łem klu­cze do kie­szeni kurtki.

- A kurtkę? - spy­ta­łam, roz­glą­da­jąc się za ja­kimś wie­sza­kiem.

- A kurtkę, no, to nor­mal­nie, scho­wa­łem. - Wska­zał ręką na me­ta­lową szafkę za swo­imi ple­cami.

I wszystko stało się dla mnie ja­sne. Na szafce wi­siała za­trzas­kowa kłódka. Skoro po­ste­run­kowy nie miał przy so­bie żad­nego klu­cza, to wszyst­kie, także ten od kłódki, znaj­do­wały się w jego kurtce. A to ozna­czało ni mniej, ni wię­cej, że były za­mknięte w środku, w szafce.

- To rze­czy­wi­ście mamy pro­blem. - Po­krę­ci­łam głową. - Bez ślu­sa­rza się nie obej­dzie.

- Ale nie­fart. - Po­ste­run­kowy wes­tchnął i pra­wie szep­tem do­dał: - Ko­men­dant mnie za­bije.

At­mos­fera się zagęściła. Zro­biło się na­prawdę ner­wowo. Da­wid prze­stę­po­wał z nogi na nogę. Chyba nie było mu zbyt wy­god­nie. Przy­pa­dek go­rącz­kowo po­cie­rał skro­nie, a pani Stę­kała wpa­try­wała się w niego wy­cze­ku­jąco, jakby miał wy­do­być z po­cie­ra­nej głowy jakąś złotą myśl. Sko­ja­rzyło mi się to z dżi­nem za­mknię­tym w lam­pie. Ale dżin nie wy­szedł i nie ura­to­wał sy­tu­acji. Za to mój bliź­niak - tak. An­tek wy­ka­zał się nie lada spry­tem.

- Mam po­mysł! - za­ko­mu­ni­ko­wał, prze­ry­wa­jąc po­sępną ci­szę. - Za­dzwo­nię po tatę. On jest stra­ża­kiem. Ta­kie kłódki to dla niego pi­kuś.

- To bar­dzo do­bry plan - zgo­dził się Przy­pa­dek.

Tata zja­wił się w ciągu dzie­się­ciu mi­nut. Wy­po­sa­żony w no­życe do cię­cia me­talu raz-dwa upo­rał się z kłódką na szafce.

Nie­mal sły­chać było, jak z Przy­padka scho­dzi ci­śnie­nie. Gdyby dało się zwa­żyć ulgę, to ta, spa­da­jąc, mo­głaby zmiaż­dżyć mu stopy. Se­rio. Do­biegł do szafki, wy­szar­pał z niej kurtkę i wy­jął z kie­szeni pęk klu­czy.

- Je­steś wolny, żar­tow­ni­siu - po­wie­dział, wy­swo­ba­dza­jąc ręce Da­wida z kaj­da­nek. - Mam na­dzieję, że to pierw­szy i ostatni raz.

- Ja też. - Mój ko­lega uśmiech­nął się w od­po­wie­dzi i za­czął roz­ma­so­wy­wać nad­garstki. - Już ni­gdy bym tak nie chciał, sze­ry­fie.

- A wi­dzisz. Jed­nak ja­kaś na­uka z tego wy­płynęła - ucie­szył się po­ste­run­kowy.

Prędko po­że­gna­li­śmy się z pa­nem Przy­pad­kiem i wró­ci­li­śmy do szkoły. Tego dnia zo­stały nam jesz­cze dwie lek­cje. A ja już nie mo­głam do­cze­kać się wie­czoru. Mia­łam dla chło­pa­ków świetną pro­po­zy­cję.

Rozdział 5

Umó­wi­li­śmy się, jak zwy­kle, o osiem­na­stej w ba­zie na drze­wie. Lu­bi­łam - co ja mó­wię, na­dal lu­bię - te na­sze spo­tka­nia. Zwłasz­cza gdy w po­wie­trzu czuć było wio­snę i wie­czory zro­biły się cie­plej­sze i ja­śniej­sze. Tym ra­zem szcze­gól­nie za­le­żało mi na roz­mo­wie z chło­pa­kami, bo mia­łam dla nich pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia. W każ­dym ra­zie li­czy­łam, że na nią przy­staną.

- Jak wam się po­do­bał nasz po­ste­run­kowy? - za­ga­iłam.

- Cie­kawy przy­pa­dek. - An­tek się ro­ze­śmiał. - Na­zwis­ko ide­al­nie do niego pa­suje.

- Gdyby nie wasz tata - do­dał Kuba - to kto wie, ile ­Da­wid no­siłby te nie­szczę­sne kaj­danki. Może wró­ciłby w nich do szkoły? To do­piero by­łaby hi­sto­ria.

- Ale na szczę­ście ty się wy­ka­za­łeś. Obaj da­li­ście czadu. - Spoj­rza­łam na nich wy­mow­nie.

- Co masz na my­śli? - spy­tał mój bliź­niak.

- No jak to co? Ty po­pi­sa­łeś się lo­gicz­nym po­dej­ściem do pro­blemu, a Kuba prze­py­ty­wał po­ste­run­ko­wego jak za­wo­dowy śled­czy. Jakby pra­co­wał w FBI.

- Pola, ty też da­łaś radę - po­chwa­lił mnie Kuba. - Ten myk z przy­cis­kiem pierw­sza klasa. Jak na to wpa­dłaś?

- Zwy­czaj­nie. Wi­dzia­łam lampkę przy zamku i do­myś­li­łam się, że nie świe­ciła dla de­ko­ra­cji. A skoro lampka, to mu­siała być elek­tryka. A skoro elek­tryka, to lo­giczne, że z czymś ten za­mek mu­siał być po­łą­czony. Wy­star­czyło do­dać dwa do dwóch. Poza tym co­dzien­nie ko­rzy­stam z ­do­mo­fonu.

- Nie­zły z cie­bie de­tek­tyw - przy­znał Kuba.

- Chcia­łeś po­wie­dzieć, że nie­złe z nas trio. Ale to nie zmie­nia faktu, że po­ste­run­kowy to nam się tra­fił do bani. Wy­obra­ża­cie go so­bie, kiedy w mie­ście po­ja­wią się praw­dziwe pro­blemy?

- Oj, Pola, znam cię. Coś kom­bi­nu­jesz. - An­tek po­pa­trzył na mnie po­dejrz­li­wie.

- Pew­nie, że tak! Ja za­wsze coś kom­bi­nuję.

- To fakt - po­twier­dził Kuba. A po­tem wy­pa­lił: - Ale ja chyba cię roz­gry­złem.

- Ta­aak?

- Chcesz po­móc Przy­pad­kowi.

- Tra­fi­łeś w dy­chę. Z tą róż­nicą, że nie chcę, ale mu­szę. I wy rów­nież.

- Ale jak za­mie­rzasz to zro­bić? - Obaj wbili we mnie py­ta­jący wzrok.

- Po­win­ni­śmy otwo­rzyć agen­cję de­tek­ty­wi­styczną! - wy­krzyk­nę­łam na jed­nym od­de­chu.

- Pola... - za­czął An­tek, ale nie da­łam mu skoń­czyć.

- Cała na­sza trójka, jak nikt, ma nosa do za­ga­dek.

- W za­sa­dzie to masz ra­cję. - Kuba po­dra­pał się po no­sie. Za­wsze tak robi, gdy nad czymś in­ten­syw­nie my­śli. - Ale praca de­tek­ty­wów to od­po­wie­dzialne za­ję­cie. No i po­trzebny jest do tego sprzęt. Choćby taki pod­sta­wowy: lor­netki, apa­raty foto­gra­ficzne, ka­merki szpie­gow­skie, mi­kro­fony, krótko­fa­lówki. Sam nie wiem, co jesz­cze.

- To aku­rat nie pro­blem. Sprzęt można zor­ga­ni­zo­wać. - An­tek nie­spo­dzie­wa­nie mnie po­parł.

Mó­wię "nie­spo­dzie­wa­nie", bo ra­czej li­czy­łam na Kubę. An­tek zwy­kle jest bar­dziej za­cho­waw­czy. Ale mój po­mysł chyba mu się spodo­bał.

- Lor­netki mo­żemy po­ży­czyć od dziadka. Na pewno się zgo­dzi - ciągnął. - Mamy te­le­fony, a w nich jest tyle funk­cji, że mogą za­stą­pić nie­je­den ga­dżet de­tek­tywa. Ro­bią zdję­cia, mają dyk­ta­fony, ka­mery. A na resztę za­ro­bimy.

- Za­ro­bimy? - prych­nął Kuba. - Jak?

- Mo­żemy ko­sić są­sia­dom traw­niki, wy­pro­wa­dzać psy. Nie wiem, coś się wy­myśli.

- I mamy naj­waż­niej­sze - wtrą­ci­łam szybko, żeby Kuba nie zdą­żył. - Sie­dzibę.

Tak. Baza była ogrom­nym plu­sem. Wia­domo, że każde biuro po­winno mieć ad­res. Na­sze go miało - do­mek na drze­wie.

Długo jesz­cze dys­ku­to­wa­liśmy. Fi­nał był jed­nak taki, że 17 marca, kilka dni przed mo­imi uro­dzi­nami - mo­imi i Antka oczy­wi­ście - nad drzwiami domku po­ja­wiła się ta­bliczka z na­zwą biura. Tym sa­mym na­sza baza stała się agen­cją de­tek­ty­wi­styczną PAKA.

Te­raz pew­nie za­sta­na­wia­cie się, skąd taka na­zwa? No to słu­chaj­cie da­lej.

Rozdział 6

Z na­zwami za­wsze jest kło­pot. I pra­wie za­wsze wy­wo­łują kłót­nie w drużynie, bo je­den chce taką, a drugi owaką. Kuba na przy­kład chciał, żeby na­zwa na­szej agen­cji wiązała się z miej­scem sie­dziby. Miała brzmieć De­tek­tywi z Domku na Drze­wie. Ja uważałam, że jest znośna, ale zbyt długa. An­tek z ko­lei wy­sunął wnio­sek, że mo­gli­byśmy na­zywać się De­tek­tywi w Two­jej Spra­wie. To jed­nak nie po­do­bało się Ku­bie. Ja upie­ra­łam się, że na­zwa po­winna być krótka i chwy­tliwa, ła­twa do za­pamięta­nia, ale zu­peł­nie nie mia­łam na nią po­my­słu.

Osta­tecz­nie po­mógł nam As. To on nas po­go­dził. Ale, ale, wy jesz­cze nie po­zna­li­ście Asa. Ko­niecz­nie mu­szę ten błąd na­pra­wić, bo As jest ważnym człon­kiem na­szej za­łogi. To psi de­tek­tyw. Za­pew­niam was, że to szczera prawda. On tylko udaje nie­po­zor­nego kun­delka, który nic nie robi poza go­nie­niem wła­snego ogona. W rze­czy­wi­sto­ści jest naj­mą­drzej­szym psem na świe­cie. Nie prze­sa­dzam.

Jed­nak za­nim As z nami za­miesz­kał, długo mu­sie­li­śmy prze­ko­ny­wać ro­dzi­ców do psa. Oj, bar­dzo długo. Sami wie­cie, że gdy do­ro­śli się uprą, wy­myś­lają setki po­wo­dów, by po­przeć swoje zda­nie.

- Pies to nie tylko przy­jem­ność. To w grun­cie rze­czy ol­brzy­mia od­po­wie­dzial­ność - tłu­ma­czył tata. - Trzeba pa­mię­tać o wielu rze­czach: kar­mie­niu, ką­pa­niu, my­ciu zę­bów, wi­zy­tach u we­te­ry­na­rza. No i spa­ce­rach. Na­leży go wy­pro­wa­dzać kilka razy dzien­nie.

Ale my by­li­śmy rów­nie uparci. I mieliśmy w za­na­drzu parę do­brych ar­gu­men­tów. Nie­stety do ro­dzi­ców ża­den z nich nie prze­mó­wił. Ani ten, że pies daje bez­pie­czeń­stwo, ani ten, że uczy od­po­wie­dzial­no­ści. Do­piero gdy się­gnę­li­śmy po ar­gu­ment ko­ronny, że ad­op­tu­jąc psa, można po­da­ro­wać mu lep­szy los, coś się zmie­niło. Ro­dzice za­częli roz­wa­żać wi­zytę w schro­nis­ku.

- Tylko się nie na­sta­wiaj­cie - pod­kreś­lała mama w dro­dze do naj­bliż­szego przy­tu­lis­ka. - Nie ad­op­tu­jemy psa od ręki. Dziś je­dziemy, żeby się ro­ze­znać.

Pod­czas gdy ro­dzice roz­ma­wiali z pra­cow­ni­kiem schro­nis­ka, my z Ant­kiem we­szli­śmy między klatki. Mu­szę przy­znać, że to miej­sce zro­biło na mnie przy­tła­cza­jące wra­że­nie. Tyle bok­sów, tyle zwie­rząt, które przez kraty wy­pa­try­wały swo­jej ro­dziny. Cze­kały na dom. To nie był przy­jemny wi­dok. Nie­które psy ża­ło­śnie po­pis­ki­wały, inne szcze­kały, by zwró­cić naszą uwagę. Tylko je­den sie­dział ze zwie­szo­nym łeb­kiem, jakby zu­peł­nie stra­cił na­dzieję. Tak wła­śnie wtedy po­myś­la­łam. Czym prę­dzej ukuc­nę­łam przy jego bok­sie, a za mo­ment to samo zro­bił An­tek.

Pie­sek był ma­lutki. Przy­po­mi­nał czarny mo­tek wełny cze­san­ko­wej, z ja­kiej bab­cia robi koce. Tylko ten mo­tek miał dwa smutne oczka. Ta­kie błysz­czące, jakby pła­kał. Myś­lę, że już wtedy skradł na­sze serca.

- To As - po­in­for­mo­wał jego opie­kun, który pod­szedł do nas wraz z ro­dzi­cami.

- Dla­czego się tu­taj zna­lazł? - spy­ta­łam.

- Pra­wie za każ­dym z tych psia­ków stoi ja­kaś smutna hi­sto­ria - od­parł opie­kun - ale As prze­szedł bar­dzo wiele. Zo­stał zna­le­ziony w le­sie. Ktoś uwią­zał go sznur­kiem do drzewa i zo­sta­wił. Był wyziębiony, od­wod­niony. Na­prawdę było z nim kru­cho. Pro­sto z lasu tra­fił pod kro­plówki. We­te­ry­narz mó­wił, że nie­wiele bra­ko­wało, a... ech... szkoda ga­dać. Na szczę­ście udało się go ura­to­wać. Zna­czy jego zdro­wie. Te­raz wal­czymy o jego du­cha. Mu­simy prze­ko­nać Asa, że może za­ufać czło­wie­kowi. Ale to bar­dzo trudne za­da­nie, wy­ma­ga­jące dużo czasu i cier­pli­wo­ści.

- Kim trzeba być, żeby zro­bić coś ta­kiego?! - obu­rzył się tata.

- Biedne ma­leń­stwo - do­dała szep­tem mama.

- As! - za­wo­ła­łam ła­god­nie. - As­ku! Chodź, pie­siu!

- Nie przyj­dzie. Boi się lu­dzi. Tak się dzieje, kiedy zwie­rzaka ktoś bar­dzo skrzyw­dzi - wy­tłu­ma­czył opie­kun.

Ale As po­sta­no­wił go zas­ko­czyć. Nas rów­nież.

- Chodź, As­ku - po­wtó­rzy­łam, wy­cią­ga­jąc do niego rękę przez kratę. - Nic ci nie grozi.

Naj­pierw pod­niósł łe­bek, za­strzygł uszami i za­czął mi się bacz­nie przy­glą­dać. Wresz­cie pod­niósł się i zro­bił kilka nie­pew­nych kro­ków w moją stronę.

- No chodź, ma­leńki - za­chę­ca­łam.

Pie­sek za­wa­hał się i przy­cup­nął. Jego ogo­nek jed­nak zdra­dzał za­in­te­re­so­wa­nie. Może i nie mer­dał ja­koś ener­gicz­nie, ale mer­dał. A to był do­bry znak.

- No, ma­lutki, chodź do nas - po­wta­rza­łam raz po raz.

As po­now­nie ru­szył do przodu i za­trzy­mał się tuż obok mo­jej ręki. Nie­mal do­ty­kał mo­ich pal­ców. Ostroż­nie, żeby go nie wy­stra­szyć, pod­ło­ży­łam mu dłoń pod no­sek. Po­zwo­li­łam ją ob­wą­chać. Gdzieś czy­ta­łam, że to wła­ściwe za­cho­wa­nie, gdy pies nas nie zna. A on w od­po­wie­dzi wy­su­nął z pyszczka ró­żowy ję­zyk i za­czął ją li­zać. Wyciągnę­łam ku niemu drugą rękę. Ba­łam się, że się cof­nie, uciek­nie. Ale nic z tych rze­czy. As po­zwo­lił się po­głas­kać, cały czas przy­ja­ciel­sko ma­cha­jąc ogo­nem.

- Nie mogę uwie­rzyć - wy­szep­tał opie­kun. - Jesz­cze ni­gdy do ni­kogo ob­cego się nie zbli­żył. Ktoś nam pod­mie­nił psa.

- Bie­da­czek - ode­zwała się znowu mama.

- Czy mo­gli­by­śmy wziąć go na spa­cer? - spy­tał An­tek.

Ależ by­łam mu za to wdzięczna. Sama zu­peł­nie na to nie wpa­dłam.

- Je­śli ro­dzice się zgodzą, to ja nie wi­dzę prze­szkód - oznaj­mił pra­cow­nik schro­nis­ka.

Ro­dzice nie mieli naj­mniej­szych za­strze­żeń. Opie­kun otwo­rzył boks i przy­piął As­kowi smycz.

Co to był za spa­cer. Mó­wię wam! Po raz pierw­szy w ży­ciu wi­dzia­łam ro­dzi­ców w ta­kiej ak­cji. Na prze­mian głas­kali i tu­lili Asa, jakby chcieli mu wy­na­gro­dzić cały wcze­śniej­szy kosz­mar. Tata uczył go apor­to­wać, a mama pro­sić o ki­jek. Oczy­wi­ście As ani nie apor­to­wał, ani nie pro­sił, za to z za­mi­ło­wa­niem wą­chał każde kre­to­wis­ko i go­nił wró­ble. Nie prze­pu­ścił też żad­nej ka­łuży. Oka­zał się wul­ka­nem ener­gii. Nie umiał cho­dzić na smy­czy przy no­dze, ale to nie miało żad­nego zna­cze­nia. Mo­gła­bym się za­ło­żyć o mi­lion, że już wtedy ro­dzice pod­jęli de­cy­zję, że As będzie nasz. Cho­ciaż gdy dziś o tym myś­lę, to po­dej­rze­wam, że nie my wy­bra­li­śmy Asa, ale on nas.

I wie­cie co? Te­raz bę­dzie naj­lep­sze.

Droga po­wrotna ze schro­nis­ka była dla nas istną męką. Mil­cze­li­śmy i każde z nas po swo­jemu prze­ży­wało dzień z Asem. Niby faj­nie spę­dzi­li­śmy czas, ale po­że­gna­nie z psia­kiem było bar­dzo trudne. Zwłasz­cza że on wy­glądał na smut­nego, a na­wet na za­wie­dzio­nego, gdy znów tra­fił do boksu. Mó­wię wam, coś okrop­nego.

Za to na­stęp­nego dnia, gdy wró­ci­li­śmy ze szkoły do domu, cze­kała na nas prze­ogromna nie­spo­dzianka. Już od furtki czu­łam, że coś się szy­kuje. Nie wiem, jak to wy­ja­śnić. Ja­kieś pod­skórne prze­świad­cze­nie. Ale na­wet w naj­śmiel­szych snach nie ocze­ki­wa­łam ta­kiego fi­nału.

Za­miast zwy­kłych do­mo­wych dźwię­ków, trzas­ku ta­le­rzy, na­wo­ły­wań babci, że­by­śmy zdjęli buty przy drzwiach i prędko umyli ręce, przy­wi­tało nas dziwne po­pis­ki­wa­nie. W tym mo­men­cie już wie­dzia­łam.

- Co to? - spy­tał An­tek.

- As! - szep­nę­łam, a serce wa­liło mi jak sza­lone. - To As. Na bank!

I nie po­my­li­łam się. Wpa­dłam do kuchni - oczy­wi­ście nie zdję­łam bu­tów, kto by o tym myś­lał w ta­kiej chwili - a tam za­sta­łam naj­lep­szy na świe­cie wi­dok. Obok stołu znaj­do­wało się pu­szy­ste le­go­wis­ko. A w nim jesz­cze bar­dziej pu­szy­sty mo­tek wełny ze świe­cą­cymi oczyma. Nasz As!

Ale ja się roz­ga­da­łam o Asie, a mia­łam prze­cież wy­tłu­ma­czyć, skąd wzięła się na­zwa na­szej agen­cji. Tro­chę się nad nią bie­dzi­li­śmy. Tak jak mó­wi­łam wcze­śniej, mie­li­śmy ja­kieś pro­po­zy­cje, jed­nak żadna się nie przy­jęła. W końcu wpa­dłam na pe­wien po­mysł.

- Słu­chaj­cie - po­wie­dzia­łam do chło­pa­ków. - Ułóżmy na­zwę z na­szych ini­cja­łów.

- Czy ja wiem? - Kuba nie był prze­ko­nany.

- Wy­tniemy kar­to­niki z li­te­rami - do­da­łam - i bę­dziemy tak długo je prze­kła­dać, aż coś z tego wyj­dzie.

- Ech, wła­ści­wie co nam szko­dzi. - Kuba mach­nął ręką i sięgnął do skrzyni po kartki, no­życzki i długo­pis.

Wy­cię­łam sie­dem pro­sto­ką­tów.

- Dla­czego sie­dem? - spy­tał An­tek.

- Bo Kuba ma po­dwójne na­zwis­ko, Akoj­-Ło­ziń­ski - od­par­łam, wzru­sza­jąc ra­mio­nami.

Wie­dzia­łam, że wy­star­czy­łoby wziąć li­terę z pierw­szego członu, ale w ten spo­sób uzys­ka­li­śmy sie­dem li­ter, trzy od imion:

A, K, P,

i cztery od na­zwisk:

A, Ł, Z, Z.

No i za­częła się za­bawa.

- ŁAPA, KAPA, ZŁAP, ŁZA, PŁAZ. - An­tek, jako nasz na­czelny ję­zy­ko­znawca, prze­kła­dał i czy­tał po­wstałe wy­razy. - PAŁKA, ŁAPKA, ZA­PAŁ.

- Nic z tego nie bę­dzie - wes­tchnął Kuba. - Ża­den nie na­daje się na na­zwę dla agen­cji.

- Po­cze­kaj.

An­tek jed­nak się nie pod­dał.

Po­ło­żył obok sie­bie pierw­sze li­tery na­szych imion.

- PAK? Co to niby zna­czy? - żach­nął się Kuba.

I wtedy... nie uwie­rzy­cie... As zła­pał w pysz­czek jesz­cze je­den kar­to­nik i po­ło­żył go obok tych uło­żo­nych.

- A! - krzyk­nę­łam. - Jak As!

- A jak As! - po­wtó­rzył po mnie An­tek.

As za­mer­dał ogo­nem i przy­siadł na tyl­nych ła­pach przy skrzyni, jakby na coś cze­kał. Kuba spoj­rzał na kar­teczki, wska­zał pal­cem na po­wstały wy­raz i wy­krzyk­nął:

- PAKA! No tak! Paka! Jak paka przy­ja­ciół. Brawo, ­As­ku!

I tak oto As roz­strzy­gnął nasz dy­le­mat. Od tego mo­mentu agen­cja de­tek­ty­wów roz­po­częła dzia­łal­ność pod szyl­dem PAKA. Mó­wi­łam, że to bar­dzo mą­dry pies.

Rozdział 7

Żeby na­sza dzia­łalność miała sens, mu­sieliśmy zrobić jesz­cze jedną ważną rzecz. A mia­no­wi­cie po­roz­ma­wiać o agen­cji z po­ste­run­ko­wym Przy­pad­kiem. Nie po­wiem, mia­łam obawy, że mu się to nie spodoba. Uważał się prze­cież za sze­ryfa i był prze­ko­nany o swo­jej wła­dzy i umiejętnościach. Z pewnością będzie się krzy­wił, że ja­kieś dzie­ciaki za­mie­rzają mu się plątać pod no­gami. Mu­sieliśmy uciec się do ja­kiegoś for­telu, żeby go urobić. Wy­braliśmy się do niego po szkole.

- Dzień do­bry! - krzyk­nę­li­śmy od progu.

Tym ra­zem, o dziwo, za­sta­li­śmy go przy biurku. Co jesz­cze dziw­niej­sze, od razu za­uwa­ży­łam, że na ta­blicy za jego ple­cami wi­szą pęki klu­czy. Cze­goś się jed­nak na­uczył. Plus dla Przy­padka.

- A, wi­tam. - Po­słał nam uśmiech. - Po­znaję was. Wchodź­cie, za­pra­szam. Co was do mnie spro­wa­dza?

To był ten mo­ment, w któ­rym mu­sia­łam prze­jąć pa­łeczkę. Przy­go­to­wa­łam się do tej roz­mowy.

- Wi­dzi pan, mamy sprawę - ode­zwa­łam się.

- Śmiało, pa­nienko, ze mną mo­że­cie po­mó­wić o wszyst­kim - za­chę­cił.

- Mu­szę przy­znać, że gdy by­li­śmy tu ostat­nio, to zro­bił pan na nas ogromne wra­że­nie.

- Na­prawdę? - Przy­pa­dek po­pra­wił się na krześ­le i dum­nie wy­piął pierś.

To tylko po­twier­dziło, że idę w do­brym kie­runku, a mój plan jest ide­alny.

- Mhm! - po­twier­dzi­li­śmy chó­rem.

- A co naj­bar­dziej wam się po­do­bało? - Po­ste­run­kowy się roz­ocho­cił.

- No... to, że za­cho­wał pan zimną krew po­mimo kło­po­tów. Każdy prze­ciętny czło­wiek wy­szedłby z sie­bie, a pan w ogóle się nie zde­ner­wo­wał. Nic a nic.

- Tak! - Ucie­szył się. - Motto po­li­cjanta brzmi: za­wsze za­cho­wy­wać zimną krew, co­kol­wiek by się działo. I co jesz­cze?

- Ja - wtrą­cił z za­pa­łem An­tek - nie mo­głem się na­dzi­wić, że w trzy se­kundy udało się panu za­piąć kaj­danki. Ciach! Ciach! Ciach!

An­tek wy­ko­nał przy tym pan­to­mimę, udając, że skuwa prze­stępcę. Mó­wi­łam wam już, że z Antka jest nie­zły ak­tor? Tę scenę ode­grał pierw­szo­rzęd­nie. Po­wi­nien do­stać Oscara.

- No cóż... to moja praca. Lata prak­tyki. - Po­ste­run­kowy si­lił się na skrom­ność, ale wy­raź­nie jego ego zo­stało po­łech­tane za wszyst­kie czasy, bo aż pro­mie­niał.

- A to, jak okrę­cał pan kaj­danki na palcu. O matko! Jak sze­ryf na Dzi­kim Za­cho­dzie. - Kuba też ge­nial­nie wczuł się w rolę.

- O tym mó­wisz?

Kuba tra­fił w punkt. Przy­pa­dek od­cze­pił od pas­ka kaj­danki i ko­lejny raz za­pre­zen­to­wał nam swoją po­ka­zową sztuczkę. A my? No cóż... gra­li­śmy da­lej.

- Brawo! Nie­sa­mo­wite! To jest coś! - wy­krzy­ki­wa­li­śmy na prze­mian.

- Do­brze, do­brze! Mógł­bym tak z go­dzinę, ale mó­wi­li­ście, że ma­cie ja­kąś sprawę. - Po­ste­run­kowy się zre­flek­to­wał.

- A, tak. Rze­czy­wi­ście mamy - pod­ję­łam te­mat. - Wła­ści­wie to może nie sprawę, ale ogromne ma­rze­nie.

- Śmiało, wal­cie pro­sto z mo­stu.

- Cho­dzi o to, że chcieli­by­śmy zo­stać po­li­cjan­tami. Za ja­kiś czas oczy­wi­ście.

- Tak. Ro­zu­miem.

- Ale sły­sze­li­śmy, że to bar­dzo trudny za­wód. A pana zręcz­ność - wska­za­łam na kaj­danki - i tech­nika tylko to po­twier­dzają.

- To fakt. Nie każdy się na­daje. Trzeba mieć w so­bie to coś. - Po­ste­run­kowy za­ak­cen­to­wał koń­cówkę zda­nia i te­atral­nie skinął głową.

- No wła­śnie - zgo­dzi­łam się i w myśl za­sady "kuj że­lazo, póki go­rące", cią­gnę­łam wy­wód: - I stąd na­sza prośba. Czy zgo­dziłby się pan udzie­lić nam kilku lek­cji? Jako nasz men­tor? Chcieli­by­śmy przy­glą­dać się pań­skiej pracy i uczyć się od pana.

- Hmm... no nie wiem. To trudna ro­bota, nie­bez­pieczna. Nie wiem, czy mogę was na­ra­żać.

- Bę­dziemy się trzy­mać w bez­piecz­nej od­le­gło­ści - za­pew­nił Kuba.

- Mimo wszystko... - Przy­pa­dek się wa­hał.

- Mam po­mysł! - wy­krzyk­nę­łam, ze wszyst­kich sił uda­jąc, że do­piero na niego wpa­dłam.

Po­ste­run­kowy spoj­rzał na mnie py­ta­jąco.

- Za­ło­żymy agen­cję de­tek­ty­wi­styczną.

- My? - spy­tał An­tek, ro­biąc zdzi­wioną minę. On na­prawdę po­wi­nien zo­stać ak­to­rem.

- Tak! Po­my­śl­cie tylko - traj­ko­ta­łam jak naj­ęta. - Pan po­ste­run­kowy, jako za­wo­do­wiec, na­dal bę­dzie się zaj­mo­wał spra­wami naj­więk­szej wagi. A my weź­miemy na sie­bie te pro­ste, nie­wy­ma­ga­jące. Bę­dziemy ci­chymi wspól­ni­kami. Tajną ko­mórką.

- Ale... - Po­ste­run­kowy nie był prze­ko­nany.

- Niech się pan za­sta­nowi. Kto le­piej na­daje się, by śle­dzić drob­nych zło­dzie­jasz­ków: po­li­cjant czy dziec­ko? Przy kim miej­scowy chu­li­gan po­każe, co po­trafi: przy po­li­cjan­cie czy przy dziec­ku?

- Pola, ty mo­żesz mieć ra­cję! - za­wo­łał Kuba. - Nikt nie zwraca uwagi na dzie­ciaki. Wszy­scy trak­tują nas jak po­wie­trze. To może się udać!

- Tajna ko­mórka mó­wi­cie... - Przy­pa­dek po­dra­pał się po gło­wie. - Po­moc­nicy in­co­gnito... hmm... to rze­czy­wi­ście nie­głu­pie.

- Ko­mórka pod przy­krywką - włą­czył się An­tek. - Założymy agen­cję de­tek­ty­wi­styczną. Na­zwiemy ją... dajmy na to... PAKA. Lu­dzie będą się pu­kać w czoło i mó­wić: co też te dzie­ciaki znowu wy­my­śliły? Nikt, ab­so­lut­nie nikt nie po­trak­tuje tego po­waż­nie. Tym­cza­sem my bę­dziemy ich roz­pra­co­wy­wać.

- To wła­śnie mia­łem po­wie­dzieć! - Po­ste­run­kowy ze­rwał się z miej­sca. - Ge­nialne! Agenci PAKA, moja tajna ko­mórka. Tak!

- Ro­zu­miem, że się pan zga­dza? - spy­ta­łam, żeby osta­tecz­nie klep­nąć na­szą umowę.

- Oczy­wi­ście. Ale to musi zo­stać mię­dzy nami. Sły­szy­cie? Ni­komu ani mru-mru.

- To się wie - za­pew­nił Kuba. - Tajna to tajna.

Za­nim opu­ści­li­śmy po­ste­ru­nek, wy­mie­ni­li­śmy się z Przy­pad­kiem nu­me­rami te­le­fo­nów. Wie­cie, jak nas wpi­sał na li­stę kon­tak­tów? Nie uwie­rzy­cie - TAJNA KO­MÓRKA Pola, TAJNA KO­MÓRKA An­tek i TAJNA KO­MÓRKA Kuba. To tylko po­twier­dziło, że na­sze mia­sto po­trze­buje de­tek­ty­wów PAKA.

Rozdział 8

Nie mogę uwie­rzyć, że tak ła­two po­szło - ode­zwał się An­tek, gdy wra­caliśmy do domu.

- Mó­wi­łam, że się uda.

- Nie wiem, co cię tak dziwi. - Kuba się za­śmiał. - Pola umia­łaby sprze­dać ba­sen nad je­zio­rem. Ma ga­dane jak nikt.

- O, nie bądź taki skromny. Ty też nie próż­no­wa­łeś. A jak okrę­cał pan te kaj­danki - przed­rzeź­nia­łam ze śmie­chem Kubę - jak sze­ryf na Dzi­kim Za­cho­dzie. To było do­bre!

- Naj­ważniej­sze, że się udało. Te­raz na­sza agen­cja jest ofi­cjalna, a do tego współ­pra­cuje z miej­scową po­li­cją.

Szli­śmy przez chwilę w mil­cze­niu. Moje my­śli krą­żyły wo­kół tych wszyst­kich spraw, które bę­dziemy mu­sieli rozwiązać. Cie­kawe, co bę­dzie pierw­sze? Kto zwróci się do nas o po­moc? No i czy uda nam się roz­wi­kłać tę za­gadkę? Ostat­nie py­ta­nie szybko wy­rzu­ci­łam z głowy. Pew­nie, że się uda. Musi.

- Nie mogę się do­cze­kać pierw­szego za­da­nia - wy­zna­łam wresz­cie na głos.

- Po­cze­kaj. Przyj­dzie czas, że za­tę­sk­nisz za wol­nym po­po­łu­dniem - od­parł Kuba.

- Wła­śnie! Za­po­mnia­łem! Dziś mamy pierw­sze za­da­nie! - za­wo­łał An­tek.

- Co? Ja­kie?! - wy­krzyk­nę­łam. - Kto nas wy­na­jął?

- My się wy­na­ję­li­śmy. - An­tek zro­bił ło­bu­zer­ską minę, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc śmiech. - Na si­kawki.

- O czym ty mó­wisz?

- Pa­mię­ta­cie, że mie­li­śmy po­szu­kać za­ję­cia, żeby za­ro­bić na pod­słu­chy i inne ga­dżety?

- No­ooo ta­aaak - od­par­łam ostroż­nie, bo­jąc się tego, co usły­szę.

- Po­roz­ma­wia­łem wczo­raj z tatą i udało się. Wie­czo­rem pra­cu­jemy si­kaw­kami.

- An­tek, mów ja­śniej! - de­ner­wo­wa­łam się.

Ja­koś trudno mi było uwie­rzyć, że tata zgo­dziłby się wziąć nas na ak­cję. Po­żar to nie prze­lewki. Ale za chwilę wszystko się wy­ja­śniło. Tata za­pro­po­no­wał, że­by­śmy umyli wóz strażac­ki. Oczy­wi­ście pod jego nad­zo­rem.

Za­opa­trzeni w ka­lo­sze i sztor­miaki sta­wi­li­śmy się na placu przed re­mizą do­kład­nie o osiem­na­stej. Tata już na nas cze­kał. Wrę­czył nam gąbki, szmatki, płyny i rę­ka­wice. Nie­stety, nie po­zwo­lił nam używać praw­dzi­wego węża stra­żac­kiego, twier­dząc, że mo­gli­by­śmy na nim po­fru­nąć.

- To wszystko przez duże ciśnie­nie wody. Na­wet we dwójkę albo i w trójkę mie­li­by­ście pro­blem, by utrzy­mać go w ry­zach - tłu­ma­czył. - Do umy­cia wozu wy­star­czy zwy­kły szlauch ogro­dowy.

Mu­szę wam po­wie­dzieć, że to szo­ro­wa­nie samo­chodu tro­chę nie było mi w smak. Gdyby nie cho­dziło o pie­nią­dze dla agen­cji, pró­bo­wa­ła­bym się z tego wy­mik­so­wać. Ale osta­tecz­nie oka­zało się świetną za­bawą. Czy ktoś z was stał na da­chu auta i czy­ścił go mio­tłą? A wi­dzie­li­ście kie­dyś wóz stra­żac­ki cały po­kryty grubą war­stwą piany? My sami też wy­glą­da­li­śmy jak trzy bał­wany. Na­prawdę było cał­kiem faj­nie. Zwłasz­cza że na ko­niec tata jed­nak od­pa­lił wąż z prądo­wnicą, taką długą dy­szą do wy­twa­rza­nia stru­mieni, i na­wet po­zwo­lił nam go przez chwilę po­trzy­mać. Za­pew­niam was, że miał ra­cję. To kar­ko­łomne za­da­nie. Le­d­wie da­li­śmy mu radę. I po­my­śleć, że stra­żacy zma­gają się z nim nie­mal co­dzien­nie.

W każ­dym ra­zie pie­nią­dze za­ro­bi­li­śmy uczci­wie. Samo­chód lśnił tak, że można się w nim było prze­glą­dać jak w lu­strze.

Rozdział 9

Następnego dnia cze­kało nas ko­lejne zle­ce­nie. Jesz­cze nie de­tek­ty­wi­styczne, ale znowu szansa na za­ro­bie­nie pieniędzy po­trzeb­nych do rozkręce­nia agen­cji. A przy tym po­czuliśmy się jak praw­dziwi właści­ciele biura, bo pe­tent, a właści­wie pe­tentka osobiście przy­szła do na­szej sie­dziby.

- Puk! Puk! Mogę? - spy­tała mama, sto­jąc wciąż na dra­bi­nie.

I wszystko ja­sne w spra­wie na­zwis­ka pe­tentki.

- Za­pra­szamy. - Kuba ode­zwał się pierw­szy.

- Sły­sza­łam, że szu­ka­cie do­brze płat­nego za­ję­cia.

- Ow­szem - po­twier­dził An­tek.

- To chyba coś dla was mam. Pa­mię­ta­cie, że co roku na wio­snę dom kul­tury or­ga­ni­zuje week­en­dowy zjazd ar­ty­stów cyr­ko­wych?

- Mamy wy­stą­pić na po­ka­zie? To może na­uczymy Asa ja­kichś sztu­czek cyr­ko­wych - rzu­cił An­tek.

Tylko nie myślcie, że zło­śli­wie. Co to, to nie. An­tek ni­gdy nie bywa zło­śliwy. Ra­czej za­bawny. Ja to co in­nego.

- A może, za­miast tre­no­wać Asa, wy­strze­limy ko­goś z ar­maty? - spy­ta­łam. - Na przy­kład pa­nią od przy­rody.

- To mógłby być hit - wtrą­ciła mama - ale nie o to mi cho­dziło. Mam po­żar w ho­telu. Po­ju­trze, w so­botę, zjadą do nas ar­ty­ści z ca­łej Pol­ski. Za­ba­wią u nas przez cztery dni. Tym­cza­sem jedna z po­ko­jó­wek, pani Janka, jest chora. Na do­miar złego zwol­nił się z pracy re­cep­cjo­ni­sta. Po­myś­la­łam, że skoro ma­cie wolne po­po­łu­dnia i week­end, to mo­gli­byście po­móc.

- Co kon­kret­nie mieli­by­śmy ro­bić? - za­py­ta­łam i do­da­łam rze­czowo: - I za ile?

- Hmm... różne rze­czy. Ra­czej pro­ste. Za­stą­pi­cie pa­nią Jankę. To zna­czy bę­dzie­cie po­magać pani Ma­rysi, wy­no­sić śmieci, do­no­sić do po­ko­jów ręcz­niki, szla­froki i ko­sme­tyki. No i po­mo­że­cie tro­chę no­wej re­cep­cjo­ni­stce. Nic skom­pli­ko­wa­nego. Każ­dego dnia, jako bo­nus, do­sta­nie­cie ho­te­lowy de­ser. A w ra­mach za­chęty do­dam, że ju­tro będą lody.

- To brzmi do­brze - przy­zna­łam.

- A na­wet bar­dzo do­brze. - Kuba ob­li­zał usta.

- To co? Re­flek­tu­je­cie?

- Mu­simy to jesz­cze prze­dys­ku­to­wać na we­wnętrz­nym ze­bra­niu ze­społu, ale pro­szę być do­brej my­śli - za­żar­to­wał An­tek, który za lody od­dałby wszystko. No, pra­wie wszystko.

- W ta­kim ra­zie je­ste­śmy umó­wieni. Kuba, pro­szę, uprzedź tatę.

- Ja­sna sprawa!

- A, tak przy oka­zji - ode­zwała się mama na od­chodne - świetny po­mysł z tą agencją. Na­prawdę wam ki­bi­cuję.

Gdy tylko zo­sta­li­śmy sami, Kuba szep­nął:

- Fajną ma­cie mamę. Bar­dzo ją lu­bię.

- Ona cie­bie też - za­pew­ni­łam, by do­dać mu otu­chy.

- Tak, wiem, ale...

- Mam po­mysł! - wrza­snę­łam, bo wła­śnie coś do mnie do­tarło.

- Znowu? - jęk­nął An­tek z uda­waną przy­ganą.

- Ten jest świetny. Se­rio! Kuba, je­ste­śmy de­tek­ty­wami, tak?

- No ra­czej.

- Na­sza praca po­lega na znaj­do­wa­niu.

- Mię­dzy in­nymi.

- W ta­kim ra­zie... ta­daam!... znaj­dziemy ci mamę!

- Że co? - Kuba zro­bił oczy jak pięć zło­tych.

- Znaj­dziemy żonę dla two­jego taty. Taką ide­alną. I bę­dziesz miał mamę.

- Ej, Pola, no co ty? - żach­nął się Kuba. - Osza­la­łaś?!

Kiedy za­czę­łam już my­śleć, że chyba jed­nak pal­nę­łam wielką gafę, do­dał:

- Wiesz co? To nie jest taki zły po­mysł. Ta­cie przyda się to­wa­rzy­stwo. Wiecz­nie sie­dzi w tym kom­pu­te­rze. Po­myś­lę nad tym. Ale moje zda­nie bę­dzie de­cy­du­jące.

- Wia­domo! To bę­dzie twoja mama. - Pu­ści­łam do niego oko.

Szkoda mi Kuby. I jego taty też. Nie umiem so­bie wy­obra­zić, jak to jest wy­cho­wy­wać się bez mamy. Trzeba coś na to po­ra­dzić. I to prędko, za­nim Kuba się roz­my­śli.

Rozdział 10

Lubię od­wie­dzać ho­tel, w któ­rym pra­cuje mama. Mam w nim na­wet ulu­bione miej­sca - czy­telnię i dwa po­koje na naj­wyższym piętrze, sty­li­zo­wane na kró­lew­skie. Czy­tel­nia jest ma­lutka, ale kli­ma­tyczna. Znaj­dują się w niej re­gał z książkami i dwa wy­godne fo­tele, w któ­rych można się za­topić. Często stoi pu­sta, więc to do­bre miej­sce, by schować się przed świa­tem i ma­rzyć. Ja na przy­kład marzę o tym, by za jakiś czas znaleźć na re­gale książkę na­pi­saną przez Antka. On jest w tym do­bry, wymyś­la na­prawdę cie­kawe hi­sto­rie i cał­kiem prawdo­po­dob­nie zo­sta­nie w przy­szłości pi­sa­rzem. No, chyba że jed­nak wy­bie­rze ak­tor­stwo. Ale w mo­ich ma­rze­niach ta książka, którą An­tek na­pi­sze, jest o nas. O na­szej agen­cji. O tym, jak ni­czym Sher­lock Hol­mes rozwiązu­jemy trudne za­gadki. Sher­lock Hol­mes to zde­cy­do­wa­nie mój idol. Och, gdy­bym mo­gła go spo­tkać cho­ciaż raz. Na pewno znaleźli­byśmy wiele te­ma­tów do roz­mowy.

Na­to­miast po­koje kró­lew­skie w ho­telu wy­glą­dają tak, jakby prze­nie­siono je z pięt­na­stego czy szes­na­stego wieku. W każ­dym umiesz­czono łoże z bal­da­chi­mem, rzeź­bioną to­a­letkę, wielką trzy­drzwiową szafę i dę­bowe biurko, na któ­rym stoi ka­ła­marz z pió­rem. Mama jest z nich bar­dzo dumna. Wciąż po­wta­rza, że inne ho­tele mają swoje apar­ta­menty pre­zy­denc­kie, a ona ma kom­naty kró­lew­skie. Gdy do nich za­glą­dam, wy­obra­żam so­bie, że cofnął się czas, a ja je­stem księż­niczką na zamku. Może to głu­pie, ale kto mi za­broni - moja wy­obraź­nia, moje prawo. Ni­kogo zresztą w to nie wta­jem­ni­czam. Tylko ja mam wstęp do tych my­śli.

Tam­tej wio­sny, kiedy zgo­dzi­li­śmy się po­móc ma­mie, rów­nież od­wie­dzi­łam po­koje kró­lew­skie. Jed­nak tym ra­zem nie by­łam księż­niczką, ale po­ko­jówką. To ja do­sta­łam je pod opiekę. Od­po­wia­da­łam mię­dzy in­nymi za to, by go­ście mieli świeże ręcz­niki. Dziś myś­lę, że to było prze­zna­cze­nie.

Ale po ko­lei.

W so­botę w ho­telu pa­no­wało po­ru­sze­nie. Każdy miał ręce pełne ro­boty. Na do­miar złego w ca­łym bu­dynku wy­siadł mo­ni­to­ring. Mama dwo­iła się i tro­iła, żeby ścią­gnąć tech­nika, za­nim zja­wią się go­ście, ale dziw­nym tra­fem wszy­scy mieli ja­kieś pilne zle­ce­nia.

Cyr­kowcy za­wi­tali po trzy­na­stej. Co to była za mie­szanka - akro­baci, ekwi­li­bry­ści, li­nos­kocz­ko­wie, klauni, ma­gicy, a na­wet tre­se­rzy dzi­kich zwie­rząt. Zro­biło się na­prawdę tłoczno. W do­datku każdy z go­ści miał ze sobą całą masę ba­gaży. Naj­mniej mieli tre­se­rzy, po­nie­waż przy­je­chali bez zwie­rząt. Cała reszta była zaś ob­ju­czona jak wiel­błądy na pu­styni. Przy­wieźli ze sobą nie tylko wa­lizki ze stro­jami cyr­ko­wymi, ale i sprzęt po­trzebny do po­ka­zów. Tego dnia hol ho­te­lowy za­mie­nił się w arenę cyr­kową. Wszę­dzie stały skrzy­nie z li­nami, tra­pe­zami i tram­po­li­nami. Były kar­tony pełne pi­łek, ma­czug i ta­le­rzy. A na­wet pu­dła z cy­lin­drami. Przy tych na chwilę się za­trzy­ma­łam. Z cie­ka­wo­ścią za­glą­da­łam ko­lejno do każ­dego cy­lin­dra, by wy­pa­trzyć cho­ciaż jed­nego kró­liczka. Nie­stety, ka­pe­lu­sze były pu­ste.

Cała ob­sługa ho­telu uwi­jała się jak w ukro­pie. Te­raz jesz­cze le­piej ro­zu­mia­łam mamę, gdy wspo­mi­nała o ga­sze­niu po­ża­rów w ho­telu. Po­ra­dzić so­bie z ta­kim za­le­wem go­ści to nie lada wy­zwa­nie. Ale, o dziwo, wszystko szło w miarę gładko. Ko­lejni go­ście, wy­po­sa­żeni w klu­cze, zni­kali w win­dzie. Pro­blem po­ja­wił się do­piero, gdy przy kon­tu­arze w re­cep­cji sta­nęła para tre­se­rów. Je­den wy­soki i chudy, ze ster­czą­cymi wło­sami jak u mio­tły, drugi grub­szy i niż­szy. A do tego zu­peł­nie łysy. Za to twarz zdo­bił mu, o ile można tak po­wie­dzieć, su­mia­sty wąs. Ten niż­szy trzy­mał klatkę. W środku na krzy­kli­wie ró­żo­wej po­duszce sie­dział... go­łąb. A ca­ło­ści ob­razka do­peł­niał pier­ścień. Niższy miał go na palcu ser­decz­nym. Oczko w pier­ścionku było pra­wie tak wiel­kie jak głowa go­łę­bia. I nie­sa­mo­wi­cie la­zu­rowe.

- Prze­pra­szam, ale nie mogę pa­nów za­mel­do­wać - za­częła tłu­ma­czyć nowa re­cep­cjo­nistka, która wła­śnie dziś roz­po­częła pracę.

- Z po­wodu? - spy­tał za­dzior­nie wyż­szy z tre­se­rów.

- Z po­wodu... tego... tego... - Re­cep­cjo­nistka przez chwilę szu­kała od­po­wied­nich słów, żeby ni­kogo nie ura­zić, aż wresz­cie na­zwała rzecz po imie­niu: - Z po­wodu go­łę­bia.

- A co to niby ma zna­czyć?! - za­wo­łał ten z klatką w ręku.

- Nie przyj­mu­jemy zwie­rząt - pa­dła rze­czowa od­po­wiedź.

- To ptak.

- Pta­ków też nie przyj­mu­jemy.

- To ja­kiś ab­surd! - Tre­se­rzy aż po­czer­wie­nieli ze zło­ści. - Przede wszyst­kim to nie jest zwy­kły ptak. To mistrz! To ar­ty­sta! Atrak­cja po­kazu!

- Pa­no­wie wy­ba­czą, ale re­gu­la­min mówi wy­raź­nie...

- Re­gu­la­min jest dla ZWY­KŁYCH go­ści - po­wie­dział tęż­szy z tre­se­rów, ak­cen­tu­jąc słowo "zwy­kłych", jakby pa­rzyło go w usta. - A my i nasz Ja­kub do ta­kich nie na­le­żymy. Przy­zna pani?

- Co­kol­wiek przy­znam, mu­szę trzy­mać się re­gu­la­minu. Go­łąb...

- Ja­kub! - po­pra­wił re­cep­cjo­nistkę wyż­szy tre­ser.

- Go­łąb Ja­kub, jak by to po­wie­dzieć, nie jest czło­wie­kiem.

- Jest mą­drzej­szy od nie­jed­nego śmier­tel­nika.

- Mimo wszystko. - Re­cep­cjo­nistka pokręciła głową i roz­ło­żyła ręce.

Czu­łam, że to pre­lu­dium do więk­szej awan­tury. Od­da­li­łam się czym prę­dzej, żeby od­szu­kać mamę. Tylko ona mo­gła so­bie po­ra­dzić w tej sy­tu­acji.

- Czy mogę w czymś po­móc? - spy­tała, gdy do­tarła do holu.

- A kim pani jest? - od­parł z wyż­szo­ścią niż­szy tre­ser.

- Me­na­dże­rem ho­telu.

- To i ow­szem, może pani. Ta pa­nienka twier­dzi - wska­zał na re­cep­cjo­nistkę, a ta zmie­rzyła go wście­kłym wzro­kiem - że Ja­kub nie jest mile wi­dziany w ho­telu. To nie­do­pusz­czalne, by tak trak­to­wać ho­no­ro­wych go­ści.

- Ro­zu­miem, że zgło­sili pa­no­wie przy re­zer­wa­cji, że przy­będą z pta­kiem? - po­wie­działa spo­koj­nie mama.

By­łam pewna, że nie zgło­sili i że mama o tym wie­działa.

- Nie uzna­li­śmy tego za ko­nieczne. Ja­kub zwy­kle z nami po­dró­żuje i ni­gdy nie było z tym naj­mniej­szego pro­blemu.

- Wie­rzę. Nie­mniej w na­szym ho­telu...

- To już sły­sze­li­śmy - prze­rwał ma­mie ten wyż­szy. - Ocze­ku­jemy, że znaj­dzie pani ja­kieś wyj­ście.

- Co tam się dzieje? Ile można cze­kać? - za­częła obu­rzać się ko­lejka. - Do ju­tra się nie za­mel­du­jemy!

Sy­tu­acja zro­biła się dość kło­po­tliwa.

- Proszę o cier­pli­wość! - za­wo­łała mama w stronę go­ści, po czym zwró­ciła się do tre­se­rów: - Zwy­kle nie wpusz­czamy do ho­telu zwie­rząt.

- To ptak! - obu­rzył się znowu niż­szy.

- Nie wpusz­czamy, by nie za­kłócać spo­koju in­nym go­ściom - cią­gnęła mama nie­zra­żona.

- To non­sens! Ja­kub nie tu­pie, nie szczeka, nie biega po ko­ry­ta­rzach - wy­li­czał tre­ser z wą­sem.

- Dla­tego mo­żemy zro­bić wyjątek. Ten je­den raz. Mu­szą jed­nak pa­no­wie obie­cać, że ptak nie opu­ści klatki.

- Oczy­wi­ście, że nie opu­ści. Nie wy­pusz­czamy Ja­kuba. Ni­gdy. Ab­so­lut­nie. Jest zbyt cenny.

- Pod żad­nym po­zo­rem. - Mama zmie­rzyła tre­se­rów naj­su­row­szym ze swo­ich spoj­rzeń.

Zna­łam ten wzrok, cza­sem i mnie nim ob­da­rzała. Oczy­wi­ście mu­sia­łam nie­źle za­słu­żyć.

- Jak mó­wi­łem - rzekł wyż­szy - Ja­kub ni­gdy nie opusz­cza klatki.

- W ta­kim ra­zie sprawa za­ła­twiona. Pani Ju­lio, pro­szę pa­nów za­mel­do­wać.

Re­cep­cjo­nistka po­kli­kała w kla­wia­turę, spraw­dziła re­zer­wa­cję i wrę­czyła tre­se­rom klucz do po­koju. Oka­zało się, że wy­na­jęli po­kój na naj­wyż­szym pię­trze. Je­den z po­ko­jów kró­lew­skich.

- No to tra­fili ci się go­ście - szep­nął do mnie Kuba. - Bę­dziesz po­ko­jówką zwie­rzaka.

- Ptaka - po­pra­wił go ze śmie­chem An­tek. - Go­łę­bia Ja­kuba.

Nie by­łam pewna, czy też po­win­nam się śmiać. Pa­no­wie nie wzbu­dzili mo­jego za­ufa­nia. Ale w końcu to cyr­kowcy. Mają prawo do dzi­wactw. Naj­waż­niej­sze, że awan­tura zo­stała za­że­gnana, po­myś­la­łam. Wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że praw­dziwa chryja do­piero przed nami.

Rozdział 11

Pierw­szy raz tre­se­rzy we­zwali mnie do po­koju jesz­cze tego sa­mego dnia.

- Polu, pa­no­wie w kró­lew­skim twier­dzą, że w ła­zience nie ma ręcz­ni­ków - po­wie­działa mama.

- To nie­moż­liwe - od­par­łam.

By­łam pewna, że są. Prze­cież sama je tam za­nio­słam.

- Po pro­stu pod­rzuć im jesz­cze dwa, do­brze? Może po­trze­bują ich wię­cej.

Tak zro­bi­łam.

- Przy­nio­słam ręcz­niki! - za­wo­ła­łam, pu­ka­jąc jedno­cze­śnie do drzwi.

Otwo­rzył mi niższy. Cho­ciaż "otwo­rzył" to zbyt duże słowo. Le­d­wie je uchy­lił.

- Ręcz­niki - po­wtó­rzy­łam. - Mogę?

- A tak, świet­nie. Dzię­kuję - od­po­wie­dział i nie­mal wy­rwał mi je z ręki.

Nie prze­wi­dział jed­nego. Mia­no­wi­cie, że ręcz­niki są spore i zło­żone w dużą, sztywną kostkę, luka w drzwiach mała, a drzwi otwie­rają się do środka. W mo­men­cie, gdy wy­szar­pał mi ręcz­niki z ręki, te ude­rzyły w kant drzwi i szcze­lina znacz­nie się po­więk­szyła. Fi­zyka. Tre­ser na­tych­miast pró­bo­wał za­sło­nić mi wi­dok na po­kój, czym tylko wzbu­dził moją czuj­ność. Rzu­ci­łam szyb­kie spoj­rze­nie do środka. Niby wszystko wy­glą­dało w po­rządku. A jed­nak je­den szcze­gół się nie zga­dzał. Już wie­dzia­łam, dla­czego tre­ser był taki ner­wowy.

- A gdzie go­łąb? - spy­ta­łam i po­pa­trzy­łam wy­mow­nie na pu­stą ­klatkę.

- Go­łąb? A, py­tasz o Ja­kuba. Jest... jest te­raz... w to­a­le­cie.

- Co? - Ta od­po­wiedź mnie zas­ko­czyła.

- Ja­kub jest w to­a­le­cie z moim wspól­ni­kiem - po­wtó­rzył tre­ser ze spo­ko­jem. - Co cię tak dziwi? Gołębie też cza­sem mu­szą sko­rzy­stać. - Za­chi­cho­tał.

Coś mi tu­taj mocno śmier­działo.

- Tylko za­trzy­maj to dla sie­bie - do­dał, wcis­ka­jąc mi w dłoń dwa złote. - Nie wy­daj nas przed tą panią mena­dżer.

La­zu­rowe oczko w jego pier­ście­niu za­mi­go­tało w blas­ku świa­tła. Było piękne.

- Śliczny - po­wie­dzia­łam, wska­zu­jąc na pier­ścio­nek.

- I wart for­tunę - od­parł tre­ser, za­my­ka­jąc mi drzwi przed no­sem.

Go­dzinę póź­niej ro­ze­grała się draka. Wła­śnie mie­li­śmy wy­cho­dzić do domu, gdy niż­szy tre­ser wpadł do re­cep­cji, głośno do­ma­ga­jąc się roz­mowy z mamą.

- Pro­szę na­tych­miast we­zwać me­na­dżera! Na­tych­miast!

- Co się stało? - spy­tała mama.

- Nie­szczę­ście. Praw­dziwy hor­ror! - Tre­ser sa­pał ze zło­ści. - Zgi­nął mój ro­dowy klej­not. Ktoś był w na­szym po­koju i ukradł mój pier­ścień.

- To nie­moż­liwe.

- A jed­nak! - Całą twarz tre­sera po­kry­wały czer­wone plamy i gość trząsł się tak ner­wowo, że jego su­mia­sty wąs po­dry­gi­wał.

- Proszę się uspo­koić. - Mama wska­zała mu naj­bliż­sze krze­sło.

Re­cep­cjo­nistka na­lała z dys­try­bu­tora szklankę zim­nej wody. By­łam pewna, że poda ją tre­se­rowi, ale ona mnie zas­ko­czyła. Za­miast tego sama wy­piła ją dusz­kiem. Cie­kawe, czemu się tak zde­ner­wo­wała, po­myś­la­łam. Zerknęłam na dłoń tre­sera. Rze­czy­wi­ście pier­ście­nia nie było. Wtedy męż­czy­zna zła­pał moje spoj­rze­nie i zro­bił coś, co wbiło mnie w zie­mię.

- To ona! - wrza­snął, mie­rząc we mnie pal­cem. - Ona była w na­szym po­koju! Po­do­bał jej się pier­ścień - do­dał, mru­żąc zło­wrogo oczy jak kot na­szej są­siadki.

- Nie­prawda! - Po­krę­ci­łam głową. - Zna­czy pier­ścień był ładny, ale go nie ukra­dłam. I wcale nie by­łam w pana po­koju.

- Jak to nie? Masz sio­strę bliź­niaczkę? - za­kpił.

- Nie, mam brata bliź­niaka - od­par­łam. - Ale on rów­nież nie był w pana po­koju.

- Polu - ode­zwała się oschle re­cep­cjo­nistka. - By­łaś u pa­nów. Za­no­si­łaś ręcz­niki.

- Ow­szem. Ale tylko pod drzwi. Nie wcho­dzi­łam do środka.

- Czy to prawda? - spy­tała tre­sera mama.

- Prawda. Ale prze­cież mo­gła tam wejść, kiedy by­li­śmy z Ja­ku­bem w ogro­dzie. Wi­dzia­łem, jak jej się oczy świe­ciły na wi­dok błys­kotki. Jak sroce.

- Pro­szę nie rzu­cać po­chop­nych os­karżeń. Trzy­majmy się fak­tów.

- Fakt jest taki, że pier­ścio­nek był, wszy­scy wi­dzieli. A te­raz nie ma. Ja tego tak nie zo­sta­wię! On był wart kro­cie! To ka­mień ro­dowy!

Krzyki tre­sera ścią­gnęły do re­cep­cji in­nych gości. Znowu zro­biło się tłoczno. Go­ście szep­tali coś mię­dzy sobą, za­nie­po­ko­jeni sy­tu­acją. Mama wy­glą­dała na przy­bitą. Tak się sta­rała, żeby dziś wszystko prze­bie­gło bez za­kłó­ceń, a tu na ko­niec dnia zro­biła się taka burda.

- Mu­simy za­dzwo­nić po po­li­cję - zde­cy­do­wała, wyj­mu­jąc z kie­szeni te­le­fon.

Od­cią­gnę­łam na bok Kubę i Antka.

- Wie­rzy­cie mi, prawda? Nie by­łam w ich po­koju.

- Daj spo­kój. Nie mu­sisz się tłu­ma­czyć - za­pew­nił mnie Kuba.

- Uff - ode­tchnę­łam. Cie­szy­łam się, że mam ich po swo­jej stro­nie. I na­gle coś do mnie do­tarło. - Wie­cie, co myś­lę?

- Da­waj - za­chę­cił mnie An­tek.

- Myś­lę, że to sprawa dla agen­tów PAKA.

Kuba i An­tek spoj­rzeli na mnie ba­daw­czo i nie­mal równo­cze­śnie kiw­nęli gło­wami.

Rozdział 12

I tak oto de­tek­tywi PAKA z domku na drze­wie sta­nęli przed pierw­szym po­waż­nym za­da­niem - mu­sieli wy­tropić zło­dzieja pierście­nia z la­zu­ro­wym oczkiem.

W holu zro­biło się bar­dzo tłoczno i bar­dzo nie­przy­jem­nie. Tre­ser z wą­sem wciąż bia­do­lił. Reszta go­ści wy­glą­dała na mocno za­nie­po­ko­joną. Ob­ser­wo­wali się bacz­nie i po­dejrz­li­wie. Prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, ner­wowo wy­pa­try­wali po­li­cjanta. Wresz­cie, po trzy­dzie­stu paru mi­nu­tach, zja­wił się po­ste­run­kowy Przy­pa­dek. Nie był za­chwy­cony, że we­zwano go tuż przed ko­la­cją. Kiedy nas zo­ba­czył, pu­ścił do nas oko, a za mo­ment na mój te­le­fon przy­szła wia­do­mość:

"Cześć, Tajna Ko­mórko. Nie zdradź­cie się, że się znamy. Mo­że­cie być po­trzebni".

Po­ka­za­łam jej treść chło­pa­kom, a po­tem czym prę­dzej od­pi­sa­łam:

"Je­ste­śmy go­towi do ak­cji!".

Po­li­cjant ulo­ko­wał się w ga­bi­ne­cie mamy i zro­bił w nim po­kój prze­słu­chań. My przy­cza­ili­śmy się przy otwar­tych drzwiach, które - z pew­no­ścią nie przez przy­pa­dek - po­ste­run­kowy zo­sta­wił uchy­lone. Dzięki temu mie­li­śmy nie­zły punkt ob­ser­wa­cyjny i sły­sze­li­śmy każde słowo.

- Pana god­ność? - Przy­pa­dek z mar­szu za­brał się do zbie­ra­nia ze­znań.

- Ed­gar Wy­so­kij - przed­sta­wił się niższy z tre­se­rów ­go­łę­bia.

Po­ste­run­kowy zmie­rzył go zdzi­wio­nym spoj­rze­niem, na­wet de­li­kat­nie unio­sły mu się ką­ciki ust, ale szybko spo­waż­niał.

- Gdzie pan był w chwili po­peł­nie­nia kra­dzieży? - spy­tał wą­sa­cza.

- Prawdo­po­dob­nie...

- Pa­nie ko­chany, żadne prawdo­po­dob­nie! Mu­szę to wie­dzieć na sto pro­cent. - Po­li­cjant roz­siadł się wy­god­niej w fo­telu i po­ło­żył na ko­la­nie spi­ralny no­tes.

- A skąd ja mogę wie­dzieć, kiedy do­kład­nie do­ko­nano ra­bunku? - żach­nął się tre­ser.

- Za­raz do tego doj­dziemy. Po to tu je­stem - od­parł Przy­pa­dek. - Kiedy wi­dział pan pier­ścień po raz ostatni?

- Zdją­łem go, żeby umyć ręce. Po­ło­ży­łem w po­koju na stole.

- O któ­rej?

- Tuż przed spa­ce­rem w ogro­dzie. To mo­gło być kilka mi­nut po szes­na­stej.

- Co było da­lej?

- No wła­śnie da­lej był spa­cer. Ra­zem z moim wspól­ni­kiem, Kle­ofa­sem Tę­gim...

- To pan, jak mnie­mam - prze­rwał mu po­ste­run­kowy, zwra­ca­jąc się do wyższego z tre­se­rów, który wła­śnie do nich do­łą­czył, sta­nął za ple­cami Ed­gara Wy­so­kija i po­ło­żył mu dło­nie na ra­mio­nach.

- Kle­ofas Tęgi, miło mi - po­twier­dził wyż­szy.

- Jak mó­wi­łem - pod­jął Wy­so­kij - ra­zem z Kle­ofa­sem wy­szli­śmy na spa­cer do ogrodu. Chcie­li­śmy prze­wie­trzyć Ja­kuba.

- A kim jest Ja­kub?

- To or­lik - po­wie­dział niż­szy.

- To go­łąb - od­parł równo­cze­śnie wyż­szy.

- Coś mi tu pa­no­wie plą­czą się w ze­zna­niach. W końcu to orzeł czy go­łąb?

- Ja­kub to go­łąb pocz­towy, przed­sta­wi­ciel rasy or­lik pol­ski - uści­ślił Kle­ofas.

- I gdzie on te­raz jest? Ten Ja­kub?

- W po­koju - od­parli obaj chó­rem.

Przy­pa­dek wes­tchnął wy­mow­nie, jakby tre­se­rzy mieli w po­koju co naj­mniej ży­rafę. Albo i całe zoo.

- Do­brze, wróćmy do sedna, bo tu nam się robi nie­zły cyrk.

Nie wy­glą­dało to do­brze. Moim zda­niem po­ste­run­kowy błą­dził jak dziec­ko we mgle. Przede wszyst­kim za­da­wał złe py­ta­nia. Co za róż­nica: go­łąb czy inny ptak? Nie o ­Ja­kuba tu cho­dzi.

- To nie ma sensu - szepnęłam do chło­pa­ków. - Bierzmy się do ro­boty.

Wy­szli­śmy do ogrodu. W dro­dze mi­nę­li­śmy pa­nią Ju­lię. Re­cep­cjo­nistka była blada jak ściana i bar­dzo roz­dy­go­tana. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak łap­czy­wie piła wodę, gdy Wy­so­kij przy­szedł zgło­sić kra­dzież. To wszystko wzmog­ło moją czuj­ność.

- Wy­daje mi się - ode­zwa­łam się, gdy by­li­śmy już na ubo­czu - że re­cep­cjo­nistka coś wie.

- Skąd ten wnio­sek? - do­py­ty­wał An­tek.

Opo­wie­dzia­łam im o swo­ich ob­ser­wa­cjach.

- To za­czniemy od niej - za­de­cy­do­wał Kuba.

Rozdział 13

Zaopa­trzeni w no­tes i długo­pis od­szu­kaliśmy panią ­Julię. Sie­działa na za­ple­czu i wy­cie­rała oczy chus­teczką.

- Czy coś się stało? - spy­ta­łam. By­łam co­raz bar­dziej pewna swego, ale nie mo­głam wy­palić z gru­bej rury.

- Nie! Zna­czy tak - plą­tała się ner­wowo re­cep­cjo­nistka. - Mam uczu­le­nie na pie­rze.

- Aha! - Wszystko za­czy­nało się ukła­dać. - Na go­łę­bie też?

- To nie tak! - Pani Ju­lia chyba domyśliła się, do czego zmie­rzam. - Tak na­prawdę to coś wpa­dło mi do oka.

- Dla­czego jest pani taka zde­ner­wo­wana? - wtrą­cił Kuba.

- Ja? Nie! Nie je­stem... - Re­cep­cjo­nistka chyba stra­ciła cały ani­musz, bo do­dała nie­mal szep­tem: - Nie by­łam w ich po­koju. Słowo daję. Nie wcho­dzi­łam dziś na górę. Ani razu.

- Ile jest klu­czy do ich po­koju? - spy­tał rze­czowo ­An­tek.

Tak, od tego po­win­ni­śmy za­cząć, po­myś­la­łam. Brawo, bra­cie.

- Do każ­dego są po trzy kom­plety. Je­den mają go­ście, drugi jest u mnie w re­cep­cji, a trzeci, za­pa­sowy, u wa­szej mamy, zna­czy pani me­na­dżer.

- Czy ktoś oprócz tre­se­rów brał klucz do po­koju kró­lew­skiego?

- Nie. I ni­komu bym go nie dała.

- A czy po ho­telu krę­cił się ktoś nie­zna­jomy?

- Dzi­siaj? Polu, prze­cież tu jest trzy­dzie­stu go­ści. Na­wet nie zdą­ży­łam za­pa­miętać ich twa­rzy. Oni wszy­scy są obcy.

- I wszy­scy po­dej­rzani - do­dał Kuba.

- Ale to nie ja... - Re­cep­cjo­nistka za­wie­siła głos i ner­wowo sku­bała rą­bek bia­łej ko­szuli.

- Mogę być z pa­nią szczera? - spy­ta­łam.

- Proszę.

- Tylko pani miała moż­li­wość do­stać się do po­ko­jów go­ści.

- No prze­cież wiem - od­parła płacz­li­wie. - A do tego je­stem tu­taj pierw­szy dzień. Nikt mnie nie zna. Nikt za mnie nie poręczy. Tak się cie­szy­łam na tę pracę, a za­raz mogę ją stra­cić. To ta­kie okropne.

Pani Ju­lia wy­glą­dała jak kupka nie­szczę­ścia. Za­czę­łam jej współ­czuć. I wie­rzyć. Nie wy­glą­dała na zło­dzieja. Co prawda po­zory mylą i de­tek­tyw musi mieć tego świa­do­mość. Nie może ule­gać ani łzom, ani pięk­nym słów­kom. Musi być czujny. Mimo wszystko coś mi mó­wiło, że to nie ona.

- A może któ­ryś z go­ści py­tał o tre­se­rów? No, wie pani: gdzie są, co ro­bią.

- Tak! - Pani Ju­lia na­gle się roz­pro­mie­niła, jakby wy­grała na lo­te­rii. - Ta pani w nie­bies­kiej sukni. Taka... taka... Chodź­cie ze mną do re­cep­cji. Z pew­no­ścią jest na na­gra­niu z ka­mery.

- Prze­cież mo­ni­to­ring wy­siadł - zdzi­wi­łam się.

- Ow­szem, główny tak. Ale dla bez­pie­czeństwa go­ści za­in­sta­lo­wa­li­śmy jedną ka­merkę na kon­tu­arze. Taką nie­za­leżną, pod­łą­czoną do mo­jego kom­pu­tera. Obej­muje część holu i drzwi windy.

Po­słusz­nie po­drep­ta­li­śmy za pa­nią Ju­lią. We­szli­śmy za kon­tuar.

- Dzięki niej - kon­ty­nu­owała - każdy z go­ści zo­stał na­grany przy mel­dunku. Za­raz wam po­każę.

Re­cep­cjo­nistka od­pa­liła mo­ni­tor, po­kli­kała kilka razy w kla­wia­turę i na­szym oczom uka­zała się ko­bieta w nie­bies­kiej sukni.

- To jedna z gim­na­sty­czek. Robi ewo­lu­cje na li­nach czy coś ta­kiego - wy­ja­śniła.

Ko­bieta była szczu­pła i wy­spor­to­wana, miała bar­dzo dłu­gie palce. Na każ­dym oprócz kciuka no­siła ko­lo­rowy pier­ścio­nek. Wi­dać, że bar­dzo lu­biła biżute­rię. Może za bar­dzo?

- O co wła­ści­wie py­tała? - Znowu włą­czyło mi się prze­czu­cie.

- Przy­szła tu około szes­na­stej. Może tro­chę później. To też z pew­no­ścią się na­grało. Po­wie­działa, że szuka tre­se­rów Ja­kuba. Że pu­kała do ich po­koju, ale nie otwo­rzyli. I py­tała, czy wiem, gdzie wy­szli i kiedy wrócą.

- Dużo py­tań. Sta­now­czo za dużo - stwier­dził Kuba.

- Po­szła do nich do ogrodu? - do­cie­ka­łam, bo już wie­dzia­łam, gdzie byli.

- Nie. Cof­nęła się do windy.

- Na któ­rym pię­trze jest jej po­kój?

- Na pierw­szym. Do­kład­nie dwa pię­tra pod kró­lew­skim, który zaj­mują tre­se­rzy. - Re­cep­cjo­nistka spoj­rzała na mnie wy­mow­nie.

Chyba po­myś­lała to samo co ja. Zwinna gim­na­styczka, na co dzień tre­nu­jąca wspi­naczkę po li­nach, z ła­two­ścią mo­gła przed­ostać się z okna swo­jego po­koju do okna po­koju tre­se­rów. W do­datku bar­dzo lu­biła błys­kotki. Mie­li­śmy ko­lejną po­dej­rzaną. A wła­ści­wie je­dyną, bo pa­nią Ju­lię w su­mie można było wy­klu­czyć z tego kręgu.

Już mia­łam o tym po­wie­dzieć chło­pa­kom, gdy roz­pę­tała się na­stępna bu­rza. A ra­czej po­żar, jak po­wie­dzia­łaby mama.

Przez re­cep­cję, pro­sto w stronę ga­bi­netu, w któ­rym po­ste­run­kowy od­py­ty­wał ko­lej­nych go­ści ho­te­lo­wych, bieg­ła na­sza po­dej­rzana. Mało nas nie stra­to­wała. Wie­dzie­li­śmy, że nie mo­żemy tego prze­ga­pić, więc pu­ści­li­śmy się za nią.

- To pan pro­wa­dzi śledz­two? - wpa­dła do środka i prze­rwała prze­słu­cha­nie.

- Po­ste­run­kowy Przy­pa­dek we wła­snej oso­bie - przed­sta­wił się i uprzej­mie ski­nął głową.

- Zo­sta­łam okra­dziona!

- To ja­kaś plaga - syk­nęła mama i opa­dła na krze­sło.

Oka­zało się, że ktoś pod nie­obec­ność gim­na­styczki wła­mał się do jej po­koju i ukradł... nie uwie­rzy­cie - jej pier­ścionki. I na­prawdę zgrab­nie się uwi­nął. Gim­na­styczka wy­szła z po­koju do­słow­nie na chwilę, jak twier­dziła, spraw­dzić, co to za za­mie­sza­nie w holu. A kiedy wró­ciła, pier­ścion­ków nie było.

Tego już za wiele, po­myś­la­łam. Na­sza po­dej­rzana stała się ofiarą. To się na­zywa im­pas. Ale nie mo­gliśmy się pod­dać. To na­sze pierw­sze za­da­nie i mu­sie­li­śmy je roz­wią­zać. Uda­li­śmy się na na­radę.

- Wie­rzy­cie pani Ju­lii? - za­częłam.

- Ra­czej tak. - Kuba po­dra­pał się po no­sie. To znak, że się na­myś­lał. - Zresztą nie mo­gła ukraść pier­ścion­ków gim­na­styczce. Cały czas była w re­cep­cji.

- No tak - zgo­dził się An­tek. - Chyba mo­żemy ją wy­klu­czyć. Gim­na­styczkę i tre­se­rów rów­nież. Zo­staje nam po­zo­stały per­so­nel i dwu­dzie­stu paru go­ści.

- To nie bę­dzie bułka z ma­słem - skwi­to­wa­łam. - Ale damy radę. Kto jak nie my?

- Przy­pa­dek? - za­żar­to­wał Kuba, ro­biąc przy tym dzi­waczną minę, na co od­po­wie­dzie­li­śmy z Ant­kiem gło­śnym śmie­chem.

Rozdział 14

Mama była co­raz bar­dziej ner­wowa. Nie mo­gła uwie­rzyć w to, co się dzieje. Ni­gdy do­tąd w jej ho­telu nie do­szło do kra­dzieży. A na do­miar złego zło­dziej nie po­wie­dział ostat­niego słowa. Na­za­jutrz rano, gdy tylko po­ja­wi­li­śmy się na miej­scu, do­wie­dzie­li­śmy się od pani Ju­lii, że do li­sty po­szko­do­wa­nych dołączył gość z po­koju nu­mer sie­dem. Twier­dził, że zginęły mu ślubna obrączka i sy­gnet. Nie umiał jed­nak określić, kiedy zło­dziej mógł się do niego do­stać.

- Do­piero dzi­siaj się zo­rien­to­wał, ale przy­sięga, że wy­cho­dził z po­koju tylko wczo­raj, wy­wa­biony krzy­kami tre­sera Ed­gara.

- Dziwne - za­sta­no­wi­łam się na głos. - Wy­cho­dzi na to, że w przy­padku gim­na­styczki i pana spod sió­demki kra­dzieży do­ko­nano nie­mal w tym sa­mym cza­sie.

- Mu­simy usta­lić plan dzia­ła­nia i wziąć się do ro­boty - stwier­dził ra­cjo­nal­nie Kuba. - Pro­po­nuję za­cząć od roz­mowy z po­szko­do­wa­nymi.

- Po­ste­run­kowy już z nimi roz­ma­wiał - za­uwa­żyła pani Ju­lia.

- Może coś so­bie w mię­dzy­cza­sie przy­po­mnieli. Czy wszy­scy goście są w po­ko­jach?

- Nikt nie wy­cho­dził - po­twier­dziła re­cep­cjo­nistka.

Za­czę­li­śmy od gim­na­styczki. Wje­cha­li­śmy windą na pierw­sze pię­tro i za­pu­ka­li­śmy do jej drzwi. Otwo­rzyła ­na­tych­miast.

- Dzień do­bry! - przy­wi­tał ją An­tek.

- Ja was znam. Po­ma­ga­cie w ho­telu. - Uśmiech­nęła się.

- Tak. Je­stem Pola - przed­sta­wi­łam się - to mój brat An­tek i przy­ja­ciel Kuba. Na­sza mama jest tu­taj me­na­dże­rem - do­da­łam, wska­zu­jąc na sie­bie i Antka.

- Bar­dzo mi miło. Gabi Nie­mrawa. - Gim­na­styczka po ko­lei uści­snęła nam dło­nie, ener­gicz­nie nimi po­trzą­sa­jąc. - Co was do mnie spro­wa­dza?

- Pró­bu­jemy po­móc ma­mie i usta­lić, kto stoi za kra­dzie­żami.

- Na­prawdę? No to za­pra­szam do środka. Ja w wa­szym wieku też lu­bi­łam za­gadki de­tek­ty­wi­styczne.

Pani Nie­mrawa była bar­dzo ży­wio­łowa. Szybko ­mó­wiła, jesz­cze szyb­ciej się po­ru­szała. Do tego wszystko ro­biła z wy­jąt­kową lek­ko­ścią i gra­cją. Wy­da­wała się też miła.

- Moje pier­ścionki le­żały tu­taj. - Wska­zała na sto­lik nocny. - Zdję­łam je za­raz po przy­jeź­dzie.

- I co było da­lej?

- Ro­bi­łam to, co za­zwy­czaj w ho­telu. Roz­pa­ko­wa­łam ba­gaż, po­ukła­da­łam ubra­nia w sza­fie, ko­sme­tyki w ła­zience... - za­wie­siła głos, po czym podjęła: - A jak już wszystko zna­la­zło się na swoim miej­scu, mia­łam ochotę od­po­cząć w to­wa­rzy­stwie do­brej książki. Uwiel­biam czy­tać. Czy­tam w każ­dej wol­nej chwili. A wy?

- Tak, my też - za­pew­ni­łam ją szybko.

W gło­wie mia­łam na­tłok my­śli. Pani Gabi nie wspo­mniała, że opusz­czała po­kój. A prze­cież re­cep­cjo­nistka mó­wiła co in­nego. Nie chcia­łam py­tać Nie­mra­wej wprost, żeby ni­czego nie su­ge­ro­wać. Mu­sia­łam więc tro­chę po­klu­czyć.

- A co pani czy­tała?

- Cho­dzi o to, że nic.

- Nie ro­zu­miem.

- Za­nim zdą­ży­łam otwo­rzyć książkę, prze­ży­łam szok. Moje okno wy­cho­dzi na ogród. A nic tak nie pa­suje do re­laksu z książką jak wio­senny wie­trzyk i szum li­ści. Przy­zna­cie, prawda?

Kiw­nęliśmy zgod­nie gło­wami.

- Tak więc - cią­gnęła - otwo­rzy­łam okno. Na oścież. I gdy­bym od razu wró­ciła na fo­tel... Ale wi­dok tak mnie za­fa­scy­no­wał, że wyj­rza­łam na ze­wnątrz. I wtedy... - za­jąknęła się - i wtedy... Nie wiem, jak to ład­nie ująć, więc po­wiem wprost... Na moją dłoń na­ro­bił go­łąb. To było obrzy­dliwe. O fu­uuj! A prze­cież obie­cali, że go nie wy­pusz­czą. Obie­cali.

Spoj­rze­li­śmy po so­bie. Już wie­dzie­li­śmy, dla­czego Nie­mrawa szu­kała tre­se­rów.

- Przy­kro mi - wtrą­cił An­tek.

- Mnie rów­nież. Szu­ka­łam wła­ści­cieli go­łę­bia, ale nie mia­łam szczę­ścia. Za to oni, za­pew­niam was, mieli go bar­dzo dużo. By­łam go­towa ich roz­szar­pać. To nie­do­pusz­czalne, by na­rażać in­nych na ta­kie nie­przy­jem­no­ści.

W dal­szej czę­ści roz­mowy do­wie­dzie­li­śmy się, że gim­na­styczka jesz­cze raz opu­ściła po­kój. Zwa­biły ją, jak in­nych, krzyki w re­cep­cji. A gdy wró­ciła do sie­bie, jej bi­żu­te­rii już nie było.

Rozdział 15

Kolejny na na­szej li­ście był gość spod sió­demki. Jego po­kój mieścił się na dru­gim piętrze. Tym ra­zem zre­zy­gno­waliśmy z windy i wy­braliśmy schody, żeby po dro­dze po­dzielić się wnios­kami.

- Gabi Nie­mrawą mo­żemy osta­tecz­nie wy­klu­czyć - ode­zwał się An­tek.

- Zro­bi­li­śmy to już wczo­raj - przy­po­mnia­łam.

- W za­sa­dzie tak, ale te­raz wiemy to na pewno.

- Za­sta­na­wia mnie ta go­łę­bia kupa. - Przy­sta­nę­łam na pół­pię­trze.

- Że niby taka in­te­re­su­jąca? - Kuba się za­śmiał.

- Ow­szem. Ale nie kupa, tylko pe­wien fakt. Gdy za­no­si­łam tre­se­rom ręcz­niki, Wy­so­kij bar­dzo pil­no­wał, że­bym nie mo­gła zaj­rzeć do ich po­koju. Ale mi się udało. I wtedy za­uwa­ży­łam, że klatka Ja­kuba jest pu­sta. Spy­ta­łam o niego, a pan Ed­gar coś po­kręt­nie się tłu­ma­czył. Mó­wił, że go­łąb jest w to­a­le­cie.

- I to by się zga­dzało. Za­po­mniał tylko do­dać, że ta toa­leta to pa­ra­pet Nie­mra­wej. - An­tek po­krę­cił głową.

- Czu­łam, że to ściema. W ży­ciu nie sły­sza­łam, żeby ptaki ko­rzy­stały z ubi­ka­cji. Ale po­myś­la­łam, że to w końcu tre­so­wany ptak i ni­czego nie można wy­klu­czyć.

- Te­raz już wiemy, że wy­pusz­czają go z klatki. Tylko co to wnosi do sprawy?

- Jesz­cze nie wiem, ale się do­wiem - od­par­łam. - Idziemy.

Ru­szy­łam przo­dem pro­sto pod drzwi sió­demki.

- O co cho­dzi? - spy­tał tu­bal­nym gło­sem przy­sa­dzi­sty je­go­mość, który nam otwo­rzył.

- Dzień do­bry! Mam na imię Pola, a to An­tek i Kuba. Je­ste­śmy de­tek­ty­wami - za­czę­łam.

- A ja je­stem klau­nem - burk­nął zgryź­li­wie.

Spoj­rze­li­śmy na niego zas­ko­czeni. Chyba nie bar­dzo cie­szyła go na­sza wi­zyta.

- My na­prawdę je­ste­śmy de­tek­ty­wami - po­wtó­rzy­łam z na­cis­kiem.

- A ja na­prawdę je­stem klau­nem.

Stra­ci­łam cały re­zon. Już kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, jak mam trak­to­wać jego słowa.

- Do­brze, już do­brze - po­wie­dział wresz­cie, ob­da­rza­jąc nas bla­dym uśmie­chem. - Tro­chę je­stem nie w so­sie. Mia­łem kiep­ski po­ra­nek.

- Nie da się ukryć - wes­tchnął Kuba.

- Na­zy­wam się Wik­tor Po­nury. - Gość ski­nął głową. - I rze­czy­wi­ście je­stem klau­nem.

- Ach, no ja­sne!

Wciąż za­po­mi­na­łam, że mamy do czy­nie­nia z ca­łym prze­kro­jem ar­ty­stów cyr­ko­wych. Choć mu­szę przy­znać, że ina­czej wy­obra­ża­łam so­bie klauna.

Wik­tor Po­nury jakby czy­tał w mo­ich myś­lach, bo szybko do­dał:

- Za­zwy­czaj je­stem bar­dziej we­soły, ale tym ra­zem nie mam ku temu po­wo­dów. Jakiś zło­dziej ogo­ło­cił mnie z pa­mią­tek ro­dzin­nych.

- My wła­śnie w tej spra­wie - wy­ja­śnił An­tek.

- Wszystko po­wie­dzia­łem po­ste­run­ko­wemu. Nie mam po­ję­cia, dla­czego ktoś mnie okradł. Nie wzbo­gaci się na tym. Ob­rączka i sy­gnet miały wartość sen­ty­men­talną, ale nie były szcze­gól­nie dro­gie.

- Kiedy pan za­uwa­żył, że ich nie ma?

- Rano. Ale mo­gły zgi­nąć już wczo­raj albo w nocy, jak spa­łem. Nie mam pew­no­ści. Zło­dziej mu­siał wejść przez okno. Za­wsze śpię przy otwar­tym.

- A kiedy je pan otwo­rzył? - do­cie­ka­łam.

- Wczo­raj. Jak tylko wsze­dłem do po­koju. Nie lu­bię za­mknię­tych prze­strzeni.

- Ro­zu­miem. No cóż, dzię­ku­jemy - od­par­łam i ru­szy­łam w stronę drzwi.

- My­śli­cie, że uda wam się zła­pać zło­dzieja? - spy­tał Po­nury.

- Zro­bimy wszystko, by tak się stało - za­pew­nił go Kuba.

Rozdział 16

Jedno wy­da­wało nam się pewne - zło­dziej wcho­dził do po­ko­jów przez okno. A że mieliśmy do czy­nie­nia z ar­ty­stami cyr­ko­wymi, to taki wy­czyn nie był czymś wyjątko­wym. To nie­stety nie zawężało kręgu po­dej­rza­nych. Prawdo­po­dob­nie każdy z cyr­kow­ców po­tra­fiłby to zrobić. No, może poza tre­se­rami dzi­kich zwierząt, choć i wśród nich nie mo­gliś­my ni­kogo wy­klu­czyć.

Wje­cha­li­śmy windą na naj­wyższe pię­tro. Za­pu­ka­li­śmy do drzwi po­koju kró­lew­skiego. Od­cze­ka­li­śmy chwilę. I nic. Za­pu­ka­li­śmy po­now­nie i znowu sku­cha. Nikt nam nie otwo­rzył.

- Dziwne - za­uwa­ży­łam.

- Może wy­szli do ogrodu? Chodźmy to spraw­dzić - za­ko­men­de­ro­wał An­tek.

Prze­cho­dząc przez re­cep­cję, spy­ta­li­śmy jesz­cze pa­nią Ju­lię, czy tre­se­rzy opu­ścili ho­tel.

- Nie wi­dzia­łam. Ale przez mo­ment by­łam w ga­bi­ne­cie wa­szej mamy. Może wtedy?

W ogro­dzie było przy­jem­nie. Słonko nieśmiało przy­grze­wało, de­li­katny wie­trzyk sze­le­ścił w tra­wie i li­ściach drzew. Ale ni­g­dzie nie było tre­se­rów.

- Coś mi tu nie gra - po­wie­dział Kuba. - Mam dziwne prze­czu­cie, że coś nam umyka.

- Pew­nie zło­dziej - za­kpił An­tek.

Sta­nę­li­śmy na­prze­ciw ho­telu, wpa­trując się w jego okna. Tylko kilka było uchy­lo­nych. Wśród nich okna klauna Po­nu­rego, gim­na­styczki Nie­mra­wej i tre­se­rów Wy­so­kija i Tę­giego. Na tym ostat­nim coś po­łys­ki­wało w słońcu.

- Ktoś spa­ko­wał lor­netkę? - spy­ta­łam chło­pa­ków.

- Ja. - An­tek wy­do­był ją z kie­szeni kan­gurki. - A co?

Wzię­łam od niego sprzęt i usta­wi­łam ostrość.

- Tak jak myś­la­łam! - za­wo­ła­łam. - U tre­se­rów na pa­ra­pe­cie stoi pu­sta klatka.

- I co to zna­czy?

- Coś na pewno.

- Gdyby to była sroka, a nie go­łąb, to na­brał­bym pew­nych po­dej­rzeń - stwier­dził Kuba.

- A co my wła­ści­wie wiemy o gołębiach pocz­to­wych? - spy­ta­łam w na­głym olśnie­niu.

- Nie­wiele - przy­znał An­tek.

- Więc czas to zmie­nić. Wra­camy do re­cep­cji.

Idąc ścieżką przez ogród, mi­jaliśmy ławkę nie­mal w ca­ło­ści scho­waną za krza­kami ma­lin. I już mie­li­śmy pójść da­lej, gdy do­biegł nas bar­dzo zna­jomy dźwięk. Od­głos nad­jeżdża­ją­cej lo­ko­mo­tywy.

Chrrr!!! Ziu­uuu! Chrrr!!! Ziu­uuu! Chrrr!!! Ziu­uuu!

Po­de­szli­śmy do ławki, na któ­rej chra­pał nie kto inny jak nasz po­ste­run­kowy Przy­pa­dek. Wy­ło­żył się na ca­łej długo­ści. Pod głową miał ak­tówkę, a pod ręką ko­ło­no­tat­nik.

- Dzień do­bry! - wrza­snął mu do ucha Kuba i od­sko­czył na bez­pieczną od­le­głość.

Po­ste­run­kowy ze­rwał się na równe nogi.

- Stać! Po­li­cja! - krzyk­nął. - Je­ste­ście oto­czeni!

- Tym ra­zem to pan jest oto­czony - za­uwa­ży­łam ze śmie­chem.

- A, to wy. Moja tajna ko­mórka na tro­pie zło­dzieja. Ja tu so­bie sie­dzę i pró­buję ze­brać my­śli.

- Wła­śnie wi­dzę...

- Nie. Ja nie spa­łem. Ja­koś tak na leżąco ła­twiej mi się sku­pić - tłu­ma­czył.

- Więc to nie pan chra­pał? - za­drwił An­tek.

- Chra­pa­łem? Nie! Skąd! Nie­moż­liwe!

- Co pan usta­lił? - spy­ta­łam, by za­koń­czyć te­mat.

- No, wła­śnie jest pro­blem. Nic nie mam. Żad­nego po­dej­rza­nego. A wy?

- Czy do­szedł pan do tego, któ­rędy zło­dziej do­staje się do po­ko­jów? - cią­gnę­łam.

- Jesz­cze nie, ale... je­stem blis­ko.

- My uwa­żamy, że oknem.

- Tak. Ja też... - za­czął, ale na­gle za­trzy­mał się w pół zda­nia i wy­pa­lił: - Co? Na­prawdę?

- Nie ma in­nej moż­li­wo­ści, pa­nie po­ste­run­kowy.

- Ale jak? - Ro­zej­rzał się zdzi­wiony. - Tu nie ma żad­nej dra­biny. Z drzewa też nie da rady. Ani po ryn­nie.

- To cyr­kowcy. Nie ta­kie sztuczki po­tra­fią - za­pew­nił go Kuba.

- W su­mie mo­że­cie mieć ra­cję. Po­zo­staje wy­ty­po­wać wi­no­wajcę.

- To chyba naj­trud­niej­sze - na­po­mknę­łam.

- Wiem, jak to zro­bić - rzekł z prze­ko­na­niem Przy­pa­dek. - Od wczo­raj go­ście nie mogą opusz­czać ho­telu.

- I? - Nie ro­zu­mia­łam.

- Zro­bię w po­ko­jach prze­szu­ka­nie.

- Tak można? Bez na­kazu?

- W tym mie­ście rzą­dzi sze­ryf. A kto jest sze­ry­fem? - spy­tał po­ste­run­kowy i na­tych­miast sam so­bie od­po­wie­dział: - Ja! Sprawa jest pro­sta. Ten, kto nie ma nic do ukry­cia, po­zwoli mi się ro­zej­rzeć. A ten, kto nie po­zwoli, ma coś do ukry­cia. - Po­li­cjant uśmiech­nął się chy­trze.

- Coś w tym jest - po­twier­dzi­łam. - To może się udać.

- To idę. Szkoda mar­no­wać czas.

Przy­pa­dek od­da­lił się pręd­kim kro­kiem, za­bie­ra­jąc ak­tówkę i no­tes.

- I kto to mówi? - rzu­cił ze śmie­chem An­tek.

Rozdział 17

Poste­run­kowy wziął się do swo­jej pracy, a my do swo­jej. Pani Ju­lia po­zwo­liła nam sko­rzy­stać z kom­pu­tera. Wpi­sa­li­śmy w Go­ogle frazę "go­łąb pocz­towy". Pierw­szy wys­ko­czył link do Wi­ki­pe­dii.

- "Go­łąb pocz­towy - prze­czy­ta­łam na głos - jedna z od­mian go­łę­bia skal­nego, od­zna­czająca się zdol­no­ścią po­wra­ca­nia do go­łęb­nika z du­żych od­le­gło­ści".

Już po tym jed­nym zda­niu coś za­częło mi świ­tać. Ale to coś nie miało sensu. Moje roz­wa­ża­nia prze­rwał okrzyk Kuby:

- Nie­by­wałe! Słu­chaj­cie tego: prze­ciętne go­łę­bie pocz­towe la­tają na tra­sach dłu­go­ści około sze­ściu­set pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów. Ale naj­lep­sze po­tra­fią prze­le­cieć jedno­ra­zowo, uwaga, ty­siąc ki­lo­me­trów. Uwie­rzy­cie?! A Ja­kub to po­noć mistrz. Go­łąb nad go­łę­bie.

- Pa­trz­cie da­lej - włą­czył się An­tek. - Ich śred­nia pręd­kość prze­lotu to osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzinę. ­Nie­które na krót­szych dy­stan­sach wy­cią­gają pra­wie stówę.

- Na krót­szych, czyli ja­kich? - spy­ta­łam, bo w tym mo­men­cie to wy­dało mi się bar­dzo ważne. Coś w gło­wie ka­zało mi się przyj­rzeć tej spra­wie do­kład­niej.

- Cze­kaj... mam. Sto sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów. Taki dy­stans ro­bią, utrzy­mu­jąc pręd­kość stu ki­lo­me­trów na go­dzinę. One szyb­ciej lecą, niż mama je­dzie au­tem - do­dał ze śmie­chem.

- Chło­paki, mam dziwne prze­czu­cie. Jest kom­plet­nie nie­lo­giczne, ale nie daje mi spo­koju.

- Chyba wiem, o co ci cho­dzi. - Kuba spoj­rzał na mnie po­waż­nie.

Oka­zało się, że myś­lał do­kład­nie o tym sa­mym. Po­sta­no­wi­li­śmy, że po­dzie­limy się na­szym przy­pusz­cze­niem z po­ste­run­ko­wym. Za­dzwo­ni­łam do niego i umó­wi­li­śmy się na na­radę w ogro­dzie.

- Jak idzie prze­szu­ka­nie? - spy­tał An­tek, gdy Przy­pa­dek do nas do­łą­czył.

- O dziwo, spraw­nie - od­parł po­ste­run­kowy. - Ab­so­lut­nie nikt nie robi trud­no­ści. Od­bęb­ni­łem już po­koje na pierw­szym pię­trze.

- Czyli nie był pan jesz­cze w kró­lew­skim? - upew­ni­łam się.

- Nie. Tam zaj­rzę na ko­niec. To zresztą tylko for­mal­ność, prze­cież tre­se­rzy go­łę­bia są po­szko­do­wa­nymi, a nie spraw­cami.

- Jest pan pe­wien? - za­py­tał Kuba.

- Na sto pro­cent. Ma­cie co do nich wąt­pliwości?

- Po pro­stu uwa­żamy, że do­póki trwa śledz­two, ni­kogo nie można wy­klu­czyć.

Opo­wie­dzie­li­śmy Przy­pad­kowi o swo­jej teo­rii. Nie wy­glą­dał na prze­ko­na­nego.

- To naciągane! - żach­nął się i mach­nął ręką. - Mocno na­cią­gane. I zero do­wo­dów na po­par­cie. To nie przej­dzie.

- Mu­simy zdo­być do­wody - wy­pa­li­łam.

- Ale jak? - Kuba po­dra­pał się po no­sie.

- Mam pe­wien po­mysł. Znowu po­trze­bu­jemy pani Ju­lii.

- Ja wam mó­wię, że nie tędy droga - pod­su­mo­wał po­ste­run­kowy. - Ale skoro chce­cie za­li­czyć pierw­szą wtopę, to nie będę wam prze­szka­dzał.

- Mam do pana prośbę - po­wie­dzia­łam. - Da nam pan pół go­dziny, za­nim wróci do prze­szu­ki­wa­nia po­ko­jów?

- Pew­nie. - Przy­pa­dek roz­siadł się na ławce wśród ma­lin. - I tak za­mie­rza­łem chwilkę od­po­cząć.

- Pół go­dziny - po­wtó­rzy­łam i po­gna­łam do re­cep­cji.

Chło­paki oczy­wi­ście za mną.

Rozdział 18

Zzia­jani wpa­dli­śmy do re­cep­cji. Pani Ju­lia spoj­rzała na nas, jak­by­śmy chcieli zrobić na­pad.

- Co jest? - spy­tała, ba­daw­czo spo­glą­dając to na mnie, to na Antka, to na Kubę.

- Mamy prośbę - od­par­łam.

- Znowu?

- A chce pani wy­ja­śnić sprawę kra­dzieży?

- Pew­nie, że tak. Cały czas sie­dzę jak na szpil­kach.

- No to mu­simy przej­rzeć za­pis z ka­mery na kon­tu­arze i prze­li­czyć go­ści - wy­ja­śni­łam.

- Nie ro­zu­miem.

- Mu­simy spraw­dzić, kto zszedł wczo­raj do holu, gdy roz­pę­tała się afera. Każdy z go­ści mu­siał przejść obok re­cep­cji.

- Tak. Tylko do czego się to przyda? Prze­cież go­ście ze­szli tu­taj tuż po kra­dzieży.

- Po pierw­szej kra­dzieży. Ale być może przed dwoma ko­lej­nymi - wy­tłu­ma­czy­łam.

Pani Ju­lia od­szu­kała za­pis z ka­mery z wczo­raj i prze­su­nęła film do od­po­wied­niej go­dziny. Na­tych­miast wle­pi­li­śmy wzrok w mo­ni­tor.

- O! Jest Wy­so­kij. Te­raz się za­cznie - ode­zwał się ­An­tek.

Za mo­ment w holu po­ja­wili się ko­lejni go­ście. Klaun Po­nury, gim­na­styczka Nie­mrawa, cała ekipa z po­koju nu­mer trzy, dwóch ma­gi­ków w czer­wo­nych gar­ni­tu­rach.

- Nie­zły tłum. - An­tek wes­tchnął. - Ciężko bę­dzie ich prze­li­czyć.

- Stop! Pro­szę za­trzymać! - po­pro­si­łam pa­nią Ju­lię, gdy przy kon­tu­arze po­ja­wiła się mama. - Spró­bujmy.

Każde z nas li­czyło swoim sys­te­mem. I każde do­li­czyło się in­nej liczby go­ści.

- To się nie uda. - Kuba po­krę­cił głową.

- Kogo bra­kuje? - spy­ta­łam, spo­glą­da­jąc na pa­nią Ju­lię.

- Nie je­stem pewna. Nie zdą­ży­łam ich wszyst­kich za­pa­mię­tać. Na pewno nie ma go­ścia spod szóstki. Zwró­ci­łam na niego uwagę, bo był okrop­nie wy­soki i szczu­pły. Póź­niej do­wie­dzia­łam się, że to czło­wiek guma. Po­wie­dział mi na­wet, że umie zwią­zać się w su­peł.

- Na­prawdę? - Spoj­rza­łam na nią spod grzywki.

- Tak twier­dził, ale nie de­mon­stro­wał. - Re­cep­cjo­nistka się uśmiech­nęła. - O, i nie ma tej drob­niut­kiej dziew­czyny w wiel­kich, ciem­nych oku­la­rach.

Znowu po­pa­trzy­łam na nią py­ta­jąco, więc wyjaśniła:

- Przy­je­chała do ho­telu z mamą. Miesz­kają w dzie­wiątce.

- Nie pa­mię­tam jej - stwier­dzi­łam.

- Nic dziw­nego. Jest uro­cza i bar­dzo miła, ale ra­czej nie­śmiała. Cały czas trzy­mała mamę za rękę. Jej mama jest wol­ty­żerką. Ale dziew­czyna chyba nie wy­stę­puje w cyrku. W każ­dym ra­zie nic mi o tym nie wia­domo. Po­pa­trz­cie - wska­zała pal­cem ko­bietę na mo­ni­to­rze - to wła­śnie jej mama. Tu­taj jest sama, bez córki.

Pani Ju­lia jesz­cze chwilę wpa­try­wała się w ekran lap­topa, po czym rze­kła:

- Bar­dziej nie mogę wam po­móc.

- Za to ja tak - szep­nął Kuba. - Wiem, kogo na pewno tu­taj bra­kuje.

Na­sza hi­po­teza na­bie­rała sensu. By­li­śmy co­raz bar­dziej prze­ko­nani, że od­kry­li­śmy, kto stoi za kra­dzie­żami. A jed­nak wciąż nie mo­gli­śmy w to uwie­rzyć.

Znowu za­dzwo­ni­li­śmy do po­ste­run­ko­wego i po­pro­si­li­śmy, żeby po­ja­wił się w re­cep­cji.

Rozdział 19

Długo mu­sieliśmy prze­ko­nywać Przy­padka do swo­jej ra­cji. W końcu uległ.

- Tylko jak tego do­wieść? - spy­tał zre­zy­gno­wany.

- Nie mo­żemy li­czyć na przy­pa­dek. Zna­czy na łut szczę­ścia - po­pra­wi­łam się prędko. - Mu­simy urzą­dzić za­sadzkę. Wtedy wszystko bę­dzie czarno na bia­łym. Zga­dza się pan?

- Co mi szko­dzi. Nie mam lep­szego po­my­słu.

Aby na­sza ak­cja mo­gła się po­wieść, mu­sie­li­śmy wszystko do­brze za­pla­no­wać. Każdy de­tal. Tu rze­czy­wi­ście nie mo­gło być mowy o przy­padku. Do tego plan za­kła­dał dzia­ła­nia kil­ku­to­rowe. Długo usta­la­li­śmy, kto za co od­po­wiada. Po­trze­bo­waliśmy też przy­nęty.

- Czy to się nada? - spy­tała pani Ju­lia, zsu­wa­jąc z palca piękny złoty pier­ścio­nek.

- Och! - Tro­chę się oba­wia­łam go przy­jąć. - Jest pani pewna? A co, je­śli się mylę?

- Je­śli się my­lisz, to pier­ścio­nek nie znik­nie. A je­śli masz rację, to go od­zys­kam.

Roz­sądne, po­myś­la­łam.

Kiedy roz­dzie­li­li­śmy już za­da­nia, można było od­trą­bić po­czą­tek mi­sji.

Za­da­nie po­ste­run­ko­wego było pro­ste. Miał się na po­wrót zająć prze­szu­ki­wa­niem po­ko­jów. An­tek z Kubą zo­stali od­de­le­go­wani do ogrodu, by ob­ser­wo­wać okna. Na­to­miast ja z lap­to­pem pani Ju­lii prze­nio­słam się do po­miesz­cze­nia sa­ni­tar­nego, czyli ma­łego po­ko­iku tuż za re­cep­cją. Pierw­sza część za­da­nia na­le­żała do pani Ju­lii. Za­dzwo­niła do po­koju kró­lew­skiego:

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale pani me­nadżer prosi, by pa­no­wie ze­szli do re­cep­cji. To zaj­mie chwi­leczkę. - Przez mo­ment słu­chała któ­re­goś z tre­se­rów, aż wresz­cie od­parła: - Bar­dzo dzię­kuję.

Mamy oczy­wi­ście nie było na te­re­nie ho­telu. Miała prze­rwę obia­dową i umó­wiła się z tatą. Ten punkt na­szego planu był więc bez­pieczny.

Ko­lejny te­le­fon, tym ra­zem do czło­wieka gumy, i ta sama prośba. Na­stęp­nie pani Ju­lia zo­sta­wiła pier­ścio­nek na kon­tu­arze i - jak usta­li­li­śmy wcze­śniej - po­szła do ga­bi­netu mamy.

Za chwilę przy kon­tu­arze po­ja­wili się Wy­so­kij i Tęgi. Wi­dzia­łam ich na ekra­nie lap­topa jak na dłoni. Od razu za­uważyli pier­ścio­nek. Tęgi wziął go do ręki i spoj­rzał na niego pod świa­tło. Wy­mie­nili mię­dzy sobą kilka słów. Ach, jak ża­ło­wa­łam, że ich nie słyszę. Nie­stety mia­łam tylko niemy pod­gląd z ka­mery. I wtedy stało się coś, co oba­liło moje przy­pusz­cze­nia. Tęgi odło­żył pier­ścio­nek na miej­sce i od­da­lił się do windy. W jej drzwiach mi­nął się z czło­wie­kiem gumą.

Nie­moż­liwe! Mój nos mnie za­wiódł - myś­la­łam go­rącz­kowo - a plan spa­lił na pa­newce. Jak mo­głam się tak po­my­lić? Te­raz do­piero po­ste­run­kowy bę­dzie się pysz­nił.

Wy­so­kij zo­stał przy kon­tu­arze. Za mo­ment do­łą­czył do niego czło­wiek guma. Usta tre­sera otwie­rały się, jakby mó­wił "halo". A kiedy nie do­stał od­po­wie­dzi, obaj pa­no­wie skie­ro­wali się do ga­bi­netu, gdzie cze­kała na niego na­sza wspól­niczka. Za­mknę­łam lap­top i ru­szy­łam za nimi. W pew­nej, rzecz ja­sna, od­le­gło­ści. Jed­nak już bez więk­szego en­tu­zja­zmu. Wie­dzia­łam, że cała ak­cja po­szła na marne.

- O, są pa­no­wie - ucie­szyła się te­atral­nie pani Ju­lia. - A gdzie pan Tęgi?

- Ja­kub źle się czuje, więc Kle­ofas wró­cił do po­koju. Nie mo­żemy zo­sta­wiać go zbyt długo bez opieki.

- Co się stało?

- Nic ta­kiego. Prawdo­po­dob­nie bra­kuje mu ru­chu.

- A, ro­zu­miem. To rze­czy­wi­ście musi być uciąż­liwe dla ptaka, ta­kie trzy­ma­nie w klatce. A nie mogą go pa­no­wie wy­pu­ścić w ogro­dzie?

- Ra­czej nie. Po po­wro­cie do domu nad­robi i wszystko bę­dzie jak daw­niej. Ale nie wi­dzę pani me­nadżer... - Wy­so­kij za­wie­sił głos i ro­zej­rzał się po ga­bi­ne­cie.

- Nie­stety mu­siała wyjść. Ka­zała pa­nów bar­dzo prze­pro­sić.

- W po­rządku. To o co cho­dziło? - Czło­wiek guma po­dra­pał się po ple­cach.

- Wła­ści­wie o drob­nostkę. Chciała pa­nów po­in­for­mo­wać, że po­li­cja pro­wa­dzi czyn­no­ści w związku z kra­dzie­żami.

- I?

- I wła­śnie te­raz w ho­telu jest po­ste­run­kowy Przy­pa­dek, który prze­szu­kuje po­koje wszyst­kich go­ści.

- Nie ma sprawy - ode­zwał się czło­wiek guma. - Nie mam nic do ukry­cia.

- Oczy­wi­ście. - Re­cep­cjo­nistka uśmiech­nęła się, po czym prze­nio­sła wzrok na Ed­gara. - Na pewno zaj­rzy rów­nież do pa­nów.

- Do nas? A po co? Prze­cież...

- Pro­szę się nie de­ner­wo­wać - we­szła mu w słowo. - To tylko ru­ty­nowe czyn­no­ści.

Usły­sza­łam kroki, więc szybko wy­co­fa­łam się do re­cep­cji. A tam... nie uwie­rzy­cie...

- Nie, to nie­moż­liwe! Jak to się mo­gło stać?! Kiedy?! - krzyk­nę­łam.

- O co cho­dzi? - spy­tała pani Ju­lia, która wraz z Ed­ga­rem i czło­wie­kiem gumą po­ja­wiła się za mo­imi ple­cami.

- Pier­ścio­nek... - wy­bą­ka­łam. - Znik­nął. Był tu, a te­raz go nie ma.

- Wi­dzia­łem go - ode­zwał się czło­wiek guma. - Le­żał na la­dzie.

- Tak. Ja też go wi­dzia­łem. Oj, znam ten ból - po­wie­dział ze współ­czu­ciem Wy­so­kij. - Tak mi przy­kro.

- Ale to nie ma sensu - mó­wi­łam bar­dziej do sie­bie niż do nich.

- To nie­zbyt roz­sądne zo­sta­wiać bi­żu­terię w ta­kim miej­scu. Zwłasz­cza że gdzieś tu­taj czai się zło­dziej - zga­nił mnie czło­wiek guma.

- Tak, wiem, zo­sta­wi­łam go, bo... - Ugry­złam się w ję­zyk. Nie­wiele bra­ko­wało, a z ner­wów po­wie­dzia­ła­bym tro­chę za dużo.

- Po­ste­run­kowy prze­szu­kuje po­koje, więc to tylko kwe­stia czasu. Jesz­cze dziś od­zys­kasz pier­ścio­nek. - Pani ­Ju­lia wy­gło­siła umó­wioną kwe­stię, zu­peł­nie nie­świa­doma, że wszystko po­szło nie tak, jak za­kła­da­li­śmy.

I że nasz ho­te­lowy zło­dziej na­dal po­zo­staje ta­jem­nicą.

Rozdział 20

Gdy pa­no­wie od­je­chali windą do swo­ich po­ko­jów, wyjaśni­łam pani Ju­lii, co się wy­da­rzyło.

- To nie tre­se­rzy. Nie oni - go­rącz­ko­wa­łam się.

Naj­bar­dziej przej­mo­wa­łam się tym, że re­cep­cjo­nistka mi za­ufała i po­wie­rzyła swój pier­ścio­nek.

- Nie przej­muj się. W końcu to roz­wi­kła­cie. - Sta­rała się mnie po­cie­szyć.

- Ale pani pier­ścio­nek prze­padł.

- Nim też się nie przej­muj. Był nie­wiele wart. Parę zło­tych. To tylko błys­kotka z tom­baku. Zło­dziej zo­ba­czył, co chciał zo­ba­czyć.

- Na­prawdę? - zdzi­wi­łam się.

- Słowo har­cerki. I na­wet się cie­szę, że dał się na­brać. Bę­dzie miał nie­tęgą minę, gdy ze­chce go sprze­dać.

- Ale to nie zmie­nia faktu, że na­dal nic nie wiemy.

- Ka­mera! - wy­krzyk­nę­ły­śmy równo­cze­śnie.

W tej sa­mej chwili do holu wpa­dli An­tek i Kuba.

- Mamy ptaszka!

- Co? - spy­ta­łam nie­przy­tom­nie.

- Mamy ptaszka - po­wtó­rzył An­tek.

- Przed chwilą go­łąb wy­le­ciał z okna - za­czął opo­wia­dać Kuba. - Pod brzu­chem miał przy­wią­zany ja­kiś pa­ku­nek. Taką małą sa­kiewkę.

- Ale to nie oni - od­par­łam. - Ża­den z nich nie za­brał pier­ścionka.

- Więc co ta­kiego trans­por­to­wał mistrz go­łębi pocz­to­wych? - spy­tał Kuba.

- I do­kąd? - do­dał An­tek.

To się robi co­raz dziw­niej­sze, po­myś­la­łam. Jesz­cze pół go­dziny temu da­ła­bym so­bie rękę uciąć, że to tre­se­rzy stoją za kra­dzie­żami. Dla­czego? To pro­ste. Swoją kra­dzież zgło­sili dla pod­pu­chy. Bar­dzo sprytne za­gra­nie. Sami na wstę­pie wy­klu­czyli się z kręgu po­dej­rza­nych. Po­tem, kiedy Wy­so­kij zro­bił ra­ban, w holu bra­ko­wało Tę­giego. Miał czas i spo­sob­ność. Mógł swo­bod­nie splą­dro­wać po­koje in­nych go­ści, pod­czas gdy oni przy­glą­dali się awan­tu­rze. A Ja­kub, który po­noć nie opusz­czał klatki, re­gu­lar­nie la­tał mię­dzy ho­te­lem a punk­tem od­bioru błys­ko­tek. Nie­zły ku­rier. Kto po­dej­rze­wałby go­łę­bia? Wszystko do sie­bie pa­so­wało, aż do te­raz.

Nie­stety, w jed­nym mo­men­cie moja hi­po­teza roz­pa­dła się jak do­mek z kart.

Opo­wie­dzia­łam chło­pa­kom o pier­ścionku re­cep­cjo­nistki.

- W ta­kim ra­zie sprawdźmy, kto po tre­se­rach i czło­wieku gu­mie po­ja­wił się w holu - zde­cy­do­wał Kuba.

- Wła­śnie mia­ły­śmy to zro­bić - ode­zwała się pani Ju­lia, sta­wiając na kon­tu­arze lap­top.

Pra­wie nie od­dy­cha­łam, kiedy włą­czała na­gra­nie. Czu­łam, że za­raz bę­dziemy mieli win­nego na tacy.

Drzwi do windy się otwo­rzyły, ale tro­chę trwało, za­nim zo­ba­czy­li­śmy przy­by­sza. A wła­ści­wie przy­byszkę, bo z windy wy­sia­dła dziew­czyna w ciem­nych oku­la­rach.

- To ta spod dziewiątki! - za­wo­łała pani Ju­lia. - Co ona robi?

Dziew­czyna po­su­wała się bar­dzo wolno i ostroż­nie. Jedną ręką przy­trzy­my­wała się ściany, a drugą ma­chała ko­lo­ro­wym wa­chla­rzem.

- Wygląda, jakby źle się czuła - bąk­nę­łam.

Dziew­czyna pod­cho­dziła do lady, wciąż prze­su­wa­jąc dło­nią po ścia­nie. Na­gle jej wa­chlarz za­czął się szybko zbli­żać do obiek­tywu ka­mery. Był bli­żej i bli­żej. Wresz­cie za­sło­nił cały wi­dok i ekran zmie­nił się w jedną szarą plamę.

Pani Ju­lia pierw­sza zo­rien­to­wała się w te­ma­cie. Spoj­rzała w miej­sce, gdzie znaj­do­wał się obiek­tyw. My po­dą­ży­li­śmy za jej wzro­kiem.

- No nie! - wrza­snę­łam, kiedy od­kry­li­śmy, że wa­chlarz na­dal tam leży.

W tym ca­łym fer­wo­rze żadne z nas nie za­uwa­żyło go wcze­śniej.

- To by było na tyle - skwi­to­wał An­tek.

- Co te­raz? - wes­tchnęła re­cep­cjo­nistka.

Wzię­łam wa­chlarz do ręki i mach­nę­łam nim jak tan­cerka fla­menco.

- Te­raz od­wie­dzimy pa­nie spod dzie­wiątki - od­par­łam.

Rozdział 21

Myślisz, że ta dziew­czyna za tym stoi? - spy­tał mnie Kuba, gdy we­szliśmy do windy.

- Wąt­pię. Ale mo­gła coś zo­ba­czyć. Ko­goś.

Rze­czy­wi­ście tak myś­la­łam. Dziew­czyna spra­wiała wraże­nie mocno nie­po­rad­nej. Ktoś taki śred­nio na­daje się na zło­dzieja. Cho­ciaż, jak już mó­wi­łam wcze­śniej, póki trwa do­cho­dze­nie, ni­kogo nie można wy­klu­czyć. Nie­mniej na­prawdę wąt­pi­łam w winę tej kon­kret­nej osoby.

Drzwi otwo­rzyła nam mama dziew­czyny, którą bez­błęd­nie roz­po­zna­li­śmy z na­gra­nia.

- O! - Wy­raź­nie ucie­szyła się na wi­dok wa­chla­rza. - To wa­chlarz Ninki. Skąd go ma­cie?

- Z re­cep­cji - od­par­łam.

- Ninka, scho­dzi­łaś do re­cep­cji? - Ko­bieta od­wró­ciła się w stronę po­koju.

- Tak, mamo - ode­zwał się głos z po­miesz­cze­nia.

Za chwilę obok mamy po­ka­zała się dziew­czyna. Na no­sie na­dal miała duże, czarne oku­lary.

- Ale po co? - spy­tała ko­bieta.

- Szu­ka­łam cię.

- A, tak. Wi­dzi­cie, zo­sta­wi­łam ją na chwilę i po­szłam do pani Nie­mra­wej - wy­tłu­ma­czyła, po czym zwró­ciła się do córki: - Ale dla­czego nic nie po­wie­dzia­łaś?

- Bo nie było o czym. Zje­cha­łam windą, a po­tem wje­cha­łam z po­wro­tem. I już.

- A wa­chlarz?

- Upadł mi i nie mo­głam go znaleźć.

- Prze­cież le­żał na kon­tu­arze - za­uwa­ży­łam.

Dziew­czyna wzru­szyła ra­mio­nami.

- Czy oprócz cie­bie w holu był ktoś jesz­cze? - spy­ta­łam, pa­trząc jej w oczy, a ra­czej w oku­lary. - Wi­dzia­łaś ko­goś? Mi­jałaś?

- Nie - od­burk­nęła i scho­wała się za drzwiami.

- Prze­pra­szam was - szep­nęła jej mama, nie­mal wy­py­cha­jąc nas z progu na ko­ry­tarz. - Ninka nic nie wi­działa. Z całą pew­no­ścią.

- Ale skąd... - za­czę­łam, lecz nie skoń­czy­łam.

- Bo Ninka jest nie­wi­doma. - Ko­bieta we­szła mi w ­słowo.

Na mo­ment za­nie­mó­wi­łam. Zro­biło mi się strasz­nie głu­pio. Te­raz zro­zu­mia­łam, dla­czego nie zna­la­zła swo­jego wa­chla­rza.

- Tak mi przy­kro - po­wie­dzia­łam nie­mal bez­gło­śnie.

- Nie­po­trzeb­nie. - Ko­bieta po­krę­ciła głową. - A te­raz wy­bacz­cie.

Drzwi trza­snęły z im­pe­tem tuż przed na­szymi twa­rzami.

By­łam zła na sie­bie, że się nie zo­rien­to­wa­łam. Te ciemne oku­lary po­winny dać mi do myśle­nia. I to, jak dziew­czyna kur­czowo trzy­mała się ściany. Ale po­le­głam. I te­raz czu­łam się podle. A na do­miar złego na­sza ostat­nia szansa na zde­mas­ko­wa­nie zło­dzieja znik­nęła za wa­chla­rzem. Czy to nie tra­ge­dia?

Sie­dzie­li­śmy w ogro­dzie i po­grą­ży­li­śmy się w myś­lach. By­łam prze­ko­nana, że każde z nas za­sta­na­wiało się nad tym sa­mym. Każde na swój spo­sób prze­ra­biało po­rażkę. Na­sza za­sadzka nie wy­pa­liła. Dru­żyna PAKA nie dała rady zło­dzie­jowi. Po­nie­śli­śmy sro­motną klę­skę.

Ale ja nie za­mie­rza­łam się pod­dać. Co to, to nie. Jesz­cze raz roz­wa­ży­łam wszystko, do czego do­szli­śmy. Po­now­nie za­czę­łam ukła­dać w gło­wie puz­zle, by po­ja­wiła się cała ukła­danka. Po ja­kimś cza­sie do­łą­czył do nas po­ste­run­kowy.

- Ko­niec na dziś - za­mel­do­wał. - Wra­cam na po­ste­ru­nek.

Nie było naj­mniej­szego sensu, by da­lej krę­cił się po ho­telu. Nie mie­li­śmy żad­nego punktu za­cze­pie­nia.

- Gołąb! Wraca go­łąb! - za­krzyk­nął na to An­tek. - Niech pan spoj­rzy na jego brzuch.

Po­ste­run­kowy prze­jął lor­netkę i wy­mie­rzył nią w ptaka.

- A mó­wili, że śpi - wy­mam­ro­tał pod no­sem.

- Kto? - po­ciągnę­łam go za ję­zyk.

- Wpa­dłem przed chwilą do tre­se­rów. Klatka była za­kryta ja­kimś ple­dem. Po­wie­dzieli, że go­łąb śpi w środku. I żeby mu nie prze­szka­dzać.

- Cwa­niaki - syk­nę­łam przez zęby.

Do­brze, że Ja­kub tro­chę ko­ło­wał, za­nim usiadł na pa­ra­pe­cie. Przy­pa­dek miał szansę do­brze mu się przyj­rzeć.

- Rze­czy­wi­ście ma coś przy­tro­czone pod brzu­chem. Tylko co nam to daje?

- Mó­wię panu, że to go­łąb wy­nosi bi­żu­te­rię i do­kądś ją trans­por­tuje. - Znowu się za­pa­li­łam.

- Ale tre­se­rzy nie wzięli pier­ścionka pani Ju­lii - od­parł po­ste­run­kowy.

- Czyżby?

W mo­jej gło­wie ostatni ka­wa­łe­czek puz­zli, który ni­g­dzie nie pa­so­wał, wła­śnie wsko­czył na swoje miej­sce. Tym sa­mym wszystko się uło­żyło.

- Mam plan! - za­wo­ła­łam.

- Znowu? - Po­ste­run­kowy tro­chę się krzy­wił.

- Mhm! Plan ide­alny.

Rozdział 22

Plan był pro­sty jak bu­dowa cepa. Należało wy­ku­rzyć kreta z kry­jówki. Je­dy­nym spo­so­bem była ko­lejna pro­wo­ka­cja. Tym ra­zem mu­siało się udać. Po pro­stu mu­siało!

Znowu trzeba było po­pro­sić pa­nią Ju­lię o po­moc.

- Re­kwi­ruję pani auto! - Przy­pa­dek kom­plet­nie nie umiał współ­pra­co­wać. Po ta­kim tek­ście nic, tylko siąść i pła­kać.

- Pa­nie po­ste­run­kowy! - Zgro­mi­łam go, po czym wy­tłu­ma­czy­łam re­cep­cjo­ni­stce, o co cho­dzi: - Po­trze­bu­jemy pani samo­chodu, bo ra­dio­wóz za bar­dzo rzuca się w oczy.

Wy­łusz­czy­łam jej swój plan, a ona od razu wrę­czyła mi klu­czyki.

- Ale wła­ści­wie dla­czego nie mogę aresz­to­wać zło­dzieja pod ho­te­lem? - do­cie­kał jesz­cze Przy­pa­dek. - Po co mam się za nim wlec przez mia­sto?

- Bo po­trze­bu­jemy do­wo­dów. Bi­żu­te­rii nie ma w ho­telu. Sam pan to spraw­dzał. A za­tem jest w in­nym miej­scu, do któ­rego, przy do­brych wia­trach, zło­dziej sam nas za­pro­wa­dzi.

- No tak, masz ra­cję, Polu.

Po­ste­run­kowy od­da­lił się na par­king, chło­paki przy­cza­iły się w ogro­dzie, a ja, za­opa­trzona w ręcz­niki, ru­szy­łam do windy.

Drzwi otwo­rzył mi, jak zwy­kle, Wy­so­kij.

- Przy­nio­słam czy­ste ręcz­niki - oznaj­mi­łam.

- Dzię­kuję. - Uśmiech­nął się przy­jaź­nie, co w ogóle do niego nie pa­so­wało.

- Sły­szał już pan no­winę? Jest duża szansa, że od­zys­ka pan pier­ścień.

- Tak? - Ed­gar po­łknął ha­czyk.

- Po­ste­run­kowy roz­wią­zał za­gadkę. Przy­naj­mniej tak twier­dzi. Nie­stety, nie chce zdra­dzić szcze­gó­łów. W tej chwili dzwoni z re­cep­cji po po­siłki. Za pół go­dziny w ho­telu za­roi się od po­li­cji.

- Dzię­kuję! - po­wtó­rzył po­spiesz­nie tre­ser i znik­nął za drzwiami.

Wi­dzia­łam to w jego oczach - strach. By­łam pewna, że tra­fi­łam w dy­chę. Tylko czy umia­łam prze­wi­dzieć ru­chy zło­dzieja? Ge­ne­ral­nie miał dwa wyj­ścia - grzecz­nie cze­kać na po­li­cję albo ucie­kać. Li­czy­łam na to dru­gie.

I się nie po­my­li­łam. Le­d­wie zdą­ży­łam do­łą­czyć do chło­pa­ków scho­wa­nych za drze­wami, a z okna na naj­wyż­szym pię­trze ktoś spu­ścił linę. Nie taką zwy­kłą, tylko bar­dzo grubą, z mnó­stwem su­płów.

- I tu cię mamy - szep­nął An­tek i na­tych­miast uru­cho­mił ka­merę w te­le­fo­nie.

Pierw­szy z okna wy­fru­nął Ja­kub. Za nim wy­nu­rzył się Ed­gar Wy­so­kij i spraw­nie zsu­nął się po li­nie na traw­nik. Na­wet nie prze­szko­dziła mu w tym klatka, którą trzy­mał w ręku. W na­stępnej ko­lej­no­ści po­le­ciały w dół torby. Dużo to­reb. Po nich... i tu prze­ży­łam praw­dziwy szok... Ninka. Tym ra­zem bez oku­la­rów i wa­chla­rza. Zsu­nęła się po su­płach jak gwiazda cyr­ko­wej areny. Po niej jej mama, czy kim­kol­wiek była druga pani spod dzie­wiątki. A na końcu Kle­ofas Tęgi we wła­snej oso­bie. Cała czwórka po­spiesz­nie ze­brała pa­kunki z traw­nika i ru­szyła w stronę par­kingu.

My na szczęście zna­li­śmy skróty, więc do auta re­cep­cjo­nistki do­tar­li­śmy przed nimi.

- Bingo! - za­wo­ła­łam, gra­mo­ląc się na sie­dze­nie obok po­ste­run­ko­wego.

An­tek i Kuba usie­dli z tyłu.

I jak to mó­wią, po sznurku do kłębka. Czy ja­koś tak. Zło­dzieje za­pro­wa­dzili nas prościutko do dziu­pli. A tak na­prawdę to do domu pani Janki. Tej sa­mej pani Janki, która od pew­nego czasu sprząta po­koje w ho­telu mamy. I która tuż przed przy­jaz­dem cyr­kow­ców za­nie­mo­gła na zdro­wiu. Przy­pa­dek?

Za chwilę wszystko się wy­ja­śni, po­myś­la­łam.

Rozdział 23

Tym ra­zem po­ste­run­kowy rze­czywiście we­zwał po­siłki. Na miej­sce przy­je­chał sam ko­men­dant i wspól­nie z Przy­pad­kiem aresz­to­wali całą piątkę. Oczywiście w domu pani Janki zna­la­zły się wszyst­kie fanty skra­dzione w ho­telu i jesz­cze kilka bo­nu­so­wych. Jed­nak po­ste­run­kowy wcale z bo­nusu się nie ucie­szył, bo - jak po­wie­dział - taki do­da­tek ge­ne­ruje do­dat­kową pracę.

- Trzeba będzie zna­leźć wła­ści­cieli błys­ko­tek - wy­ja­śnił i wes­tchnął.

Był za to bar­dzo za­do­wo­lony z prze­słu­cha­nia. Już na wstę­pie do­wie­dział się, że Nina, która - jak się pew­nie domyś­la­cie - wcale nie była nie­wi­doma, nie była też córką dru­giej pani spod dzie­wiątki. Tak na­prawdę to na­wet nie była dziew­czyną. Nina była bar­dzo do­ro­słą ko­bietą, do tego żoną Kle­ofasa Tęgiego. A druga pani - przy­rod­nią sio­strą Ed­gara Wy­so­kija. Szajka dzia­łała od lat. Kra­dzieży zwy­kle do­ko­ny­wała Nina, bo uda­jąc ka­lekę, za­wsze była poza po­dej­rze­niem. I za­wsze uda­wało im się wy­strych­nąć po­li­cję na dudka. Aż do dziś.

A wszystko przez zwy­kły pier­ścio­nek z tom­baku, któ­remu nie po­tra­fili się oprzeć. Tęgi, ow­szem, był bar­dzo spo­strze­gaw­czy, za­uwa­żył obiek­tyw ka­mery przy kon­tu­arze, ale był też chciwy. Wy­my­ślili z Niną nu­mer z wa­chla­rzem i li­czyli, że im się upie­cze.

A jak w tym wszyst­kim zna­la­zła się pani Janka? To też nie­stety nie był przy­pa­dek. Pani Janka była mó­zgiem ca­łej ope­ra­cji. Za­trud­niała się w ho­te­lach, które szajka za­mie­rzała okraść, i przy­go­to­wy­wała grunt. Spraw­dzała po­koje. Ukła­dała plan. Wła­śnie dla­tego tre­se­rzy za­re­zer­wo­wali po­kój kró­lew­ski. Tylko w nim znaj­do­wało się na tyle cięż­kie łóżko, by można było do niego uwią­zać sznur, za po­mocą któ­rego szajka, prę­dzej czy póź­niej, za­mie­rzała się ulot­nić.

Naj­bar­dziej żal było mi Ja­kuba. Go­łąb zu­peł­nie nie za­wi­nił. Ro­bił tylko to, czego go na­uczono i do czego stwo­rzyła go na­tura. Na szczęście tra­fił w do­bre ręce, do praw­dzi­wego ho­dowcy, gdzie cze­kała go przy­jemna eme­ry­tura.

By­li­śmy z sie­bie bar­dzo dumni. Nie prze­szka­dzał nam na­wet fakt, że po­ste­run­kowy osta­tecz­nie przy­pi­sał so­bie cały za­szczyt. Z ta­kim prze­ję­ciem opo­wia­dał, jak roz­pra­co­wał szajkę, że po­sta­no­wi­li­śmy nie ubie­gać się o ho­nory. Tylko pani Ju­lia szepnęła ma­mie, jak to wy­glą­dało na­prawdę, więc za­ro­bi­li­śmy w po­dzięce ogromną por­cję lo­dów.

A ja na­uczy­łam się cze­goś bar­dzo waż­nego. Mia­no­wi­cie, że do­bry de­tek­tyw za­wsze musi ufać swo­jemu prze­czu­ciu, wie­rzyć w swoje moż­li­wo­ści i ni­gdy nie może się pod­da­wać.