Rozdział 1
Nazywam się Pola Zgadula, ale zapewne już to
wiecie. Pewnie znacie też moją Agencję Detektywistyczną PAKA. A właściwie nie moją, tylko naszą. Czemu PAKA, również wiecie - to
pierwsze litery imion wszystkich członków agencji: P jak Pola, A jak
Antek, mój brat bliźniak, K jak Kuba, nasz najlepszy kumpel, i A jak As,
nasz czworonożny przyjaciel. Nasze biuro detektywistyczne działa od
ponad roku. Dokładnie 17 marca, tuż przed pierwszym dniem wiosny, nad
drzwiami bazy na drzewie zawisła tabliczka oznajmująca, że pod tym
adresem każda sprawa znajdzie rozwiązanie. Od tej pory niemal wszystkie
wolne chwile spędzamy na rozwikływaniu zagadek, które spędzają sen z powiek nie tylko mieszkańcom naszego miasteczka, ale głównie miejscowej
policji. I dlatego też działamy wspólnie i w porozumieniu z lokalnym
stróżem prawa, posterunkowym Przypadkiem.
Zupełnie przypadkiem nasza pierwsza sprawa dotyczyła kradzieży w hotelu,
w którym pracuje moja mama. Ale tę historię też pewnie już znacie. Nie
powiem, łatwo nie było. Jednak PAKA stanęła na wysokości zadania, a złodzieje trafili tam, gdzie ich miejsce.
Tym razem czekało nas coś równie trudnego. A może nawet trudniejszego?
Ale od początku...
Afera wybuchła mniej więcej miesiąc przed końcem roku szkolnego. Wszyscy
żyliśmy już wakacjami. Trudno o nich nie myśleć, gdy za oknem maj, a człowiek siedzi zamknięty w klasie jak w akwarium. Temperatura na
zewnątrz dochodziła do trzydziestu stopni Celsjusza w cieniu. Jakoś nie
mogliśmy się skupić na czytankach i tabliczce mnożenia. W każdym razie
ja nie mogłam, choć akurat matematyka jest moją mocną stroną. Wolałabym
być gdziekolwiek indziej, tylko nie w szkole. Na przykład nad jeziorem
albo w domku na drzewie. No ale rok szkolny trwał w najlepsze i trzeba
było wytrwać.
- Mamy robotę - powiedział Kuba, gramoląc się na parapet, który był
miejscem naszych zbiórek w czasie przerw między lekcjami.
- Serio? - spytałam od niechcenia, przerzucając kartki w podręczniku od
polskiego.
To nie tak, że nie interesowało mnie, co kumpel mówi, ale za chwilę
czekał mnie sprawdzian. Niby nic trudnego, ale te czasowniki,
przymiotniki i rzeczowniki ciągle mi się kićkają.
- I to duuużą. - Kuba rozciągnął samogłoski, jakby na moment się
przyciął.
- Ehe! - odparłam, wciąż wertując podręcznik.
- Ale widzę, że jesteś zajęta.
Zatrzasnęłam książkę z hukiem, zdając sobie sprawę, że i tak już niczego
więcej się nie nauczę.
- Mówiłeś coś? - spytałam.
- Pola! - Kuba spojrzał na mnie z politowaniem. - Pół godziny się
produkuję.
- Żartuję - zaśmiałam się. - Dobry detektyw ma podzielną uwagę.
- Dobry... tak - odparł zadziornie.
- O, ty! - Klepnęłam go w ramię.
Tymczasem dołączył do nas mój bliźniak. Rozsiadł się na "naszym
parapecie" i wyciągnął z plecaka jabłko.
- No to mów - pociągnęłam Kubę za język. - Co to za sprawa?
- Kradzież. A nawet seria kradzieży.
- Że co?
- A to, że w szkole ktoś kradnie.
- W sumie, tak precyzyjniej mówiąc - wtrącił Antek, gryząc jabłko - to
mamy złodzieja w klasie.
- W naszej klasie?! - zdziwiłam się.
Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego może dotyczyć ludzi, z którymi
przebywam codziennie po kilka godzin. Przecież znam ich od zerówki.
- Nie - dodałam stanowczo. - To niemożliwe.
- A jednak wszystko na to wskazuje. - Antek westchnął.
Potem chłopcy opowiedzieli mi historię, która mogłaby posłużyć za fabułę
książki. Do kradzieży dochodziło przed wuefem w chłopięcej szatni, do
której dziewczyny nie mają wstępu. A jako że ostatnio chłopcy zamiast z panią Stękałą ćwiczą głównie z trenerem, bo szykują się do zawodów
międzyszkolnych - ja o niczym nie wiedziałam. W innej sytuacji na pewno
wieść o kradzieżach by mnie nie ominęła.
- Nikt się niczego nie domyślał, bo złodziej był sprytny. No i do dziś
zadowalał się drobnicą - opisywał Kuba.
- Nawet nie to, że się nie domyśliliśmy. Po prostu trudno było połączyć
fakty - dopowiedział Antek.
- W rzeczy samej! - zgodził się Kuba.
- Nic z tego nie rozumiem. Możecie jakoś jaśniej? Albo po kolei?
- Najpierw kilka dni temu Staszkowi zawieruszył się długopis, który
zostawił na ławce - zaczął tłumaczyć Antek. - Potem Jankowi zginął
breloczek od plecaka. Nie mówili o tym, nie zgłaszali, bo to fanty małej
wartości. No i myśleli, że rzeczywiście je zgubili.
- Może tak było? - zastanawiałam się na głos.
- Może. Ale zginęły też inne rzeczy. Frankowi metalowa zapinka z czapki,
Wojtkowi nożyczki, a Michałowi bidon.
- Hmm... - To naprawdę zaczynało mi wyglądać podejrzanie.
- I nikt, absolutnie nikt nie połączyłby tego w jedno, gdyby nie to, że
dziś Julkowi zginął zegarek - dodał Kuba.
- O! Teraz robi się poważniej - zauważyłam prędko.
- Właśnie! Uważam więc, że to zadanie dla PAKI. Jeszcze nie wiem, jak
możemy to ugryźć. - Kuba podrapał się po nosie. Zawsze tak robi, gdy nad
czymś intensywnie myśli. - Ale na pewno coś wymyślimy.
Naszą rozmowę zakończył dzwonek, który bezlitośnie oznajmił koniec
przerwy. I, co gorsze, przypomniał mi o sprawdzianie z polskiego.
Zeskoczyłam z parapetu i ruszyłam jak na ścięcie w stronę sali.
- Zapomniałaś! - Kuba mnie dogonił i wręczył mi podręcznik.
- Umiesz coś? - spytałam, pakując książkę pod pachę.
- Z czego? - zdziwił się.
- No, z polskiego?
- Z powodu? - zdziwił się jeszcze bardziej.
- Mamy klasówkę z części mowy.
- Nie do wiary - zaśmiał się. - Pani "dobry detektyw" pomieszała
terminy.
- Co? Nie kumam. - Teraz ja popatrzyłam na niego szeroko otwartymi
oczyma.
- Dziś mamy powtórkę materiału, a sprawdzian dopiero w piątek -
wyjaśnił.
- Serio?!
- Najserio - odparł.
Ufff! W życiu nie czułam się lepiej. Przyznam, że czasem zdarza mi się
coś pokręcić, w tym daty. I zwykle źle na tym wychodzę. Ale tym razem
wyjątkowo mi się upiekło. Pewnie pierwszy raz w życiu ucieszyło mnie
moje gapiostwo.
Rozdział 2
Na polskim zamiast o przymiotnikach myślałam o złodzieju. Rozglądałam się po klasie i zgadywałam - kto może się kryć za
kradzieżami. Było dla mnie oczywiste, że musiał to być jeden z chłopaków. Dziewczyny miały wuef oddzielnie i szatnię z drugiej strony
korytarza. No i raczej trudno byłoby im wejść niezauważonym do szatni
chłopaków. Nie. To musiał być chłopak.
W klasie mamy ich trzynastu. Jak z tego grona wytypować winnego?
Najlepiej drogą eliminacji. Antek i Kuba byli poza podejrzeniem.
Wiadomo. Za ich uczciwość mogę ręczyć własnym życiem. A zatem zostało
jedenastu. Z listy można też wykreślić wszystkich, którym coś zginęło -
Staszka, Janka, Franka, Wojtka, Michała oraz Julka. Jedenaście minus
sześć daje nam pięć. Piątkę teoretycznie podejrzanych. Piątkę, za którą
jeszcze pół godziny temu dałabym sobie obciąć rękę.
Przyglądałam się im kolejno. Za żadne skarby świata nie potrafiłabym
wybrać. Nikt nie pasował do profilu złodziejaszka. Niemniej jeden z nich
był winny. Nie ma innej możliwości. A może jest?
- Podejrzewacie kogoś? - spytałam chłopaków, gdy wracaliśmy ze szkoły do
domu.
- Ja nie zamierzam strzelać - odparł Antek. - Każdy jest niewinny,
dopóki nie udowodni mu się winy.
- No, wiem, wiem - potaknęłam. - Ale od czegoś musimy zacząć.
- Może pogadamy z posterunkowym Przypadkiem? - zaproponował Kuba, znowu
pocierając czubek nosa.
- Po co? - zdziwił się Antek.
- Podpytamy, jak on zabrałby się do takiego śledztwa. Bądź co bądź to
delikatna sprawa. A poza tym może poznał jakieś nowe triki w temacie
łapania złodziei?
- Dobra myśl - pochwaliłam Kubę. - W końcu to fachowiec.
- Ja bym nie przesadzał z tym fachowcem. - Antek zachichotał. - Ale
macie rację, nie zawadzi zasięgnąć języka.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze tego samego dnia zamiast do
bazy na drzewie ruszyliśmy na posterunek policji.
- O! Kogóż moje piękne oczy widzą! - wykrzyknął Przypadek, gdy
stanęliśmy w drzwiach. - Moja tajna komórka we własnych osobach.
- Dzień dobry, panie posterunkowy! - zawołaliśmy chórem.
- Wchodźcie, wchodźcie. Co was do mnie sprowadza?
- Hmm... - Antek przejął pałeczkę. - Mamy kilka pytań z teorii.
- Tak?
- A kogo mamy spytać, jak nie samego szeryfa?
Antek wiedział, jak urobić Przypadka. Posterunkowy był łasy na
pochlebstwa jak królik na marchewkę. A już szczególnie uwielbiał, gdy
nazywano go szeryfem.
- Pewnie, pewnie! Wiadomo! Pytajcie, dzieciaki. Co tam się wam urodziło?
- Wyobraźmy sobie, czysto hipotetycznie - włączył się Kuba - że po
mieście grasuje złodziej.
- Gdzie? - Posterunkowy położył dłoń na kaburze pistoletu.
- Hipotetycznie - powtórzył Kuba.
- A, no tak. - Przypadek podrapał się po głowie. - No jasne, że tak.
Zatem grasuje i co dalej?
- Kradnie, rzecz jasna - kontynuował Kuba.
- Wiadomo, bo to złodziej. - Przypadek rozłożył dłonie i zrobił minę,
jakby rozwiązał najtrudniejsze zadanie z Kangura Matematycznego. - Co
mógłby innego robić?
- Pytanie: co pan by zrobił? - Spróbowałam go sprowadzić na właściwe
tory.
- Jak to co? Złapałbym i wsadził do aresztu, łotra jednego.
- Ale jak by pan go złapał? - dopytywałam.
- Za frak! - Posterunkowy głośno zarechotał.
Antek z Kubą wymownie westchnęli. Chyba tracili cierpliwość. Musiałam
interweniować, zanim palnęliby coś, czym zniechęciliby Przypadka.
- Panie posterunkowy, bardziej chodzi nam o to, jak pan doszedłby do
wykrycia sprawcy. Tak po kolei. W punktach.
- Och! To... to... to trudne pytanie. - Policjant rozsiadł się wygodniej na
krześle. - Będziecie notować?
Spojrzałam błagalnie na moich wspólników. Naprawdę się bałam, że mają
dość. A oni w odpowiedzi łypnęli tylko, jakby chcieli mi powiedzieć:
"zrób coś, bo wyjdziemy z siebie".
- Nie musimy. - Wyjęłam na biurko telefon. - Nagramy wszystko na
dyktafon.
- Bardzo chwalebny pomysł! Bardzo! - Przypadek się ucieszył. - Wtedy
zawsze będziecie mogli sobie do tego wrócić albo ewentualnie wykuć na
blachę.
- No więc...? - próbowałam go ponaglić.
- Jest kradzież, dajmy na to... yyy... w sklepie. Rozumiecie?
Zgodnie kiwnęliśmy głowami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki