Rozdział 4
24 kwietnia 1897
Dolina rzeki Sihl, Szwajcaria
Po raz pierwszy, odkąd wysiadłyśmy z pociągu z Zurychu i ruszyłyśmy ku dolinie rzeki Sihl, nasza grupa umilkła. Wokół zapadła cisza, jakbyśmy wchodziły do katedry. W pewnym sensie pradawne puszcze, takie jak Sihlwald, tym właśnie były. Otaczały nas stare, wysokie drzewa, a kroczyłyśmy po ciałach ich martwych towarzyszy. Dywan z mchu tłumił dźwięk naszych kroków, przez co kumkanie żab, stukanie dzięciołów i ptasie trele wydawały się jeszcze głośniejsze. Czułam się tak, jakbym wkroczyła w prehistoryczną dzicz z jednej z ukochanych bajek z dzieciństwa. Milczenie Milany, Ružicy i Helene dowodziło, że i one czują ten sam podziw.
- Fagus sylvatica - wyszeptała Helene, wytrącając mnie z zamyślenia. Nie rozumiałam znaczenia tej łacińsko brzmiącej frazy, co było o tyle dziwne, że mówiłam, lub chociaż czytałam, po niemiecku, francusku, serbsku i łacinie, znałam więc o dwa języki więcej od niej. Zastanawiałam się, czy mówi do mnie, czy tylko do siebie.
- Słucham?
- To gatunek i rząd tego konkretnego drzewa bukowego. Chodziliśmy z ojcem na długie spacery do lasu nieopodal naszego domu w Wiedniu. Bardzo kochał łacińskie nazwy drzew. - Obróciła w palcach liść buku.
- Nazwa jest równie piękna co samo drzewo.
- Tak. Zawsze bardzo mi się podobało. Jest niemalże poetyckie. Fagus sylvatica może przeżyć niemal trzysta lat, a jeśli ma wystarczająco dużo miejsca, jest w stanie osiągnąć trzydzieści metrów wzrostu. Gdy jednak drzewa są zbyt blisko siebie, ich wzrost zostaje wstrzymany - powiedziała z tajemniczym uśmiechem.
Zrozumiałam, co kryło się w jej słowach - w pewnym sensie i my byłyśmy jak Fagus sylvatica. Odwzajemniłam uśmiech.
Zerknęłam na drogę przed nami. Obawiałam się o swoją równowagę, choć jak dotąd udało mi się nie potknąć ani razu. Tak mocno skupiłam się na powierzchni, po której stąpałam, że wpadłam na Milanę, która zatrzymała się nagle. Kiedy zerknęłam jej przez ramię, zrozumiałam dlaczego.
Osiągnęłyśmy Albishorn, szczyt zalesionego wzgórza, skąd rozciągał się legendarny widok. Naszym oczom ukazał się żywy błękit Jeziora Zuryskiego, rzeka Sihl na tle gór o białych wierzchołkach i nakrapiane domkami zielone wzgórza. Kolor szwajcarskich wód był nieskończenie żywszy od tego, jaki przybierał błotnisty Dunaj mojej młodości. Zachwyty nad Albishornem były zasłużone, zwłaszcza kiedy powietrze wypełniał cudowny zapach wiecznie zielonych górskich drzew.
Czułam się tak, jakbym narodziła się na nowo.
Odetchnęłam głęboko świeżym powietrzem. Udało mi się. Nie byłam pewna, czy zdołam się tutaj wspiąć. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie zrobiłam. Dopiero kiedy dziewczęta zaczęły błagać, bym do nich dołączyła - a Helene opowiedziała, że udało jej się pokonać trasę przez Sihlwald mimo kalectwa - zgodziłam się na tę wycieczkę. Helene nie pozwoliła mi na żadne wymówki. Chociaż kulała, odkąd w dzieciństwie zachorowała na gruźlicę, a nie z powodu wrodzonej wady biodra, jej chód był podobny do mojego. Jak mogłam twierdzić, że moje kalectwo nie pozwala mi spróbować?
Nauczyłam się o sobie czegoś nowego. Problem z moimi nogami nie rzucał się tak bardzo w oczy na nierównym terenie. Moje kalectwo było wyraźniejsze na prostej drodze. Umiałam wspinać się równie dobrze jak pozostałe dziewczęta. Poczułam się wolna.
Zerknęłam na Helene, a ona uśmiechnęła się do mnie. Zastanawiałam się, czy podobne wątpliwości i podobne odkrycia towarzyszyły jej na tym samym szlaku, choć wiedziałam, że już w młodości wspinała się z ojcem. Kiedy odwzajemniłam jej uśmiech, chwyciła moją dłoń i ścisnęła ją lekko. Puściła ją dopiero wtedy, kiedy weszła na szczyt wzgórza Albishorn i jej oczom ukazał się najlepszy z możliwych widoków.
Kiedy wróciłyśmy do pensjonatu Engelbrechtów, słońce już zachodziło. Przedpokój zdawał się zagracony i ponury w porównaniu z prostym, jasnym pięknem dziczy. Nie wspominając już o tym, że pachniał mdłą pleśnią, niezależnie od tego, jak dokładnie czyściła go pani Engelbrecht. Pokojówka pomogła nam pozbyć się bagaży i zdjąć pogniecione płaszcze, a my chichotałyśmy z wysiłku.
- Ciekawie wyglądacie, dziewczęta! - zawołała pani Engelbrecht, wchodząc do przedpokoju. Zamieszanie przyciągnęło jej uwagę i chociaż zazwyczaj lubiła porządek i spokój, tym razem nie mogła powstrzymać śmiechu.
- Cóż to był za dzień, pani Engelbrecht! - zawołała melodyjnie Ružica.
- Czy piękno Sihlwaldu wciąż zapiera dech w piersiach?
- O tak! - Milana odpowiedziała w imieniu nas wszystkich.
Pani Engelbrecht spojrzała na mnie.
- A czy pani, panno Marić, spodobał się nasz klejnot?
Jeszcze przed naszą wycieczką zachwycała się Sihlwaldem, wspominając spacery, na jakie chodzili tam z panem Engelbrechtem na początku ich małżeństwa.
Mnie opis tego przeżycia nie przychodził z łatwością, to było coś więcej niż zwykła wycieczka.
- Było tak bardzo... - wydukałam.
- Tak bardzo...? - spytała wyczekująco pani Engelbrecht.
- Panna Marić była zachwycona. - Helene przyszła mi na ratunek. - Sihlwald wprost odebrał jej mowę!
Milana i Ružica roześmiały się, a pani Engelbrecht obdarzyła nas kolejnym uśmiechem.
- Miło mi to słyszeć - powiedziała, po czym wskazała na ścienny zegar, lustrując nas od stóp do głów. - Może chciałybyście odświeżyć się przed kolacją? Podajemy za kwadrans, a podróż przez Jezioro Zuryskie przy wietrznej pogodzie wzburzyła wasze fryzury. Unordentliches Haar - podkreśliła niestosowność naszego wyglądu.
Chociaż poza murami pensjonatu Engelbrecht byłyśmy znakomitymi studentkami, wewnątrz stawałyśmy się damami, od których oczekiwano elegancji o każdej porze. Dotknęłam swoich włosów. Rano starannie zaplotłam je w warkocze, potem spięłam w kok, licząc, że przetrwają wycieczkę i powrotną podróż przez jezioro, ale teraz czułam pod palcami niesforne kosmyki, które wymykały się z warkoczy i plątały w supły.
- Tak, pani Engelbrecht - Ružica odpowiedziała za nas wszystkie.
Kiedy szłyśmy na górę do naszych pokoi, na próżno starałam się rozsupłać szczególnie uparty kołtun. Gdy Milana i Ružica weszły do siebie, Helene sięgnęła ku mnie, żeby mi pomóc. Zatrzymałam się, by mogła wyciągnąć kosmyki z koka.
- Może pójdę z tobą do pokoju i spróbujemy rozplątać sobie włosy nawzajem? Inaczej chyba nie uda nam się dotrzeć na kolację za piętnaście minut.
- Oczywiście.
Otworzyłam drzwi i podniosłam ze stolika dwa grzebienie i kilka spinek. Usiadłyśmy na moim skrzypiącym łóżku, a Helene zaczęła bolesny proces rozplątywania włosów. Często odwiedzałyśmy się w pokojach, ale po raz pierwszy układałyśmy sobie nawzajem włosy - w odróżnieniu od Ružicy i Milany, którym zdarzało się to często.
- Ała! - jęknęłam.
- Przepraszam. Z tym ptasim gniazdem może poradzić sobie tylko porządny grzebień. Za kilka minut będziesz się mogła zemścić.
Roześmiałam się.
- Dziękuję, że przekonałaś mnie do wycieczki, Helene.
- Cieszę się, że pojechałaś. Czyż nie było wspaniale?
- Było. Las i widoki okazały się naprawdę przepiękne. Nie sądziłam, że zdołam wspiąć się tak wysoko.
- Milevo, przecież zdołałabyś dojść o wiele dalej.
- Wiesz, martwiłam się, że będę spowalniać grupę. Przez moją nogę.
- Jak na niezwykle zdolną dziewczynę, która odnosi wiele sukcesów w nauce, masz bardzo niskie poczucie własnej wartości. Dzisiaj doskonale sobie poradziłaś, nie masz już więc żadnej wymówki, by nie uczestniczyć w naszych wycieczkach - powiedziała Helene.
Odkąd się poznałyśmy, nurtowało mnie to pytanie:
- Zdajesz się w ogóle nie przejmować swoimi nogami. Czy nigdy nie martwisz się, jak widzą cię inni?
Helene zmarszczyła ciemne brwi.
- Dlaczego miałabym się tym martwić? To oczywiście męczące, czasami tracę równowagę i nie jestem najszybsza, ale czemu miałoby mieć wpływ na to, jak postrzegają mnie inni?
- Cóż... W Serbii kulawa kobieta jest uznawana za niezdatną do małżeństwa.
Helene zamarła.
- Żartujesz.
- Nie.
Odłożyła grzebień na łóżko, spojrzała mi prosto w oczy i sięgnęła po moją dłoń.
- Nie jesteś już w Serbii, Milevo. Jesteś w Szwajcarii, najnowocześniejszym kraju w Europie. W miejscu, które nigdy nie poddałoby się tak śmiesznym, przestarzałym zwyczajom. Nawet w mojej ojczyźnie, która w porównaniu z Zurychem wydaje się zaściankiem, podobne pomysły nigdy nie byłyby zaakceptowane.
Powoli pokiwałam głową. Wiedziałam, że ma rację. A jednak poczucie, że nie jestem godna małżeństwa, tkwiło w mojej głowie od tak dawna, że stało się już niemal częścią mnie.
Wszystko zaczęło się od podsłuchania pewnej rozmowy. Miałam siedem lat i w chłodny listopadowy wieczór niecierpliwie czekałam na powrót taty do domu. Miałam dla niego niespodziankę. Chciałam sprawić mu przyjemność.
Znudzona chodzeniem w kółko po salonie chwyciłam książkę z półki i rozsiadłam się w fotelu papy. Podciągnęłam nogi i zwinęłam się wokół oprawionego w skórę, okutego złotem tomiszcza, którego okładka kryła ośle uszy zniszczonych kartek. Chociaż w naszej domowej bibliotece znajdowało się mnóstwo książek - papa uważał, że każdy ma obowiązek się uczyć, nawet jeśli, tak jak on, nie miał szansy na formalną edukację - wciąż wracałam do baśni i legend. Historie te były dla mnie już nieco zbyt proste, ale ta książka zawierała moją ulubioną bajkę Mała śpiewająca żabka.
Byłam w połowie historii o parze, która modliła się o dziecko, lecz zamiast dziewczynki dostała córeczkę żabę. Rodzice tak bardzo wstydzili się jej odmienności, że postanowili ją ukryć. Ledwie dotarłam do swojej ulubionej sceny, w której książę słyszy śpiew żabki i zakochuje się w niej mimo jej wyglądu, wybuchnęłam gromkim śmiechem. Papa zaczaił się, wszedł do pokoju i zaczął mnie łaskotać. Przytuliłam go mocno, po czym chwyciłam za ręce i podekscytowana pociągnęłam przez pokój. Chciałam pokazać mu pochylnie, które zbudowałam, opierając się na szkicach stworzonych dzisiaj w szkole. "Papo, papo, chodź zobaczyć!", wołałam. Pobiegłam slalomem pomiędzy dekoracyjnymi meblami z zielonego aksamitu i orzechowego drewna do jedynego pustego kąta salonu. Postanowiłam zademonstrować eksperyment, który przeprowadziłam na podstawie naszej wcześniejszej rozmowy o sir Izaaku Newtonie. Często zresztą mówiliśmy o nim przy kolacji i podobało mi się jego przekonanie, że wszystko na świecie, od jabłek aż po planety, podlega tym samym niezmiennym prawom. Prawom nie spisanym przez ludzi, ale zawierającym się w samej naturze. Wierzyłam, że w prawach tych odnajdę Boga.
Rozmawialiśmy z tatą o pismach Newtona mówiących o sile poruszających się obiektów i o zmiennych, które na nie wpływały - mówiąc prościej: o tym, czemu przedmioty poruszają się w taki, a nie inny sposób. Newton intrygował mnie, ponieważ liczyłam, że pomoże mi zrozumieć, czemu moja noga szura po ziemi, podczas gdy stopy innych dzieci bez trudu odrywają się od podłoża.
Na pomysł wpadłam podczas jednej z takich rozmów. Postanowiłam przeprowadzić doświadczenie, by zbadać, w jaki sposób wzrost masy wpływa na siłę poruszających się przedmiotów. Używając opierających się o półki desek, mogłam stworzyć równie o różnym nachyleniu, a następnie spuścić po nich kamienie różnej wielkości. To dałoby mi wystarczającą ilość danych, by przedyskutować sprawę z tatą. Po szkole wybłagałam od naszego gospodarza Jurgena cztery deski, a następnie ostrożnie oparłam każdą z nich o stertę złożoną z pięciu książek. Po tym, jak przez godzinę ustawiałam je tak, by mieć absolutną pewność, że ich nachylenie jest identyczne, uznałam, że możemy przeprowadzić eksperyment.
- Chodź, papo - poprosiłam, podając mu kamień nieco większy od tego, który sama trzymałam w dłoni. - Sprawdzimy, jak wielkość kamieni wpływa na ich ruch i prędkość!
Uśmiechając się, tata rozczochrał mi włosy.
- Dobrze, mój mały łobuzie. Przeprowadzimy eksperyment Izaaka Newtona. Czy masz przygotowaną kartkę?
- Tak - odparłam i uklęknęliśmy na podłodze.
Papa ułożył swój kamyk na równi. Upewniwszy się, że zrobiłam to samo, zawołał:
- Już!
Przez kolejny kwadrans turlaliśmy kamienie po deskach i zbieraliśmy dane. Minuty mijały jak we mgle. W tym momencie czułam się najszczęśliwsza na świecie. Papa naprawdę dobrze mnie rozumiał. On jedyny.
Przerwała nam nasza gospodyni Danijela:
- Panie Marić, panienko Milevo, podano kolację.
Pieprzny, mięsny zapach mojej ulubionej pljeskavicy unosił się w powietrzu, ale i tak czułam się rozczarowana. Podczas kolacji musiałam się tatą dzielić. Owszem, to my dominowaliśmy w rozmowie - mama odzywała się rzadko, ale jej obecność hamowała mój entuzjazm i jego otwartość. Mama miała wobec mnie całe mnóstwo oczekiwań, lecz żadne z nich nie miało nic wspólnego z nauką. "Czemu nie jesteś taka jak inne dziewczynki?", pytała mnie często. Czasem wymieniała imię konkretnego dziecka z Rumy, w miasteczku było wiele zwykłych dziewczynek, do wyboru. Nigdy nie wypowiadała imienia mojej zmarłej siostry, ale wiedziałam, że ono wciąż jest w jej myślach. Czemu nie jestem taka, jaka mogłaby stać się kiedyś Milica?
W ciemności mojej sypialni, w ciszy, która zapadała, gdy wszyscy już spali, często się zastanawiałam, czy podejmuję właściwą decyzję, starając się robić przyjemność tacie, a nie mamie. Nie umiałam zadowolić obojga. Choć ich wizje mojej przyszłości nie mogłyby się bardziej różnić, tata nie tolerował żadnej krytyki wobec mamy, nieważne jak zawoalowanej. Bronił jej oczekiwań jako właściwych matce chcącej chronić swoją córkę. Wiedziałam, że ma rację. Mama kochała mnie i chciała dla mnie jak najlepiej, chociaż jej wizja tego, co najlepsze, nijak nie zgadzała się z moją.
Kolacja skończyła się po krótkiej rozmowie o Newtonie. Zostałam odesłana sama do salonu. Między mamą a tatą coś było nie tak: coś niewypowiedzianego, lecz wyraźnie wyczuwalnego. Mama nigdy otwarcie nie kłóciła się z ojcem, zwłaszcza w mojej obecności, jednak jej zachowanie - wyjątkowo lapidarna modlitwa, bezceremonialne stawianie talerzy, niezadawanie pytań o wrażenia z posiłku - wskazywało, że jest rozgniewana. Żeby zająć sobie czas przed powrotem taty, przejrzałam dane, które zebraliśmy, i przygotowałam się do drugiego eksperymentu mającego sprawdzić inne prawo Newtona. Chcąc zmierzyć wpływ tarcia na ruch identycznych kamieni, poprosiłam Jurgena o przygotowanie trzech drewnianych desek o różnych stopniach chropowatości.
Przypomniałam sobie, co powiedział papa, kiedy zaproponowałam ten eksperyment:
- Mitzo, jesteś jak obiekty w jednym z badań Newtona. Niestrudzenie zachowujesz tę samą prędkość na drodze przez życie, póki nie zadziała na ciebie zewnętrzna siła. Mam nadzieję, że nigdy żadna cię nie spowolni.
Tata był zabawny.
Gdy budowałam pochylnie z desek, gdzieś na skraju mojej świadomości rozbrzmiewały głosy. Pomyślałam, że to pewnie pokojówki znów narzekają i kłócą się, jak co noc po kolacji, kiedy miały przed sobą najwięcej sprzątania. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze. Co się stało? Danijela i Andrijana nigdy wcześniej nie zachowywały się tak głośno ani tak niegrzecznie. A mamie w kuchni nigdy nie puszczały nerwy. Mówiła niedużo, lecz zdecydowanie. Zaciekawiona, wytężyłam słuch, ale nie rozumiałam, o czym mowa.
Chciałam wiedzieć, co się dzieje. Zamiast jednak podejść do kuchni z salonu, zakradłam się korytarzem dla służby. Tu podłoga była z gorszego drewna, a na ścianach nie wisiały obrazki. W tej części domu, którą my zamieszkiwaliśmy, podłogi były wypolerowane na błysk i przykryte tureckimi dywanami, wszędzie wokół wisiały martwe natury z owocami i portrety nieznanych nam ludzi. Papa zawsze powtarzał, że chciał, by nasz dom dorównywał domom w słynnym mieście Berlinie.
Nikt się mnie tu nie spodziewał. Próbując skradać się cicho - co nie było łatwe w moich ciężkich buciorach - zrozumiałam, że to nie są głosy Danijeli i Adrijany. To były głosy mamy i taty.
Nigdy wcześniej nie słyszałam, jak się kłócą. Mama była łagodna i posłuszna wszędzie poza kuchnią - a nawet tam pozostawała spokojna i niewzruszona - i w obecności papy prawie nic nie mówiła. Skoro podniosła głos, musiało stać się coś strasznego.
Kiedy podeszłam do drzwi, usłyszałam swoje imię.
- Milošu, nie karm dziecka fałszywą nadzieją. Ma dopiero siedem lat. Spędzasz z nią za dużo czasu, niepotrzebnie zachęcasz do lektury - mówiła mama. - To delikatna dziewczynka, która potrzebuje naszej opieki. Musimy przygotować ją na jej prawdziwą przyszłość. Tutaj, w domu.
- Moja wiara w Mitzę nie jest bezpodstawna. I nie uważam, że spędzam z nią za dużo czasu, jeśli już, to spędzam go za mało. Czy mam ci powtórzyć, co powiedziała dziś pani Stanojević o inteligencji Mitzy? O tym, jak doskonale radzi sobie z matematyką? Jak chwyta w lot obce języki? Czy mam powtórzyć, co podejrzewałem od dawna? - Głos ojca był stanowczy.
O dziwo jednak mama nie ustąpiła.
- Milošu, to dziewczynka. Co dobrego przyjdzie z tego, że nauczy się niemieckiego i matematyki? Co jej dadzą eksperymenty naukowe? Jej miejsce jest w domu. A domem Mitzy będzie ten dom, z jej nogą małżeństwo i dzieci są dla niej nieosiągalne. Poza tym takie jest prawo, dziewczynkom nie wolno nawet chodzić do liceum.
- Może to prawda, gdy mowa o zwykłych dziewczynkach. Ale Mitza jest inna.
- Co to znaczy "inna"?
- Wiesz, o co mi chodzi.
Mama milczała. Przez chwilę myślałam, że się poddała, ale po chwili odezwała się znowu.
- Chodzi ci o to, że jest zdeformowana? - Mama niemal wypluła ostatnie słowo.
Wzdrygnęłam się. Czy mama właśnie nazwała moją nogę "deformacją"? Zawsze powtarzała mi, że jestem piękna, że moje kalectwo jest ledwie widoczne. Że nikt nie zwraca uwagi na moje nierówne nogi i biodra. Zawsze wiedziałam, że to nie do końca prawda - nie mogłam nie zauważyć ciągłych zaciekawionych spojrzeń i żartów kolegów z klasy - ale... "deformacja"?
W głosie ojca rozbrzmiewała wściekłość.
- Jak możesz tak o niej mówić! Jeśli już, to jej kalectwo jest darem. Skoro nikt nie zechce wziąć ją za żonę, będzie mogła podążać drogą, jaką wyznaczył jej Bóg, obdarzając ją takim intelektem. Jej kalectwo to znak, że jej przeznaczeniem jest coś znacznie większego, lepszego niż zwykłe małżeństwo.
- Znak? Dar od Boga? Milošu, Bóg chciałby, żebyśmy otoczyli ją opieką w tym domu. Jej oczekiwania powinny być realistyczne, inaczej narazimy ją na rozczarowania. - Mama przerwała, a tata odezwał się dopiero po chwili milczenia.
- Chcę, żeby Mitza była silna. Chcę, żeby potrafiła stanąć przed klipani*, którzy wyśmiewają się z jej nogi, z przekonaniem, że Bóg dał jej coś wyjątkowego: inteligencję.
Wydało mi się, że po raz pierwszy widzę siebie oczami swoich rodziców. Mama i tata postrzegali mnie tak samo jak rodzice dziewczynki w bajce Mała, śpiewająca żabka. Powtarzali, że jestem mądra, ale wyczuwałam głównie ich wstyd. Chcieli ukryć mnie przed światem: w szkole albo w domu. Byli absolutnie przekonani, że nie mogę liczyć na małżeństwo, coś, do czego aspirować mogły nawet najzwyczajniejsze wiejskie dziewczęta.
Mama nie odpowiedziała. Jej milczenie oznaczało, że wróciła do uległości. Papa tym razem mówił spokojniej.
- Zapewnimy jej edukację, na jaką zasłużył jej wyjątkowy umysł. Nauczę ją żelaznej siły woli i dyscypliny umysłu. To będzie jej zbroja.
Żelazna siła woli? Dyscyplina umysłu? Zbroja? Tak miała wyglądać moja przyszłość?
Bez męża. Bez własnego domu. Bez dzieci. Gdzie się podziało szczęśliwe zakończenie bajki, w którym książę widzi piękno pod powierzchnią i czyni z żaby księżniczkę, strojąc ją w złote suknie błyszczące jak słońce? Czy nie było moim przeznaczeniem? Czy nie zasługiwałam na własnego księcia mimo swojej brzydoty?
Wybiegłam z domu, nie próbując ukrywać, jak niezgrabnie kuleję. Na co by się to zdało? Mama i tata przedstawili sprawę jasno: to moje kalectwo decydowało, kim jestem.
Umilkłam, wspominając przeszłość. Helene puściła moją dłoń i chwyciła mnie za ramiona.
- Widzisz to dziś, Milevo? Rozumiesz już, że twoje kalectwo nie czyni cię niezdatną do małżeństwa? Że w żaden sposób cię nie ogranicza? Że nie powinnaś się przejmować przestarzałymi uprzedzeniami?
Kiedy patrzyłam w jasne, szaroniebieskie oczy Helene i słyszałam przekonanie w jej głosie, nie mogłam się z nią nie zgodzić. Po raz pierwszy w życiu uwierzyłam, że może moje kalectwo naprawdę nie ma znaczenia. Dla mnie, dla tego, kim mogłam się stać.
- Tak - odparłam głosem równie spokojnym jak głos Helene.
Przyjaciółka puściła moje ramiona, uniosła grzebień i wróciła do rozplątywania potarganych włosów.
- Dobrze. Zresztą czemu miałybyśmy w ogóle przejmować się małżeństwem? Po co miałybyśmy wychodzić za mąż? Spójrz tylko na naszą grupę: ja, ty, Ružica, Milana, wszystkie będziemy pracowały zawodowo tutaj, w Szwajcarii, gdzie obowiązuje tolerancja wobec kobiet, intelektualistów i obcokrajowców. Będziemy miały siebie i naszą pracę, nie musimy iść tradycyjną drogą.
Zastanawiałam się nad tym przez chwilę. Jej słowa brzmiały niemal rewolucyjnie - nieco podobnie do opisu bohemy, jaki przedstawił pan Einstein - chociaż tak właśnie wyglądała przyszłość, ku której zmierzałyśmy.
- Masz rację. Jaki sens ma dziś miłość? Może nie potrzebujemy już do szczęścia małżeństwa.
- I o to chodzi, Milevo. Czeka nas wspaniała zabawa! W ciągu dnia będziemy pracować jako historyczki, fizyczki i nauczycielki, a wieczorami i w weekendy będziemy grać koncerty i jeździć na wycieczki.
Wyobraziłam sobie idylliczne życie, które opisała Helene. Czy było możliwe? Czy naprawdę mogła mnie czekać szczęśliwa przyszłość wypełniona przyjaźnią i pracą?
- Może zawiążemy pakt? - spytała Helene. - Za wspólną przyszłość?
- Za wspólną przyszłość.
Podałyśmy sobie ręce.
- Helene, proszę, nazywaj mnie Mitzą. Tego zdrobnienia używa cała moja rodzina i wszyscy, którzy dobrze mnie znają. A ty chyba znasz mnie najlepiej ze wszystkich.
- Będę zaszczycona, Mitzo - uśmiechnęła się Helene.
Śmiejąc się i wspominając wspólnie spędzony dzień, przygotowywałyśmy się do kolacji. Z rozczesanymi włosami, ręka w rękę ruszyłyśmy przed siebie po schodach. Zajęte dyskusją o tym, jakie danie zostanie podane dziś wieczorem - ja miałam ochotę na Zürcher Geschnetzeltes, cielęcinę w kremowym sosie z białego wina, Helene zaś na Rösti z jajkami i bekonem - dopiero po chwili dostrzegłyśmy u stóp schodów panią Engelbrecht. Czekała na nas. A właściwie na mnie.
- Panno Marić - zawołała wyraźnie niezadowolona. - Wygląda na to, że ma panna adoratora.
Za panią Engelbrecht rozbrzmiało kaszlnięcie i zza jej pleców wyłoniła się sylwetka.
- Przepraszam panią bardzo, nie jestem adoratorem, tylko kolegą ze studiów.
Był to pan Einstein. Ze skrzypcami w dłoni.
Nie poczekał na zaproszenie.
* Klipani - serb. chuligani.