Pan Twardowski - Lucjan Rydel

Kup ebooka

18.49 zł
15.16 zł (8,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II

Przybycie do Krakowa

Jak tam było w tej podróży, I jak długo szedł piechotą, I którędy - mniejsza o to. Dość, że świata kawał duży Przewędrował, zanim w końcu Ujrzał Kraków: łuną złotą Grały wieże, dachy, mury, A nad miastem zamek w słońcu Świecił błyszczącemi ściany Na grzbiecie wawelskiej góry I spozierał w nurt wiślany. Więc do miasta szedł chłopczyna; Idąc przez ludne ulice Pyta o Mistrza Marcina, Bo list miał doń od plebana. Wskazano mu kamienicę,

Wszedł - w sieni krata kowana W kwiaty, ptaszki i w iglice. We drzwi zapukał dębowe... Nic... Minęła długa chwila... Janek powtórnie kołata; Zamek zgrzytnął i połowę Drzwi powoli ktoś uchyla. Janek widzi łysą głowę, Pod łysiną twarz pyzata, Jedno oko patrzy, zdrowe, A na drugiem czarna łata. - "No, i kogóż Waść tu szuka?" - "List mam do Mistrza Marcina." - "Zobaczymy - Mistrz odmruka - Wejdź!" - schowała się łysina... Wszedł. Mroczna była komnata, Sklepienie w niej, jak w kościele; U potężnego komina Banie, lejki, rurki, słoje, Gnaty dziwne i piszczele I straszne, wypchane ptaki, Wszędzie pergaminów zwoje, Ksiąg olbrzymich bardzo wiele, Tablice z tajnymi znaki...

Przy pulpicie, w czarnej todze Siedział Mistrz Marcin u stoła I pozierał jednem okiem. Janek, onieśmielon srodze, Z uszanowaniem głębokiem Dał list, nie mówiąc nic zgoła. Mistrz otworzył list i czyta, A chłopiec patrzy dokoła, Na przeróżne one dziwa, To ukradkiem, z za pulpita, Na onego personata, Co łysiną kiwa, kiwa I list jednem okiem czyta. Skończył. - I oko i łata Podniosły się na chłopaka; Milczał Mistrz Marcin czas długi I rzekł: "Potrzeba mi żaka Do pomocy i usługi; Mała rzecz: zamieść mieszkanie, Nanosić wody i drewek, Za to Waść stancyę dostanie I w potrzebie przyodziewek. Na collegia czas swobodny Daję. Quod attinet strawy,

To nie będziesz tutaj głodny: Na studentów lud łaskawy, Kup jeno łyżkę, garnuszek, Suto wyżywi cię Kraków. - Tu dłonią klepnął się w brzuszek - Tak żyją tysiące żaków!" Zgodził się więc za pacholę, Ale nie zasypiał gruszek, Ucząc się w Krakowskiej Szkole.

Rozdział I

W ojcowskim dworku

W Skrzypnie, wśród zapadłej wioski, Żył sobie szlachcic gołota; Zwał się Imci Pan Twardowski. Bieda do niego z za płota Zaglądała nieraz w gości: Ledwie stało na chleb boski I wszystkim było wiadomo, Że i w święto szlachcic pości. Nizki dworek, szyty słomą, Skrawek pola, szkapiąt para, Oto całe jego włości; Ryngraf złoty, szabla stara Ponad łóżkiem Jegomości, Proste ławy, stół kulawy, Oto całe ruchomości. Ale wesół był chudzina I jak mógł, odganiał troski; Jeno gdy spojrzał na syna, Na swojego jedynaka, Zasępiał się pan Twardowski I rzedła mu gęsta mina; Wzdychał z cicha: "Panie Chryste, Czemuż u mnie bieda taka?!" I od łez miał oczy mgliste. A synalek codzień z rana Chadzać musiał o pół mili Na naukę do plebana. I nie próżno głowę sili: Czyta gładko po łacinie,

Wie kto Seneka, Wergili,

A nawet na pergaminie

Litery wyciąga cudnie.

Łatwe, widno, miał pojęcie. Lecz do domu na południe Powróciwszy, dla zabawki Psami koty szczuł zawzięcie, Albo też po sadach z procy Strzelał gawrony i kawki. Tak mu schodził czas do nocy.

Lat piętnaście miał już Janek, Gdy raz, jakoś na jesieni, Zaszedł proboszcz w odwiedziny. Ojciec wybiegł aż przed ganek, Kłaniał się w progu i w sieni, Aż w końcu wyszli do sadu. Stary wyniósł piwa dzbanek, Zasiedli oba pod gruszą I z proboszczem, gadu, gadu. Janek, choć stał na uboczu, Zgadł, że o nim radzić muszą, Bo go nie spuszczali z oczu. Gdy skończyła się rozmowa, Ojciec woła go i gada: - "Pójdziesz mi Waść do Krakowa I wstąpisz na Akademię . Tać jest księdza proboszczowa, - Za którą podziękuj - rada. Ucz się, boś nie bity w ciemię, Będą z ciebie ludzie z czasem!" W tydzień po rozmowie owej, Był Jaś do drogi gotowy: Inkaust i piórnik za pasem,

Żupan z ojca przerobiony, Lecz wyglądał niby nowy; Na głowie miał czapkę z piórkiem, Żółte ciżmy i przez ramię Tłomoczek, związany sznurkiem. Stary dał mu w garść dukata, Zrobił nad nim krzyża znamię... I poszedł Janek do świata.