Rozdział 1
Nazywam się Pola Zgadula. Nazwisko jak nazwisko, każdy jakieś ma. Chociaż muszę przyznać, że moje nastręczało mi drobnych nieprzyjemności. Koledzy w szkole już od pierwszej klasy wołali za mną: "Zgaduj zgadula! Zgaduj zgadula!".
Na początku trochę mnie to denerwowało. Z czasem zaczęłam się do tego przyzwyczajać. Dziś zupełnie mnie to już nie rusza. Zwłaszcza że odkryłam pewną prawidłowość. Często mówi się, że nazwisko zobowiązuje. W moim przypadku właśnie tak było - Zgadula została detektywem. I to nie byle jakim, bo miastowej sławy. Ale zanim opowiem wam o biurze detektywistycznym z siedzibą w domku na drzewie, poznajcie nieco mnie i moich wspólników.
Za kilka dni, dokładnie pierwszego dnia wiosny, skończę dziesięć lat. Od urodzenia jestem jedną drugą całości. Wiem, że brzmi to dość dziwacznie, ale to szczera prawda. Drugą "jedną drugą" jest mój brat Antek. Już rozumiecie, co chcę powiedzieć? To bardzo proste. Antek i ja jesteśmy bliźniakami. Jednak zdziwi się ten, kto pomyślał, że jesteśmy do siebie podobni jak dwie krople wody. U nas to zupełnie nie działa. Jesteśmy kompletnie różni. Począwszy od koloru włosów - ja mam mysie, a Antek ciemne jak smoła - a skończywszy na charakterze. Mama mówi, że jesteśmy jak dwa przeciwne bieguny. Cokolwiek to oznacza. Chociaż nie, trochę wiem, o co w tym chodzi. Antek jest spokojniejszą połową naszego duetu, ja nie potrafię zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu. On dużo czyta, jest mistrzem ortografii, pisze nawet wiersze i opowiadania, a ja uwielbiam matematykę. Fascynują mnie liczby i równania. Dlaczego tak bardzo się różnimy? Ponoć dlatego, że jesteśmy bliźniętami dwujajowymi. Myślę, że to bardzo dobrze. Gdybyśmy byli tacy sami, to wiałoby straszną nudą. A tak codziennie coś się dzieje.
- Z wami to wiecznie coś, jak nie urok, to przemarsz wojsk - powtarza ciągle ze śmiechem nasza babcia.
Ona wie, co mówi. W końcu to właśnie babcia zna nas najlepiej na świecie. Spędza z nami czas, kiedy rodzice są w pracy. A pracują dużo i o różnych porach dnia i nocy. Mama jest menadżerem w miejscowym hotelu, a tata strażakiem. Żartują sobie, że tak naprawdę to robią właściwie to samo. Mama gasi pożary w pracy, czyli rozwiązuje sytuacje awaryjne i pilnuje, by wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, a tata gasi pożary prawdziwe. Do tego zarówno mama, jak i tata, nawet gdy skończą swoją zmianę, i tak muszą mieć rękę na pulsie. A dokładnie na telefonie. Jak to się mówi, muszą być dyspozycyjni. I są. Na szczęście mieszkają z nami dziadek i babcia. Dzięki temu ja i Antek nigdy nie wracamy po szkole do pustego domu jak wielu naszych kolegów.
Mieszkamy w dużym, dwupiętrowym domu z ogromniastym ogrodem. Uwielbiam nasz ogród. Zwłaszcza tę część, którą porastają drzewa. To właśnie tam znajduje się nasza baza - moja, Antka, Kuby i Asa. O Kubie i Asie opowiem wam za moment. Wcześniej musicie poznać historię naszej bazy.
Kiedyś wcale nie była bazą. Była całkiem zwyczajnym domkiem na drzewie. Chociaż nie. W sumie to nigdy nie był zwyczajny domek. Prawdę mówiąc, to najładniejszy domek na drzewie, jaki w życiu widziałam. Ma czerwony dach i okiennice, brązową elewację i całkiem spory taras. Tata z dziadkiem wybudowali nasz domek, gdy Antek i ja mieliśmy ze trzy albo cztery lata. Wtedy mogliśmy się w nim bawić tylko pod opieką taty. Tata dostawiał wówczas do domku drabinę i pomagał nam wchodzić na górę, a na dół zjeżdżaliśmy po zjeżdżalni. Pod tarasem wisiały na sznurkach opony, na których się huśtaliśmy.
Dziś już nie potrzebujemy specjalnego pozwolenia. Domek na drzewie jest naszą wyłączną własnością. Uroczyste przekazanie nastąpiło w nasze ósme urodziny. Co to był za dzień!
Tuż przed urodzinami spędziliśmy z bratem dwa dni u cioci Ani, siostry mamy. Przeczuwaliśmy, że rodzice szykują dla nas niespodziankę. Jako że zawsze byłam bardziej ciekawska od Antka, próbowałam wypytać ciocię, co też się kroi. Ale ona nie puściła pary z ust.
- Rodzice wyjechali na weekend - tłumaczyła niejasno, choć obie wiedziałyśmy, że to blef.
- Dokąd? - wierciłam cioci dziurę w brzuchu.
- Hmm... Nie wiem dokładnie. Chyba... yyy... tak, chyba pojechali w góry.
- Które? - Nie dawałam się zbyć. Wyraźnie czułam, że ciocia zmyśla.
- Zdaje się, że w Bieszczady.
- Wątpię. Mama nie lubi Bieszczadów. Mówi, że tam jest za dużo niedźwiedzi i wilków.
- To może coś pomyliłam. Może... yyy... pojechali w Tatry?
- Ciociu, coś kręcisz.
- Nazywasz mnie kłamczuchą? Ja ci zaraz pokażę. - Ciocia złapała poduszkę i rzuciła nią we mnie, zaśmiewając się w głos.
- Wojna na poduszki! - Antek podchwycił temat i zabrał kolejną poduchę.
Za moment salon wyglądał jak pobojowisko. A ja w ferworze walki na pióra odpuściłam cioci, choć byłam pewna, że rodzice wcale nie wyjechali. W każdym razie nie w góry. Gdyby rzeczywiście zaplanowali wyjazd, to my zostalibyśmy w domu pod opieką dziadków. Jak zwykle. No i się nie pomyliłam. Ma się ten detektywistyczny nos...
Kiedy wróciliśmy do domu, czekała na nas wspaniała niespodzianka. W ogrodzie zebrała się cała rodzina. Wszędzie wisiały balony, lampki i kolorowe kokardy. Między drzewami stał stół, a na nim tort. Był doprawdy wyjątkowy - w kształcie domku. Zdziwiło mnie tylko, że nasz prawdziwy domek, ten na drzewie, osłonięto jakimś materiałem.
- Tato, dlaczego zasłoniłeś domek? - zagadnęłam zaciekawiona.
Ale tata tylko się uśmiechnął i odparł:
- Wszystko w swoim czasie, Poleńko. Najpierw tort.
Szybko zapomniałam o domku, bo tort smakował tak, jak wyglądał. Był przepyszny. Truskawkowo-waniliowy, z tarasem z mlecznej czekolady. Mniam.
- Uwaga! Uwaga! - zawołał wreszcie tata i podszedł do płachty.
Jego mina zdradzała, że jest bardzo podekscytowany. I mnie się to udzieliło. Zerknęłam na Antka. On też wyglądał na zaintrygowanego.
- Tadaam! - wykrzyknął tata i pociągnął za materiał.
Płachta zafalowała jak żagiel, a potem opadła na trawę. Naszym oczom ukazał się... domek na drzewie.
- Ooooo! - Oczy Antka zrobiły się wielkie jak spodki. - Ale czad!
I powiem wam: to był czad. Domek niby ten sam, a całkiem, ale to całkiem inny. Zjeżdżalnię zastąpił błyszczący słup strażacki. Pod tarasem zamiast opon wisiały dwa hamaki, zielony i czerwony. Obok nich dyndała drabinka sznurkowa.
Tego dnia tata zamocował też drewnianą drabinę. Tym razem już na stałe.
- Od dziś - powiedział uroczyście - to wasza baza.
Poczułam się bardzo dorośle. Antek chyba też. Do tego widziałam, jak ukradkiem przeciera oczy. Kiedy okazało się, że domek przeszedł również modernizację wewnątrz, to skakałam z radości.
Przede wszystkim tata zainstalował nam światło, żebyśmy mogli spędzać w bazie wieczory. Poza tym wspólnie z dziadkiem wtaszczyli na górę wielką zamykaną skrzynię. Nie pytajcie mnie, jak to zrobili - ale myślę, że bez dźwigu się nie obeszło. Skrzynia służy nam za stół oraz schowek na przeróżne rzeczy. Mamy też siedziska i półki. I muszę wam powiedzieć, że choć dostaliśmy wtedy wiele prezentów, to "stary nowy" domek był tym najlepszym.
Jakiś czas później domek zyskał kolejną drabinę. Długaśną, przerzuconą przez płot i łączącą dwa podwórka - nasze i Kuby. Stoi tak dokładnie od dnia, w którym wspólnie z Kubą postanowiliśmy założyć agencję detektywistyczną.
Kuba chodzi razem z nami do klasy. Jest naszym najlepszym przyjacielem. No i, jak już wspomniałam, mieszka po sąsiedzku. Często używa się takiego powiedzonka, że dziecko wyssało coś z mlekiem matki. O Kubie nie można tego powiedzieć. On swojej mamy zupełnie nie pamięta. To znaczy wie, jak wyglądała, ma jej zdjęcia, ale tylko tyle. Wychowuje go tata. I to po nim Kuba odziedziczył zdolności analityczne. Jego tata jest informatykiem i całe dnie szuka błędów i dziur w systemach. Kuba również jest mistrzem komputerów. Na informatyce nie ma sobie równych. A całkiem niedawno okazało się, że ma też w sobie zmysł śledczego. Może uda mu się w przyszłości połączyć te zdolności i zostanie słynnym detektywem od cyberprzestępczości? Kto wie... Na razie jesteśmy wspólnikami na tropie zagadek dotyczących mieszkańców naszego miasteczka.
Rozdział 2
Nasze biuro detektywistyczne działa od roku. Dokładnie 17 marca nad drzwiami bazy zawisła tabliczka. I nie był to przypadek. Co to, to nie. Biuro powstało z potrzeby. Okazało się, że w naszym mieście brakowało kogoś, kto miałby oko na sprawy mieszkańców. Doszliśmy do takiego wniosku po wizycie na komisariacie, kiedy to mieliśmy okazję poznać osobiście pana posterunkowego. Pewnie teraz pomyśleliście, że coś przeskrobaliśmy i zostaliśmy aresztowani. Nic z tych rzeczy. Komisariat odwiedziliśmy w ramach wycieczki szkolnej, którą zafundowała nam nasza wychowawczyni, pani Stękała. A równocześnie sobie zafundowała traumę. Muszę przyznać, że to dość zabawna przygoda i do dziś się z niej śmiejemy. Nie z pani Stękały, tylko z przygody, oczywiście.
- Wiosna to pora wzmożonych wypadków - tłumaczyła nam wychowawczyni dzień przed wizytą na posterunku. - Robi się ciepło, słonecznie i dzieci bez nadzoru wysypują się na ulice. Rozumiecie?
- Nieeespecjaaaalnie - stwierdził Kuba, przeciągając samogłoski.
- Chodzi o to, że dobra pogoda sprzyja spacerom.
- To fakt - zgodziłam się z panią.
- A spacery sprzyjają... hmm... - Pani Stękała się zawahała.
- Wypadkom? - spytał ktoś z końca klasy.
- Poniekąd - potaknęła wychowawczyni.
- Znaczy, że mamy nie wychodzić na spacer? - padło kolejne pytanie.
W tej chwili pani Stękała wyglądała, jakby połknęła muchę. Sporą muchę.
- Nie! Ależ skąd! - Starała się ratować sytuację. - Chcę tylko powiedzieć, że... hmm... Poczekajcie, spróbuję jeszcze raz, od początku.
Pani Stękała wzięła głęboki oddech, jakby miała wyrecytować arcydzieło przed wypełnioną po brzegi widownią teatru, odchrząknęła i zaczęła z przejęciem na twarzy:
- Ekhm! Wychodząc z domu, dla własnego bezpieczeństwa musicie trzymać się kilku zasad. Tym bardziej że poruszacie się po ulicach bez opieki dorosłych.
- Ale proszę pani! - oburzyłam się. - My już dawno nie chodzimy z mamusią za rękę.
- Wiem, Polu. Dlatego znajomość tych zasad jest bardzo ważna. I dlatego mam dla was niespodziankę.
- Hurrra! - wrzasnęliśmy chórem.
- Trzeba było tak od razu - zauważył Kuba.
- Jutro odwiedzimy nasz miejscowy komisariat - ciągnęła wychowawczyni. - To będzie dla was cenna lekcja. Nie dość, że poznacie zasady bezpieczeństwa na drodze, to jeszcze przy okazji pan posterunkowy opowie wam, na czym polega praca w policji. Zobaczycie też, gdzie trafiają łobuzy, które są z prawem na bakier.
- Zobaczymy areszt? - Antek aż wstał z miejsca.
- Mhm! Zobaczycie cały posterunek.
Nie mogliśmy się doczekać. Zwłaszcza chłopaki. Jednak w najśmielszych snach nie spodziewaliśmy się, że to będzie pamiętna wycieczka. O wszystkim zdecydował dziwny przypadek. I to dosłownie. Zaraz zrozumiecie, co mam na myśli.
Rozdział 3
Gdy weszliśmy do budynku, było tam cicho jak makiem zasiał. My też zachowywaliśmy się nadzwyczaj spokojnie. Rozumiecie, chcieliśmy wyjść na kulturalnych. W końcu nie był to plac zabaw czy park rozrywki. Stłoczyliśmy się na środku niewielkiego, skromnie umeblowanego pomieszczenia, które wyglądało jak żywcem wyjęte z filmu o kowbojach na Dzikim Zachodzie. Pod oknem znajdowało się biurko zawalone teczkami. Obok nich stały spory czerwony telefon stacjonarny z mnóstwem guzików i poobijany blaszany kubek z uchem. O ścianę za biurkiem opierał się metalowy regał zamknięty na kłódkę, a przy nim wisiała tablica z haczykami na klucze. O dziwo, bez kluczy. Była zupełnie pusta.
W filmach niemal zawsze przy biurku siedział grubaśny, łysawy szeryf z wielką, świecącą gwiazdą na kamizelce i rewolwerem w kaburze przy pasku, tu jednak krzesło świeciło pustką. A raczej mocno przetartym siedziskiem z wyskubanymi gdzieniegdzie nitkami. Na lewo od biurka znajdowało się dwoje drzwi. Jedne otwarte na oścież, drugie zamknięte. Pani Stękała miała dość nietęgą minę. Chyba spodziewała się jakiegoś powitania. Zerknęła na prawo, na lewo, a tu ani żywego ducha. W sumie to nawet martwego ducha nie było.
Nagle ciszę przerwało przeraźliwe chrapnięcie.
Chrrr!!! Ziuuuu!
A po nim kolejne i kolejne. Za moment w całym pomieszczeniu dudniło, jakby nadjeżdżała ogromna lokomotywa z tysiącem wagonów towarowych.
Chrrr!!! Ziuuuu! Chrrr!!! Ziuuuu! Chrrr!!! Ziuuuu!
- Halo! - krzyknęła wychowawczyni. - Halo! Jest tu ktoś? Dzień dobry!
Jeśli liczyła na jakąś odpowiedź, to się przeliczyła. Podeszła do drzwi, tych otwartych, zza których dobiegało chrapanie. My za nią. Komu udało się zaglądnąć do środka, ten ujrzał niezapomniany widok.
Naszym oczom ukazała się dziwaczna przegroda. Od sufitu po podłogę ciągnęły się metalowe pręty. Za nimi pod małym zakratowanym oknem stała kozetka, bardzo przypominająca tę z gabinetu szkolnej pielęgniarki. A na kozetce pod szarym pledem drzemał chrapiący głośno jegomość.
- To areszt - szepnął Kuba, zasłaniając dłonią usta.
- I więzień - dodał z przerażeniem Antek.
- On jest otwarty! - wykrzyknęła pani Stękała. - Cofnijcie się! Prędko!
Dopiero teraz zauważyłam, że metalowa przegroda ma uchylone drzwi. A raczej coś na kształt furtki. Posłusznie zrobiłam krok w tył. Wszyscy zrobiliśmy. Przestraszeni wpatrywaliśmy się to w lukę, to w kozetkę. Ale wychowawczyni wykazała się nie lada refleksem. Doskoczyła do przegrody i pacnęła drzwiami, aż zatrzęsły się mury. Na szczęście tyle wystarczyło. Coś kliknęło, piknęło i w miejscu, gdzie był zamek, pojawiła się czerwona lampka. Okazało się, że drzwi były wyposażone w automatyczny zamek. Taki mechanizm jak w furtkach z domofonem. Tym samym więzień został uwięziony.
- Hurraa! - wrzasnęliśmy.
Ja z wyraźną ulgą, ale na twarzach wielu kolegów malowała się ekscytacja. Nasz okrzyk obudził śpiącego, który zerwał się na równe nogi. Pled wylądował na podłodze, a mężczyzna zaczął błądzić po nas strasznie nieprzytomnym wzrokiem.
W ogóle wyglądał strasznie. Jasne, rzadkie włosy sterczały mu na wszystkie strony, oczy miał przekrwione, a jego koszulka z pewnością dawno nie widziała żelazka.
- Co jest?! - krzyknął. - Co się dzieje?!
Dopadł do furtki, złapał za pręty i zaczął szarpać z całych sił.
- Co to za głupie żarty?! Otwierać! - Sądząc po jego głosie, teraz już nie był zdziwiony, ale wściekły. - Natychmiast otwierać! Odpowiecie za to, smarkacze.
Wychowawczyni wysunęła się do przodu i rozpostarła ramiona niczym kwoka skrzydła.
- Spokojnie - powiedziała. - Tylko spokojnie.
Nie wiem, do kogo się zwracała: do siebie, do nas czy do więźnia. W każdym razie zamilkliśmy wszyscy.
Aresztowany jakby dopiero ją zobaczył. Mrugnął kilkakrotnie i wziął głęboki oddech.
- Pani Stękała? - spytał. - To pani, prawda?
- Skąd pan zna moje nazwisko? - Nauczycielka zmrużyła oczy i wzięła się pod boki.
Kompletnie nie mogłam załapać, co się tu dzieje. Skąd przestępca znał panią Stękałę? A może to jej dawny uczeń?
Ale pani Stękała znowu wykazała się otwartą głową.
- Pan posterunkowy? - spytała niepewnie.
- A któżby inny? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Ale co pan robi w celi? I dlaczego nie ma pan munduru?
- Bo wylałem na siebie kawę. I zdaje się, że to pani mnie tu zamknęła.
- No, niby tak, ale...
Wychowawczyni wyglądała na nieprzekonaną. Wtedy posterunkowy wyjął z tylnej kieszeni spodni legitymację. Przełożył ją między prętami i wyrecytował:
- Posterunkowy Przypadek we własnej osobie.
- A to ci przypadek - odparła ze śmiechem pani Stękała. W lot zrozumiała jednak wtopę i szybko się poprawiła: - Znaczy... a to ci heca!
Przypadek - zgodzicie się ze mną, że to mało udane nazwisko dla policjanta? A im dłużej przyglądałam się temu konkretnemu Przypadkowi, tym większe miałam przekonanie, że policjantem to on został właśnie przez przypadek. Był nieźle zakręcony.
- To co? Może czas mnie uwolnić? - Puścił oko do wychowawczyni.
- Tak, tak, oczywiście - zgodziła się z nim. - Gdzie są klucze?
Posterunkowy Przypadek poklepał się po kieszeniach, po czym zrobił dziwną minę i poklepał się raz jeszcze, nieco bardziej nerwowo.
- No pięknie - sapnął.
- Co się stało?
- Gdzieś zapodziały się klucze - wyjaśnił i doskoczył do kozetki.
Sprawdził na niej, pod nią, pod pledem. I nic. Kluczy nigdzie nie było.
- Zapodziały SIĘ? - spytała pani Stękała, wyraźnie akcentując ostatnie słowo.
- Przecież mówię - odparł zmieszany posterunkowy.
Staliśmy w milczeniu, przyglądając się raz wychowawczyni, raz Przypadkowi. A oni, skonsternowani, patrzyli na siebie. Jak kowboje przed pojedynkiem. Tyle że nie mieli w rękach broni. I pewnie całe szczęście, bo mina pani Stękały nie wróżyła nic dobrego.
Wtedy obok nauczycielki stanął nasz klasowy analityk, Kuba.
- Panie posterunkowy, proszę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz używał pan kluczy.
- No... ten... chyba... no tak, otworzyłem nimi celę, żeby uciąć sobie drzemkę.
- Drzemkę? Na posterunku? - weszła mu w słowo pani Stękała z przyganą w głosie. - Ładne rzeczy się tu wyprawia.
- Proszę tak na mnie nie patrzeć - bronił się nieszczęśnik, niezasłużenie osadzony w areszcie. - To nie moja wina. Przyszedłem do pracy na szóstą. Nic się nie działo. Nuda. Spokój był taki, że trochę mnie zmogło.
- Dobrze już, dobrze. - Wychowawczyni machnęła ręką. - Niech pan lepiej powie, co z tymi kluczami.
- Jak mówiłem, najpierw otworzyłem celę. Potem... - Posterunkowy podrapał się po rozwichrzonej fryzurze. - Już wiem, poszedłem do toalety!
- Antku - poprosiła pani Stękała - sprawdzisz, czy leżą tam klucze?
Mój bliźniak wypiął pierś, jakby został oddelegowany na tajną misję. Prędko udał się do jedynego jeszcze nieodkrytego przez nas pomieszczenia, które - jak wydedukował - musiało być toaletą.
- Nic tu nie ma! - wykrzyknął po chwili. - Znaczy: żadnych kluczy!
- Co było dalej, panie posterunkowy? - Wychowawczyni weszła w rolę śledczego.
- Mam opowiedzieć, co robiłem w toalecie? - zdziwił się.
- W żadnym razie! - zaoponowała pani Stękała. - Po wyjściu.
- No to ten... odebrałem telefon. Dzwonił komendant, żeby mi przypomnieć o waszej wizycie. A nie musiał. Serio. Sam przecież pamiętałem.
- O, właśnie! - podchwyciła nauczycielka. - Może zadzwonimy po komendanta? Może on znajdzie rozwiązanie?
- Ab... ab... ab... absolutnie! - Posterunkowy zaczął się jąkać. - Tylko nie po komendanta! On... on... on jest na rybach. Ma urlop. Nie możemy mu przeszkadzać.
Pan Przypadek najpierw zbladł, a po chwili zrobił się zielony jak ściany w areszcie. Nietrudno było się domyślić, że nie o urlop komendanta mu chodzi. Raczej bał się spotkania z przełożonym.
- To może zadzwonimy po ślusarza? - zaproponował Kuba.
Tym razem wzięłam sprawy w swoje ręce. Skoro posterunkowy korzystał z telefonu, to całkiem prawdopodobne, że klucze leżą na jego biurku, pomyślałam. Podeszłam do blatu i przyjrzałam mu się dokładnie, centymetr po centymetrze. Niestety, kluczy nigdzie nie było. Zerknęłam pod krzesło, pod biurko... I wtedy mnie olśniło.
Jeśli mechanizm w drzwiach celi był podobny do tego przy furtkach, to chyba można było go również otworzyć bez klucza. My furtkę otwieramy z domu, używając guziczka domofonu. Jeszcze raz obejrzałam biurko. Bingo! Pod blatem znajdowały się dwa niewielkie przyciski, czerwony i czarny. Oba podpisane. Na czerwonym widniało słowo "ALARM", a na czarnym, jak wół, "CELA".
Oj, panie posterunkowy Przypadek - pomyślałam - średnio u pana z dedukcją.
- Voila! - zawołałam i wcisnęłam czarny guzik.
Wiedziałam, co się wydarzy. Nie mogło być inaczej.
Piii!
Odezwał się mechanizm przy drzwiach celi, czerwone światełko przy zamku zgasło, zastąpiła je lampka zielona, a posterunkowy, nadal oparty o drzwi, wylądował pod nogami pani Stękały.
- Świetnie, Pola! - powiedział z uśmiechem Kuba.
Cała klasa zaczęła bić brawo.
- Ma się ten zmysł detektywa - odparłam, udając skromność.
Prawda jest taka, że rozpierała mnie duma. Miałam ogromną satysfakcję, że udało mi się uwolnić posterunkowego bez kluczy. Zwłaszcza że to raczej on powinien wpaść na ten, wydawałoby się, najprostszy pomysł. I dokładnie wtedy po raz pierwszy zaświtała mi myśl, że posterunkowy potrzebuje fachowej pomocy. Mieszkańcy jej potrzebują. Zrozumiałam, że w mieście brakuje prawdziwego detektywa.
Teraz mogłabym napisać, że wszystko dobrze się skończyło. Tylko że to nie był koniec. Najlepsze było dopiero przed nami.
Rozdział 4
Pan posterunkowy prędko odzyskał fason. Przygładził włosy, wcisnął koszulkę w spodnie. Chyba wciągnął także brzuch i wyprostował się jak struna.
- No to tak. Ekhm! - Odchrząknął głośno i przemówił pewnym siebie głosem: - Może zaczniemy jeszcze raz. Nazywam się posterunkowy Przypadek i jestem gospodarzem na tym posterunku.
- Znaczy, że pan tu rządzi? - spytał ktoś z klasy. Chyba Maciek.
- Tak można by to ująć, młody człowieku.
- Przynajmniej dopóki komendant nie wróci z połowu - zaśmiał się Dawid.
- A wiecie, że to nieładnie naigrywać się z policji? - Przypadek pogroził Dawidowi palcem, ale jego mina zdradzała, że to raczej miał być żarcik.
- Wiemy, wiemy - odparł Dawid. - Nie ma się zresztą o co boczyć. Każdy ma jakiegoś szefa. No nie?
- Tak. To prawda. Ale na razie posterunek jest pod moją opieką. A to oznacza - Przypadek nonszalancko oparł się dolną częścią pleców o biurko i założył ręce na piersi - że odpowiadam za to miasto. I za was. Dlatego się tu dzisiaj spotkaliśmy.
- Panie posterunkowy, a ilu zamknął pan złoczyńców w tej celi? - przerwała mu Marta.
- Wielu. - Posterunkowy wyprężył się jeszcze bardziej. - Bardzo wielu.
- A ilu zdołał pan potem wypuścić? - spytał Dawid.
- Nie rozumiem... - zawahał się Przypadek.
- No... zastanawiam się, ile razy zgubił pan klucz, kiedy przestępca miał wyjść na wolność.
- Trafił się nam żartowniś? - Posterunkowy odpiął od paska kajdanki i zaczął kręcić nimi na palcu jak małym hula-hoopem. - To może będziesz na tyle odważny i zademonstrujemy, jak wygląda aresztowanie?
- Pewnie! - Oczy Dawida rozbłysły.
- Cofnąć się pod ściany! - wrzasnął posterunkowy, obejmując nas wzrokiem. - Ale już!
Teraz jego głos brzmiał władczo i donośnie.
- Żartownisiu, jesteś aresztowany. Na kolana! Łapa do tyłu!
Dawid posłusznie ukląkł i podał posterunkowemu rękę, a ten, muszę przyznać, dość sprawnie założył mu oczko kajdanek.
- Druga łapa! - kontynuował Przypadek, a potem uniósł Dawida za ramię i wyrecytował, jakby czytał z kartki: - Masz prawo do zachowania milczenia. Jeśli rezygnujesz z tego prawa, wszystko, co od tej pory powiesz, może zostać użyte w sądzie przeciwko tobie. Masz prawo do adwokata i do jego obecności podczas przesłuchania. Jeśli nie stać cię na prawnika, przysługuje ci obrońca z urzędu. Zrozumiałeś?
- Jasne.
Znałam tę regułkę. To było prawo Mirandy, które powtarza każdy policjant w amerykańskim filmie kryminalnym. I mimo że posterunkowy jak dotąd nie wzbudził mojego zaufania, teraz musiałam oddać mu sprawiedliwość. Widziałam, że Dawid był pod wrażeniem. Zresztą cała klasa również.
I gdyby na tym Przypadek poprzestał, wszystko byłoby dobrze. Ale on postanowił dodać do prawa Mirandy własne zdanie.
- W tym mieście jest tylko jeden szeryf, żartownisiu - powiedział z dumą w głosie - i jestem nim ja!
W tej chwili czar prysł. Przypadek znowu stracił u mnie punkty. Niemniej cała klasa oklaskiwała jego wyczyn.
- Do celi z nim! - zawołał Maciek.
Posterunkowy pokiwał głową z aprobatą i odprowadził Dawida do celi. Zatrzasnął kratę jeszcze głośniej niż wcześniej pani Stękała.
- No dobrze - odezwała się wreszcie wychowawczyni. - A teraz proszę uwolnić aresztanta, bo musimy wracać do szkoły. Niestety, dziś już niczego więcej nie zdążymy nauczyć młodzieży.
- Tak szybko?
Pan posterunkowy wyglądał na zawiedzionego. Chyba przygotował dla nas jeszcze inne atrakcje. Zdaje się, że zupełnie zapomniał, że to przez niego nasza wycieczka na komisariat nie przebiegła zgodnie z planem.
- To może umówimy się na inny dzień? - dodał szybko.
- Zobaczymy - odparła wymijająco pani Stękała.
Przypadek kolejny raz poklepał się po kieszeniach. A w następnej sekundzie z głuchym łoskotem pacnął się dłonią w czoło. Przypomniał sobie, że posiał gdzieś klucze. Następnie wcisnął przycisk pod blatem. Znowu pisnęło, kliknęło i Dawid był wolny. Prawie. Nadal bowiem miał na rękach kajdanki. I naraz z twarzy posterunkowego odpłynęła krew. Zrobił się biały jak kreda, co nie uszło uwadze wychowawczyni. Mojej również.
- Co się stało? - spytała z troską pani Stękała.
- Nie... nie... znaczy... mamy problem - wyjęczał posterunkowy, wbijając oczy w podłogę.
- Co tym razem?!
- No jasne! - wtrąciłam. - Nie ma kluczyka od kajdanek.
- Słucham?! - Pani Stękała już nie siliła się na uprzejmość. - Czy pan oszalał?!
- Ja... ja... Wszystko poszło nie tak. - Posterunkowy prawie płakał.
Usiadł z impetem na krześle, aż zgrzytnęło, oparł łokcie o blat biurka i schował twarz w dłoniach. Nawet zrobiło mi się go żal. Kubie chyba też.
- Więc wróciliśmy do sedna problemu - powiedział rzeczowo mój przyjaciel. - Jeszcze raz. Co pan dokładnie robił? Po kolei.
- No, jak już mówiłem, otworzyłem celę. Poszedłem do toalety, a potem... a potem zadzwonił komendant. O! Już mam! Wrzuciłem klucze do kieszeni kurtki.
- A kurtkę? - spytałam, rozglądając się za jakimś wieszakiem.
- A kurtkę, no, to normalnie, schowałem. - Wskazał ręką na metalową szafkę za swoimi plecami.
I wszystko stało się dla mnie jasne. Na szafce wisiała zatrzaskowa kłódka. Skoro posterunkowy nie miał przy sobie żadnego klucza, to wszystkie, także ten od kłódki, znajdowały się w jego kurtce. A to oznaczało ni mniej, ni więcej, że były zamknięte w środku, w szafce.
- To rzeczywiście mamy problem. - Pokręciłam głową. - Bez ślusarza się nie obejdzie.
- Ale niefart. - Posterunkowy westchnął i prawie szeptem dodał: - Komendant mnie zabije.
Atmosfera się zagęściła. Zrobiło się naprawdę nerwowo. Dawid przestępował z nogi na nogę. Chyba nie było mu zbyt wygodnie. Przypadek gorączkowo pocierał skronie, a pani Stękała wpatrywała się w niego wyczekująco, jakby miał wydobyć z pocieranej głowy jakąś złotą myśl. Skojarzyło mi się to z dżinem zamkniętym w lampie. Ale dżin nie wyszedł i nie uratował sytuacji. Za to mój bliźniak - tak. Antek wykazał się nie lada sprytem.
- Mam pomysł! - zakomunikował, przerywając posępną ciszę. - Zadzwonię po tatę. On jest strażakiem. Takie kłódki to dla niego pikuś.
- To bardzo dobry plan - zgodził się Przypadek.
Tata zjawił się w ciągu dziesięciu minut. Wyposażony w nożyce do cięcia metalu raz-dwa uporał się z kłódką na szafce.
Niemal słychać było, jak z Przypadka schodzi ciśnienie. Gdyby dało się zważyć ulgę, to ta, spadając, mogłaby zmiażdżyć mu stopy. Serio. Dobiegł do szafki, wyszarpał z niej kurtkę i wyjął z kieszeni pęk kluczy.
- Jesteś wolny, żartownisiu - powiedział, wyswobadzając ręce Dawida z kajdanek. - Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz.
- Ja też. - Mój kolega uśmiechnął się w odpowiedzi i zaczął rozmasowywać nadgarstki. - Już nigdy bym tak nie chciał, szeryfie.
- A widzisz. Jednak jakaś nauka z tego wypłynęła - ucieszył się posterunkowy.
Prędko pożegnaliśmy się z panem Przypadkiem i wróciliśmy do szkoły. Tego dnia zostały nam jeszcze dwie lekcje. A ja już nie mogłam doczekać się wieczoru. Miałam dla chłopaków świetną propozycję.
Rozdział 5
Umówiliśmy się, jak zwykle, o osiemnastej w bazie na drzewie. Lubiłam - co ja mówię, nadal lubię - te nasze spotkania. Zwłaszcza gdy w powietrzu czuć było wiosnę i wieczory zrobiły się cieplejsze i jaśniejsze. Tym razem szczególnie zależało mi na rozmowie z chłopakami, bo miałam dla nich propozycję nie do odrzucenia. W każdym razie liczyłam, że na nią przystaną.
- Jak wam się podobał nasz posterunkowy? - zagaiłam.
- Ciekawy przypadek. - Antek się roześmiał. - Nazwisko idealnie do niego pasuje.
- Gdyby nie wasz tata - dodał Kuba - to kto wie, ile Dawid nosiłby te nieszczęsne kajdanki. Może wróciłby w nich do szkoły? To dopiero byłaby historia.
- Ale na szczęście ty się wykazałeś. Obaj daliście czadu. - Spojrzałam na nich wymownie.
- Co masz na myśli? - spytał mój bliźniak.
- No jak to co? Ty popisałeś się logicznym podejściem do problemu, a Kuba przepytywał posterunkowego jak zawodowy śledczy. Jakby pracował w FBI.
- Pola, ty też dałaś radę - pochwalił mnie Kuba. - Ten myk z przyciskiem pierwsza klasa. Jak na to wpadłaś?
- Zwyczajnie. Widziałam lampkę przy zamku i domyśliłam się, że nie świeciła dla dekoracji. A skoro lampka, to musiała być elektryka. A skoro elektryka, to logiczne, że z czymś ten zamek musiał być połączony. Wystarczyło dodać dwa do dwóch. Poza tym codziennie korzystam z domofonu.
- Niezły z ciebie detektyw - przyznał Kuba.
- Chciałeś powiedzieć, że niezłe z nas trio. Ale to nie zmienia faktu, że posterunkowy to nam się trafił do bani. Wyobrażacie go sobie, kiedy w mieście pojawią się prawdziwe problemy?
- Oj, Pola, znam cię. Coś kombinujesz. - Antek popatrzył na mnie podejrzliwie.
- Pewnie, że tak! Ja zawsze coś kombinuję.
- To fakt - potwierdził Kuba. A potem wypalił: - Ale ja chyba cię rozgryzłem.
- Taaak?
- Chcesz pomóc Przypadkowi.
- Trafiłeś w dychę. Z tą różnicą, że nie chcę, ale muszę. I wy również.
- Ale jak zamierzasz to zrobić? - Obaj wbili we mnie pytający wzrok.
- Powinniśmy otworzyć agencję detektywistyczną! - wykrzyknęłam na jednym oddechu.
- Pola... - zaczął Antek, ale nie dałam mu skończyć.
- Cała nasza trójka, jak nikt, ma nosa do zagadek.
- W zasadzie to masz rację. - Kuba podrapał się po nosie. Zawsze tak robi, gdy nad czymś intensywnie myśli. - Ale praca detektywów to odpowiedzialne zajęcie. No i potrzebny jest do tego sprzęt. Choćby taki podstawowy: lornetki, aparaty fotograficzne, kamerki szpiegowskie, mikrofony, krótkofalówki. Sam nie wiem, co jeszcze.
- To akurat nie problem. Sprzęt można zorganizować. - Antek niespodziewanie mnie poparł.
Mówię "niespodziewanie", bo raczej liczyłam na Kubę. Antek zwykle jest bardziej zachowawczy. Ale mój pomysł chyba mu się spodobał.
- Lornetki możemy pożyczyć od dziadka. Na pewno się zgodzi - ciągnął. - Mamy telefony, a w nich jest tyle funkcji, że mogą zastąpić niejeden gadżet detektywa. Robią zdjęcia, mają dyktafony, kamery. A na resztę zarobimy.
- Zarobimy? - prychnął Kuba. - Jak?
- Możemy kosić sąsiadom trawniki, wyprowadzać psy. Nie wiem, coś się wymyśli.
- I mamy najważniejsze - wtrąciłam szybko, żeby Kuba nie zdążył. - Siedzibę.
Tak. Baza była ogromnym plusem. Wiadomo, że każde biuro powinno mieć adres. Nasze go miało - domek na drzewie.
Długo jeszcze dyskutowaliśmy. Finał był jednak taki, że 17 marca, kilka dni przed moimi urodzinami - moimi i Antka oczywiście - nad drzwiami domku pojawiła się tabliczka z nazwą biura. Tym samym nasza baza stała się agencją detektywistyczną PAKA.
Teraz pewnie zastanawiacie się, skąd taka nazwa? No to słuchajcie dalej.
Rozdział 6
Z nazwami zawsze jest kłopot. I prawie zawsze wywołują kłótnie w drużynie, bo jeden chce taką, a drugi owaką. Kuba na przykład chciał, żeby nazwa naszej agencji wiązała się z miejscem siedziby. Miała brzmieć Detektywi z Domku na Drzewie. Ja uważałam, że jest znośna, ale zbyt długa. Antek z kolei wysunął wniosek, że moglibyśmy nazywać się Detektywi w Twojej Sprawie. To jednak nie podobało się Kubie. Ja upierałam się, że nazwa powinna być krótka i chwytliwa, łatwa do zapamiętania, ale zupełnie nie miałam na nią pomysłu.
Ostatecznie pomógł nam As. To on nas pogodził. Ale, ale, wy jeszcze nie poznaliście Asa. Koniecznie muszę ten błąd naprawić, bo As jest ważnym członkiem naszej załogi. To psi detektyw. Zapewniam was, że to szczera prawda. On tylko udaje niepozornego kundelka, który nic nie robi poza gonieniem własnego ogona. W rzeczywistości jest najmądrzejszym psem na świecie. Nie przesadzam.
Jednak zanim As z nami zamieszkał, długo musieliśmy przekonywać rodziców do psa. Oj, bardzo długo. Sami wiecie, że gdy dorośli się uprą, wymyślają setki powodów, by poprzeć swoje zdanie.
- Pies to nie tylko przyjemność. To w gruncie rzeczy olbrzymia odpowiedzialność - tłumaczył tata. - Trzeba pamiętać o wielu rzeczach: karmieniu, kąpaniu, myciu zębów, wizytach u weterynarza. No i spacerach. Należy go wyprowadzać kilka razy dziennie.
Ale my byliśmy równie uparci. I mieliśmy w zanadrzu parę dobrych argumentów. Niestety do rodziców żaden z nich nie przemówił. Ani ten, że pies daje bezpieczeństwo, ani ten, że uczy odpowiedzialności. Dopiero gdy sięgnęliśmy po argument koronny, że adoptując psa, można podarować mu lepszy los, coś się zmieniło. Rodzice zaczęli rozważać wizytę w schronisku.
- Tylko się nie nastawiajcie - podkreślała mama w drodze do najbliższego przytuliska. - Nie adoptujemy psa od ręki. Dziś jedziemy, żeby się rozeznać.
Podczas gdy rodzice rozmawiali z pracownikiem schroniska, my z Antkiem weszliśmy między klatki. Muszę przyznać, że to miejsce zrobiło na mnie przytłaczające wrażenie. Tyle boksów, tyle zwierząt, które przez kraty wypatrywały swojej rodziny. Czekały na dom. To nie był przyjemny widok. Niektóre psy żałośnie popiskiwały, inne szczekały, by zwrócić naszą uwagę. Tylko jeden siedział ze zwieszonym łebkiem, jakby zupełnie stracił nadzieję. Tak właśnie wtedy pomyślałam. Czym prędzej ukucnęłam przy jego boksie, a za moment to samo zrobił Antek.
Piesek był malutki. Przypominał czarny motek wełny czesankowej, z jakiej babcia robi koce. Tylko ten motek miał dwa smutne oczka. Takie błyszczące, jakby płakał. Myślę, że już wtedy skradł nasze serca.
- To As - poinformował jego opiekun, który podszedł do nas wraz z rodzicami.
- Dlaczego się tutaj znalazł? - spytałam.
- Prawie za każdym z tych psiaków stoi jakaś smutna historia - odparł opiekun - ale As przeszedł bardzo wiele. Został znaleziony w lesie. Ktoś uwiązał go sznurkiem do drzewa i zostawił. Był wyziębiony, odwodniony. Naprawdę było z nim krucho. Prosto z lasu trafił pod kroplówki. Weterynarz mówił, że niewiele brakowało, a... ech... szkoda gadać. Na szczęście udało się go uratować. Znaczy jego zdrowie. Teraz walczymy o jego ducha. Musimy przekonać Asa, że może zaufać człowiekowi. Ale to bardzo trudne zadanie, wymagające dużo czasu i cierpliwości.
- Kim trzeba być, żeby zrobić coś takiego?! - oburzył się tata.
- Biedne maleństwo - dodała szeptem mama.
- As! - zawołałam łagodnie. - Asku! Chodź, piesiu!
- Nie przyjdzie. Boi się ludzi. Tak się dzieje, kiedy zwierzaka ktoś bardzo skrzywdzi - wytłumaczył opiekun.
Ale As postanowił go zaskoczyć. Nas również.
- Chodź, Asku - powtórzyłam, wyciągając do niego rękę przez kratę. - Nic ci nie grozi.
Najpierw podniósł łebek, zastrzygł uszami i zaczął mi się bacznie przyglądać. Wreszcie podniósł się i zrobił kilka niepewnych kroków w moją stronę.
- No chodź, maleńki - zachęcałam.
Piesek zawahał się i przycupnął. Jego ogonek jednak zdradzał zainteresowanie. Może i nie merdał jakoś energicznie, ale merdał. A to był dobry znak.
- No, malutki, chodź do nas - powtarzałam raz po raz.
As ponownie ruszył do przodu i zatrzymał się tuż obok mojej ręki. Niemal dotykał moich palców. Ostrożnie, żeby go nie wystraszyć, podłożyłam mu dłoń pod nosek. Pozwoliłam ją obwąchać. Gdzieś czytałam, że to właściwe zachowanie, gdy pies nas nie zna. A on w odpowiedzi wysunął z pyszczka różowy język i zaczął ją lizać. Wyciągnęłam ku niemu drugą rękę. Bałam się, że się cofnie, ucieknie. Ale nic z tych rzeczy. As pozwolił się pogłaskać, cały czas przyjacielsko machając ogonem.
- Nie mogę uwierzyć - wyszeptał opiekun. - Jeszcze nigdy do nikogo obcego się nie zbliżył. Ktoś nam podmienił psa.
- Biedaczek - odezwała się znowu mama.
- Czy moglibyśmy wziąć go na spacer? - spytał Antek.
Ależ byłam mu za to wdzięczna. Sama zupełnie na to nie wpadłam.
- Jeśli rodzice się zgodzą, to ja nie widzę przeszkód - oznajmił pracownik schroniska.
Rodzice nie mieli najmniejszych zastrzeżeń. Opiekun otworzył boks i przypiął Askowi smycz.
Co to był za spacer. Mówię wam! Po raz pierwszy w życiu widziałam rodziców w takiej akcji. Na przemian głaskali i tulili Asa, jakby chcieli mu wynagrodzić cały wcześniejszy koszmar. Tata uczył go aportować, a mama prosić o kijek. Oczywiście As ani nie aportował, ani nie prosił, za to z zamiłowaniem wąchał każde kretowisko i gonił wróble. Nie przepuścił też żadnej kałuży. Okazał się wulkanem energii. Nie umiał chodzić na smyczy przy nodze, ale to nie miało żadnego znaczenia. Mogłabym się założyć o milion, że już wtedy rodzice podjęli decyzję, że As będzie nasz. Chociaż gdy dziś o tym myślę, to podejrzewam, że nie my wybraliśmy Asa, ale on nas.
I wiecie co? Teraz będzie najlepsze.
Droga powrotna ze schroniska była dla nas istną męką. Milczeliśmy i każde z nas po swojemu przeżywało dzień z Asem. Niby fajnie spędziliśmy czas, ale pożegnanie z psiakiem było bardzo trudne. Zwłaszcza że on wyglądał na smutnego, a nawet na zawiedzionego, gdy znów trafił do boksu. Mówię wam, coś okropnego.
Za to następnego dnia, gdy wróciliśmy ze szkoły do domu, czekała na nas przeogromna niespodzianka. Już od furtki czułam, że coś się szykuje. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Jakieś podskórne przeświadczenie. Ale nawet w najśmielszych snach nie oczekiwałam takiego finału.
Zamiast zwykłych domowych dźwięków, trzasku talerzy, nawoływań babci, żebyśmy zdjęli buty przy drzwiach i prędko umyli ręce, przywitało nas dziwne popiskiwanie. W tym momencie już wiedziałam.
- Co to? - spytał Antek.
- As! - szepnęłam, a serce waliło mi jak szalone. - To As. Na bank!
I nie pomyliłam się. Wpadłam do kuchni - oczywiście nie zdjęłam butów, kto by o tym myślał w takiej chwili - a tam zastałam najlepszy na świecie widok. Obok stołu znajdowało się puszyste legowisko. A w nim jeszcze bardziej puszysty motek wełny ze świecącymi oczyma. Nasz As!
Ale ja się rozgadałam o Asie, a miałam przecież wytłumaczyć, skąd wzięła się nazwa naszej agencji. Trochę się nad nią biedziliśmy. Tak jak mówiłam wcześniej, mieliśmy jakieś propozycje, jednak żadna się nie przyjęła. W końcu wpadłam na pewien pomysł.
- Słuchajcie - powiedziałam do chłopaków. - Ułóżmy nazwę z naszych inicjałów.
- Czy ja wiem? - Kuba nie był przekonany.
- Wytniemy kartoniki z literami - dodałam - i będziemy tak długo je przekładać, aż coś z tego wyjdzie.
- Ech, właściwie co nam szkodzi. - Kuba machnął ręką i sięgnął do skrzyni po kartki, nożyczki i długopis.
Wycięłam siedem prostokątów.
- Dlaczego siedem? - spytał Antek.
- Bo Kuba ma podwójne nazwisko, Akoj-Łoziński - odparłam, wzruszając ramionami.
Wiedziałam, że wystarczyłoby wziąć literę z pierwszego członu, ale w ten sposób uzyskaliśmy siedem liter, trzy od imion:
A, K, P,
i cztery od nazwisk:
A, Ł, Z, Z.
No i zaczęła się zabawa.
- ŁAPA, KAPA, ZŁAP, ŁZA, PŁAZ. - Antek, jako nasz naczelny językoznawca, przekładał i czytał powstałe wyrazy. - PAŁKA, ŁAPKA, ZAPAŁ.
- Nic z tego nie będzie - westchnął Kuba. - Żaden nie nadaje się na nazwę dla agencji.
- Poczekaj.
Antek jednak się nie poddał.
Położył obok siebie pierwsze litery naszych imion.
- PAK? Co to niby znaczy? - żachnął się Kuba.
I wtedy... nie uwierzycie... As złapał w pyszczek jeszcze jeden kartonik i położył go obok tych ułożonych.
- A! - krzyknęłam. - Jak As!
- A jak As! - powtórzył po mnie Antek.
As zamerdał ogonem i przysiadł na tylnych łapach przy skrzyni, jakby na coś czekał. Kuba spojrzał na karteczki, wskazał palcem na powstały wyraz i wykrzyknął:
- PAKA! No tak! Paka! Jak paka przyjaciół. Brawo, Asku!
I tak oto As rozstrzygnął nasz dylemat. Od tego momentu agencja detektywów rozpoczęła działalność pod szyldem PAKA. Mówiłam, że to bardzo mądry pies.
Rozdział 7
Żeby nasza działalność miała sens, musieliśmy zrobić jeszcze jedną ważną rzecz. A mianowicie porozmawiać o agencji z posterunkowym Przypadkiem. Nie powiem, miałam obawy, że mu się to nie spodoba. Uważał się przecież za szeryfa i był przekonany o swojej władzy i umiejętnościach. Z pewnością będzie się krzywił, że jakieś dzieciaki zamierzają mu się plątać pod nogami. Musieliśmy uciec się do jakiegoś fortelu, żeby go urobić. Wybraliśmy się do niego po szkole.
- Dzień dobry! - krzyknęliśmy od progu.
Tym razem, o dziwo, zastaliśmy go przy biurku. Co jeszcze dziwniejsze, od razu zauważyłam, że na tablicy za jego plecami wiszą pęki kluczy. Czegoś się jednak nauczył. Plus dla Przypadka.
- A, witam. - Posłał nam uśmiech. - Poznaję was. Wchodźcie, zapraszam. Co was do mnie sprowadza?
To był ten moment, w którym musiałam przejąć pałeczkę. Przygotowałam się do tej rozmowy.
- Widzi pan, mamy sprawę - odezwałam się.
- Śmiało, panienko, ze mną możecie pomówić o wszystkim - zachęcił.
- Muszę przyznać, że gdy byliśmy tu ostatnio, to zrobił pan na nas ogromne wrażenie.
- Naprawdę? - Przypadek poprawił się na krześle i dumnie wypiął pierś.
To tylko potwierdziło, że idę w dobrym kierunku, a mój plan jest idealny.
- Mhm! - potwierdziliśmy chórem.
- A co najbardziej wam się podobało? - Posterunkowy się rozochocił.
- No... to, że zachował pan zimną krew pomimo kłopotów. Każdy przeciętny człowiek wyszedłby z siebie, a pan w ogóle się nie zdenerwował. Nic a nic.
- Tak! - Ucieszył się. - Motto policjanta brzmi: zawsze zachowywać zimną krew, cokolwiek by się działo. I co jeszcze?
- Ja - wtrącił z zapałem Antek - nie mogłem się nadziwić, że w trzy sekundy udało się panu zapiąć kajdanki. Ciach! Ciach! Ciach!
Antek wykonał przy tym pantomimę, udając, że skuwa przestępcę. Mówiłam wam już, że z Antka jest niezły aktor? Tę scenę odegrał pierwszorzędnie. Powinien dostać Oscara.
- No cóż... to moja praca. Lata praktyki. - Posterunkowy silił się na skromność, ale wyraźnie jego ego zostało połechtane za wszystkie czasy, bo aż promieniał.
- A to, jak okręcał pan kajdanki na palcu. O matko! Jak szeryf na Dzikim Zachodzie. - Kuba też genialnie wczuł się w rolę.
- O tym mówisz?
Kuba trafił w punkt. Przypadek odczepił od paska kajdanki i kolejny raz zaprezentował nam swoją pokazową sztuczkę. A my? No cóż... graliśmy dalej.
- Brawo! Niesamowite! To jest coś! - wykrzykiwaliśmy na przemian.
- Dobrze, dobrze! Mógłbym tak z godzinę, ale mówiliście, że macie jakąś sprawę. - Posterunkowy się zreflektował.
- A, tak. Rzeczywiście mamy - podjęłam temat. - Właściwie to może nie sprawę, ale ogromne marzenie.
- Śmiało, walcie prosto z mostu.
- Chodzi o to, że chcielibyśmy zostać policjantami. Za jakiś czas oczywiście.
- Tak. Rozumiem.
- Ale słyszeliśmy, że to bardzo trudny zawód. A pana zręczność - wskazałam na kajdanki - i technika tylko to potwierdzają.
- To fakt. Nie każdy się nadaje. Trzeba mieć w sobie to coś. - Posterunkowy zaakcentował końcówkę zdania i teatralnie skinął głową.
- No właśnie - zgodziłam się i w myśl zasady "kuj żelazo, póki gorące", ciągnęłam wywód: - I stąd nasza prośba. Czy zgodziłby się pan udzielić nam kilku lekcji? Jako nasz mentor? Chcielibyśmy przyglądać się pańskiej pracy i uczyć się od pana.
- Hmm... no nie wiem. To trudna robota, niebezpieczna. Nie wiem, czy mogę was narażać.
- Będziemy się trzymać w bezpiecznej odległości - zapewnił Kuba.
- Mimo wszystko... - Przypadek się wahał.
- Mam pomysł! - wykrzyknęłam, ze wszystkich sił udając, że dopiero na niego wpadłam.
Posterunkowy spojrzał na mnie pytająco.
- Założymy agencję detektywistyczną.
- My? - spytał Antek, robiąc zdziwioną minę. On naprawdę powinien zostać aktorem.
- Tak! Pomyślcie tylko - trajkotałam jak najęta. - Pan posterunkowy, jako zawodowiec, nadal będzie się zajmował sprawami największej wagi. A my weźmiemy na siebie te proste, niewymagające. Będziemy cichymi wspólnikami. Tajną komórką.
- Ale... - Posterunkowy nie był przekonany.
- Niech się pan zastanowi. Kto lepiej nadaje się, by śledzić drobnych złodziejaszków: policjant czy dziecko? Przy kim miejscowy chuligan pokaże, co potrafi: przy policjancie czy przy dziecku?
- Pola, ty możesz mieć rację! - zawołał Kuba. - Nikt nie zwraca uwagi na dzieciaki. Wszyscy traktują nas jak powietrze. To może się udać!
- Tajna komórka mówicie... - Przypadek podrapał się po głowie. - Pomocnicy incognito... hmm... to rzeczywiście niegłupie.
- Komórka pod przykrywką - włączył się Antek. - Założymy agencję detektywistyczną. Nazwiemy ją... dajmy na to... PAKA. Ludzie będą się pukać w czoło i mówić: co też te dzieciaki znowu wymyśliły? Nikt, absolutnie nikt nie potraktuje tego poważnie. Tymczasem my będziemy ich rozpracowywać.
- To właśnie miałem powiedzieć! - Posterunkowy zerwał się z miejsca. - Genialne! Agenci PAKA, moja tajna komórka. Tak!
- Rozumiem, że się pan zgadza? - spytałam, żeby ostatecznie klepnąć naszą umowę.
- Oczywiście. Ale to musi zostać między nami. Słyszycie? Nikomu ani mru-mru.
- To się wie - zapewnił Kuba. - Tajna to tajna.
Zanim opuściliśmy posterunek, wymieniliśmy się z Przypadkiem numerami telefonów. Wiecie, jak nas wpisał na listę kontaktów? Nie uwierzycie - TAJNA KOMÓRKA Pola, TAJNA KOMÓRKA Antek i TAJNA KOMÓRKA Kuba. To tylko potwierdziło, że nasze miasto potrzebuje detektywów PAKA.
Rozdział 8
Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo poszło - odezwał się Antek, gdy wracaliśmy do domu.
- Mówiłam, że się uda.
- Nie wiem, co cię tak dziwi. - Kuba się zaśmiał. - Pola umiałaby sprzedać basen nad jeziorem. Ma gadane jak nikt.
- O, nie bądź taki skromny. Ty też nie próżnowałeś. A jak okręcał pan te kajdanki - przedrzeźniałam ze śmiechem Kubę - jak szeryf na Dzikim Zachodzie. To było dobre!
- Najważniejsze, że się udało. Teraz nasza agencja jest oficjalna, a do tego współpracuje z miejscową policją.
Szliśmy przez chwilę w milczeniu. Moje myśli krążyły wokół tych wszystkich spraw, które będziemy musieli rozwiązać. Ciekawe, co będzie pierwsze? Kto zwróci się do nas o pomoc? No i czy uda nam się rozwikłać tę zagadkę? Ostatnie pytanie szybko wyrzuciłam z głowy. Pewnie, że się uda. Musi.
- Nie mogę się doczekać pierwszego zadania - wyznałam wreszcie na głos.
- Poczekaj. Przyjdzie czas, że zatęsknisz za wolnym popołudniem - odparł Kuba.
- Właśnie! Zapomniałem! Dziś mamy pierwsze zadanie! - zawołał Antek.
- Co? Jakie?! - wykrzyknęłam. - Kto nas wynajął?
- My się wynajęliśmy. - Antek zrobił łobuzerską minę, z trudem powstrzymując śmiech. - Na sikawki.
- O czym ty mówisz?
- Pamiętacie, że mieliśmy poszukać zajęcia, żeby zarobić na podsłuchy i inne gadżety?
- Noooo taaaak - odparłam ostrożnie, bojąc się tego, co usłyszę.
- Porozmawiałem wczoraj z tatą i udało się. Wieczorem pracujemy sikawkami.
- Antek, mów jaśniej! - denerwowałam się.
Jakoś trudno mi było uwierzyć, że tata zgodziłby się wziąć nas na akcję. Pożar to nie przelewki. Ale za chwilę wszystko się wyjaśniło. Tata zaproponował, żebyśmy umyli wóz strażacki. Oczywiście pod jego nadzorem.
Zaopatrzeni w kalosze i sztormiaki stawiliśmy się na placu przed remizą dokładnie o osiemnastej. Tata już na nas czekał. Wręczył nam gąbki, szmatki, płyny i rękawice. Niestety, nie pozwolił nam używać prawdziwego węża strażackiego, twierdząc, że moglibyśmy na nim pofrunąć.
- To wszystko przez duże ciśnienie wody. Nawet we dwójkę albo i w trójkę mielibyście problem, by utrzymać go w ryzach - tłumaczył. - Do umycia wozu wystarczy zwykły szlauch ogrodowy.
Muszę wam powiedzieć, że to szorowanie samochodu trochę nie było mi w smak. Gdyby nie chodziło o pieniądze dla agencji, próbowałabym się z tego wymiksować. Ale ostatecznie okazało się świetną zabawą. Czy ktoś z was stał na dachu auta i czyścił go miotłą? A widzieliście kiedyś wóz strażacki cały pokryty grubą warstwą piany? My sami też wyglądaliśmy jak trzy bałwany. Naprawdę było całkiem fajnie. Zwłaszcza że na koniec tata jednak odpalił wąż z prądownicą, taką długą dyszą do wytwarzania strumieni, i nawet pozwolił nam go przez chwilę potrzymać. Zapewniam was, że miał rację. To karkołomne zadanie. Ledwie daliśmy mu radę. I pomyśleć, że strażacy zmagają się z nim niemal codziennie.
W każdym razie pieniądze zarobiliśmy uczciwie. Samochód lśnił tak, że można się w nim było przeglądać jak w lustrze.
Rozdział 9
Następnego dnia czekało nas kolejne zlecenie. Jeszcze nie detektywistyczne, ale znowu szansa na zarobienie pieniędzy potrzebnych do rozkręcenia agencji. A przy tym poczuliśmy się jak prawdziwi właściciele biura, bo petent, a właściwie petentka osobiście przyszła do naszej siedziby.
- Puk! Puk! Mogę? - spytała mama, stojąc wciąż na drabinie.
I wszystko jasne w sprawie nazwiska petentki.
- Zapraszamy. - Kuba odezwał się pierwszy.
- Słyszałam, że szukacie dobrze płatnego zajęcia.
- Owszem - potwierdził Antek.
- To chyba coś dla was mam. Pamiętacie, że co roku na wiosnę dom kultury organizuje weekendowy zjazd artystów cyrkowych?
- Mamy wystąpić na pokazie? To może nauczymy Asa jakichś sztuczek cyrkowych - rzucił Antek.
Tylko nie myślcie, że złośliwie. Co to, to nie. Antek nigdy nie bywa złośliwy. Raczej zabawny. Ja to co innego.
- A może, zamiast trenować Asa, wystrzelimy kogoś z armaty? - spytałam. - Na przykład panią od przyrody.
- To mógłby być hit - wtrąciła mama - ale nie o to mi chodziło. Mam pożar w hotelu. Pojutrze, w sobotę, zjadą do nas artyści z całej Polski. Zabawią u nas przez cztery dni. Tymczasem jedna z pokojówek, pani Janka, jest chora. Na domiar złego zwolnił się z pracy recepcjonista. Pomyślałam, że skoro macie wolne popołudnia i weekend, to moglibyście pomóc.
- Co konkretnie mielibyśmy robić? - zapytałam i dodałam rzeczowo: - I za ile?
- Hmm... różne rzeczy. Raczej proste. Zastąpicie panią Jankę. To znaczy będziecie pomagać pani Marysi, wynosić śmieci, donosić do pokojów ręczniki, szlafroki i kosmetyki. No i pomożecie trochę nowej recepcjonistce. Nic skomplikowanego. Każdego dnia, jako bonus, dostaniecie hotelowy deser. A w ramach zachęty dodam, że jutro będą lody.
- To brzmi dobrze - przyznałam.
- A nawet bardzo dobrze. - Kuba oblizał usta.
- To co? Reflektujecie?
- Musimy to jeszcze przedyskutować na wewnętrznym zebraniu zespołu, ale proszę być dobrej myśli - zażartował Antek, który za lody oddałby wszystko. No, prawie wszystko.
- W takim razie jesteśmy umówieni. Kuba, proszę, uprzedź tatę.
- Jasna sprawa!
- A, tak przy okazji - odezwała się mama na odchodne - świetny pomysł z tą agencją. Naprawdę wam kibicuję.
Gdy tylko zostaliśmy sami, Kuba szepnął:
- Fajną macie mamę. Bardzo ją lubię.
- Ona ciebie też - zapewniłam, by dodać mu otuchy.
- Tak, wiem, ale...
- Mam pomysł! - wrzasnęłam, bo właśnie coś do mnie dotarło.
- Znowu? - jęknął Antek z udawaną przyganą.
- Ten jest świetny. Serio! Kuba, jesteśmy detektywami, tak?
- No raczej.
- Nasza praca polega na znajdowaniu.
- Między innymi.
- W takim razie... tadaam!... znajdziemy ci mamę!
- Że co? - Kuba zrobił oczy jak pięć złotych.
- Znajdziemy żonę dla twojego taty. Taką idealną. I będziesz miał mamę.
- Ej, Pola, no co ty? - żachnął się Kuba. - Oszalałaś?!
Kiedy zaczęłam już myśleć, że chyba jednak palnęłam wielką gafę, dodał:
- Wiesz co? To nie jest taki zły pomysł. Tacie przyda się towarzystwo. Wiecznie siedzi w tym komputerze. Pomyślę nad tym. Ale moje zdanie będzie decydujące.
- Wiadomo! To będzie twoja mama. - Puściłam do niego oko.
Szkoda mi Kuby. I jego taty też. Nie umiem sobie wyobrazić, jak to jest wychowywać się bez mamy. Trzeba coś na to poradzić. I to prędko, zanim Kuba się rozmyśli.
Rozdział 10
Lubię odwiedzać hotel, w którym pracuje mama. Mam w nim nawet ulubione miejsca - czytelnię i dwa pokoje na najwyższym piętrze, stylizowane na królewskie. Czytelnia jest malutka, ale klimatyczna. Znajdują się w niej regał z książkami i dwa wygodne fotele, w których można się zatopić. Często stoi pusta, więc to dobre miejsce, by schować się przed światem i marzyć. Ja na przykład marzę o tym, by za jakiś czas znaleźć na regale książkę napisaną przez Antka. On jest w tym dobry, wymyśla naprawdę ciekawe historie i całkiem prawdopodobnie zostanie w przyszłości pisarzem. No, chyba że jednak wybierze aktorstwo. Ale w moich marzeniach ta książka, którą Antek napisze, jest o nas. O naszej agencji. O tym, jak niczym Sherlock Holmes rozwiązujemy trudne zagadki. Sherlock Holmes to zdecydowanie mój idol. Och, gdybym mogła go spotkać chociaż raz. Na pewno znaleźlibyśmy wiele tematów do rozmowy.
Natomiast pokoje królewskie w hotelu wyglądają tak, jakby przeniesiono je z piętnastego czy szesnastego wieku. W każdym umieszczono łoże z baldachimem, rzeźbioną toaletkę, wielką trzydrzwiową szafę i dębowe biurko, na którym stoi kałamarz z piórem. Mama jest z nich bardzo dumna. Wciąż powtarza, że inne hotele mają swoje apartamenty prezydenckie, a ona ma komnaty królewskie. Gdy do nich zaglądam, wyobrażam sobie, że cofnął się czas, a ja jestem księżniczką na zamku. Może to głupie, ale kto mi zabroni - moja wyobraźnia, moje prawo. Nikogo zresztą w to nie wtajemniczam. Tylko ja mam wstęp do tych myśli.
Tamtej wiosny, kiedy zgodziliśmy się pomóc mamie, również odwiedziłam pokoje królewskie. Jednak tym razem nie byłam księżniczką, ale pokojówką. To ja dostałam je pod opiekę. Odpowiadałam między innymi za to, by goście mieli świeże ręczniki. Dziś myślę, że to było przeznaczenie.
Ale po kolei.
W sobotę w hotelu panowało poruszenie. Każdy miał ręce pełne roboty. Na domiar złego w całym budynku wysiadł monitoring. Mama dwoiła się i troiła, żeby ściągnąć technika, zanim zjawią się goście, ale dziwnym trafem wszyscy mieli jakieś pilne zlecenia.
Cyrkowcy zawitali po trzynastej. Co to była za mieszanka - akrobaci, ekwilibryści, linoskoczkowie, klauni, magicy, a nawet treserzy dzikich zwierząt. Zrobiło się naprawdę tłoczno. W dodatku każdy z gości miał ze sobą całą masę bagaży. Najmniej mieli treserzy, ponieważ przyjechali bez zwierząt. Cała reszta była zaś objuczona jak wielbłądy na pustyni. Przywieźli ze sobą nie tylko walizki ze strojami cyrkowymi, ale i sprzęt potrzebny do pokazów. Tego dnia hol hotelowy zamienił się w arenę cyrkową. Wszędzie stały skrzynie z linami, trapezami i trampolinami. Były kartony pełne piłek, maczug i talerzy. A nawet pudła z cylindrami. Przy tych na chwilę się zatrzymałam. Z ciekawością zaglądałam kolejno do każdego cylindra, by wypatrzyć chociaż jednego króliczka. Niestety, kapelusze były puste.
Cała obsługa hotelu uwijała się jak w ukropie. Teraz jeszcze lepiej rozumiałam mamę, gdy wspominała o gaszeniu pożarów w hotelu. Poradzić sobie z takim zalewem gości to nie lada wyzwanie. Ale, o dziwo, wszystko szło w miarę gładko. Kolejni goście, wyposażeni w klucze, znikali w windzie. Problem pojawił się dopiero, gdy przy kontuarze w recepcji stanęła para treserów. Jeden wysoki i chudy, ze sterczącymi włosami jak u miotły, drugi grubszy i niższy. A do tego zupełnie łysy. Za to twarz zdobił mu, o ile można tak powiedzieć, sumiasty wąs. Ten niższy trzymał klatkę. W środku na krzykliwie różowej poduszce siedział... gołąb. A całości obrazka dopełniał pierścień. Niższy miał go na palcu serdecznym. Oczko w pierścionku było prawie tak wielkie jak głowa gołębia. I niesamowicie lazurowe.
- Przepraszam, ale nie mogę panów zameldować - zaczęła tłumaczyć nowa recepcjonistka, która właśnie dziś rozpoczęła pracę.
- Z powodu? - spytał zadziornie wyższy z treserów.
- Z powodu... tego... tego... - Recepcjonistka przez chwilę szukała odpowiednich słów, żeby nikogo nie urazić, aż wreszcie nazwała rzecz po imieniu: - Z powodu gołębia.
- A co to niby ma znaczyć?! - zawołał ten z klatką w ręku.
- Nie przyjmujemy zwierząt - padła rzeczowa odpowiedź.
- To ptak.
- Ptaków też nie przyjmujemy.
- To jakiś absurd! - Treserzy aż poczerwienieli ze złości. - Przede wszystkim to nie jest zwykły ptak. To mistrz! To artysta! Atrakcja pokazu!
- Panowie wybaczą, ale regulamin mówi wyraźnie...
- Regulamin jest dla ZWYKŁYCH gości - powiedział tęższy z treserów, akcentując słowo "zwykłych", jakby parzyło go w usta. - A my i nasz Jakub do takich nie należymy. Przyzna pani?
- Cokolwiek przyznam, muszę trzymać się regulaminu. Gołąb...
- Jakub! - poprawił recepcjonistkę wyższy treser.
- Gołąb Jakub, jak by to powiedzieć, nie jest człowiekiem.
- Jest mądrzejszy od niejednego śmiertelnika.
- Mimo wszystko. - Recepcjonistka pokręciła głową i rozłożyła ręce.
Czułam, że to preludium do większej awantury. Oddaliłam się czym prędzej, żeby odszukać mamę. Tylko ona mogła sobie poradzić w tej sytuacji.
- Czy mogę w czymś pomóc? - spytała, gdy dotarła do holu.
- A kim pani jest? - odparł z wyższością niższy treser.
- Menadżerem hotelu.
- To i owszem, może pani. Ta panienka twierdzi - wskazał na recepcjonistkę, a ta zmierzyła go wściekłym wzrokiem - że Jakub nie jest mile widziany w hotelu. To niedopuszczalne, by tak traktować honorowych gości.
- Rozumiem, że zgłosili panowie przy rezerwacji, że przybędą z ptakiem? - powiedziała spokojnie mama.
Byłam pewna, że nie zgłosili i że mama o tym wiedziała.
- Nie uznaliśmy tego za konieczne. Jakub zwykle z nami podróżuje i nigdy nie było z tym najmniejszego problemu.
- Wierzę. Niemniej w naszym hotelu...
- To już słyszeliśmy - przerwał mamie ten wyższy. - Oczekujemy, że znajdzie pani jakieś wyjście.
- Co tam się dzieje? Ile można czekać? - zaczęła oburzać się kolejka. - Do jutra się nie zameldujemy!
Sytuacja zrobiła się dość kłopotliwa.
- Proszę o cierpliwość! - zawołała mama w stronę gości, po czym zwróciła się do treserów: - Zwykle nie wpuszczamy do hotelu zwierząt.
- To ptak! - oburzył się znowu niższy.
- Nie wpuszczamy, by nie zakłócać spokoju innym gościom - ciągnęła mama niezrażona.
- To nonsens! Jakub nie tupie, nie szczeka, nie biega po korytarzach - wyliczał treser z wąsem.
- Dlatego możemy zrobić wyjątek. Ten jeden raz. Muszą jednak panowie obiecać, że ptak nie opuści klatki.
- Oczywiście, że nie opuści. Nie wypuszczamy Jakuba. Nigdy. Absolutnie. Jest zbyt cenny.
- Pod żadnym pozorem. - Mama zmierzyła treserów najsurowszym ze swoich spojrzeń.
Znałam ten wzrok, czasem i mnie nim obdarzała. Oczywiście musiałam nieźle zasłużyć.
- Jak mówiłem - rzekł wyższy - Jakub nigdy nie opuszcza klatki.
- W takim razie sprawa załatwiona. Pani Julio, proszę panów zameldować.
Recepcjonistka poklikała w klawiaturę, sprawdziła rezerwację i wręczyła treserom klucz do pokoju. Okazało się, że wynajęli pokój na najwyższym piętrze. Jeden z pokojów królewskich.
- No to trafili ci się goście - szepnął do mnie Kuba. - Będziesz pokojówką zwierzaka.
- Ptaka - poprawił go ze śmiechem Antek. - Gołębia Jakuba.
Nie byłam pewna, czy też powinnam się śmiać. Panowie nie wzbudzili mojego zaufania. Ale w końcu to cyrkowcy. Mają prawo do dziwactw. Najważniejsze, że awantura została zażegnana, pomyślałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że prawdziwa chryja dopiero przed nami.
Rozdział 11
Pierwszy raz treserzy wezwali mnie do pokoju jeszcze tego samego dnia.
- Polu, panowie w królewskim twierdzą, że w łazience nie ma ręczników - powiedziała mama.
- To niemożliwe - odparłam.
Byłam pewna, że są. Przecież sama je tam zaniosłam.
- Po prostu podrzuć im jeszcze dwa, dobrze? Może potrzebują ich więcej.
Tak zrobiłam.
- Przyniosłam ręczniki! - zawołałam, pukając jednocześnie do drzwi.
Otworzył mi niższy. Chociaż "otworzył" to zbyt duże słowo. Ledwie je uchylił.
- Ręczniki - powtórzyłam. - Mogę?
- A tak, świetnie. Dziękuję - odpowiedział i niemal wyrwał mi je z ręki.
Nie przewidział jednego. Mianowicie, że ręczniki są spore i złożone w dużą, sztywną kostkę, luka w drzwiach mała, a drzwi otwierają się do środka. W momencie, gdy wyszarpał mi ręczniki z ręki, te uderzyły w kant drzwi i szczelina znacznie się powiększyła. Fizyka. Treser natychmiast próbował zasłonić mi widok na pokój, czym tylko wzbudził moją czujność. Rzuciłam szybkie spojrzenie do środka. Niby wszystko wyglądało w porządku. A jednak jeden szczegół się nie zgadzał. Już wiedziałam, dlaczego treser był taki nerwowy.
- A gdzie gołąb? - spytałam i popatrzyłam wymownie na pustą klatkę.
- Gołąb? A, pytasz o Jakuba. Jest... jest teraz... w toalecie.
- Co? - Ta odpowiedź mnie zaskoczyła.
- Jakub jest w toalecie z moim wspólnikiem - powtórzył treser ze spokojem. - Co cię tak dziwi? Gołębie też czasem muszą skorzystać. - Zachichotał.
Coś mi tutaj mocno śmierdziało.
- Tylko zatrzymaj to dla siebie - dodał, wciskając mi w dłoń dwa złote. - Nie wydaj nas przed tą panią menadżer.
Lazurowe oczko w jego pierścieniu zamigotało w blasku światła. Było piękne.
- Śliczny - powiedziałam, wskazując na pierścionek.
- I wart fortunę - odparł treser, zamykając mi drzwi przed nosem.
Godzinę później rozegrała się draka. Właśnie mieliśmy wychodzić do domu, gdy niższy treser wpadł do recepcji, głośno domagając się rozmowy z mamą.
- Proszę natychmiast wezwać menadżera! Natychmiast!
- Co się stało? - spytała mama.
- Nieszczęście. Prawdziwy horror! - Treser sapał ze złości. - Zginął mój rodowy klejnot. Ktoś był w naszym pokoju i ukradł mój pierścień.
- To niemożliwe.
- A jednak! - Całą twarz tresera pokrywały czerwone plamy i gość trząsł się tak nerwowo, że jego sumiasty wąs podrygiwał.
- Proszę się uspokoić. - Mama wskazała mu najbliższe krzesło.
Recepcjonistka nalała z dystrybutora szklankę zimnej wody. Byłam pewna, że poda ją treserowi, ale ona mnie zaskoczyła. Zamiast tego sama wypiła ją duszkiem. Ciekawe, czemu się tak zdenerwowała, pomyślałam. Zerknęłam na dłoń tresera. Rzeczywiście pierścienia nie było. Wtedy mężczyzna złapał moje spojrzenie i zrobił coś, co wbiło mnie w ziemię.
- To ona! - wrzasnął, mierząc we mnie palcem. - Ona była w naszym pokoju! Podobał jej się pierścień - dodał, mrużąc złowrogo oczy jak kot naszej sąsiadki.
- Nieprawda! - Pokręciłam głową. - Znaczy pierścień był ładny, ale go nie ukradłam. I wcale nie byłam w pana pokoju.
- Jak to nie? Masz siostrę bliźniaczkę? - zakpił.
- Nie, mam brata bliźniaka - odparłam. - Ale on również nie był w pana pokoju.
- Polu - odezwała się oschle recepcjonistka. - Byłaś u panów. Zanosiłaś ręczniki.
- Owszem. Ale tylko pod drzwi. Nie wchodziłam do środka.
- Czy to prawda? - spytała tresera mama.
- Prawda. Ale przecież mogła tam wejść, kiedy byliśmy z Jakubem w ogrodzie. Widziałem, jak jej się oczy świeciły na widok błyskotki. Jak sroce.
- Proszę nie rzucać pochopnych oskarżeń. Trzymajmy się faktów.
- Fakt jest taki, że pierścionek był, wszyscy widzieli. A teraz nie ma. Ja tego tak nie zostawię! On był wart krocie! To kamień rodowy!
Krzyki tresera ściągnęły do recepcji innych gości. Znowu zrobiło się tłoczno. Goście szeptali coś między sobą, zaniepokojeni sytuacją. Mama wyglądała na przybitą. Tak się starała, żeby dziś wszystko przebiegło bez zakłóceń, a tu na koniec dnia zrobiła się taka burda.
- Musimy zadzwonić po policję - zdecydowała, wyjmując z kieszeni telefon.
Odciągnęłam na bok Kubę i Antka.
- Wierzycie mi, prawda? Nie byłam w ich pokoju.
- Daj spokój. Nie musisz się tłumaczyć - zapewnił mnie Kuba.
- Uff - odetchnęłam. Cieszyłam się, że mam ich po swojej stronie. I nagle coś do mnie dotarło. - Wiecie, co myślę?
- Dawaj - zachęcił mnie Antek.
- Myślę, że to sprawa dla agentów PAKA.
Kuba i Antek spojrzeli na mnie badawczo i niemal równocześnie kiwnęli głowami.
Rozdział 12
I tak oto detektywi PAKA z domku na drzewie stanęli przed pierwszym poważnym zadaniem - musieli wytropić złodzieja pierścienia z lazurowym oczkiem.
W holu zrobiło się bardzo tłoczno i bardzo nieprzyjemnie. Treser z wąsem wciąż biadolił. Reszta gości wyglądała na mocno zaniepokojoną. Obserwowali się bacznie i podejrzliwie. Przestępując z nogi na nogę, nerwowo wypatrywali policjanta. Wreszcie, po trzydziestu paru minutach, zjawił się posterunkowy Przypadek. Nie był zachwycony, że wezwano go tuż przed kolacją. Kiedy nas zobaczył, puścił do nas oko, a za moment na mój telefon przyszła wiadomość:
"Cześć, Tajna Komórko. Nie zdradźcie się, że się znamy. Możecie być potrzebni".
Pokazałam jej treść chłopakom, a potem czym prędzej odpisałam:
"Jesteśmy gotowi do akcji!".
Policjant ulokował się w gabinecie mamy i zrobił w nim pokój przesłuchań. My przyczailiśmy się przy otwartych drzwiach, które - z pewnością nie przez przypadek - posterunkowy zostawił uchylone. Dzięki temu mieliśmy niezły punkt obserwacyjny i słyszeliśmy każde słowo.
- Pana godność? - Przypadek z marszu zabrał się do zbierania zeznań.
- Edgar Wysokij - przedstawił się niższy z treserów gołębia.
Posterunkowy zmierzył go zdziwionym spojrzeniem, nawet delikatnie uniosły mu się kąciki ust, ale szybko spoważniał.
- Gdzie pan był w chwili popełnienia kradzieży? - spytał wąsacza.
- Prawdopodobnie...
- Panie kochany, żadne prawdopodobnie! Muszę to wiedzieć na sto procent. - Policjant rozsiadł się wygodniej w fotelu i położył na kolanie spiralny notes.
- A skąd ja mogę wiedzieć, kiedy dokładnie dokonano rabunku? - żachnął się treser.
- Zaraz do tego dojdziemy. Po to tu jestem - odparł Przypadek. - Kiedy widział pan pierścień po raz ostatni?
- Zdjąłem go, żeby umyć ręce. Położyłem w pokoju na stole.
- O której?
- Tuż przed spacerem w ogrodzie. To mogło być kilka minut po szesnastej.
- Co było dalej?
- No właśnie dalej był spacer. Razem z moim wspólnikiem, Kleofasem Tęgim...
- To pan, jak mniemam - przerwał mu posterunkowy, zwracając się do wyższego z treserów, który właśnie do nich dołączył, stanął za plecami Edgara Wysokija i położył mu dłonie na ramionach.
- Kleofas Tęgi, miło mi - potwierdził wyższy.
- Jak mówiłem - podjął Wysokij - razem z Kleofasem wyszliśmy na spacer do ogrodu. Chcieliśmy przewietrzyć Jakuba.
- A kim jest Jakub?
- To orlik - powiedział niższy.
- To gołąb - odparł równocześnie wyższy.
- Coś mi tu panowie plączą się w zeznaniach. W końcu to orzeł czy gołąb?
- Jakub to gołąb pocztowy, przedstawiciel rasy orlik polski - uściślił Kleofas.
- I gdzie on teraz jest? Ten Jakub?
- W pokoju - odparli obaj chórem.
Przypadek westchnął wymownie, jakby treserzy mieli w pokoju co najmniej żyrafę. Albo i całe zoo.
- Dobrze, wróćmy do sedna, bo tu nam się robi niezły cyrk.
Nie wyglądało to dobrze. Moim zdaniem posterunkowy błądził jak dziecko we mgle. Przede wszystkim zadawał złe pytania. Co za różnica: gołąb czy inny ptak? Nie o Jakuba tu chodzi.
- To nie ma sensu - szepnęłam do chłopaków. - Bierzmy się do roboty.
Wyszliśmy do ogrodu. W drodze minęliśmy panią Julię. Recepcjonistka była blada jak ściana i bardzo rozdygotana. Przypomniałam sobie, jak łapczywie piła wodę, gdy Wysokij przyszedł zgłosić kradzież. To wszystko wzmogło moją czujność.
- Wydaje mi się - odezwałam się, gdy byliśmy już na uboczu - że recepcjonistka coś wie.
- Skąd ten wniosek? - dopytywał Antek.
Opowiedziałam im o swoich obserwacjach.
- To zaczniemy od niej - zadecydował Kuba.
Rozdział 13
Zaopatrzeni w notes i długopis odszukaliśmy panią Julię. Siedziała na zapleczu i wycierała oczy chusteczką.
- Czy coś się stało? - spytałam. Byłam coraz bardziej pewna swego, ale nie mogłam wypalić z grubej rury.
- Nie! Znaczy tak - plątała się nerwowo recepcjonistka. - Mam uczulenie na pierze.
- Aha! - Wszystko zaczynało się układać. - Na gołębie też?
- To nie tak! - Pani Julia chyba domyśliła się, do czego zmierzam. - Tak naprawdę to coś wpadło mi do oka.
- Dlaczego jest pani taka zdenerwowana? - wtrącił Kuba.
- Ja? Nie! Nie jestem... - Recepcjonistka chyba straciła cały animusz, bo dodała niemal szeptem: - Nie byłam w ich pokoju. Słowo daję. Nie wchodziłam dziś na górę. Ani razu.
- Ile jest kluczy do ich pokoju? - spytał rzeczowo Antek.
Tak, od tego powinniśmy zacząć, pomyślałam. Brawo, bracie.
- Do każdego są po trzy komplety. Jeden mają goście, drugi jest u mnie w recepcji, a trzeci, zapasowy, u waszej mamy, znaczy pani menadżer.
- Czy ktoś oprócz treserów brał klucz do pokoju królewskiego?
- Nie. I nikomu bym go nie dała.
- A czy po hotelu kręcił się ktoś nieznajomy?
- Dzisiaj? Polu, przecież tu jest trzydziestu gości. Nawet nie zdążyłam zapamiętać ich twarzy. Oni wszyscy są obcy.
- I wszyscy podejrzani - dodał Kuba.
- Ale to nie ja... - Recepcjonistka zawiesiła głos i nerwowo skubała rąbek białej koszuli.
- Mogę być z panią szczera? - spytałam.
- Proszę.
- Tylko pani miała możliwość dostać się do pokojów gości.
- No przecież wiem - odparła płaczliwie. - A do tego jestem tutaj pierwszy dzień. Nikt mnie nie zna. Nikt za mnie nie poręczy. Tak się cieszyłam na tę pracę, a zaraz mogę ją stracić. To takie okropne.
Pani Julia wyglądała jak kupka nieszczęścia. Zaczęłam jej współczuć. I wierzyć. Nie wyglądała na złodzieja. Co prawda pozory mylą i detektyw musi mieć tego świadomość. Nie może ulegać ani łzom, ani pięknym słówkom. Musi być czujny. Mimo wszystko coś mi mówiło, że to nie ona.
- A może któryś z gości pytał o treserów? No, wie pani: gdzie są, co robią.
- Tak! - Pani Julia nagle się rozpromieniła, jakby wygrała na loterii. - Ta pani w niebieskiej sukni. Taka... taka... Chodźcie ze mną do recepcji. Z pewnością jest na nagraniu z kamery.
- Przecież monitoring wysiadł - zdziwiłam się.
- Owszem, główny tak. Ale dla bezpieczeństwa gości zainstalowaliśmy jedną kamerkę na kontuarze. Taką niezależną, podłączoną do mojego komputera. Obejmuje część holu i drzwi windy.
Posłusznie podreptaliśmy za panią Julią. Weszliśmy za kontuar.
- Dzięki niej - kontynuowała - każdy z gości został nagrany przy meldunku. Zaraz wam pokażę.
Recepcjonistka odpaliła monitor, poklikała kilka razy w klawiaturę i naszym oczom ukazała się kobieta w niebieskiej sukni.
- To jedna z gimnastyczek. Robi ewolucje na linach czy coś takiego - wyjaśniła.
Kobieta była szczupła i wysportowana, miała bardzo długie palce. Na każdym oprócz kciuka nosiła kolorowy pierścionek. Widać, że bardzo lubiła biżuterię. Może za bardzo?
- O co właściwie pytała? - Znowu włączyło mi się przeczucie.
- Przyszła tu około szesnastej. Może trochę później. To też z pewnością się nagrało. Powiedziała, że szuka treserów Jakuba. Że pukała do ich pokoju, ale nie otworzyli. I pytała, czy wiem, gdzie wyszli i kiedy wrócą.
- Dużo pytań. Stanowczo za dużo - stwierdził Kuba.
- Poszła do nich do ogrodu? - dociekałam, bo już wiedziałam, gdzie byli.
- Nie. Cofnęła się do windy.
- Na którym piętrze jest jej pokój?
- Na pierwszym. Dokładnie dwa piętra pod królewskim, który zajmują treserzy. - Recepcjonistka spojrzała na mnie wymownie.
Chyba pomyślała to samo co ja. Zwinna gimnastyczka, na co dzień trenująca wspinaczkę po linach, z łatwością mogła przedostać się z okna swojego pokoju do okna pokoju treserów. W dodatku bardzo lubiła błyskotki. Mieliśmy kolejną podejrzaną. A właściwie jedyną, bo panią Julię w sumie można było wykluczyć z tego kręgu.
Już miałam o tym powiedzieć chłopakom, gdy rozpętała się następna burza. A raczej pożar, jak powiedziałaby mama.
Przez recepcję, prosto w stronę gabinetu, w którym posterunkowy odpytywał kolejnych gości hotelowych, biegła nasza podejrzana. Mało nas nie stratowała. Wiedzieliśmy, że nie możemy tego przegapić, więc puściliśmy się za nią.
- To pan prowadzi śledztwo? - wpadła do środka i przerwała przesłuchanie.
- Posterunkowy Przypadek we własnej osobie - przedstawił się i uprzejmie skinął głową.
- Zostałam okradziona!
- To jakaś plaga - syknęła mama i opadła na krzesło.
Okazało się, że ktoś pod nieobecność gimnastyczki włamał się do jej pokoju i ukradł... nie uwierzycie - jej pierścionki. I naprawdę zgrabnie się uwinął. Gimnastyczka wyszła z pokoju dosłownie na chwilę, jak twierdziła, sprawdzić, co to za zamieszanie w holu. A kiedy wróciła, pierścionków nie było.
Tego już za wiele, pomyślałam. Nasza podejrzana stała się ofiarą. To się nazywa impas. Ale nie mogliśmy się poddać. To nasze pierwsze zadanie i musieliśmy je rozwiązać. Udaliśmy się na naradę.
- Wierzycie pani Julii? - zaczęłam.
- Raczej tak. - Kuba podrapał się po nosie. To znak, że się namyślał. - Zresztą nie mogła ukraść pierścionków gimnastyczce. Cały czas była w recepcji.
- No tak - zgodził się Antek. - Chyba możemy ją wykluczyć. Gimnastyczkę i treserów również. Zostaje nam pozostały personel i dwudziestu paru gości.
- To nie będzie bułka z masłem - skwitowałam. - Ale damy radę. Kto jak nie my?
- Przypadek? - zażartował Kuba, robiąc przy tym dziwaczną minę, na co odpowiedzieliśmy z Antkiem głośnym śmiechem.
Rozdział 14
Mama była coraz bardziej nerwowa. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Nigdy dotąd w jej hotelu nie doszło do kradzieży. A na domiar złego złodziej nie powiedział ostatniego słowa. Nazajutrz rano, gdy tylko pojawiliśmy się na miejscu, dowiedzieliśmy się od pani Julii, że do listy poszkodowanych dołączył gość z pokoju numer siedem. Twierdził, że zginęły mu ślubna obrączka i sygnet. Nie umiał jednak określić, kiedy złodziej mógł się do niego dostać.
- Dopiero dzisiaj się zorientował, ale przysięga, że wychodził z pokoju tylko wczoraj, wywabiony krzykami tresera Edgara.
- Dziwne - zastanowiłam się na głos. - Wychodzi na to, że w przypadku gimnastyczki i pana spod siódemki kradzieży dokonano niemal w tym samym czasie.
- Musimy ustalić plan działania i wziąć się do roboty - stwierdził racjonalnie Kuba. - Proponuję zacząć od rozmowy z poszkodowanymi.
- Posterunkowy już z nimi rozmawiał - zauważyła pani Julia.
- Może coś sobie w międzyczasie przypomnieli. Czy wszyscy goście są w pokojach?
- Nikt nie wychodził - potwierdziła recepcjonistka.
Zaczęliśmy od gimnastyczki. Wjechaliśmy windą na pierwsze piętro i zapukaliśmy do jej drzwi. Otworzyła natychmiast.
- Dzień dobry! - przywitał ją Antek.
- Ja was znam. Pomagacie w hotelu. - Uśmiechnęła się.
- Tak. Jestem Pola - przedstawiłam się - to mój brat Antek i przyjaciel Kuba. Nasza mama jest tutaj menadżerem - dodałam, wskazując na siebie i Antka.
- Bardzo mi miło. Gabi Niemrawa. - Gimnastyczka po kolei uścisnęła nam dłonie, energicznie nimi potrząsając. - Co was do mnie sprowadza?
- Próbujemy pomóc mamie i ustalić, kto stoi za kradzieżami.
- Naprawdę? No to zapraszam do środka. Ja w waszym wieku też lubiłam zagadki detektywistyczne.
Pani Niemrawa była bardzo żywiołowa. Szybko mówiła, jeszcze szybciej się poruszała. Do tego wszystko robiła z wyjątkową lekkością i gracją. Wydawała się też miła.
- Moje pierścionki leżały tutaj. - Wskazała na stolik nocny. - Zdjęłam je zaraz po przyjeździe.
- I co było dalej?
- Robiłam to, co zazwyczaj w hotelu. Rozpakowałam bagaż, poukładałam ubrania w szafie, kosmetyki w łazience... - zawiesiła głos, po czym podjęła: - A jak już wszystko znalazło się na swoim miejscu, miałam ochotę odpocząć w towarzystwie dobrej książki. Uwielbiam czytać. Czytam w każdej wolnej chwili. A wy?
- Tak, my też - zapewniłam ją szybko.
W głowie miałam natłok myśli. Pani Gabi nie wspomniała, że opuszczała pokój. A przecież recepcjonistka mówiła co innego. Nie chciałam pytać Niemrawej wprost, żeby niczego nie sugerować. Musiałam więc trochę pokluczyć.
- A co pani czytała?
- Chodzi o to, że nic.
- Nie rozumiem.
- Zanim zdążyłam otworzyć książkę, przeżyłam szok. Moje okno wychodzi na ogród. A nic tak nie pasuje do relaksu z książką jak wiosenny wietrzyk i szum liści. Przyznacie, prawda?
Kiwnęliśmy zgodnie głowami.
- Tak więc - ciągnęła - otworzyłam okno. Na oścież. I gdybym od razu wróciła na fotel... Ale widok tak mnie zafascynował, że wyjrzałam na zewnątrz. I wtedy... - zająknęła się - i wtedy... Nie wiem, jak to ładnie ująć, więc powiem wprost... Na moją dłoń narobił gołąb. To było obrzydliwe. O fuuuj! A przecież obiecali, że go nie wypuszczą. Obiecali.
Spojrzeliśmy po sobie. Już wiedzieliśmy, dlaczego Niemrawa szukała treserów.
- Przykro mi - wtrącił Antek.
- Mnie również. Szukałam właścicieli gołębia, ale nie miałam szczęścia. Za to oni, zapewniam was, mieli go bardzo dużo. Byłam gotowa ich rozszarpać. To niedopuszczalne, by narażać innych na takie nieprzyjemności.
W dalszej części rozmowy dowiedzieliśmy się, że gimnastyczka jeszcze raz opuściła pokój. Zwabiły ją, jak innych, krzyki w recepcji. A gdy wróciła do siebie, jej biżuterii już nie było.
Rozdział 15
Kolejny na naszej liście był gość spod siódemki. Jego pokój mieścił się na drugim piętrze. Tym razem zrezygnowaliśmy z windy i wybraliśmy schody, żeby po drodze podzielić się wnioskami.
- Gabi Niemrawą możemy ostatecznie wykluczyć - odezwał się Antek.
- Zrobiliśmy to już wczoraj - przypomniałam.
- W zasadzie tak, ale teraz wiemy to na pewno.
- Zastanawia mnie ta gołębia kupa. - Przystanęłam na półpiętrze.
- Że niby taka interesująca? - Kuba się zaśmiał.
- Owszem. Ale nie kupa, tylko pewien fakt. Gdy zanosiłam treserom ręczniki, Wysokij bardzo pilnował, żebym nie mogła zajrzeć do ich pokoju. Ale mi się udało. I wtedy zauważyłam, że klatka Jakuba jest pusta. Spytałam o niego, a pan Edgar coś pokrętnie się tłumaczył. Mówił, że gołąb jest w toalecie.
- I to by się zgadzało. Zapomniał tylko dodać, że ta toaleta to parapet Niemrawej. - Antek pokręcił głową.
- Czułam, że to ściema. W życiu nie słyszałam, żeby ptaki korzystały z ubikacji. Ale pomyślałam, że to w końcu tresowany ptak i niczego nie można wykluczyć.
- Teraz już wiemy, że wypuszczają go z klatki. Tylko co to wnosi do sprawy?
- Jeszcze nie wiem, ale się dowiem - odparłam. - Idziemy.
Ruszyłam przodem prosto pod drzwi siódemki.
- O co chodzi? - spytał tubalnym głosem przysadzisty jegomość, który nam otworzył.
- Dzień dobry! Mam na imię Pola, a to Antek i Kuba. Jesteśmy detektywami - zaczęłam.
- A ja jestem klaunem - burknął zgryźliwie.
Spojrzeliśmy na niego zaskoczeni. Chyba nie bardzo cieszyła go nasza wizyta.
- My naprawdę jesteśmy detektywami - powtórzyłam z naciskiem.
- A ja naprawdę jestem klaunem.
Straciłam cały rezon. Już kompletnie nie wiedziałam, jak mam traktować jego słowa.
- Dobrze, już dobrze - powiedział wreszcie, obdarzając nas bladym uśmiechem. - Trochę jestem nie w sosie. Miałem kiepski poranek.
- Nie da się ukryć - westchnął Kuba.
- Nazywam się Wiktor Ponury. - Gość skinął głową. - I rzeczywiście jestem klaunem.
- Ach, no jasne!
Wciąż zapominałam, że mamy do czynienia z całym przekrojem artystów cyrkowych. Choć muszę przyznać, że inaczej wyobrażałam sobie klauna.
Wiktor Ponury jakby czytał w moich myślach, bo szybko dodał:
- Zazwyczaj jestem bardziej wesoły, ale tym razem nie mam ku temu powodów. Jakiś złodziej ogołocił mnie z pamiątek rodzinnych.
- My właśnie w tej sprawie - wyjaśnił Antek.
- Wszystko powiedziałem posterunkowemu. Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś mnie okradł. Nie wzbogaci się na tym. Obrączka i sygnet miały wartość sentymentalną, ale nie były szczególnie drogie.
- Kiedy pan zauważył, że ich nie ma?
- Rano. Ale mogły zginąć już wczoraj albo w nocy, jak spałem. Nie mam pewności. Złodziej musiał wejść przez okno. Zawsze śpię przy otwartym.
- A kiedy je pan otworzył? - dociekałam.
- Wczoraj. Jak tylko wszedłem do pokoju. Nie lubię zamkniętych przestrzeni.
- Rozumiem. No cóż, dziękujemy - odparłam i ruszyłam w stronę drzwi.
- Myślicie, że uda wam się złapać złodzieja? - spytał Ponury.
- Zrobimy wszystko, by tak się stało - zapewnił go Kuba.
Rozdział 16
Jedno wydawało nam się pewne - złodziej wchodził do pokojów przez okno. A że mieliśmy do czynienia z artystami cyrkowymi, to taki wyczyn nie był czymś wyjątkowym. To niestety nie zawężało kręgu podejrzanych. Prawdopodobnie każdy z cyrkowców potrafiłby to zrobić. No, może poza treserami dzikich zwierząt, choć i wśród nich nie mogliśmy nikogo wykluczyć.
Wjechaliśmy windą na najwyższe piętro. Zapukaliśmy do drzwi pokoju królewskiego. Odczekaliśmy chwilę. I nic. Zapukaliśmy ponownie i znowu skucha. Nikt nam nie otworzył.
- Dziwne - zauważyłam.
- Może wyszli do ogrodu? Chodźmy to sprawdzić - zakomenderował Antek.
Przechodząc przez recepcję, spytaliśmy jeszcze panią Julię, czy treserzy opuścili hotel.
- Nie widziałam. Ale przez moment byłam w gabinecie waszej mamy. Może wtedy?
W ogrodzie było przyjemnie. Słonko nieśmiało przygrzewało, delikatny wietrzyk szeleścił w trawie i liściach drzew. Ale nigdzie nie było treserów.
- Coś mi tu nie gra - powiedział Kuba. - Mam dziwne przeczucie, że coś nam umyka.
- Pewnie złodziej - zakpił Antek.
Stanęliśmy naprzeciw hotelu, wpatrując się w jego okna. Tylko kilka było uchylonych. Wśród nich okna klauna Ponurego, gimnastyczki Niemrawej i treserów Wysokija i Tęgiego. Na tym ostatnim coś połyskiwało w słońcu.
- Ktoś spakował lornetkę? - spytałam chłopaków.
- Ja. - Antek wydobył ją z kieszeni kangurki. - A co?
Wzięłam od niego sprzęt i ustawiłam ostrość.
- Tak jak myślałam! - zawołałam. - U treserów na parapecie stoi pusta klatka.
- I co to znaczy?
- Coś na pewno.
- Gdyby to była sroka, a nie gołąb, to nabrałbym pewnych podejrzeń - stwierdził Kuba.
- A co my właściwie wiemy o gołębiach pocztowych? - spytałam w nagłym olśnieniu.
- Niewiele - przyznał Antek.
- Więc czas to zmienić. Wracamy do recepcji.
Idąc ścieżką przez ogród, mijaliśmy ławkę niemal w całości schowaną za krzakami malin. I już mieliśmy pójść dalej, gdy dobiegł nas bardzo znajomy dźwięk. Odgłos nadjeżdżającej lokomotywy.
Chrrr!!! Ziuuuu! Chrrr!!! Ziuuuu! Chrrr!!! Ziuuuu!
Podeszliśmy do ławki, na której chrapał nie kto inny jak nasz posterunkowy Przypadek. Wyłożył się na całej długości. Pod głową miał aktówkę, a pod ręką kołonotatnik.
- Dzień dobry! - wrzasnął mu do ucha Kuba i odskoczył na bezpieczną odległość.
Posterunkowy zerwał się na równe nogi.
- Stać! Policja! - krzyknął. - Jesteście otoczeni!
- Tym razem to pan jest otoczony - zauważyłam ze śmiechem.
- A, to wy. Moja tajna komórka na tropie złodzieja. Ja tu sobie siedzę i próbuję zebrać myśli.
- Właśnie widzę...
- Nie. Ja nie spałem. Jakoś tak na leżąco łatwiej mi się skupić - tłumaczył.
- Więc to nie pan chrapał? - zadrwił Antek.
- Chrapałem? Nie! Skąd! Niemożliwe!
- Co pan ustalił? - spytałam, by zakończyć temat.
- No, właśnie jest problem. Nic nie mam. Żadnego podejrzanego. A wy?
- Czy doszedł pan do tego, którędy złodziej dostaje się do pokojów? - ciągnęłam.
- Jeszcze nie, ale... jestem blisko.
- My uważamy, że oknem.
- Tak. Ja też... - zaczął, ale nagle zatrzymał się w pół zdania i wypalił: - Co? Naprawdę?
- Nie ma innej możliwości, panie posterunkowy.
- Ale jak? - Rozejrzał się zdziwiony. - Tu nie ma żadnej drabiny. Z drzewa też nie da rady. Ani po rynnie.
- To cyrkowcy. Nie takie sztuczki potrafią - zapewnił go Kuba.
- W sumie możecie mieć rację. Pozostaje wytypować winowajcę.
- To chyba najtrudniejsze - napomknęłam.
- Wiem, jak to zrobić - rzekł z przekonaniem Przypadek. - Od wczoraj goście nie mogą opuszczać hotelu.
- I? - Nie rozumiałam.
- Zrobię w pokojach przeszukanie.
- Tak można? Bez nakazu?
- W tym mieście rządzi szeryf. A kto jest szeryfem? - spytał posterunkowy i natychmiast sam sobie odpowiedział: - Ja! Sprawa jest prosta. Ten, kto nie ma nic do ukrycia, pozwoli mi się rozejrzeć. A ten, kto nie pozwoli, ma coś do ukrycia. - Policjant uśmiechnął się chytrze.
- Coś w tym jest - potwierdziłam. - To może się udać.
- To idę. Szkoda marnować czas.
Przypadek oddalił się prędkim krokiem, zabierając aktówkę i notes.
- I kto to mówi? - rzucił ze śmiechem Antek.
Rozdział 17
Posterunkowy wziął się do swojej pracy, a my do swojej. Pani Julia pozwoliła nam skorzystać z komputera. Wpisaliśmy w Google frazę "gołąb pocztowy". Pierwszy wyskoczył link do Wikipedii.
- "Gołąb pocztowy - przeczytałam na głos - jedna z odmian gołębia skalnego, odznaczająca się zdolnością powracania do gołębnika z dużych odległości".
Już po tym jednym zdaniu coś zaczęło mi świtać. Ale to coś nie miało sensu. Moje rozważania przerwał okrzyk Kuby:
- Niebywałe! Słuchajcie tego: przeciętne gołębie pocztowe latają na trasach długości około sześciuset pięćdziesięciu kilometrów. Ale najlepsze potrafią przelecieć jednorazowo, uwaga, tysiąc kilometrów. Uwierzycie?! A Jakub to ponoć mistrz. Gołąb nad gołębie.
- Patrzcie dalej - włączył się Antek. - Ich średnia prędkość przelotu to osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Niektóre na krótszych dystansach wyciągają prawie stówę.
- Na krótszych, czyli jakich? - spytałam, bo w tym momencie to wydało mi się bardzo ważne. Coś w głowie kazało mi się przyjrzeć tej sprawie dokładniej.
- Czekaj... mam. Sto sześćdziesiąt kilometrów. Taki dystans robią, utrzymując prędkość stu kilometrów na godzinę. One szybciej lecą, niż mama jedzie autem - dodał ze śmiechem.
- Chłopaki, mam dziwne przeczucie. Jest kompletnie nielogiczne, ale nie daje mi spokoju.
- Chyba wiem, o co ci chodzi. - Kuba spojrzał na mnie poważnie.
Okazało się, że myślał dokładnie o tym samym. Postanowiliśmy, że podzielimy się naszym przypuszczeniem z posterunkowym. Zadzwoniłam do niego i umówiliśmy się na naradę w ogrodzie.
- Jak idzie przeszukanie? - spytał Antek, gdy Przypadek do nas dołączył.
- O dziwo, sprawnie - odparł posterunkowy. - Absolutnie nikt nie robi trudności. Odbębniłem już pokoje na pierwszym piętrze.
- Czyli nie był pan jeszcze w królewskim? - upewniłam się.
- Nie. Tam zajrzę na koniec. To zresztą tylko formalność, przecież treserzy gołębia są poszkodowanymi, a nie sprawcami.
- Jest pan pewien? - zapytał Kuba.
- Na sto procent. Macie co do nich wątpliwości?
- Po prostu uważamy, że dopóki trwa śledztwo, nikogo nie można wykluczyć.
Opowiedzieliśmy Przypadkowi o swojej teorii. Nie wyglądał na przekonanego.
- To naciągane! - żachnął się i machnął ręką. - Mocno naciągane. I zero dowodów na poparcie. To nie przejdzie.
- Musimy zdobyć dowody - wypaliłam.
- Ale jak? - Kuba podrapał się po nosie.
- Mam pewien pomysł. Znowu potrzebujemy pani Julii.
- Ja wam mówię, że nie tędy droga - podsumował posterunkowy. - Ale skoro chcecie zaliczyć pierwszą wtopę, to nie będę wam przeszkadzał.
- Mam do pana prośbę - powiedziałam. - Da nam pan pół godziny, zanim wróci do przeszukiwania pokojów?
- Pewnie. - Przypadek rozsiadł się na ławce wśród malin. - I tak zamierzałem chwilkę odpocząć.
- Pół godziny - powtórzyłam i pognałam do recepcji.
Chłopaki oczywiście za mną.
Rozdział 18
Zziajani wpadliśmy do recepcji. Pani Julia spojrzała na nas, jakbyśmy chcieli zrobić napad.
- Co jest? - spytała, badawczo spoglądając to na mnie, to na Antka, to na Kubę.
- Mamy prośbę - odparłam.
- Znowu?
- A chce pani wyjaśnić sprawę kradzieży?
- Pewnie, że tak. Cały czas siedzę jak na szpilkach.
- No to musimy przejrzeć zapis z kamery na kontuarze i przeliczyć gości - wyjaśniłam.
- Nie rozumiem.
- Musimy sprawdzić, kto zszedł wczoraj do holu, gdy rozpętała się afera. Każdy z gości musiał przejść obok recepcji.
- Tak. Tylko do czego się to przyda? Przecież goście zeszli tutaj tuż po kradzieży.
- Po pierwszej kradzieży. Ale być może przed dwoma kolejnymi - wytłumaczyłam.
Pani Julia odszukała zapis z kamery z wczoraj i przesunęła film do odpowiedniej godziny. Natychmiast wlepiliśmy wzrok w monitor.
- O! Jest Wysokij. Teraz się zacznie - odezwał się Antek.
Za moment w holu pojawili się kolejni goście. Klaun Ponury, gimnastyczka Niemrawa, cała ekipa z pokoju numer trzy, dwóch magików w czerwonych garniturach.
- Niezły tłum. - Antek westchnął. - Ciężko będzie ich przeliczyć.
- Stop! Proszę zatrzymać! - poprosiłam panią Julię, gdy przy kontuarze pojawiła się mama. - Spróbujmy.
Każde z nas liczyło swoim systemem. I każde doliczyło się innej liczby gości.
- To się nie uda. - Kuba pokręcił głową.
- Kogo brakuje? - spytałam, spoglądając na panią Julię.
- Nie jestem pewna. Nie zdążyłam ich wszystkich zapamiętać. Na pewno nie ma gościa spod szóstki. Zwróciłam na niego uwagę, bo był okropnie wysoki i szczupły. Później dowiedziałam się, że to człowiek guma. Powiedział mi nawet, że umie związać się w supeł.
- Naprawdę? - Spojrzałam na nią spod grzywki.
- Tak twierdził, ale nie demonstrował. - Recepcjonistka się uśmiechnęła. - O, i nie ma tej drobniutkiej dziewczyny w wielkich, ciemnych okularach.
Znowu popatrzyłam na nią pytająco, więc wyjaśniła:
- Przyjechała do hotelu z mamą. Mieszkają w dziewiątce.
- Nie pamiętam jej - stwierdziłam.
- Nic dziwnego. Jest urocza i bardzo miła, ale raczej nieśmiała. Cały czas trzymała mamę za rękę. Jej mama jest woltyżerką. Ale dziewczyna chyba nie występuje w cyrku. W każdym razie nic mi o tym nie wiadomo. Popatrzcie - wskazała palcem kobietę na monitorze - to właśnie jej mama. Tutaj jest sama, bez córki.
Pani Julia jeszcze chwilę wpatrywała się w ekran laptopa, po czym rzekła:
- Bardziej nie mogę wam pomóc.
- Za to ja tak - szepnął Kuba. - Wiem, kogo na pewno tutaj brakuje.
Nasza hipoteza nabierała sensu. Byliśmy coraz bardziej przekonani, że odkryliśmy, kto stoi za kradzieżami. A jednak wciąż nie mogliśmy w to uwierzyć.
Znowu zadzwoniliśmy do posterunkowego i poprosiliśmy, żeby pojawił się w recepcji.
Rozdział 19
Długo musieliśmy przekonywać Przypadka do swojej racji. W końcu uległ.
- Tylko jak tego dowieść? - spytał zrezygnowany.
- Nie możemy liczyć na przypadek. Znaczy na łut szczęścia - poprawiłam się prędko. - Musimy urządzić zasadzkę. Wtedy wszystko będzie czarno na białym. Zgadza się pan?
- Co mi szkodzi. Nie mam lepszego pomysłu.
Aby nasza akcja mogła się powieść, musieliśmy wszystko dobrze zaplanować. Każdy detal. Tu rzeczywiście nie mogło być mowy o przypadku. Do tego plan zakładał działania kilkutorowe. Długo ustalaliśmy, kto za co odpowiada. Potrzebowaliśmy też przynęty.
- Czy to się nada? - spytała pani Julia, zsuwając z palca piękny złoty pierścionek.
- Och! - Trochę się obawiałam go przyjąć. - Jest pani pewna? A co, jeśli się mylę?
- Jeśli się mylisz, to pierścionek nie zniknie. A jeśli masz rację, to go odzyskam.
Rozsądne, pomyślałam.
Kiedy rozdzieliliśmy już zadania, można było odtrąbić początek misji.
Zadanie posterunkowego było proste. Miał się na powrót zająć przeszukiwaniem pokojów. Antek z Kubą zostali oddelegowani do ogrodu, by obserwować okna. Natomiast ja z laptopem pani Julii przeniosłam się do pomieszczenia sanitarnego, czyli małego pokoiku tuż za recepcją. Pierwsza część zadania należała do pani Julii. Zadzwoniła do pokoju królewskiego:
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale pani menadżer prosi, by panowie zeszli do recepcji. To zajmie chwileczkę. - Przez moment słuchała któregoś z treserów, aż wreszcie odparła: - Bardzo dziękuję.
Mamy oczywiście nie było na terenie hotelu. Miała przerwę obiadową i umówiła się z tatą. Ten punkt naszego planu był więc bezpieczny.
Kolejny telefon, tym razem do człowieka gumy, i ta sama prośba. Następnie pani Julia zostawiła pierścionek na kontuarze i - jak ustaliliśmy wcześniej - poszła do gabinetu mamy.
Za chwilę przy kontuarze pojawili się Wysokij i Tęgi. Widziałam ich na ekranie laptopa jak na dłoni. Od razu zauważyli pierścionek. Tęgi wziął go do ręki i spojrzał na niego pod światło. Wymienili między sobą kilka słów. Ach, jak żałowałam, że ich nie słyszę. Niestety miałam tylko niemy podgląd z kamery. I wtedy stało się coś, co obaliło moje przypuszczenia. Tęgi odłożył pierścionek na miejsce i oddalił się do windy. W jej drzwiach minął się z człowiekiem gumą.
Niemożliwe! Mój nos mnie zawiódł - myślałam gorączkowo - a plan spalił na panewce. Jak mogłam się tak pomylić? Teraz dopiero posterunkowy będzie się pysznił.
Wysokij został przy kontuarze. Za moment dołączył do niego człowiek guma. Usta tresera otwierały się, jakby mówił "halo". A kiedy nie dostał odpowiedzi, obaj panowie skierowali się do gabinetu, gdzie czekała na niego nasza wspólniczka. Zamknęłam laptop i ruszyłam za nimi. W pewnej, rzecz jasna, odległości. Jednak już bez większego entuzjazmu. Wiedziałam, że cała akcja poszła na marne.
- O, są panowie - ucieszyła się teatralnie pani Julia. - A gdzie pan Tęgi?
- Jakub źle się czuje, więc Kleofas wrócił do pokoju. Nie możemy zostawiać go zbyt długo bez opieki.
- Co się stało?
- Nic takiego. Prawdopodobnie brakuje mu ruchu.
- A, rozumiem. To rzeczywiście musi być uciążliwe dla ptaka, takie trzymanie w klatce. A nie mogą go panowie wypuścić w ogrodzie?
- Raczej nie. Po powrocie do domu nadrobi i wszystko będzie jak dawniej. Ale nie widzę pani menadżer... - Wysokij zawiesił głos i rozejrzał się po gabinecie.
- Niestety musiała wyjść. Kazała panów bardzo przeprosić.
- W porządku. To o co chodziło? - Człowiek guma podrapał się po plecach.
- Właściwie o drobnostkę. Chciała panów poinformować, że policja prowadzi czynności w związku z kradzieżami.
- I?
- I właśnie teraz w hotelu jest posterunkowy Przypadek, który przeszukuje pokoje wszystkich gości.
- Nie ma sprawy - odezwał się człowiek guma. - Nie mam nic do ukrycia.
- Oczywiście. - Recepcjonistka uśmiechnęła się, po czym przeniosła wzrok na Edgara. - Na pewno zajrzy również do panów.
- Do nas? A po co? Przecież...
- Proszę się nie denerwować - weszła mu w słowo. - To tylko rutynowe czynności.
Usłyszałam kroki, więc szybko wycofałam się do recepcji. A tam... nie uwierzycie...
- Nie, to niemożliwe! Jak to się mogło stać?! Kiedy?! - krzyknęłam.
- O co chodzi? - spytała pani Julia, która wraz z Edgarem i człowiekiem gumą pojawiła się za moimi plecami.
- Pierścionek... - wybąkałam. - Zniknął. Był tu, a teraz go nie ma.
- Widziałem go - odezwał się człowiek guma. - Leżał na ladzie.
- Tak. Ja też go widziałem. Oj, znam ten ból - powiedział ze współczuciem Wysokij. - Tak mi przykro.
- Ale to nie ma sensu - mówiłam bardziej do siebie niż do nich.
- To niezbyt rozsądne zostawiać biżuterię w takim miejscu. Zwłaszcza że gdzieś tutaj czai się złodziej - zganił mnie człowiek guma.
- Tak, wiem, zostawiłam go, bo... - Ugryzłam się w język. Niewiele brakowało, a z nerwów powiedziałabym trochę za dużo.
- Posterunkowy przeszukuje pokoje, więc to tylko kwestia czasu. Jeszcze dziś odzyskasz pierścionek. - Pani Julia wygłosiła umówioną kwestię, zupełnie nieświadoma, że wszystko poszło nie tak, jak zakładaliśmy.
I że nasz hotelowy złodziej nadal pozostaje tajemnicą.
Rozdział 20
Gdy panowie odjechali windą do swoich pokojów, wyjaśniłam pani Julii, co się wydarzyło.
- To nie treserzy. Nie oni - gorączkowałam się.
Najbardziej przejmowałam się tym, że recepcjonistka mi zaufała i powierzyła swój pierścionek.
- Nie przejmuj się. W końcu to rozwikłacie. - Starała się mnie pocieszyć.
- Ale pani pierścionek przepadł.
- Nim też się nie przejmuj. Był niewiele wart. Parę złotych. To tylko błyskotka z tombaku. Złodziej zobaczył, co chciał zobaczyć.
- Naprawdę? - zdziwiłam się.
- Słowo harcerki. I nawet się cieszę, że dał się nabrać. Będzie miał nietęgą minę, gdy zechce go sprzedać.
- Ale to nie zmienia faktu, że nadal nic nie wiemy.
- Kamera! - wykrzyknęłyśmy równocześnie.
W tej samej chwili do holu wpadli Antek i Kuba.
- Mamy ptaszka!
- Co? - spytałam nieprzytomnie.
- Mamy ptaszka - powtórzył Antek.
- Przed chwilą gołąb wyleciał z okna - zaczął opowiadać Kuba. - Pod brzuchem miał przywiązany jakiś pakunek. Taką małą sakiewkę.
- Ale to nie oni - odparłam. - Żaden z nich nie zabrał pierścionka.
- Więc co takiego transportował mistrz gołębi pocztowych? - spytał Kuba.
- I dokąd? - dodał Antek.
To się robi coraz dziwniejsze, pomyślałam. Jeszcze pół godziny temu dałabym sobie rękę uciąć, że to treserzy stoją za kradzieżami. Dlaczego? To proste. Swoją kradzież zgłosili dla podpuchy. Bardzo sprytne zagranie. Sami na wstępie wykluczyli się z kręgu podejrzanych. Potem, kiedy Wysokij zrobił raban, w holu brakowało Tęgiego. Miał czas i sposobność. Mógł swobodnie splądrować pokoje innych gości, podczas gdy oni przyglądali się awanturze. A Jakub, który ponoć nie opuszczał klatki, regularnie latał między hotelem a punktem odbioru błyskotek. Niezły kurier. Kto podejrzewałby gołębia? Wszystko do siebie pasowało, aż do teraz.
Niestety, w jednym momencie moja hipoteza rozpadła się jak domek z kart.
Opowiedziałam chłopakom o pierścionku recepcjonistki.
- W takim razie sprawdźmy, kto po treserach i człowieku gumie pojawił się w holu - zdecydował Kuba.
- Właśnie miałyśmy to zrobić - odezwała się pani Julia, stawiając na kontuarze laptop.
Prawie nie oddychałam, kiedy włączała nagranie. Czułam, że zaraz będziemy mieli winnego na tacy.
Drzwi do windy się otworzyły, ale trochę trwało, zanim zobaczyliśmy przybysza. A właściwie przybyszkę, bo z windy wysiadła dziewczyna w ciemnych okularach.
- To ta spod dziewiątki! - zawołała pani Julia. - Co ona robi?
Dziewczyna posuwała się bardzo wolno i ostrożnie. Jedną ręką przytrzymywała się ściany, a drugą machała kolorowym wachlarzem.
- Wygląda, jakby źle się czuła - bąknęłam.
Dziewczyna podchodziła do lady, wciąż przesuwając dłonią po ścianie. Nagle jej wachlarz zaczął się szybko zbliżać do obiektywu kamery. Był bliżej i bliżej. Wreszcie zasłonił cały widok i ekran zmienił się w jedną szarą plamę.
Pani Julia pierwsza zorientowała się w temacie. Spojrzała w miejsce, gdzie znajdował się obiektyw. My podążyliśmy za jej wzrokiem.
- No nie! - wrzasnęłam, kiedy odkryliśmy, że wachlarz nadal tam leży.
W tym całym ferworze żadne z nas nie zauważyło go wcześniej.
- To by było na tyle - skwitował Antek.
- Co teraz? - westchnęła recepcjonistka.
Wzięłam wachlarz do ręki i machnęłam nim jak tancerka flamenco.
- Teraz odwiedzimy panie spod dziewiątki - odparłam.
Rozdział 21
Myślisz, że ta dziewczyna za tym stoi? - spytał mnie Kuba, gdy weszliśmy do windy.
- Wątpię. Ale mogła coś zobaczyć. Kogoś.
Rzeczywiście tak myślałam. Dziewczyna sprawiała wrażenie mocno nieporadnej. Ktoś taki średnio nadaje się na złodzieja. Chociaż, jak już mówiłam wcześniej, póki trwa dochodzenie, nikogo nie można wykluczyć. Niemniej naprawdę wątpiłam w winę tej konkretnej osoby.
Drzwi otworzyła nam mama dziewczyny, którą bezbłędnie rozpoznaliśmy z nagrania.
- O! - Wyraźnie ucieszyła się na widok wachlarza. - To wachlarz Ninki. Skąd go macie?
- Z recepcji - odparłam.
- Ninka, schodziłaś do recepcji? - Kobieta odwróciła się w stronę pokoju.
- Tak, mamo - odezwał się głos z pomieszczenia.
Za chwilę obok mamy pokazała się dziewczyna. Na nosie nadal miała duże, czarne okulary.
- Ale po co? - spytała kobieta.
- Szukałam cię.
- A, tak. Widzicie, zostawiłam ją na chwilę i poszłam do pani Niemrawej - wytłumaczyła, po czym zwróciła się do córki: - Ale dlaczego nic nie powiedziałaś?
- Bo nie było o czym. Zjechałam windą, a potem wjechałam z powrotem. I już.
- A wachlarz?
- Upadł mi i nie mogłam go znaleźć.
- Przecież leżał na kontuarze - zauważyłam.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Czy oprócz ciebie w holu był ktoś jeszcze? - spytałam, patrząc jej w oczy, a raczej w okulary. - Widziałaś kogoś? Mijałaś?
- Nie - odburknęła i schowała się za drzwiami.
- Przepraszam was - szepnęła jej mama, niemal wypychając nas z progu na korytarz. - Ninka nic nie widziała. Z całą pewnością.
- Ale skąd... - zaczęłam, lecz nie skończyłam.
- Bo Ninka jest niewidoma. - Kobieta weszła mi w słowo.
Na moment zaniemówiłam. Zrobiło mi się strasznie głupio. Teraz zrozumiałam, dlaczego nie znalazła swojego wachlarza.
- Tak mi przykro - powiedziałam niemal bezgłośnie.
- Niepotrzebnie. - Kobieta pokręciła głową. - A teraz wybaczcie.
Drzwi trzasnęły z impetem tuż przed naszymi twarzami.
Byłam zła na siebie, że się nie zorientowałam. Te ciemne okulary powinny dać mi do myślenia. I to, jak dziewczyna kurczowo trzymała się ściany. Ale poległam. I teraz czułam się podle. A na domiar złego nasza ostatnia szansa na zdemaskowanie złodzieja zniknęła za wachlarzem. Czy to nie tragedia?
Siedzieliśmy w ogrodzie i pogrążyliśmy się w myślach. Byłam przekonana, że każde z nas zastanawiało się nad tym samym. Każde na swój sposób przerabiało porażkę. Nasza zasadzka nie wypaliła. Drużyna PAKA nie dała rady złodziejowi. Ponieśliśmy sromotną klęskę.
Ale ja nie zamierzałam się poddać. Co to, to nie. Jeszcze raz rozważyłam wszystko, do czego doszliśmy. Ponownie zaczęłam układać w głowie puzzle, by pojawiła się cała układanka. Po jakimś czasie dołączył do nas posterunkowy.
- Koniec na dziś - zameldował. - Wracam na posterunek.
Nie było najmniejszego sensu, by dalej kręcił się po hotelu. Nie mieliśmy żadnego punktu zaczepienia.
- Gołąb! Wraca gołąb! - zakrzyknął na to Antek. - Niech pan spojrzy na jego brzuch.
Posterunkowy przejął lornetkę i wymierzył nią w ptaka.
- A mówili, że śpi - wymamrotał pod nosem.
- Kto? - pociągnęłam go za język.
- Wpadłem przed chwilą do treserów. Klatka była zakryta jakimś pledem. Powiedzieli, że gołąb śpi w środku. I żeby mu nie przeszkadzać.
- Cwaniaki - syknęłam przez zęby.
Dobrze, że Jakub trochę kołował, zanim usiadł na parapecie. Przypadek miał szansę dobrze mu się przyjrzeć.
- Rzeczywiście ma coś przytroczone pod brzuchem. Tylko co nam to daje?
- Mówię panu, że to gołąb wynosi biżuterię i dokądś ją transportuje. - Znowu się zapaliłam.
- Ale treserzy nie wzięli pierścionka pani Julii - odparł posterunkowy.
- Czyżby?
W mojej głowie ostatni kawałeczek puzzli, który nigdzie nie pasował, właśnie wskoczył na swoje miejsce. Tym samym wszystko się ułożyło.
- Mam plan! - zawołałam.
- Znowu? - Posterunkowy trochę się krzywił.
- Mhm! Plan idealny.
Rozdział 22
Plan był prosty jak budowa cepa. Należało wykurzyć kreta z kryjówki. Jedynym sposobem była kolejna prowokacja. Tym razem musiało się udać. Po prostu musiało!
Znowu trzeba było poprosić panią Julię o pomoc.
- Rekwiruję pani auto! - Przypadek kompletnie nie umiał współpracować. Po takim tekście nic, tylko siąść i płakać.
- Panie posterunkowy! - Zgromiłam go, po czym wytłumaczyłam recepcjonistce, o co chodzi: - Potrzebujemy pani samochodu, bo radiowóz za bardzo rzuca się w oczy.
Wyłuszczyłam jej swój plan, a ona od razu wręczyła mi kluczyki.
- Ale właściwie dlaczego nie mogę aresztować złodzieja pod hotelem? - dociekał jeszcze Przypadek. - Po co mam się za nim wlec przez miasto?
- Bo potrzebujemy dowodów. Biżuterii nie ma w hotelu. Sam pan to sprawdzał. A zatem jest w innym miejscu, do którego, przy dobrych wiatrach, złodziej sam nas zaprowadzi.
- No tak, masz rację, Polu.
Posterunkowy oddalił się na parking, chłopaki przyczaiły się w ogrodzie, a ja, zaopatrzona w ręczniki, ruszyłam do windy.
Drzwi otworzył mi, jak zwykle, Wysokij.
- Przyniosłam czyste ręczniki - oznajmiłam.
- Dziękuję. - Uśmiechnął się przyjaźnie, co w ogóle do niego nie pasowało.
- Słyszał już pan nowinę? Jest duża szansa, że odzyska pan pierścień.
- Tak? - Edgar połknął haczyk.
- Posterunkowy rozwiązał zagadkę. Przynajmniej tak twierdzi. Niestety, nie chce zdradzić szczegółów. W tej chwili dzwoni z recepcji po posiłki. Za pół godziny w hotelu zaroi się od policji.
- Dziękuję! - powtórzył pospiesznie treser i zniknął za drzwiami.
Widziałam to w jego oczach - strach. Byłam pewna, że trafiłam w dychę. Tylko czy umiałam przewidzieć ruchy złodzieja? Generalnie miał dwa wyjścia - grzecznie czekać na policję albo uciekać. Liczyłam na to drugie.
I się nie pomyliłam. Ledwie zdążyłam dołączyć do chłopaków schowanych za drzewami, a z okna na najwyższym piętrze ktoś spuścił linę. Nie taką zwykłą, tylko bardzo grubą, z mnóstwem supłów.
- I tu cię mamy - szepnął Antek i natychmiast uruchomił kamerę w telefonie.
Pierwszy z okna wyfrunął Jakub. Za nim wynurzył się Edgar Wysokij i sprawnie zsunął się po linie na trawnik. Nawet nie przeszkodziła mu w tym klatka, którą trzymał w ręku. W następnej kolejności poleciały w dół torby. Dużo toreb. Po nich... i tu przeżyłam prawdziwy szok... Ninka. Tym razem bez okularów i wachlarza. Zsunęła się po supłach jak gwiazda cyrkowej areny. Po niej jej mama, czy kimkolwiek była druga pani spod dziewiątki. A na końcu Kleofas Tęgi we własnej osobie. Cała czwórka pospiesznie zebrała pakunki z trawnika i ruszyła w stronę parkingu.
My na szczęście znaliśmy skróty, więc do auta recepcjonistki dotarliśmy przed nimi.
- Bingo! - zawołałam, gramoląc się na siedzenie obok posterunkowego.
Antek i Kuba usiedli z tyłu.
I jak to mówią, po sznurku do kłębka. Czy jakoś tak. Złodzieje zaprowadzili nas prościutko do dziupli. A tak naprawdę to do domu pani Janki. Tej samej pani Janki, która od pewnego czasu sprząta pokoje w hotelu mamy. I która tuż przed przyjazdem cyrkowców zaniemogła na zdrowiu. Przypadek?
Za chwilę wszystko się wyjaśni, pomyślałam.
Rozdział 23
Tym razem posterunkowy rzeczywiście wezwał posiłki. Na miejsce przyjechał sam komendant i wspólnie z Przypadkiem aresztowali całą piątkę. Oczywiście w domu pani Janki znalazły się wszystkie fanty skradzione w hotelu i jeszcze kilka bonusowych. Jednak posterunkowy wcale z bonusu się nie ucieszył, bo - jak powiedział - taki dodatek generuje dodatkową pracę.
- Trzeba będzie znaleźć właścicieli błyskotek - wyjaśnił i westchnął.
Był za to bardzo zadowolony z przesłuchania. Już na wstępie dowiedział się, że Nina, która - jak się pewnie domyślacie - wcale nie była niewidoma, nie była też córką drugiej pani spod dziewiątki. Tak naprawdę to nawet nie była dziewczyną. Nina była bardzo dorosłą kobietą, do tego żoną Kleofasa Tęgiego. A druga pani - przyrodnią siostrą Edgara Wysokija. Szajka działała od lat. Kradzieży zwykle dokonywała Nina, bo udając kalekę, zawsze była poza podejrzeniem. I zawsze udawało im się wystrychnąć policję na dudka. Aż do dziś.
A wszystko przez zwykły pierścionek z tombaku, któremu nie potrafili się oprzeć. Tęgi, owszem, był bardzo spostrzegawczy, zauważył obiektyw kamery przy kontuarze, ale był też chciwy. Wymyślili z Niną numer z wachlarzem i liczyli, że im się upiecze.
A jak w tym wszystkim znalazła się pani Janka? To też niestety nie był przypadek. Pani Janka była mózgiem całej operacji. Zatrudniała się w hotelach, które szajka zamierzała okraść, i przygotowywała grunt. Sprawdzała pokoje. Układała plan. Właśnie dlatego treserzy zarezerwowali pokój królewski. Tylko w nim znajdowało się na tyle ciężkie łóżko, by można było do niego uwiązać sznur, za pomocą którego szajka, prędzej czy później, zamierzała się ulotnić.
Najbardziej żal było mi Jakuba. Gołąb zupełnie nie zawinił. Robił tylko to, czego go nauczono i do czego stworzyła go natura. Na szczęście trafił w dobre ręce, do prawdziwego hodowcy, gdzie czekała go przyjemna emerytura.
Byliśmy z siebie bardzo dumni. Nie przeszkadzał nam nawet fakt, że posterunkowy ostatecznie przypisał sobie cały zaszczyt. Z takim przejęciem opowiadał, jak rozpracował szajkę, że postanowiliśmy nie ubiegać się o honory. Tylko pani Julia szepnęła mamie, jak to wyglądało naprawdę, więc zarobiliśmy w podzięce ogromną porcję lodów.
A ja nauczyłam się czegoś bardzo ważnego. Mianowicie, że dobry detektyw zawsze musi ufać swojemu przeczuciu, wierzyć w swoje możliwości i nigdy nie może się poddawać.