Moje pierwsze lata 1734-1746
Miłośniku Prawdy! Czytaj mnie bez obawy! Nie zwiodę cię pięknymi słowy ani nie oszukam, przekręcając fakty. Dosyć już mam pisania powieści, w których prawdziwość fundamentu nie wykluczała fantazjowania. Spragniony jestem najczystszej prawdy i daję ci ją, albowiem ona i tylko ona może uczynić to dzieło pożytecznym.
*
1734
Światło dzienne ujrzałem w roku 1734, dnia 22 listopada3, w wiosce Sacy, po łacinie Saxiacus, od saxum (skała), jak mówił wielebny Antoni Foudriat, miejscowy proboszcz. W istocie, cały mój kraj rodzinny, aż po granice jurydyki, poutykany jest wapiennymi kamieniami, które pług zdziera przy orce, bo rodzajna ziemia ma tu zaledwie dwa albo trzy cale grubościA.
Mój ojciec żenił się dwukrotnie: wpierw z Marią Dond?ne, która dała mu siedmioro dzieci4, potem z Barbarą Ferlet de Bertrô. Z nią miał także siedmioro dzieci, z których ja jestem pierwszym. Do chrztu trzymali mnie Edme Mikołaj, najstarszy syn z pierwszego łoża, w zastępstwie Mikołaja Ferleta, dziadka po kądzieli, i Anna, najstarsza z całego rodzeństwa, w zastępstwie i imieniu Anny Małgorzaty Simon, babki nieboszczki ze strony ojca5. Staruszek nie mógł przybyć do Sacy z powodu niepogody. Nadano mi imiona Mikołaj, Anna, Edme6, ojciec chciał, by jego imię było ostanie. Spisując akt, Jakub Bérault, nauczyciel, opuścił imię Anna, którego już nie nadpisano, ale które wymieniono w formule chrztu podczas ceremonii. Ojciec zdecydował, że wszyscy mają nazywać mnie Mikołajem. To bardzo piękne imię, złożone z dwóch słów greckich nike (zwycięstwo) i laos (lud). Znaczy zatem "zwycięzca" albo "rządca ludów".
Matka łączyła w sobie po równo bystrość umysłu, dobroć serca i piękno ciała. Choć blondynka, była żywa aż do swawoli. Ale potrafiła się powściągnąć, być usłużną i uległą bez reszty. Ojciec też pracował nad sobą, był popędliwy, a zachowywał się jak uosobiona łagodność. Ale w pracy i innych użytecznych zajęciach był prędki i gorliwy. Tak więc ukształtowany zostałem w trzech czwartych z ognia i tylko w jednej czwartej z innych żywiołów. Można tak przynajmniej sądzić po sile uczuć: miłości, odwagi, strachu, niecierpliwości, złości, oburzenia, zapału, współczucia, które wszystkie przejawiały się u mnie z niepojętą wprost energią. Z pewnością poczęto mnie w gorącym uścisku, który dał fundament mojemu usposobieniu. Gdyby uściskowi towarzyszyły niecne skłonności, byłbym potworem. Przyrodzona mi zacność jest dowodem czystości rodzicielskich serc... Moją krew i charakter rozpaliła jeszcze mamka, najbardziej temperamentna kobieta w okolicy (bo matka nie mogła sama mnie karmić, ojciec jej nie pozwolił i z pewnością miał po temu powody). Poczciwa Lolive, z męża Lemoine, przyjmując mnie, odstawiła od piersi swoją, dość już silną Anusię. Ale, niestety, nie mogła się uchronić przed poskramianym od półtora roku pożądaniem męża. Kiedy miałem sześć miesięcy, musiano mnie odstawić... Osłabiło to moją kompleksję, ale do mamki nie mam żalu; zawsze tak czule mnie kochała, że byłbym niewdzięcznikiem, odmawiając jej należnego mlecznej matce szacunku!
W pierwszym roku życia zaniesiono mnie na pasterkę. Był to pomysł moich zabobonnych sióstr, które chciały mi w ten sposób zapewnić bezpośrednią opiekę Dzieciątka Jezus. Miały najlepsze intencje, bardzo mnie bowiem kochały dla mojej urodyB.
1735
Miałem dziewięć miesięcy, kiedy zaniesiono mnie do pana Colleta, przyjaciela mego ojca i notariusza w Vermenton. Było to w pierwszą niedzielę po odpuście w tym miasteczku, który wypada w połowie sierpnia. Opowiadano, że dwie małe dziewczynki, pięcio- i trzyipółletnia, pokłóciły się wówczas o to, która zostanie moją żonąC. Później poznałem ich nazwiska. Wielka to osobliwość! Nie zostałem mężem żadnej z nich, lecz uwielbiałem obie!
1736
Moje pierwsze zapamiętane dziecięce przeżycie pochodzi z czasów, kiedy kończyłem dwa lata. Czekając nago, aż ktoś mnie ubierze, niecierpliwiłem się i w końcu wyładowałem złość na lustrze, w którym moja siostra Margot pokazała mi mą wykrzywioną buzię. Stłukłem je trzonkiem stołowego noża. Liczne pęknięcia uczyniły obraz buzi jeszcze brzydszym, a pojedyncze szybki, mnożąc odbijane przedmioty, stworzyły wrażenie wielu światów! Na ten widok łzy przestały mi płynąć. Zaznałem pierwszego w życiu zdumienia, pierwszego zachwytu; zrodziła się we mnie pierwsza myśl... Nie ukarano mnie. Matka opłakała jedynie swoje ostatnie lustro toaletowe8...
1737
Drugie przeżycie jest późniejsze o pół roku. Moją siostrę i chrzestną matkę wydano właśnie za mąż do Vermenton. Kiedy nas opuszczała, aby zamieszkać razem z mężem, odprowadziliśmy ją aż do MłynicyD. Mnie niesiono na rękach. Nazajutrz, gdy tylko zostawiono mnie samego, skorzystałem z okazji i puściłem się znowu w tamtym kierunku. Szedłem i szedłem... Koło Côtes-des-Prés, już całkiem blisko Młynicy, spotkałem poczciwą Klaudynę Sirop, wieśniaczkę z Sacy. Ujrzawszy na drodze samotne dziecko, które ledwo umiało chodzić, pomyślała, że któraś z sióstr musi być w naszej winnicy. Zaczęła wołać. A ponieważ nikt nie odpowiadał, podeszła do mnie i zapytała:
- A dokąd to pan Mikołaj się wybiera?
- Idę do Vermenton odwiedzić moją siostrę Annę u jej męża, który ją uściskał.
- Sam jeden idziesz, skarbiku?
- Tak.
- Wracaj ze mną, kurczaczku, bo jeszcze jaki wóz cię przejedzie! - Chwyciła mnie za rękę i chciała zawrócić. Szamotałem się i krzyczałem:
- Zaprowadź mnie do Vermenton! - ale musiałem ulec dłoni silniejszej niż moja.
Kuma Sirop, żeby mnie uspokoić, wsadziła mnie do kosza na plecach i poniosła. Złorzeczyłem jej i zamyśliłem poskarżyć się rodzicom, że mnie zbiła. Kiedy przyszliśmy do domu, opowiedziała o moim wyczynie. Serdecznie jej dziękowano. Ale ja nazwałem ją czarownicą i wytoczyłem swoje oskarżenie. (Nieprawy już jako dziecko! Mści się z premedytacją! Szczęśliwie, od tego czasu inna namiętność stłumiła we mnie mściwość!).
- Naprawdę cię zbiłam, skarbiku?
I zaraz nazwano mnie kłamczuchem. To była straszna kara! Odwracałem wzrok, nie śmiąc spojrzeć oskarżonej w oczy, płakałem i udawałem rozpieszczone dziecko, które skarży się, że je zbito, kiedy tylko przywołano je do porządku... Ta przygoda, dzięki rozsądkowi rodziców, zniechęciła mnie do obmowy.
1738
Przypominam sobie, że pochwały mojej buzi mile mnie łechtały, ale też ceniłem je sobie w proporcji do wdzięków chwalącej osoby, szczególnie jeśli była to młoda dziewczyna. Od najwcześniejszego dzieciństwa instynkt ciągnął mnie ku płci przeciwnej, ale kobiety zamężne i domowa krzątanina raczej mnie odpychały!... Najbardziej podobały mi się wtedy dziewczęta, których policzki miały kolor róży. Tomasz Piôt, który razem z moim ojcem pobierał od włościan podatki na rzecz biskupa i kapituły w Auxerre (za dawnego reżimu), miał cztery córki, już dorosłe panny. Druga z nich, MarysiaE, miała piękne rumieńce. Magda, trzecia z kolei, była bielutka i pulchniutka. Anetka, najmłodsza, była zwyczajnie ładna. Najbardziej podobała mi się Marysia, bo miała piękną bagazjową chusteczkę w czerwone bukieciki, które podkreślały żywość jej cery. Kilka lat później wolałbym na pewno Magdę. W wieku męskim goniłem za kobietami suchymi i chudymi, takimi jak Agata, najstarsza z czterech sióstr.... Ale wróćmy do różanej Marysi Piôt.
W niedzielne popołudnia, zaraz po obiedzie, wymykałem się do niej, nie tyle dla łakoci, którymi mnie karmiła, ile dla jej gorących pieszczot, i żeby zaniosła mnie na ręku na nieszpory. Uważam za swój obowiązek wyliczyć tutaj pieszczoty Marysi, które zaszkodziły nie tylko moim obyczajom, ale także mojemu zdrowiu, bowiem ich wspomnienie wielce pobudzało mą zapalną wyobraźnię, a nie miałem jeszcze mocy jej studzenia. Marysia całowała mnie w policzki i w usta, bo usta zawsze miałem apetyczne. Potem, w zupełnej niewinności, wsuwała dłoń pod moją koszulkę i z lubością poklepywała mnie i łaskotała. Wreszcie posuwała się jeszcze dalej... i później dosłownie zjadała mnie pocałunkamiF... Powtarzam jeszcze raz: Marysia była tak samo niewinna jak ja, ale ulegała ślepemu pociągowi. Widząc sympatię, jaką darzyły mnie jej siostry i inne dziewczęta, taka była dumna z pierwszeństwa, którym się u mnie cieszyła, że jej sympatia przeszła w namiętność. Moja delikatna, dziewczęca buzia wzbudzała zachwyt w okolicy, gdzie krew jest zepsuta przez błotniste wyziewy, którymi oddychano tam do niedawna. Byłem dla wszystkich fenomenem! Kiedy Marysia niosła mnie do kościoła, otaczały ją najładniejsze dziewczęta ze wsi i wszystkie po kolei mnie całowały. Pamiętam mniej więcej, co przy takiej okazji powiedział jej raz do ucha pewien chłopak: "Majisiu... Kiedym zoczył, jak całujesz tego małego, tom se pomyślał, że bedziesz dobro matko i żono. Pewno chcesz mieć takieguśkiego synka? Ja też chce, byś go miała, i żeby to ja ci go zrobił!..." - Marysia spłonęła rumieńcem i spuściła wzrok, ale po chwili podniosła go znowu i patrzyła za Jasiem Nôlin, dopóki nie zniknął jej z oczu. Niebawem ją poślubił, a ja byłem na ich weselu.
Czwarte przeżycie, z tego samego roku, raz jeszcze pokazuje, jak groźny jest dla dzieci widok czułości małżeńskich, nawet w wieku zupełnej niewinności, kiedy niczego z nich nie pojmują. Pewnego dnia byłem u sąsiada, niejakiego Cornevina, który ożenił się niedawno z Anetką B?lin, całkiem ładną dziewczyną. Zajmowali niewielki domek, wynajęty od mojego ojca. Mąż sposobił tyczki do wina i po zacięciu każdej sztuki podchodził do żony, całował ją i świadczył inne czułości, które budziły we mnie naiwne zdumienie. Moja mina musiała się Anetce wydawać bardzo zabawna, bo za każdym razem, kiedy mąż ją pieścił, patrząc na mnie, wybuchała śmiechem. Śmiałem się z tego śmiechu, co jeszcze potęgowało jej rozbawienie. Mąż mówił jej jakieś dziwne rzeczy, które mi się nie spodobały, sądzę, że przez swój bezwstyd, ale może nawet bardziej przez naturalną samczą zazdrość, która u ludzi nierzadko pojawia się przed osiągnięciem wiadomej zdolności. Nienawiść, którą wzniecił wtedy we mnie Cornevin, trwa do dziś. Wyszedłem od nich rozgniewany na widok jakiegoś wyuzdanego karesu. Śmiech młodej kobiety był czarujący! Ale mężczyzna był tak brzydki, że zupełnie nie pojmowałem, jak Anetka może tolerować jego pieszczoty, a nawet mu je oddawać. Obrazy tych lubieżnych scen nigdy się nie zatarły, a w dzieciństwie zgubnie wpływały na moje ledwo rozwinięte zmysły, szczególnie po drugim przedstawieniu, które odegrali dla mnie w stodole Tomasz Carré ze swoją narzeczoną, córką Miluśki (nazywanej tak przez antyfrazę). Widziałem cały akt, nic z niego wtedy nie rozumiejąc, ale to był wstęp do moich przygód z Nannette Rameau i z Małgorzatką Miné.
Piąte przeżycie mojego najwcześniejszego dzieciństwa jest innego rodzaju, wiąże się z małym oszustwem, którego się dopuściłem, żeby dostać nagrodę obiecaną za noc bez moczenia. Sypiałem w ojcowskiej sypialni, między dwiema szafami, pod dużym ośmiokątnym obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Obudziły mnie, podczas moczenia, głosy parobków najętych do młocki, którzy przyszli po światło. Przybity przykrą i upokarzającą słabością, wpadłem na pomysł, żeby wysuszyć pościel własnym ciepłem; do świtu wydawało się jeszcze daleko!... I udało mi się. Kiedy rano wstałem, obsypano mnie pochwałami. Przyjmowałem je skromnie, nie ośmielając się wspomnieć, że za zasługę należy mi się nagroda! Zrobiła to za mnie jedna z sióstr. Dostałem galaretki porzeczkowej, za którą przepadałem. Wziąłem do ręki tartynkę, ale przypomniałem sobie, że Matka Boska zawsze płacze, kiedy skłamię, spojrzałem więc na obraz i przywidziało mi się, że widzę na nim łzy! Wyjąłem z ust nadgryzioną tartynkę i podałem ją Margot. Odmówiła. Wszyscy się dziwią, patrzą czym nie chory, wypytują. Czerwienię się, spuszczam oczy, pokazuję na obraz: "Ona płacze!" - mówię, szlochającH. Matka zrozumiała, uścisnęła mnie i kazała zjeść tartynkę w nagrodę za to, że się przyznałem. Ale moja naiwność miała niefortunne następstwo. Siostry się ze mnie śmiały, były jakieś szepty. Słuch miałem świetny! Usłyszałem, jak któraś mówi do Margot, prawie tak łatwowiernej jak ja: "Pomyśl tylko, czyż malowane płótno może płakać?". - Pojąłem ze spojrzenia, że malowane płótno to była Matka Boska. Przyglądałem się jej później dokładnie, kiedy siostry mówiły, że płacze albo że się śmieje, i stwierdzałem, że to nieprawda. W ten sposób, zanim jeszcze zacząłem myśleć, straciłem wiarę. A przecież moje przekonanie o cudownych właściwościach obrazu było oparte na faktach! Zanim usłyszałem zdanie o malowanym płótnie, widziałem, jak obraz płakał po każdym moim kłamstwie. Później fakty mówiły co innego: Matka Boska miała suche oczy, choć kłamałem jak najęty... Gdyby wstręt do kłamstwa, który chciano mi wszczepić, oparto na innej zasadzie, skutek nie byłby tak szybki, ale trwalszy.
Przyczyną nadmiernego strachu, jaki budzą we mnie psy (strachu tak żywego, że na widok psa zawsze zaczynam drżeć), jest moje szóste dziecięce przeżycie. Bawiłem się przed stodołą z naszym brytanem Jupiterem (którego imię moje przyrodnie siostry wymawiają, rozczulone, jednym tchem z imieniem parobka Grzegorza) i chyba go uraziłem, turlając się z nim na słomie, bo ugryzł mnie mocno w łydkę, odsłoniętą przez przykrótką pończochę. W tejże samej chwili na nasze podwórze wpadł wściekły pies, uciekając przed goniącą go gromadą, i schował się za wielki dzięcior na kurczęta. Na odgłos krzyków z domu wyszedł ojciec z fuzją, wymierzył i zastrzelił chore zwierzę. Przerażony, krzyknąłem! Podbiegają do mnie... Jestem zakrwawiony!... Ojciec blednie!... Obejrzał mnie dokładnie, rana na nodze nie mogła mu się spodobać. Zjawia się cyrulik. Wystawcie sobie przerażenie wszystkich: oświadcza, że jestem pogryziony przez psa! Miano mnie już za straconego, ale zaczęto się dopytywać. "To ten zdrajca mnie ugryzł" - powiedziałem, wskazując na Jupitera, którego uważałem za kolegę. Kiedy opowiedziałem o wszystkim, matka i ojciec nabrali trochę otuchy. Pies dostał jeść i pić, a potem go zamknięto, żeby zobaczyć, co będzie dalej. Utył. Czułem wokół siebie niepokój, patrzyłem na uwięzionego Jupitera i słyszałem, jak dyskutowano, czy się wścieknie, czy nie. Pamiętałem wielkiego czarnego psa tarzającego się we krwi, pamiętałem przerażenie na wszystkich twarzach. Te obrazy i wyjaśnienia cyrulika, które rozumiałem o wiele lepiej, niż sądzono, musiały głęboko odcisnąć się w moim mózgu!I
Mój strach na widok psa i moje nocne lęki miały to samo źródło: silne poruszenie wyobraźni. Szczególnie w nocy, kiedy nie zajmował jej świat widzialny, moja wyobraźnia robiła się pobudliwa i zapalna, stawiała mi przed oczyma przeraźliwe ruchome obrazy, zamieniając w udrękę to, co miało być odpoczynkiem. Drugą przyczyną tej ostatniej przypadłości były wszczepione zbyt wcześnie pojęcia religijne. Jak tylko gasło światło, otaczały mnie szpetne rogate postacie, ohydnie się do mnie wykrzywiające! Krzyczałem ze strachu i budziłem matkę:
- Co ci to, Mikołaju?
- Boję się!
- Dziwne jest to dziecko - mówił ojciec - czarna wrona je zabierze!
- Ja też bałam się ciemności, kiedy byłam mała - odpowiadała matkaJ.
Słuchałem tego wszystkiego i same ich głosy mnie uspokajały. Widziałem wtedy procesje, księży w ozdobnych pluwiałach, a diabły uciekały. Lubiłem te święte wizje... Przypuszczam, że starsze siostry, a przede wszystkim Margot, młoda jeszcze i głupia, opowiadały mi historie o diabłach albo opowiadały je sobie w mojej obecności. Nie pamiętam jednak żadnej, chociaż pamiętam sny, które były jakby ich odbiciem. Dowodzi to, że kształtują nas także wrażenia, które odbieramy, zanim rozum się rozwinie.
Przypominam sobie, że w owym czasie moje zaufanie do kobiet i dziewcząt nie miało granic. Uważałem je za jedyne istoty dobre, współczujące, niezdolne mnie oszukać ani wyszydzić, a ironia była figurą retoryczną, którą nieuchronnie doprowadzano mnie do wściekłościK. Jednym słowem, uważałem kobiety za zacne stworzenia, które w żadnym wypadku nie zrobią mi nic złego, są natomiast skłonne świadczyć mi wszelkie dobro w granicach swych możliwości. O mężczyznach, wyjąwszy ojca, miałem wręcz przeciwną opinię. Uważałem ich za stworzenia oschłe, surowe, złośliwe i złe: przerażali mnie, bałem się ich i uciekałem przed nimi w strachu prawie jak przed psem. Jaki był tego powód? W ich obecności przybierałem poważną minę, uważali mnie więc za rozsądnego chłopca i niczego nie puszczali mi płazem. Odosobnienie sadyby La Bretonne sprawiło później, że zrobiłem się dziki jak kocięta wychowane na odludziu. Duma i świadomość własnej niemocy jeszcze bardziej odsunęły mnie od mężczyzn. Wreszcie moi dwaj starsi bracia, wówczas klerycy, odstraszali mnie swoją jansenistyczną surowością.
1739
Przypominam sobie, że w piątym roku życia zobaczyłem u rodziców dziadka po kądzieli, Mikołaja Ferleta. Bardzo mi wówczas dokuczała kolka; w trakcie jednego z gwałtownych ataków usłyszałem, jak starzec mówi do córki:
- Zaiste, nie będzie nam dana radość dochowania Mikołaja! - Te słowa sprawiły, że poczułem się ważny i podniosły mnie na duchu. Po chwili kolka przeszła, zabrałem się żywo do zabawy. - Buntuje się przeciw bólowi, dobrze! - powiedział dziadek. - To świadectwo wrażliwej duszy! Nigdy nie lubiłem cierpiętników ani męczenników; nie wiadomo, czy to ludzie, czy ostrygiL.
Dotkliwy i uparty ból, który mi zwykle towarzyszył, kwasił mi usposobienie i sprawiał, że niekiedy coś psułem, że wydawałem się dość obojętny na czułości matki, uciekałem przed jej pieszczotami, a jeśli je przyjmowałem, to niecierpliwie i niechętnieM. O tym wszystkim Barbara Ferlet powiedziała dziadkowi, przeciwstawiając się jego opinii. Zasmuciła się mymi przywarami i zapłakała:
- Widzi ojciec, że chłopak ma straszne wady!
- Tak, tak! Jest swawolny, krnąbrny, lubi psuć, wynosi z domu, co tylko nadybie, i rozdaje rówieśnikom. Wiem, że musisz go karcić surowo przez wzgląd na dzieci z pierwszego łoża, które biorą ci to zresztą za złe i częstokroć wstawiają się za małym winowajcą, niepomne, że ten odpłaca się im niewdzięcznością. Albowiem z racji jego delikatnych rysów ich słabość do tego chłopca jest ogromna, kochają go i każolują nawet wtedy, gdy są na ciebie zagniewani, nie tylko darowują mu nieposłuszeństwa i despekty, jakie im czyni, ale nawet ukrywają je przed tobą, co go tylko rozbestwia. Ale nigdy nie uwierzę, moja kochana córko, że twój chłopiec ma złe serce. Pozwól mi go poobserwować przez te dwa dni świąt, które tu spędzam; zanim pójdę, powiem ci bez schlebiania, co o nim myślę, byście oboje z mężem mogli go naprawić.
Szacowny Mikołaj Ferlet przez dwa świąteczne dni miał mnie wciąż przy sobie. Zaraz po przyjeździe zdobył moją sympatię cukrem i kasztanami. Poddawał mnie różnym próbom, aby dokładnie wybadać mój charakter. Nietrudno było mnie przeniknąć. Wieczorem drugiego dnia, kiedy dzieci poszły spać, dziadek powiedział do zięcia i córki: "Widzicie mnie, moje dzieci, w wielkiej radości. Znam teraz małego Mikołaja tak, jak znam jego matkę. Dzieciństwo waszego syna podobne jest twojemu, moja dobra Barbarko, a wszakoż byłaś zawsze dobrą córką i jesteś dobrą żoną. Wasz chłopiec jest roztropny i zarazą naiwny; jest dumny nie przez oschłość, lecz przez poczucie godności; nie może ścierpieć, tak jak ty w jego latach, moja córko, upokorzenia i przymusu bez dania racji. Ma się jakby za królewskie dziecię i nikomu nie pozwala się ze sobą poufalić, ani tobie, swemu ojcu, ani tobie, swej matce. Sondowałem go na wszystkie sposoby, a jutro rano, zanim was porzucę, poddam go, w waszej obecności, jeszcze jednej próbie. Tyle tylko mogę wam rzec dzisiejszego wieczora, jutro przy pożegnalnym śniadaniu dam wam ujrzeć więcej". Tak mówił dziadek, jak sam go słyszałem i jak powtarzała mi matka w roku 1767, kiedy to spędziłem u niej cztery miesiące.
Nazajutrz, przy pożegnalnym śniadaniu, mój dziadek Ferlet--Bertrô zawezwał mnie do siebie. Właśnie mnie ubierano, żebym mógł go jeszcze zobaczyć. Pobiegłem doń na pół nagi.
- Mikołaju, synu mój - powiedział zacny starzec - wiem, że masz wiele wad, które smucą twoją matkę, a moją córkę, zawsze mi posłuszną. Bądź mi i ty posłuszny i popraw się, bo jeśli się nie poprawisz, dostaniesz ode mnie baty jak ten pies, kiedy go układano. - Zaskoczony takimi słowami w ustach człowieka, który okazywał mi tyle czułości, spojrzałem na niego spode łba i ze złości połamałem mojego tekturowego konika i paryską karetę, a potem cisnąłem w ogień kręgle i kulę, i usiadłem, obracając się tyłem. - Mikołaju! - podjął dziadek. - Powiedziałem tak, aby poddać cię próbie. Czy naprawdę myślisz, że ten dziadziuś, który miał dla ciebie tyle serca wczoraj i przedwczoraj, mógłby dziś potraktować cię jak myśliwskiego psa? Wiesz, myślałem, że jesteś roztropniejszy! - Kiedy mówił, powoli się obracałem. - Matkę masz roztropną, ojca roztropnego, a sam wcale taki nie jesteś. Powiedz mi, w kogo ty się wdałeś? - Całkiem już do dziadka obrócony, odparłem:
- Nie jestem zwierzęciem jak pies myśliwski.
- Nie jesteś, ale myślałem, że masz więcej rozsądku, że poznasz się na żarcie. Bo to był żart. Zbyt kocham twoją matkę, żeby i ciebie nie kochać nad życie. Chodź no tu! - Rzuciłem mu się w ramiona. - To jeszcze nie wszystko. Chcę cię pogodzić z matką, którą zasmuciłeś, i to bardzo! Bowiem im więcej matka kocha dziecko, tym więcej się smuci, kiedy jest oschłe i nieczułe.
- Ja nie jestem taki, jak dziadek mówią, wcale nie jestem.
- Nie dalej jak wczoraj wieczór upewniałem w tym twoją matkę. Ręczyłem, że będziesz dobrym synem i że ją kochasz, tak samo jak i ojca. Dała mi wiarę i obiecała cię ucałować. - Matka wyciągnęła do mnie ramiona. Nie tylko się ku niej nie rzuciłem, ale nawet ją trochę odepchnąłem. - Cała ty - powiedział dziadek do córki - jako dziecko nie znosiłaś pieszczot, odpychałaś nawet matkę i mnie... Mikołaju, twój ojciec cię kocha; czy ty go też kochasz?
- O tak, kocham go, dziadku!
- A gdyby był w niebezpieczeństwie i dla jego ocalenia trzeba by, na przykład, włożyć rękę w ogień, włożyłbyś czy nie?... Tu, w ten ogień?
- Tak, dziadku!
- A żeby mnie ocalić?
- Dziadka? Tak, tak!
- A matkę?
- Mamusię? Obie, obie ręce!
- Zobaczymy, czy mówisz prawdę, bo mamusia bardzo potrzebuje twojej pomocy. Jeśli kochasz mamusię, musisz jej tego dowieść! - Nic nie odpowiedziałem, ale wiążąc razem to, co dziadek powiedział, skierowałem się w stronę kominka i kiedy dorośli, zajęci sobą, porozumiewali się znakami, wsadziłem prawą rękę w ogień. Ból sprawił, że głośno westchnąłem. Barbara spostrzegła się pierwsza. Krzyczy: "Moje dziecko!", rzuca się i odciąga mnie od kominkaN... Na widok mojej oparzonej ręki zemdlała. Ojciec i dziadek, zupełnie zaskoczeni, myślą z początku jedynie o jej ratowaniu. "Czekajcie, czekajcie - powiedziałem - włożę rękę w ogień, żeby przyszła do siebie, ale lewą, bo prawa za bardzo mnie boli!" - Dziadek puścił córkę i skoczył do mnie. Matka odzyskała przytomność i w pierwszym odruchu ucałowała moją bolącą rękę. Potem zerwała się na nogi i szybka jak błyskawica pobiegła po świeże masło, którym posmarowała oparzelinę. Jednak pomimo jej starań paznokieć z prawego serdecznego palca zeszedł, a kiedy odrósł, było na nim podłużne pęknięcie. Matka chciała zatrzymać mnie w objęciach.
- Puść mnie, mamusiu! Niedługo ci się polepszy, bo ręka bardzo mnie boli! Pozwól mi pobiegać, żebym jej nie czuł! Chyba że powinienem zostać?
- Moje biedne dziecko! Moje kochane dziecko, dla którego byłam taka niesprawiedliwa!
- Nie trzeba o dzieciach sądzić przedwcześnie - powiedział dziadek. - Zaczekajmy, niektórzy mężczyźni dojrzewają dopiero w wieku trzydziestu-trzydziestu pięciu lat. Oceniać ich wcześniej, to tak jak jeść doskonały owoc jeszcze zielony i robić wyrzuty drzewu... Do widzenia, mój zięciu, do widzenia, moja córko... Dbaj o rękę twojego syna, przysłuży się wam któregoś dnia; jak, jeszcze nie wiadomo! Próba wypadła lepiej, niż się spodziewałem. Powiadam wam, że Mikołaj jest wielkoduszny. Pamiętajcie moje słowa, a kiedy mnie już nie będzie, na pewno powiecie: "Ojciec Ferlet to przewidział!". - Przycisnął mnie na pożegnanie i poczułem na sobie łzy szacownego starca. Poruszyło mnie to, ale mną nie wstrząsnęło: dziadek słusznie widział we mnie dumę, dzięki niej miałem ogromne poczucie własnej godności. (Niestety, straciłem je, i to już dawno!). Mikołaj Ferlet, ostatni męski przedstawiciel rodu Bertrô, ruszył w drogę i nie ujrzałem go już nigdy więcejO.
Żeby wypełnić zadanie, które przed sobą postawiłem, nie wolno mi opuścić niczego, co miało na mnie jakiś wpływ. Muszę więc opowiedzieć o jeszcze jednym przeżyciu. Wzmogło ono moją nienawiść do mężczyzn i dostarczyło pierwszego dowodu na to, że dorośli mogą się mylić i postępować niesprawiedliwie. Straszne odkrycie! Dzieci nie powinny o tym wiedzieć przed osiągnięciem pełnego rozwoju umysłowego. Przepoiło mnie ono nieufnością do tych, których z racji starszeństwa darzyłem dotąd ślepym zaufaniem. Szczęśliwe złudzenie! Pierwsze, które straciłem!... Kończyłem wtedy pięć lat. Musiało to być w październiku albo listopadzie. Do szkoły chodziłem razem z moją siostrą Margot, naszym nauczycielem był Jakub Bérault, rudy i ufryzowany. Kazał najmłodszym dzieciom czytać, a sam łupał pręty łoziny albo sposobił tyczki do wina. Łaciński elementarz znał na pamięć, więc kiedy dziecko źle sylabizowało, mógł je poprawiać bez zaglądania do książeczki. Czytaliśmy Pater noster, które sylabizowałem na starą modłę, poprzedzając spółgłoski zniekształcającymi je samogłoskami. Miałem przeczytać noster, a wychodziło mi enoesteer. Płakałem, myśląc, że nauczyciel kpi sobie ze mnie, każąc mi czytać noster. Mistrz Jakub uprzedził się do mnie. Ponieważ wytarłem kciukiem dwie pionowe kreski w słowie tuum, w drugim u była teraz tylko pierwsza kreska, a w m jedynie dwie kreski. Resztka farby z wytartej części u utworzyła kropkę nad pozostałą kreską i tak powstało całkiem wyraźne tu in. I tak to przeczytałem dwadzieścia razy pod rząd. Nauczyciel mnie poprawiał, siostra i wszyscy koledzy podpowiadali mi: tuum, ale ja przecież widziałem tu in i nie chciałem kłamać, czytając inaczej... Wtedy Jakub Bérault zrobił błąd: zniecierpliwił się i wychłostał mnie witką, nie zaglądając do mojej książeczki. Zajrzał dopiero potem i wielce się zadziwił! Kiedy wyszedł na chwilę, wszyscy uczniowie zobaczyli fatalne tu in i oświadczyli, że mistrz Jakub nie miał racji. Margot płakała, a ja, po pierwszej w życiu chłoście, czując, jak taka kara piecze, nawet w zimie, rozszlochałem się. Wtedy Edmund Rameau i jego siostra Małgosia, wówczas już moi wrogowieP, wpadli na pomysł, żeby pokazać mi tuum w ich elementarzu. Wszyscy, którzy znali Pater na pamięć, naśmiewali się z nich: "Gdyby mały Pan Mikołaj, zamiast czytać, przypomniał sobie modlitwę, wyrecytowałby od razu sanctificetur nomen tuum!". - Nauczyciel, wróciwszy, nie uczynił niczego, co powinien był zrobić, żeby mnie oświecić, pomyślałem więc sobie, że jest głupszy od swoich uczniów. Margot powiększyła jeszcze zło, kiedy po naszym powrocie do domu zaczęła głośno wyrzekać na mistrza Jakuba. I ojciec, zazwyczaj taki przezorny, wyraził w mojej obecności swoje niezadowolenie. Zachowałem się wtedy jak rozpieszczone dziecko i ze łzami w oczach jąłem się skarżyć. Sądząc, że nie słyszałem rozmowy, orzeczono, że nie mam racji. "Dlaczego tak mówią?" - pomyślałem. To pytanie, na które wówczas sobie nie odpowiedziałem, parę lat później wydało zgubne owoce: odkryłem taktykę odmawiania dzieciom racji, która ograniczonym umysłom wydaje się doskonała, a jest w najwyższym stopniu szkodliwa. Upomnienia, nawet rodzicielskie, miałem odtąd za etykietalne frazesy, a wyrzuty, które robili mi rodzice, za rozmyślnie przesadzone. Uznałem, że zazwyczaj nie mówią tego wszystkiego poważnie, i nie zmieniałem postępowania.
Wybaczcie mi te wszystkie drobne szczegóły, niezbędne na początku mojej historii. Wynagrodzę cię, Czytelniku, ciekawszymi przygodami późniejszych Epok.
Po tym wydarzeniu wysłano mnie pierwszy raz na krótki pobyt u mojej siostry Anny osiadłej w Vermenton. Miś Linard, jej mąż, był człowiekiem osobliwym, dziwacznym. Lekkomyślnymi opiniami o moim ojcu i matce nieodwracalnie wypaczył mi charakter! Uważałem oboje za nieskazitelne bóstwa, a on przypisywał im słabości. Miś, straszny gaduła, lubił wygłaszać przy mnie, mimo znaków dawanych przez siostrę, oszczerstwa... których nie wolno mi powtórzyć... Podobało mi się u siostry za tego pierwszego pobytu, bo nie zrobiłem się jeszcze całkiem dziki. Chodziłem do szkoły do pana Conversa, o wiele uczeńszego od mistrza Jakuba. Czułość siostry, pieszczoty, jakimi dla mej urody obsypywano mnie u wszystkich jej znajomych, a zwłaszcza u zaprzyjaźnionego z moim ojcem notariusza i sędziego, pana Colleta, który miał kilka uroczych córekQ, sprawiły, że przeżyłem wtedy najpiękniejsze dni mego dzieciństwa. Za drugiego pobytu będzie już całkiem inaczej: mój charakter zdąży się odmienić; zdążę zasmakować życia i swobody na ziemi rodzinnej; zdążę się do niej przywiązać; i w Vermenton doświadczę bólu wykorzenienia, uczucia tak potężnego, że potrafi powstrzymać ludzi wolnych i zwierzęta przed opuszczeniem miejsca urodzenia. Straciwszy na urodzie, nie będę już tak kochany i moja dzikość się spotęguje. Bardzo możliwe, że ojciec, zabierając mnie od mistrza Jakuba, przeczuwał przykre skutki takiego postępowania z synem; nie wiedział wszakże na jak wielkie wystawia mnie niebezpieczeństwa.
Po powrocie z Vermenton objawiła się u mnie owa dumna i dzika nieśmiałość, która miała się stać nieszczęściem mojego życia.
Drobne zdarzenie ujawniło moją niezwykłą wrażliwość fizyczną: Margot, zakładając mi ubranie, wpadła na pomysł, żeby mnie połechtać - zemdlałem na amen. Sądzono, że dała mi klapsa, nie wierzono, kiedy zaprzeczałem. Wielebny Proboszcz, na prośbę starszych sióstr, Marii, Marianny i Magdaleny, wielkich purystek, obiecał sprawdzić przy spowiedzi, czy Margot skłamała, bo na wsiach spowiedź służy do wszystkiego. Penitentka się wybroniła, a niepokój rodziców się spotęgował; "Nie dochowamy go!" - mówili szeptem.
O ile Margot udało się wtedy wybronić dzięki spowiedzi, to nie wiem, jak mogłaby usprawiedliwić inny postępek, wręcz niepojęty! - aczkolwiek dowodzący jej niewinności. Któregoś dnia zabrała mnie i moją rówieśniczkę Marię Ludwisię i zaprowadziła nas w wysokie konopie, gdzie disposuit nos ignorantissime, quemquem nostrum sedentem e regione, dicendo: "Hem! coite!...". Maria Ludovicella, pro sua intellegentia obediebat; ast ego nec voluntatem, neque facultatem habebam, et nihil nisi conatus inertes efficiebam. Erubuit tandem Margaritella, et nos dimisit integros, fando: "Stulti vos, abite!..."13. Nigdy nie mogłem zrozumieć, do czego trzynastoletnia wówczas Margot chciała doprowadzić. Pewno jakiś chłopak do czegoś ją namawiał albo podpatrzyła scenę podobną do tej, którą opowiedziałem... I mówią, że na wsi panuje niewinność! Wszędzie, gdzie są mężczyźni i kobiety rodzi się ferment i zepsucie.
1740
Moją pierwszą przyjaźń zawiązałem w wieku sześciu lat... O, rozkoszne uczucie, roztkliwiające mnie zawsze tak samo jak miłość, obyś mogło dłużej niż ona przetrwać w sercu, w którymś wcześniej od niej zagościło! Mym pierwszym przyjacielem był chłopczyk, sąsiad urodzony tego samego dnia co ja, na imię miał Edme albo, jak mówią u nas, Mlo, nazywał się Bérault. Moje oddanie dlań nie znało granic! Wyczuwałem jednak, że nie odpowiada mi tym samym, że jego ścierpłej duszy obca była moja wrażliwość i delikatność. Cierpiałem przez to. Żeby go zjednać, dawałem mu prezenty - środek mało skuteczny wobec niewdzięcznych przyjaciół, jak i wobec kreatur, które kobietami są tylko z pozoru... Zaczynałem już kochać samotność; dziś rozumiem przyczynę: była nią duma. Wiedziałem, że nie zdołam zabłysnąć zaletami. Nie ceniłem swojej urody, która w Sacy ściągała na mnie same zgryzoty, bo w naszych stronach nie pojmują piękna kwiatów, a zwierzęta cenią tylko dla ich siły i użyteczności; czułem się lichy, ciemny, tępy. Byłem igraszką starszych dziewcząt, które całowały mnie dla zabawy, a raczej, by rozochocić swoich rówieśników; nienawidziłem tych chłopaków z kpiącymi, nieżyczliwymi minami; dorośli mężczyźni zdawali mi się brutalni. Lubiłem za to starców obojga płci, gdyż rozmawiali ze mną poważnie, chwalili mnie i nie wydrwiwali. Ale towarzystwo mojego szkolnego kolegi było dla mnie prawdziwą rozkoszą! Byliśmy tacy sami, kosztowałem przy nim słodyczy równości. Starałem się mówić doń jak dorosły, naśladując w tym ojca, który powtarzał czasem, że właśnie tak traktował w dzieciństwie swoich towarzyszy. Gdyby, jak niektórzy rodzice, chełpił się nagannymi wybrykami, wykoślawiłby mój charakter i na zawsze wypaczył rozum... Nie pamiętam już, od kogo usłyszałem o jaskiniach, być może upodobanie do kryjówek leży w naturze człowieka, dość że polubiłem jamę w pobliżu naszego domu, z której niegdyś wydobywano glinę. Zrobiłem tam rodzaj ławki, zaniosłem jakieś należące do matki i sióstr drobiazgi oraz moje dziecinne sprzęty, także klęcznik i krucyfiks. Kiedy wszystko było gotowe, wziąłem Mlo Béraulta za rękę i tam zaprowadziłem. Cieszyłem się na myśl o jego zdumieniu i wdzięczności, kiedy mu oświadczę, że jest współwłaścicielem mojej dziury, bo u nas nie używają słowa jaskinia. Nie zdziwił się ani wzruszył; ale kryjówa przypadła mu do gustu, bo była chłodna... Postanowiliśmy chodzić tam co dzień, nikomu o tym nie mówiąc. Nie posiadałem się z radości! Codziennie z wielką uciechą podejmowałem tam Mlo podwieczorkiem. Dania nie były wyszukane ani trudne do zdobycia; mały wieśniak jadał tylko czarny chleb; u nas jedzono biały, który dla niego był przysmakiem. Do chleba dodawałem orzechy albo łuskany groszek, surowy lub smażony, jakim częstuje się dzieci w pierwszą niedzielę Postu, czasem soczewicę, a kiedy pieczono u nas chleb, placuszek lub podpłomyk: to były nasze smakołyki! Moja dawna mamka, która trzymała pszczoły, dawała mi niekiedy trochę miodu, konfitur, suszonych winogron albo orzechów laskowych; zanosiłem to do groty i Edmlot, zajadając, podwajał przyjemność, jaką sprawiały mi łakocie. (Podobnie, później, podwoję rozkosze miłości, opowiadając o nich przyjacielowi nazwiskiem Loiseau...). Przywiązywałem się przez swe dary i z nas dwóch byłem szczęśliwszy.
Któregoś dnia, jedząc surowy groszek, odrzucaliśmy robaczywe ziarnka na świeżo osuniętą ziemię zalegającą dno jamy. Nazajutrz padało; deszcz trwał cały tydzień i nie mogliśmy odwiedzać naszej kryjówki. Ósmego dnia się rozpogodziło i znów ją odwiedziliśmy. O cudzie! Czekało tam na nas pole kiełkującego groszku! Zaskoczenie było równe radości, największej, jaką dotąd zaznaliśmy; zwłaszcza kiedy jeden z groszków, nie całkiem zakryty ziemią, okazał się naszym robaczywkiem! "To nasze groszki?" - pytaliśmy jeden przez drugiego zadziwieni. Rośliny przez nas zasadzone! Toż to prawie ojcostwo: co za chwała! Doprawdy wielki wódz po świetnym zwycięstwie nie jest tak z siebie zadowolony! Patrzyliśmy na nasz pierwszy plon w nieustającym upojeniu! To było nasze pólko, nasz ogródek, nasza grządka, nasz sad, nasze włości, nasze królestwo; chcielibyśmy je ogrodzić... Właśnie tak zrodziło się poczucie własności, źródło występków i nieszczęść żałosnych śmiertelników! Nie mogło się nie zrodzić... Dzień w dzień chodziliśmy oglądać nasze pólko: z każdym świeżym listkiem rosły nasze serca.
Szczęście było za wielkie, bym zamknął je w sobie:
- Ojcze - powiedziałem któregoś wieczora - posiałem groszek i wzeszedł, jakby sam ojciec go zasiał!
- Ach, jak to dobrze! Jeśli nie wzejdzie na naszym polu, zbierzemy z twojego.
- Ale on nie jest tylko mój, Edmlot Bérault ma połowę!
- Podzielimy się plonem.
Cóż za radość! W głębi serca pragnąłem, żeby groszek nie wzeszedł na ojcowskim polu, wtedy moje by się przydało. Bowiem od dzieciństwa za najwyższą wartość człowieka uważałem jego użyteczność dla bliźnich i ta szlachetna zasada kierowała mną potem we wszystkim, co czyniłem.
Niebawem, po dwóch deszczowych dniach, przywitał nas kwitnący groszek: i znowu ekstaza! Wszystko nas dziwiło! Wszystko było cudowne i rozkoszne... Zawiązały się strąki; później się wypełniły. Nadchodziła już pora zbiorów, kiedy pewnego dnia, nie znalazłszy przyjaciela, poszedłem sam zwiedzić nasze włości. Wielki Boże! Cóż za klęska! Jakie spustoszenie! Groszek powyrywany! Strączki pootwierane i doszczętnie wyjedzone przez jakiegoś łakomczucha, który urządził tu sobie śniadanie - bo na ziemi zauważyłem okruchy czarnego chleba. Niewiele brakowało, a byłbym zemdlał! Wróciłem ze łzami w oczach i bolącym sercem... Ha! Gdybym był dorosłym i królem, jakąż okrutną wojnę wydałbym bandytom, którzy pozbawili mnie plonów z pierwszego obsianego przeze mnie pola!
Dzwonili w szkole. Poszedłem. Mlo siedział z oczyma wbitymi w książkę; byłem zbyt lojalny, by go podejrzewać; prawdę poznałem dopiero po dziesięciu latach... Ta nieszczęsna przygoda wyleczyła mnie na długo z potrzeby posiadania, która zanikła we mnie całkowicie, by odrodzić się w bardzo późnym wieku.
1741
Prawie już siedmioletni byłem świadkiem czegoś, co zaskoczy i co potwierdzi opinię, że ludzie zebrani w gromadę psują się na wsi prawie tak samo jak w mieście; a wiejskie zepsucie powiększają jeszcze, wracając do swoich pieleszy, lokaje, pokojowe i żołnierze zepsuci z dala od domu... Kilkunastu chłopców, dwa razy ode mnie starszych, to znaczy w wieku dojrzewania, urządziło w słoneczny dzień przy Dolnej Bramie (druga, wschodnia nosiła nazwę Górnej) pokaz, którego nie mogę opisaćR... Nie wspominałbym o nim, gdyby nie ważny problemat. Czy to natura uczy nas fizyki miłości, kiedy osiągamy wiek młodzieńczy, czy też uczymy się jej, patrząc i słuchając? Sądzę, że natura długo by zwlekała i uczyła snami. Skądinąd wystarczy jedno słowo, i gdyby nawet rodzice żyli samotnie na wsi, bez służby, to słowo zawsze pada. "Co teraz zrobić?" "Trzeba wyjaśnić. I naśladować naturę, która udziela wyjaśnień w miarę przyrostu sił". "A jeśli wyjaśnień udzielił przypadek, czy należy z dzieckiem rozmawiać?" "Tak, żeby je przestraszyć i ostrzec przed fizycznymi konsekwencjami". Mnie mądry przyjaciel strachem ocali od rozpusty między dwudziestym pierwszym i dwudziestym piątym rokiem życia. Opóźnić u młodych pierwszy wybuch, to zwyciężyć, bo niebezpieczeństwo polega zazwyczaj na dysproporcji sił i przedwczesnego pożądania... Żeby opóźnić poznanie prawdy przed czasem, wiejscy rodzice nie powinni dopuszczać dzieci do stołu, jeśli w domu jest gość; powinni zlecać im prace w polu i wypas bydła, zawsze pod własnym nadzorem; ale taką możliwość mają tylko w Scioto15. Rodzicom w dużych miastach pozostaje jedynie smutna ostateczność: uświadamiać dzieci osobiście, dając im odtrutkę na jad.
Nareszcie skończyłem siedem latS. Nadal byłem w przyjaźni z Mlo Bérault: nie podejrzewałem go wcale o nieuczciwość, czy raczej łakomstwo, przez które sam zjadł plon z naszego wspólnego pola. Pewnego dnia, kiedy zaszedłem po Mlo w drodze do szkoły, jego matka oznajmiła: "Dzisiaj obaj kończycie siedem roków, boście się rodzili w tym samym dniu, prawie że o jednej godzinie: tera musicie uważać, żeby nie zgrzeszyć i popsuć niewinność; a do ninie, że bezrozumni, byliście bezgrzeszni; odtąd musicie we wszystkim być posłuszni". Mlo słuchał z rozdziawionymi ustami pouczenia wartego tyle, co inne. Ja zaś byłem nim przerażony! Cieszyłem się, że mam siedem lat i stałem się istotą rozumną, ale zamartwiałem się myślą o grzechu, do którego matka wpoiła mi wstręt swoimi opowieściami! Wychodząc od ciotki Bérault, miałem łzy w oczach. Pełen szacunku dla swego świeżego rozumu, przybrałem skromną i skruszoną minę dziewczynki przystępującej do pierwszej komunii. Doszliśmy do szkoły. Byłem przykładnie grzeczny, choć zazwyczaj nie mogłem usiedzieć na miejscu. Mistrz Jakub to zauważył i spytał mnie ze śmiechem: "Cóż to się stało z panem Mikołajem?". "Skończyłem dziś siedem lat, mistrzu Jakubie, będę grzeszył i obrażał Pana Boga! A strasznie chciałbym się przed tym strzec!" "To nietrudne, wystarczy, że zawsze będziesz spełniał swój obowiązek". Ta niejasna odpowiedź mnie uspokoiła, chyba ten jeden jedyny raz mistrz Jakub odpowiedział mi właściwie.
Lekcje dobiegły końca, wyszliśmy. Moje siedem lat i mój świeży rozum miały już dla mnie same dobre strony. Entuzjazm uczynił mnie poetą: chwyciłem za ręce Mlo i drugiego kolegę, jego starszego o dwa miesiące kuzyna, Stefka Dumonta, i razem zaśpiewaliśmy mój pierwszy wiersz:
Niech się dziwi cały świat,
Skończyliśmy siedem lat!
Poszedłem podzielić się tą nowiną z siostrami: zdziwiła je moja niezwykła radość, bo nie odgadły, że bardzo chciałem dorastać i w końcu zostać mężczyzną. Ojciec i matka byli przenikliwsi; spytali, kto uświadomił mi mój wiek, i skorzystali z okazji, by udzielić kilku wskazówek, których wysłuchałem z bardzo rezolutną miną. Zrozumiałem, że nie we wszystkim zgadzają się z ciotką Bérault, lecz ich argumenty przerastały moje pojmowanie.
1742
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
A Sacy, w dawnej diecezji Auxerre, leży o pięćdziesiąt mil od Paryża, trzy od Tonnerre, trzy od Noyers, cztery od Vézelay, cztery od Chablis, o milę od Joux i od Nitry, półtorej mili od Vermenton, dwie od Saint-Cyr, pięć od Saint-Bris i siedem od Auxerre. Ma trzy przysiółki: Courtenay, oddalony o pół mili, La Loge, koło Courtenay, i Vaudupuits, oddalony o trzy czwarte mili. Ten ostatni należał do dawnej Burgundii, a Sacy do Szampanii.
B Myślę, że powinienem tu uczciwie powiedzieć to, co często słyszałem: byłem najładniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek u nas widziano. Z dziećmi o wyrazistych rysach w typie włoskim zwykle tak bywa, że są piękne aż do osiągnięcia wieku młodzieńczego. Dodam jeszcze, że wynikiem pobożności moich sióstr, wielce krytykowanej przez wielebnego Antoniego Foudriata, była kolka żołądkowa, na którą często i okrutnie cierpiałem aż do jakichś jedenastu-dwunastu lat!
C Colette Collet miała pięć lat. Joasia Rousseau, córka notariusza z Courgis, gdzie później mój brat był proboszczem, trzy i pół7.
D Był tam niewielki młyn, którego ruiny można jeszcze było oglądać w czasach mojej młodości. Oto dowód doniosłej fizycznej prawdy: źródła i rzeki stopniowo wysychają. Żeby młyn mógł pracować, wody z Joux musiały spływać do Sacy, razem z wodami spod Kaplicy, wodą ze źródła La Farge, dwoma strumieniami z Saint-Jean (leżący bardziej na południe wysechł ponad sto lat temu), strumieniem w sadybie La Bretonne i wodą z Dziur Crot-Domo. Musiały przepływać przez usypisko, na którym są jeszcze ślady starego łożyska, w które się zlewały i gdzie jako dziecko widywałem ryby. Co spowodowało tak szybkie wyschnięcie wód? Wyrudowanie wszystkich okolicznych pagórków, które nie tylko pozbawiło je wilgoci, ale ułatwiło zmywanie gleby przez deszcze. Do tego nawet stopnia, że ziemia na Łąkach de Rôs, czyli Rosistych, podniosła się o cztery stopy, skutkiem czego z podmokłych stały się uprawne. Ziemia starzeje się i usycha jak my!
E Zajrzyjcie do Kalendarza, ważnego członu mojej Historii, w którym czczę pamięć najważniejszych 366 kobiet, z którymi zetknął mnie los. W tym jakby spisie rzeczy mojego Żywota zebrałem wszystkie razem, by można je było ogarnąć jednym rzutem oka. Niektóre z nich nie są wspomniane w Historii; wtedy Kalendarz podaje niezbędne szczegóły, stając się w ten sposób nieodzowną częścią niniejszego dzieła. Jeśli kilka kobiet należy do tej samej przygody, umieszczam je pod wspólną datą9. F Tu muszę uciec się do sformułowań w języku uczonych, które panowie przetłumaczą paniom w oględny sposób. Mentulam testiculosque titillabat, quoadusque erigerem; tunc subridebat velatis oculis humore vitreo, et aliquoties deficiebat10... A ja oddawałem jej pieszczoty, śmiejąc się nerwowo z rozkoszy... Tak oto kolejne błahe przyczyny rozwijały i wzmacniały mój temperament erotyczny, który tylekroć sprowadzi mnie na manowce i zadziwi cię jeszcze, Czytelniku!... Wielka to nauka dla rodziców, których dzieci mają przyjemną powierzchowność.
H Podobnie ludzie w zaraniu powolnego i trudnego rozwoju cywilizacji najpierw wierzyli na słowo, a potem widzieli cuda, o których opowiadali im kapłani. Dziś nie widuje się już cudów, bo ludzie przestali być dziećmi. Jedno mnie dziwi, to mianowicie, że wciąż jeszcze obowiązuje przysięga religijna. Czyż może ona wiązać filozofa? A dziś wszyscy jesteśmy filozofami... Ludzie pytają, kto unicestwił religię? Światło nauki i księża! Nauka obaliła dogmat, a księża moralność. Z jakimż bezwstydem ci ostatni śmieli sprzeciwiać się swemu Prawodawcy nawet w najmniejszym drobiazgu! Pragnienie zakazanych bogactw, pragnienie honorów zamiast przepisanej pokory, pragnienie zemsty, zawziętość w procesach... Byli na tyle nieostrożni, że między sobą szeptali: "Religia chrześcijańska to bajka, wykorzystajmy ją na swój użytek!". Ale ludzie ich usłyszeli, jak ja usłyszę szept sióstr.
I Kiedy miałem lat dziesięć i pół nie bałem się wilka, jak to się okaże w roku 1745. Mając piętnaście lat, goniłem wilka w gęstej mgle, w której widać było ledwo na dziesięć kroków. Tego samego roku pies, siedzący pośrodku tejże ścieżki, zmusił mnie do zboczenia na uprawne pola, za co skrzyczeli mnie chłopi ze stróży. Naiwnie wskazałem palcem na straszne zwierzę. Rzucili się hurmem na potwora. Był to mały piesek, trochę większy od zająca, uciekł, skomląc żałośnie.
J Pamiętam, że myślałem wtedy: "Wydaje im się, że nie rozumiem". - Pierwszą przyczyną moich lęków była żywość wyobraźni, lecz ta przyczyna zaczęła działać dopiero pod wpływem gwałtownego strachu, wywołanego strzałem z fuzji, śmiercią i krwią wściekłego psa. Zawsze cechowała mnie ogromna wrażliwość fizyczna: nie tylko mdleję na widok własnej albo cudzej krwi, ale nawet na opowieść o czyjejś chorobie. Zdarzało się, że odebrawszy całkiem lekkie uderzenie, byłem nieprzytomny przez trzy kwadranse. Pod tym względem byłem kobietą, ale kobiecej wrażliwości towarzyszył wigor właściwie ukształtowanego mężczyzny. Z taką wrażliwością i z tym wigorem zacznę wkrótce miłosne podboje!... Wszystkie moje namiętności także były krańcowe. Byłem krańcowo nieśmiały, krańcowo gniewliwy; krańcowo skromny, krańcowo próżny; krańcowo odważny, krańcowo tchórzliwy; despotyczny i uległy; czuły, okrutny itd. Taki krańcowy charakter nie sprzyja uprawianiu nauk ani sztuk, przynajmniej w okresie pełnego rozwoju. Ale jeśli nie zużyje się przedwcześnie, koło czterdziestego, czterdziestego piątego roku życia dyktuje młodzieńcze dzieła, jak Janowi Jakubowi Rousseau. K Ironia i szyderstwo, w czyichkolwiek ustach, są świadectwem złego serca; powiem więcej: łotrostwa, i nie jest to za mocne słowo. Popatrzcie na niegodziwca, co znęca się nad swym bliźnim i wydziera z niego sarkazmy (u Greków słowo to oznaczało kawały ciała), i powiedzcie, czy człowiek ten nie jest stworzony na oprawcę lub kata? Archiloch, nawet Arystofanes, musieli być łajdakami. W Paryżu jest drukarz Ppstts, którego jedni unikają, drudzy komplementują, a wszyscy nienawidzą - dlatego że Ppstts lubuje się w szyderstwach11. L To wielka i piękna prawda, którą na zawsze świetnie zapamiętałem, bo nie zdradzając się niczym, słuchałem tej rozmowy bardzo uważnie. Uchroniła mnie później przed podziwem dla fałszywej cnoty. Maltretują człowieka, a ten ani piśnie. Czego to dowodzi? Że jest lepszy od innych czy że mniej cierpi? Bynajmniej, wyłącznie tego, że ma hartowniejsze włókna (nasi powieściopisarze powiedzieliby: hartowniejszą duszę). Ten tak podziwiany człowiek o hartownych włóknach jestże lepszym synem, lepszym mężem, lepszym ojcem, lepszym przyjacielem? Nie, to człowiek oschły, niedostępny, trudny w pożyciu. Dajmy sobie spokój z dziecinadą cnoty na modłę Plutarcha i Seneki! Prawdziwy mężczyzna krzyczy albo oddaje ciosy, kiedy go biją. Ten tak podziwiany Scewola musiał być niezłym łotrem. Kto nam dowiedzie, że Regulus nie krzyczał? Stoicy wynaturzali człowieka, głosząc, że go doskonalą. Podobni ćwiczycielom linoskoków, uczyli jedynie niezwykłych sztuk, budzących zachwyt prostaczków i oklaskomanów, ale niemających nic wspólnego z moralnością.
M Nigdy nie znosiłem pieszczot poza miłosnymi; pieszczenie się z krewnymi i przyjaciółmi było mi wstrętne. Szacunek rodzicom i przywiązanie przyjaciołom chciałem okazywać innymi sposobami. Miłości oddawałem się cały, nawet przed osiągnięciem mocy, nawet po jej utracie (bo dziś, w 1793, już prawie nie jestem zdolny), i tylko ona mogła mnie była ucywilizować, jak ucywilizowała cały rodzaj ludzki, który od tak niedawna włada naszym globem; tylko ona mogłaby złagodzić dokuczliwe troski schyłku mojego życia... Zobaczycie wszakże niedługo, że uciekałem przed starszymi dziewczętami, które chciały mnie całować. Ale to dlatego że zrobiłem się dziki i uciekałem przed tym, co sprawiało mi przyjemność, i dlatego jeszcze, że dziewczęta całowały mnie siłą. Najlepszym dowodem jest to, że w tym samym czasie całowałem się ukradkiem z Maryjką Fouard i Magdą Piôt, kuzynkami, i to nie tylko całowałem. Ta niechęć do pieszczot wypływała z męskiej części mojej natury: uważałem, że dziecinne karesy przystoją jedynie niewieściuchom.
N Ryc. 1. Ręka w ogniu. - Mały Pan Mikołaj, żeby zapobiec cierpieniom matki, wkłada rękę w ogień. Barbara Ferlet podbiega, Edme Restif i dziadek Mikołaj Ferlet jeszcze jedzą śniadanie: "Moje dziecko!"12.
O Zdaje mi się, że tylko raz odwiedzałem dziadka w jego wiosce Accolay. Ale wspomnienie zatarło się i nie wiem, czy to było przed, czy po opowiedzianym przeżyciu. Nigdzie indziej nie widziałem takiego przyjemnego małego domku. Miał tylko jedną izbę na dole i stryszek, ale stał w ogródku, przez który płynął strumień. Ochłodzono w nim wino i obiad jedliśmy na brzegu. Ten strumień mnie zachwycił; na końcach ogrodu był zastawiony siatką i służył za sadz. Ostatnia posiadłość ostatniego Bertrô przeszła w ręce ciotki Mairat, której dzieci, wtedy biedniejsze, są dziś znacznie bogatsze ode mnie. Byłem tam jeszcze w roku 1764, kiedy dla spłacenia parafii w Vermenton naszego długu sprzedawałem inny mały ogródek, własność mojej matki. Przy tej okazji poznałem śliczną kuzynkę La Ramée, o której później opowiem i którą umieściłem w moim Kalendarzu... Jeśli czymś spełniłem przepowiednię dziadka, to chyba tylko Żywotem mojego ojca, dziełem, o którym nawet moi wrogowie muszą mówić z szacunkiem. (Bez rękopisu, 31 października 1790 roku).
P Już jako małe dziecko miałem zawistników: panią Rameau - córkę podsędka Boujata, poprzednika ojca, a zarazem stryjecznego kuzyna pierwszego męża matki - i wszystkie jej dzieci. Pan Rameau był nadzwyczaj bogaty, ale stanowisko po jego teściu wolano dać ojcu. Inde irae. Często odwiedzałem księdza proboszcza: ciągnęły mnie tam obrzynki opłatka, które duszpasterz, szykując hostie, dawał mi do zjedzenia. Ponieważ był naszym sąsiadem, zawsze mnie na nie wołał. Było mu przyjemnie, kiedy jak małe kocię kręciłem się koło jego nóg, zbierając najdrobniejsze kawałeczki... Wtedy jeszcze nie byłem dziki. Ta duszna choroba naszła mnie dopiero, kiedy rozwinął się rozum, i tym bardziej przeraziła rodziców, że u syna naszego kuzyna Droina Bogatego przerodziła się była w manię. Pani Rameau, częsty świadek tej łaskawości wielebnego Antoniego Foudriata, zdecydowała, że obrzynki hostii powinny dostawać się tylko jej dzieciom. W tym celu należało doprowadzić mnie do popełnienia jakiegoś błędu, o którym potem można by rozpowiadać. Dopomógł jej przypadek. Miała trzy córki: najstarszą była urocza Urszula, tak wyniosła, że się jej bałem, średnią brzydka Cadette, której nienawidziłem, a ostatnią Małgosia, za którą też nie przepadałem. Kazała synom ściągnąć mnie do domu, nie wątpiąc, że się jakoś skompromituję. Rozpoczęliśmy zabawę. Kiedy pokłóciłem się z Edmundem i Frankiem, podbiegła Małgosia, przewróciła mnie i z wyraźnym ukontentowaniem trzymała siłą na ziemi. Wierzgałem, próbując się wyswobodzić. Urszula i Cadette zbliżyły się do mnie... Przysięgam, że nie miałem żadnych niecnych zamiarów... W zamieszaniu moja dłoń znalazła się pod spódniczką Urszuli: wymacałem coś, co swą miękkością i puszystością przewyższało wszystko, czego wcześniej dotykałem. Wrażenie, którego doznałem, było rozkoszne, ale okazało się niebezpieczne i niezatarte. Urszula krzyknęła i uciekła do matki, której coś powiedziała szeptem. Zabawa się skończyła. Pani Rameau z surową miną odesłała mnie do domu i zamiast porozmawiać z rodzicami, poszła na skargę do proboszcza. Ksiądz przyszedł do nas i wymierzył mi własnoręcznie karę, tając przed matką przyczynę, do której się jej przyznałem dopiero w roku 1746, chory na wietrzną ospę. Tak oto pozbawiono mnie łask proboszcza. Dzieci pani Rameau miały wszystkie obrzynki, a ja znalazłem się poza owczarnią i nigdy nie służyłem w Sacy do mszy. Oto pierwsza przyczyna mojej dzikości, której fundamentem była moja wielka duma. Kiedy przestałem myśleć, że wszyscy mnie kochają, że wszystko, co robię, wzbudza zachwyt, zrobiłem się wstydliwy, a ze wstydliwego zupełnie dziki... Pani Rameau okazała się wcieloną przewrotnością. Kiedy zobaczyła, że jej unikam, zaczęła udawać, że szuka mojego towarzystwa. Któregoś dnia, kiedy siedziała z księdzem przed drzwiami plebanii, obszedłem kościół przez cmentarz, żeby się do niej nie zbliżać. Zobaczyła mnie i nazwała "swoim kurczaczkiem". Zamiast podejść, uciekłem, ale zdążyłem jeszcze usłyszeć, jak ta zacna dama zwraca uwagę księdza na mój brak ogłady. Kiedy dorosłem, zrobiła się moją wielką przyjaciółką, i nie wątpię, że oddałaby mi Małgosię, gdybym się o nią starał, ale ja miałem wtedy inne widoki.
Q To podczas mojego pierwszego pobytu w Vermenton ujrzała mnie i pieściła Ta, której nadam imię Colette, późniejsza pani Parangon. Domyślam się, że już wtedy zbudziła się w niej słabość do mnie. Pamiętam jak przez mgłę anielską twarzyczkę, dla której ufałem jej bardziej niż innym Pięknościom. Miała wtedy dwanaście lat, czyli o siedem więcej niż ja, już w tym wieku była rozsądna, rozumna i tkliwa. Jej pieszczoty były czułe i wzruszające, inne dziewczęta pieściły mnie całkiem bezmyślnie... Colette pierwsza pocałowała mnie w usta, poczułem wtedy rozkoszne drżenie. Zapewniam jednak, że jej pieszczoty nie zaszkodziły moim obyczajom, bo ich wspomnienie nigdy nie wprawiało mych zmysłów w lubieżny niepokój.
R Omnes, sine verecundia, mentulas exhibitens, ad retractionem pr?putii certatim ludebant. An ad emissionem usque seminis eruperunt, non potui, pro ?tate mea, distinguere: sed erubescere vidi neminem14. Mniej więcej w tym samym czasie, co ów pokaz, widziałem, jak sobie teraz przypominam, sławną kometę roku 1740 albo 1741. Słyszałem, jak rozprawiali o niej ksiądz Tomasz i pewien seminarzysta z Auxerre.
S Od dwóch lat nie byłem już jedynym dzieckiem z drugiego łoża: urodziły się siostry bliźniaczki16. Nie przypominam sobie, żebym miał jakiekolwiek pojęcie o ciąży matki, co dowodzi mojej skromności. Kiedy się rodziły, wysłano mnie do mojej mamki, co bardzo mnie zdziwiło, bo właśnie u niej byłem, a zwykle dostawałem burę, jak poszedłem tam bez pozwolenia. Kiedy wróciłem, ujrzałem dwoje dzieci, powiedziano mi, że to moje siostry. Byłem zachwycony i zadawałem mnóstwo pytań, na które nie dostawałem odpowiedzi. Głowiłem się nad tym przez cały wieczór. Widziałem, że matka jest chora, sądziłem, że ze zmęczenia. Domem zajmował się ojciec, jako że był silniejszy. Bo wyobrażałem sobie, że przez cały dzień fabrykowali tę dwójkę dzieci ze swojej krwi i ciała. Jak? - nie miałem pojęcia.
2 Każdy cezar w kołysce wzorem męstwa świeci. Boski duch wzrasta szybciej, jest nad wiek dojrzały. Niszczy to, co go tłamsi, hamuje przycisza. Owidiusz, Sztuka kochania, Księga I, w. 184-186 (tłum. Ewa Skwara).
3 Rétif urodził się 23 października 1734, ale przez prawie całe życie za dzień swego urodzenia uważał 22 listopada tegoż roku. Prawdziwą datę poznał dopiero w wieku sześćdziesięciu lat, kiedy gromadził dokumenty z myślą o powtórnym ożenku. Na początku autobiografii podaje kilka razy datę fałszywą; prawdziwą podał tylko raz, na jej końcu (zob. str. 588).
4 Przyrodnie rodzeństwo autora z pierwszego łoża ojca: Anna, zam. Linard (1714-1769), Mikołaj Edme (1715-1800), Maria, zam. Beaucousin (1716-1808), Marianna, zam. Marsigny (1718-1784), Tomasz (1720-1786), Magdalena (1723-1775), Margot, zam. Bizet (1727-1808).
5 Według dokumentów babka Simon zmarła dopiero w kwietniu 1735 roku. Rétif przywykł zapewne w dzieciństwie do określenia "babka nieboszczka" i stąd ten lapsus.
6 Pierwsze dwa imiona po rodzicach chrzestnych, w tym jedno żeńskie, jak było wówczas w zwyczaju. Ojcowskie imię Edme (wymawiane: Em) to często spotykana w Panu Mikołaju burgundzka odmiana imienia Edmund, związana z kultem św. Edmunda z Abingdon (ok. 1170-1240), arcybiskupa Canterbury, zmarłego w drodze do Rzymu i pochowanego w opactwie Cystersów w Pontigny koło Auxerre; żeńska forma tego imienia ma postać Edmée albo Aimée (wymawiane: Eme).
7 W Panu Mikołaju Colette (w istocie Małgorzata) Collet, czyli pani Parangon, jest młodsza niż w rzeczywistości: urodzona w roku 1724, w roku 1735 miała jedenaście, a nie pięć lat. Wiek Joasi Rousseau jest zgodny z metryką.
8 W spisie inwentarza sporządzonym po śmierci ojca autora w roku 1764 figuruje "zwierciadło oprawne w ramę, stłuczone na wysokości trzech palców od góry" oraz wspomniany dalej ośmiokątny święty obraz.
9 Mój Kalendarz nie wszedł do niniejszego wyboru z Pana Mikołaja.
10 Łaskotała członeczek i jądra aż do erekcji; wtedy się uśmiechała i oczy zachodziły jej szklistym płynem, czasem robiło się jej słabo.
11 Tajemniczy Ppstts to najprawdopodobniej drukarz Stouppe dwukrotnie wymieniony w Panu Mikołaju (drugi raz jako Stoupe). Rétif, powtarzając bądź zmyślając paryskie plotki, często ukrywa ich bohaterów pod kryptonimem, anagramem czy zdeformowanym nazwiskiem, w znakomitej większości przypadków dając jednak swym osiemnastowiecznym czytelnikom i późniejszym badaczom szansę na ich zdemaskowanie. Nazwiska mieszkańców Sacy i okolicznych wiosek są autentyczne.
12 Rétif zaplanował około stu pięćdziesięciu rycin do Pana Mikołaja, musiał z nich jednak zrezygnować ze względu na koszty. Ilustrator wcześniejszych dzieł pisarza, Louis Binet, zrobił pierwszych kilkanaście rysunków, wygląda jednak na to, że nie trafiły one nigdy do rytownika. Autorskie opisy rycin, umieszczone w autobiografii, stanowią jej integralną część i są niewątpliwie interesujące, choćby dlatego że upamiętniają wydarzenia, które autor uznał za najważniejsze, i niekiedy zawierają szczegóły pominięte w tekście.
13 Posadziła nas, całkiem niewinnych, twarzą w twarz mówiąc: "No, parzcie się!...". Maria Ludwisia posłuchała, nie całkiem rozumiejąc; ja, nie czując pragnienia i nie mając zdolności, czyniłem tylko jakieś niezręczne ruchy. Margot się w końcu zawstydziła i niczego nie osiągnąwszy, odesłała nas ze słowami: "Głupiście oboje, idźcie sobie!".
14 Wszyscy bezwstydnie prezentowali członek i dla zabawy na wyścigi ściągali w tył napletek. Ze względu na mój wiek, nie zorientowałem się, czy kończyło się to ejakulacją; ale nie widziałem, żeby któryś się zaczerwienił.
15 Jałowe tereny w późniejszym stanie Ohio sprzedane w roku 1789 kolonistom francuskim jako kraina płynąca mlekiem i miodem. Wielkie oszustwo głośno reklamowane w Paryżu.
16 Katarzyna i Maria Genowefa, którą Rétif nazywa Genowefką.