Głowa panaLenki
Niktz nas nie pamięta, kiedy to się wydarzyło, i od jakiego czasuzamieszkało w naszej świadomości jako niezbity fakt.Posłuchajcie...
Chybaw lipcu pięćdziesiątego siódmego na poddasze naszego czynszowegodomu wprowadził się p. Lenka. Zazdrościliśmy mu jegohoryzontalnej pozycji; patrzył na nas z góry, leżąc z głową naparapecie. Kochał kwiaty, przez całe lato maciejka hipnotyzowałanas swoim intensywnym zapachem, a on swoim nicnierobieniem.Przynajmniej tak nam się wówczas wydawało, gdyż jego głowaprawie dosłownie śledziła każdy nasz ruch. Jakby nigdzie niepracował, nie spał, i tylko stał tak przyparty do parapetowejdeski, wodząc za nami szeroko otwartymi oczami.
Upałpewnego sierpniowego dnia był niemiłosierny. Flagi spłowiały odgorąca, psy przytuliły się do płotów oszołomione, a koty zpiwnic miauczały nieznośnie, fałszując na każdym kroku. Kiedyprzechodziliśmy obok mojej bramy, znienacka otworzyły się drzwisąsiedniej klatki schodowej i wychynęła z ich czeluści głowa p.Lenki. Cofnęliśmy się przestraszeni. Głowa wytrzeszczała na nasoczy z wiklinowej tacy i nieprzerwanie mrugała powiekami niby wążlub insza gadzina, jak mówił dozorca Juraś.
Wpierwszej chwili nie wiedzieliśmy, co to jest: głowę znaliśmy,ale nie miała tułowia i nie łączyła się z niczym cielesnym, jakjakiś majak senny albo makabryczny żart. "Nigdy bym nie chciał,żeby tak wyglądał mój ojciec" - pomyślałem.
Głowamrugała do nas wyłupiastymi oczami, ale usta uśmiechały sięprzyjaźnie, jakby niemo prosiły: "weźcie mnie z tego chodnika,ja też zasługuję na szacunek".
Pierwszypodszedł do niej Rudek, jak pamiętam, zawsze był w takich sprawachodważny, może dlatego, że jego pasja poznawania wszystkiego"wyprzedzała go o kilka kroków", jak mówiła moja matka.Imponował nam też swoją brawurą, nigdy nie bał się wchodzić nadrzewa ani przeskakiwać przez kamienny mur zakończony wtopionym wniego ostrym szkłem.
- Przecieżto pan Lenka - burknął pod nosem Rudek, nie do końca jeszczepewny swojego zdania. Oczy zamrugały potakująco, a policzki wydąłszeroki uległy uśmiech. Nawet nie wiem, dlaczego wcześniej niepomyśleliśmy, że p. Lenka tak naprawdę, odkąd zamieszkał napoddaszu, nie odezwał się do nas ani jednym słowem. Uświadomiliśmysobie, że nigdy nie usłyszeliśmy dźwięku jego głosu.
Rudekpodniósł ostrożnie głowę wyżej, i oplótł ją ramieniem, jakbywcale, ale to wcale nic nie ważyła, tworząc przy okazji rodzajnosidełka. Pan Lenka, mrugając bez przerwy powiekami, przekonałnas, iż jest to najlepszy sposób komunikowania się z nim. Wskazałlewym okiem pobliską mleczarnię. Rudek nie zastanawiając siędługo, zupełnie już oswojony z tą niecodzienną sytuacją ipogodzony z głową p. Lenki, poczłapał powoli w kierunku sklepu.Tu położył kartkę na ladzie, i zrobił głowie p. Lenki zakupy:masło, ser żółty, bułki Ułożył wszystko na dnie koszyka.Staliśmy z nosami przy szybie wystawowej, licząc na to, że p.Wdówkowa, którą kochaliśmy jak własną matkę za amerykańskierozpuszczalne gumy do żucia, narobi hałasu, wpadnie w panikę, wnajlepszym wypadku zemdleje pośrodku mleczarni, patrząc wrozbiegane oczy p. Lenki, i na jego dużą kształtną głowępodobną do piłki. W żadnym wypadku, sklepowa wyrzuciła zakupy naladę, i również jakby nigdy nic, dokładnie je skasowała.Wypisała kwotę na kartce papieru, podała ją p. Lence pod oczy,ten kiwnął akceptująco głową, i tym samym dał znać Rudkowi, żedzisiejsze zakupy uznał za zakończone. Nasz kolega wyszedł zpierwszych zakupów trochę niepewny, co dalej, ale głowa p. Lenkitak umiejętnie nim kierowała, że ponownie znalazł się przednaszą bramą. Włożył głowę p. Lenki do koszyka wraz z zakupami,jakby robił to od zawsze, a gdy ta tylko go dotknęła, wiklinowawinda uniosła się w górę, i szybko zniknęła nam z oczu wpromieniach rozgrzanego sierpniowego słońca.
Niewiedząc jeszcze, co o tym wszystkim sądzić, wracaliśmy, każdyosobno do własnych domów. Wiedzieliśmy z książek, że są naświecie czarodzieje, jak w bajkach, albo w czasie letnich festynów,kiedy na miejscowym stadionie "Pafawagu" występowali aktorzy zteatru lalek. Nieśli wówczas pod pachami kukiełki, i mieli ustapomalowane na biało. Szczerzyli do nas zęby, przewracając przy tymdziwnie oczami. Kiedy byliśmy zmęczeni siedzeniem w szkole, napoczekaniu wymyślaliśmy niestworzone historie. Rodzice nazywali tobujaniem w obłokach, ale ja je uwielbiałem, teraz mogę się wampochwalić, iż byłem w tym najlepszy. Nieraz udawało mi sięwyprowadzić moich kolegów w pole, ale później zwykle to onidokuczali mi przez najbliższy tydzień, w sumie więc nie opłacałomi się bujać ich w nieskończoność. Robiłem sobie przerwy, dającim pole do popisu, ale mogę tu wspomnieć nie bez dumy, że nie byłytak odlotowe i przekonujące jak moje.
Incydent,czy też właściwie scenka z głową p. Lenki otworzyła mi oczy nato, iż w rzeczywistości wszystko, co się dzieje obok nas, lub wmiędzyczasie, wcale nie jest takie realne, zrozumiałe i codzienne,jak na przykład picie herbaty posłodzonej sześcioma kopiastymiłyżeczkami cukru; sypałem je często, i patrzyłem potem podświatło, jak w wymieszanym intensywnie naparze tańczą dziwnefantasmagoryczne smugi.
Głowap. Lenki wrosła od tego dnia w nasze jednostajne życie, stając sięjego nierozłącznym elementem. Odwiedzała nas też we śnie,przynajmniej ja toczyłem z nią dziwne dyskusje na migi - ścigałemsię z nią na mruganie powiekami, krzywiłem usta, wydymałempoliczki, ale ona, i tak była szybsza, i nad ranem zwykle uciekałami z pola widzenia, na niewidoczne z tej strony jawy sennejperyferie.
Wydawałomi się przez moment, że wszystko, to tylko dziwny sen, ale nicpodobnego. Następnego dnia rano głowa p. Lenki znowu wygodnieoparta o wiklinową tacę zjechała w dół, i ruszając gwałtownieoczami wymusiła, tym razem na mnie, abym zaniósł ją, jakpoprzedniego dnia Rudek, na zakupy. Tym razem naszym celem był skleppaństwa Mrozów, w którym za ladą królowały szklanki, talerze,słoiki, a gdy przekroczyło się trzy stopnie niewielkich schodówna półpiętrze, wkraczało się w świat emaliowanych garnków,patelni, kociołków do gotowania bielizny i metalowych wiader. Głowap. Lenki, o dziwo nie marudziła przy zakupach, jak moja mama, leczmając jakby zakupy w jednym oku, mruganiem powiek wskazywała napotrzebne jej rzeczy. Mimo że wszystko nie było dla mnie do końcazrozumiałe, to jednak coraz częściej łapałem się na tym, iżoswajałem i przyzwyczajałem się do jej obecności.
Gdzieśpod koniec sierpnia głowa p. Lenki zupełnie wtopiła się wscenerię naszej ulicy, potem dzielnicy, a w końcu i naszego życia,tak więc przestaliśmy zwracać na nią uwagę. Do tego stopnia, żeod pewnego czasu zaczęliśmy się zastanawiać, jak wykorzystaćgłowę p. Lenki do naszych własnych celów. Rudek na przykładmyślał, żeby zabrać ją na lekcję chemii do p. Czai, abypodpowiadała nam wzory ruchem ust lub powiek, Olik chętnieprzemyciłby ją w tornistrze na klasówkę z ortografii, ale nie byłpewny, czy umie pisać, i jakie oceny miała w szkole, i czy naprzykład utrzymałaby w ustach pióro. Ja pomyślałem, żebypokazać ją mamie, gdy przychodzi przeliczać bilans na liczydłach;mogłaby zapamiętywać podsumowania słupków. Najprostszą inajśmieszniejszą historię wmyślił Janek, po prostu marzył, abywsunąć ją pod poduszkę swoim starszym siostrom bliźniaczkom,które dokuczały mu, nazywając przy wszystkich "siusiumajtkiem".Wobec takiej sytuacji p. Lenka, jakby przeczuwając, że przestaniegrać główną rolę, któregoś dnia tak długo wytrzeszczał oczy,przewracał nimi, nadymając przy tym usta, aż sam uniósł sięponad chodnik, i zawisł na wysokości skrzynki pocztowej jaktelegram lub, co najmniej, list polecony. Zużył przy tym tyleenergii, że przy nas nigdy już tego nie powtórzył.
Chodziliśmyna wysypisko, mieszczące się za Górką Blacharską, w poszukiwaniujakichś użytecznych rupieci do naszego szkolnego teatrzyku lub poprostu, by "wywabić" z siebie polekcyjne zmęczenie. Rudekznalazł pod stertą poprutych materaców pajaca z pękniętątwarzą, z której wystawały trociny. Postanowiliśmy zgodnie,rozumiejąc się bez słów, że moglibyśmy sprezentować ją głowiep. Lenki, aby nie czuła się taka samotna.
Zmęczenisierpniowym upałem, a muszę wspomnieć, że lato tamtego roku byłoniesamowite; praktycznie pozbawione deszczu, wiatru i porannej mgły,zachowywało się jak afrykańska pustynia, dotarliśmy do bramy przyPrzodowników... Przeszło pół godziny czekaliśmy na głowę p.Lenki, która o tej porze wybierała się, już na dobre oswojona znaszą ulicą, na spacer z p. Nierubcem, na pobliską ławkę. Tamobaj, milcząco obserwowali parę szpaków karmiących w gnieździeswoje pisklęta. To było lepsze niż "Dziennik Telewizyjny","Wielokropek" czy "Koń, który mówi". Zaczynał siękolejny kwadrans, ale p. Lenka nie pojawił się na dole, w cieniubramy. Musieliśmy zatem obejść cały budynek, aby zaglądnąć napoddasze od strony podwórka. Okno na górze było zamknięte, a możelekko uchylone, z tej odległości nie byliśmy tego pewni. Co i tak,samo w sobie, było niecodzienne, gdyż głowa p. Lenki, nigdy niezamykała okna, ani na noc, ani nawet wówczas, gdy wiał silnywiatr...
Postanowiliśmyjednak rozwiązać tę zagadkę później. Teraz każdy z nas marzył,by wrócić do domu, zrzucić z siebie szkolny mundurek, tornister iubrać swoje najgorsze podwórkowe łachy, wrzucić na nogirozczłapane trampki, i upodobnić się, chociaż na chwilę do TomkaSojera, który był wraz z Czakiem naszym ówczesnym idolem, bezwzględu na to, co to słowo w tamtych czasach dla nas znaczyło.Wcześniej byli nimi "przeżuwacze kitu" z książki "Chłopcyz placu broni", ale jednak tylko dotąd, kiedy "Olik" ukradłojcu kit szklarski, dając go nam do przeżucia. Wszyscywylądowaliśmy u szkolnego lekarza z objawami lekkiego zatrucia. Niewiedzieliśmy, że jego ojciec zmieszał go wcześniej z denaturatem,aby kit za szybko nie stwardniał. Zagrożeni płukaniem żołądka,co było dla nas większą karą niż klęczenie na grochu u p. Czai,straciliśmy od tego czasu dla Nemeczka i jego kompanii, wszelkąsympatię i uznanie.
Minęłokilka podobnych do siebie dni. Nieraz ukradkiem, przechodząc przezpodwórko, patrzyliśmy na trzecie piętro, gdzie do tej pory zawszekrólowała głowa p. Lenki.
Początekwrześnia, który był również początkiem roku szkolnego porwałnas, z naszymi rodzicami na dokładkę, w wir różnych dziwnych, iniepotrzebnych według nas, zakupów. No bo, po co komu nowe ołówki,kiedy i tak łamały się jak stare, a w czasie walki nimi na mieczewypadały z nich na posadzkę grafity, roztrzaskując się na drobneczęści, albo temperówki, którymi rzucaliśmy się na przerwach, apotem z popękanych otworów wyjmowaliśmy ostrza, i rzeźbiliśmynimi patyki, w różne, jak nam się wtedy wydawało, szamańskiewzory.
Chłopakijakby "odpuścili" sobie głowę p. Lenki, lecz mnie jejkilkudniowa nieobecność, na przemian intrygowała i niepokoiła.
Któregośdnia, a był to już początek września, zamiast iść z nimi napoligon wojskowy i strzelnicę na łące blacharskiej, wykręcającsię bólem nogi, zostałem w domu. Mama miała znów bilans,przychodziła późnym wieczorem, więc całe popołudnie miałem dlasiebie.
wserii piętnastkaukazały się:
AndrzejBallo"Albowiem", "Bodajże"
HenrykBereza"Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"
KazimierzBrakoniecki"Dziennik berliński"
MaciejCisło"Błędnik"
ZbigniewChojnowski"Tarcze z pajęczyny"
WojciechCzaplewski"Książeczka rodzaju", "Książeczka wyjścia"
MarekCzuku"Róbta, co chceta", "Stany zjednoczone"
JanDrzeżdżon"Łąka wiecznego istnienia"
AnnaFrajlich"Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"
PawełGorszewski"Niecierpiące zwłoki", "Uczulenia"
MałgorzataGwiazda-Elmerych"Czy Bóg tutaj"
TomaszHrynacz"Noc czerwi"
LechM. Jakób"Ćwiczeniaz nieobecności", "Dogóry nogami", "Poradnik grafomana", "Poradnik złychmanier", "Rzeczy",
PawełJakubowski"Kopuła"
ZbigniewJasina"Drzewo oliwne", "Inaczej przemijam"
JolantaJonaszko"Bez dziadka", "Nietutejsi", "Portrety"
GabrielLeonard Kamiński"Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)", "Wrocławskaabrakadabra"
PiotrKępiński"Po Rzymie. Szkice włoskie"
BogusławKierc"Cię-mność", "Płomiennie obojętny"
KazimierzKyrcz Jr"Punk Ogito", "Punk Ogito w podróży"
ArturDaniel Liskowacki"Brzuch Niny Conti", "Capcarap", "Cukiernica pani Kirsch","Kronika powrotu", "Ulice Szczecina", "Ulice Szczecina(ciąg bliższy)"
KrzysztofLisowski"Czarnenotesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I inne podróże"
KrzysztofMaciejewski"Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"
TomaszMajzel"Opowiadaniaw liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"
PiotrMichałowski"Cisza na planie"
MirosławMrozek"Odpowiedź retoryczna"
EwaElżbieta Nowakowska"Merton Linneusz Artaud"
HalszkaOlsińska"Bliskie spotkania", "Małostki", "Złota żyła"
PawełOrzeł"Cudzesłowa"
MirosławaPiaskowska-Majzel"(Po)między"
KarolSamsel"Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"
BartoszSawicki"Krucha wieczność"
EugeniuszSobol"Killer"
EwaSonnenberg"Wiersze dla jednego człowieka"
WojciechStamm"Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"
GrzegorzStrumyk"Re _ le rutki"
LeszekSzaruga"Kanibale lubią ludzi"
WiesławSzymański"Skrawki"
MichałTabaczyński"Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"
PawełTański"Glinna", "Kreska"
MariaTowiańska-Michalska"Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"
AndrzejTurczyński"Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"
MiłoszWaligórski"Długopis"
HenrykWaniek"Notatnik i modlitewnik drogowy", "Notatnik i modlitewnikdrogowy II", "Notatnik i modlitewnik drogowy III"
SławomirWernikowski"Partita", "Passacaglia"
AlexWieseltier "Krzywe zwierciadło"
LeszekŻuliński "Suche łany"