Słońce leniwie wznosiło się nad horyzontem. Dzień był bezwietrzny i dość ciepły, nie wystarczająco jednak, by uwierzyć,
że wiosna jest tuż-tuż. Dopiero gdy ujrzała pierwsze pąki
magnolii, Milena uśmiechnęła się do siebie. Był to bardzo
przyjemny widok, odsłaniała bowiem przy tym równe białe
zęby, a w lewym policzku robił się jej mały dołek. Milena
była atrakcyjną dziewczyną. Może nie piękną, ale z pewnością ściągała męskie spojrzenia. I to pomimo dość banalnego
stroju - obcisłych dżinsów, czarnych pantofelków na niewysokim obcasie i sztruksowej marynarki wychylającej się
spod skórzanej kurtki.
Redakcja "Wiadomości" mieściła się w centrum miasta,
w mocno podniszczonym budynku przedwojennej willi. Jedyną jego ozdobą, oprócz wątpliwej urody neonu, była właśnie rosnąca w pobliżu ogromna magnolia. Milena obdarzyła
ją ciepłym spojrzeniem i pchnęła ciężkie drzwi, przepuszczając jakąś rozemocjonowaną staruszkę.
W holu zwolniła automatycznie. Wisiało tam wielkie
lustro, w którym odbijała się zgrabna dziewczyna o ładnie
wykrojonych ustach i niebieskich, dużych oczach. Przeczesała palcami włosy - miały naturalny, bardzo jasny odcień
i lekko wiły się na ramionach - szybkim ruchem zwinęła je
w dłoni i spięła w luźny kok.
- Piękny dzień - zauważyła recepcjonistka, wyłaniając
się zza kontuaru ze sporą stertą korespondencji.
- Piękny, pani Wandziu - zgodziła się Milena i ruszyła
do newsroomu.
Praca w lokalnej gazecie nigdy nie była szczytem jej marzeń, ale wierzyła, że to niezły początek kariery. Dobre
tematy zdarzały się tu rzadko, te warte opisania, jeszcze
rzadziej, ale się zdarzały. Właściwie byłaby zupełnie zadowolona, gdyby nie kilka osób z redakcji. Na przykład Jacek.
Był przystojny, rzutki i dociekliwy. Miał tylko jeden defekt:
uwielbiał taplać się w cudzych nieszczęściach. Był jak krążący nad ciałem sęp, gotowy wyrwać z delikwenta ostatnie
tchnienie i przerobić je na gorący news.
Na początku, kiedy jeszcze go podziwiała, zadała mu niedyskretne pytanie:
- Jacek, czy tobie to nie przeszkadza? No wiesz, te wszystkie flaki, krew...?
Właśnie wrócił z totalnej masakry - tir zmiażdżył dwa
auta osobowe - a on z błyskiem w oku trzaskał notatkę.
Oderwał się na chwilę od klawiatury, obciął ją wzrokiem,
a jego usta rozjechały się w szerokim uśmiechu.
- Skarbie - odparł, sięgając po kubek kawy - właśnie dla
takich chwil żyję.
Milena lekko zdębiała. Była jeszcze zielona, to prawda.
Co ona mogła wiedzieć o dziennikarstwie? Przecież taki materiał pójdzie w przedbiegach, ale... No właśnie.
Od tamtej chwili patrzyła na niego z dystansem i zwolniła tempo pracy. Ilekroć na horyzoncie pojawiał się "rewelacyjny", mocny temat okazywała dziwną powściągliwość,
którą ochoczo wykorzystywali koledzy i koleżanki po fachu. Tym sposobem niezmiennie tkwiła na dole hierarchii
"wartościowych reporterów" i żeby związać jakoś koniec
z końcem, zadowalała się ogonami, jak ten ostatni, o robotach drogowych.
- Hej, mówi się! - huknęło jej nad głową. Uniosła wzrok.
Stała nad nią Monika, kierowniczka miejskiego działu informacji, chuda i wiecznie skrzywiona. Nos sterczał z jej twarzy
jak dziób. - Bierzesz ten temat czy nie?
- Tak, okej, biorę - potwierdziła po trzykroć i sięgnęła
po torebkę. - Już się umówiłam z takim jednym na popołudnie. Kierownik robót, czy coś takiego, nie pamiętam.
- Dokumentacja przede wszystkim, szczawiku. - Monika spojrzała surowo, jakby nikt poza nią nie znał podstaw
pracy reportera, i już jej nie było.
Milena wzniosła oczy ku niebu i zacisnęła zęby. Co za
wredne babsko! Zawsze wbije jakąś szpilę. Kto by pamiętał te wszystkie nazwiska i funkcje, kiedy temat żyje czasem
kilka godzin? Od tego jest notes. Niezbędnik reportera.
* * *
Rondo przy placu Giedroycia tętniło życiem przez znaczną
część doby. Przecinały je torowiska, tuż obok była pętla autobusowa, nieco dalej - ciąg sklepów i spore targowisko. Perspektywa położenia pod tym węzłem komunikacyjnym nowej instalacji zmroziła okolicznych mieszkańców. A jednak,
mimo prowadzonych tu prac, ruch przebiegał niemal bez zakłóceń. Tylko na trawniku, pod ścianą starej kamienicy, stanął barakowóz, niewielki spłachetek ziemi został ogrodzony
żółtą taśmą. Jedyną niedogodnością był wszechobecny hałas
i niemiłosierne drgania generowane przez świder.
Milena czuła każdą komórkę swego ciała, każdy włosek,
ząb, nawet plombę. Idący obok niej mężczyzna w eleganckim
garniturze - inżynier Kownacki, jeśli dobrze zapisała - zdawał się nie odczuwać wibracji. Spokojnie podszedł do skraju
wykopu i starannie poprawił na głowie nowiutki żółty kask
z firmowym znakiem. Logo było bardzo wyraźne i musiało
wyjść w druku, gdyby został sfotografowany.
- Tu właśnie pracuje nasze cudo - wychrypiał niemal
z czułością, a jego palec wystrzelił w stronę dziury.
- I co w nim takiego niezwykłego? - zawołała, przekrzykując huk.
- Jest bardzo drogi. - Uśmiechnął się z wyższością. -
Milion euro coś pani mówi?
- I? Coś poza tym?
- Jak to kobiecie wytłumaczyć... - Wzruszył bezradnie
ramionami, jakby brak chromosomu Y wiązał się z jakimś
upośledzeniem umysłowym.
Milena momentalnie zesztywniała. Nie cierpiała szowinistów. Uważali ją za blond idiotkę z ładnym biustem. Taki
efektowny dodatek do reporterskiego długopisu.
- Może na początek po polsku? - zasugerowała.
- Samochodzik na radio pani widziała? Taki dla dzieci?
- Mam dobry wzrok - odparła zjadliwie.
- Cieszę się. - Uśmiechnął się nieszczerze, darując sobie
złośliwości. Wiedział, że jeśli będzie przeginać, w notatce nie
padnie nazwa firmy. - To ten świder działa podobnie.
- Mmm... Dlatego nie rozkopujecie ronda. - Zajrzała
w niepozorną dziurę w ziemi. - Niezłe. Całkiem sprytne.
Jakiej średnicy tunel potrafi wywiercić to urządzenie?
Mężczyźnie zaświeciły się oczy.
- To jak? Zaczynamy?
- Już zaczęliśmy.
- A co ze zdjęciem? Będzie? - Zawisł na jej ustach.
Chciałoby się, pomyślała mściwie.
- Chodzi panu o jego szanowną osobę czy o świder?
Wibracje naraz ustały. Odetchnęła ucieszona. To było
miłe, że ten buc - Kownacki, przerywał prace specjalnie dla
niej, żeby nie musiała rozmawiać w takim hałasie. Zerknęła
udobruchana na inżyniera. Mężczyzna poczerwieniał w jednej chwili. Uniósł dłoń do ucha i dyskretnie odwrócił się do
niej plecami.
- Wpadł? Ja pierniczę, gdzie on mógł wpaść?! - syknął cicho do głośniczka wiszącego mu przy ustach. Czując
wzrok reporterki na swoich plecach, rzucił przez ramię: -
Przepraszam, mamy przerwę techniczną. Proszę poczekać
w barakowozie, zaraz przyjdę.
Milenie drgnęły nozdrza. Awaria! Awaria świdra za milion euro!
- Będziecie rozkopywać skrzyżowanie? - spytała niewinnie.
Inżynier ruszył nerwowo szczęką.
- To jest rondo, nie skrzyżowanie.
- Czyli rozkopujecie?
- Nie mogę udzielać takich informacji - odparł uprzejmie, niemal się dusząc. Poluźnił krawat.
- Panie inżynierze - zaczęła słodko - przecież to pana
firma mnie tu zaprosiła, czyż nie?
- Oczywiście.
- Czy domyśla się pan, co spowodowało awarię świdra?
- Nie ma żadnej awarii - niemal zawarczał.
- Nie? To co mam napisać?
- Może pozwoli pani, że najpierw ustalę fakty?
- Och, będę wdzięczna. - Złożyła ręce z uciechy i ruszyła
za rzucającym wściekłe spojrzenia mężczyzną w kasku i bardzo drogim garniturze.
* * *
Persona non grata[2], tak, to było najtrafniejsze określenie. Milena czuła na sobie ciężkie spojrzenie przedstawiciela firmy
budowlanej, który dreptał teraz z inżynierem Kownackim
wzdłuż powiększającego się wykopu. Nie wątpiła, że obaj
marzyli, by znikła, rozpłynęła się, przepadła; zamiast tego
na własne życzenie mieli ją na karku. Robotnicy już po raz
kolejny przesunęli żółtą taśmę, zagarniając coraz większy obszar ronda. Dość szybko zebrał się tłumek gapiów - nawet
jakiś motocyklista sterczał w pobliżu, oparty o mur - zjechała się policja, radio w osobie jakiejś gówniary na stażu
i ten rudy, chudy i pyskaty z konkurencyjnego dziennika.
- Ale korek...! - Radek nie odstępował jej na krok.
Milczała.
- To coś z tym świdrem, co nie?
Milena milczała konsekwentnie.
- Oj, nie bądź taka. Przecież i tak będą musieli wydać
oficjalne oświadczenie.
- Właśnie. Czekajmy zatem spokojnie.
Radek zagryzł wargi. Stali tak już dobre czterdzieści minut i nic nie zapowiadało, że dowiedzą się czegoś w najbliższym czasie.
- Ale zimno...! Może wyskoczymy na kawę? - zaproponował.
- Piłam w barakowozie - odparła machinalnie.
- Aha! A więc byłaś w barakowozie! - zauważył przytomnie rudzielec. - I co?
- I pstro! Jak jesteś taki ciekawy, kup jutro naszą gazetę.
- Oj, Lena, ale cię zepsuła ta redakcja. Kiedyś taka równa
dziewczyna z ciebie była.
- Głupia, Radek, głupia. Teraz nie dam z siebie wyciągnąć newsa za marne cztery złote.
Radek wsadził ręce w kieszenie i wzruszył ramionami.
- Moja droga, jakbyś nie wiedziała, jakie stawki są w naszym biznesie.
Westchnęli zgodnie i spojrzeli w powiększającą się dziurę,
która niepokojąco zbliżała się do skrzyżowania torowisk. Koparka miarowo wybierała łyżką ogromne kęsy gruzu i piachu, natykając się co rusz na puste przestrzenie. Radek zmarszczył brwi.
- Co jest? - spytała.
- Nic. Zupełnie nic - odparł i przykucnął, by obejrzeć
wykop pod innym kątem.
Milena kucnęła tuż przy nim. Między zwałami ziemi pojawiało się coś na kształt betonowej ściany.
- Myślisz, że to jakiś bunkier?
Radek zacisnął usta.
- No, gadaj! Przecież wiem, że te wszystkie podziemia to
twój konik. - Trąciła go w ramię, niby przyjaźnie, ale właściwie nieco nachalnie, nagląco. Jeśli ktoś w Szczecinie wiedział cokolwiek o podziemiach, to on. Napisał cały cykl Miasto
pod miastem i najwyraźniej nie zamierzał go kończyć.
- A co, zmieniłaś zdanie?
- W jakiej sprawie?
Radek tylko strzelił wzrokiem w stronę oficjeli. Milena
westchnęła, ale nie zdążyła zaprzeczyć. Koparka szarpnęła
łyżką i oto ich oczom ukazało się strzaskane wejście do ciemnych czeluści. Panowie w garniturach poklepali się radośnie po plecach - świder był w zasięgu ich rąk - i teraz już
było tylko kwestią czasu, aż powiedzą mediom to, co wiedziała. Milena uśmiechnęła się więc pogodnie i rzekła do
rudzielca:
- Skoro nalegasz... Ten świder, bardzo drogi świder, jest
zdalnie kierowany. Można nim kopać tunel pod ulicą bez
zrywania nawierzchni. Niestety, porusza się tylko w zwartej strukturze. A on - wskazała brodą odsłaniany właśnie
z błota sprzęt i zrobiła mu całkiem udaną fotografię - utknął
w jakiejś wolnej przestrzeni. Jak myślisz, co to jest?
Radek skończył swoją serię zdjęć. Przeglądając ją na wyświetlaczu, odparł zadowolony:
- Myślę, że to jakiś bunkier. Pełno tu tego. Ale co tam
dywagować. - Uśmiechnął się do swoich myśli i zamilkł.
* * *
Pytanie, co kryje mroczne wejście, dręczyło Milenę przez
resztę dnia. Zdążyła obskoczyć dwa inne tematy i zrobić dokumentację do trzeciego, czuła jednak, że tajemnica kryjąca
się w wykopie warta jest szczególnej uwagi. Wróciła więc
na plac Giedroycia i cierpliwie czekała. Robotnicy kopali
niemrawo, jakby ostatnie pół godziny było ponad ich siły,
wreszcie ruszyli zgodnie do barakowozu, by przebrać się po
robocie. Został tylko jakiś policjant snujący się wzdłuż żółtej
taśmy, ale i on zniknął na chwilę w przenośnej to alecie.
Serce zabiło jej szybciej. Zerknęła jeszcze to tu, to tam
i bezszelestnie wsunęła się w ciemny otwór. Było to niebotycznie głupie, ale natura reportera zwyciężała instynkt samozachowawczy. Biorąc to pod uwagę, legitymacja dziennikarska otwierała czasem zbyt wiele drzwi.
W dziurze cuchnęło, było czarno i jakby wiało. Hm, chyba nie powinno wiać tam, gdzie jest tylko jedno wejście?
Zaintrygowana zrobiła niepewnie krok na grząskiej ziemi,
potem drugi i trzeci. Czwarty zadudnił. Wymacała w torebce telefon komórkowy i włączyła w nim opcję "latarka".
Nikłe światełko ledwie rozpraszało mrok, ale zdołała ujrzeć
zarys podłogi, ceglane mury i zwieńczone łukiem sklepienie.
Wysunęła niepewnie dłoń i dotknęła...
- Kto... kto tu jest? - pisnęła.
- Ja.
- Jaki "ja"?
- A kto jeszcze mógł tu z własnej woli wleźć? - Trzasnęło jakieś pokrętło i oczom Mileny ukazała się twarz podświetlana od dołu. Otwarła usta do krzyku. - Cicho, bo się
tu zlezą i nas pogonią.
- Radek...!
- A kogo się spodziewałaś? - Opuścił latarkę, która
oświetliła przez moment jakieś mroczne przejście.
- Czekaj, poświeć tam...! Coś zobaczyłam, jakby tunel.
- Wydawało ci się. No, wychodzimy, wychodzimy. Tu
jest raczej niebezpiecznie. Kto wie, czy nie osunie się ziemia.
Milena zbyła go milczeniem i ruszyła niemal na oślep.
Usłyszała za sobą ciche szuranie.
- Co, już nie jest niebezpiecznie?
- Jest. Sama wiesz, że jest.
- No to wychodź stąd, wychodź! - przedrzeźniała go.
Radek bez słowa oświetlił czerniejący w głębi korytarz.
Był z surowej cegły.
- To jak? Spóła?
- Chyba kpisz. Raczej... zawieszenie broni? - Wyłączyła
swe mizerne światełko, zdając się na jego latarkę.
Ruszyli raźnie w ciemność, niemal ramię w ramię.
- Ale jesteśmy durni - wysapała, zadowolona z siebie -
żeby tak iść bez zabezpieczeń. I nawet nikt o tym nie wie.
Radek milczał wściekły. Za nic nie pozwoliłby jej pierwszej zobaczyć, co było tam dalej.
- Że ja tak lezę, to jeszcze da się wytłumaczyć. Ale ty?
- podbierała go. - Tyle godzin pod ziemią i nagle włazisz
w jakąś dziurę jak pierwszy lepszy... Chociaż - z drugiej
strony ten korytarz jest w zaskakująco dobrym stanie. Zauważyłeś?
- Ciii... - Radek zasłonił jej usta i wyłączył latarkę.
- Oszalałeś? - wyszeptała. Gdyby było jasno, zobaczyłby,
że potrafi zblednąć w ułamku sekundy.
Radek nasłuchiwał w ciemności. A potem znowu włączył latarkę.
- Zdawało mi się - mruknął i się potknął. - O kurde,
omal nie zaryłem w glebę...!
- Nie rób mi tego więcej - pisnęła. Miała na myśli oczywiście gaszenie światła. Potykać może się ten wredny Radek
co pół kroku. I padać na zęby, jeśli lubi. Jej wzrok podążył za
strugą światła. Oświetlała teraz zawalidrogę, na którą wpadł
jej towarzysz.
- Co to jest? - zastanawiał się na głos Radek.
- Wygląda jak roboczy but.
- Roboczy but? Tutaj?
Przesunął strumień światła dalej. Cholewka dziwnie
się kończyła... Jakby frędzlami. Ale to nie były frędzle, lecz
fragment nogi, z której sterczały strzaskane kości i porwane
ścięgna. Milenie zawirowało przed oczami.
- Noga. To jest noga. Noga - powtarzała przerażona.
Głos jej drżał, zęby stukały o siebie. Zacisnęła palce na ramieniu Radka, walcząc z ogarniającą ją histerią.
- Spadamy stąd. Ale już - zakomenderował i niemal
szarpnął ją w stronę, z której przyszli.
Maszerowali szybko, jakby podłoże było równe jak stół,
a nie uwalane ziemią. Przeszli kilkanaście metrów, kilkadziesiąt... Odgłos ich kroków nagle się zwielokrotnił. Radek zatrzymał się gwałtownie.
- Coś jest nie tak. - Przełknął ślinę i omiótł strop światłem. Stali w rozgałęzieniu trzech korytarzy. Każdy z nich
był szeroki na rozstaw ramion i na tyle wysoki, że mogli iść
wyprostowani. Podziemia były uprzątnięte, jakby nie zostały
odsłonięte dopiero co, ale używano ich stale. - Przyszliśmy
stamtąd. Gdy potknęliśmy się o...
- O nogę - podpowiedziała cicho.
- O nogę, pewnie spanikowaliśmy i skręciliśmy nie ku
wyjściu, ale... ale...
- W jakiś inny korytarz. - Oparła się ciężko o ścianę. -
Zabłądziliśmy?
- Niemożliwe. - Potrząsnął głową. - Przeszliśmy... maksymalnie trzydzieści metrów. Kto by przypuszczał, że jest tu
więcej korytarzy?
Zawrócili. Teraz szli wolno. Młody mężczyzna obmywał
światłem strop, podłoże i ściany. Już po kilku krokach zauważyli z prawej strony rozwidlenie. Spojrzeli po sobie i skręcili. Latarka zamigotała i zgasła. Milena zacisnęła dłonie na
ramieniu Radka.
- Jeśli po ciemku wpadnę na TO COŚ, chyba cię zamorduję - syknęła. W odpowiedzi usłyszała nerwowe stukanie.
- A żeby to... cholera jasna...! Pieprzone baterie...!
- Grotołaz...! Ale z ciebie, kurde, grotołaz...! No dalej,
nie krępuj się! Włącz echolokację...!
- Jak jesteś taka cwana, to sama sobie świeć...!
- A żebyś wiedział...! - Nerwowo szarpnęła kurtkę, by
wyjąć swoje "świecidełko". - Jakoś sobie radziłam bez ciebie. Szlag by to...!
- Co znowu?
- Wypadła mi komórka!
Kucnęli i zaczęli macać przestrzeń wokół siebie. Milena
niemal łkała z nerwów. Komórka upadła gdzieś na prawo.
Sama nie wiedziała, czego obawiała się bardziej, że wymaca
to coś, czy że komórkę szlag trafił...
- Mam - usłyszała.
- Dawaj...!
Umazana ziemią dłoń podała jej jakieś smętne resztki.
Dziewczyna potrzymała je chwilę w ciszy i schowała do kieszeni. Może chociaż odzyska kartę SIM.
- I co, zadowolony?
Radek westchnął.
- Tak. Cholernie zadowolony. A teraz przestań zgrywać
chojraka i daj rękę. Idziemy powolutku, wzdłuż ściany.
Milena po raz pierwszy w życiu zamknęła dziób na
kłódkę i uwieszona ramienia Radka przemierzyła ciemność
w absolutnej ciszy. Mężczyzna posuwał się niespiesznie, poklepując od czasu do czasu jej dłoń na pocieszenie. O dziwo,
przynosiło to Milenie ulgę i ani razu nie poczuła poirytowania z powodu tej poufałości.
W sumie całkiem przyzwoity chłopak z tego rudzielca,
uznała. Chociaż pracuje w konkurencyjnej redakcji.
- Czemu stoimy? - spytała.
- Dziwne, ale to chyba ślepy korytarz.
Słysząc to, pociągnęła nosem.
- Chryste, tylko nie becz!
- Nie beczę. Nie beeczę...
Radek przytulił ją do siebie. Na chwilę, pocieszycielsko.
- Kiedy stąd wyjdziemy, zapraszam na kawę. Okej?
- Okej - odparła przybita.
I wtedy nagle czyjeś ręce pociągnęły za sobą Radka i wiszącą u jego ramienia Milenę. Usłyszeli skrzyp, jakby TEN
KTOŚ miał na sobie coś skórzanego, skręcili raz, potem
drugi... I wszystko ustało.
- Boże, co to było? - wyszeptał Radek.
- Co?
- No - TO. Ktoś nas poprowadził.
- Halo? Jest tu kto?! - krzyknęła Milena, ale usłyszeli
jedynie jakby cień cichych kroków. Pieprzyć tego kogoś, pieprzyć wszystko! Wyjść! Chciała jak najszybciej stąd wyjść!!!
- Na lewo jest jakby jaśniej.
- Rzeczywiście.
Ruszyli przed siebie, nerwowo ściskając sobie dłonie.
Już po kilku krokach dotarli do kolejnego zakrętu, a gdy
go minęli, światło boleśnie buchnęło im w oczy. Chwilę stali
bez ruchu, a potem rzucili się biegiem w jego kierunku.
Milena otarła zalaną łzami twarz.
- To od tego światła - tłumaczyła się głupio. Właśnie
zapadał zmierzch.
- Tak, od światła - zgodził się Radek.
Stali u wylotu jakiegoś starego murowanego garażu. Oddychali ciężko, nie wiadomo - od biegu czy może od tego
drapiącego w krtań niepokoju, wrażenia, że jest się ściganym, że umknęło się cudem... czemuś... nieokreślonemu.
Nie patrzyli na siebie, wręcz tego unikali. Zapomnieć, udawać, że nic się nie wydarzyło...! Milena położyła dłonie
na drżących kolanach, jakby można je było w ten sposób
uspokoić. Serce waliło jej jak szalone, pompując hektolitry krwi. I spociła się, spociła jak mysz. Zawstydzona odwróciła głowę. W bramie obok stał motocyklista w kasku
i ciemnym skórzanym ubraniu. Mężczyzna zdecydowanym
ruchem spuścił osłonę na twarz, ale przez moment mignęły
jej jego oczy. Były tak czarne, jakby nie miały tęczówek, a jedynie niepokojąco wielkie źrenice o srebrzystym połysku.
Zdrętwiała.
- Kawy? - zaproponował Radek. Miało to zabrzmieć
pewnie, zdecydowanie, może nawet szpanersko. Wyszło raczej strachliwie. Jakby szukał pretekstu, by jak najszybciej
się stąd oddalić.
Milena kiwnęła tylko głową. By zająć czymś rozbiegane
ręce, poprawiła kurtkę, włosy i torebkę. Chociaż mroczna
brama ściągała jej uwagę niemal magnetycznie, ignorowała
ją, jak mogła. Przewidziało się jej. Na pewno przewidziało.
I wcale nie spojrzy tam drugi raz. Po co? Nikogo tam nie
ma. Absolutnie nikogo. Uspokojona uniosła głowę i - nim
ruszyli - zakładając kosmyk włosów za ucho, zerknęła dyskretnie w stronę bramy. Motocyklista wolno uniósł palec
na wysokość ust, jakby nakazywał jej milczenie, a potem
szybko przeciągnął nim po gardle. Przerażona z trudem
zdławiła w sobie krzyk. Wbiła tylko swe paznokcie w rękę
Radka i szybko, bardzo szybko, wyszła na ulicę. Kakofonia dźwięków, smród spalin i pęd pojazdów zdały się takie
przyjazne...
W pobliżu nie było kawiarni, poszli więc do tandetnego
baru z plastikowymi krzesłami i kiwającymi się stolikami
przykrytymi ceratą. Nie poprawiło im to humoru. Radek
rozcierał sobie ramię - była pewna, że naznaczone jest siniakami - i bezmyślnie przesuwał paskudny wazonik ze
sztucznym kwiatkiem. Milena bezradnie oglądała pozostałości telefonu. Miała nadzieję, że karta sim działa, ale krępowała się poprosić Radka o jego aparat, żeby to sprawdzić.
Nie mówili dużo, jakby oboje unikali tematu. Ale temat był
i wisiał nad nimi jak gradowa chmura. Wreszcie Radek odstawił filiżankę i spojrzał znacząco na Milenę.
- Czuję, że nie chcesz wracać do tego, co tam się stało.
Milczała i było to bardziej wymowne od słów.
- Ale jednak znaleźliśmy tam... No, wiesz co.
- Sama już nie wiem. Było ciemno - wydukała.
- A jeśli tam jest ktoś ranny?
- Ranny? - prychnęła niemal histerycznie. - Chyba jednak nie.
Radek się zamyślił.
- Pewnie masz rację, nie było krwi. Chociaż... kto wie?
Nie rozglądałem się zbytnio.
- Przestań - poprosiła i odwróciła wzrok. Wcale nie
miała ochoty o tym rozmawiać.
- Milena, powinniśmy zgłosić to na policję.
Skrzywiła się niechętnie. Żeby odwlec tę paskudną chwilę,
upiła łyczek kawy. Była czarna jak oczy w bramie i miała smak
brudnej popielniczki. Znów zobaczyła tamten krótki gest,
od którego zrobiło się jej zimno. Zacisnęła wargi i potrząsnęła głową.
- Ja... nie jestem pewna, co tam widziałam.
- Rozumiem. - Założył ręce na piersi i spojrzał na nią
z wyższością. Znowu grał rolę twardziela.
[2] (łac.) osoba niepożądana.