3
Ewelina na przyjazd gościa postanowiła uporządkować swoje siedzisko, jak nazwała kuchnię ze służbówką, które teraz były jednocześnie salonem i sypialnią.W miarę zbliżania się wizyty architekta jej zdenerwowanie narastało. Wystarczy przecież rzut oka, aby ocenić rozmiar zniszczeń, i on może zapytać, dlaczego, jako właścicielka, nie zabezpieczyła pałacu przed dalszą dewastacją. I co ma mu odpowiedzieć, że robiła, co mogła, ale niestety ją to przerosło? Może też zapytać, dlaczego nie podarowała obiektu państwu, które miałoby środki na odbudowę zabytku. Odpowie mu wtedy, że młode państwo ma znacznie pilniejsze potrzeby niż odrestaurowywanie zniszczonych przez wojnę i czas budowli. Była zła na Zuzannę, że zaprosiła tego człowieka bez porozumienia z nią, a skoro już go zaprosiła, powinna przy tym być.
Postanowiła też, chociaż z grubsza, wypielić gazon, który nie najlepiej się prezentował. W starej podomce, z włosami schowanymi pod chustką, wyrywała chwasty, kiedy w bramie wjazdowej pojawił się dżip, który okrążył gazon i zatrzymał się przed wejściem.
Ewelina podniosła się z kolan, a gość wysiadł z samochodu. Był wysoki, szczupły, miał może trochę zbyt gładką twarz, ona zdecydowanie wolała męskie rysy.
- Nazywam się Michel Noiret, czy zastałem właścicielkę pałacu?
...przypominała sobie opowieść ciotki o pierwszym spotkaniu z matką Eweliny.
Susanne sadziła kwiaty na gazonie przed pałacem, kiedy u wylotu alei pojawiła się dorożka, w której siedziało dwoje dorosłych i mała dziewczynka. Kobieta wysiadła i spytała:
- Czy państwo są w domu? Proszę mnie zaanonsować!
Susanne, wycierając ręce w fartuch, odpowiedziała:
- Ja tu mieszkam!
Na co usłyszała:
- Nie chodzi mi o służbę!
Susanne rzuciła ostro:
- Jestem właścicielką!
Wtedy kobieta podała jej kawałek tekturki i ciotka z trudem odczytywała zamazane, niewyraźne pismo:
Proszę uprzejmego czytelnika tej kartki o umożliwienie mojej córce Karolinie powrotu do rodziny w Polsce. Pałac Lechice pod Wrzosowem, powiat warszawski. To dziecko Karoliny Lechickiej, która zmarła przy porodzie. Nie zostało ochrzczone. Od kilku tygodni jesteśmy w drodze powrotnej z zesłania do kraju. Umieram na tyfus. Edward Borski
- Ewelina Lechicka, jestem właścicielką - odpowiedziała gościowi. - Przepraszam za mój ubiór i zapraszam do środka!
Usiedli przy stole, zaproponowała herbatę.
- Dobrze pan mówi po polsku.
Uśmiechnął się.
- Podobno mam fatalny akcent!
- Ach - machnęła ręką - moi ziomkowie też zwykle mają problem z akcentem, który w języku polskim przeważnie pada na przedostatnią sylabę.
I znów wymiana uśmiechów.
- Bratanica poprosiła, aby obejrzał pan nasz dom... obawiam się, że wystarczy rzut oka, aby ocenić jego stan.
- O nie! - zaprotestował gość. - Najpierw trzeba odnaleźć duszę zabytku, która gdzieś się ukrywa w tych murach, potem na podstawie szkiców, planów, fotografii starać się odtworzyć sam zabytek, możliwie jak najwierniej. Czy coś takiego mogłaby mi pani udostępnić?
Ewelina ciężko westchnęła.
- Niestety, w czterdziestym piątym roku część rodziny została zamordowana przez Rosjan, okupujących mój kraj, część wywieziono do łagrów na Syberii... Wszystko, co zostało w pałacu, padło łupem szabrowników.
Gość wstał.
- Wiem, co pani przeszła, Susanne mi opowiadała. Czy mogę ucałować pani dłoń?
Schylił się do jej ręki tak nisko, jakby co najmniej składał ukłon przed królową angielską. Była trochę zła na bratanicę, że przedstawiła ją jako ofiarę wojny.
- Niestety, nie mam panu nic do pokazania, pozostaje tylko pamięć...
- Pamięć też jest ważna, nawet bardzo - pośpieszył z odpowiedzią. - Czy może mnie pani oprowadzić po obiekcie?
Zajęło im to pół dnia. Pan Noiret cały czas objaśniał, na czym polega rekonstrukcja zabytków. Było to pouczające, ale nagromadzenie tylu wiadomości naraz sprawiło, że Ewelina kompletnie się w tym pogubiła. Oczywiście nie dała tego po sobie poznać, robiła odpowiednią minę, przytakiwała ruchem głowy. Dowiedziała się między innymi, jak rekonstruowano części pieca w obozie Auschwitz-Birkenau albo dzwonnicy na placu Świętego Marka w Wenecji.
- Wy też możecie się poszczycić odbudową warszawskiej starówki, Zamku Królewskiego w Warszawie - wtrącił. - Nawet UNESCO wyraziło swoje uznanie. Myślę, że Lechice będą podobnym przypadkiem...
To się okaże, kiedy pan przedstawi kosztorys - pomyślała.
Nie orientowała się w sytuacji finansowej Zuzanny, ale nawet gdyby miała ona jakieś większe oszczędności, nie powinna się ich pozbywać. Nigdy nie wiadomo, co przyszłość przyniesie, jakiś nieszczęśliwy wypadek może przerwać jej karierę. I co wtedy? Ewelina żyje z marnej emerytury, sprzedała mieszkanie, żeby ratować Lechice, a okazało się to kroplą w morzu...
Posępne myśli przerwało pytanie architekta, czy tu można gdzieś dobrze zjeść.
- Zjeść można - odpowiedziała - ale czy dobrze, mam wątpliwości.
Roześmiał się.
- Zaryzykuję i zapraszam szanowną panią!
- Nie, to ja pana zapraszam, jest pan moim gościem!
- Nigdy się nie zgodzę, aby kobieta za mnie płaciła - zaoponował.
Teraz Ewelina się uśmiechnęła.
- To nie idzie pan z duchem czasu.
- W tej sprawie nie!
Pojechali do Wrzosowa, oczywiście do Magnolii, jej właściciel przetrwał szykany komunistycznych władz, a w wolnej Polsce nawet powiększył stan posiadania o jedną salę. Niestety, menu się nie zmieniło, bo dania dostosowane były do miejscowych gustów. Ewelina wybrała rosół z makaronem, na drugie danie naleśniki z serem, a architekt zaryzykował bigos, który jego zdaniem okazał się naprawdę świetny.
- A wie pan, ta knajpa ma swoją historię - zaczęła i opowiedziała mu pewne zdarzenie z czasu wojny.
W tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim roku Ewelina przywiozła do Lechic angielskich lotników, którym udało się zbiec z niewoli. Mieli tu pozostać kilka dni, zanim zorganizuje się im przerzut. No i zaczęły się problemy, bo przybysze nie znali ani słowa po polsku, można więc było porozumiewać się z nimi tylko na migi, ale najgorsze było to, że nie zdawali sobie sprawy, jakie niebezpieczeństwo mogą ściągnąć na Lechice i na samych siebie. Już następnego dnia rano służba zameldowała Susanne, że goście gdzieś się ulotnili, nie ma ich w oficynie, której nie wolno im było opuszczać. Ciotka poszła do wsi, ale tam nikt ich nie widział, a trudno byłoby takiej grupy nie zauważyć. Wyglądali jak przebierańcy w cywilnych ciuchach, które dla jednych były za obszerne, dla innych przyciasne, szczególnie dwaj z nich przypominali komików w roli Pata i Pataszona. W końcu zdesperowana Susanne zaprzęgła konia do bryczki i udała się do Wrzosowa. Tam dowiedziała się od dorożkarza, że ci, których szuka, świetnie się bawią w Magnolii.
- I jak się to skończyło? - zainteresował się gość.
- Dostali reprymendę od ciotki i posłusznie wrócili do oficyny, a rano odebrali ich kurierzy.
Pokręcił głową.
- To naprawdę historyczne miejsce. A dalsze losy tych zawadiaków?
- Dotarli szczęśliwie do Anglii, ale tylko jeden z nich napisał po wojnie do Susanne, chciał ją zaprosić do... Ameryki, osiadł na Florydzie. Byłoby to niemożliwe, nawet gdyby ciotka żyła, w tamtych czasach nie dostałaby paszportu... Ten list też ma swoją historię... kiedy nadszedł, w pałacu nie było nikogo, ale znajomy listonosz go przechował, "na wszelki wypadek", i kiedy wróciłam z zesłania, była to pierwsza przesyłka, jaką otrzymałam po wojnie.
- I odpisała pani?
- Co prawda zaczynała się już w Polsce odwilż, ale wolałam nie ryzykować. W końcu Ameryka była wtedy wrogiem numer jeden!
Francuz pokiwał głową.
- Tak, to były straszne czasy, ustalono strefy wpływów, nie pytając zainteresowanych o zdanie.
Ewelina uśmiechnęła się smutno.
- Z pewnością nikt nas o zdanie nie pytał!
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI