Pamięć krwi - Luna Stone
18.17 zł
15.08 zł
(18,17 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Noc pachniała dymem. Nie tym przytulnym, ciepłym, jaki snuje się z kominka, mieszając z wonią drewna i chleba, lecz ciężkim, duszącym, jak gdyby sam mrok postanowił wślizgnąć się do domu i odcisnąć w nim swoje piętno. Zapach ten był gęsty, lepki niczym mgła; przywierał do skóry, wdzierał się do płuc, szczypał w oczy i nie pozwalał oddychać.
Obudziły mnie krzyki. Rozdzierały ciszę niczym ostre noże, szarpały ją na strzępy, pozostawiając za sobą pustkę i grozę. Serce obiło się o żebra, a ja zerwałam się na łóżku, nie pojmując, czy to sen, czy jawa.
W pokoju panował mrok. Jedynie za oknami tańczyły pomarańczowo-czerwone blaski. Przez chwilę zdawało mi się, że to świece... dopóki nie rozległ się głuchy łoskot, brzęk tłuczonego szkła i przeraźliwe, nieludzkie wycie. Gdzieś w głębi domu coś runęło, a odgłos ten odbił się w mojej piersi zimnym, lepkim strachem.
Drzwi otwarły się z trzaskiem. W progu stał ojciec. Twarz miał napiętą, kamienną, usta zaciśnięte w wąską kreskę. W jego oczach lśniła ostra stal, gotowa ciąć. Rzucił się ku mnie i porwał na ręce tak gwałtownie, że nie zdążyłam ani nabrać powietrza, ani o nic zapytać.
- Nie patrz - jego głos był cichy, lecz w tym szepcie dźwięczała siła. Siła i rozkaz.
Ale spojrzałam.
Korytarz zalewał ogień. Płomienie, niczym żarłoczne bestie, lizały ściany, obrazy i gobeliny. Dym kłębił się, ścielił nisko, a w nim przemykały cienie. Wysokie, nienaturalne, z oczami jarzącymi się w ciemności jak dwa węgle. Poruszały się zbyt szybko, by mogły być ludźmi. W ich sylwetkach kryło się coś zwierzęcego, potwornego.
Ojciec niósł mnie precz, a każdy jego krok rezonował w moim ciele. I nagle - ruch. Zza zakrętu wypadła postać - czarna jak sama noc. Coś bezkształtnego, jakby utkanego z dymu i szponów. Ojciec obrócił się, zasłaniając mnie sobą, a w jego piersi zawibrował głuchy warkot - niski, zwierzęcy, niepodobny do ludzkiego głosu.
- Biegnij! - krzyknął ktoś za plecami i w tej samej chwili do korytarza wpadła matka.
Włosy miała w nieładzie, na twarzy ślady łez, lecz w oczach płonęła determinacja. Taka, która przerażała bardziej niż płomienie i cienie. Chwyciła mnie za rękę; jej palce drżały, lecz ściskały mocno niczym stal.
- Do sali! - rozkazała. Jej głos był twardy jak szczęk mieczy.
Wpadłyśmy do ogromnej komnaty, której sufit ginął w mroku. Na środku widniał krąg ze srebrzystego kamienia, a w powietrzu unosił się gęsty zapach ziół, dymu i krwi.
- Co to jest? - szepnęłam, ale matka tylko mocniej ścisnęła moją dłoń.
Ojciec ostrożnie postawił mnie w środku kręgu. Jego dłonie były gorące, lecz w tym cieple czuć było agonię - pożegnanie.
- Wybacz - powiedział. A jego głos pękł jak szkło. - To jedyna droga.
Matka przykucnęła obok, jej twarz znalazła się tuż przy mojej - widziałam drżenie jej warg, lecz zmuszała się do bycia twardą.
- Słuchaj mnie, Amalio - jej słowa uderzały w serce jak ciosy młota. - Zapomnisz. Wszystko. Nas, ten dom, tę noc. Ale będziesz żyła. Rozumiesz? Będziesz żyła.
- Nie! - wczepiłam się w jej ręce, wbijając paznokcie w skórę. - Nie chcę! Nie chcę zapominać!
- Trzeba... - głos jej załamał się, a łzy spadły na moje policzki. - Wybacz mi, dziecino.
Ojciec zaczął wypowiadać słowa. Stare, obce, parzące. Cięły powietrze i zdawało się, że mury drżą od ich mocy. Powietrze w kręgu zgęstniało niczym woda, napierało na pierś, pozbawiało tchu. Płomienie za ścianami przygasły, a świat zaczął dygotać, jakby się walił.
Matka ujęła moją twarz w dłonie, a jej oczy były ostatnim, co widziałam wyraźnie.
- Kocham cię - szepnęła. - Zawsze.
Świat się rozmywał. Krzyki i wycie oddalały się, jakbym słyszała je z głębiny wód. Próbowałam uchwycić się jej głosu, jej ciepła, lecz ono uciekało jak piasek przez palce.
Ostatnie, co poczułam, to czyjeś ręce, silne, które mnie pochwyciły. Chłodne nocne powietrze smagnęło mnie po twarzy, zapach igliwia zmieszał się ze spalenizną...
I wszystko zniknęło.
Ciemność.
Miasto, w którym mieszkam, wydaje się zastygłe w wiecznym półśnie. Wąskie uliczki wybrukowane kostką, stare domy z łuszczącym się tynkiem, szyldy, na których litery wyblakły od deszczu i słońca. Tutaj wszystko oddycha przeszłością - cichą, osobistą, niemal intymną. Nawet wiatr nigdzie się nie spieszy, a latarnie zapalają się nieco wcześniej niż trzeba, jakby bały się ciemności.
Pracuję w małej bibliotece na rogu ulicy Róż. Jej okna są zawsze zaparowane zimą i otwarte na oścież latem, a w środku pachnie kurzem, papierem i czymś słodkim, czego nie potrafię nazwać. Czasami wydaje mi się, że ten zapach to mieszanina atramentu i cudzych historii, które wsiąkły w ściany.
Jestem Celeste Moren.
Tak stoi w moich dokumentach, tak nazywają mnie sąsiedzi, tak podpisuję listy. A jednak czasem, gdy ktoś wypowiada moje imię, łapię się na dziwnym uczuciu - jakby nie było do końca moje. Jak suknia, która leży dobrze, ale nie została uszyta na moją miarę.
Mam dwadzieścia cztery lata. Jestem średniego wzrostu, mam drobne ramiona i długie palce, które zawsze czepiają się książek jak czegoś żywego. Włosy - ciemnokasztanowe, niemal czarne - miękkimi falami opadają na plecy. Cera blada, jak u tych, którzy rzadko bywają na słońcu, a oczy... oczy są szaroniebieskie, ale w określonym świetle przebija z nich stalowy chłód. Ludzie często mówią, że moje spojrzenie wydaje się zbyt głębokie jak na mój wiek, jakbym widziała więcej, niż powinnam. Uśmiecham się w odpowiedzi, ale nie tłumaczę, że czasem sama boję się tego spojrzenia w lustrze.
Moje życie tutaj jest proste. Rano otwieram bibliotekę, przecieram półki, układam książki, czasem parzę herbatę dla stałych bywalców. W ciągu dnia czytam za ladą albo pomagam komuś znaleźć potrzebny tom. Wieczorem zamykam drzwi, a miasto wita mnie łagodnym światłem latarni i cichym szmerem kroków przechodniów.
Ale za tą prostotą kryje się coś, czego nie potrafię wyjaśnić.
Sny.
Nie przychodzą każdej nocy, ale wystarczająco często, bym bała się zasypiać. Nie mają wyraźnej fabuły - to tylko strzępy. Zimne dłonie dotykające mojej twarzy. Szept w języku, którego nie znam, ale z jakiegoś powodu rozumiem. Oczy w ciemności - głębokie jak otchłań, w których odbija się coś, czego nie potrafię nazwać.
Czasem we śnie stoję w długim korytarzu, a ściany wokół tchną chłodem. Gdzieś w oddali słychać dudnienie przypominające bicie serca, ale to nie moje serce. Idę naprzód, a mrok gęstnieje, aż staje się niemal namacalny. I wtedy czuję - ktoś jest obok. Nie wróg, ale i nie przyjaciel. Ktoś, kto wie o mnie wszystko.
Budzę się z łomoczącym sercem, w ciemności mojego małego mieszkania i długo nie potrafię zrozumieć, co jest snem, a co jawą.
***
Tego ranka przyszłam do biblioteki nieco wcześniej niż zwykle. Słońce dopiero zaczynało przebijać się przez chmury, a jego światło kładło się na podłodze długimi pasami. Zdjęłam płaszcz, powiesiłam go na haczyku i przeszłam za ladę.
Na stole leżała książka, którą wczoraj zostawiłam otwartą. "Legendy i mity starego kontynentu". Pamiętałam, że zatrzymałam się na rozdziale o starożytnych rodach, które według pogłosek żyły przez wieki, ukrywając się pośród ludzi.
Przesunęłam palcami po pożółkłej stronie i nagle... coś ukłuło mnie w piersi. Jakbym już kiedyś trzymała tę księgę, ale nie tutaj, lecz w innym miejscu. W sali o wysokich oknach, gdzie pachniało nie kurzem, lecz mrozem i igliwiem.
Cofnęłam rękę jak oparzona.
- Dzień dobry, Celeste - rozległ się głos za moimi plecami.
Odwróciłam się. To była madame Leroy, starsza kobieta, która co tydzień przychodziła po nowe powieści. Uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłam uśmiech, próbując ukryć zmieszanie.
- Dzień dobry. To, co zwykle?
- Tak, moja droga. Coś z dobrym zakończeniem - mrugnęła. - W życiu i tak nie brakuje dramatów.
Odprowadziłam ją wzrokiem, gdy krążyła między regałami. Ale moje myśli błądziły daleko.
Wieczorem, gdy biblioteka opustoszała, cisza stała się niemal namacalna. Legła mi na ramionach jak ciężkie przykrycie, a każdy mój oddech wydawał się zbyt głośny. Za oknami już ściemniało, a nieliczne latarnie rzucały na ściany długie, wyciągnięte cienie, podobne do czyichś rąk sięgających do środka.
Siedziałam za ladą, przeglądając stare karty katalogowe. Palce przesuwały się po szorstkim kartonie i ten suchy szelest był jedynym dźwiękiem w sali... dopóki go nie usłyszałam.
Szept.
Cichy, niemal nierozpoznawalny, jak oddech, który czuje się skórą, a nie słyszy uszami. Był tak blisko, że zamarłam, bojąc się nawet nabrać powietrza.
- Kto tu jest? - zapytałam, a mój głos, wyrwawszy się z ust, zabrzmiał zbyt głośno, zbyt ostro, jakby naruszył krucha równowagę tej ciszy.
Odpowiedzi nie było. Jedynie lekki przeciąg, który prześlizgnął się po plecach jak lodowata dłoń i sprawił, że na skórze pojawiła się gęsia skórka.
Powoli wstałam, powiodłam wzrokiem po sali. Pusto. Ale uczucie, że ktoś stoi za moimi plecami, nie odpuszczało.
***
Zamknąwszy bibliotekę, wyszłam na ulicę. Powietrze było zimne i wilgotne, więc szczelniej otuliłam się szalem. Lekka mgła ścieliła się po bruku, czepiając się nóg, i zdawało się, że żyje własnym życiem.
Szłam szybko, ale wrażenie, że jestem obserwowana, nie znikało. Było lepkie, natrętne, jak spojrzenie, które czuje się potylicą.
***
W domu zaparzyłam herbatę, ale nawet jej nie tknęłam. Filiżanka stygła na parapecie, podczas gdy ja siedziałam przy oknie, patrząc na ulicę. Na dole przechodzili ludzie, śmiali się, rozmawiali. Wszystko wyglądało tak samo jak zawsze... a jednak coś było nie tak.
Świat jakby przesunął się o pół kroku w bok, a ja znalazłam się w jego cieniu.
***
Położyłam się późno. Długo przewracałam się z boku na bok, słuchając, jak za oknem wiatr szarpie nagimi gałęziami drzew. Sen podkradał się powoli jak drapieżnik, a kiedy w końcu mnie dopadł, przypominało to upadek w zimną, bezdenną wodę.
I znowu - zimne dłonie. Dotykały mojej twarzy, przesuwały się po włosach, a ja na ten dotyk chciałam jednocześnie się cofnąć i pozostać w bezruchu. Szept - cichy, otulający, w języku, którego nie znałam... a jednak rozumiałam.
Oczy w ciemności. Dwa bezdenne jeziora, w których odbijała się nie noc, lecz cała wieczność.
Ale tym razem było inaczej.
Poprzez szept usłyszałam swoje imię. Prawdziwe. Zabrzmiało tak, jakby wypowiadano je tysiące razy wcześniej, i za każdym razem - z czułością i bólem.
Imię, którego nie pamiętałam na jawie.
Przeszyło mnie jak błysk światła w całkowitej ciemności, a w piersi coś drgnęło, jakby serce rozpoznało je wcześniej niż rozum.
***
Otworzyłam szeroko oczy i usiadłam na łóżku, dławiąc się powietrzem. Gardło miałam ściśnięte, jakbym właśnie wynurzyła się z lodowatej wody. Pokój tonął w półmroku, tylko blade światło latarni z ulicy ciągnęło się pasem po podłodze. Panowała głucha cisza, a jednak wydawało się, że ściany oddychają razem ze mną.
Przycisnęłam dłonie do twarzy - skóra była wilgotna. Łzy? Czy to chłód cudzego dotyku jeszcze nie ustąpił?
I dopiero wtedy zrozumiałam, że krzyczę. Cicho, zduszonym głosem, jak dziecko we śnie.
Dźwięk się urwał, ale echo wciąż drżało w mojej piersi. Serce biło tak wściekle, że zdawało się czegoś szukać, kogoś wołać.
Powiodłam wzrokiem po pokoju. Wszystko było na miejscu: półki z książkami, lampa z abażurem, rzucony na krzesło szal. Ale wiedziałam - ktoś tu był. Albo wciąż jest. Cisza była zbyt gęsta, zbyt czujna, jakby czaiło się w niej cudze westchnienie.
A w głębi tej ciszy wciąż słyszałam jego głos. Imię. To prawdziwe. Paliło mnie od środka, nie pozwalając zapomnieć.
Wyszeptałam je wargami, ledwo słyszalnie - i w piersi poczułam ból, jakbym zerwała pieczęć, która przez wieki strzegła pamięci.
I wtedy poczułam: świat wokół się zachwiał. Jakby niewidzialny krąg się zamknął i rzeczywistość nie była już tą samą, co przedtem.
Sen i jawa splotły się ze sobą, a ja znalazłam się gdzieś pomiędzy.
W nocy prawie nie spałam. Leżałam w ciemności, wpatrzona w sufit, i słuchałam, jak wiatr porusza nagimi gałęziami za oknem, zmuszając je, by skrobały po szybie, jakby czyjeś szpony próbowały wedrzeć się do środka. Gdzieś w oddali przemykały rzadkie samochody, lecz ich odgłos był głuchy, jakby stłumiony przez toń wody. Wszystko wydawało się zbyt odległe, zbyt obce.
Za każdym razem, gdy zamykałam oczy, stawała mi przed oczami tamta scena: wąski zaułek, zapach mokrego muru, żelaza i krwi, lodowaty uścisk palców na moim ręku... i on.
Tamten mężczyzna.
Nie znałam jego imienia, nie wiedziałam, kim jest ani skąd przybył. Ale jego obraz wbił mi się w pamięć jak piętno. Pamiętałam, jak się poruszał - szybko, precyzyjnie, tak, jakby każda sekunda należała do niego. Pamiętałam jego oczy - ciemne jak odmęt, a jednocześnie lśniące od wewnątrz, jakby w ich głębi drzemał płomień. W tym spojrzeniu było wszystko: niebezpieczeństwo, wieczność i przyciąganie, od którego chciało się jednocześnie cofnąć i zrobić krok naprzód.
Próbowałam przekonać samą siebie, że to przypadek. Że znalazł się tam zrządzeniem losu, w chwili, gdy najbardziej potrzebowałam ratunku. Lecz w głębi duszy wiedziałam: nie. On na mnie czekał. Przyszedł po mnie.
Przewracałam się z boku na bok aż do świtu, naciągając kołdrę pod samą brodę i tuląc poduszkę do piersi, ale sen nie nadchodził. Myśli wracały do niego raz po raz jak wahadło, a każde jego wychylenie uderzało w serce. Dopiero nad ranem zmęczenie wzięło górę. Sen nakrył mnie ciężką falą, lecz nawet w nim czułam jego obecność. Stał gdzieś obok, w cieniu, milczał, patrzył, czekał.
***
Ranek zaczął się od drobiazgu, lecz to właśnie drobiazgi burzą znany nam świat.
Obudziło mnie szare światło przebijające się przez zasłony i odgłosy miasta, zwyczajne i codzienne. Pierwsze, co poczułam, to ciągnący ból w ręce. Pamiętałam wszystko: szpony tamtego stwora, lepki zapach krwi, to, jak przesiąkała przez materiał i spływała po palcach. Pamiętałam, jak uciskałam ranę dłonią, próbując uśmierzyć pieczenie.
Usiadłam, podwinęłam rękaw.
I zamarłam.
Rany nie było. W ogóle.
Na skórze pozostała jedynie cienka, blada, ledwo widoczna linia, przypominająca starą bliznę, która ma już wiele lat. Bólu nie było, pieczenia - też nie. Tylko lekkie swędzenie, jak przy zagojonej skórze.
Przesunęłam palcami po tym miejscu. Serce zamarło, a potem zabiło tak szybko, że zabrakło mi tchu. To było niewłaściwe. Tak się nie dzieje.
Wstałam, poszłam do przedpokoju i stanęłam przed lustrem. W odbiciu - ta sama dziewczyna: blada cera, szaroniebieskie oczy, ciemne włosy, nieco potargane po nocy. Ale spojrzenie... było w nim coś nowego. Coś obcego. Jakby z głębi patrzyłam na siebie nie tylko ja.
- Co się z tobą dzieje?.. - szepnęłam, a głos w ciszy wydał się cudzy.
Odpowiedzi, rzecz jasna, nie było.
***
Dzień wlókł się ospale, ale ja przez cały czas łapałam się na dziwnych drobiazgach.
Drobne zacięcie papierem na palcu zagoiło się w ciągu kilku godzin, pozostawiając różową kreskę.
Senność mijała szybciej niż dawniej, jakby ktoś wlewał we mnie siły. Szelesty na ulicy słyszałam nawet przez zamknięte okna i potrafiłam rozróżnić rytm kroków, zgadując, kto idzie: spieszący się mężczyzna, staruszka z laską, biegnące w podskokach dziecko.
To przerażało. A jednocześnie... fascynowało. Jak zakazane drzwi: wiesz, że za nimi kryje się niebezpieczeństwo, lecz palce i tak lgną do zimnej klamki.
***
W nocy sen nadszedł natychmiast. Ale to nie był zwykły sen - to było coś innego. Zbyt wyraźnego, zbyt realnego, pełnego zapachów, dźwięków i chłodu, od którego drętwiały palce.
Stałam na balkonie starego zamku. Kamień pod dłońmi był lodowaty, szorstki, jakby chłonął w siebie wieczność. Wiatr targał włosy, przynosił zapach igliwia, śniegu i czegoś metalicznego, subtelnego i ostrego, od czego serce zaczynało bić szybciej.
Księżyc wisiał nisko, tak blisko, że zdawało się, iż wystarczy wyciągnąć rękę, by jego zimne światło musnęło skórę. Dziedziniec w dole lśnił srebrem, a śnieg wyglądał jak roztopiony metal. Za murami rozciągał się las, czarny, gęsty. W jego głębi coś się poruszało. Czekało.
Odwróciłam się.
W łuku arkady, tonąc w cieniu, stała postać. Wysoka, nieruchoma. Twarzy nie było widać, lecz spojrzenie czułam na skórze. Było ciężkie, przenikliwe, jak dłonie, które opadły na ramiona i nie pozwalają się ruszyć. Pod tym spojrzeniem chciało się jednocześnie krzyczeć i podejść bliżej.
I wtedy wypowiedział moje imię.
Nie "Celeste". Prawdziwe. To, które kiedyś znałam i zapomniałam.
Serce zamarło. Zrobiłam krok w jego stronę, a moje palce drżały, jakby już wiedziały - ten ruch zmieni wszystko.
Wyciągnął rękę. Powoli, ostrożnie, jakby bał się mnie spłoszyć. Jego dłoń jaśniała w ciemności bladym blaskiem i między nami pozostał tylko cienki pasek powietrza. Uniosłam swoją dłoń. Jeszcze chwila - i nasze palce się zetkną.
Prawie go dotknęłam...
I obudziłam się.
Zimne powietrze cięło płuca, serce tłukło się jak schwytany ptak. Pokój był pusty, ale wiedziałam: on wciąż jest w pobliżu. Gdzieś w cieniu.
***
Ranek był zbyt cichy. Zbyt idealny.
Obudziło mnie mdłe światło, ale nie ruch ulicy za oknem. Zwykle miasto żyło swoim życiem: kroki, głosy, dzwonienie kół na bruku... Lecz tym razem panowała tylko cisza. Stała gęstym murem i aż dzwoniło od niej w uszach.
Usiadłam na łóżku, obejmując kolana. Serce wciąż biło zbyt szybko po śnie - śnie, który nie wydawał się już snem. Balkon, księżyc, jego oczy... Mogłabym przysiąc, że wciąż czuję pod palcami chłód kamiennej balustrady.
Wieczorem następnego dnia przysięgałam sobie, że zostanę w domu.
Powtarzałam to jak zaklęcie, siedząc przy oknie z filiżanką dawno wystygłej herbaty. Za szybą miasto żyło swoim ospałym, sennym życiem: rzadkie światła latarni, leniwe kroki przechodniów, mgła czepiająca się bruku. Zdawało się, że wszystko wokół zwolniło, jak na starej taśmie filmowej, i tylko serce biło zbyt szybko, zdradzając, że nie ma we mnie tego spokoju.
Po wczorajszym - po tym, jak obudziłam się bez jednego śladu po głębokich zadrapaniach na ręce - powinnam była zamknąć drzwi, zasunąć rygiel, naciągnąć kołdrę po samą brodę i schować się przed całym światem.
Ale cisza mieszkania okazała się gorsza od jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Była lepka jak smoła, przywierała do skóry i dusiła. W tej ciszy słychać było więcej niż pustkę: ona oddychała jak obecność kogoś obcego i szeptała, że nie jestem sama.
Nie wytrzymałam. Narzuciłam płaszcz, owinęłam się szalem i wyszłam.
Powietrze na zewnątrz było chłodne i wilgotne. Pachniało mokrym kamieniem, dymem i czymś ostrym, metalicznym, jakby zardzewiałym żelazem. Księżyc chował się za postrzępionymi chmurami, a rzadkie latarnie rzucały na bruk długie, drżące cienie.
Szłam szybko, ale uczucie, że jestem obserwowana, narastało z każdym krokiem. Było lepkie, natrętne, jak spojrzenie wypalające dziurę w potylicy. Próbowałam przekonać samą siebie, że to tylko zmęczenie, gra wyobraźni, ale wystarczyło, że skręciłam za róg - i go zobaczyłam.
Stał przy kutym ogrodzeniu parku, jakby na kogoś czekał. Ale jego oczy były utkwione tylko we mnie. Wysoki, w długim ciemnym płaszczu, sylwetka ostra i obca, jak wycięta z cienia. Światło księżyca ślizgało się po kościach policzkowych, czyniąc jego twarz niemal nierzeczywistą - zbyt wyrazistą, zbyt chłodną.
Zwolniłam kroku. On też się nie poruszył.
- Nie powinnaś tędy chodzić - jego głos rozciął ciszę. Niski, lekko zachrypnięty, brzmiał tak, jakby kryła się w nim stal. Od tych słów po skórze przebiegły mi ciarki.
- Dlaczego? - zatrzymałam się naprzeciw niego, czując, jak serce łomocze w piersi.
Zmrużył oczy, jakby decydował, czy warto mówić.
- Po prostu obiecaj, że nie pójdziesz na Stare Nabrzeże.
Spróbowałam się uśmiechnąć, ale w moim głosie i tak zabrzmiało drżenie:
- To przecież tylko ulica.
- Nie - zrobił krok bliżej. A w jego oczach błysnęło coś ciemnego, niemal zwierzęcego. - Tam jest niebezpiecznie.
- Niebezpiecznie... dla mnie? - słowa same wyrwały się z ust.
Nie odpowiedział. Tylko patrzył, zbyt uważnie, zbyt głęboko, jakby widział we mnie więcej niż ja sama. W tym spojrzeniu było coś rozpoznającego, bolesnego - i poczułam, jak w środku wszystko się ścisnęło, jakbym stała na krawędzi, z której nie ma powrotu.
A potem odwrócił się i odszedł. Jego kroki były bezszelestne, ruchy - zbyt lekkie, i wkrótce rozpłynął się w wieczornej mgle, jakby go wcale nie było.
Zostałam sama. Ale jego słowa - "Nie idź na Stare Nabrzeże" - dźwięczały w głowie głośniej niż mój własny puls.
***
Wiedziałam, że nie powinnam tam iść.
Powtarzałam to sobie, ale z każdą minutą uparte, niemal dziecinne pragnienie rosło. Co próbował ukryć? Czego nie powinnam zobaczyć? I kim on jest, żeby wskazywać mi drogę?
W końcu uległam.
Stare Nabrzeże powitało mnie zapachem wilgoci i zgnilizny. Rzeka zionęła chłodem, wiatr czepiał się włosów i wdzierał za kołnierz. Latarnie były tu rzadkie, ich mdłe światło pozostawiało długie obszary gęstego mroku. Bruk dudnił głucho pod każdym moim krokiem, jakbym szła po pustej scenie, gdzie widzowie przyczaili się w ciemności.
Zdążyłam przejść zaledwie kilkadziesiąt kroków, gdy poczułam - nie jestem sama. To uczucie było ostre jak ukłucie igły: obecność kogoś obcego, lepka i ciężka, jakby ktoś stał za plecami i oddychał w kark.
Z cienia wyszło trzech. Wysocy, bladzi, o oczach, w których nie było ani krzty ciepła. Ich ruchy były zbyt płynne, niemal zwierzęce. Jeden z nich uśmiechnął się, a w przyćmionym świetle zobaczyłam kły.
- Co za traf - rzekł, podchodząc bliżej, a w jego głosie brzmiało coś głodnego.
Cofnęłam się, ale zamknęli krąg wokół mnie. Serce waliło tak, że słyszałam je w uszach, oddech stał się rwany. Wiedziałam, że krzyk na nic się nie zda - tutaj nikt mnie nie usłyszy.
Jeden runął naprzód - i w tej samej chwili coś ciemnego przemknęło obok mnie jak podmuch wiatru.
On.
Poruszał się z nieludzką prędkością. Jego płaszcz powiewał, a oczy lśniły jak stal w blasku księżyca. Cios - i pierwszy napastnik odleciał w bok, uderzając o ścianę. Drugi próbował zaatakować, ale wylądował na ziemi, dławiąc się. Trzeci cofnął się, sycząc, i zniknął w ciemności.
Wszystko skończyło się tak szybko, że nie zdążyłam zrozumieć, co zaszło. Przed chwilą byłam otoczona, a teraz stoję sama... nie, nie sama.
Podszedł do mnie.
- Jesteś cała? - głos wciąż był niski, ale brzmiała w nim ledwo wyczuwalna troska, którą, jak się zdawało, próbował ukryć.
- Tak... ja... - słowa uwięzły mi w gardle. - Kim pan jest?
Zatrzymał na mnie wzrok i tym razem odpowiedział:
- Rael Deveraux.
Imię zabrzmiało tak, jakby miało coś znaczyć. Odbiło się we mnie dziwnym, ciepłym echem, jakbym już je kiedyś słyszała, w innym życiu.
- Czy my... spotkaliśmy się wcześniej? - zapytałam, sama dziwiąc się, jak cicho zabrzmiał mój głos.
Pochylił lekko głowę, a w jego oczach mignęło coś na kształt bólu.
- Być może - odparł, a w tych dwóch słowach kryło się więcej, niż byłam w stanie pojąć.
- I naprawdę lepiej trzymaj się z dala od tych miejsc - dodał cicho. - Następnym razem mogę nie zdążyć.
Odwrócił się i odszedł w mrok, rozpływając się w nocy, zostawiając mnie na zimnym wietrze, z szaleńczo bijącym sercem i poczuciem, że teraz wszystko się zmieniło.
***
Drzwi zamknęły się za mną z głuchym trzaskiem, a cisza mieszkania runęła na mnie jak gęsta fala. Oparłam się o ścianę, próbując uspokoić oddech. Serce wciąż biło zbyt szybko, jakbym biegła, chociaż przez ostatnie minuty po prostu szłam pustą ulicą.
Rael Deveraux.
Imię dźwięczało w głowie jak pogłos dalekiego dzwonu - głucho, lecz natarczywie. Powtarzałam je w myślach raz za razem, smakując jak rzadkie słowo z obcego języka, które z jakiegoś powodu wydaje się znajome.
Poszłam do kuchni, nalałam sobie wody, ale szklanka zastygła w moich dłoniach. Myśli wracały do niego. Do tego, jak stał w cieniu, jak jego oczy błysnęły w świetle księżyca, jak wypowiedział swoje imię - powoli, jakby sprawdzając, czy je rozpoznam.
W piersi czułam dziwne wrażenie - mieszaninę ciepła i bólu, jakbym zgubiła coś ważnego i nagle znalazła się o krok od przypomnienia sobie.
Usiadłam na kanapie, obejmując kolana ramionami. W głowie zaczęły wypływać strzępy - nie wspomnienia, a raczej odczucia: chłodny kamień pod dłońmi, zapach igliwia, srebrzysty blask księżyca i czyjś głos, cicho szepczący imię... nie "Celeste". Inne.
Wzdrygnęłam się.
W tym momencie w mieszkaniu coś się zmieniło. Początkowo pomyślałam, że to zwykły przeciąg - lekki ruch powietrza, który musnął skórę. Ale potem zauważyłam: płomień świecy na stoliku zachwiał się, choć okna były zamknięte.
Wstałam, podeszłam do okna - za szybą panowała zwykła noc. Ale w odbiciu, przez mgnienie oka, wydało mi się, że za moimi plecami stoi cień. Wysoki, nieruchomy.
Gwałtownie się obejrzałam. Pusto.
Serce zabiło jeszcze szybciej. Wróciłam na kanapę, ale wtedy zauważyłam swoją rękę. Na nadgarstku, tam, gdzie w zaułku znowu drasnęły mnie pazury, skóra była idealnie gładka... a jednak na moich oczach przebiegła po niej ledwo widoczna srebrzysta smuga, niczym światło od wewnątrz. Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Przycisnęłam dłoń do piersi, próbując opanować drżenie.
Co się ze mną dzieje?
I dlaczego, kiedy o nim myślę, wszystko to przybiera na sile?
***
Długo nie mogłam zasnąć. Imię, które wypowiedział, krążyło w głowie jak zacięta płyta: Rael Deveraux. Nie odpuszczało, nie pozwalało się rozproszyć, i im dłużej powtarzałam je w myślach, tym silniej narastało wewnątrz dziwne, ściskające serce uczucie.
Próbowałam sobie przypomnieć, gdzie mogłam je słyszeć. Może w książce? W filmie? Ale nie - to nie pochodziło z wymyślonych historii. To było... moje. Osobiste. Jak zapach domu, w którym nie było się od lat, ale rozpoznaje się go przy pierwszym oddechu.