Ludmir, Wiktor.
(Obydwaj w dreliszkowych szpencerach, słomianych kapeluszach,
tłómoczki na plecach. - Ludmir wchodzi na scenę, oglądając się na
wszystkie strony)
Wiktor
(za sceną).
Dokąd! dokąd! ja dalej nie idę.
Ludmir.
Jeszcze tylko kilka kroków, panie kolego - dwadzieścia nie
więcéj. Tu, pod to drzewo. - Patrz co za boskie miejsce do
spoczynku: chłód, trawnik, strumyk szemrzący....
Wiktor
(wchodząc kulejąc z tłómoczkiem w ręku).
Chmury! góry! księżyc! gwiazdy! wszystko razem w twojej głowie.(rzucając kapelusz i
tłómoczek pod drzewo) Dobrze mi tak! - Bardzo,
bardzo dobrze. - Po kiego diabła mnie było wdawać się z poetą! Z
tym szalonym człowiekiem!
(kładzie się na ziemi koło tłómoczka, Ludmir chodzi nucąc)
Kto dobrze wiersze pisze, myślałem że i dobrze w głowie mieć musi -
ale gdzie tam! co inszego papier, co inszego świat.
(po krótkiém milczeniu) Śpiewaj sobie, śpiewaj!
Ludmir.
Cóż mam robić?
Wiktor.
Nie słyszałeś com mówił?
Ludmir.
Słyszałem.
Wiktor.
Ja to do ciebie mówiłem.
Ludmir.
Wiem.
Wiktor.
Przeklęta flegma!
Ludmir.
Nie flegma, ale cierpliwość - Spocony napiłeś się nieostrożnie
zimnej wody i paraliż tknął twój rozum, ale ja zaczekam: mam
nadzieję że wróci do zdrowia.
Wiktor
(zrywając się, siada).
Ja rozum straciłem? ja? - A to mi się podoba.
Ludmir.
Chwała Bogu, że ci się coś przecie podoba.
Wiktor.
Ale pewnie nie to, że ubrany jak na redutą, włóczę się od wsi
do wsi - ,,
[1]
Ale na rozum nigdy zapóźno, rób więc sobie co chcesz, a ja
wiem co zrobię.
Ludmir.
Naprzykład?
Wiktor.
Pójdę, najmę wózek...
Ludmir.
Z końmi, czy bez koni?
Wiktor.
Z końmi, czy osłami - najmę do pierwszéj poczty, a ztamtąd
pocztą wracam do domu.
Ludmir.
A potém?
Wiktor
(coraz niecierpliwiéj).
A potem wielkiemi literami napiszę...
Ludmir.
Wyrysuj lepiej, bo piszesz nie tęgo, a rysujesz ładnie.
Wiktor.
Więc wyrysuję, wyrysuję łokciowemi literami...
Ludmir.
Gotyckiemi zapewne, z różnemi....
Wiktor.
Jakiemibądź, nieznośny i przeklęty poeto - ale jak
najwyraźniejszemi: że szalony i jeszcze raz szalony, kto się wdaje
ze stworzeniami nazwanemi poety.
Ludmir.
A ten łokciowy.... wszak łokciowy?
Wiktor.
Sążniowy.
Ludmir.
Sążniowy, wyrysowany napis?
Wiktor.
Zostanie dla dzieci, wnuków, prawnuków.
Ludmir.
Więc chcesz się żenić?
Wiktor.
Być może.
Ludmir.
Bo przecie nie zechcesz mieć wnuków, prawnuków...
Wiktor.
Koniec końców, wracam do mojego cichego pokoiku, do moich
obrazów, do moich ołówków.
Ludmir
(śpiewa).
Niemądry, kto śród drogi
Z przestrachu traci męztwo...
Wiktor.
Powiedz mi: po co ja się włócze za tobą?
Ludmir.
Twoja teka napełniona rysunkami za mnie odpowie.
Wiktor
(z przesadą).
Chodź ze mną Wiktorze - udamy się w odłogiem leżącą krainę -
tam pierwotną naturę śledzić będziemy. - Zamki na śnieżnych
szczytach Karpat, nieme świadki przeszłości - skały zwieszone, co
chwila od wieków grożące upadkiem - potoki rwące, czarne świerki i
kwieciste róże razem - do nowych dzieł natchną nas obu. Tam dalecy
od świata... Ale gdzie ja mogę sobie przypomnieć te wszystkie
słowa, któremi dnie całe jak Syrena...
Ludmir.
Tylko nie z Dniestru, bardzo proszę.
Wiktor.
Jak Syrena więc z Pełtewy, nęciłeś mnie do tej nieszczęsnej
podróży. - I zamiast zamków, skał, potoków, jakiejś dzikiej,
okropnej i zachwycającej razem natury, której nawet wyobrażenia
mieć nie mogłem - włóczymy się od karczmy do karczmy. Tam podparty
na ręku, słuchasz godzinami całemi rozmowy chłopów, żydów, furmanów
i każesz mi rysować jakiegoś pijanego mularza, rachującego żyda,
rozprawiającego organistę.
Ludmir.
Ach, organista, organista! ten wart miliona, ten cię
unieśmiertelni - udał ci się doskonale - tylko trzeba abyś go
trochę poprawił - podbródek za duży. Wyborny, wyborny organista!
pokażno go.
Wiktor.
Daj mi święty pokój! - Wolisz ty pokazać salceson i wino.
Ludmir.
Aha! otóż i słowo zagadki - pan głodny - pan złego humoru.
Zaraz panu służyć będę!
(dostając) Ale to jednak zakała dla sztuk pięknych, że wy,
penzlowi i ołówkowi panowie tak jesteście chciwi tego materyalnego
pokarmu.
Wiktor.
A wy, kałamarzowi i piórowi tylko powietrzem żyjecie! tylko
natchnieniem Muzy! Uderz więc w złoty bardon - wznieś pieśni
wieszcze - niech kamyki tańcują - drzewa płaczą - a ja tymczasem
jeść będę,
(czas jakiś milczenie) Powiedz mi, mój kochany Ludmirze...
Ludmir.
Oho! kochany Ludmirze - salceson skutkował.
Wiktor.
Żart na stronę - powiedz mi, czego ty się dobrego spodziewasz w
twoich brudnych karczmach? czego ty szukasz między prostym ludem?
Ludmir.
Prostego rozumu.
Wiktor.
Piękny rozum! piją i po pijanemu bają.
Ludmir.
Jedz jeszcze, jedz, kochany Wiktorze, bo z twojej uwagi
miarkuję, żeś jeszcze diable głodny. - Każdy nasz spoczynek, każdy
nocleg w karczmie, niebyłże godnym opisania?
Wiktor.
Szkoda pióra.
Ludmir.
Ach, kiedy też już zejdziemy z tych woskowanych posadzek, na
których ciągle kręcimy się i kręcimy aż do nudzącego zawrotu głowy.
- Znajdziesz, bądź pewny, między prostym ludem: rozsądek, dowcip,
przenikliwość, przebiegłość, lecz inaczej wyrażone; może za ostro,
ale za to lepiej. Tam wszystko właściwe nosi nazwisko: kmotr zowie
się kmotrem, a łotr łotrem - tam w każdym wyrazie jest myśl, dobra
czy zła, ale jest. Nie tak jak w naszych salonach: kwiaty na kwiaty
sypią, a dmuchnij, niema nic, zupełnie nic. Dlatego też i my
autorowie wolimy trzymać się kwiecistych nicości - łatwiej stroić
niż tworzyć. - Ty wina pić nie będziesz?
Wiktor.
Dla czego nie będę pić?
Ludmir
(wypiwszy).
Myślałem że nie będziesz dla złego humoru; nic tak nie szkodzi,
jak wino na żółć wzburzoną.
Wiktor.
Dolejże.
Ludmir.
Jak te Van-Dyki piją! - Oddaj że mi szklaneczkę.
Wiktor.
Dopieroś wypił.
Ludmir.
Otóż... coś miałem mówić...
(pije) Razem wydamy opis naszej podróży; do każdego
rozdziału ty dołączysz rycinę.
Wiktor
(zrywając się).
Otóżto! to rzecz cała! - Chciał rycin do swoich baśni i pokazał
mi gruszki na wierzbie. A ja, ja głupi dałem się uwieść jakiemiś
zamkami.
Ludmir.
Po części prawda.., ale i W Karpatach będziemy.
Wiktor.
Jakbym tam już był.
Ludmir.
Może nam się uda spotkać Szandora.
Wiktor.
Jakiego Szandora? Co za Szandora?
Ludmir.
No Szandora, romantycznego herszta rozbójników, o którym
rozpowiadają cuda złego i dobrego razem, a którego nikt jeszcze
dotąd nie widział.
Wiktor.
Nie jestem ciekawy poznać pana Szandora.
Ludmir.
Przekonasz się, że jest mnóstwo najpiękniejszych widoków,
godnych twojego penzla.
Wiktor.
I mnie było być tak ślepym! mnie było jemu wierzyć! mnie o
głodzie i chłodzie włóczyć się dla jego rycin.
Ludmir
(z udanem zachwyceniem).
Patrz, i tu, nie boskiże to widok? ten dom w kwiatach - ta
rzeka - drzewa - dalej, wioska - w głębi, sine Karpaty.
Wiktor.
W samej rzeczy - piękny widok - i światło jak ładnie pada na te
świerki.
Ludmir
(klękając).
Mam ci służyć za stolik. Połóż tekę na mojej głowie.
Wiktor
(chwyta tłómoczek a potém rzuca).
Nie, nie - znowu mnie chcesz zbałamucić.
Ludmir
(z udanem zachwyceniem).
To światło! to światło! A ten cień! ach, jestem w zachwyceniu.
Wiktor.
A ja nie. I rób co chcesz, ja wracam do domu.
Ludmir
(prosząc).
Wiktorze zostań!
Wiktor.
Nie mogę.
Ludmir.
Wiktorku!
Wiktor.
Ledwie postąpić zdołam.
Ludmir.
Wiktoreczku! Van-Dyku! Rubensie!
Wiktor.
Daremne gadanie.
Ludmir
(wstając).
Niechże cię kaci porwą, przeklęty bazgraczu! Ale przynajmniej
przyrzekasz, że zastanę rysunki wykończone?
Wiktor.
Ja bazgracz.
Ludmir.
Nie, nie. Ty wiesz, że jesteś mój Van-Dyk, Salvator Rosa.
Wiktor.
Van-Dyk i Salvator Rosa - co ten plecie!
Ludmir.
Będą rysunki?
Wiktor.
Będą, będą. - Adieu!
Ludmir.
Bywajże zdrów, najupartszy człowieku, jakiego kiedy Bogowie na
ten padół płaczu w nieprzebłaganym gniewie wyrzucili.
Wiktor
(odchodząc).
Dobrze, doorze.
Ludmir
(wołając za nim).
A organiście popraw podbródek. Pamiętaj.
Wiktor
(za sceną).
Pamiętam, pamiętam.