ANGIELSKI
Praca pisemna (do 8 grudnia)
W liceum imienia Alberta Einsteina mamy bardzo zróżnicowane grono uczniów: ponad sto siedemdziesiąt narodowości, wyznań i grup etnicznych. Opisz poniżej, w jaki sposób twoja rodzina obchodzi Święto Dziękczynienia, typowo amerykańskie w swojej wymowie. Zachowaj odpowiednie marginesy.
MOJE ŚWIĘTO DZIĘKCZYNIENIA
Mia Thermopolis
6.45 Budzi mnie odgłos wymiotów mamy, która jest w trzecim miesiącu ciąży. Według jej ginekologa mdłości powinny ustać w drugim trymestrze. Nie mogę się doczekać. Odliczam dni w moim kalendarzu z 'N Sync. (Właściwie to nie lubię 'N Sync. A przynajmniej nie bardzo. Moja przyjaciółka Lilly kupiła mi ten kalendarz dla żartu. Chociaż jeden z chłopaków jest naprawdę fajny).
7.45 Puka do mnie pan Gianini, mój świeżo upieczony ojczym. Mam mówić do niego "Frank". Trudno zapamiętać, ponieważ w szkole, gdzie uczy mnie matematyki, mam zwracać się do niego "panie Gianini". Dlatego wcale się do niego nie zwracam (bezpośrednio).
"Pora wstać", mówi pan Gianini. Spędzamy Święto Dziękczynienia u jego rodziców na Long Island. Musimy zaraz wyjść, żeby zdążyć przed korkiem.
8.45 Nie ma dużego ruchu o tej porze. Docieramy do Sagaponic trzy godziny przed czasem.
Pani Gianini (matka pana Gianiniego, nie moja; moja nadal nazywa się Helen Thermopolis, gdyż jest znaną malarką, a poza tym nie wierzy w kult patriarchatu) ma jeszcze na głowie wałki. Wygląda na bardzo zdziwioną, możliwe, że nie tylko z powodu naszego tak wczesnego przyjazdu. Zapach pieczonego indyka sprawia, że mama pędzi do łazienki z ręką przyciśniętą do ust. Mam nadzieję, że mój przyrodni brat lub siostra okaże się wegetarianinem, bo zapach pieczonego mięsa dawniej tylko zaostrzał mamie apetyt.
Mama poinformowała mnie w samochodzie, że rodzice pana Gianiniego są bardzo staroświeccy i obchodzą Święto Dziękczynienia w sposób konwencjonalny. Dlatego nie spodobałaby im się moja tradycyjna przemowa o tym, jak to ojcowie pielgrzymi dopuścili się masowego ludobójstwa, ofiarując rdzennym Amerykanom koce z wirusem ospy, w związku z czym to hańba, że co roku świętujemy zagładę całej kultury.
Mam poprzestać na bardziej neutralnych tematach, takich jak pogoda.
Zapytałam, czy mogę poruszyć kwestię zdumiewającej frekwencji w operze w Reykjaviku (ponad dziewięćdziesiąt osiem procent mieszkańców Islandii obejrzało Toscę co najmniej raz).
"Skoro musisz", odpowiedziała z westchnieniem, co uznałam za znak, że ma już dość słuchania o Islandii.
Przepraszam, ale według mnie Islandia jest fascynująca i nie spocznę, póki nie odwiedzę lodowego hotelu.
9.45-11.45 W pokoju, który pan Gianini senior nazywa rekreacyjnym, oglądam paradę Macy's z okazji Święta Dziękczynienia. Na Manhattanie nie mamy pokoi rekreacyjnych. Mamy tylko duże pokoje.
Pamiętając o ostrzeżeniu mamy, powstrzymuję się też od innej tradycyjnej tyrady, a mianowicie na temat tego, że parada Macy's to jaskrawy przykład amoku, w jaki wpadł amerykański kapitalizm.
Podczas transmisji w tłumie przed Office Max na rogu Broadwayu i Trzydziestej Siódmej dostrzegam Lilly, z kamerą przyciśniętą do jej z lekka wklęśniętej (jak u mopsa) twarzy, kiedy mija ją pojazd wiozący Miss Ameryki i Williama Shatnera, znanego ze Star Treka. I wiem, że Lilly potępi Macy's w następnym odcinku swojego programu Lilly wali prosto z mostu (każdy piątek o dziewiątej wieczorem na kanale 67 lokalnej telewizji).
12.00 Zjawia się siostra pana Gianiniego młodszego z mężem, dwójką dzieci i plackami dyniowymi. Dzieci, które są w moim wieku, to bliźnięta, Nathan i Claire. Od razu wiem, że nie dogadam się z Claire, bo natychmiast obcina mnie wzrokiem jak cheerleaderki w holu mojej szkoły i rzuca wyniośle: "I ty niby jesteś księżniczką?".
Zdaję sobie sprawę, że przy wzroście metr siedemdziesiąt pięć, bez widocznego biustu, z wielkimi stopami i włosami, które okalają czaszkę niczym wacik na patyczku do uszu, jestem największym dziwolągiem w męskim liceum imienia Alberta Einsteina (koedukacyjnym od mniej więcej 1975 roku). Ale nie życzę sobie, aby przypominały mi o tym dziewczęta, które nawet nie zadały sobie trudu, by dostrzec, że pod fasadą mutanta bije serce istoty, która dąży do samorealizacji, tak jak wszyscy ludzie na świecie.
Zresztą mam w nosie, co myśli o mnie siostrzenica pana Gianiniego. Ona nosi spódnicę z końskiej skóry. I to wcale nie sztucznej. Musi wiedzieć, że jakiś koń musiał umrzeć, żeby mogła mieć tę spódnicę, lecz najwyraźniej nic jej to nie obchodzi.
Właśnie wyjęła komórkę i wyszła na taras w poszukiwaniu najlepszego zasięgu (nieważne, że temperatura jest na minusie, pewnie spódnica ją grzeje). Gada przez telefon, zerka na mnie przez szybę i się śmieje.
Nathan - który włożył workowate spodnie i prócz tony złotej biżuterii ma również pager - pyta dziadka, czy może zmienić kanał, dlatego zamiast tradycyjnych świątecznych programów, takich jak mecze lub maraton filmowy Lifetime Channel, jesteśmy zmuszeni oglądać MTV2. Nathan zna wszystkie piosenki i śpiewa razem z wykonawcami. W większości występują brzydkie słowa, zagłuszane jednostajnym sygnałem dźwiękowym, ale Nathan i tak śpiewa je na głos.
13.00 Podano obiad. Siadamy do stołu.
13.15 Kończymy jeść.
13.20 Pomagam pani Gianini posprzątać. Mówi, żebym się nie wygłupiała i poszła "poplotkować" z Claire.
To przerażające, jak bardzo starsi ludzie bywają bezmyślni.
Zamiast poplotkować z Claire, nie ruszam się z miejsca i mówię pani Gianini, jak to fajnie jest mieszkać z jej synem. Pan G. lubi pomagać w domu, wyręcza mnie nawet w sprzątaniu łazienek. Że nie wspomnę o trzydziestosześciocalowym telewizorze, automacie do gry i stole do piłkarzyków, które pojawiły się wraz z nim.
Widzę, że słucha mnie z przyjemnością. Starsi ludzie lubią wysłuchiwać, jak ktoś wychwala ich dzieci, nawet jeśli te dobiegają czterdziestki, jak pan Gianini.
15.00 Musimy wyjść, żeby zdążyć przed popołudniowymi korkami. Żegnam się ze wszystkimi. Claire nie odpowiada, ale Nathan owszem. Radzi, żebym pozostała sobą. Pani Gianini daje nam mnóstwo indyka z obiadu. Dziękuję jej, chociaż jako wegetarianka nie jadam indyka.
18.30 W końcu docieramy do miasta po spędzeniu trzech i pół godziny w korku na drodze szybkiego ruchu. Szybkiego, dobre sobie.
Ledwo mam czas przebrać się w długą do ziemi, błękitną suknię od Armaniego oraz baleriny, gdy limuzyna trąbi na dole i zjawia się Lars, mój ochroniarz, aby zawieźć mnie na drugi świąteczny obiad.
19.30 Przyjeżdżamy do hotelu Plaza, gdzie wita mnie konsjerż i anonsuje moje przybycie tłumom zebranym w Palmiarni.
"Jej wysokość księżniczka Amelia Mignonette Grimaldi Thermopolis Renaldo".
Jakby nie mógł powiedzieć po prostu "Mia".
Mój ojciec, książę Genowii, oraz jego matka, księżna wdowa, wynajęli Palmiarnię na cały wieczór, aby wydać bankiet dla wszystkich znajomych. Wbrew moim sprzeciwom tata i grand-m?re nie chcą wyjechać z Nowego Jorku, póki nie dowiem się wszystkiego o byciu księżniczką... lub do czasu, aż zostanę oficjalnie przedstawiona Genowiańczykom w przeddzień świąt Bożego Narodzenia, cokolwiek nastąpi jako pierwsze. Zapewniałam, że przecież nie pojawię się w zamku i nie zacznę rzucać oliwkami w damy dworu ani drapać się pod pachami. Mam czternaście lat, umiem się zachować, na litość boską.
Lecz oni w to nie wierzą, przynajmniej grand-m?re, więc nadal udziela mi codziennych lekcji etykiety. Lilly kontaktowała się ostatnio z ONZ, aby sprawdzić, czy te lekcje nie są aby łamaniem praw człowieka. Uważa, że to bezprawie: godzinami uczyć nieletnią przechylania talerza - "Zawsze, zawsze od siebie, Amelio!" - aby wyskrobać resztki zupy z homara. ONZ nie wykazało zrozumienia dla mojej sytuacji.
Grand-m?re wpadła na pomysł, aby wydać "staroświecki" obiad z okazji Święta Dziękczynienia, czyli podać małże w sosie z białego wina, gołąbki faszerowane gęsimi wątróbkami, ogony homarów, a także irański kawior, powszechnie niedostępny z powodu embarga. Zaprosiła dwustu najbliższych przyjaciół oraz cesarza Japonii z małżonką, bo akurat przyjechali do miasta na światowy szczyt handlowy.
I dlatego musiałam włożyć baleriny. Zdaniem grand-m?re to nietakt być wyższym od cesarza.
20.00-23.00 Podczas posiłku prowadzę uprzejmą rozmowę z cesarzową. Podobnie jak ja, była kiedyś zwyczajnym człowiekiem, aż któregoś dnia wyszła za cesarza i otrzymała tytuł cesarski. Oczywiście ja urodziłam się księżniczką, tylko nie miałam o tym pojęcia aż do września, kiedy to okazało się, że tata nie może mieć więcej dzieci. Poddano go chemioterapii z powodu nowotworu jądra i stał się bezpłodny. Wtedy musiał przyznać, że w istocie jest księciem i tak dalej, i chociaż jestem "nieślubna", bo rodzice nigdy się nie pobrali, zostałam jego jedyną spadkobierczynią.
I choć Genowia jest bardzo małym krajem (pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców) wciśniętym w górskie stoki u wybrzeża Morza Śródziemnego między Włochami a Francją, bycie genowiańską księżniczką to nie przelewki.
Ale chyba za mało, żeby płacić mi więcej niż dziesięć dolarów tygodniowo kieszonkowego, chociaż muszę mieć ochroniarza, który chodzi za mną krok w krok, na wypadek gdyby terrorysta z kucykiem i w czarnych skórzanych spodniach postanowił mnie porwać.
Cesarzowa coś o tym wie - znaczy jaka to męczarnia z dnia na dzień z szarej myszki przeobrazić się w osobę z pierwszych stron gazet. Udzieliła mi nawet pewnej rady: żebym zawsze sprawdzała, czy mam zawiązane kimono, zanim podniosę rękę, aby pomachać do poddanych.
Podziękowałam jej, chociaż nie posiadam kimona.
23.30 Jestem tak wykończona z powodu wczesnej pobudki w celu wyjazdu na Long Island, że dwukrotnie ziewnęłam cesarzowej prosto w nos. Usiłowałam tłumić ziewnięcia, tak jak uczyła mnie grand-m?re, zwierając szczęki i nie otwierając ust, ale oczy zaczynały mi łzawić, a reszta twarzy się napinała, jakbym wpadała w czarną dziurę. Grand-m?re łypie na mnie znad sałatki z gruszką i orzechami włoskimi, ale to na nic. Nawet jej złe spojrzenie nie odpędza senności.
Wreszcie ojciec to zauważa i udziela mi książęcej dyspensy od deseru. Lars odwozi mnie do domu. Grand-m?re okazuje niezadowolenie, ponieważ wychodzę przed podaniem serów.
Lepsze to niż wylądować z nosem w półmisku fromage bleu. Wiem, że grand-m?re prędzej czy później się zemści, niewątpliwie każąc mi wykuć na pamięć imiona wszystkich członków szwedzkiej rodziny królewskiej albo wymyślając coś jeszcze podlejszego.
Grand-m?re zawsze dostaje to, czego chce.
Północ. Po długim i wyczerpującym dniu dziękczynień pod adresem ojców narodu, tych zakłamanych ludobójców znanych jako pielgrzymi, nareszcie się kładę.
I tak wyglądało Święto Dziękczynienia Mii Thermopolis.