Pani Ciemności - Milena Krystera

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (31,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Lu­bię za­tło­czo­ne bary, w któ­rych do­mi­nu­je smak do­brych, sta­rych cza­sów. U Le­ona pa­no­wał spe­cy­ficz­ny kli­mat swoj­sko­ści, a to wpły­wa­ło do­brze na klien­te­lę. Zwłasz­cza na isto­ty, któ­re przy­cho­dzi­ły, by wy­łu­skać spo­śród tłu­mu swo­ich kon­tra­hen­tów.

We­szłam do lo­ka­lu. Po­wi­nien owiać mnie smród dymu z wy­pa­la­nych pa­pie­ro­sów i woń al­ko­ho­lu, lecz ja­ki­mś cu­dem w po­miesz­cze­niu za­wsze utrzy­my­wa­ło się świe­że, czy­ste po­wie­trze. Wy­strój nie miał nic wspól­ne­go z no­wy­mi pu­ba­mi, któ­re po­wsta­wa­ły jak grzy­by po desz­czu. Nie mo­głam prze­bo­leć tych no­wo­cze­snych uroz­ma­iceń - lad podświe­tla­nych neo­na­mi i pla­sti­ko­wych sie­dzeń, któ­rych funk­cjo­nal­no­ść i wy­go­dę za­stąpił eks­tra­wa­ganc­ki wy­gląd. Leon sta­wiał na pro­sto­tę. Za­ła­twił so­bie na­wet sta­ro­mod­ną sza­fę gra­jącą.

- To co zwy­kle, mała? - spy­tał, gdy usia­dłam na swo­im tra­dy­cyj­nym miej­scu przy ba­rze.

- To co zwy­kle. - Uśmiech­nęłam się mi­mo­wol­nie na wspo­mnie­nie ginu z to­ni­kiem.

Lu­bi­łam Le­ona. Dużo wie­dział, zwłasz­cza gdy w spra­wę wcho­dzi­ły rze­czy nie­le­gal­ne, ma­gicz­ne lub nie­co­dzien­ne. Zwo­dził nie­win­nym wy­glądem: krót­ka, cza­sem dłu­go nie­strzy­żo­na bro­da, nie­bie­skie oczy i kasz­ta­no­we wło­sy przy­pró­szo­ne po bo­kach nie­wiel­ką ilo­ścią si­wi­zny. No i ten uśmiech, któ­ry roz­bra­jał naj­bar­dziej opor­nych klien­tów. Swo­je lata mło­do­ści miał już za sobą, jed­nak trzy­mał się le­piej niż do­brze. Był rów­nież tym, któ­ry spra­wiał, że moje ży­cie za­wo­do­we cu­dow­nie roz­kwi­ta­ło. Nie mo­głam na­rze­kać na nudę.

- Lily...

Nie był ty­pem do­bre­go sa­ma­ry­ta­ni­na, za­wsze brał so­bie ja­kiś pro­cent od mo­ich zle­ceń. Jak na mój gust cza­sa­mi na­zbyt wy­so­ki. Osku­ba­łby mnie do­szczęt­nie, gdy­bym mu na to po­zwo­li­ła.

- Lily, dzie­cin­ko...

Mimo to na­le­żał do tej garst­ki osób, któ­rym ufa­łam. Po­wie­rzy­ła­bym mu na­wet cu­dze ży­cie, gdy­by po­ja­wi­ła się taka ko­niecz­no­ść.

- Irae, do cho­le­ry!

- Hm? - mruk­nęłam, ba­wi­ąc się oliw­ką, pły­wa­jącą w drin­ku.

- Po­win­naś już za­cząć re­ago­wać na swo­je nowe imię - po­wie­dział. Przy­tyk w jego gło­sie nie zro­bił na mnie naj­mniej­sze­go wra­że­nia. Wes­tchnęłam zre­zy­gno­wa­na i do­pie­ro te­raz na nie­go spoj­rza­łam. Zna­łam go na tyle dłu­go, by móc stwier­dzić, że wła­śnie w tej chwi­li do­sko­na­le się bawi moim kosz­tem.

- Two­je ostat­nie zle­ce­nie spa­li­ło mnie jako do­brą, pra­wo­rząd­ną oby­wa­tel­kę. I z cze­go się tak cie­szysz? - spy­ta­łam, wi­dząc, jak na jego twa­rzy po­ja­wił się ra­do­sny uśmiech. - Do­brze wiesz, że to two­ja wina.

- Moja? - obu­rzył się. - To ja się tak bez­my­śl­nie da­łem zła­pać po­li­cji przy tru­pie bez gło­wy?

- I jesz­cze ład­nie prze­pro­si­ła! - wtrąci­ła się Gre­ta.

To ja za­ła­twi­łam jej pra­cę u Le­ona. Była wy­so­ką, zie­lo­no­oką blon­dyn­ką, o ry­sach twa­rzy i cie­le wy­bie­go­wej mo­del­ki, któ­ra, jak sama twier­dzi­ła, mo­gła­by zdo­być świat, gdy­by nie to, że jej się po pro­stu nie chcia­ło. Przy­ja­źni­ły­śmy się od cza­su, gdy pod­bi­łam jej oko. Ura­to­wa­łam ją wte­dy przed za­war­ciem nie­ko­rzyst­nej umo­wy z de­mo­nem. Do dzi­siaj była moją dłu­żnicz­ką.

- A, sły­sza­łem - za­wtó­ro­wał jej Leon. - Pó­źniej pró­bo­wa­ła uda­wać, że to nie jej wina, a te zwło­ki le­ża­ły tam już wcze­śniej. - To aku­rat już so­bie wy­my­ślił. - Nie ro­zu­miem, jak mo­głaś dać się zła­pać?

- Mie­rzył do mnie z bro­ni - po­wie­dzia­łam. - A ja zdąży­łam się już przy­wi­ązać do swo­je­go ży­cia.

Obo­je wy­buch­nęli śmie­chem. Ban­da idio­tów. Mia­łam wte­dy pe­cha, kto mógł prze­wi­dzieć, że na prak­tycz­nie nie­uczęsz­cza­nej dro­dze po­ja­wi się pa­trol. Na szczęście, sza­now­ny pan mun­du­ro­wy był sam, praw­do­po­dob­nie wra­cał do domu po od­by­tej słu­żbie. Nie za­uwa­ży­łam, kie­dy pod­je­chał. Mo­głam się wy­tłu­ma­czyć lek­kim za­mro­cze­niem, po­nie­waż chwi­lę wcze­śniej do­sta­łam moc­no po gło­wie. Wy­sia­dł i za­nim się obej­rza­łam, już mie­rzył do mnie z bro­ni. W przy­pad­ku gdy wi­dzisz ko­goś uba­bra­ne­go krwią i trzy­ma­jące­go w dło­ni wła­śnie od­ci­ętą gło­wę, albo pa­ni­ku­jesz i strze­lasz, albo wzy­wasz po­si­łki. Ten na­le­żał do tych głup­szych. Za­nim w spek­ta­ku­lar­ny spo­sób zwia­łam, zdążył rzu­cić mną o ma­skę swo­je­go sa­mo­cho­du i wy­le­gi­ty­mo­wać. Nie ra­czył na­wet za­ło­żyć mi kaj­da­nek, co uzna­łam za jaw­ne lek­ce­wa­że­nie. Za­pew­ne zła­mał tym sa­mym kil­ka po­li­cyj­nych za­sad. Gdy­by nie to, że mu­siał spu­ścić mnie z ce­low­ni­ka, sie­dzia­ła­bym te­raz w ja­kie­jś ci­chej, cia­snej celi z prze­mi­łą wspó­łlo­ka­tor­ką.

- No - za­czął Leon. - Po­każ ten swój nowy do­wód.

Wy­jęłam do­ku­ment i po­ło­ży­łam na la­dzie. Wzi­ął go do ręki. Unió­sł zna­cząco brwi, kie­dy za­po­zna­wał się z moją nową to­żsa­mo­ścią. Mu­sia­łam zmie­nić rów­nież miej­sce za­miesz­ka­nia. Przez cały ty­dzień prze­kli­na­łam samą sie­bie. Jesz­cze nie­daw­no miesz­ka­łam na przed­mie­ściach. Przez ten in­cy­dent mu­sia­łam się wy­pro­wa­dzić w try­bie na­tych­mia­sto­wym do sa­me­go cen­trum mia­sta Ash. Wy­szło mi to na do­bre, po­nie­waż te­raz mia­łam Le­ona prak­tycz­nie pod no­sem. Jak do­tąd nie sły­sza­łam o wy­sta­wio­nych za mną li­stach go­ńczych. Me­dia rów­nież mil­cza­ły. Praw­do­po­dob­nie funk­cjo­na­riusz zgło­sił swo­im ko­le­gom, że zna­la­zł cia­ło, lecz o mnie nie wspo­mniał. Też bym o so­bie nie wspo­mnia­ła, gdy­bym za­wa­li­ła spra­wę i dała uciec spraw­cy.

- Po­wiedz mi, Irae... - Leon zer­k­nął na mnie, a po­tem znów spoj­rzał na do­wód. - Wy­bra­łaś to na­zwi­sko przy­pad­ko­wo?

- O co cho­dzi? - spy­ta­ła Gre­ta.

- Li­lia­na Cud - prze­czy­tał Leon.

- Żar­tu­jesz, co? - Na­chy­li­ła się nad jego ra­mie­niem.

- Cze­mu nie Bo­ska? - spy­tał Leon. - Albo Wspa­nia­ła?

Wy­rwa­łam mu do­ku­ment z ręki.

- Jak za­wsze de­li­kat­na, praw­da Lily? Ni­czym bia­ły, sub­tel­ny kwiat - na­bi­jał się.

- Naj­le­piej do mnie pa­su­je - skwi­to­wa­łam. Ski­nął gło­wą, a to ozna­cza­ło ko­niec za­ba­wy. Miał do mnie spra­wę, któ­rą z ja­ki­chś po­wo­dów od­wle­kał w cza­sie. Po­wió­dł wzro­kiem po lo­ka­lu i jego po­go­da du­cha w jed­nym mo­men­cie znik­nęła.

- Po­lu­jesz dzi­siaj? - spy­tał, kon­spi­ra­cyj­nie się do mnie na­chy­la­jąc.

- Na dzi­siaj mam dość.

- Jest wy­jąt­ko­wo nie­gro­źny. Kręci się tu­taj i na­ga­bu­je mo­ich klien­tów.

De­mon, któ­re­go mi wska­zał, sie­dział sam przy sto­li­ku. Był ty­po­wym przed­sta­wi­cie­lem swo­jej rasy. Przy­stoj­ny, co po­zwa­la­ło mu przy­ci­ągać no­wych kon­tra­hen­tów, spra­wiał wra­że­nie bo­ga­te­go i roz­ta­czał wo­kół sie­bie aurę spo­ko­ju, po­wo­du­jącą, że jego klient bez­gra­nicz­nie mu ufał. Ka­żdy w oko­li­cy wie­dział, że ten bar jest te­re­nem neu­tral­nym. Tu­taj nie za­wie­ra­ło się pak­tów, tak samo jak nie to­czo­no spo­rów. Swój bar Leon uwa­żał za świ­ęto­ść, a ka­żde zła­ma­nie za­ka­zu han­dlo­wa­nia na jego te­re­nie ka­rał śmier­cią. I to ja by­łam wy­ko­naw­czy­nią wy­ro­ków. Nie mia­łam nic prze­ciw­ko temu, póki do­brze pła­cił. Zle­ce­nia, któ­re mi za­ła­twiał, grun­tow­nie spraw­dzał i se­lek­cjo­no­wał. Ni­g­dy jesz­cze nie spo­tka­łam swo­je­go klien­ta, z cze­go by­łam bar­dzo za­do­wo­lo­na. To dla­te­go po­zwa­la­łam po­że­rać Le­ono­wi lwią część mo­jej za­pła­ty.

- No daj spo­kój, dzie­cin­ko, do­brze za­pła­cę.

Za­mknęłam oczy. By­łam już na­praw­dę zmęczo­na.

- Ile? - mi­mo­wol­nie wy­do­by­ło się z mo­ich ust.

- Tyle co za­wsze.

- To nie wy­star­czy - szłam w za­par­te. - Nie prze­wi­du­ję w moim dzi­siej­szym gra­fi­ku wi­ęcej zgo­nów.

Bar­dziej niż na pie­ni­ądzach za­le­ża­ło mi na do­brej roz­ryw­ce. Jed­nak roz­ryw­ki mia­łam tego wie­czo­ru aż nad­to.

- Po­dwój­na staw­ka - mruk­nął nie­za­do­wo­lo­ny.

- Stoi. - Za­cze­sa­łam czar­ny, pro­sty ko­smyk wło­sów za ucho i spraw­dzi­łam, czy noże są na swo­im miej­scu. Były. Ni­g­dy nie lu­bi­łam bro­ni pal­nej, mo­gła za­wie­ść, za­ci­ąć się, jed­na­kże po­sia­da­nie ta­ko­wej spra­wia, że bez­pie­cze­ństwo au­to­ma­tycz­nie wzra­sta o kil­ka pro­cent. Dla­te­go też pi­sto­let je­ri­cho 941 był bli­ski memu ser­cu, rów­nie moc­no co ostrza, z któ­ry­mi ni­g­dy się nie roz­sta­wa­łam. Był do­syć ci­ężki i duży, ale pew­nie le­żał w dło­ni i był wy­god­ny. Ni­g­dy nie pla­no­wa­łam dłu­ższych po­sie­dzeń z bro­nią w ręku i gro­źba­mi, więc jego masa mi nie prze­szka­dza­ła.

Ode­rwa­łam się od lady.

Bez pro­ble­mu zi­den­ty­fi­ko­wa­łam de­mo­na. Wy­czu­wa­łam jego spe­cy­ficz­ną aurę, dzi­ęki cze­mu ni­g­dy nie po­my­li­ła­bym go z czło­wie­kiem.

Po­de­szłam do nie­go wol­nym kro­kiem, pró­bu­jąc wy­glądać odro­bi­nę zmy­sło­wo. Gdy­bym była de­mo­nem, bez za­sta­no­wie­nia pod­pi­sa­ła­bym ze sobą pakt.

- Prze­pra­szam - za­ga­iłam. - Cze­ka pan na ko­goś?

Zmie­rzył mnie wzro­kiem, jak­by wła­śnie oce­niał po­ten­cjal­ny łup i kal­ku­lo­wał, czy mu się opła­ca, czy może jed­nak nie. Wy­nik był dla mnie po­my­śl­ny, po­nie­waż po­kręcił prze­cząco gło­wą i za­pro­sił, że­bym się przy­sia­dła.

Po­czu­łam, jak roz­ta­cza wo­kół mnie swo­je ma­gicz­ne wici. Wie­dzia­łam, że mo­głam mu bez­gra­nicz­nie za­ufać i w tym mo­men­cie uwie­rzy­ła­bym nie­mal w ka­żde jego sło­wo. Nie­mal. Na całe jego nie­szczęście nie dzia­ła­ły na mnie tego typu sztucz­ki. No, może odro­bi­nę, ale z pew­no­ścią ni­g­dy bym mu nie ule­gła, na to był zbyt sła­by.

- Może się cze­goś na­pi­jesz?

- Och! - Spu­ści­łam wzrok za­kło­po­ta­na. Gdy­bym tyl­ko jesz­cze umia­ła spek­ta­ku­lar­nie pi­snąć... - Czy to nie będzie dla cie­bie kło­pot? - Nie­do­brze mi się zro­bi­ło od nad­mia­ru uprzej­mo­ści. Ale mu­sia­łam przy­znać, że by­łam nie­złą ak­tor­ką.

- To chcesz drin­ka, czy nie? - rzu­cił szorst­ko de­mon.

Zmia­na tonu su­ge­ro­wa­ła, że wła­śnie sko­ńczył się ze mną cac­kać. My­ślał, że ma mnie już w ga­rści.

- Po­pro­szę.

Pstryk­nął pal­ca­mi na Le­ona i po chwi­li po­ja­wi­ły się przy nas dwa nowe drin­ki. De­mon mu­siał być świe­ży w swo­im fa­chu. Ża­den tu­tej­szy nie han­dlo­wa­łby du­sza­mi na te­re­nie Le­ona i nie za­cho­wa­łby się rów­nie lek­ce­wa­żąco wo­bec nie­go.

- Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. - De­mon jak wi­dać nie tra­cił cza­su. Mia­łam ocho­tę od­po­wie­dzieć "wal".

- Cze­go naj­bar­dziej pra­gniesz w ży­ciu? Chcesz być sław­na albo bo­ga­ta?

My­śla­łam tyl­ko o tym, aby nie par­sk­nąć śmie­chem. De­mon był zbyt mło­dy i sła­by, by dać mi pie­ni­ądze czy sła­wę. Chy­ba zbyt dłu­go się za­sta­na­wia­łam, bo wska­zał pal­cem gdzieś po­ni­żej mo­jej gło­wy.

- Mó­głbym po­wi­ęk­szyć ci pier­si.

Spoj­rza­łam w dół na swój de­kolt. Na wszel­ki wy­pa­dek ugry­złam się w język. Po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać swój tem­pe­ra­ment. Unio­słam tęsk­ny wzrok na de­mo­na. Uśmiech­nął się, my­śląc, że wła­śnie ze mną wy­grał.

W nor­mal­nej sy­tu­acji czło­wiek wsta­łby z krze­sła i po­pu­kał się w gło­wę, sądząc, że jego roz­mów­ca jest nie­nor­mal­ny albo stroi so­bie z nie­go głu­pie żar­ty. Czar, któ­ry roz­ta­czał de­mon nie był na tyle na­chal­ny, by dru­ga oso­ba nie mo­gła pod­jąć nie­przy­mu­szo­nej de­cy­zji. On je­dy­nie spra­wiał, że czło­wiek wie­rzył w po­wa­gę jego słów i nie uwa­żał, że ma przed sobą ko­goś obłąka­ne­go.

- To jak? Sku­sisz się? - do­py­ty­wał się de­mon.

Za­wa­ha­łam się przez chwi­lę, za­sta­na­wia­jąc się nad odpo-wie­dzią.

- Nie mam pie­ni­ędzy - stwier­dzi­łam nie­win­nie.

- Nie chcę pie­ni­ędzy. - De­mon przy­bli­żył się do mnie nad sto­li­kiem. Wi­dzia­łam w jego oczach pod­nie­ce­nie. - Gdy przyj­dzie twój czas, od­dasz mi coś, co nie będzie ci już po­trzeb­ne.

Wy­si­li­łam się na zro­bie­nie miny, któ­ra wy­ra­ża­ła czy­ste nie­zro­zu­mie­nie.

- Od­dasz mi du­szę - uści­ślił. - Nie, nie... - za­prze­czył, wi­dząc w mo­ich oczach strach. - Nie za­bi­ję cię. Kie­dy uro­dzisz już wy­star­cza­jąco dużo dzie­ci i wy­ba­wisz swo­ich wnu­ków, i kie­dy cała po­marsz­czo­na będziesz ko­nać w łó­żku w oto­cze­niu swo­jej ro­dzi­ny, wy­dasz swo­je ostat­nie tchnie­nie, a wte­dy przyj­dę ja. - Czu­łam, że ma tę re­gu­łkę już wy­uczo­ną na pa­mi­ęć.

Uspo­ko­iłam się nie­co i ode­tchnęłam z ulgą.

- Mam od­dać ci moją du­szę?

Ski­nął en­tu­zja­stycz­nie gło­wą.

- Po co ci du­sza, sko­ro już i tak będziesz mar­twa?

Na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz nie­zwy­kłe­go wy­si­łku my­ślo­we­go. Za­sta­no­wi­łam się chwi­lę, nie za­po­mi­na­jąc ukrad­kiem spoj­rzeć w stro­nę lady. Leon był pro­fe­sjo­na­li­stą i wła­śnie zaj­mo­wał się ko­lej­nym klien­tem, cho­ciaż mo­głam się za­ło­żyć, że cały czas miał mnie na oku.

- Zgo­da - po­wie­dzia­łam.

De­mon ze­rwał się z miej­sca, nie­cier­pli­wie wy­ci­ąga­jąc do mnie rękę.

- Mu­si­my przy­pie­częto­wać pakt. Złączyć swo­ją krew. - Mru­gnął ner­wo­wo, roz­gląda­jąc się po ba­rze. - Znaj­dźmy ja­kieś ustron­ne miej­sce.

Ujęłam jego dłoń. Wci­ąż roz­ta­czał wo­kół sie­bie aurę za­ufa­nia. Ski­nęłam gło­wą, zga­dza­jąc się pó­jść za nim. Chy­ba do­bi­łam do­bre­go tar­gu. Pier­si w za­mian za du­szę... Moje mi się za­wsze po­do­ba­ły, ale nie chcia­łam psuć do­brej za­ba­wy de­mo­no­wi i już te­raz znisz­czyć jego na­dziei.

Park, do któ­re­go mnie za­pro­wa­dził, na­le­żał do tych bar­dziej za­nie­dba­nych i mało uczęsz­cza­nych. W cen­trum miesz­ka­łam od nie­daw­na, lecz wie­dzia­łam, że to miej­sce noc­ni spa­ce­ro­wi­cze omi­ja­ją sze­ro­kim łu­kiem. Na­wet ban­dy­ci i mor­der­cy nie mie­li tu cze­go szu­kać o tej po­rze.

Mimo nie­przy­jem­nej oko­li­cy, noc­ne po­wie­trze było rze­śkie i gdy­by nie fakt, że przede mną znaj­do­wał się de­mon, któ­ry ewi­dent­nie nie miał wo­bec mnie przy­ja­znych za­mia­rów, mo­gła­bym w pe­łni roz­ko­szo­wać się je­sien­ną at­mos­fe­rą. Nikt jesz­cze nie zdążył sprząt­nąć ko­lo­ro­wych li­ści, któ­ry­mi usła­ny był nie­mal cały park. W pa­nu­jącym pó­łm­ro­ku, w świe­tle lamp, wi­dok wie­lo­ko­lo­ro­we­go, zle­wa­jące­go się w żó­łcie, po­ma­ra­ńcze i czer­wie­nie dy­wa­nu, był cza­ru­jący.

De­mon sta­nął obok mnie. Moje metr sie­dem­dzie­si­ąt przy­spa­rza­ło mu kon­ku­ren­cji. Mo­żli­we, że gdy­bym po­ku­si­ła się wcze­śniej o szpil­ki, mia­ła­bym nad nim prze­wa­gę.

- No - po­wie­dział de­mon. - Po­daj mi swo­ją rękę.

Na­wet nie wie­dzia­łam, w któ­rym mo­men­cie w jego dło­ni zna­la­zł się nie­wiel­ki no­żyk. Na całe moje szczęście mój oso­bi­sty był wi­ęk­szy, czym nie zdąży­łam się jesz­cze przed nim po­chwa­lić.

- No?... - nie­cier­pli­wił się.

Nie mu­sia­łam już uda­wać. Na­chy­li­łam się do nie­go i uśmiech­nęłam ład­nie.

- Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję - po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc go na­śla­do­wać, co go nie­co zbi­ło z tro­pu.

- Co po­wiesz na taką wy­mia­nę... Ty dasz mi swo­je ży­cie, a ja ci po­da­ru­ję moją do­zgon­ną wdzi­ęcz­no­ść?

Był na tyle pew­ny sie­bie, by nie cof­nąć się na­wet o krok. Od­chy­lił do tyłu gło­wę.

- Czy ty mi gro­zisz?

- Pro­po­nu­ję ci ko­rzyst­ny układ.

Czu­łam, jak po­wie­trze gęst­nie­je od nad­mia­ru mocy. De­mon zbie­rał swo­ją ener­gię, przy­go­to­wu­jąc się na atak. Prze­cho­dzi­łam przez to nie raz i nie dwa, za­zwy­czaj de­mo­ny naj­pierw pró­bo­wa­ły swych sił w fi­zycz­nej wal­ce, do­pie­ro w osta­tecz­no­ści si­ęga­ły po ma­gię, któ­ra po­tra­fi­ła być sku­tecz­na, lecz zbyt wy­czer­pu­jąca. Ten naj­wi­docz­niej jesz­cze się tego nie na­uczył.

- Po­daj mi rękę - wark­nął.

- Ro­zu­miem, że nie umrzesz po do­bro­ci? - spy­ta­łam, tra­cąc już reszt­ki na­dziei.

Jego dłoń wy­strze­li­ła w po­wie­trze i w jed­nym mo­men­cie trzy­mał moją w sta­lo­wym uści­sku. Czu­łam, jak uży­wa mocy, by wzmoc­nić swój chwyt. Na jego nie­szczęście mia­łam jesz­cze wol­ną dru­gą rękę. Uśmiech­nął się zwy­ci­ęsko i przy­ci­ągnął mnie do sie­bie. Nie za­uwa­żył, kie­dy wy­jęłam nóż, co dało mi ja­kiś ele­ment za­sko­cze­nia. Na ra­zie pi­sto­let spo­czy­wał spo­koj­nie w ka­bu­rze. Był osta­tecz­no­ścią, ro­bił zbyt wie­le ha­ła­su i przy­ci­ągał uwa­gę.

Ci­ęłam w oko­li­cę ser­ca. Pu­ścił mnie. Był szyb­ki, lecz nie na tyle, by ca­łko­wi­cie usko­czyć. Nie tra­fi­łam tam, gdzie chcia­łam, jed­na­kże jego ko­szu­la za­częła na­si­ąkać po­wo­li krwią.

Tym ra­zem uj­rza­łam na jego twa­rzy za­sko­cze­nie. Spoj­rzał naj­pierw w dół, a po­tem na mnie. Chy­ba go roz­dra­żni­łam. Wark­nął i rzu­cił się do przo­du - in­stynk­ty mu­sia­ły wzi­ąć nad nim górę. Obo­je z im­pe­tem upa­dli­śmy na zie­mię. Mo­głam już te­raz do­łączyć ko­lej­ne­go si­nia­ka do mo­jej wspa­nia­łej ko­lek­cji, czu­łam, że to będzie okaz. Prze­tur­la­łam się kil­ka me­trów i wsta­łam. Nie było to zgrab­nie wy­ko­na­ne, acz­kol­wiek nie było rów­nież ni­ko­go, kto mó­głby po­dzi­wiać moją zwin­no­ść. Nie wy­pu­ści­łam ostrza z rąk. Ku mo­je­mu za­do­wo­le­niu de­mon zgu­bił gdzieś swój no­żyk w tra­wie. Znów pró­bo­wał na mnie na­trzeć, lecz tym ra­zem usko­czy­łam. Może i był szyb­szy ode mnie, lecz rów­nież mniej by­stry i po­tra­fi­łam wy­czy­tać z jego mi­ęśni, uło­że­nia nóg i ra­mion ko­lej­ny ruch, za­nim go wy­ko­nał. Był bar­dziej prze­wi­dy­wal­ny, niż by so­bie tego ży­czył.

Ska­ka­li­śmy tak wo­kół sie­bie jesz­cze przez chwi­lę. Bra­łam go na wy­czer­pa­nie, jed­nak nie było wi­dać po nim zmęcze­nia. Na­to­miast po mnie spły­wał już pot. Cze­ka­łam na jego błąd, nie chcia­łam iść na ży­wioł i sta­wiać na szczęście, tnąc na śle­po albo bez­my­śl­nie ry­zy­ku­jąc, po­nie­waż staw­ką było nie tyl­ko ży­cie de­mo­na, ale i moje.

- Będziesz tak sza­rżo­wać przez całą noc? - spy­ta­łam, nie mo­gąc zła­pać tchu. - Czy może jed­nak zmądrze­jesz i sam się za­bi­jesz?

Wpa­try­wał się we mnie in­ten­syw­nie, gdy ła­pa­łam gwa­łtow­nie ko­lej­ne od­de­chy. Mo­głam się z nim jesz­cze ba­wić, mia­łam na to siły. On jed­nak ob­rał inną tak­ty­kę. Tym ra­zem pchnął we mnie całą swo­ją mocą, po­wa­la­jąc na ko­la­na. Było to głu­pie i ry­zy­kow­ne z jego stro­ny. Po ta­kim men­tal­nym cio­sie znacz­nie się osła­bił. Z dru­giej jed­nak stro­ny mógł mnie za­bić albo zra­nić, a po­tem szyb­ko do­ko­ńczyć ro­bo­tę.

By­łam lek­ko za­mro­czo­na. Do­sko­czył do mnie i wgry­zł się zęba­mi w moją rękę. Prze­ra­żo­na pró­bo­wa­łam od­su­nąć się od nie­go.

Ugry­zł mnie! Ten pie­przo­ny po­twór mnie ugry­zł!

Wbi­łam ostrze w jego brzuch i po­kręci­łam we wszyst­kie stro­ny. Spa­ni­ko­wa­łam, wi­dząc go ucze­pio­ne­go mo­jej skó­ry. Od­sko­czył zwin­nie na bok. Do­tknął ręką dziu­ry, któ­rą wy­żło­bi­łam mu w brzu­chu. To była do­bra i so­lid­na ro­bo­ta. Z ust ka­pa­ła mu moja krew, po­ni­żej skąpa­ny był w swo­jej. Ra­mię pa­li­ło mnie nie­mi­ło­sier­nie, jed­nak wo­la­łam oszczędzić so­bie wi­do­ku i nie pa­trzeć.

- To nie­praw­do­po­dob­ne - po­wie­dzia­łam, sa­pi­ąc ci­ężko od wy­si­łku. - Mo­głam po­wie­dzieć Le­ono­wi, żeby po­sze­dł do dia­bła. - Wspa­rłam się o ko­la­na. - Sie­dzieć te­raz w swo­im domu, ale nie. - Spoj­rza­łam na de­mo­na, któ­ry grze­bał wła­śnie w swo­jej ra­nie, pró­bu­jąc utrzy­mać wnętrz­no­ści w środ­ku. - Mu­sia­łam się pchać w to gów­no. - Wy­pro­sto­wa­łam się i spoj­rza­łam w ko­ńcu na ugry­zie­nie. - To nie jest war­te tych pie­ni­ędzy.

Ze­rwa­łam się z miej­sca, sal­wu­jąc się uciecz­ką. Wie­dzia­łam, że de­mon, kie­dy się już otrząśnie, po­bie­gnie za mną. Mia­łam je­dy­nie kil­ka se­kund, żeby wdra­pać się na drze­wo i go zmy­lić. Za­sty­głam w bez­ru­chu. I tak po­gna­łby za za­pa­chem mo­jej krwi, na­wet te­raz, gdy był na prze­gra­nej po­zy­cji, po­nie­waż w tej chwi­li kie­ro­wał się już tyl­ko fu­rią. Wi­dzia­łam go z da­le­ka. Nie mógł szyb­ko bie­gać, po­nie­waż jed­ną ręką sta­rał się utrzy­mać wszyst­kie fla­ki w so­bie. Był de­mo­nem - gdy­by zde­cy­do­wał się te­raz ode­jść, wy­li­za­łby się. Cze­ka­łam, aż znaj­dzie się do­kład­nie pode mną. Wi­dzia­łam, jak roz­gląda się ner­wo­wo wo­kół, wy­czu­wał, że je­stem w po­bli­żu.

Sko­czy­łam na nie­go w chwi­li, gdy prze­cho­dził koło mo­je­go drze­wa. To było nie­czy­ste za­gra­nie, lecz je­śli cho­dzi­ło o moje ży­cie, nie po­sia­da­łam cze­goś ta­kie­go jak ho­nor. Nie uzna­wa­łam rów­nież uczci­wych walk. Po­su­nęła­bym się do wszyst­kie­go, by­le­by tyl­ko prze­trwać.

Zna­la­złam się na jego ra­mio­nach. Ta chwi­la za­sko­cze­nia po­zwo­li­ła mi wbić nóż w jego gar­dło. Trzy­ma­łam go w sta­lo­wym uści­sku, tnąc głębiej i głębiej. Śmiał ze mną jesz­cze wal­czyć - cho­ler­ne de­mo­ny nie po­tra­fią po­go­dzić się ze śmier­cią. Pró­bo­wał się wy­rwać, lecz na mar­ne. Po­czu­łam, że do­ta­rłam ostrzem do kręgo­słu­pa. De­mon upa­dł ra­zem ze mną na zie­mię.

Coś w nim za­bul­go­ta­ło. Ze­pchnęłam go ze swo­ich nóg i uklękłam obok nie­go. Tym ra­zem mi nie prze­szka­dzał. Do­ko­ńczy­łam ro­bo­tę du­żym ząb­ko­wa­nym no­żem. Spre­zen­to­wał mi go Leon, wła­śnie na ta­kie spe­cjal­ne oka­zje. No­si­łam go tyl­ko wte­dy, gdy mia­łam zle­ce­nie, był bo­wiem zbyt duży, aby za­wsze trzy­mać go przy so­bie. Za­jęło mi chwi­lę, za­nim upo­ra­łam się z jego kręgo­słu­pem i od­ci­ęłam mu gło­wę. Wes­tchnęłam zmęczo­na i upa­dłam obok nie­go na zie­mię.

Spoj­rza­łam na swo­je ubra­nie. Prze­pe­łni­ła mnie zło­ść, gdy uświa­do­mi­łam so­bie, że wszyst­ko upa­pra­łam we krwi.

Zwło­ki de­mo­nów ni­g­dy szczęśli­wie nie zni­ka­ją. Trup to trup. Roz­kła­da­jące się, śmier­dzące cia­ło będzie tu le­żeć, do­pó­ki ktoś go nie sprząt­nie.

Wy­jęłam ko­mór­kę z kie­sze­ni i wy­kręci­łam nu­mer.

- Cena wzro­sła - po­wie­dzia­łam, kie­dy usły­sza­łam głos po dru­giej stro­nie. - Je­steś mi wi­nien nowe ubra­nia i zwrot kosz­tów za star­ga­ne ner­wy.

- Gdzie je­steś?

- W par­ku, nie­da­le­ko. Ra­dzę się po­spie­szyć, bo już za­czy­na się po­wo­li roz­kła­dać i lada mo­ment zej­dą się wszyst­kie psy z oko­li­cy, żeby spró­bo­wać tro­chę eg­zo­tycz­nej pa­dli­ny.

- Za­raz ko­goś wy­ślę.

Roz­łączy­łam się. Prze­kręci­łam gło­wę w bok i ostat­ni raz spoj­rza­łam na swo­je­go mar­twe­go to­wa­rzy­sza. Wsta­łam i sta­ran­nie otrze­pa­łam się z li­ści i tra­wy.

Znów wy­gra­łam.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki