Teraz
Leżymy z Aleksem na kocu w ogrodzie przy Brooks Street 37. Drzewa wydają się większe i ciemniejsze niż zazwyczaj. Liście są niemal czarne, splecione z sobą tak gęsto, że zasłaniają niebo.
- To raczej nie jest najlepszy dzień na piknik - oznajmia Alex i właśnie wtedy uświadamiam sobie, że coś w tym jest, bo nawet nie tknęliśmy przyniesionego jedzenia. Koło koca leży koszyk pełen nadgniłych owoców, obleziony rojem małych czarnych mrówek.
- Dlaczego nie? - pytam. Leżymy oboje na plecach, wpatrzeni w plątaninę liści nad naszymi głowami, gęstą jak mur.
- Ponieważ pada śnieg - odpowiada Alex ze śmiechem. I znowu stwierdzam, że ma rację. Wokół nas wirują płatki śniegu barwy popiołu. Do tego jest zimno. Mój oddech zamienia się w kłęby pary, więc przyciskam się do Aleksa, próbując się ogrzać.
- Daj mi rękę - mówię, jednak on nie reaguje. Próbuję się wtulić w zagłębienie między jego ramieniem a piersią, ale jego ciało jest sztywne, twarde. - Alex, daj spokój. Zimno mi.
- Zimno mi - powtarza za mną, a jego usta, sine i spękane, ledwo się poruszają. Wpatruje się w liście nieruchomym wzrokiem.
- Spójrz na mnie - mówię, ale on nie odwraca głowy, nie porusza powiekami, jego ciało ani drgnie. Zaczyna we mnie wzbierać paniczny lęk, w głowie słyszę histeryczny głos: "Coś jest nie tak, coś jest nie tak!", więc podnoszę się i kładę rękę na piersi Aleksa, która okazuje się zimna jak lód. - Alex - mówię, a potem krzyczę: - Alex!
- Leno Morgan Jones!
Wracam do rzeczywistości przy wtórze stłumionych chichotów.
Pani Fierstein, nauczycielka fizyki w klasie maturalnej szkoły Quincy Edwards High School dla dziewcząt w Brooklynie, spogląda na mnie surowym wzrokiem. To trzeci raz w tym tygodniu, kiedy zasnęłam na jej lekcji.
- Skoro temat stworzenia naturalnego porządku wydaje ci się zbyt nużący - oświadcza - proponuję wycieczkę do gabinetu dyrektorki, może to cię obudzi.
- Nie! - protestuję głośniej, niż zamierzałam, wywołując kolejną serię chichotów.
Zaczęłam naukę w tym liceum zaraz po przerwie zimowej - nieco ponad dwa miesiące temu - a już przypięto mi etykietkę klasowego świra. Ludzie unikają mnie, jak gdybym była chora - jak gdybym była chora na tę chorobę.
Gdyby tylko wiedzieli...
- To twoje ostatnie ostrzeżenie, panno Jones - mówi pani Fierstein. - Zrozumiano?
- Obiecuję, że więcej się to nie powtórzy - odpowiadam, starając się przybrać skruszoną minę. Odsuwam od siebie wspomnienie koszmaru, odsuwam myśli o Aleksie, o Hanie, o mojej dawnej szkole. Jak najdalej, tak jak mnie nauczyła Raven. Moje dawne życie umarło.
Pani Fierstein rzuca mi jeszcze jedno spojrzenie - które, jak mniemam, miało wzbudzić we mnie strach - po czym odwraca się w stronę tablicy i wznawia swój wykład o boskiej energii elektronów.
Dawna Lena panicznie by się bała takiej nauczycielki jak pani Fierstein. Jest stara, złośliwa i wygląda jak skrzyżowanie żaby z pitbullem. Jest jedną z tych osób, które sprawiają, że remedium wydaje się zbędne - nie można sobie wyobrazić, by była zdolna do miłości nawet bez zabiegu.
Ale dawna Lena również umarła.
Pogrzebałam ją.
Zostawiłam ją za tamtym ogrodzeniem, za ścianą dymu i ognia.