Wyrwani z korzeniami
Był ciemny poranek, kiedy w ciszy kamienicy, w której mieszkaliśmy, rozległy się pierwsze rozkazy po niemiecku. Pamiętam ten dzień całkiem dobrze, mimo że miałam nieco ponad dwa lata. Niektóre dźwięki pozostały we mnie na zawsze - krzyk matki, płacz mojego rodzeństwa i ciężkie kroki na podłodze.
8 grudnia 1939 roku usłyszeliśmy łomotanie do drzwi. Potem trzask. Mój tata Stefan szybko zerwał się z krzesła, ale zanim zdążył dobiec do drzwi, Niemcy już byli w środku.
- Sofort raus aus dem Haus! Wychodzić! - krzyknął jeden z nich.
Mama przybiegła do pokoju, w którym spałam razem z bratem Gabrielem i siostrą Krystyną. Byliśmy wtedy jeszcze wszyscy w piżamach. Postawiła mnie na podłodze, a mojemu rodzeństwu powiedziała, żeby ubrali się w najcieplejsze rzeczy, jakie mają. Za chwilę mieliśmy wyjść na dwór, a zima tego roku była bardzo mroźna.
Drżącymi rękami zaczęła mnie ubierać - w ciepłe rajstopy, buty i kurtkę. Nie rozumiałam, co się dzieje, ale wyraźnie czułam przerażenie mojej mamy.
Nagle do pokoju wszedł Niemiec z karabinem. Spojrzał na nas wszystkich, a jego wzrok na chwilę zatrzymał się na mnie. Wtedy jakby coś w nim drgnęło. Może sam miał małe dzieci i w tej chwili o nich pomyślał? Przecież oni też byli ludźmi - tylko dlaczego tak złymi?
Krysia zaczęła płakać. Odkąd wybuchła wojna, bardzo bała się wszystkich żołnierzy z karabinami. Niemiec ponaglił nas jeszcze głośniej:
- Schnell!!
Nie było więcej czasu. Mama wzięła jakąś torbę z ubraniami, chyba miała ją przygotowaną wcześniej. Czyżby wiedziała, że coś takiego może się stać? Wzięła mnie na ręce. Czułam, jak mocno bije jej serce, a całe ciało drży ze strachu, zimna i zapewne z troski o własne dzieci. Przed nami szło moje rodzeństwo.
Tata stał z podniesionymi rękami. Miał na sobie płaszcz zimowy i buty. Gdy weszliśmy do kuchni, zapytał po niemiecku:
- Dokąd nas zabieracie?
Niemiec uderzył go kolbą karabinu w brzuch i odpowiedział:
- Nie interesuj się, polska świnio.
Wtedy cała nasza trójka zaczęła płakać, a żołnierze popchnęli nas ku drzwiom. Wyszliśmy na ulicę. Wokół było wielu sąsiadów, którzy z takim samym przerażeniem na twarzach zastanawiali się, dokąd nas zabierają. Mama ściskała mnie bardzo mocno, trzymając za rękę również Krystynę. Gabryś uczepił się płaszcza taty.
Po latach mama powiedziała mi, że wówczas w jej głowie były tylko takie słowa: "Będziemy żyć, przetrwamy, zawsze będziemy razem". Teraz już wiem, że podczas wojen matki najbardziej lękają się o los swoich dzieci. Moja niejednokrotnie opowiadała mi o wydarzeniach tamtego dnia, podkreślając, co wtedy czuła. Nigdy nie kryła się z tym, że najbardziej obawiała się tego, iż może nas stracić. Strach ten bywał paraliżujący, ale jednocześnie dawał siłę, by walczyć. Jednak mama dopiero miała się przekonać, jak to jest stracić dziecko i nie wiedzieć, co się z nim dzieje.
Mieszkańcy kamienicy szeptali między sobą.
- Dokąd nas zabierają?
- Nie wydaje mi się, żeby miało to być jakieś miłe miejsce - odpowiedział jeden z sąsiadów.
- Pewnie nas wywiozą do jakiegoś obozu, z którego nigdy nie wrócimy - dodał ktoś inny.
- Zabiją nas i tyle po nas...
Tata przysłuchiwał się tym rozmowom i intensywnie o czymś myślał. Nagle zauważył swoją teściową, która w czasie, gdy Niemcy wkroczyli do domu, akurat schodziła do piwnicy po ziemniaki. Słyszała, że na górze coś się dzieje, dlatego weszła głębiej, żeby wyjrzeć przez małe okienko i zobaczyć, co to za zamieszanie. Zobaczyła tłum ludzi z torbami i przerażeniem na twarzach. Wokół nich było pełno Niemców z karabinami.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.